sobota, 26 stycznia 2013

Pisząc ćwiczę, ćwicząc piszę :)


Z przyjemnością czytam blog Belfra. Pisze dokładnie o tym, co ja przeżyłam pracując na uczelniach. W świetny sposób przedstawia wszystkie „bolączki” uczelnianego życia. Sama chciałam o tym pisać, ale skutecznie „wyhamowały mnie pewne przemądrzalskie, które to wiedziały lepiej, jak wygląda praca adiunkta na uczelni. Śmieszne, bo ja nie opowiadałam, że życie salowej czy księgowej nie tak wygląda, jak one je przedstawiały. Nie śmiałabym twierdzić, że jak mam nauczycieli w rodzinie, i oni opowiadają, to wiem lepiej, i ta Jaskóła ściemnia, albo jest nieudacznikiem, to musi się wybielać.  Nauczyciel niższych szczebli nie ma zielonego pojęcia o pracy nauczyciela akademickiego. Zna ją tylko  (większość zna) z pozycji studenta. I najczęściej ocenia tę pracę pod kątem: wredny, bo wymaga; nudny; nie idzie na rękę, bo nie chce zaliczyć. Mało jest studentów naprawdę obiektywnych. Oceniają wykładowców przez pryzmat własnych zysków i strat. Zresztą, Belfer to świetnie opisuje. A wracając do przemądrzalskich- pewna taka stwierdziła, kiedy napisałam o kryzysach, że co ja mogę wiedzieć o problemach, którymi (ona tak myśli) zajmują się psycholodzy , a ja przecież jestem TYLKO pedagogiem. Nie przyszło na myśl biduli, że na pedagogice przez cztery semestry przerabialiśmy kurs z różnych obszarów psychologii (podobnie miałam z filozofią- 4 lata- od historii filozofii do marksistowsko- leninowskiej i XX wieku). Od rozwojowej począwszy a na klinicznej skończywszy. I nie przyszło biedaczynie na myśl, że jako wykładowca prowadziłam przedmiot „Interwencja kryzysowa”, a to przecież wymaga zgruntowania tematyki. W dodatku, nauczyciel jest zmuszony cały czas „studiować” psychologię, bo co to za nauczanie i wychowywanie uczniów, bez odświeżania wiedzy w tym zakresie? Ech… A inna… ja tam jej nie wygadywałam krawiectwa czy „salowania” w szpitalu, chociaż przez dwa lata miałam własną firmę krawiecką i z powodzeniem szyłam ciuchy do butików. Do końca nie mam opanowanego krawiectwa, to i nie wymądrzam się na ten temat. No, niestety, pracy salowej nie poznałam, bo nawet, gdybym była na bezrobociu i byłby wolny etat salowej, to mimo moich najszczerszych chęci podjęcia pracy, nie dostałabym jej. Pewnie byłaby taka sama gadka, jak przy mojej próbie podjęcia pracy sprzątaczki- za wysokie wykształcenie, odbierze pani pracę innej osobie. To mi na zawsze pozostanie w pamięci, bo taki absurd może tylko w UP, w Polsce zaistnieć. Czy księgowość- teraz trochę muszę z tej dziedziny wiedzieć, bo mam firmę, ale też nie wymądrzałabym się, że wiem od tamtej lepiej i nie krytykowałabym. Tak więc wracając do bloga Belfra- mogłabym powiedzieć- o dzięki ci za to Belfrze, bo mnie wzmacniasz i pewnie napiszę tu też o różnych idiotyzmach, które mnie dotykały podczas mojej pracy na uczelni,  a dotychczas byłam zablokowana na tyle, by o nich milczeć. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jakie historie mogą się innym przydarzyć. Kiedy jednak  już się o nich opowie, to najczęściej winą obarczają opowiadającego. Przecież to nie może być, że ktoś stara się, jest punktualny, obowiązkowy, kulturalny, pracowity a i tak przestaje pracować w tak szacownej placówce. Hm….. no przecież coś w tym musi być J.
PS. 1 Cokolwiek napisałam o swojej pracy, to w ocenie tych wiedzącychlepiej albo wymądrzałam się, darłam nosa, albo miałam kompleksy. Na litość, zdobyłam w życiu tak wiele i miałabym mieć kompleksy? I czy to tak trudno pojąć, że kiedy piszę o swojej pracy, to pisze normalnie, a nie drę nosa? To dziennikarz, aktor, profesor, Belfer, piszą i nie drą nosa. Tylko ja…. Jakich niskich lotów muszą byc te osoby, kiedy nie potrafią właściwie przyjąć i ocenić pisanie innych. Hm….. pewnie są straszliwie zakompleksione J J J J
PS. 2. Proszę wszystkie salowe, sprzątaczki, księgowe, kucharki, kelnerki, fryzjerki, ekspedientki, pielęgniarki …. o dokładne przeczytanie posta, i zakonotowanie sobie, że to nie jest atak na osoby mniej wykształcone i pracujące w zawodach „fizycznych”. Jesssssu, czy ja ciągle muszę podkreślać, że żadnej pracy się nie boję, nie brzydzę i nie pogardzam nią, a te wymienione zwody szanuję? Każdy zawód i każdą pracę szanuję. Wrrrrrrrrrrr……Ten wątek uważam za definitywnie wyjaśniony i zakończony
PS.3. Post powstał w ramach ćwiczenia blogowej asertywności i porządkowania „spraw niedopowiedzianych” J J J







10 komentarzy:

  1. Jaskółeczko! Straszna jest małość i zaściankowosć ludzka. Ludzie gorzej wykształceni mają kompleksy niższości względem osób bardziej wykształconych i dlatego obarczają te wykształcone domniemanym kompleksem wyższości. Albo znowu dla odmiany myślą, że skoro ktoś skończył studia to wie wszystko i o wszystkim, no i powinien się wiecznie wykazywać, udowadniając innym jaki to jest mądry i wszechstronny.
    A ja myslę przy takich okazjach o Katarzynie Grocholi, która parała sie w zyciu wszystkim i niczego się nie wstydzi, a przy tym jest osobą skromną, rozumną i pełną poczucia humoru oraz autoironii. A przeciez pisze ksiązki - to ho, ho - wielka pisarka! O matko! Przede wszystkim to wrażliwa, empatyczna i rozumna kobieta - a dlaczego taka jest? Może właśnie dlatego, ze tyle w zyciu róznorodnych rzeczy robiła i tyle przeszła w sferze osobistej. A ze jest przy tym także osobą wykształcona formalnie, to już w tym przypadku drugorzedna, moim zdaniem, sprawa! Ufff!!!
    Pozdrowienia serdeczne zasyłam i podziekowania za udział w zabawie na moim blogu. Oj, coś czuję Jaskółko, że wiosna pilnie to wszystko obserwuje!:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja temat wykształcenia już tu poruszałam i zrobiła się awantura. A z tym wykształceniem to różnie bywa i rzeczywiście nie każdy, kto ma wysoki tytuł ma kulturę i potrafi się zachować, nie każdy, kto ma tytuł jest skromny i nie kuje tym tytułem. Przeciwnie znam wielu profesorów, doktorów bufonów niemożliwych . To siedzi w człowieku. Jak jesteś skromny, to ci tytuł "nie zaszkodzi".

      Usuń
  2. Te czasy wciąż gdzieś tam kłują, prawda? Nawet jeśli już się odcięłaś od środowiska...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kłują, ale jak tego nie wyrzucę wszystkiego to nie przestaną. Zresztą, ten post to takie wprowadzenie do dalszego ciągu moich porachunków z nieodległą przeszłością. Gdybym wyrzuciła to z siebie w sądzie przy pierwszej utracie pracy, to może inaczej byłoby. Nie mam gdzie tego wykrzyczeć, a muszę, bo to historia, która o mało mnie nie złamała. Ale najpierw napiszę o dziwnych relacjach na uczelniach, w których pracowałam. Potem, może, napisze o największej "porażce" w mojej pracy zawodowej.
      A te babiszony? To właśnie taki gatunek zakompleksionych, dołujących, którzy wszystko o tobie lepiej wiedza. Nie chce już do nich wracać.

      Usuń
  3. spokojnie, jeszcze trochę, i przestanie serce boleć. Dajmy psom szczekać na księżyc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie wiem czy te psy tam gdzieś jeszcze o mnie szczekają. Mam nadzieję, że moja istota jest dla nich zbyt mizerna, by się takim nielotem zajmować. Podałam je jako przykład kompletnego niezrozumienia istoty rzeczy. Typowy przykład przedstawicieli społeczeństwa, w którym wszyscy znają się na medycynie i wszyscy znają się na wychowaniu.

      Usuń
  4. Racja:)
    A zima na Twoich zdjęciach przepiękna!;)

    OdpowiedzUsuń
  5. "ćwiczenia blogowej asertywności i porządkowania „spraw niedopowiedzianych”" - dobre:) Też chyba się za to wezmę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z poprzedniej awantury zostało jeszcze parę rzeczy niedopowiedzianych. Wprawdzie wątek był kontynuowany u Fatamorgany- wyjaśnienie, ale kto czyta mnie od niedawna, to nie bardzo się orientuje o co chodzi. Mnie raczej interesują własne reakcje na pewne komentarze,które wpisywało tamto grono pod moimi postami. Komentarze, które skutecznie zahamowały to, co chciałam napisać. A przecież, kiedy ktoś robi mi krzywdę, albo traktuje źle w realu, to nie musi to być wcale moja wina.Tamte babiszony sugerowały, że jestem nieudacznikiem, że to niemożliwe, żeby takie rzeczy się działy nie z mojej winy, podważały moje kompetencje jako nauczyciela, traktowały moje wypowiedzi jako wymądrzanie się, chwalenie i sama już nie wiem, o co im tak naprawdę chodziło, żeby mnie dołować. Może to robiły nieświadomie- takie charaktery, ale gdzieś zostały przekroczone granice. Przynajmniej dla mnie.Sytuacje dobiło spotkanie w realu. Kompletna klapa. Jedna z nich chciała się ze mną spotkać i chyba narzuciła reszcie to spotkanie. Takie odniosłam wrażenie, że raczej to spotkanie nie było po ich myśli. Oprócz powitania i paru zdań nie pogadałyśmy w ogóle. A przecież po to spotkałyśmy się, żeby się lepiej poznać. Kicha. Nic z tych rzeczy. Miałam serdecznie dość takiego towarzystwa. I, co śmieszne, one myślały, że ja koniecznie muszę je kochać i nie "mam 'prawa" ich opuścić. Dopiero drastyczny mój tekst o stadzie narobił szumu i stanęły już jawnie po drugiej stronie. Najbardziej nie lubię, kiedy ktoś mnie zaocznie ocenia i do tego niesprawiedliwie a w dodatku wie o mnie lepiej niż ja sama o sobie.
      Patrz jak to jeszcze we mnie siedzi. One już dawno pewnie obsmarowują kogoś innego. a ja jeszcze mam to w głowie. Tu mówię prawdę, nie oczerniam ich, bo na tym polegała nasza "zabawa" w komentowaniu na naszych blogach. Nie ukrywam, że brałam w tym udział, a potem już nie chciałam i o to też poszło. Nie chciałam brać w tych "zabawach' udziału. I to też było im trudno zrozumieć, że ktoś może się zmieniać i inaczej zacząć podchodzić do różnych spraw, dlatego jedna z nich powiedziała, że zgrywam się na Joannę d' Arct. Do tego błędu przyznałam się szczerze, przeprosiłam te osoby, które obsmarowywałam no i tego mi też nie wybaczono. Kurcze....no jest grono, które lubi się tak bawić, a ja nie... i już. A ponieważ po tym, jak się odcięłam, napisałam tekst o gnomach, nie wytrzymały i na moim własnym blogu została obrzucona epitetami. A to , ze gnomy woziły się po mnie jak po łysej kobyle na jednym z ich blogów, to już nie odgrywało dla nich roli. Kiedy napisałam tekst o gnomach i zagroziłam podaniem linku do tamtego bloga, żeby czytający widzieli, że nie ściemniam- blog szybciutko zamknięto dla swoich.
      Zatem, cała epopeja o netowyym życiu się zrobiła:))))
      Ale ja nie o gnomach, tylko chcę pisać o tym jakie historie mogą się człowiekowi przydarzyć i potem nie wiadomo, jak się po nich pozbierać. Ten post jest takim wstępem.

      Usuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.