niedziela, 15 grudnia 2013

Dywagacje o wycenie, czyli rozterki Jaskółki

Rok temu, po raz kolejny (trzeci w ciągu 5 lat), straciłam pracę etatową. Przerażona i zdegustowana tym, co dzieje się na uczelniach, zarówno państwowych jak i prywatnych, postanowiłam nie składać już swego CV i spróbować zacząć żyć z  przekonaniem, że ja już swoje naukowe życie, przynajmniej w ramach etatu, zakończyłam. Mieliśmy sklep, na życie jakoś starczało. Tylko co zrobić z tym „rozpędem”, który pozostał w temacie (fuj, brzydki zwrot) pracy naukowej, a konkretnie publikacji. Nie jest łatwo wyhamować. Jak przez 35 lat codziennie biegnie się do pracy  oraz kiedy wieczorami i nocami siedzi się przy kompie, i pisze…pisze…pisze…, to potem nagle robi się pustka. Najpierw postanowiłam pisać książkę i wydać ją jako osoba prywatna, nie związana z żadną uczelnią. Napisałam dwa rozdziały i… Zonk. Zaczęłam czytać uważnie blogi nauczycieli akademickich. Porażka. Ci, którzy pracują na etatach, ci, którzy powinni mieć możliwość publikowania na okrągło, również stanęli przed murem. Uczelnie nie wydają, bo uczelnie nie mają pieniędzy, albo w uczelni siedzą ”sami swoi”, którym się drukuje, a innym nie. Publikacje w wydawnictwach są drogie. Koniec… chyba na razie nie mam szans. Zwłaszcza, że drugi rok czekam na książkę z moim rozdziałem, a rozdział do trzeciego tomu pewnie już u redaktora spleśniał. Jeżeli redaktor dr hab. nie daje rady przepchnąć drugiego tomu do serii, to pojedyncza Jaskółka tym bardziej jest bez szans na prywatną publikację. Co, zatem, dalej?????
Natura wyposażyła mnie w różne zdolności, w tym artystyczne. Nie jest to jakiś super poziom, ale nie jest to również zupełne dno. Nie skończyłam szkół plastycznych, a swoje prace tworzę metodą prób i błędów z nosem w Internecie oraz w odpowiednich książkach.  Zauważyłam, że nie odbiegają one (kurcze, moje zdjęcia nie oddają wyglądu tych rzeczy wiernie tzn. ja nie umiem jeszcze ładnie tych rzeczy prezentować) od rękodzieła, które przedstawiane jest na różnych blogach. Pomijam te prezentacje, na których wykształcone, artystki- tak się deklarują- pokazują rzeczy wykonane naprawdę profesjonalnie np. kostiumy z ozdobami filcowanymi, takież szale, torebki, albo rzeźby czy tkane profesjonalnie kilimy lub biżuterię. Mam jednak feler. Kiedy coś robię, praca musi mieć sens i cel. A ponieważ od dłuższego czasu moja praca nastawiona była na zdobycie środków do przeżycia, tak i teraz w głowie mi uporczywie ten cel siedzi. Zdobyć materiał, zaprojektować, poświecić czas, zrobić… dobra, ale jak to chcę sprzedać, to muszę wycenić. I tu zaczynają się schody. Nie małe schodeczki, ale całkiem okazałe schody. Bo wycenić trzeba tak, żeby nie stracić i tak, żeby rzeczy były do kupienia przez przeciętnego klienta. Okazało się, że: To se ne da Panie Havranek. Zatem znów do wuja google i szukać, czy ktoś miał podobny problem i jak sobie z nim poradził.
Znalazłam blog, w którym autorka, step by step, dokonała wyceny kołdry patchworkowej. Post sprowokowany był narzekaniem chętnych na takie wytwory, że za drogie. Jest sporo ludzi, którzy kupiliby coś z rękodzieła, ale twierdza oni, że ceny są wygórowane. Toteż autorka tego bloga zrobiła skrupulatny kosztorys kołdry patchworkowej. Podała cenę materiałów, cenę prądu, no i cenę roboczogodziny. Przyjęła, że za godzinę pracy policzy sobie 10 złotych. Czyli taką przeciętną kwotę, którą zazwyczaj pracodawcy proponują pracownikom. Ja uważam, że to jest kwota minimalna i wstyd byłoby proponować niższą, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że są pracodawcy, którzy płacą poniżej 10 za godzinę. To już jest wyzysk.
Wracając do kosztorysu blogierki. Pani podawała czas wykonywania poszczególnych etapów kołdry. Zaznaczała, że podaje przybliżony, a i tak, uważam, że poświęciła tego czasu więcej. Summa summarum wyszło jej, że kołdra patchworkowa powinna kosztować około 900/1000 złotych. Tymczasem pani zaproponowała, że sprzeda ją za 700 złotych, zdając sobie sprawę, że za więcej może ona całkiem zwyczajnie nie pójść. Czyli zaniżyła sobie roboczogodzinę do, powiedzmy, 7-8 złotych. I co? No i za drogo. A najlepiej, żeby za pół ceny sprzedawać.
Dzisiaj byłam w naszym wiejskim sklepie, typu” „mydło, szwarc i powidło”- „1001 drobiazgów”. Na ladzie siedziała sobie „Mikołajka”. Wyraźnie się odznaczała od plastikowych ozdób świątecznych. Takich świecących, mocno kolorowych i taniutkich, bo to chińskie przeważnie. „Mikołajka” miała około 30 cm wysokości,  sukienkę oraz pelerynkę z filcu, rączki i nóżki z włóczkowych sznureczków. Na nóżkach filcowe bamboszki, a na głowie filcową czapeczkę w szpic. Całość w różnych odcieniach czerwieni. Główkę miała z materiału. Taka przyjemna mikołajkowa laleczka. Zwróciłam na nią uwagę, bo wydawało mi się, że ręcznie robiona. Zakładałam, że co najmniej 20 złotych, o ile nie więcej, będzie kosztowała. Zapytałam o cenę.
-Trzy złote- usłyszałam. Zdziwiona poprosiłam o powtórzenie informacji. Okazało się, że lalka została przeceniona na 3 złote i, że rzeczywiście jest to rękodzieło. Zrobiło mi się jakoś głupio.
- A tak pytam, bo sam materiał jest droższy- jeszcze zastanawiałam się nad fenomenem ceny.
-Przeceniliśmy na 3 złote- powtórzyła pani. Nie pytałam dlaczego i nie zapytałam, ile kosztowała przed przeceną. Jeszcze w drzwiach zastanawiałam się, czy jej nie kupić. Wierzcie mi, to była ładna, starannie wykonana lala- „Mikołajka”. Nic jej nie brakowało prócz fabrycznej sztampy i nalepki „made in China”. Kiedyś chciałam dać do tego sklepu moje wytwory. Ociągałam się, bo jakoś mi do niego nie pasowały. Nie ten klimat, nie ten styl. I teraz wiem, że dobrze zrobiłam. Uświadomiłam sobie, że pani, która pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, ile czasu i wysiłku trzeba włożyć w ręczne wykonanie np. takiej lali, przeceniłaby mi moje serducho na 3 złote. Ja nie mówię, że nie trzeba przeceniać, jak coś nie idzie, ale na litość, nie na tak niskie kwoty. Plastikowa spinka do włosów kosztuje więcej.
W naszym sklepie powiesiłam moje serducha. Owszem, podobają się. Nawet bardzo. Klienci oglądają, ale jak widzą cenę (półtora przyjętej stawki godzinowej), tracą zainteresowanie. Jedna pani, trzymała serduszko z gwiazdkami w ręce i prawie cmokała, a jak zobaczyła cenę, to puściła je, jakby parzyło w łapę. Eh….Wczoraj pomyślałam sobie, że za takie serducho, wystawione na jarmarku, zapłaciliby bez szemrania, a potem chwaliliby się, że byli na jarmarku i kupili sobie ozdobę świąteczną. Zanim postawiłam taką cenę (też zaniżoną), szukałam w sklepach internetowych z rękodziełem podobnych rzeczy. Ceny są zbliżone, albo wyższe. Wcale nie chcę za dużo.
Za największy woreczek Omiyage postawiłam cenę 20 złotych. W zagranicznych sklepach takie woreczki nie schodzą poniżej 40 złotych w przeliczeniu do dolara.
W Niemczech, w Anglii i innych państwach, rękodzieło jest w cenie. U nas- zapomnij. Podarować komuś prezent własnoręcznie zrobiony to ryzyko narażenia się na opinię, że nie stać nas na porządną rzecz. Mój brat prowadzi sklep z upominkami. Jakaś metaloplastyka w stylu lat 60/70.  XX wieku, jakieś kolorowe, tandetne szkło, wyroby pseudoafrykańskie i pseudoindyjskie, chińskie maskotki i drobiazgi. Zaproponowałam mu swoje rzeczy (przede wszystkim łapacze snów, które stylistyką nawet spasowałyby do tych innych). Gwałtownie zaprotestował- klienci tego nie kupią. Nie, to nie.  W Cieszynie jest parę sklepów z rękodziełem, ale właśnie ceny powodują, że ludzi kupują tam przeważnie drobiazgi, dlatego właściciele mocno zastanawiają się zanim wezmą jakiś towar. Kiedyś rozmawiałam z właścicielką takiego sklepu (jeszcze wtedy nie myślałam, że sama będę coś dziubdziać i chcieć to sprzedawać). Powiedziała mi, że większe, oryginalne prezenty kupuje się na ślub, okrągłą rocznicę urodzin lub inną okazałą uroczystość. Najczęściej jest to porcelana, świeczniki, zegary lub rzeźby, ewentualnie obrazy. Poza tym kupowane są rzeczy drobne typu kartka, oryginalna spinka itp.  Ostatnio dotarło również do mnie, że ludzie niezbyt orientują się w różnych ozdobach. Na przykład takie zawieszki. Nie jest to popularne. Owszem, na blogach- tak, w realu- nie. Mam w sklepie wywieszonych do sprzedaży kilkanaście zawieszek. I niezmiennie słyszę zdziwione: „O, kotylionami pani też handluje?”. Wtedy tłumaczę, że to zawieszki, takie ozdoby, które można sobie powiesić np. na klamce, kluczyku od szafki, lustrze, w samochodzie. Tracą zainteresowanie. Nawet, kiedy mówię, że to taki fajny drobiazg na prezent, nie są przekonani. Do naszego sklepu przychodzi specyficzny rodzaj klientów i, być może, to jest powodem, że nie „czują bluesa”.
Tak naprawdę, rękodzieło sprzedaje się głównie na jarmarkach. I jak już wyżej napisałam, ta sama rzecz, którą w sklepie klient poogląda i odłoży, ”bo drogo”, na jarmarku nabiera w oczach kupujących cudownej wartości.
W przyszłym roku mam zamiar brać udział w jarmarku. A teraz chyba będę mówić klientom to, co mówi jedna z blogujących pań, sprzedająca swoje rękodzieło.
Kiedy słyszy: „Tak drogo?” Odpowiada ze słodkim uśmiechem: „Nie drogo, normalnie. Po prostu pani /pana na to nie stać”.

PS Podaję parę linków do blogów, w których są zawarte opinie rękodzielników na temat wyceny rękodzieła
http://namiotle.pl/4350/patchwork-co-jak-i-za-ile-wycena-r%C4%99kodzie%C5%82a/- patchwork W tym polecam przeczytać komentarze- Bezcenne.
http://kasiulkoweprace.blogspot.com/2013/06/jak-wycenic-rekodzieo-szydekowa-torebka.html- torby
PS2 Podałam linki, ale otwierają się nie te strony, dlatego jeżeli ktoś chce przeczytać, to albo trzeba szukać w podanym blogu danego tematu, albo wklepać w google : Jak wycenić rękodzieło i pokażą się strony, a wśród nich te, które podałam.








39 komentarzy:

  1. A próbowałaś wystawić jakiś przedmiot na aukcji internetowej ?

    Kadry ze szronem wyszły bardzo ładne, u mnie już dawno go nie było...


    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam czasu na aukcje internetowe. I jestem pewna, ze cena poleciałaby w dół a nie w górę:):) Chyba nie warto:)
      To był pierwszy mocniejszy szron. Teraz jest w miarę ciepło.

      Usuń
  2. Przeczytałam bardzo dokładnie. Niestety, Twoje wnioski całkowicie pokrywają się z moimi przemyśleniami. Zastanawiałam się nad tą sprawą, przy okazji wielu pytań typu "dlaczego nigdzie nie sprzedajesz swoich ganutelli, przecież to takie piękne". Otóż nie sprzedaję, bo jak policzę czas poświęcony jednemu przedmiotowi, biorąc pod uwagę, tak jak mówisz, najniższą stawkę godzinową, to musiałoby to kosztować w najprostszej wersji, co najmniej półtorej tej stawki. I tu kółko się zamyka:)) Dlatego robię ganutelle "Sobie a muzom " oraz na prezenty bliskim mojemu sercu rękodzielniczkom, bo tylko ktoś zajmujący się rękodziełem,docenia wyroby rąk własnych. Pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba trzeba odwrócić pytanie: "Dlaczego nie kupujecie rękodzieła, przecież to takie oryginalne, niepowtarzalne no i bardzo trwałe?"
      Ja robię te wszystkie rzeczy, ale jak nie sprzedam, to bólu nie będzie. Włożę w pudło i niech potomni mają:):):)

      Usuń
    2. Widzisz, Twoje bombki, kwiaty są bezkonkurencyjne. Szłyby jak ciepłe bułeczki tylko... jak przekonać sprzedawców, że takie niecodzienne wyroby mogą mieć powodzenie?

      Usuń
    3. Nie wiem, jak przekonać, że niepowtarzalne jest ładne. My w większości jesteśmy stadem i jak jedno w stadzie zafunduje sobie tandetną błyskotkę, pozostali zrobią to samo. Wyłamywanie się ze stada jest źle widziane po pierwsze, po drugie - trzeba albo odwagi, albo wiedzy nieco szerszej, niż plotki z życia celebrytów:))
      Tak na marginesie, dziękuję za "ciepłe bułeczki":)))

      Usuń
  3. Z tymi linkami jest cos nie tak, wszedzie meldunek, ze te strony nie istnieja.
    W przypadku robotek rodzaju wszelakiego, podaz chyba przekracza popyt, bardzo wiele pan szyje, szydelkuje, robi dekupaze, wiec rynek jest nasycony, a klienci marudza, ze drogo. Bo ilez mozna kupic zawieszek, chocby najladniejszych. A na wieksze (czytaj drozsze) wyroby malo kogo stac.
    Musialabys wymyslic cos, czego jeszcze nie bylo. Twarde prawo rynku. Wierze jednak, ze cos wymyslisz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak... jest tego dużo, ale na blogach. Są sklepy z rękodziełem w Internecie, fakt, tylko wstawienie czegoś do takiego sklepu jest jednoznaczne z podniesieniem ceny, bo sklep musi zarobić. Może i towaru jest od groma, ale jest on tak różnorodny, że każdy coś sobie znajdzie, co mu się podoba. Problem jest w świadomości klienta. Dla większości ręcznie zrobione, to znaczy się biedne, siermiężne, ludowe,
      Wymyśliłam oryginalne woreczki Omiyage, ale widzisz.... takie dziwo:):):) lepiej kupić papierową torebkę na prezent z uszami ze sznurka i gotową karteczką na wpis. A tak nawiasem, jak się lud rozleniwił, kiedyś pakowano prezenty w piękny papier, wiązano wstążeczką, wkładano w to serce. teraz wrzuca się prezent do takiej torby z nadrukiem i fertig.
      Moje breloki kosztują 8 złotych, breloki z plastikowym słoniem, byle jak odlanym, kosztują 7 złotych... Zgadnij, który zostanie kupiony?
      A może przyszywać metki z nadrukiem Made in India?????
      Nie wiem dlaczego się linki nie otwierają:(

      Usuń
    2. Zmieniłaś Nick???? O kurcze, na taki oficjalny:):)

      Usuń
    3. Sam sie zmienil przez tego goopiego gugla plus. Zla jestem, bo chcialam sobie ulatwic, a utrudnilam. :(((

      Usuń
    4. A ja przez tego + nie mogę wejść na drugą moją pocztę. Ciągle mnie odrzuca. Ktoś mocno testuje naszą cierpliwość.

      Usuń
    5. Pantero, to Ty decydujesz jaki profil ma się pokazać. Ja mam Iva Pas i Iva Pas dwa i to ja wybieram, z którego piszę.

      Usuń
    6. Jaskółko, mam trzy konta na G+ i nie mam trudności z logowaniem. Pewna jesteś, że przyczyna nie leży po Twojej stronie?

      Usuń
  4. są klienci kupujący wyłącznie tandetne kiczowate przedmioty, zwracający uwagę przede wszystkim na cenę ale jest grupa odbiorców, którzy na nie nawet nie spojrzą i doskonale rozumieją, że rękodzieło musi mieć odpowiednią cenę. Problem w trafieniu do takiego klienta. Widać to w Krakowie w sklepach z pamiątkami.
    chyba by mi serce pękło, gdybym zobaczyła swoje dzieło, wykonane od początku do końca własnymi rękami, robione przez wiele godzin, przecenione na trzy złote.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dlatego ciągle się powstrzymuję od zaniesienia komuś do sprzedania. Wolę stać na kiermaszu i sama rozmawiać z klientami. Mam przykład brata, który przypiął broszkę przeze mnie wykonaną do sweterka na manekinie i nawet ceny nie przykleił do niej. Wyglądała ona jak o dodatek do sweterka a nie towar do sprzedania. Natomiast łapacza snów zawiesił też bez ceny i w ten sposób wyglądał on na dekorację witryny. Nie mam pewności, jak sprzedawca potraktuje mój towar. Niby weźmie na próbę, a upchnie w kąt. jak ta lalka będzie jeszcze to sobie ją kupię. Bardzo mi się podobała. Coś mnie zamuliło, że od razu jej nie kupiłam.

      Usuń
  5. Podczas mych pobytow w Polsce bywam w Cepelii, w sklepikach z rekodzielem, bo luuuubie.A sama mam dwie lewe raczki. I ostatnio w warszawskiej cepelii szukalam obrusow lnianych, to znaczy obejrzalam caly sklep od gory do dolu , i nic.Zapytalam , czy maja. Maja! Schowane w szufladzie.
    Dlaczego w szufladzie?
    Bo sie kurza i odbarwiaja, a i tak malo kto kupuje.Drogie.
    A ja chwile wczesniej rozmawialam z Francuzami, ktorzy wiedzieli, ze Polska lnem stala i szukaja, tych lniamych wyrobow, a nie moga nigdzie znalezc ...I pewnie niedlugo naprawde lnu nie bedzie, bo za drogi..Szkoda. I jeszcze a propos jarmarkow. Mam zamiar zorganizowac taki, w naszej wsi, w przyszlym roku, z polskim rekodzielem. I mam nadzieje, ze sie uda, tym bardziej, ze tu bardzo cenia rekodzielo:)) Pozdrawiam najcieplej, a pania MIkolajowa koniecznie przygarnij;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, chciałam kupić len i cena mnie przestraszyła. Marzy mi się wykonanie lnianych, haftowanych serc. Wiem, że jest ich dużo, ale każda z nas tworzy zupełnie różne rzeczy.Na razie kupiłam jutę i układam w głowie projekty. Pomysł z polskim jarmarkiem interesujący. mam nadzieje, że Mikołajowa jeszcze nie sprzedana. Zauważyłam, że ludzie są dziwni. Jak cena "normalna", to za wysoka, jak obniżamy, to zaraz podejrzenia, że coś nie teges z towarem. Może cena Mikołajowej ich wystraszy?
      W cieszyńskiej cepelii towar jak z tandetnego chińskiego bazaru. ubolewam, bo kiedyś można było tam kupić naprawdę piękne rękodzieło. Po ręcznie haftowane obrusy należy się wybrać do Wisły, Istebnej lub Jaworzynki i Koniakowa. No i koronki koniakowskie to istne cuda:):)
      A może Ci poszukać coś takiego? Tylko określ , co to ma być:):):)

      Usuń
    2. Dziekuje Jaskolko;) Nie trzeba, ale milo, ze o tym pomyslalas:))

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Rękodzieło na pewno daje ogromną radość, dumę,satysfakcję,ale zrobienie czegoś ,to najczęściej wiele godzin misternej dłubaniny.Ci,co nigdy niczego nie zrobili najczęściej nie mają o tym pojęcia:)Sądzę,że cena za jakiś wykonany własnoręcznie przedmiot,nigdy nie będzie adekwatna do ilosci pracy, jaką się włożyło w jego wykonanie.
    Popyt kształtuje podaż - odwieczne prawo rynku;) Myślę,że piękne przedmioty wcześniej czy później znajdą nabywcę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja myślę, że tworzy się jakiś zamknięty krąg. Sprzedawcy boją się brać rękodzieło do sklepu, bo obawiają się, że nie pójdzie. Jak nie spróbują, to nie wiedzą, czy klient to będzie kupował. Klienci nie mają możliwości tego zobaczyć. I tak to się kreci. To tylko w Internecie jest tego mnóstwo. W realu wcale tak dużo rękodzieła w sklepach nie ma. W Internecie sprawę podraża koszt wysyłki i przestaje się opłacać kupowanie. bo jeżeli poducha kosztuje 30 złotych, to dochodzi koszt wysyłki i raptem za poduchę trzeba zapłacić 50 złotych. A na Allegro są tragicznie zaniżane ceny. Bo jakim cudem 30 spinek do włosów, ręcznie wykonanych z czterech elementów, kosztuje jedyne 10 złotych?

      Wiem z własnego doświadczenie, że losu nie należy poganiać. Najpierw długo nic się nie dzieje, nic nie wychodzi, a potem raptem znajduje się rozwiązanie. Moje rzeczy spokojnie sobie poczekają na swój czas:)

      Usuń
  8. Mroźne zdjęcia śliczne! Uwielbiam patrzeć na tę subtelną, koronkową obwódke wokół liści, owoców głogu i tarniny. Bardzo ładnie uchwyciłaś tę magię Jaskółko!
    A co do twórczości własnych rąk i kiepskiego na nią popytu, to rozumiem Twoje gorzkie dywagacje (w Australii sprzedawaliśmy swoje piekne, oprawione w passe partout zdjęcia - też zawsze ludzie mówili, ze za drogo a przeciez sam tusz do drukarki kosztuje fortunę!). Człowiek sie tak stara, cuda istne tworzy a ktos popatrzy i zimnym zwrokiem oceni dzieło na trzy złote. Zgroza! Odechciewa się sprzedawania, skoro ma iśc za bezcen. Już chyba lepiej robic komuś miłe podarunki, wiedząc, iz doceni i zachwyci się! (No tak, tyle, że kasa by się jakas dodatkowa prsydała, a tu bądź stale człowieku dobrym Mikołajem...)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja nawet tego gorzko nie opisuję. Mnie raczej dziwi ten "snobizm" na tandetne prezenty i sztampę. I nie mówię tu tylko o moich pracach, bo one jeszcze dużo pracy wymagają, ale o tych pięknych artystycznych wyrobach, które zalegają sklepy internetowe z rękodziełem. Wchodzę tam co jakiś czas i widzę, że nie schodzą.
    Kiedyś byłam na jarmarku i bardzo podobały mi się filcowe, pięknie zdobione torby. I nawet cena mnie nie przestraszyła tylko świadomość, że nie miałabym gdzie z taką torebką się pokazać.
    Poza tym, u nas ciągle panuje jakiś dziwny snobizm na tandetę i sztampę. Pokazać się w oryginalnym ciuchu jest równoznaczne z gapieniem się na twój ciuch niemal z przyganą. Kiedy byłam studentką mama uszyła mi spódnicę z trzech falban, z materiału czarnego w czerwone, ogromne róże. Ten materiał miał lekki połysk- kryształek się chyba nazywał. Łączenia falban zakryłam czerwona aksamitką. Wyszła cudna spódnica cygańska. Nie masz pojęcia jak gapiono się na mnie na ulicy. Jakby jakieś diwo zobaczono. Myślałam, że takie czasy już minęły.
    A tu ciągle kupuje się rzeczy "praktyczne" albo "z pozłótką" a najlepiej tanio i szumnie. Tanie poszewki chińskie z "pięknym" i bogatym haftem maszynowym, który po pierwszym praniu rozsypuje się, albo ogromne świeczniki z metaloplastyki, bo prezent "widać". Gdybym wyszła na ulice w kostiumie z ozdobami filcowanymi albo z taką torebką, to pewnie stwierdzono by, że z choinki się urwałam.
    Ma być szaro, buro i praktycznie:(

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak czuje się autor książki kiedy wchodzi do księgarni i widzi swoją z dopiskiem - Wyprzedaż! Cena 3 złote
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, ale znam uczucie, kiedy uczelnia proponuje wydanie książki, bo jest przed kontrolą PAKA i liczy się każdy punkt, automatycznie nabywa prawa autorskie, bo takie są zwyczaje w uczelniach, a potem, nie informując autora o tym, wydaje minimalny nakład. Grunt, że jest nowe wydawnictwo i można pochwalić się przed PAKA. To, że ja nie mam teraz praw do mojej książki i nie mogę jej nigdzie wydać bez znacznej poprawy, nie liczy się. To, że ta książka jest mało rozreklamowana, bo przecież uczelni nie zależy na dystrybucji- dodatkowa praca a zysk mały, nie liczy się. Nieważne, że mogłaby mieć duży popyt, bo tematyka jest chwytliwa. Kto będzie sobie już wydaną pozycją głowę zawracał. Grunt, że PAKA przedłużyła żywotność kierunku pedagogika na tej uczelni. Dałam w dobrej wierze się wykiwać obłudnemu dziekanowi, który właśnie przed samymi świętami, parę lat temu, chodził za mną i błagał, żeby szybko zrobić redakcję i w styczniu książka będzie wydawana. O obiecanym dużym nakładzie już nie wspominam. I o tym, ze nie dostałam za nią ani grosza tez zmilczę. Siedziałam jak głupia przez całe święta i redagowałam ją do druku, potem oddałam... wyszła dopiero po moich monitach, w sierpniu, ale dla PAKI było ważne, że jest złożona do druku. Jeszcze teraz niedobrze mi się robi na myśl o tym s..... nie Dziekusiu.
      Kosztowała gdzieś około 30 złotych i można ją znaleźć w niektórych bibliotekach.
      Jedyna pozytywna dla mnie rzeczą było to, że mogła się liczyć do dorobku, który zbierałam do habilitacji. A teraz i to diabli wzięli.

      Usuń
    2. Ech te statystyki. W nich ginie człowiek.
      A Twój gniew jest jak najbardziej uzasadniony.

      Usuń
  11. piękne zdjęcia :)))
    nas po prostu nie stać na takie rzeczy. masz rację, one powinny kosztować tyle ile kosztują, bo to sa prawdziwe dzieła, a nie chińska plastikowa tandeta. tylko nas naprawdę nie stać. jeżeli ktoś zarabia 1500 zł, to taka kołdra jest nie do osiągnięcia. jest to smutna rzeczywistość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, że ludzi nie stać wielkie na rękodzieło. Niemniej ono jest i nie zawsze drogie. Ja tu mówię o ozdobach chińskich i ozdobach rękodzielniczych w porównywalnych cenach.
      O gustach podobno się nie dyskutuje, ale mnie zastanawia fakt, że większość ludzi wybiera naprawdę tandetę, kicz, a lekceważy rękodzieło. Mnie dobijają te komentarze i reakcje: "Takie małe i takie drogie? ", "Aż tyle kosztuje?????", "Aaaaaaaaaaaa... ręcznie robione, a nie rozleci się to?". Zresztą nie tylko rękodzieła to dotyczy. Dobrze wiemy, ze ludzie kupują tandetę, bo tania.
      Jest bardzo trafne powiedzenie i ja go wprowadziłam w życie: Nie kupuję tanich rzeczy, bo mnie na to nie stać".
      Owszem, każdy zakup rozważam długo i porównuje ceny, ale czasem wolę dopłacić i mieć gwarancje trwałości.

      Polly, drobiazgi na prezenty mają porównywalną cenę, Plastikowe chińskie serduszko, oblepione plastikowymi kwiatuszkami i posypane brokatem, kosztuje dokładnie tyle samo, co moje. Ale z mojego brokat nie sypie się, nie brudzi rąk i jest ono solidniej wykonane.

      Usuń
    2. Wiesz chodzi mi o te pogardliwe reakcje, kiedy informuje, że to ręczna robota. Skąd w ludziach tyle lekceważenia dla cudzej pracy? Nie muszą tego kupować, ale i nie powinni w ten sposób komentować?

      I nie chodzi o to,że to moje prace, a Jaskółka to już cud miód i czekoladka...Jak ktoś tak bezinteresownie mi dokucza, to zaczynam być wkurzona i przypomina mi się często reakcja ludzi, kiedy widzą, że ktoś coś je, a oni tego nie lubią. Wtedy mówią: Fuj, jo by tego nie jadła". Uważam to za szczyt chamstwa.

      Usuń
    3. ja tez wychodzę z założenia, że mnie nie stać na tanie rzeczy. ostatni wybór robota kuchennego trwał prawie 2 miesiące, bo nie chciała go wyrzucić zbyt szybko albo martwić się z powodu napraw.
      kiedy robiłam kolczyki to tez słyszałam, że drogo. chociaż w sklepie było drożej. tylko ludzie niektórzy myśleli, że te u jubilera to jakieś cuda na patyku, a one są z tych samych części z których robiłam ja. kiedy widzę ile w Aparcie kosztują zwykłe srebrne kolczyki z zawieszonym kryształkiem svarowskiego i kosztują kupę kasy, to się śmieję w duchu, bo wiem ile tak naprawdę powinny.

      Usuń
  12. Niezwykle ciekawy post, Jaskółko:)
    Proponuję Ci wejść na allegro lub inną stronę tzw. żywą stronę, czyli taką, na której dynamika cen jest bieżąca. Na szybko znalazłam serduszka ale i inne rękodzieło. Tak dla orientacji.
    Są dwie strony przeciwstawne - kupująca i sprzedająca. Zawsze kupujący chce kupić taniej, złapać okazję etc., a sprzedający wie co na wycenę się składa i ile z ceny może zejść, by sprzedaż była opłacalna. Jeśli chodzi o mnie kupuję to co mi się podoba i co chciałabym mieć. Cena nie gra zasadniczej roli, ale przyjemnie jest, gdy ktoś opuści np. złotówkę, tak dla zasady, nawet jeśliby tę złotówkę doliczył na ten własnie cel. To taka zabawa, jak na suku;)
    Wg mnie odpowiedzialnego klienta, który poszukuje jednostkowej rzeczy, konkretnej i szuka rękodzieła niemasowego (bo chińskie to też często rękodzieło na akord wykonanie w pocie czoła za skandalicznie niską cenę roboczogodziny), nigdy cena nie odstraszy. Ja nie uprzedzam się do "made in china", bo jest wiele artykułów pięknych jak np. szydełkowe obrusy, bieżniki, które w niczym nie obiegają od zrobionych przez dziewiarkę, oprócz ceny. Kiedyś na jednym z blogów, notabene też o wycenie, rozwinęła się dyskusja o wyższości swetrów zrobionych przez ręce polskie, nad swetrami zrobionymi przez ręce chińskie, indyjskie czy inne. To argumentacja poniżej pasa wg mnie. Temat rzeka, ale nie będę Cię zanudzać. Patrząc na Twoje prace, które subiektywnie oceniam jak towar z wyższej półki, uważam, ze powinnaś z nim wyjść globalnie, czyli do sieci. Znasz klienta swojego sklepu i dobrze wiesz czego poszukuje, na co go stać etc.. , wg mnie to nie rynek na Twoje wyroby. Natomiast w sieci jest klient bardzo zróżnicowany, także koneser szukający właśnie tego, co Ty oferujesz. Często bywa tak, że wystawisz jedną rzecz i zawojujesz świat, ale musisz spróbować i czekać na tę właściwa chwilę, na tego klienta. Sieć daje takie możliwości, a Ty wg mnie tym wyzwaniom podołasz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uświadomiłaś mi jednak rzecz- praca chińskiej dziewiarki i praca naszej. Rzeczywiście nie należy chińskich rzeczy potępiać w czambuł. Teraz widzę, że coś nie dopowiedziałam. Myślałam o tych artykułach "Made in China" taniutkich, pod matrycę, nie o ich rękodziele w naszym znaczeniu.
      Rzeczy, które robię miały być dodatkiem do naszego sklepu. Pomysł z sieciówkami jest dobry. Musiałabym się zorientować, na jakich zasadach to się odbywa. Mam tylko obawy, że tam trzeba dużo, a ja nie mam aż tyle czasu. Idealnym wyjściem byłoby mieć jakiś nieduży sklepik przy granicy w Cieszynie. Odpada, bo w naszym nie wyrabiamy. Popróbuje jeszcze u naszych zagranicznych sąsiadów.
      Ale nie ma pośpiechu. Naprawdę to jest dodatek a nie konieczność.

      Usuń
    2. Weszłam na Allegro i popatrzyłam na ceny tych serduszek. Nie do wiary, serduszko, które robi się co najmniej pół godziny, idzie po dwa złote a inne po 1.99.
      Taaaaaaaaaaaaa... ja jednak będę się szanowała i szanowała swoja pracę. Jak ktoś lubi pracować prawie za darmo, to jego sprawa. Ceny dumbingowe jednak już nie jego a innych, którym tacy psują rynek. To jest po prostu nieprzyzwoite.

      Usuń
    3. Oczywiście, że swoją pracę należy cenić, zwłaszcza, gdy umiesz ją wycenić.
      Jeśli ktoś tylko z tego żyje, to ma obok drogich, także takie tanie, nawet poniżej opłacalności, bo często bywa tak, że zaczynam u kogoś kupować coś na próbę taniego właśnie, a potem kupuję rzeczy konkretne. Kupowałam drobne akcesoria fotograficzne, bardzo tanie, i wróciłam w to samo miejsce po obiektywy:) Handel ma swoje prawa i często tylko pozornie coś może się nie opłacać.
      Czasem życie zmusza sprzedawać taniej, z minimalnym zyskiem, gdy się ma na utrzymaniu np. dzieci. Masz rację, nie należy potępiać w czambuł, bo nie znamy sytuacji danej osoby, różnie w życiu bywa.
      A nie myślałaś o sklepie na allegro?

      Usuń
    4. Ja mam sklep i tu mi najwięcej czasu schodzi. Myślałam o Allegro, ale nie dam czasowo rady. Zresztą to miało być jako dodatek i nadal to tak traktuję. My tez stosujemy minimalne marze, a czasem idziemy po kosztach zakupu, bo klient jest dla nas ważny. On musi zechcieć przyjść jeszcze raz i następny też. Niektóre moje wyroby tez są już z obniżoną ceną. Nie zamieściłam tu zdjęć wszystkich, ale mam takie serduszka, które haftowałam koralikami 3 godziny a cena jest jak za półtora.
      Jak sprzeda tak tanio, to traci, bo zwróci się tylko materiał, a gdzie chociaż minimalny zysk? No i musi nowy materiał kupić. Tak tanie nie sprzedaje ktoś, kto musi utrzymać rodzinę.
      Ja już różne rzeczy sprzedawałam- sadzonki bratków, truskawki, sadzonki iglaków, szyłam do butików i zawsze musiałam tak skalkulować, żeby chociaż ćwierć ceny było na życie. I nigdy mi się wkład pracy nie zwrócił.
      Nie pali się, coś się wykluje. Pamiętam, ze w butikach sprzedawałam po dwie bluzeczki, trzy sukienki i byłam zadowolona, a potem nagle dostałam duże zamówienie i w ciągu 4 dni uszyłam 25 sukieneczek. A tak wydawało się, że mizerne to jest. Długo, długo nic, a potem trach i leci:):)

      Usuń
    5. na allegro wstawiasz to co masz, jeśli masz jedną rzecz, to też wystarczy. W grudnia składałam wiele zamówień i także u osób, które sprzedawały tylko jedną rzecz, której akurat ja poszukiwałam albo jej cena była niższa niż gdzie indziej. Nie namawiam, ale to ostatni gwizdek, by wykorzystać ten przedświąteczny czas na zaistnienie. Co ci szkodzi wystawić 2-3 artykuły, które na to czekają u Ciebie, podać także na blogu link do swojego profilu? To naprawdę niewielki koszt, a początek może być zaskakujący:)

      Usuń
    6. :):) Ivo, dzięki. Skorzystam z rad. Niemniej teraz to już naprawdę pisze w przelocie. Myślę, że te święta przepadły, ale ja mam dużo innych rzeczy, więc jak trochę złapię oddech, to spróbuję :)

      Usuń
  13. Ja też po trosze jestem "artysta", bardziej w słowie pisanym, nie naukowym. Pierwszy nakład tomiku z wierszami rozszedł się jak ciepłe bułeczki, kolejne też. Ale ja z tego nic nie otrzymałem, tylko egzemplarze autorskie. Inne pozycje, np. miała dwa wznowienia, tylko autorskie egzemplarze. Jakieś poczytne czasopismo ogólnopolskie, mające swoje konwenty i spory nakład kiedyś zamieściło moje dwa teksty, zarobiłem z 18zł. Tak więc nie liczę na cokolwiek finansowego, ale ja o tym wiedziałem od zawsze.
    Co do wytworów artystycznych, masz rację Jaskółko, ludzie "oczadzieli". Chcą mieć gustowną rzecz za nic. Ale widzę takich w sklepach, barach itp. Nie kupi czegoś porządnego, tylko badziew, bo tańszy. Dobra szynka musi kosztować, tak samo jak buty, koszulka. Z drugiej strony jest nieliczna grupa osób, która ceni sobie odmienność od sztampy.
    Kilka lat wstecz znałem dobrze właścicielkę galerii w dużym mieście blisko centrum. Byłem u niej wielokrotnie, najczęściej kupowane były nie obrazy, ale jakieś bibeloty szklane, bo najtańsze. Splajtowała.
    A jak robiła wernisaże, to największym zainteresowaniem cieszyły się darmowe wino i przekąski. Nie widziałem, aby ktoś cokolwiek kupował, choć były bardzo ciekawe rzeczy. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. Witaj Belfrze:):):) Podziwiam rozległe horyzonty pisarskie i twórcze:):):)Poezja?! Pięknie:):)Szkoda, ze tu tylko nickami jesteśmy, bo chętnie przeczytałabym te wiersze:) Ja też wiedziałam, że za pozycje, które wydaję, dostanę albo marne grosze, albo nic nie dostanę. Jednak czytający nie zawsze to wiedzą. Czytam o tej galerii i zachowaniu ludzi na wernisażu, uparcie mi dzwoni, że... Belfrze, ja mam okropny dyskomfort, bo przecież na jakimś etapie w życiu tych ludzi my, pedagodzy, mamy wpływ na odbiór przez nich rzeczywistości. Im jestem starsza, tym bardziej bronię się przed pytaniami: "Kurcze, co się porobiło z tymi dzieciakami, z tą młodzieżą z tymi ludźmi?" "Czy można było inaczej nimi pokierować?".eeeeee.. luzuję.. to jest temat na dużą dyskusję:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.