sobota, 31 marca 2012

Bliskie spotkania- pierzaste

  Cały dzień jest ponuro deszczowo- śnieżno i wichrowato, dlatego siedzę w domu. Po południu próbowałam posadzić nowe byliny, ale nadciągnęła paskudnie bura chmura i sypnęło białymi krupami. Gęsto, zimno i mokro Pfuj!  Zwiałam kurcgalopkiem do ciepełka Kwiaty muszą trochę poczekać na rozprostowanie korzeni. Powinnam przelecieć odkurzaczem po areale, ale mi się normalnie nie chce. Zaglądam, zatem,  na różne blogi. Wędrując  od bloga do bloga  natrafiłam na kilka bardzo serio- artystyczno- kulturalnych. Przeczytałam co nieco i… ogarnęła mnie zaduma. Kiedyś… kiedyś, kiedy skończyłam studia kulturalno- oświatowe (pedagogikę)- teraz to się pięknie nazywa animacja kultury- siedziałam po uszy w nowościach kulturalnych. Interesowało mnie dosłownie wszystko. Nowe filmy, książki, muzyka. Znani i nieznani reżyserzy, aktorzy, piosenkarze. Malarstwo stare i współczesne, rzeźba, plakaty. To był mój konik, żywioł. Wprawdzie mogłam „pracować w kulturze”, ale miałam zamiar (mieliśmy zamiar z ówczesnym mężem) pójść w świat i zabawić się w prowadzenie schroniska, ewentualnie domu wczasowego, co było całkiem realne. Niestety … mój koniunkturalny i snobistyczny mąż miał już  od roku niezłą pracę i w sumie nie chciał z niej zrezygnować. Toteż to, co mi obiecał, lekko odsunął na bok i poszłam uczyć cudze dzieci.  Nigdy nie było to moim marzeniem ani nawet zamiarem, ale życie jest brutalne… a co tam… uczyłam przez tyle lat i dobrze było. Wracając do sztuki, kultury…Czytając dzisiaj wspomniane blogi uświadomiłam sobie, jak daleko odeszłam od tego tematu. I uświadomiłam sobie również, że nie tęsknię za tym. Czy to jest jakiś rodzaj uwsteczniania się, ten brak uczestnictwa w życiu kulturalnym, choćby nawet biernego? Czy brak odczuwania potrzeby łażenia do kina, czy teatru to już jest przyzwolenie na pewien rodzaj „schamienia”?  Czytam dużo recenzji w gazetach. Recenzji pozytywnych, negatywnych, dotyczących premier teatralnych, nowych książek, filmów, muzyki, malarstwa itp. Ogólne pojęcie o tym, co dzieje się w świecie kultury polskiej i zagranicznej, mam. Tylko ten brak ciągu na „bycie’ w niej mnie zastanawia. Być może obecny stan „mego ducha” tak oddziałuje na te sprawy. Kompletnie nie  mam ochoty na wychodzenie poza bramę ogrodu. Żadnej. Coś jeszcze mnie zastanowiło. Czytając niektóre blogi związane z twórczością ich autorów, czy recenzowaniem, czy nawet opowiadaniem o wydarzeniach kulturalnych zauważyłam jakąś  hermetyczność jednych i sztuczność innych. Być może moja ocena jest nietrafna, ale pierwsze wrażenia są istotne dla odbioru i one potem decydują, czy się wraca do danego bloga, czy nie. Do lektury niektórych pewnie wrócę z przyjemnością inne będę omijać z daleka. Jak i przy innego rodzaju blogach.
Zdjęcia robiłam wczoraj wieczorem, dlatego są ciemne
 Na wysokim pniu wierzby usiadł kos i zaczął wyśpiewywać swoje wiosenne trele. Polowałam długo, żeby sfotografować jego otwarty dziób.
 Gdy kos darł się wniebogłosy, na rynnie przysiadł wróbel i głośno ćwierknął. W kosa jakby grom strzelił. Przerwał w połowie trelu. Chwilę milczał, a potem coś zaskrzeczał ochryple.
 Na to wróbel z ćwierkotem poderwał się i usiadł na drutach nad kosem. Na chwilę tylko, bo szybko poleciał dalej w pole.
Kos pomilczał jeszcze trochę, potem przeskoczył na drugi pień wierzby i zaczął wyśpiewywać swoje trele dalej. Ciekawa jestem, co też panowie sobie powiedzieli :)

piątek, 30 marca 2012

Wasabi

Dopadła mnie chandra. Mam nadzieję, że raczej nie dołowanie na maksa. Świat zrobił się BE. Nic mi się nie chce, nigdzie nie chce mi się iść, chcę w domu… chcę …zakopać się i dotrwać lepszych czasów. W takim nastroju szuka się kąta do zdechnięcia. Nawet cytrynówki nie spróbowałam, a zrobiłam jej niezły zapas. Uuuuuuuuuuuuuuuuu niedobrze. Objawy wielce niepokojące u się zauważam. Jak cytrynówka też BE, to już dno dna. No, może jedynie orzeszki podnoszą mi jeszcze odrobinę nastrój. ORZESZKI ziemne pod każdą postacią są jak najbardziej wskazane. Ostatnio dorwaliśmy z J. coś, co się nazywa Orzeszki Wasabi. Stoimy w „kaufloku” ( to taka tubylcza nazwa Kauflandu) przed półką z bakaliami i buszujemy między torebkami z orzeszkami. Są takie, siakie… jakaś mieszanka studencka i między nimi coś nowego- Orzeszki Wasabi. Hmmmmmm, ćmoki ze wsi coś tam słyszały o Wasabi. Coś kiedyś psiapsiółka wspominała. Tylko co? Żeby na miejscu przeczytać na opakowaniu, co zacz? Zapomnij. Pomroczność jasna nas ogarnęła. Wzięliśmy w ciemno dwie torebki. W domu dorwałam się do paczki pierwsza. Otwieram. Fajniutkiw zielone kuleczki. No to całą garścią buch do łakomego pyszczyska….. Jezuuuuuu…!!!!!!! Ogień piekielny….. Wezuwiusz ognisty….zatchnęło mnie…. oczy załzawiły mi tak, że przestałam cokolwiek widzieć….. w nosie zaszczypało okrutnie, na chwilę straciłam możliwość oddychania. I ten smak…. Co to jest????? Pieprz? Nie…papryka?..też nie... CHRZAN!!.. Wasabi to chrzan japoński…O rany, orzeszki w „skorupce chrzanowej”. W życiu bym na to nie wpadła. Ale bardzo dobre i przyzwyczaić się do ostrego smaku można szybko. A oprócz takich, można jeszcze kupić orzeszki w skorupce: cebulowej, paprykowej, z miodem… ale wymyślają J
Las jeszcze wczesnowiosenny. Zdjęcia zrobiła Młoda w zeszłą niedzielę.






wtorek, 20 marca 2012

Pierwszy dzień...

Pierwszy dzień wiosny. Tak długo wyczekiwana przez wszystkich jest. JEST. Nareszcie się pojawiła.  Uczciłam ją generalnym porządkowaniem grządek kwiatowych. Wygrabiłam wszystkie brzozowe liście. Tej zimy śnieg krótko leżał i liście nie zdążyły pod nim zbutwieć. Wyniosłam parę koszy tego paskudztwa na ognisko. Teraz codziennie palimy wszystko, co wytniemy i co zgrabimy. Trochę mamy wyrzuty, bo nie zawsze wieje właściwy wiatr i trochę zadymiamy sąsiadów. Zresztą na wsi to normalka. Raz my ich, raz oni nas. Nie ma o co kopi kruszyć. Do tego inni rozprowadzają po polach sielskie zapachy.. O…. wisi spokojna… wsi wesoła J. Dzisiaj J. wyciął 12 tui. Kiedyś je posadziłam, tworząc krąg, aby w nim postawić altanę. Taką drewnianą z daszkiem, stołem i ławami w środku. Zaciszny kąt 50 metrów od domu. Miejsce na spokojną rozmowę, pracę lub wypicie kawy po południu. Jak zawsze, finanse nie puściły. Dziewięć lat altana czekała na realizację i ZONK. Tuje wyrosły, a altana nie powstała. Tuje powalił śnieg tak, że nie ma co ratować – nie ta odmiana. My też nie bardzo mamy czas w tej hipotetycznej altanie przesiadywać- mamy duży taras, a oprócz tego  stół z krzesłami nad oczkiem wodnym. Zrezygnowaliśmy z altany. Wycięliśmy niskie, poskręcane i połamane przez śnieg tuje. Zostały tylko trzy wysokie i ławka parkowa pod  nimi. Posadzimy obok brzoskwinie i morele, i też będzie dobre miejsce na pogaduchy.

I trochę z cyklu „Moje zachody”







niedziela, 18 marca 2012

Ten numer

Zrobiło się ciepło. Nawet bardzo ciepło. Siedzę godzinami w ogrodzie i tnę, przecinam, formuję… cudnie jest. Po przyjściu do domu ledwo żyję, ale to jest właśnie to. Takie zmęczenie fizyczne lubię. Powoli przełamuję się do mycia okien. A tego rodzaju zmęczenia zdecydowanie nie lubię i chyba nikt za bardzo nie garnie się do takich czynności. Hektary szkła i ram do umycia. Okna podwójne, skrzynkowe i duże drzwi balkonowe. Może w tym roku uda się nam parę wymienić, będzie łatwiej myć i będzie cieplej. Na piętrze okna myje Młoda. Na parterze przeważnie J. te duże, ja te mniejsze. Pojutrze ma przyjść facet naprawić rynny. Od pół roku „naprawia”, a nam piwnice zalewa podczas deszczu.  W zeszłym tygodniu przycisnęłam go. Przyjechał, jeszcze raz pomierzył i we wtorek ma się zabrać do roboty. No zobaczymy. Telefonistki- naganiaczki z telekomunikacji mają nowe hasełko na „dzień dobry”. Pierwszy raz taką rozmowę odbyła Młoda i to ona mi podpowiedziała, jak się ją „załatwia” szybciutko. Rozmowa wygląda mniej więcej tak.
Dzwoni telefon. Podnoszę słuchawkę
- Słucham.
- Nazywam się….. dzwonię z Telekomunikacji Polskiej, czy ja rozmawiam z osobą odpowiedzialną za ten numer?
Ponieważ jestem już przeszkolona przez Młodą, odpowiadam płynnie
- Nie proszę pani, ja jestem osobą nieodpowiedzialną. Nie ma osoby odpowiedzialnej w tym domu.
Cisza trwa trochę dłużej. Chyba pani próbuje przetrawić to, co usłyszała. W Końcu kapituluje:
- A to ja dziękuję.
No proszę. Niecałe 5 minut i po sprawie. Grunt to dać prawidłową odpowiedź już na początku rozmowy.
Nasuwa mi się jeszcze jeden pomysł. Bo w końcu nie wiem, o jaki numer chodzi. Pani powiedziała: „….osobą odpowiedzialną za TEN numer?”. Muszę się dowiedzieć o jaki numer chodzi, a może o jakiś numerek? No i może nie tylko o ten, a jeszcze  jakiś inny? I jestem pewna, że znowu zdzwonią. To twarde sztuki w łapaniu jeleni.
Trochę "kropli", śnieżyczki i Wenus z Jowiszem. Nareszcie udało mi się zrobić im zdjęcie.







wtorek, 13 marca 2012

Cud w obuwniczym...

Uczestniczyłam dzisiaj w cudzie, albo inaczej- stał się cud. Cud dotyczy rzeczy banalnej, ale dla mnie przeważnie trudnej do osiągnięcia. BUTY. Buty wiosenne musiałam kupić, bo te, które mam, rozleciały się. Po trzech sezonach miały już prawo. A szkoda, bo bardzo wygodne. No więc pojechałam do Cieszyna po buty. Oczywiście, że postawiłam „im” warunki. Miały to być półbuty na niewielkim obcasie. Uwielbiam wysokie obcasy, ale nie dla kotka mleczko. Ostatnio siadły mi stopy i kostki, a ból jest taki, że płaczę przy dłuższym chodzeniu. Żadne obcasy. Tylko malutkie ewentualnie.  Kolor? Tradycyjny czarny, no może gdyby jakiś inny ładny brązowy, czy beżowy, może kremowy? I mają być bez tych obskurnych świecących łańcuszków, napek, brokacików, perełeczek w złym guście. Dobra- określiłam sobie, co chcę i jazda na poszukiwanie. Poszłam do wielkiego obuwniczego, w którym na jesień był wybór ogromny. Wchodzę i sklepu nie poznaję. Owszem półki te same, ale…. butów różnego rodzaju wystawionych tylko kilkanaście par, trochę kozaczków, trochę adidasów i wsio. O kurde- nie kupię tu butów! No to gdzie? Cieszyn słynie z tego, że ma jedną główną ulicę z dwoma sklepami obuwniczymi, w których drogo jak diabli, a potem długo, długo nic w temacie obuwniczym. Gdzieś na peryferiach porozmieszczane „Chińczyki” i po drugiej strony kopca  z rynkiem, bazarek. Też drogi. Pozostała mi nadzieja w jeszcze jednym obuwniczym niedaleko rynku. Pokonałam tę główną (cały czas pod górę prawie 500 metrów) i weszłam do sklepu. Noooooo…. Są półbuty. I tu mnie dotknął cud. Kupiłam! Kupiłam buty w swoim rozmiarze- wąskie 35. I to dwie pary. Białe i czarne. Dwie pary wąskiej 35tki!!! Nie  ma się co śmiać. Zimowe to pół biedy- kupuję 36 i nakładam na grubą skarpetkę. Kupić letnie to właśnie cud. Nie dość, że mam nogę w rozmiarze między 34,  a 35, to jeszcze wąską, z niskim podbiciem i prostą piętą. Horror. Nawet, kiedy jest mój rozmiar, to często przód buta jest za szeroki. Zdarza się też, że kiedy przód pasuje, to pięta wyskakuje. Eh….W zasadzie to ostatnio bez problemu kupiłam tylko jedną parę butów… buty motocyklowe. Jak dla mnie szyte. A może wprowadzić nową modę? Można nosić glany do spódnicy, to co przeszkadzałoby motocyklowe założyć? Zwłaszcza, że małe, ładne i zgrabne J))))))
Przedwczoraj pod wieczór, po raz pierwszy po zimie, odezwał się w ogrodzie drozd. W Cieszynie ptaki wydzierały się niemiłosiernie. Chyba jest już wiosna…
Zwierzaki... różne...








niedziela, 11 marca 2012

O rodzeniu dzieci.... raczej inaczej

Pod wpływem poprzedniego posta i rozważań o śmierci wysnuła mi się zupełnie przeciwstawna myśl. Rodzić dzieci. Po co? Banalnie: żeby przedłużać gatunek, żeby zachować nazwisko rodowe, żeby nam pomagały na starość. Infantylnie: bo fajnie mieć dzieciaczka, bo to takie kochane bobaski, bo sobie nie wyobrażamy nie mieć dzieci, bo co ludzie powiedzą. Brutalnie: po jak nie będziemy mieć dzieci, to się nam małżeństwo rozleci, bo go muszę zatrzymać, złowić, bo co rodzice? teściowie?- będą ciągle smędzić i truć, a sąsiadki? ciotki?- jeszcze nie macie dzieci??? To może coś z wami nie tak????
Po co rodzić dzieci? Na śmierć…do śmierci.. już boli- rodzę dziecko po to, żeby umarło. Nie wiemy, co czeka nasze dzieci- co może im się zdarzyć. Dobre czy złe życie? Miewam takie myśli- nie wiem, czy moja córka nie zostanie skrzywdzona, nie wiem czy syn nie będzie musiał brać udziału w wojnie. Nie mam wpływu, a jednak. Kiedy słucham dziewczyn, jak mówią, że nie chcą mieć teraz dzieci, to wcale im się nie dziwię. Kiedy moja Młoda mówi wprost: „Po co? Nie widzę się w roli matki. Nie chcę mieć dzieci”. Bardziej jestem skłonna ją zrozumieć niż przekonywać do…mienia. Swoje dzieci …bardzo kocham, ale… kiedy byłam taka smarkata, też nie chciałam. Moje koleżanki ciumkały nad wózkami, „bawiły’ dzieciaki sióstr, kuzynek, sąsiadek. Mnie od takich zajęć odrzucało. One miały jasno wytyczoną drogę- mąż, dom i dzieci, koniecznie dzieci. Ja nie, w ogóle nie zakładałam, że wyjdę za mąż itp. Nie bardzo też widziałam, jak ta przyszłość ma wyglądać. Rodzić dzieci…zawsze miałam dylematy z tym związane, i zawsze miałam lęki  nawet o dorosłe dzieci. Zawsze widziałam jakiś rodzaj bezsensu w rodzeniu dzieci. Do jakiego życia? Może również egoizm rodziców? Niby na początku ta troska, zabieganie o przyszłość potomstwa, ale tak naprawdę to skrzętne zabezpieczanie swojej starości, nierzadko kosztem dzieci. Częste niezrozumienie, dramaty. Młodzi inni, młodzi chcą inaczej, młodzi chcą daleko…chcą sami. I jeszcze inaczej… młodzi nie mają pracy, przyszłości, nie mają gdzie mieszkać. Ci którzy mieli przejąć obowiązki i pomóc na starość, sami potrzebują ciągle pomocy.  W normalnych warunkach, w normalnym społeczeństwie może i miałoby się jakieś argumenty za.. Ale teraz? Tu i teraz?

Zachód nad Kanałem Angielskim. Zdjęcia robił mój syn.






wtorek, 6 marca 2012

Smutno...

Dlaczego odchodzą  ci, którzy mogliby jeszcze pożyć i cieszyć swoją obecnością innych? Odszedł mój wujek. Utrzymywaliśmy takie luźniejsze kontakty, ale jak spotykaliśmy się to tak, jakby wczoraj rozstaliśmy się. W ogóle nie odczuwaliśmy czasu dzielącego nasze spotkania. W styczniu hucznie obchodził swoje 70te urodziny. Czy, wiedząc, że zbliża się kres, zaprosił mnóstwo ludzi? Impreza była bardzo udana, a solenizant krążył od stołu do stołu, przysiadał i z każdym gościem serdecznie rozmawiał. Czyżby się żegnał? Ludzie go lubili. Był szanowany w swojej miejscowości. Pozostawił swoim dzieciom dobrze prosperujący interes. Jego synowie z powodzeniem go kontynuują. Ciocia, eh… ciocia- przecież moja rówieśnica, mówimy sobie po imieniu. Śliczna kobieta, mądra, pracowita, zrównoważona..
Zrobiło się refleksyjnie. W piątek pogrzeb. Od śmierci mojego drugiego męża unikam pogrzebów. Nie potrafię… chodzę tylko na pogrzeby „wyjątkowych” dla mnie ludzi. Inne, niestety, odpuszczam. Niestety? Czy to tak naprawdę ważne, że jestem przy opuszczaniu trumny do grobu? Nie sądzę. Chyba ważniejsze są moje wspomnienia. Banał? Możliwe, ale jaki życiowy.
Dzisiaj cały dzień siedziałam w ogrodzie. Kończyłam wycinać część buszu. Pokonałam. Wygląda … no zadbane jest i tyle. Potem paliliśmy to wycięte. Na niebie prawie pełnia. I Wenus coraz bliżej Jowisza. Cudny układ. Nie mogłam się napatrzeć. Księżyc, taki jakiś namolny, ciągle wchodził mi w kadr. 






Muszle

  Jejku... dochodzę do siebie po maratonie 12 godzinnym na uczelni.  Ja już tu nie będę pod adresem tego, kto układa harmonogram rzucać mięsem. Nawet na to nie miałam wczoraj wieczorem siły. Prezentacja udała się. Muszę tylko zweryfikować co nieco  i okroić, bo nie mieszczę się w czasie. W ogrodzie wycinam, formuję, przycinam... po kolei, co jeszcze zostało do uporządkowania. Dzisiaj irgi i berberys. Wyrosły na ponad 2 metry i zrobiły busz. Kujące paskudztwo. Ale jak przytnę to... cudne znowu będzie.
Kiedyś ktoś je namalował. Kiedyś je dostałam. Nie wiem, jaka jest ich wartość artystyczna, jednak bardzie je lubię. Tu w świetle lampy  błyskowej. To był tryptyk - dwa pierwsze pod tekstem i jeszcze jeden był. Nazwałam go "Muszle". Pewnego czasu chciałam coś dać koleżance w zamian za załatwienie trudnej sprawy. Mówię do niej: "Zosiu, jestem Ci wdzięczna, dam Ci muszlę". A ona zupełnie nie zorientowana, że to chodzi o obraz: "No nie wiem.  A 
będzie pasowała do mojej łazienki?"
A na niebie Jowisz zbliża się coraz bardziej do Wenus. Wieczorem na wschodnim niebie świeci Księżyc, zbliżający się do pełni, a na zachodnim, ciemnym, niebie dwie blisko siebie ostro świecące planety- Wenus po prawej stronie i po lewej Jowisz. Coś wspaniałego.


piątek, 2 marca 2012

Modelka

Taki sobie normalny dzień. Na dworze pochmurno. Ptaki rozrabiają. Gęsi kursują od stawu do stawu drąc się niemiłosiernie. Jestem trochę zdziwiona, bo raczej na stawach nie zakładają gniazd. Ich główną kwaterę jest Jezioro Goczałkowickie. Co innego kormorany, które są rozbójnikami na stawach i kradną ryby na całego. Właściciele stawów ustawiają na groblach takie specjalne armatki, płoszące strzałami żerne ptaszyska. Rano budzą mnie kosy swoim nawoływaniem. Spektakl powtarzają o zmroku. Przelatują wtedy z miejsca na miejsce wydając metaliczne ostre dźwięki. To jest oznaka wiosny tak, jak ostro „dzwoniące” sikory. A ja czekam na halny. Taki prawdziwy. Mocny ciepły, wiejący od gór i niosący z sobą to coś. Takie łagodne powietrze. Dzisiaj byli panowie zajmujący się specjalistyczną wycinką drzew. Drwale? Może i tak. Oni fachowo tną gałęzie na wysokościach. Chyba już pisałam o tym, a może nie. Kiedyś miałam blog i tam różne rzeczy pisałam, potem go zlikwidowałam i teraz trochę mi się miesza. W zeszłym roku cięli nam wierzbę, bo konary ogromne wyrosły. Wierzba mogła się pod wpływem wiatru złamać i zrobiłaby się draka. Raz że dach, dwa że druty, trzy że droga obok domu. Niechby gruchło…rany….Wierzba wielgachna, żadna drabina nie nadawała się. W dodatku pod drzewem chodnik, płot, bramka no i inne krzewy. Panowie sposobem alpinistycznym elegancko konary obcięli. I to tak, że nic nie połamali, nic nie zdeptali. No miodzio J. W tym roku trzeba świerk wyciąć. Nornice – gadzina, podgryzły korzenie. Drzewo nie dość, że pochyliło się mocno, to wyraźnie schnie. Panowie przyjechali, obejrzeli przy okazji jeszcze inne rzeczy do wycinki i jutro ostatecznie umówimy się na przyszły tydzień.

Zuzia modelka J





czwartek, 1 marca 2012

Praca lekka, łatwa i przyjemna

Piszę wykłady… z etyki (30 godzin). No kurcze, etyka, gdzie mnie pedagogowi wykłady z etyki prowadzić????? Ale w ranach ścieśniania etatów szefostwo ładuje każdemu, oprócz przedmiotów im właściwych, dodatkowo, co tam trafi. Niemniej, co innego znać, wiedzieć i umieć etykę na własny użytek- każdy pedagog musi uwzględniać aksjologię  za podstawę podczas swej pracy dydaktyczno- wychowawczej- a co innego zrobić wykłady ( student powinien dostać rzetelną wiedzę i nie obchodzi go ta sytuacja- zdaję sobie z tego sprawę). Filozof potrafi obracać językiem filozoficznym, zna powiązania, nawiązania, porównania. Mnie z tym trudniej. Z pedagogiki… owszem, tyle lat i znajomość treści powtarzanych w różnych kontekstach oraz układach (do tego praktyka w szkołach). Teoria wychowania, metodologia, dydaktyka, metodyki- wszędzie mocne sploty treściowe…Etyka…Wykład musi być dobry i interesujący… etyka… Pierwszy wykład miałam tradycyjny- słowo….4 godziny gadania filozoficznego może nawet najbardziej chcącego zabić. Zatem…nowoczesność w domu i zagrodzie. Najpierw folie- już lepiej. A teraz przerzuciłam się na prezentację. Sęk w tym, że ani dudu… na razie się uczę robić slajdy i sposobów ich prezentacji. Czasochłonna i żmudna robota.  Wyłowić najważniejsze treści do zademonstrowania z ogromu treści filozoficznych- horror- siedzę godzinami przy kompie obłożona podręcznikami i grzebię…i „wyciągam”. Czyli slajdy, a obok ściąga do omówienia. Lubię filozofię, dobrze się w niej czuję, ale metodycznie jest to trudne. Chcę zrobić jak najwięcej przed nadejściem ciepła, bo potem ogród będzie do obrobienia. Przedwczoraj przeleciał nad domem klucz gęsi. Wracają. Dzisiaj mokro… wszędzie mokro, aż chlupie. Dobrze, bo po zeszłorocznej suszy trzeba glebie wody. Przeszłam się po ogrodzie zobaczyć skutki mrozów. No nie wiem… nie wiem… róże jakoś tak  niewyraźnie, mimo, że okopcowane. Nie wiem, jak dereń (malutki jeszcze) , żarnowiec i inne. Trzeba też wyciąć ogromny świerk, którego korzenie nornice podgryzły (tym razem dostaliśmy bez przeszkód pozwolenie na wycięcie) i jest mocno pochylony nad grządkami. To zrobią fachowcy. Przy okazji ogłowią wierzbę, bo wchodzi koroną na druty. Chodziłam sobie po ogrodzie i planowałam. Już nie mogę się doczekać.
Pierwsze przebiśniegi i czubki wschodzących narcyzów. Na dokładkę oczar, który już jest mocno rozwinięty.






No i zrobiłam te p…. prezentacje. 90 slajdów. Jezu… boli mnie siedzenie, głowa…oczy. Kręgosłup mam na wręby. Jestem padnięta, mdli mnie od tego ślepienia w monitor,  zaraz będę do siebie mówić o cnotach kardynalnych i pieprzonej moralności… wrrrrrrr…..
Jak mi jeszcze ktoś powie, że mam lekką, łatwą i przyjemną pracę, bo co tam... "Stoisz se i gadasz, a studenci i tak muszą egzamin zdać" (autentycznie to kiedyś usłyszałam), to...."Hej, Gerwazy! Daj gwintówkę...."