niedziela, 17 czerwca 2012

"Ludwiku".... do kubła


Myję gary i się zgryźliwię. Nie dlatego, że myję te gary. To mam opanowane do perfekcji i szybko mi leci. Myję ręcznie, bo przez 30 lat nie dorobiłam się zmywarki. Zresztą, jej brak też nie jest dla mnie jakimś większym bólem. Stoję przy zlewozmywaku i czuję, że mnie zaraz cholera trzepnie. Powód bardzo prozaiczny, ale jaki upierdliwy i w dodatku mam wrażenie, że jestem w latach 80tych albo jeszcze wcześniej. Płyn do mycia naczyń- „Ludwik”. To on jest powodem mojego grzania się. Bo…. czy pamiętacie 70te i 80te? Miałyśmy do dyspozycji polską chemię gospodarczą. Te proszki, pożal się Boże, do prania białego, które sprawiały, że szarzało w tempie błyskawicznym? Te proszki do prania kolorowego, kiedy po wypraniu w nich kolor  ciucha robił się o ton jaśniejszy i wyblakły? Jedynym chyba dobrym proszkiem była Pollena. Były, owszem, były super niemieckie proszki do prania, w PEWEKSIE, Kogo było stać? Dolary, dewizy….A te czyściki do wanien, które były szorstkie i śmierdziały chlorem? No i „Ludwik”, król płynów. Jeden, jedyny płyn do mycia naczyń, który przez ostatnie 30 lat nie stracił na jakości. O nie- jeszcze jeden płyn nie stracił na jakości- płyn do płukania tkanin „K”. Do „Ludwika” wróciłam po przetestowaniu wszystkich możliwych Wacków, Wicków, Dosi itp. Zawsze był dobry. Do niedawna. Jakieś pół roku temu zauważyłam, że jakoś ten „Ludwik” nie myje tak, jak kiedyś. Słabszy, mniej wydajny, zostają po płukaniu zacieki. Jednak siłą rozpędu jeszcze kupowałam butle litrowe, bo tańsze. Przy ostatniej zaczęłam się już na dobre wkurzać. Nie dość że wlewałam prawie pół szklanki płynu, to po wymyciu szklanek i talerzy robiła się jakaś zawiesina w wodzie i coraz częściej musiałam ją zmieniać (wlewając następną porcję płynu), żeby domyć pozostałe naczynia. I dzisiaj się wściekłam. Wywaliłam Ludwika i wlałam niemiecki „Pril” (przezornie sobie kupiłam). Kolosalna różnica. Od razu przypomniał mi się artykuł, który czytałam parę lat temu w „Polityce” o wymaganiach Polek, dotyczących proszków do prania. Otóż zaczęły się skarżyć na niską jakość takich „niemieckich’ proszków jak „OMO”, „Wizir”, itp. producenci „odbili piłeczkę”, twierdząc, że to Polki same chcą, aby proszki były gorszej jakości, ale tańsze. O Ludzie!!!!! Targnęło mną porządnie. Taka bezczelność!!! Od tej pory zaczęłam testować te proszki, a potem kupiłam oryginalny niemiecki i systematycznie teraz kupuję w specjalnym sklepie, albo koleżanka przywozi mi z Niemiec wielkie pudła na zapas. Różnica w wyniku prania ogromna. A „Pril”? W połowie lat 80tych otworzono w Bielsku wielki dom handlowy „Klimczok”. Poszłam tam kiedyś, zauważyłam z boku ogromnej hali niewielkie pomieszczenie z chemią z zachodu. Kupiłam wtedy po raz pierwszy „Pril” i proszek do czyszczenia „Ajax”. I dodam, że ten nasz „Ajax” z półek w przeciętnych sklepach też się nie umywa do oryginalnego, przywiezionego z Niemiec.  No i w ogólnym rozrachunku są tańsze.
Nasze pierzaste. Jednak nie wytrzymałyśmy. Młoda trzymała krzesło, a ja robiłam zdjęcia. Piorunem, bo starzy mogli nadlecieć.



PS. Zdjęcia dzisiaj robione (wtorek 19.06). To jest pisklę kopciuszka. Gniazdo już puste tylko ta bidota siedzi na krawędzi i drze dziób na cały regulator. Ciekawe, dlaczego rodzice go zostawili.


sobota, 16 czerwca 2012

Zostałam w blokach

Nie zdążyłam ze strefą kibica. Zostałam w blokach. Ogród po deszczu wymagał i wymagał, i wymagał. Będzie na bieżąco tworzona. Żarełko, piwko marki... no nasze lokalne, ale Tyskie do niego się nie umywa. Nieśmiertelna trąba. Jeszcze Zuzia ładuje się przed telewizor. Właśnie przeleciały hymny, a teraz... no... gwizdek !!!!!!!
Grają....akcja za akcją i....
Na razie perukowiec w kroplach






Straszny ten deszcz we Wrocławiu :( Chyba pójdę, za radą Baby, po rękawiczki :( 
Jaskół kazał mi stanąć w drzwiach, bo wtedy obraz jest lepszy. Wygląda na to, że moja niepozorna osoba "wzmacnia" antenę.
35 minuta.... siedzimy... kurdeczka!!!!!!! Jak to mówi Szpakowski? Cały czas z wiarą :)))) 
Pierwsza połowa 0:0
No i co tu dużo mówić :( 1:0 dla Pepików :(

czwartek, 14 czerwca 2012

Należy im się...a poza tym lubimy zielone :))))



Pada deszcz, ale strefa kibica u nielota czynna. A co! My nie Kraków!
Dzisiaj kibicujemy tym właściwym... Jak polecą z takim czadem, jak ich hymn, to....rozpirzą Hiszpanię na puch :))))

wtorek, 12 czerwca 2012

Dzisiaj...W oczekiwaniu.


Czekamy. Leci mecz Czechy- Grecja. Stawiam na 2:1 dla Czechów. Zaczęli wybuchowo dwoma bramkami, ale teraz to jakieś niemrawe się zrobiło. Wczoraj Monika Olejnik zrobiła wywiad z Bońkiem. Eh, Boniek… wzór piłkarza. Wypowiedź jego była wyważona.  Wie o czym mówi. Piłkarz, trener. On nie musi, a raczej nie ma potrzeby „błyszczeć” jak Tomaszewski (Boże zlituj się nad tym baranem i nie odbieraj mu resztki rozumu) I Lato, który jak szczeniak przegaduje się z Tomaszewskim. Kiedyś takie gwiazdy futbolowe, a teraz- pożałowania godni. Nasi dzisiaj? Po prostu muszą grać, a nie „stać” na boisku.
Przerwa. Teraz Czesi, albo powtórzą zagrywkę z pierwszej połowy i na początku ostro zaatakują, albo będą przetrzymywać Greków na wynik.
Dzisiaj chodząc po ogrodzie uświadomiłam sobie, że nie tylko my uważnie obserwujemy jego mieszkańców. Oni też nam się bacznie przyglądają. Ta mała ruda o mało nie przyprawiła mnie o atak serca, kiedy wychodziłam na taras. Siedziała na bluszczu i wgapiała się w pokój, a jak wyszłam, to szybko w górę pomknęła. O nie, mała, teraz ja za tobą. Zadziora taka, bo strasznie hałasuje na gałęzi. Tupie, fuka, cuka, a ogonek jej lata jak wiatraczek.
Piszę i słucham jednym uchem komentarzy w przerwie. Pieprzeni komentatorzy. Zamiast omawiać mecz Czechów z Grecją, to oni gadki polityczne o przemarszu Rosjan wstawiają. W marszu biorą udział kibice. To co, przelecieć mają ponad Wisłą na stadion, czy jak? Matko, o czym oni ględzą. Wróżki- kto pierwszy wyszedł z Polaków z hotelu i wsiadł do autokaru, i co to znaczy?
No to teraz druga połowa, a potem….Trzymam kciuki za naszych J








poniedziałek, 11 czerwca 2012

Strefy


Grają. Francuzi z Anglikami. Remis 1:1 i chyba tak już zostanie. Nie zamierzaliśmy oglądać EURO, ale jakoś tak wyszło, że kibicujemy. Tym razem Francji, chociaż i w Anglii jest rodzinka. Na szczęście tę drugą w ogóle zwycięstwo Anglików nie interesuje. I dobrze. Za oknem kursują do gniazda, uwitego na kracie obok ramy, kosy. Cały czas z żarełkiem w dziobach. Młode są żarłoczne. Straszne głodomory. Na górnym tarasie, w gnieździe zrobionym w małej podstawce na doniczki (pokazałam zdjęcia), też wykluły się młode. Korci mnie, żeby popstrykać im fotki, ale boję się spłoszyć rodziców ptasich. Nie będzie sesji. Ważniejszy jest dla mnie spokój małych upierzonych. To już chyba ostatnie lęgi. Młode kosy z poprzedniego plączą się pod nogami, próbują fruwać, a stare uczą je wyciągać dżdżownice z trawnika. Przezabawne widoki. W ogrodzie mokro. Wycinam, przycinam różne „naddatki” na krzewach, bo odchwaszczać nie można. Powoli zbliżają się wakacje. No i dobrze, bo już mnie moli.
Strefa kibica

Ukraina- Szwecja
i inne strefy




piątek, 8 czerwca 2012

Same cudności


Na początek to



Cudne dwa naszyjniki. Dostałam od Anabell. Wielkie dzięki Anabell, po otwarciu koperty zatchnęło mnie z wrażenia. Oba śliczne, ale w tym seledynowym (niebieskim?) zakochałam się od pierwszego spojrzenia. No i zaraz, już, natychmiast chciałam go założyć. Taaaaaaaaaa, jak mówią moje dzieci? „Mami, trochę techniki i zaraz się gubisz”. Kręcę zapinką w jedną stronę…nic…kręcę w drugą stronę… nic. Daję Jaskółowi….kręci…nic… no fajnie, jak to włożyć na szyję? Nagle Jaskół oderwał i… jasne- stare melepety, to jest magnes. Naprawdę pierwszy raz spotkałam się z takim rodzajem zapinki.
No i EURO. A jakże…
Na tę okoliczność, Jaskół  wytarabanił mały, stary telewizor z szafy, postawił na stole, na tarasie, coś tam pokombinował i…urządził sobie strefę kibica na wolnym powietrzu. A ja mam podsłuch :) piwko, ciepły wieczór, obłędny zapach z ogrodu… ummmmm… Pachnie cały świat: irysy, goździki, piwonie, czarny bez i jaśmin. A na dole w lasku wydziera się jeszcze spóźniony drozd.
Irysy 

wtorek, 5 czerwca 2012

Studium komara


No i leje. Leje i jest w miarę ciepło, chociaż w domu raczej marznę przy kompie. Wczoraj trochę przepaliliśmy i powietrze w domu złagodniało. Powoli finisz w pracy. Niemniej teraz mnie goni. Zaliczenia, wpisy, testy a po drodze referowanie z etapu „radosnej twórczości”.
Studium komara, którego zwłoki znalazłam na blacie pomocnika w kuchni. Były takie ładne, że nie mogłam sobie odmówić sesji…Potem „pofrunął” między kwiaty…






niedziela, 3 czerwca 2012

Rude młode

Kiedy ją zobaczyłam na brzozie, szczęście moje było przeogromne. Tym bardziej, że od paru dni płoszę sroki a dzisiaj przegoniliśmy z ogrodu młodego jastrzębia. Wstrętne rozbójniki liczą na łatwy łup. Pełno teraz jajek i piskląt w gniazdach. No i niedorostki rude też są smacznym kąskiem. Stare pokazują się na trawniku, między grządkami, czasem przelecą po tarasie i w ogóle nie zwracają na  wielkie istoty uwagi. Młoda gniewna, kiedy zorientowała się, że ją obserwujemy, obfukała, obcukała nas gwałtownie, obtuptała, oprotestowała. Potem zaczęła skakać po gałęziach. Szło jej to trochę niezdarnie, ale radziła sobie.