czwartek, 19 stycznia 2012

"Bazarowy" tytuł....

Pisząc tu sobie na luzie o moich perypetiach związanych z zawodem zauważyłam, że ludzkość nie bardzo orientuje się, o co w tym robieniu? zdobywaniu ? tytułów naukowych biega i w zasadzie, jak to wygląda. Nie sądzę, żeby to był hit dnia, ale może, jak już zaczęłam tam gdzieś poniżej w postach, to teraz dokończę. W końcu, mogą być blogi lekarskie, „kucharskie”, to i trochę tego „doktorskiego” może się strawi. Tak naprawdę zainspirowały mnie pytania, postawione w poprzednim poście. Pozwalam sobie zamieścić na nie odpowiedzi. Jedno z pytań dotyczyło kupna dyplomu (pracy) na bazarze. Ile mogłoby to kosztować? Praktyki z kupnem dyplomów i prac na różne stopnie naukowe są powszechne i nie ukrywajmy ludzie to robią. Piszą jedni, bo kupują inni.  Czy to etyczne? Mam swoje przemyślenia, które niekoniecznie spodobałyby się.
Ile kosztuje doktorat na bazarze? Nie wiem, chyba jednak sporo. Pracę można kupić, ale nie wyobrażam sobie obronić bez pisania. Przedtem trzeba zdać egzamin z filozofii, egzamin z języka obcego i ogromny egzamin kierunkowy. Dwa pierwsze pewnie można "załatwić", trzeciego nie da się. To jest jazda, podczas której około 6 profesorów może cię przemaglować z całej dziedziny, w której mieści się twoja praca. Ja miałam „pogranicza” wielu dziedzin. Ufffff…. Kiedy wyszłam z sali musiałam „dobrze” wyglądać, skoro podeszła do mnie studentka i zapytała, czy się dobrze czuję. Obrona też jest czasem twarda. Ja broniłam się 2 godziny, bo jedna pani profesor była na NIE w stosunku do mojego promotora i "na okrągło" (ja) chciała go ubić. Przeciętnie obrona trwa do godziny. Parę pytań ze strony komisji, pytania z sali (jeżeli ktoś chce) i fertig. Ja miałam tych pytań 12. Podobno rzadkość. Magisterka kosztuje do 2000 złotych, a licencjat około 1200 złotych :) Wracam do doktoratu- koszty dotyczą całego przebiegu pisania pracy i potem wpłaty przed obroną (moje z 2006 roku). Recenzja ( muszą być 2) to 1500 złotych od recenzenta, promotor dostaje 3000 złotych, różne opłaty około 2000 złotych- 8000 złotych wpłaciłam przed obroną i to był warunek wyznaczenia terminu. Za samego statystyka- nie da rady na tym poziomie samemu obliczyć tylu danych statystycznych według wymogów- 2000 złotych. Reszta kosztów- obliczyłam, że przez 6 lat wydałam na wszystko też gdzieś 25000 złotych o ile nie więcej. Ja startowałam z tzw. wolnej stopy. Długo spłacałam długi. No i nie dostałam ani jednego dnia wolnego na pisanie czy egzaminy, bo robienie doktoratu w oświacie nie jest podnoszeniem kwalifikacji. Albo spłacałam koleżeńskimi, albo w ramach L-4 . Doktoranci na studiach doktoranckich mają trochę łatwiej. Niektóre rzeczy – publikacje, konferencje, recenzentów- opłaca im uczelnia.
A korzyści materialne z pisania są żadne i z pracy też- przeciętnie adiunkt ma 2500 na rękę. W poprzednich uczelniach miałam 1700 jako wykładowca z tytułem. Za rozdział w pozycji zwartej dostałam 21,0 złotych, za inny 13, 50 złotych, i potem coś, jeżeli się będzie książka sprzedawać. Żałosne. A ludzie myślą, że my kokosy na publikacjach zbijamy. Jeżeli chcę wydać referat z konferencji muszę sobie sama za publikacje zapłacić- przeciętnie od 50 złotych w górę. Za wydaną przez uczelnię książkę nie dostałam ani grosza, a uczelnia ma prawa autorskie do niej. I nie da rady. Takie są warunki wydawania. Albo się godzisz, albo masz figę z makiem. No i obecnie tytuł też nie gwarantuje pracy na uczelni. Nawet tytuł doktora habilitowanego.
Ubolewam, że ludzkość ma w nosie wytwory humanistów dydaktyków. A poza tym jestem zwyczajna Jaskóła i staram się nie drzeć nosa :)
 Letnio i mokro






10 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie 'odeszczone' są Twoje kwiatki:))
    Co do doktoratów, habilitacji i profesur uczelnianych oraz belwederskich to znam te tematy z praktyki. Tam gdzie ja pracowałam doktoraty były robione przeważnie z grantów i doktorant za nie nie płacił, tak samo było z hablitacjami. Książki brat męża pisze uprzednio otrzymując środki z uczelni oraz urlop na napisanie pracy. Wiele zależy czy się jest na etacie, czy też jest się z zewnątrz.
    Co do kupowaniu jakichkolwiek dokumentów na bazarze, to wg mnie jest to tak nieprzyzwoite dla normalnego człowieka, że nigdy tego nie wziąłby pod uwagę i dziwię się, jeśli taka propozycja padła.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kiedy jest się na silnym etacie, sprawa wygląda lepiej. Ważne jest również jaką dyscyplinę naukową się uprawia. Pedagogika to jedną najmniej "preferowanych" w dofinansowaniu. No i uczelnia też jest ważna.Jeżeli państwowa i w miarę duża, to są finanse. Jeżeli prywatna i bardziej marginesowa- zero przywilejów.Kiedyś pracowałam na US w Cieszynie. Potem musiałam przejść do podstawówki (życie to wymusiło) i już na tę uczelnię nie wróciłam. Pracę dostałam na prywatnych. A doktorat robiłam jako nauczycielka podstawówki. No i sama wiesz, jakie układy potrafią być na uczelniach :)

      Usuń
    2. Układy to zmora czasem gorsza od braku funduszy. Najgorsze jest to, że na układy naprawdę rzadko kiedy jest rada:( Współczuję Ci, bo wiele wysiłku musiał kosztować Cię ten doktorat, oczywiście o pieniądzach nie wspomnę. Gdy mnie zaproponowano, córkę zdiagnozowano i wtedy w mojej głowie nie było miejsca na naukę, ale miałam wkład w wielu doktoratach czy habilitacjach jako jedna z zespołu. Zasada była taka, że cały zespół pracował na jedną osobę. Rzecz jasna za każdym razem inną.

      Usuń
    3. Nie no, kochana jesteś, ale nie trzeba współczuć. Ja to wybrałam. No być może do końca nie zdawałam sobie sprawy, w co się ładuję, ale jestem zazwyczaj bardzo konsekwentna i realizuję to co zadeklarowałam. I wierze Ci, że wyleczenie dziecka było najważniejsze. ja, kiedy mój mąż miał drugi atak serca, też zrezygnowałam z pracy naukowej i poszłam do szkoły podstawowej, bo tam mogłam więcej zarobić i nie gonił mnie termin z pracą doktorska (te nieszczęsne 9 lat)A potem nie miałam ani doktoratu, ani męża. Praca zespołowa jest dobra, kiedy jesteście zgrani. Szkoda... Widzę, że skasowałaś dubel. I powiedz mi, co się porobiło z komentowaniem u Ciebie na blogu. Musiałam się zalogować no i ujawnić bardziej :)))))

      Usuń
    4. Bardzo smutne:(
      Odnośnie komentarzy napisałam już chyba wszystko u siebie pod ostatnim postem. Mam szablon niestandardowy, a do takich nie dołącza blogger drzewiastych komentarzy (takich z odpowiedziami), wiec muszę korzystać z komentarzy Disqua. By komentować trzeba zalogować się na jednym z podanych kont - m.in. konto Google (to nie konto bloggera), Facebook, Disqus. Ja korzystam z dwóch - Google lub Disqus.

      Usuń
  3. Oż, jakie piękne kwiecie!

    A ja zapytałam nawet nie o kupno pracy, a już gotowego papierka;)
    Bowiem nieraz zastanawiałam się, dlaczego ludzie kupują i czy nie boją się potem tego pokazywać... A widząc perypetie i koszty związane ze zdobywaniem tytułów... jakby mniej się dziwię ;)

    Osobiście nie mam ambicji wyższych, niż to co posiadam - owszem, chcę się dokształcać, ale dla samej siebie i nie musi to być w stopniu najwyższym - jak tylko będą kiedyś wolne fundusze... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczęłam robić doktorat, bo byłam w strasznej depresji, a ponieważ zawsze chciałam go robić (potem musiałam zrezygnować- śmierć męża, zostałam sama z 2 dzieci)wyznaczyłam sobie cel, żeby życie nabrało sensu. Potem , myślałam, że tytuł mnie umocni i zdobędę pracę na uczelni. Kiedy obroniłam, straciłam pracę w szkole i byłam na bezrobociu. Może to kiedyś tu opiszę.Miałam wszystko zaplanowane: doktorat, praca do emerytury.....efekt? następna depresja. Ale teraz jest dobrze. Niczego nie żałuję. Lubię to robić i rozumiem, ze nie wszyscy chcą iść w podobnym kierunku :)Nie wyobrażam sobie kupowania doktoratu. A co potem?

      Usuń
  4. O kupowaniu matury słyszałam, ale żeby doktorat? Z uczelniami z tego co wiem róznie bywa, większość po prostu wykorzystuje doktoranta, który albo się na to zgadza albo po prostu mówi papa i zmyka do innej lepiej płatnej pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno można pracę doktorską kupić. Podobno. Zmienić pracę można, ale stricte nauczycielowi, pedagogowi, dydaktykowi, filozofowi itp humaniści strasznie trudno gdzieś się zaczepić. Jak nie masz kwalifikacji do uczenia przedmiotu to nie pouczysz w oświacie. A ja miałam a i tak pewna pani wizytator stwierdziła, że nie mam i (wbrew prawu) straciłam pracę. Zanim ministerstwo odpowiedziało na moje pisma (4) minęło 5 lat.Odwoływałam się, ale chyba byłam nie po myśli i nie na bazie, bo nic nie uzyskałam. Zresztą zatrudniłam się na uczelniach i tak zostało. A teraz nawet nie chciałabym wrócić do podstawówki :)

      Usuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.