środa, 6 lutego 2013

Siedem prawd objawionych :))


Dostałam wyróżnienie od Pantery za demaskatorskie posty. Bardzo Ci Pantero dziękuję. Świat naukofcuf, jak piszesz, jest coraz bardziej nieprzystający do wyobrażeń o nim potocznego obserwatora. Ja sama nie potrafię zrozumieć, co w tym świecie się porobiło. Pracowałam w uczelniach w sumie 19 lat. Ostatnie 5 lat, po 6 letniej przerwie, wiązało się z moim nieustannym szokiem poznawczym, dotyczącym relacji, układów, grup, klik, podchodów, naukowego wyzysku, tytułomanii i sposobów traktowania pracowników przez uczelniane władze. Do tego doszły również zachowania studentów, którzy zapomnieli, co to jest kultura osobista i chyba nie zdawali sobie sprawy, co to są studia i po co na studia powinno się przyjść (bo nie po „papier”, jak teraz jest modne). Przez te ostatnie 5 lat zdążyłam również, nabawić się choroby nerwowej i wpaść w ponowną depresję. Piszę o tym otwarcie. I nie ma w tym absolutnie żadnej mojej winy. Demaskowanie życia naukofcuf, jak to nazywa Pantera, jest dla mnie swoistą terapią. Wyszłam z depresji, moje nerwy mają się świetnie, ale wiem- już tu pisałam- że dopóki „świat” się nie dowie o tym, co mnie spotkało, dopóki tego nie wyrzucę z siebie, będą mnie ciągle wspomnienia prześladowały. Niejedna osoba, czytając moje wynurzenia, pomyśli sobie, że robię z siebie takie niewiniątko, że inni BE, a ja taka bieluteńka jestem. Posłużę się słowami Ivy ( nie pamiętam ich dokładnie): „To, że czegoś nie wiemy, nie znamy, nie znaczy wcale, że nie istnieje”. Naprawdę, jeżeli ktoś gdzieś może mi zarzucać kłamstwa, fantazje, wybielanie się, asekurowanie itp. – niech sobie myśli, co chce. Ja tu piszę to, co mnie naprawdę spotkało, a jak coś zawaliłam, to mam odwagę to napisać.
A teraz wracam do wyróżnienia od Pantery.
Jest taka zasada, że trzeba napisać kilka rzeczy o sobie- w tym przypadku ma być ich siedem.
Oto siedem prawd objawionych o Jaskółce. Wzięłam oddech i….. nie wiem, co napisać! HELP!!
  1. Nie ma nic na świecie droższego dla mnie od moich bliskich.
  2. Mam bardzo duże poczucie humoru i ono nieraz ratowało mnie od załamania.
  3. W sytuacjach podbramkowych zachowuję stoicki spokój, a jak się już sytuacja rozwiąże, dopiero wtedy zaczynam się trząść ze zdenerwowania.
  4. Jestem tragicznie naiwna i ciągle wierzę w ludzkie dobro, nawet wtedy, kiedy dostaję od innych w d….. Tu jestem niepoprawna.
  5. Podobno jestem nadwrażliwa… hmmmmmm….
  6. Kiedy tylko mogę, spieszę z pomocą. Potrafię być w kwestii pomocy innym bezkompromisowa i twarda. Dla mnie każdy człowiek jest CZŁOWIEKIEM zasługującym na szacunek i pomoc. O pardon… jednak znam takich, których już szanować nie potrafię, ale oni długo na to pracowali.
  7. No i to, co już we mnie poznaliście- ostro protestuję, kiedy ktoś mnie poniża i jest względem mnie niesprawiedliwy.
Ufffff….mam ciągłą potrzebę zdobywania wiedzy, a to, że moim żywiołem jest muzyka, taniec, przyroda, uwielbiam las, ptaki, roślinki, oglądać niebo, wraz z Jaskółem włóczyć się na motocyklu po bliższej i dalszej okolicy,… i jeszcze… i jeszcze… i jeszcze w tym stylu, to codziennie obrazują oba moje blogi J
Pantero, czy dobrze to zrobiłam?
Do nas powoli, cichutko zbliża się przedwiośnie. 
 Tegoroczne- jeszcze takie nieśmiałe, ale już są.

Zima odchodzi wielkimi krokami.
I jeszcze trochę muzyki Rodrigueza, którą jestem zauroczona

15 komentarzy:

  1. Taaa, muzyka Rodrigueza, dobre sobie!
    Jaskolko, napisalas swietny CV w siedmiu punktach, lepiej byc nie moglo!
    Tych naukofcuf tak napisalam, zeby mozna bylo ich jakos odroznic od naukowcow, bo nie watpie, ze jeszcze sie tacy zdarzaja, choc to gatunek wymierajacy. Przed wojna, panie, to taki profesor to byl KTOS. Nie tylko wiedza, ale kultura, maniery, umiejetnosc retoryki, dyplomacja i szacunek dla innych, od kolegow po sprzataczke. To po prostu nalezalo do tytulu, byle kto na niego nie zaslugiwal.
    A teraz... szkoda gadac!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze napisałaś. Teraz należy wymyślić nazwę tych szkół wyższych, które są wylęgarnią "ludzi z papierkiem" :) Jest mi przykro, że przez pewien czas byłam ich pracownikiem. Tak normalnie, po ludzku. Człowiek czasem niewiele może, tyle tylko, że pracuje i zachowuje się uczciwie. A i tak inni to schrzanią:(
      PS. Poprawiłam literkę w Twoim nicku :)))

      Usuń
    2. Pracowac trzeba, bo i jesc trzeba. Nie zawsze jednak trafia sie w miejsce, gdzie praca sprawia przyjemnosc, a wspolpracownicy staja sie nazymi przyjaciolmi.
      Cos wymyslimy!

      Usuń
    3. Co racja, to racja. Teraz mam pracę, która sprawia mi przyjemność, współpracownikiem jest przyjaciel, któremu praca ze mną i sama w sobie sprawia przyjemność, wspólnie mamy przyjemność pracować i mamy przyjemność z bycia ze sobą razem. A ja się zaraz rozpłynę z tego cudnego uczucia, że w końcu spotykają mnie same przyjemności:))))

      Usuń
    4. Przyjaciel się właśnie szprajcnął, że napisałam go przez małe"p". Prostuję, zatem, mam przyjemność pracować z Przyjacielem. Sory, ale mi tu coś jeszcze podpowiada,-ooo... że teraz mam pracę, która sprawia przyjemność mojemu Przyjacielowi.A ta przyjemność polega na tym, że ja siedzę w domu, a Jaskół w pracy

      Usuń
    5. Alleluja i szczescie w pelni!
      Wiadomo, ze po ... latach chudych nastepuja te tluste.

      Usuń
  2. Po pierwsze to zazdroszczę Ci przebiśniegów! U mnie gruba warstwa śniegu wszędzie i wciąż pada i pada. Biało jak na święta a tymczasem choinka już rozebrana i grzecznie na strychu schowana!
    Po drugie, to miło mi Cię poznać Jaskółko! To, co piszesz o sobie od jakiegoś czasu i to, co napisałaś dzisiaj tworzy mi obraz bardzo ciekawej, mądrej i obdarzonej dużą wrażliwością oraz silnym poczuciem sprawiedliwości osoby.Cieszę się, że w nie tak bardzo odległych czasach trafiłam na Twój blog.
    Serdeczności z zaśnieżonego Podkarpacia!:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło czytać tak dobre słowa :))))Mam nadzieję, że Pantera czyta i widzi,iż znowu mnie spotkała przyjemność. Widać wieczór dobroci dla Jaskółki trwa:)))U nas dzisiaj raniutko było bieluteńko i nawet zrobiłam zdjęcia, ale te przebiśniegi wygrały. W południe już po śniegu nie było śladu. Ciepełko Ci podsyłam:)

      Usuń
    2. Ma, nie cztać, ale chyba nie chce z niego skorzystać, prawda? :)))))

      Usuń
  3. Trudno mi odnosić się do środowiska naukowców, bo znam je jedynie z zewnątrz, ale zgadzam się z tym, co piszecie, że studenci już nie tacy sami, jak przed laty:) Myślę jednak, że o wykładowcach można powiedzieć dokładnie to samo. Nie chciałabym jednak generalizować. Spotkałam się z oddanymi swojej pracy naukowacami młodego pokolenia, znam też naukowców starszej generacji. Słucham czasem (tych starszych), i dochodzę do wniosku, że w pogoni za kolejnymi "fuchami", na kolejnych uczelniach, absolutnie nie mają czasu, i chyba nie chcą go mieć dla studentów. Myślę, że nastapiło jakieś zapętlenie w relacjach. Studenci lekceważą wykładowców i swoje obowiązki, a wykładowcy robią dokładnie to samo. Należałoby się zastanowić, co było pierwsze i kto, komu powinien dawać przykład, właściwego stosunku do człowieka i do wykonywanej pracy. Jaskółko, to w żadnym wypadku nie jest krytyka tego, co piszesz, tylko moje luźne uwagi do tematu. W zupełności zgadzam sie z Tobą w kwestii lekceważenia przez przełożonych.
    Przebiśniegi - marzenie!!!, ja chcę już wiosny i zieloności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedna grupa nauczycieli akademickich-to ci, którzy od dawna pracują w uczelni, utożsamiają się z nią, spokojnie prowadzą badania, zajęcia ze studentami oraz młodzi, którzy dopiero rozpoczynają karierę naukową i wiedzą, że mają długą drogę przed sobą, ale słuchają starszych, doświadczonych i spokojnie podchodzą do tego. Nie wyrywają się, studentów traktują poważnie, mają szacunek do starszych stopniem i wiekiem.I jest druga grupa nauczycieli akademickich- starsi, którym woda sodowa uderzyła po osiąganiu kolejnych stopni naukowych lub po awansie na stanowisko oraz "młode wilczki", co to po trupach do tytułu dążą.
      Niestety tych z pierwszej grupy jest coraz mniej. Albo odchodzą na emeryturę, albo są wygryzani, albo ( młodzi) nie wytrzymują presji pracy naukowej, zawodowej i napięcia w życiu uczelnianym. Tym młodym może również doskwierać bieda finansowa, bo zarabiają około 13oo złotych jako asystenci, dlatego szukają lepiej płatnej pracy.
      I tak powoli w uczelniach pozostają ci, którzy od dawna tkwią w układach, są bezczelni, aroganccy i nie liczą się z nikim. Są całe zespoły, które kiszą się w swoim towarzystwie i wzajemnie "wspierają". Ty mi dasz 3 seminaria ( płatne), a ja dam ci zarobić na recenzjach. Razem napiszemy artykulik do czasopisma, razem artykulik z konferencji i tak rośnie dorobek naukowy. Ty mi puścisz tego studenta, a ja ci odpuszczę hospitację. Temu nie przedłużymy umowy, a tym rozdamy jego godziny. Ja cię wkręcę na godziny do tej uczelni, a ty pogadasz z tamtym recenzentem w sprawie mojej książki. I tak to się toczy.
      Niby nic strasznego, wszędzie jest "współpraca", ale ta uczelniana podlatuje ostatnio śmierdzącym bagnem,bo jeszcze należy wziąć pod uwagę metody jakimi się ci ludzie posługują. To temat rzeka:(

      We wszystkich miejscach, gdzie pracowałam, nie należałam do żadnego układziku. Nie dlatego, że nie chciano mnie, tylko dlatego, że ja nie chciałam. Nie należę do ludzi szybko spoufalających się, zawsze trzymam lekki dystans. Nie bawią mnie plotki w sekretariatach i obgadywanie innych. Mało opowiadam w realu o sobie, a tu tylko tyle, ile chcę:)
      Na każde próby wciągnięcia mnie w jakiś układ reagowałam delikatną, ale stanowczą odmową, dawałam do zrozumienie, że nie, raczej nie.
      Chciałam pracować i nie mieszać się w sprawy innych oraz, żeby nie mieszano się w moje sprawy. Nie udało się. Tam nie ma życia bez bycia w układach.
      Jestem pewna, że jest wielu takich nauczycieli akademickich jak ja, chciałabym kiedyś z nimi porozmawiać na temat, w jaki sposób ich traktowano i jak sobie radzili w tej dżungli.

      Usuń
    2. Tak... właśnie tam myślę, masz całkowitą rację. kilka lat temu mój niesłyszący syn zapragnął studiować informatykę. W przypadku niesłyszacych jest to poważny problem z komunikacją werbalną to raz, drugi raz to to, że polski jest dla nich językiem obcym i trudnym. Przede wszystkim posżłam do Dziekana uczelni zapytać, jak on zapatruje się na to, bo uczelnia dotychczas, na tym kierunku nie miała studenta niesłyszącego. Zaczęłam od dziekana gdyż uważam , ze prócz chęci studenta ważne jest też nastawienie uczelni. Rozmowa była bardzo miła i konstruktywna. Uzyskałam zapewnienie, że gdyby nawet syn nie zaliczył testu kwalifikacyjnego, to i tak, na pierwszy rok zostanie przyjęty decyzją dziekana, a potem to już od studenta będzie zależało, co dalej. Nie było potrzeby wykorzystywania tej szansy, gdyż test kawlifikacyjny, syn zaliczył na 4. Z jednym małym wyjątkiem, przez cały okres studiów, wielokrotnie pytano mnie w jaki sposób prowadzić zajęcia, by w jak największym stopniu były przyswajalne przez osobę głuchą. konkludując, mam bardzo pozytwyne doświadczenia z lubelskim KUL-em. Jednak, żeby nie było tak różowo, to znam przypadki, wysyłania na zastępstwo na ćwiczenia na pierwszych roku studiów, własnych dzieci - studentów starszego rocznika i takie postępowanie trudno mi zaakceptować.
      Jaskółko, nie żałuj, ciesz się, że już nie musisz tam być. Masz wspaniałą rodzinę, oparcie w najbliższych i to jest wartość największa.

      Usuń
  4. taaa, przedwiośnie... dziś miałem oddać rower do odszykowania przed sezonem, ale spadł śnieg i odechciało mi się...
    pozdrawiać :))...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Radziłabym się przemóc, bo potem zrobią się kolejki, a Ty już będziesz sobie wtedy gwizdał na rowerku w wiosennym wiaterku- o, nawet mi się rymnęło:)

      Usuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.