niedziela, 1 kwietnia 2012

Czas przestać "gonić króliczka"



Będzie długie, ale powinno być w całości, bo inaczej straci sens…Imperatyw… musiałam to przegryźć… musiałam, bo udusiłabym się…
Stanęłam przed jakąś dziwną ścianą. Dziwną i niezrozumiałą dla mnie. Nie umiem tego muru ani przebić, ani przeskoczyć, ani obejść. Moja praca. Nie potrafię zrozumieć, o co chodzi, chociaż J. mi cały czas tłumaczy, że powinnam dać sobie spokój i przestać się zadręczać całą sytuacją. Mam niemałe doświadczenie w pracy nauczycielskiej. Przeszłam prawie wszystkie szczeble nauczania jako nauczyciel i wychowawca. Zaczynałam od pracy w świetlicy, poprzez nauczanie początkowe i uczenie w klasach 4-8. Z małymi przerwami pracowałam jako nauczyciel akademicki od asystenta do adiunkta. Przerobiłam reformę z powstawaniem gimnazjów. Przepracowałam reformę z wprowadzaniem nowych podręczników. Sama jestem ekspertem od podręczników do edukacji wczesnoszkolnej. Byłam długo wicedyrektorem, potem parę lat dyrektorem szkoły. „Przeżyłam” dziesięciu ministrów edukacji i ich fanaberie. Pedagogikę, zwłaszcza dydaktykę (to mój wiodący przedmiot) mam w małym palcu. Etyka, interwencja kryzysowa, prawo oświatowe i inne pokrewne… po co to piszę? Bo nie chcę, żeby ktoś to, co piszę odebrał na zasadzie: „nie radzi sobie, bo jest do d…, bo się nie zna”. Znam się. Jestem w dodatku sumienna i rzetelnie przygotowuję każde zajęcia oraz wykłady. Taki mój charakter. I…. nie daję rady…Po każdych wykładach przyjeżdżam do domu coraz bardziej zniechęcona.
Kiedy sama studiowałam, podczas wykładu była na sali cisza, zupełna cisza. Nawet wtedy, kiedy wykład był śmiertelnie nudny i nie do przełknięcia. Żaden z nas nie odważył się kłapnąć dziobem. Na ćwiczenia lataliśmy przygotowani, bo inaczej lądowało się za drzwiami ze wskazaniem na czytelnię, słysząc zgryźliwe komentarze o nierobach. Na zaliczenia, egzaminy zakładało się odświętny strój, bo to był cały ceremoniał. Nie było mowy o jakichkolwiek targach o ocenę. Najwyżej skromnie prosiło się lub milcząco wychodziło i zaliczało w innym terminie poprawkę. Na korytarzach, kiedy przechodził wykładowca, bez przesady, ale jednak z szacunkiem, robiło się mu przejście. Każdy z nas wiedział, który, jaki ma tytuł naukowy i staraliśmy się tak zwracać  do nich. Prace zaliczeniowe przynosiliśmy osobiście do pokoju i oddawali wykładowcy do rąk. Nawet ci najbardziej olewający czy wredni wykładowcy, byli przez studentów traktowani w normie, bo nikt nie chciał mieć problemów. Nie było w tym wszystkim służalczości, czy jakiejś sztuczności. To były normy ogólnie funkcjonujące na uczelniach.
Jako asystent, a potem wykładowca, również pracowałam w opisanych warunkach. Takie były zasady. Do pracy na uczelni wróciłam po 8 letniej przerwie, w 2006 roku i już wtedy przeżyłam mały szok. Po pierwsze, wieczny „szum” na wykładach lub ćwiczeniach. Po drugie roszczeniowe podejście studentów przy zaliczeniach. Po trzecie, totalne „znudzenie” studentów jakimikolwiek treściami czy przedmiotami. Po czwarte, kultura studentów- nonszalanckie odzywki, chamskie zachowanie wobec swoich kolegów i koleżanek, spóźnianie się na zajęcia, wychodzenie podczas zajęć, nagminne jedzenie- co jest tłumaczone, że nie mają kiedy- pisanie sms’ów lub odbieranie telefonu i wychodzenie na rozmowę na korytarz. Można mnożyć przykłady. Próbowałam zmienić formę wykładów, zamiast „słów” robić prezentacje. Woda po kaczce. Ćwiczenia przygotowuję solidne, jest praca w grupach, są różne zadania- przykłady z praktyki, studenci uczą się, jak sobie radzić w różnych w sytuacjach szkolnych, wychowawczych. Wzbogaciłam je prezentacjami. Woda po kaczce. Podczas ostatniego wykładu, widząc, że „tyły” przeszkadzają innym w słuchaniu, nie wytrzymałam i ostrym tonem wygłosiłam gadkę dydaktyczną na temat zachowania się przyszłych pedagogów. Zrobiło się cicho. No, ale… czy ja muszę „walczyć’ o ciszę na wykładzie, czy powinnam zamknąć na klucz salę wykładową i zostawić na zewnątrz spóźnialskich? Czy w ramach „odwetu” na egzaminie przetrzepać tych nie lubiących wysilać się na ćwiczeniach lub przeszkadzających. No… uważam, że to jest poniżej mojej godności. Czy dorosły człowiek, który podejmuje próbę studiowania, nie wie, w jaki sposób się zachowywać podczas wykładów i ćwiczeń? Czy dorosłego człowieka trzeba uczyć elementarnych zachowań? Przy każdej próbie zwrócenia uwagi, napotykam niebotyczne zdziwienie: „Czego ona się czepia????”
A zaliczenia? Zawsze przed rozpoczęciem cyklu ćwiczeń lub wykładów mówię, jakie są treści i jakie warunki zaliczenia. Jeżeli robię test lub egzaminuję ustnie, to przynajmniej miesiąc wcześniej podaję główną tematykę. I tym razem też tak zrobiłam. Opracowałam wzór  i poprosiłam studentów, aby wykonali pracę według niego. Dokładnie wszystko wyjaśniłam, co i jak. Zresztą kilkakrotnie, bo szanowne towarzystwo nie raczyło było uważać. Zaznaczyłam, że prace mają być w formie papierowej z podpisem złożone na portierni (ukłon w stronę studentów, żeby mnie nie szukali). Studenci zrobili o co prosiłam, oceniłam, listę z ocenami przesłałam mailem na ich „stronę”, wpisałam do protokołu, a potem wpisywałam do indeksów i na karty- normalna procedura. Ostatnio w przerwie wykładu przyszły do mnie cztery studentki po wpisy i zrobiły mi awanturę. Chodziło o to, że one w jednym punkcie zrobiły uwagę na temat jego wykonania, że tak, jak ja chcę nie robi się i one to zaznaczyły, a ja im za to obniżyłam o pół stopnia ocenę (czyli z bdb na +db). Pytam się, gdzie były, kiedy objaśniałam ten punkt? Nie chodzi o rozdział do pracy dyplomowej (bo rzeczywiście tam się tego nie robi ) a o sprawdzenie czy one potrafią w ogóle to zrobić- dlatego podałam ścisły wzór. Na to one, że konsultowały z promotorami, i ja nie mam racji. Powtarzam im, że to wiem, ale po to był wzór, bo w jakiś sposób muszę sprawdzić, co potrafią. A one znowu, że inni im mówili, że one mają rację. Czyli obrobiły mi d.. przed innymi wykładowcami, nie mówiąc o co dokładnie mi chodziło. Zresztą, mówię im, że miały mój adres mailowy, były dwa miesiące na napisanie pracy, dlaczego nie zapytały wprost. One na to, że nie można mnie na uczelni znaleźć (kłamstwo w żywe oczy, bo jestem prawie co tydzień).  Mówię, że oceny są ostateczne, wpisane do protokołu, chodzi o dobrą ocenę a nie w ogóle o zaliczenie i zdania swego nie zmienię. Na to jedna z nich mówi: A inni wykładowcy wpisują do protokołu po wpisie do indeksu….bezczelność czy totalna głupota?…inni wykładowcy…. Do cholery….  Odeszły obrażone.
Ale we mnie coś pękło… dobiło do końca…Czy nie należało wpisać z góry na dół same bdb i mieć spokój? Na innej uczelni kiedyś tak zrobiłam, bo studenci naprawdę pracowali i miałam twarde podstawy wpisać im takie oceny.   Usłyszałam od dziekana: Ty nie wpisuj samych piątek, bo poziom zaniżasz. A w drugim roku od tego samego dziekana usłyszałam: Nie oceniaj tak ostro, bo nam studenci nie przyjdą.
 Jeszcze na innej uczelni miałam bardzo rozbrykaną grupę ćwiczeniową. Pewne siebie, wręcz tupeciarskie osoby. Na zaliczenie mieli napisać kolokwium. Obchodzili mnie z każdej strony, żeby nie pisać. Próbowali kawą, ciasteczkami. Nie umieli zrozumieć mojej odmowy, przecież tam było to przyjęte wśród wykładowców jako norma- ja byłam nowa i żadnych ciasteczek nie przyjmowałam. Wieczorem, przed dniem pisania kolokwium, dostałam sms’a: Pani (tu moje imię- już nawet nie tytuł) liczymy na pani dobre serduszko! Można to potraktować jako żart z przymrużeniem oka. Czepia się… ale to nie był żart, to było tupeciarskie zagranie. Oni naprawdę liczyli, że tym mnie złamią. Nie widzieli w tym nic niestosownego, kiedy zwróciłam im uwagę, że ten sms nie powinien w ogóle być wysłany. Na innej uczelni prowadziłam praktyki. Pewnego dnia, kiedy wychodziłam z budynku, „napadła” na mnie grupa studentek (chyba czekały specjalnie, kiedy wyjdę) i od razu jedna z nich zaczęła krzyczeć, że nie może praktyk zrobić, że nic nie wie, że mnie nie można namierzyć itp. Darła się, a ludzie przystawali i obserwowali, co będzie dalej. Byłam tak tym atakiem zaskoczona, że milczałam. Pani, widząc brak reakcji, też zamilkła. Dużo mnie wysiłku kosztowało, żeby spokojnie powiedzieć, że wszystkie informacje są zamieszczone na wirtualnym i tam powinna doczytać. Zapytałam czy była na zebraniu dotyczącym praktyk- Nie, a czy czytała wirtualny- Nie. No właśnie….a jeżeli ktoś myśli, że panie mnie przeprosiły, to jest w tzw. mylnym błędzie. Odwróciły się i bez słowa weszły do budynku. Tylko, że zanim doszło do tej „rozmowy”, zdążyły poskarżyć się na mnie u dziekana. On kazał im ze mną sprawę wyjaśnić. Wyjaśniłam, ale osad został.
-Daj sobie spokój- mówi J.- Przecież oni nie przychodzą czegokolwiek się nauczyć. Oni nie potrzebują twojej wiedzy i doświadczenia. Oni przychodzą po „papier”. I tylko to ich interesuje.
I w to mi tak trudno uwierzyć. A mimo to wierzę J. Ma bardzo trzeźwy osąd rzeczywistości i zawsze to, co mówi sprawdza się J
A z drugiej strony? Już na początku zostałam bardzo „zmotywowana” do pracy dostając 7 przedmiotów, w tym 4 zupełnie nowe dla mnie (bo coś pani musieliśmy dać- etyka; bo pani robiła projekt i pani zna zagadnienia- sorry z projektu były mój dziekan  „elegancko” mnie wyrotował bez mojej wiedzy, zresztą nie tylko mnie- media i uzależnienia; bo uzupełniliśmy pensum- doskonalenie nauczycieli itd.).  Przygotować się z nowych treści nie jest łatwo. Owszem można, ale trzeba więcej wysiłku i więcej czasu poświęcić. I ja to robię, mimo, iż zżera mi to większość czasu w tygodniu….ale….następny bardzo oryginalny sposób „motywowania’ wykładowcy przez uczelnię to nałożyć mu „odpowiednią” liczbę godzin w danym dniu. W tym semestrze miałam już cztery soboty, podczas których pracowałam 12 godzin lekcyjnych. Zaczynałam o 8 rano, a ostatnie zajęcia kończyły się o 19.30. W tym jedna półgodzinna przerwa obiadowa. Bije to i w wykładowców, i w studentów. Przecież oni na ostatnich zajęciach już na oczy nie widzą, a co mówić o myśleniu i czynnym udziale w ćwiczeniach? Zmarnowane godziny. Inna specyficzna perełka- zblokowanie wykładów z jednego przedmiotu. Uczelnia zatrudnia tylko 11 wykładowców etatowych. Reszta pracuje na zleconych i oczywiście na swoich macierzystych uczelniach. Plany robi się pod tych wykładowców. Jeżeli przychodzi on w danym dniu (termin kalendarzowy) to od razu po to, żeby wyrobić na maksa swoje godziny. I ładuje się studentom np. 6 godzin ciurkiem wykładu lub ćwiczeń z np. filozofii, czy metodyki…W ten sposób powstają „bloki” przedmiotowe, które planista tylko powiela, nie patrząc na opłakane skutki takich manipulacji…Ja mam nałożone w maju i czerwcu po 5 godzin z etyki dwa dni pod rząd. Przecież to można dostać niestrawności i z jednej, i z drugiej strony na samą myśl o etyce.
 No i jeszcze jedno kuriozum. Ćwiczenia z moich przedmiotów prowadziłam zanim studenci wysłuchali wykładów z tych przedmiotów. Na uczelniach stosuje się (powinno) podstawową zasadę, że najpierw są wykłady- teoria, a potem są ćwiczenia- praktyka. Tego też się nie trzymają. Jak mam wymagać od studentów pracy na ćwiczeniach bez podstawowej wiedzy teoretycznej? A na magisterskich jeszcze większa zadyma. Albo powtarza się przedmioty z licencjatu, albo zakłada, że studenci je mieli i tak nigdy nie wiadomo, co student umie. A umie prawie nic.
Dlatego od pewnego czasu czuję tę ścianę. Barierę, która powoduje, że nie mam już ochoty w tym cyrku uczestniczyć. Umowę mam na rok. Gdybym napisała podanie o przedłużenie, może miałabym pracę dalej. Może… sęk w tym, że ja już podania nie napiszę. Za dużo nerwów mnie ta praca kosztuje. Zaniedbałam pisanie książki, nie mam czasu na pracę naukową, bo mi go zżera wieczne przygotowywanie się do zajęć. Czekam, kiedy mi kierownik zakładu powie, że się zaniedbuję naukowo. Chodzę ciągle spięta, podenerwowana. Mam nieustanne poczucie, że nie zdążę, czegoś nie zrobię, nie dopełnię obowiązku. I to ogromne zniechęcenie oraz brak motywacji, które przeszkadzają mi normalnie funkcjonować.
-Ty się urodziłaś i pracowałaś w innych czasach- mówi J.- Teraz ponosisz większe straty niż zyski. To cię wykańcza, ty się spalasz, a i tak widzisz, jak to z ich strony wygląda. Im bardziej się przygotowujesz, tym bardziej zniechęcona wracasz. To już ci nie daje radości, tylko żal i brak satysfakcji. To nie są czasy na twój charakter, twoje możliwości. Przykro mi, ale widzisz, że tam nie twoja praca się liczy. Oni płacą, wymagają wpisu, zaliczenia i tyle, a twoje wykłady, prezentacje, wysiłek….Kogo to obchodzi?

No tak, im bardziej Puchatek zaglądał do norki Królika, tym bardziej go tam nie było. Czas przestać „wypatrywać Królika”, a tym bardziej „gonić go”. 

Nakręcił J. dzisiaj w południe

A późno wieczorem, po dyskusji na temat treści tego posta, usłyszałam bardzo budujące słowa od J. : No i chcę bardzo abyś stała się wreszcie normalnym człowiekiem.
 Cokolwiek by to znaczyło...nie było innej rady.... słowa zostały przypieczętowane cytrynówką :)))))) Chyba mi znowu zaczęła smakować :)))))

18 komentarzy:

  1. Jaskółko, my jesteśmy "starej daty". I ja, idiotka, też tak wychowałam córkę,że była w pewnym sensie nieprzystosowana do tego, co się w Polsce dzieje. Bo nauczyłam ją rzetelności, punktualności, odpowiedzialności i biedne dziecko czuło się tu jak piąte koło u wozu.Dobrze, że choć mogłam jej zafundować szkołę społeczną, gdzie nikt nie miał do niej pretensji,że chce się (dziwaczka) uczyć.Zrobiła wpierw studia europejskie na UW, potem magisterkę na UJ. Dostała Stypendium Bawarskie i
    wyjechała. Tam zrobiła doktorat, jest samodzielnym pracownikiem naukowym i w niczym jej nie przeszkadza fakt, że jest Polką. I moje dziecię (36 lat prawie) twierdzi, że nie tęskni za Polską, że za nic w świecie tu nie miałaby szans na takie warunki pracy jak ma tam. Więc zupełnie się nie dziwię,że jesteś zniechęcona.
    A ja, ogromnie się cieszę,że już jestem na emeryturze, bo naprawdę miałam dosyć użerania się z różnymi urzędasami, szperania w dżungli przepisów, typowego kopania się z koniem.Mam wreszcie czas na to, co zawsze lubiłam, a czego nie mogłam kiedyś robić. Naprawdę Cie rozumiem,
    Miłego,;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Dobrze, że mnie rozumiesz, bo mam straszne wyrzuty. Poza tym mam jakiś niesmak. No bo przecież 30 lat pracy w zawodzie i na koniec coś takiego. Zamiast mieć poczucie spełnienia, mam poczucie pewnego rodzaju klęski. Moja córka jest magistrem filozofii i co? Dobrze, że zrobiła szkołę masażu i pracuje w tym drugim zawodzie. Pracy w szkole jako nauczyciela etyki nie ma dla niej. I dla większości jej kolegów ze studiów. No i podobnie, jak Ty wychowałam moje dzieci w takich samych wartościach. Ale całe szczęście, że ona jest przebojowa i twarda. Jakoś sobie radzi chociaż parę razy zmieniała pracę, bo nie pozwalała na "wyzysk' siebie przez pracodawcę.
      Dobrze, ze Twoja córka odnalazła się w zawodzie i ma sukcesy. Polscy naukowcy, nauczyciele akademiccy, jak nie są w układach lub nie pracują na jednej uczelni kilka/kilkanaście lat, nie mają żadnych szans.I to nie tylko mnie dotyka. Mam koleżankę- doktora logopedii, która uczy w liceum, bo w Poznaniu, gdzie mieszka, nie ma dla niej pracy na uczelni.

      Usuń
    2. I dlatego od ponad dziesięciu lat mam córkę głównie na Skype. Ale rozumiem,że tam ma inne możliwości i to osładza mi tęsknotę za Nią.
      Miłego, ;)

      Usuń
  2. Jaskółko, rozumiem Cię doskonale. To, jaki poziom (także zachowania) reprezentują dzisiejsi uczniowie i studenci (nie wszyscy, ale wielu) to skandal i żenada. Pokuszę się o próbę znalezienia momentu, kiedy taka żenada się zaczęła: otóż od momentu wprowadzenia gimnazjów. Pamiętam, bo miałam wtedy sporo zajęć w szkołach, jak stopniowo przestawałam wyrabiać, bo nie byłam w stanie nieustannie użerać się z uczniami - uczestnikami zajęć (a również, podobnie jak Ty, miałam poczucie, że porządnie się przygotowuję, staram się urozmaicać przebieg zajęć, traktować ich po partnersku). Aż do totalnego wypalenia i postanowienia: nigdy więcej pracy z młodzieżą: w ich oczach ani nie mam nic ciekawego do przekazania, ani im się nie chce w zajęcia angażować, a jedyny bonus, jaki w nich widzieli to to, że np. matematyki nie będzie, bo pani psycholog przyszła. Nigdy więcej. Stwierdziłam, że tylko z dorosłymi, którzy odpowiadają za siebie, jak deklarują, ż chcą, to będą chcieli. Tylko, że to było kilkanaście lat temu, a ówcześni gimnazjaliści i młodsze od nich roczniki właśnie dorosły. I w ośrodku, w którym pracuję, zaczęły się pojawiać własnie takie osoby, od których uciekłam ze szkoły. Myślałam, że nie jest to powszechne zjawisko, w końcu mam do czynienia z patologią (uzależnienie od narkotyków chociażby), no ale to przecież nie jest cały świat. Po lekturze Twojego posta moja nadzieja, że to dlatego, że pracuję w takim miejscu, legła w gruzach. Oni tacy są. To obcy gatunek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że to reforma wprowadzająca gimnazjum "wyprodukowała" nowy rodzaj ucznia- młodzieży- studentów. Straszne. Z całych sił staram się myśleć, że ta młodzież nie jest zła, tylko ich stosunek do nauki, pracy własnej, pracy innych- nauczycieli, pedagogów w ogóle dorosłych- jest co najmniej dziwny. Widzisz, mnie ciągle cechuje optymizm pedagogiczny. jak go stracę ogłoszę stan klęski osobistej. I właśnie dlatego, żeby do tego nie dopuścić wolę zakończyć pracę jako adiunkt i nauczyciel. Mam firmę, na emeryturę nie przechodzę, napiszę książkę...spróbuję żyć inaczej. Myślę, że Twoja praca, praca pedagogów w ośrodkach będzie coraz trudniejsza właśnie z tych powodów o których piszesz.

      Usuń
  3. o właśnie w ostatnim zdaniu otrzymałam odpowiedz na pytanie, które chciałam zadać (czy uczelnia jest publiczna?) - 'Oni płacą, wymagają wpisu, zaliczenia i tyle'. I to jest całe sedno i mąż ma rację. Nie oczekuj, że wszyscy studenci to tzw. dorośli ludzie i nie oczekuj, że są dobrze wychowani. To są ludzie z różnych domów, środowisk, mający różne wzorce wychowawcze, często rozpieszczeni, roszczeniowi etc. Jak sobie pozwolisz, że Ci na głowę weszli, to wejdą, bo nie wszyscy muszą wiedzieć na czym polega takt, grzeczność, szacunek. Można o tym pisać i pisać. Jeśli uczelnia ma generować zyski, to jest zainteresowana w jak największej licznie studentów, a sprawa poziomu nauczania, czy stosunku studenta do wykładowcy schodzi na drugi plan, mimo, iż uczelnia bardzo lubi chwalić się jaką to ma wykwalifikowaną, utytułowaną kadrę, ale w większości przypadków to chwyt marketingowy. To jest cała prawda o uczelniach prywatnych. Oczywiście nie można uogólniać, bo na pewno są studenci, którzy studiują za pieniądze i zachowują się przyzwoicie, chcą się czegoś nauczyć i są uczelnie, które dbają nie tylko o finanse, ale i o komfort nauczyciela.
    Wielu moich znajomych dorabia na uczelniach prywatnych, brat męża jest profesorem na publicznej uczelni, z wieloletnią praktyką na uczelniach prywatnych tak u nas w kraju, jak i za granica. To temat rzeka, który doskonale znamy.
    Jedna rada - nie próbuj zmieniać świata, bo go sama nie zmienisz. Jeśli uważasz, że ta sytuacja Cię męczy i wypalasz się, to odejdź, ale to niczego nie zmieni, oprócz tego, że zubożysz swój budżet domowy, a na Twoje miejsce przyjdzie ktoś inny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. To uczelnia prywatna i na takich ostatnio pracowałam. Ze wszystkim się z Tobą zgadzam. Tylko, że to zjawisko się nasila i jak kiedyś potrafiłam sobie radzić, teraz mnie zaczęło przerastać. Nie mam zamiaru świata zmieniać.Niedawno protestowałam, próbowałam walczyć. Przypłaciłam to zdrowiem i depresją. Już nie chcę. A mimo to trudna decyzja. Na jesień bardzo cieszyłam się, że pracuję, ze mam perspektywy. Bardzo szybko sprowadzono mnie na ziemię. Parę spraw tu jeszcze opiszę. Ale musi się to odstać, muszę przemyśleć.

      Usuń
    2. Brat męża, zrezygnował z pracy w jednej z warszawskich uczelni z podobnych powodów, o których pisałaś.

      Usuń
    3. A teraz ja sobie dopowiem- pewnie prywatna :)

      Usuń
    4. oczywiście, jest nadal i tylko profesorem na państwowej:)

      Usuń
  4. Mój syn był pierwszym rocznikiem doświadczalnym (pardon: gimnazjalnym). Opowiedział mi takie zdarzenie: Na przerwie siedzą dzieci w klasie, nauczycielka również. Jedna z koleżanek je chipsy. W pewnym momencie zauważa, że "Pani" ją obserwuje. Dziewczyna mityguje się i, siedząc na ławce, wyciąga rękę z torebką chipsów w kierunku nauczycielki. Z jej ust pada pytanie: "chce Pani?" Jaskółko, ten rocznik to Twoi studenci.

    OdpowiedzUsuń
  5. No właśnie, reformy - czy nie jest tak teraz:
    klasa 4 - przystosowywanie ucznia do nowych przedmiotów, warunków szkolnych
    klasa 5 nauka
    klasa 6 - przygotowywanie(mechaniczne) do testow końcowych
    klasa 1- przystosowanie i powtorka, wyrównywanie poziomów
    klasa 2 nauka
    klasa 3 przygotowywanie do zdania testow
    klasa 1 przystosowanie i powtorka z poprzednich lat, wyrównywanie poziomów
    klasa 2 nauka
    klasa 3 przygotowanie do zdania matury...?
    ;D
    Jak te dzieci wciąż powtarzają początek materiału, z ewentualnym rozszerzeniem go i nigdy nie dochodzą do końca, bo w ostatnim roku glownie uczą się rozwiązywać testy z klucza, to co oni mają umieć/ kiedy mają wykształcić w ogóle umiejętność chłonięcia wiedzy? Wszystko sie dla nich sprowadza do - znów kolejne testy - zdać, dostać papierek, lecieć dalej... bo w pracy i tak te wiadomości ze szkoły w 99% nie są przydatne...
    Ja to tylko z boku widzę, rozmawiam czasem z rodzinnymi dziećmi, gimnazjalistkami i studentami, nie wiem jak to wygląda od środka - o tym to Ty piszesz.
    Jedno się rzuca na myśl - ci ludzie nie są nauczeni szacunku, bo nie ma na nich od początku bata - od szkoly podstawowej wiedzą, że nauczyciel niczym im nie może obecnie zagrozić. Słaba ocena? A kto teraz na to patrzy?(Moich dyplomów nikt nigdy nie oglądał, nie mówiąc o indeksach). Ale - tu, gdybyś była złosliwa - możesz im zwrócić uwagę, że jeśli sami nie nauczą się okazywać szacunku, nie będą potrafili też go egzekwować we własnej pracy, bo nie będą wiedzieli jak to w ogóle powinno wyglądać;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po wprowadzeniu testów kompetencji przestałam "uczyć". W ogóle cała szósta klasa to istne szaleństwo ćwiczenia testów i różnych kompetencji u dzieci, w moim przypadku polonistycznych. Pamiętam tez pierwszy oficjalny sprawdzian na sali gimnastycznej. Dzieciaki nam się pochorowały z nerwów. Po paru latach testów ostrzegaliśmy (nauczyciele) ministerstwo, że to się źle skończy.MEN jest głuchy na głosy nauczycieli, naukowców- pedagogów. Realizuje swoje wizje i tyle. Obecna reforma z sześciolatkami to czysty kryminał. Chodzi mi o sposób jej wprowadzania, a nie o edukację sześciolatków, bo to odrębny szeroki temat. Obecnie 26 letnie osoby i młodsze są totalnie niedouczone. Ale to jeszcze byłoby mniej bolesne, gdyby nie to, że ta "młodzież" w ogóle nie widzi potrzeby "wiedzieć". Mało ona nie zdaje sobie sprawy, że pewną wiedzę ogólną należy posiadać niezależnie od wiedzy zawodowej. Nie potrafi zrozumieć, że ta wiedza należy do ogólnej kultury osobistej. Mówienie, że to wstyd nie wiedzieć czegoś, co jest ogólnie przyjęte jako wiedza podstawowa wywołuje u tej młodzieży zdziwienie i lekceważące uśmieszki.
      To, o czym pisze Jacek, uznałaby jako coś normalnego. No co? Mała chciała się z panią podzielić czipsami. Ma gest. A to, że forma nie do przyjęcia? Niby dlaczego? To, że jak trzepnie drzwiami, kiedy spóźnia się na zajęcia, powinna przeprosić, po zwróceniu uwagi spowodowało foch. Kompletny bark kindersztuby i zupełny brak poczucia niestosowności swoich zachowań. Ile razy można delikatnie zwracać dorosłym osobom uwagę. Ja jeszcze próbuję mówić o wzorach osobowych, przykładach osobistych, wzorcach- ktoś, kto chce być wychowawcą powinien umieć się zachować. Czasem odnosi skutek. Teraz czasem- kiedyś, zawsze.

      Usuń
    2. a propos niedouczenia. Dzisiaj u córki w klasie maturalnej wychowawczyni żaliła się, że nauczyciele skarżą się, bo nie chodzą do szkołą. Na to jeden z uczniów powiedział, gdybyśmy byli inaczej uczeni przez tych nauczycieli, nie musielibyśmy chodzić na płatne korepetycje i chodzilibyśmy na lekcje. Rozmowa na tym skończyła. Dodam, ze tylko 2 osoby z 32 nie chodzi na korepetycje, w tym moja córka.

      Usuń
    3. Straszne. Nie to, chociaż też, że ten uczeń tak otwarcie to mówi, ale straszne, bo to prawda. Oświata się zapętliła. Teraz już będzie trudno to wszystko odzyskać, co straciliśmy co najmniej 10 lat temu. ja mam problemy z wykształcenie studentów na dobrych nauczycieli, bo kompletnie nie czują tego, czego się od współczesnego nauczyciela wymaga. Studia pedagogiczne kończą ludzie "wyuczeni" po łebkach, bez motywacji do doskonalenie się. Tacy nauczyciele "uczą" dzieci i młodzież, która nie ma motywacji do szanowania (złej) pracy nauczyciela. Nauczyciel jest zniechęcony postawą uczniów lub gnieciony przez kolegów i dyrektora lub całkiem po prostu jest obibokiem olewającym pracę. Jak dodać jeszcze do tego rosnąca papierkomanię w pracy nauczyciela ( z każdej aktywności musi pisać sprawozdania, plany, rozkłady itp.)Zmieniające się co chwilę przepisy, nasilającą się liczbę problemów wychowawczych, trudna prace z rodzicami to.... i tak się kreci... a zapomniałam jeszcze dodać, ze na uczelniach są wykładowcy, którzy tez "zaliczają" przedmiot i guzik ich obchodzi, co będzie dalej ze studentem...
      Iva, ja to widzę i jest mi z tym źle, całkiem po prostu źle... ze świadomością, że jestem nauczycielem i jestem bezsilna nawet "na swoim" poletku.

      Usuń
    4. tym bardziej imponuje mi Twoja otwartość w tym temacie, bo zauważyłam, iż nauczyciel zazwyczaj broni siebie, a obwinia o wszystko ucznia. Jakby uczeń psuł cały system edukacji, a naprawdę nie trzeba być nadto inteligentnym, by zrozumieć, że szkoła bez ucznia nie istnieje. Obie strony - uczeń i nauczyciel - powinny żyć w 'symbiozie' w imię pojętego interesu wspólnego. Wiem, że to mrzonka, ale wciąż jako niepoprawna optymistka mam nadzieję...

      Usuń
    5. O tym tez napisze, ale to jeszcze we mnie dojrzewa :)

      Usuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.