piątek, 30 grudnia 2011

Obnażone

W Czechach napadało śniegu. Straszne. Aż 20 cm i sparaliżowało połowę kraju. No horror! Śnieg mokry, ciężki, a w dodatku wieje tam porywisty wiatr.  U nas w Brennej też spadł śnieg. Młoda wróciła z pracy i wyraziła ogromne zdziwienie, że poza granicami Brennej śniegu nie było. No cóż. Podobno to miejscowość górska i turystyczna. Trudno, żeby w grudniu w górach nie padał śnieg. Ostatnio mam mnóstwo powodów do zgryźliwości. Za chwile przerodzi się to u mnie w stan permanentny. No co?! Kupuję ajerkoniak, cena ta sama, co przed dwoma tygodniami. Pojemność butelki ta sama. ALE.... pani mówi: ""A wie pani, że ten ma mniej procent?" Hmmmmmmmmmm tak???? Pani na dowód pokazuje mi butelkę. Etykieta ta sama a z boku 22% zamiast 25%. Mniejszy procent= podniesienie ceny. Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!!!!!! Idziemy w Skoczowie na dworzec PKS sprawdzić, jakim autobusem jutro może młoda pojechać do pracy, bo  do Cieszyna od nas i z Cieszyna do Brennej w Sylwestra do południa i po 16tej już żaden nie jedzie. W SYLWESTRA- NIE JEDZIE!!!! Zabij się pracowniku, zabij się turysto, ugryź się wczasowiczu i balowiczu- w Sylwestra do Brennej i z Brennej do Skoczowa (jedyna droga łącząca wieś ze światem) jadą tylko dwa autobusy!!!!! Bardziej wrrrrrrrrr!!!!!! Byliśmy kupić lampę do pokoju, bo stara się rozlatuje. Najbliżej Castorama- wybór ogromny, ceny- takie sobie, ale do strawienia. Już mniej więcej mamy sprecyzowane, co chcemy. Ma być w miarę jasna, klosze otwarte, bez jakiś duperelnych ozdób i ma mieć 5 żarówek. No i kosztować około 250 zeta ( +5 żarówek- dodatkowa stówa). Chodzimy z głowami zadartymi. Dużo ładnych lamp. Trudny wybór. W końcu decydujemy się na jedna . Pani podchodzi, ściąga z haka i tu pierwsze zaskoczenie- lampa ma mocowanie wymagające podwójnego wiercenia w suficie. U nas wszystkie wiszą na jednym haku wkręconym w sufit. Wiercić można, ale sufit nierówny i udarem trzeba go też potraktować. Patrzę na J. pytająco, nie lubię mnożyć trudności. Ładnych lamp jest jeszcze dużo. Decydujemy się, bierzemy i tu ZONG. pani nas skutecznie hamuje stwierdzeniem, że musi zobaczyć, czy takie lampy są. Z ekspozycji ABSOLUTNIE nie może sprzedać. No i  wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr nie ma tej lampy "luzem". Wybraliśmy w końcu inną, ładną, do zawieszenia na haku bez wiercenia. I była na półce, i jest w domu, i zawiśnie...
I..... ukazała się w końcu książka z moim rozdziałem. Oblewamy teraz tym niżejprocentowym ajerkoniakiem, a ja czuję, jak powoli alkohol usypia zgryźliwca.


Piękne te drzewa bez liści.














środa, 28 grudnia 2011

Skrzydlate

Jakiś niepozbierany ten dzień.  Pojechaliśmy z J. do urzędu skorygować dane do podatków.  Ja teraz do urzędów zanoszę formularze wypełnione w części z moimi danymi a o resztę, z miną tej takiej , co to nie bardzo, proszę szanowne urzędniczki. Tym razem z premedytacją "przytachałam" do Gminy J. Kurcze, co to jest, że koło niego odchodzi "taniec" perliczek i wszystkie, no prawie wszystkie sprawy załatwia od ręki i bez większego wysiłku. W pokoju trzy panie, i owszem, chętne pomóc. Poobliczałyśmy te wszystkie metraże w domu, działkę. No to mamy z głowy następny rok. Teraz od obiadu "składam"  rozdział do seryjnej pozycji i ... eh....
Gołębie w listopadowym słońcu- zdjęcia zrobione z drugiego piętra. Blok, na którego gzymsie siedzą gołębie jest z lat 60tych. Zastanowiła mnie ta kafelkowa mozaika na takiej wysokości.  Poniżej nasze przydomowe, którym zdjęcia robię "na okrągło".








wtorek, 27 grudnia 2011

Mgła

Nie, nie cierpię na namiar czasu, chociaż można odnieść takie wrażenie, obserwując tempo zamieszczania przeze mnie postów. Często mam tak czas nasycony, że nie wiem w co najpierw ręce włożyć. Kiedyś gadałam z ludźmi na GG. Przez cały dzień jakiś kontakt był. Nieraz czytałam: Ty znowu wisisz na kompie? Ano wisiałam i wiszę. Taka moja praca. Dzisiaj też już napisałam pół wykładu. A w przerwach chodzę po stronach i czytam sobie. Jedni "wiszą na serialach", inni siedzą w knajpie... Piszę artykuły, książkę, wykłady...a na czym mam pisać?Kiedy sobie przypomnę, jak  kiedyś to wyglądało.... moja pierwsza praca to etat wychowawcy świetlicy. Przyszłam taka nieopierzona w 80 roku do podstawówki i od razu musiałam zorganizować pracę na świetlicy oraz pokierować stołówką. Zupełna dętka po KO. Jakąś metodykę pracy KO mieliśmy, jakieś imprezy organizowaliśmy, jakieś konspekty i prace pisaliśmy, jakieś praktyki mieliśmy, jakieś....wykształcenie po 5 latach studiów...jakieś..... a tu szkoła, "realne" dzieciaki i zero materiałów, zero pomocy dydaktycznych, gier- pusta szafa, kilka stolików i krzesełek, puste ściany a na nich kilka listewek. Pamiętam, jak klęczałam na podłodze i na wielkim arkuszu szarego papieru malowałam "kleksa", takiego ludzika, arkusz powiesiłam na drzwiach i zaraz zrobiło się tak jakoś fajniej. Wszystko wtedy piórkiem i pędzlem na kolanach, nocami. Wszystkie pomoce dydaktyczne robiłam sama. Zresztą w tej szkole pracowało mi się bardzo dobrze. Małe grono, super dyrektor- bardzo przyjazny i idący na rękę. W ramach zastępstwa półrocznego uczyłam też historii i prowadziłam chór. No rany- tu już dyrektor trochę przegiął, ale fakt, że na zakończenie roku chór śpiewał na trzy głosy i należeli do niego także chłopaki z 8 klasy- dobrowolnie :))))) jak mi się udało? Ano umiem grać w piłkę nożną :))) W następnej szkole uczyłam w nauczaniu początkowym. Środek lat 80tych- pusto w sklepach. Wszystkie pomoce dla 40 rozbójników sama kleiłam, wycinałam, malowałam i.... wszystkie to przeszłyśmy. Teraz nauczyciele....pod nos im wydawnictwa, sklepy, podsuwają, bonusami nęcą... wybierać w gotowcach ile się chce. Komputer? Konspekty pisałam ręcznie- wszystkie, do każdych zajęć. Przez rok, na mianowanie, w nauczaniu początkowym chyba tonę tych papierów napisałam. Potem, kiedy pracowałam już na uczelni (taki 6 letni przerywnik między szkołami podstawowymi) dostałam od męża zabytkową szwajcarską maszynę "z umlautami" i konspekty do zajęć pisałam na tej maszynie. Następny moje narzędzie pracy to nowiuteńki łucznik- maszyna do pisania z długim wałkiem i polską czcionką. Na tej maszynie napisałam też pierwsze rozdziały pracy doktorskiej. Niedawno je odkryłam przy okazji jaskiniowych porządków. Komputer? Był potem. A jakże- stary szwajcarski, darowany laptop z niemiecką czcionką- historia powtórzyła się, jak w filmie. Pisałam z umlautami, ale jaki to już był postęp. Mogłam każdy błąd, każde złe zdanie skasować, każdy tekst na dyskietce zapisać. No i teraz "wiszę", bo już nie da się inaczej :))))
Mgła- jeszcze listopadowa









poniedziałek, 26 grudnia 2011

Zachód

Wędruję po blogach i można się załamać. No nie, nie dlatego, że nędzne są. Wprost przeciwnie. Ciekawe, jeszcze bardziej ciekawe i jeszcze jeszcze bardziej .... ciekawe. Tematy przeróżne, styl przeróżny, zdjęć, tekstów... multum. Załamać się można z innego powodu. Gdzieś zgubiłam łatwość pisania tekstów codziennych. Już dawno to spostrzegłam. Kiedyś moje kolejne  polonistki mówiły mi "pisz, dobry masz styl, łatwo ci idzie, pisz". No, ale od tego czasu minęło wiele lat.. Owszem, pomagało mi to w uczeniu j. polskiego, to wyczucie, jak pisać powinni uczniowie i chociaż nie mam wykształcenia stricte polonistycznego, uczyłam 15 lat tego przedmiotu. Nie, nie kochałam polskiego. Uczyłam tak, jak wszystko inne wykonuję. Po prostu rzetelnie. Pamiętam, kiedy w 8 klasie posłano nas do poradni zawodowej i pani psycholog powiedziała mi, że mam większe zdolności matematyczne niż humanistyczne, ucieszyłam się bardzo, bo moim marzeniem było zdać do technikum samochodowego i zostać mechanikiem samochodowym, miałam "dowód" na kontrargumenty rodziców. Zdałam, ale moja matka, która uważała całkiem odwrotnie niż pani w poradni i tak postawiła na swoim, i do technikum nie poszłam. Gdzie w tamtych czasach dziewczyna- mechanik samochodowy?! Wtedy panienki z dobrych domów (a nasz dom za taki zawsze uważała moja matka) kończyły liceum ogólnokształcące. Nawet nie technikum ekonomiczne czy inne. Nie - liceum i już. No to zdobywałam to humanistyczne wykształcenie z mniejszym lub większym powodzeniem. 
Zachód słońca- grudniowy.


 Robiło się mroźno. Wtedy w powietrzu unosi się taka lekka mroźna mgiełka.
 I poświata zachodzącego słońca na wschodnią stronę.

niedziela, 25 grudnia 2011

Poranek w śniegu

Zauważyłam, że na tamtym blogu zaczyna się robić ciasno. Czasem mam tyle do powiedzenia, taką dużą potrzebę poruszenia różnych tematów, że nie dawałam szans czytającym na jakąś chwilę refleksji, bo już następny post leciał. Zdjęcia też dużo miejsca zajmowały i  ograniczałam liczbę zamieszczanych. 
Ten blog to, przede wszystkim, świat, jaki codziennie widzę, rzeczywistość, którą "czuję" wszystkimi zmysłami. To myśli, wrażenia, uczucia bez zważania na ciągłość, styl, logikę. Tak, jak lecą myśli, takie snucie...
 Zdjęcia zrobione w piątek o 8 rano. Ranek z mrozem. Wschodzące słońce przecudne. Dawało taki ciepły rudy poblask na wszystko.
   Ten płot fotografowany już był nieraz. Stary płot siatkowy ma chyba około 40 lat. Ogradzał ogród wokół   poprzedniego domu, w którym mieszkali rodzice (ja tylko 7 lat). Po wywłaszczeniu, tata zabrał na nowe siedlisko i ten stary płot. "Zabytek" nie do zdarcia. Nad ranem pewnie była mgła, bo na oczkach jest szadź.
    Lubię "łapać" słońce. Pierwsze wrażenie nijakie. Rośnie sobie tuja koło ogrodzenia, słońce na nią świeci. A  z drugiej strony....
  "Pod włos", a może raczej "pod igłę.
Miałam dalej sobie... komputer mi fiksuje. Zamienia litery i wtedy muszę resetować. Taka siatka płotowa stwarza przyrodzie wiele możliwości. Niedawno zawisły na niej mgielne wodne paciorki. Teraz szadź i pacynki śniegu
    Prawdopodobnie to Fałat powiedział, że nie ma białego śniegu. Sam malował śnieg w odcieniach błękitu, szarości, odbitego blasku ognia, promieni słonecznych itp. Udało mi się złapać kolor porannego słońca i chyba te "diamenciki" gdzieniegdzie. Zawsze zachwycały mnie wielkie połacie czystego śniegu, błyszczące od załamujących się promieni słońca. Kiedy byłam smarkulą bawiło mnie "naruszanie" tej czystości i robienie ścieżek przez całe pole. Wchodziłam w głąb ogromnego pola peegerowskiego i na samym środku oslepiającej bieli, czułam się niesamowicie wolna. To był mój mikrokosmos. Zresztą to samo czułam latem wśród trawy, która przed pierwszym pokosem często sięgała mi do pasa.
    Zuzka lubi śnieg. Lubi leżeć na śniegu i grzać futro w zimowym słońcu.
    Zuzia, która jest wielką moją radością.
    Antarktyda? Chmury? Kawałek trawnika pod śniegiem.
    Śnieżne miotły. Bez śniegu te gałęzie są niezbyt interesujące. Kilka razy już zamierzałam je ściąć, ale robią zieloną plamę przy wejściu w aleję sosnową. Po ścięciu zrobiłaby się jeszcze mniej ciekawa "dziura".
I zwykłe, a dla mnie niezwykłe, wróble bywają fotogeniczne.