sobota, 25 sierpnia 2012

Koniec wakacji


Jeszcze tydzień i po wakacjach. Nie lubiłam tych dwóch tygodni kończącego się sierpnia. Wszystko trzeba było dopiąć na ostatni guzik. Narady, konferencje, pisanie planów, rozkładów materiału, dopinanie dokumentacji szkoły. Ostatnie remonty, pucowanie, narady ze sprzątaczkami oraz konserwatorem, jak im rozplanować pracę w nowym roku szkolnym. Czy jedna przychodzi rano i pracuje do popołudnia, czy otwiera szkołę, pracuje trzy godziny i przychodzi druga? Zawsze którejś nie pasowało i nigdy nie było tak, żebyśmy się nie dogadały. Najwięcej nerwów i „kłótni” było przy tworzeniu planu lekcji. W budynku była podstawówka oraz gimnazjum, a sal za mało. Dwa wyznania- trudność w dopasowaniu lekcji religii, wuefy dla starszych klas  i sala gimnastyczna dla nauczania początkowego (jedna godzina obowiązkowo na sali), informatyka- jedna sala komputerowa, dojeżdżający nauczyciele uczący w innych szkołach. Jak grało wszystko w podstawówce, to gimnazjum się „rozłaziło”. Kiedy już wszystko się zgrało, to okazywało się, że nauczyciel nie może na tę daną godzinę przyjechać, bo ma lekcję w innej szkole. Odkąd pamiętam, a w zasadzie przez całą moją pracę w podstawówce, układałam te plany razem z dwoma bardzo obrotnymi i kumatymi w tym temacie koleżankami. Harmonogram lekcji musiał się ułożyć jak puzzle. Rozkłady materiału zaczynałam pisać w połowie sierpnia, bo miałam najwięcej lekcji tygodniowo na klasę. Kiedy były jeszcze ósme klasy, to w sumie musiałam ułożyć rozkłady dla 5 klas. Przeciętnie dla jednej klasy materiał „rozkładałam” na około 180/200 lekcji. Wszystko w tabelach, wszystko rozpisane i dopracowane pod kątem możliwości danej klasy. W sumie nie bardzo wiem, po co to teraz napisałam. Może nostalgia? Chyba raczej nie tęsknota, bo kiedy opadły ze mnie emocje po utracie pracy, to nawet poczułam zadowolenie, że już nie muszę w tym kołowrocie pracować. Praca w cyklu dziesięć miesięcy harujemy, dwa wypoczywamy (niecałe dwa), te same czynności na zakończenie i przed rozpoczęciem roku szkolnego, cykliczność w działaniach (cykliczne imprezy szkolne, te same uroczystości, te same swięta), powtarzalność sytuacji wychowawczych oraz dydaktycznych, jakaś monotonia mimo różnych nowości (innowacji, jak to teraz modnie nazywa się). Pewnie dosięgło mnie też wypalenie zawodowe, bo coraz mniej miałam ochotę angażować się w pracę dydaktyczną, a więcej absorbowała mnie praca organizacyjna, dotycząca funkcjonowania szkoły. Moje lekcje polskiego zaczęłam- zgodnie z oczekiwaniami ministerstwa- prowadzić pod kątem sprawdzianu kompetencji. Zupełny nonsens. Zamiast czytać utwory literackie, analizować postawy bohaterów, rozwiązywać wspólnie dylematy etyczne, cieszyć się poezją i pięknym słowem, dzieciaki ćwiczyły mozolnie pisanie np. sprawozdania, które musiało mieć nie więcej niż 20 zdań i nie mniej niż dziesięć.  Wszystko teraz było punktowane. Absurd, który wywoływał w nas- starych nauczycielach- ogromny bunt i zniechęcenie. Rosła również we mnie świadomość, że w oświacie jest coraz gorzej. Jakieś bzdurne rozporządzenia, wymagające nadprodukcji dokumentów, niekompetentni wizytatorzy, brak metodyków przedmiotowych jako doradców, brak pieniędzy na wszystko, zrobienie z ucznia klienta, coraz mniej zaangażowani nauczyciele i rodzice. Wkradało się zobojętnienie i tumiwisizm. Chciałam od tego uciec, coś zmienić w swoim życiu, wrócić do pracy na uczelni, rozwijać się w innym kierunku i udało mi się. Mimo wszystko- udało się J.
A teraz nadeszła era zamykania szkół, zamykania uczelni, zamykania przedszkoli i zwalniania nauczycieli. I to nie tych nieodpowiednich, tych niekompetentnych. Zwalnia się jak leci, bo nie ma dla nich godzin. W samym Cieszynie zwolniono 16. To dużo.
Siedzę sobie na tarasie, czytam Kalicińską, patrzę na pierwsze opadające liście i ogrania mnie spokój. 
Zwinka. Kiedyś mieszkały w piwnicy. Teraz mają tam zbyt sucho. Myślałam, że wyprowadziły się w ogóle z ogrodu. A tu niespodzianka. Ta jest jeszcze taka drobniutka. Pewnie młoda.
Pozwoliła sobie zrobić kilka zdjęć i potem piorunem czmychnęła między liście.
Pokłonnik Kamilla.
No i nasza młoda gniewna. Ona chyba nie potrafi spokojnie, po cichu przelecieć po gałęziach. Zawsze narobi takiego rabanu, że od razu wiemy, gdzie aktualnie przebywa. Gna z drzewa na drzewo fukając, cukając i popiskując. Ostatnio pobiła się ze starą wiewiórą na dachu sklepu. Tumult był wielki. Potarmosiły się parę minut, coś sobie powykrzykiwały, a potem zgodnie pobiegły w głąb ogrodu.




13 komentarzy:

  1. Zawsze patrząc na tablicę z planami dla całej szkoły zastanawiałam się, jak ją układają - od czego zaczynają, jak dopasowują te różne godziny w kilku szkołach u danych nauczycieli, te sale "tematyczne"... Pierwszy tydzień i tak zawsze był ruchomy i wszystko się przestawiało z dnia na dzień, z godziny na godzinę, ale jednak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba mam pecha, bo tylko parę lat w całej karierze nie układałam planów. Nawet na uczelni to robiłam. Najlepiej wychodzi na takiej tablicy z kolorowymi "pinezkami". Każdy nauczyciel miał swój kolor i widziałam, gdzie kto "jest". Zbiera się karteczki z życzeniami od nauczycieli, ma się przed sobą, kto w której klasie uczy, zna się całą siatkę godzin dla każdej klasy i... do przodu ! :))))Aaa jeszcze trzeba wiedzieć, ile uczniów jest w danej klasie i ile miejsc (ławek w danej sali :))))))))No i pilnować wuefów, bo to dziewczynki osobno i chłopcy osobno... i religii (u nas dwa wyznania), żeby były na pierwszych i ostatnich lekcjach i... :)))) A potem i tak jeszcze trzeba było dogrywać, bo np. dwie klasy czekały pod jedna salą:))
      To się nazywa chyba logistyka :)))

      Usuń
  2. Wiewióreczka cudna(reszta też, ale ona na pierwszym miejscu)...co do szkoły..brak słów;/
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udała nam się młoda ruda, tylko jeszcze nerwowo na nas reaguje. Przejdzie jej. Co do szkoły, to chyba jednak czuję ulgę.Kiedy czytam na jej temat i słucham, co opowiada moja kuzynka, która jest sekretarką w zespole, to przeważnie podsumowuję, że to już nie na moje nerwy.

      Usuń
  3. Pewnie się wiewiórki dogadały a nadmiar energii postanowiły zgubić spuszczając łomot komuś innemu:). Mam taki jeden mocno koszmarny sen -śni mi się ,że znów jestem w szkole i mam klasówkę z geografii, a tematem jest Nizina Niemiecka.Temat na dwie godziny pisania ciurkiem, a ja mam to napisać w 30 minut. Śliczna ta jaszczureczka. Z tego co wiem, to w niektórych miejscowościach jest coraz mniej dzieci do uczenia- mamy niż demograficzny.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łomot to one sobie nawzajem sprawiły. Hałas był okropny :)))Pomijając fakt, że dla nas zdarzenie zupełnie zaskakujące. Może walczą o terytorium? W normalnym kraju nie zwalniano by nauczycieli tylko stworzono by klasy mniej liczebne z korzyścią dla dzieci. A u nas zsypuje się dzieci z dwóch klas w jedną, w której potem jest przeważnie około 40 uczniów, a nauczycieli się zwalnia. Uczyłam kiedyś 2 klasę, w której było 42 uczniów. Nie miałam szans sprawdzić na lekcji, czy dzieci w środkowym rzędzie prawidłowo piszą, bo całkiem po prostu nie potrafiłam się do nich dostać, albo nie brakowało mi na to czasu. A jak sprawdzić w tak liczebnej klasie czytanie? jak sprawdzić wiadomości i umiejętności.
      Ktoś powie- my też do takich klas chodziliśmy i było dobrze. Tej osobie może było dobrze, ale ogólnie nie. Nie było dobrze, a w XXI wieku dzieciom powinno być w szkołach lepiej, a nie jak przed 40 laty.

      Usuń
    2. Miało być brakowało mi czasu :(

      Usuń
    3. Z tego co pamiętam, to w podstawówce chodziłam do klasy, w której było nas 45 łebków.
      Moja chodziła do szkoły w wyżu demograficznym i było aż 5 klas pierwszych, po trzydzieści kilka w klasie. Dzieciaki były strasznie zmęczone sobą wzajemnie. Moja marzyła o liceum społecznym, bo tam klasy były "nieekonomiczne", góra 20 osób. Trafiła do szkoły społecznej, gdzie klasy były po 12-15 osób. Z punktu widzenia ekonomii było to mało opłacalne, 4 lata nauki kosztowały mnie kupę forsy, mimo dopłat z MEN.Ale nie żałuję, bo to była świetna szkoła, uczyli sami "zapaleńcy".
      Niewątpliwie mało liczna klasa to lepsze warunki nauki dla dzieci i pracy dla nauczyciela, ale ciężko to utrzymać ekonomicznie. Mieliśmy wgląd w cała strukturę finansową i wiem,że żadna szkoła dziś by tego "nie wyrobiła" z pieniędzy budżetowych, choć w tej szkole pensje była takie same jak w normalnej szkole.
      Bardzo pomagali szkole rodzice, inwestowali nie tylko pieniądze w naukę dzieci, ale też często swoją prace i umiejętności. A teraz to nie jest "trendy".
      Miłego, ;)

      Usuń
    4. Tak, moja córa też chodziła do szkoły prowadzonej przez stowarzyszenie. Płaciłam wysokie czesne, które mocno szarpało mi budżet, ale wiedziałam, że tam jest tak, jak trzeba. W dodatku miała kapitalna wychowawczynię i dyrektorkę bardzo obrotną. A w państwowej starałam się uczyć dzieci najlepiej, jak potrafiłam. Podobnie robili moi koledzy po fachu. Nikt się nie oglądał na warunki. Dlatego, kiedy teraz wieszają psy na nauczycielach, to jest mi tak jakoś przykro. Równocześnie zdaję sobie sprawę, że było i jest wielu nauczycieli, których należałoby zwolnić od zaraz. Tak, jak w każdym zawodzie i w tym są leserzy.
      Rodzice teraz nie wspomagają szkoły, bo nie mają pieniędzy. Kiedyś jeszcze społecznie pracowali, teraz, młodzi, już nie.

      Usuń
  4. taki spokój jest bardzo ceny, Jaskółko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak i coraz bardzie sobie go doceniam. Jeszcze muszę trochę popracować na zmianą motywacji życiowej, trochę przewartościować pewne rzeczy:)))

      Usuń
  5. Uwielbiam czytać Twoje posty. Pozdrawiam serdecznie!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to miło mi bardzo :)))) Dziękuję :)

      Usuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.