wtorek, 31 stycznia 2012

Przyśpiewka zgryźliwca :)

Hu hu ha! Hu hu ha! Niech ta zima już spieprza (muszę napisać cały wyraz, żeby ktoś nie dodał niewłaściwej końcówki- brzmiałoby wulgarnie- a FE! Tu ma być ładnie, a co w oryginale....to przemilczę elegancko). Przyczepiła się do mnie ta przyśpiewka i jak mantrę ją wymrukuję  co jakiś czas pod nosem. Pójdę na pole z Zuzią….Hu hu ha!.... do samochodu…. Hu hu ha!... z wiaderkiem na podwórko wyrzucić resztki kurom od siostry…. Hu hu ha!! A coraz zajadlej pod nosem mi się mruczy, z coraz większą nienawiścią… hu, hu ha!!!!!…niech …s…..a!!!!!! Do diabła, już wiem, dlaczego na Kołymie ciągle chleją wódę. Tam jest minus 40 stopni na dzień dobry. U nas zaledwie – 15, i już czaju z prundem się chce. No dobra, nie czaj, tylko cytrynówka, która się jeszcze ostała. Teraz  już profilaktycznie, a nie rozrywkowo trzeba pośpieszny, bo byliśmy po młodą w Skoczowie i przeokropnie zmarzliśmy. Nasze auteczko to diesel, zanim się zagrzeje, pół świata można nim przejechać. No właśnie. Wczoraj radziłam Nivejce, co wlać do baku, żeby diesel odpalił, a dzisiaj rzeczywistość zachichotała złośliwie. Co tam zachichotała, zarechotała strasznym głosem. O 11 ma przyjechać auto z flotem, a na parkingu, gdzie powinno być to badziewie zrzucone stoją nasze dwa zmarzlaki. O 9. mały bez problemu zapalił i przestawiłam go w inne miejsce. Duży? Dwa razy kaszlnął i zdechł. Diesel! Wczoraj J,. wlał jakiś, strasznie ropą śmierdzący, środek do paliwa, zatem samochód powinien- według zapewnień wszystkich znajomych mechaników- zapalić od strzału. Aha! Powinien to prawie tak samo jak na pewno! A prawie… wiadomo… czyni różnicę. No i tą różnicą był stary akumulator.  Jednak  takich trzech, jak my dwaj, to nie ma ani jednego. Polecieliśmy do sklepu. Ja do naszego (w zastępstwie J.) J. do cudzego po akumulator. I o godzinie 11.30 flot już sobie spokojnie leżał na zwolnionym przez samochody parkingu. O 15. znalazł się w piwnicy. A my teraz profilaktycznie, prozdrowotnie, po troszeczku tę cytrynówkę. Robi się cieeeeeepło….
Nie mogę poczęstować na rozgrzewkę cytrynówką, to może widok trochę ogrzeje….





poniedziałek, 30 stycznia 2012

Powiało mrozem

Próbuję to jakoś… Wyszłam na chwilę na dwór, bo Jowisz z Księżycem bardzo blisko siebie są. I dodatkowo Wenus, która jaśnieje mocno, chciałam zobaczyć. Wczoraj pokazywałam J. jakie to śliczne. Księżyc jak rogalik i po bokach dwie ogromne gwiazdy. Dzisiaj wyszłam za późno. Jowisz z Księżycem coś tam gadulą, a Wenus poszła spać. Bardzo lubię patrzeć na gwiazdy. Bardzo…..Przywitał mnie straszny wiatr i mróz. Najgorsza zimowa pogoda. Zuzia szybciutko załatwiła, co trzeba i zwiała do domu. Marzną jej łapki. Słowa…. Kiedy lejemy piwo do wysokiej szklanki bardzo się pieni, burzy, geruje. Piana podnosi się i wylewa. Jeszcze chwilę bąbelki w piwie lecą do góry, a potem wszystko się uspokaja. Pozostaje czysty klarowny płyn. A rosół? Taki normalny rosół z kury. Na początku gotowania, na powierzchni, zbiera się szara szumowina. Potem ją usuwamy i pozostaje złocisty rosół.  Lubię patrzeć na gotujący się rosół. Powinien tylko tak delikatnie „mrugać”. No i ten zapach. Niektóre słowa, jak ta piana, jak szumowina, inne klarowne, przejrzyste. Takie skojarzenia dzisiaj mi przyszły mimochodem. Jaką wagę mogą mieć słowa w różnych miejscach?
Wczoraj byliśmy z J. w fajnej karczmie na obiedzie. Miałam wykłady w „nieciekawych” godzinach. Nie zdążyliśmy zjeść przed, to postanowiliśmy po, czyli późnym popołudniem. Karczma jest przy drodze do Pszczyny, nad zalewem. Na uboczu.
Cicho, ciepło, "bajkowo", mogliśmy sobie pogadać tak randkowo. W dodatku miła i szybka obsługa. A to jedzonko???? Pycha....
Trochę fotek z….




piątek, 20 stycznia 2012

Prowokatorki....

Napisałam sobie posta o tym,  jak to w opinii ogółu nauczyciele mają się fajnie (taki na topie temat, bo przecież ferie są) i odpuściłam sobie. A może post podojrzewa, podojrzewa i potem się tu znajdzie? Jeszcze wszystko przed... nim. Dość zjadliwy i zgryźliwy jest. A mnie dzisiaj zgryźliwość, po kolejnym odśnieżaniu parkingu, zdechła. Mieszanka trawki z jabłkiem, czy jak kto woli żubra z jabłkiem niczego sobie. Osobiście nie przepadam, ale... Zołza narobiła mi spirytusem smaku i... czystego przecież pić nie będę, choć tam jakiś zapas do tych chrustów w piwnicy stoi. Odwilż jak sto diabłów, a z odwilżą śnieg gesty, wielki i mokry walił przez całe popołudnie, FUJ! Nie powiem, zrobiło się malowniczo, nawet bardzo. Bielutko, czyściutko... i ... łopata... śnieg, pryzma, łopata.... śnieg, pryzma, łopata, śnieg, pryzma.... szuuuuuuuuuussssssss.....w duecie na cztery ręce. To i potem tego zmachanego robaka trzeba na 40% upoić. A mnie wczoraj małpy jedne, wiewiórki znowu wabiły. Prowokatorki. Mam biurko w kącie między oknem i drzwiami balkonowymi. A one mają swoją codzienną trasę właśnie nad drzwiami balonowymi, po bluszczu, na okno- galopem po parapecie, szus na cisa, potem na górny taras (widać brzeg z okna), na krokiew i na strych. Często  trasę pokonują w odwrotnym kierunku. Nierzadko biegają po brzegu górnego tarasu, siedzą tam i wcinają orzechy, które im wysypujemy. Niestety, paskudy są bardzo czujne, zmyślne i ruchliwe. "Upolować" je jest strasznie trudno. Jednak wczoraj zawzięłam się i.... zdjęcia robiłam przez szybę. Na niektórych odbija się firanka. Wiem, że są niedoskonałe, ale je tu pokażę, bo miałam niemałą frajdę, że w ogóle ją "złapałam". Przyznam, że mam bzika na punkcie naszych prawie oswojonych rudzielców. Wróć- jednego rudzielca i jednego czarnucha.
 Pisałam wykład, kiedy.... tup tup tup.... galopem przeleciała po parapecie. Aha, dzisiaj trasa odwrotna. No to... wzięłam aparat i stanęłam sobie przy drzwiach balkonowych. najpierw zapędziła się za filar na balkonie. Zobaczyłam tylko ogonek. No to po ptokach pomyślałam. Trudno. Ale....
 Jest. Wraca. Szybciutko nastawiłam aparat i zaczęłam pstrykać jak szalona. Zupełnie jakby mi odbiło. MUSIAŁM ją mieć. Oczywiście aparat ustawia się w jakimś czasie, to i zdjć musiałam wyrzucić sporo.
 Wiewiórka podleciała pod drzwi i.... siadła sobie tyłem na progu. Wstrzymałam oddech. Spróbujcie robić zdjęcia na półoddechu...
 Potem powoli przesuwała się wzdłuż drzwi. Nadal prawie nie oddychałam. Zero ruchu...
 A ona dalej spokojnie ....
 Tu nagle coś do niej dotarło. Uniosła łepek....Przestałam oddychać...
 Wróciła i.... bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Teraz ona zgłupiała. Przestałyśmy oddychać obie....A minę ma taką, jakby chciała powidziec: No i czego się gapisz? Wiewiórki nie widziałaś????
 Odwróciła się i poleciała na murek przy zejściu do piwnicy.... jeszcze chwilę pomarudziła. Wskoczyła na bluszcz przy ścianie i tyle ją widziałam.
 A po godzinie.... słyszę,że idzie po bluszczu nad drzwiami balkonowymi. Łaps za aparat... a to była ta ciemniejsza. Teraz ona sobie na spacer wyszła. Trasą odwrotną.
Pobujała się na bluszczu, potem na parapet, ale tu już nie miałam szans.
No i wieczorem nauczyłam się nastawiać aparat na zdjęcia seryjne. 

czwartek, 19 stycznia 2012

"Bazarowy" tytuł....

Pisząc tu sobie na luzie o moich perypetiach związanych z zawodem zauważyłam, że ludzkość nie bardzo orientuje się, o co w tym robieniu? zdobywaniu ? tytułów naukowych biega i w zasadzie, jak to wygląda. Nie sądzę, żeby to był hit dnia, ale może, jak już zaczęłam tam gdzieś poniżej w postach, to teraz dokończę. W końcu, mogą być blogi lekarskie, „kucharskie”, to i trochę tego „doktorskiego” może się strawi. Tak naprawdę zainspirowały mnie pytania, postawione w poprzednim poście. Pozwalam sobie zamieścić na nie odpowiedzi. Jedno z pytań dotyczyło kupna dyplomu (pracy) na bazarze. Ile mogłoby to kosztować? Praktyki z kupnem dyplomów i prac na różne stopnie naukowe są powszechne i nie ukrywajmy ludzie to robią. Piszą jedni, bo kupują inni.  Czy to etyczne? Mam swoje przemyślenia, które niekoniecznie spodobałyby się.
Ile kosztuje doktorat na bazarze? Nie wiem, chyba jednak sporo. Pracę można kupić, ale nie wyobrażam sobie obronić bez pisania. Przedtem trzeba zdać egzamin z filozofii, egzamin z języka obcego i ogromny egzamin kierunkowy. Dwa pierwsze pewnie można "załatwić", trzeciego nie da się. To jest jazda, podczas której około 6 profesorów może cię przemaglować z całej dziedziny, w której mieści się twoja praca. Ja miałam „pogranicza” wielu dziedzin. Ufffff…. Kiedy wyszłam z sali musiałam „dobrze” wyglądać, skoro podeszła do mnie studentka i zapytała, czy się dobrze czuję. Obrona też jest czasem twarda. Ja broniłam się 2 godziny, bo jedna pani profesor była na NIE w stosunku do mojego promotora i "na okrągło" (ja) chciała go ubić. Przeciętnie obrona trwa do godziny. Parę pytań ze strony komisji, pytania z sali (jeżeli ktoś chce) i fertig. Ja miałam tych pytań 12. Podobno rzadkość. Magisterka kosztuje do 2000 złotych, a licencjat około 1200 złotych :) Wracam do doktoratu- koszty dotyczą całego przebiegu pisania pracy i potem wpłaty przed obroną (moje z 2006 roku). Recenzja ( muszą być 2) to 1500 złotych od recenzenta, promotor dostaje 3000 złotych, różne opłaty około 2000 złotych- 8000 złotych wpłaciłam przed obroną i to był warunek wyznaczenia terminu. Za samego statystyka- nie da rady na tym poziomie samemu obliczyć tylu danych statystycznych według wymogów- 2000 złotych. Reszta kosztów- obliczyłam, że przez 6 lat wydałam na wszystko też gdzieś 25000 złotych o ile nie więcej. Ja startowałam z tzw. wolnej stopy. Długo spłacałam długi. No i nie dostałam ani jednego dnia wolnego na pisanie czy egzaminy, bo robienie doktoratu w oświacie nie jest podnoszeniem kwalifikacji. Albo spłacałam koleżeńskimi, albo w ramach L-4 . Doktoranci na studiach doktoranckich mają trochę łatwiej. Niektóre rzeczy – publikacje, konferencje, recenzentów- opłaca im uczelnia.
A korzyści materialne z pisania są żadne i z pracy też- przeciętnie adiunkt ma 2500 na rękę. W poprzednich uczelniach miałam 1700 jako wykładowca z tytułem. Za rozdział w pozycji zwartej dostałam 21,0 złotych, za inny 13, 50 złotych, i potem coś, jeżeli się będzie książka sprzedawać. Żałosne. A ludzie myślą, że my kokosy na publikacjach zbijamy. Jeżeli chcę wydać referat z konferencji muszę sobie sama za publikacje zapłacić- przeciętnie od 50 złotych w górę. Za wydaną przez uczelnię książkę nie dostałam ani grosza, a uczelnia ma prawa autorskie do niej. I nie da rady. Takie są warunki wydawania. Albo się godzisz, albo masz figę z makiem. No i obecnie tytuł też nie gwarantuje pracy na uczelni. Nawet tytuł doktora habilitowanego.
Ubolewam, że ludzkość ma w nosie wytwory humanistów dydaktyków. A poza tym jestem zwyczajna Jaskóła i staram się nie drzeć nosa :)
 Letnio i mokro






wtorek, 17 stycznia 2012

Yes, Yes, Yes !!!!!!!!!

Yes, Yes, Yes!!!!!!!!! Napisałam, stworzyłam wymęczyłam, wy….. SPRAWOZDANIE!!!!! Mało tego.. całkiem niezły mi bajer wyszedł (tu przymrużenie oka). Bajer w postaci koncepcji pracy habilitacyjnej. No i teraz mam zagwozdkę. Jeszcze rok temu, kiedy skończyła mi się umowa i nie mogłam znaleźć zatrudnienia na uczelni, postanowiłam „tworzyć’ dalej. Napisać książkę, którą spróbuję gdzieś wydać. Nie potrafię… po prostu nie potrafię nie pisać. Zboczenie takie mam i już. Przez rok coś tam sobie pisałam i raczej nie wierzyłam, że jeszcze będę pracowała na uczelni. Ot, taki luzik produkcyjny. Ale stało się. Nieoczekiwanie dostałam zatrudnienie i jestem zobowiązana do pracy naukowej. Habilitacja w moim wieku to… poroniony pomysł i do kitu. Raz, że potrzebuje ogromnych nakładów finansowych; dwa- nigdy nie wydam potrzebnej liczby pozycji i w dodatku w punktowanych czasopismach, a mój dorobek (chociaż niezły) jest zbyt mały; trzy nigdy mi się pod żadną postacią nie „zwróci” (no może prestiżowo, ale po co mi prestiż na emeryturze?); chcę iść za 4 lata na emeryturę, a nie sądzę, że dam radę zrobić habilitację do tego czasu przy takich wymaganiach i w takich warunkach. No i znowu zęby w ławkę! Ale…. kiedy napisałam tę koncepcje, coś we mnie jęknęło z żalu. Mam to…mam…… Teraz napiszę. Wydam (mam nadzieję, bo pomysł dobry) I co? Dalsza procedura łamie i rzuca na kolana. A teraz poważniej. 6 lat pracowałam nad doktoratem (2 letni poślizg nie z mojej winy), 6 lat wyjęte z życiorysu. Nie chcę już tak. Zarwane noce, błędne spojrzenie, głowa puchnąca od zdań,.... czasowy terror- nie zdążę, muszę się pospieszyć, mam termin… psychiczny terror- a co będzie, jak źle napiszę, jak się skompromituję, jak nie zdam egzaminów, jak nie obronię….domowy terror- znowu nie wyprane, ogród zapuszczony, byle jak posprzątane…. I wieczne wyrzuty sumienia, bo ciągle coś „niedociągnięte", coś zaległe do zrobienia. Stosy książek, stosy kartek…I potem to horrendalne zmęczenie i chodzenie przed obroną na rzęsach (w pół roku zdałam wszystkie egzaminy i obroniłam), a po obronie bezsenne noce, bo emocje nie chciały opaść. No Jaskóła- rób habilitację i resztę życia sobie zawal. Przeżyj to jeszcze raz…..Aha… umowę mam na razie na rok…O! No i jeszcze dodatek dla "owieczek"- miejcie satysfakcję, że piep...ny dochtorek się wymądrza...Resztę czytających uprzejmie z góry przepraszam za ten wtręt :)))))
Kos w zimowej odsłonie




niedziela, 15 stycznia 2012

Paskudztwo...

Dzisiaj to moja zgryźliwość sięgnie chyba zenitu. Przyczłapała, przywiało ją dosłownie z silnym wiatrem, przywlokła się i trwa. Wstrętna, obrzydliwa. Po prostu wielkie BLE i wielkie FUJ! Jak można zachwycać się tymi kilogramami białego i mokrego dziadostwa, które zalega i trzeba je ciągle usuwać? Mokre, ciężkie, śliskie. Pojechaliśmy po młodą do Brennej. Raptem niecałe 30 kilometrów. W tamtą stronę jakoś powoli szło. Tym bardziej, że na Wiślance ruch od Wisły, a my w odwrotną. Za Skoczowem już było gorzej i gorzej. Śnieg ubity, dwa pasy w nim wytarte, ale kompletnie zlodzone. 40tką i ani trochę szybciej. Przed samą Brenną samotny pług przeleciał obok nas dosyć szybko. Tylko zgarniał śnieg i nie sypał niczym. W rezultacie za nim  na jezdni pozostała już tylko warstwa lodu. W Brennej, jak na góry przystało, prawdziwa śnieżyca. Z powrotem jechało się jeszcze gorzej. Na Wiślance, na zakrętach wyślizgany śnieg i ani bryłki żwiru czy piasku. Jak zawsze drogowców zaskoczyła, ale ja myślę, że bezczelnie oszczędzają. Wczoraj, kiedy wracałam z Katowic, droga też była zaśnieżona. Przed Żorami na poboczu stały 4 piaskarki na awaryjnych. Pewnie "naradę" mieli, jak się oszczędzać i nie przepracować. W końcu kierowcy i tak kiedyś dojadą do celu. Zresztą, kto by tam w niedzielę gorliwie pracował, a ci co wyjechali na narty- sami chcieli, to niech się męczą. Czytam książkę Szczygła"Gottland". O naszych bliskich sąsiadach Czechach. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Pierwszy wniosek- Czesi tylko pozornie mają poczucie humoru. Tak ich odbiera większość nacji tzn., że mają poczucie humoru. A ja odkąd pamiętam, zawsze odbierałam ich jako przygnębionych i "wyciszonych". Zawsze automatycznie kojarzyli mi się z Koreańczykami, tymi z północnej. I moje odczucia wcale nie są takie błędne. Jak dokończę i "przetrawię", i uporam się z pewnym szokiem poznawczym, to może tu więcej napiszę. Pewnie napiszę, bo jak zawsze będzie się to musiało gdzieś ulać.
Zamiast białego, stare i ciepłe.








sobota, 14 stycznia 2012

W tę i z powrotem

Całkiem zwyczajnie nie chce mi się tworzyć super ambitnych tekstów na blogu. Ma być codziennie i zwyczajnie. Ambitne to ja gdzie indziej, jak to się ładnie mówi, się produkuję. Tu ma być tak o.... lekko, łatwo i może przyjemnie. Może, bo też chyba nie zawsze uda się. Aaaa.... mniej ambitnie, to nie znaczy bez szacunku dla czytających. Reszta informacji dotyczących przesłanek do pisania tego bloga oraz charakteru treści- w pasku z prawej strony. Co mnie naszło? Zadane pytanie, czy nie dałoby się , bo ... wiesz... eeeeee. Właśnie eeeeee.... dałoby się, ale.....zakres pojęcia ambicja jest bardzo szeroki... być może już się mieszczę z tym, co piszę  tutaj... można sobie przyjąć, że to jest ambitne...jak chce się czytać bardziej ambitne, to proszę, blogów są tysiące....poza tym, dałoby się, ale....nie chce się, mało... zamiar był inny ... i tyle....spracowałam się, zmarzłam... do domu wracałam busem 2 godziny zamiast  godziny, droga śliska, pobocze grząskie, pełno oślepiających tirów, zawieja w oczy.... wrrrrrrrr......... 

 Piesek najpierw galopem leciał w moją stronę
Kiedy zobaczył mnie z aparatem, zawrócił i równie szybko poleciał z powrotem


piątek, 13 stycznia 2012

Zielone na żółtym...

W środku nocy obudził mnie potężny huk. Półprzytomna stanęłam prawie na baczność- Słyszysz???? Co się stało???? krzyknęłam do J. Odpowiedziało mi cichnące dudnienie i rytmiczne pochrapywanie z boku. No tak. Tego nic nie ruszy. Mój mąż to nawet Apokalipsę gotów przespać słodkim snem. Szczęśliwy człowiek. W środowisku motocyklistów słynie jako ten, który zasypia na rozkaz. No dobra, ale co to było? Burza? W styczniu burza? Wyrwało mnie z łóżka i galopem poleciałam wyjąć wtyczki routera i kompów z gniazdek. O nie! Już raz nam strzelił w trakcie burzy modem. Zachodu z odzyskaniem dostępu do sieci było co niemiara. Prawie pół tygodnia przerwy, nie mówiąc już o  kosztach, bo trzeba było nowy router kupić. No i naprawa mojego kompa, bo coś w głównej płycie strzeliło, też nieźle kosztowała. A mówiłam, że trzeba przed burzą wyjmować z gniazdka. To  się nie chciało.Teraz, kiedy tylko lekko zagrzmi, wszyscy lecą na wyścigi wtyczki wyjmować, chociaż router mamy na wszelki wypadek bezprzewodowy. A wracając do dzisiejszej burzy- krótka, ale intensywna. Młoda zeszła rozespana z góry i z przejęciem opowiadała, jak to w jej śnie samochód koleżanki wybuchł. Zobaczyła błysk i huk ją ogłuszył, otworzyła oczy i słyszy-  huczy i huczy. Zgłupiała. Potem uświadomiła sobie, że to burza. Ledwo ją "wygoniłam" z powrotem do łóżka, Zuza zaniepokojona, wygramoliła się ze swego legowiska, stanęła obok mojego łóżka i zaczęła mnie lizać po twarzy, włosach. Zanim ją uspokoiłam, znowu minęło kilka dobrych minut. Potem jeszcze raz porządnie zagrzmiało, ale dalej, zerwał się na krótko gwałtowny wiatr i nagle wszystko ucichło. A J. nadal sobie spokojnie chrapał. Dzisiaj pogoda taka bardziej marcowa. "Przelotowe" śnieżyce i miejscami bezchmurne niebo. Jednak pod wieczór posypało drobnym śniegiem i jest biało.
Trochę żółtego z zielonym. To takie optymistyczne kolory :)






wtorek, 10 stycznia 2012

Daję i... dobrze się z tym czuję

Daję, jasne, że daję. Jak mam, to dlaczego nie miałabym wspomóc? Kiedy nie mam, nie daję. Zawsze starałam się choćby parę złotych, ale jednak jakoś pomóc. Doskonale wiem, co to znaczy nie mieć. I znam to uczucie bezradności i beznadziei… skąd wziąć? Byłam w sytuacji, kiedy szukałam po szufladach, torebkach złotówek na mleko dla małego syna, bo  prehistoryczny, pierwszy mąż wynosił pieniądze i nie interesował go nasz los (to taki kawał sukinkota, który żył tylko swoim samozadawalaniem). I doskonale znam uczucie upokorzenia, kiedy prosiłam rodziców o kolejną pożyczkę (niedużą) na przeżycie do pierwszego, bo moja pensja i renta dla dzieci po zmarłym  ich ojcu nie wystarczały. Dlatego, jak mogę to wspomagam. I nie patrzę, czy ktoś mnie oszukać może i zbiera na wódę. Daję i nie interesuje mnie, co dalej. Jestem niepoprawną optymistką pod tym względem i wierzę, że pieniądze idę na to, na co jest potrzeba. Spotkałam się kiedyś z zarzutem, że daję, bo muszę sobie podnieść samopoczucie. No…. Jest tak w istocie… daję i czuję się lepiej…. świetnie się wtedy czuję… czuję się dobra… znakomita…. podniesiona na duchu… BO… mogę kogoś wesprzeć, a nie czuć rozgoryczenia, że ktoś potrzebuje pomocy, a ja jestem bezsilna. W głębokim…..mam takie gadki. Kiedyś mnie one dotykały. Potem zrozumiałam, że co się będę szczypać i dementować, skoro tak jest. Komu przeszkadza taka „transakcja wiązana”? Ja daję i czuję się lepiej, ktoś potrzebuje, dostaje i też czuje się lepiej. Ci co krytykują takie podejście też czują się dobrze- nie dają= nie dali się naciągnąć (w ich mniemaniu)= nie są „głupi” (w ich mniemaniu)= świat się nie zawalił (w ich mniemaniu) i jeszcze mogą dającym wytknąć ich  naiwność i szczypnąć tym podnoszeniem EGO. Oni w ten sposób nie muszą się dowartościowywać. Oni dowartościowują się świadomością, że nie są kretynami i nie dają się wmanewrować w żadne akcje i datki. Tylko dlaczego, kiedy wspomnę, że coś, gdzieś dałam, spotykam się od razu z krytyką i dostaję od takich ludzi łatę „naiwna”? No cóż, człowiek wolnym jest, ma wolny wybór i różne sumienie. O właśnie- sumienie. Sumienie sobie też pewnie wyciszam tymi datkami. A jak!!!! Myślę również, że nie jestem w takim podejściu do dawania odosobniona. Więcej nas takich. Mam tylko żal, że nie jestem milionerem, bo nie zawsze mam nawet na pojedyncze wsparcie.
Post ten pisałam bezpośrednio po akcji „koń- Natasza”, ale strzelił Internet na 5 dni i dopiero teraz mogę go dokończyć.
Od dwóch dni dochodzi z prawej strony naszego polskiego grajdoła ostra krytyka WOŚP, Owsiak się promuje… Owsiak robi nowe święto 1go maja…Owsiak robi szopkę charytatywno- medialną…Owsiak MUSI się rozliczyć… A najlepiej to Owsiaka zeżreć natychmiast żywcem. Pracując w szkole podstawowej, pomagałam w organizowaniu WOŚP przez 16 lat. 16 Finałów, na których spotykali się ludzie z ogromnym sercem oraz chęcią do działania i wspomagania. I zawsze Akcja Owsiaka spotykała się z krytyką, i zawsze Owsiak sumiennie rozliczał się z każdego grosza. A w ogóle… za każdym razem jest podobnie… a WOŚP gra i robi tym dużo dobrego…
Najlepiej rosną u mnie w domu skrzydłokwiaty. Dzisiaj trochę wariacji na ich temat