poniedziałek, 25 lutego 2013

Gdybyś...


Masz dwie przyjaciółki. Pierwsza drugi raz zamężna, wydaje się być szczęśliwa w swym małżeństwie. Druga, samotna,  właśnie ci opowiada, że spotyka się z szałowym mężczyzną. Niestety żonatym, ale on twierdzi, że nie jest szczęśliwy. Żona ciągle zajęta pracą. Nawet w soboty potrafi do późna w niej siedzieć. On ciągle sam i sam. Poznali się poprzez Internet. Nagle orientujesz się, że samotna spotyka się z mężem tej pierwszej. Co robisz w takiej sytuacji? Milczysz. Samotnej nie mówisz, że znasz żonę tego faceta, tamtej nie zdradzasz, że jej mąż spotyka się z twoją koleżanką. Milczysz. Potem zapominasz o całej sprawie. Tym bardziej, że z samotną znajomość zaczyna się rozmywać, aż w końcu przestajecie ze sobą się spotykać.
Po roku dzwoni ta druga: Podobno wiedziałaś, że on spotyka się z twoją koleżanką?!!
- Wiedziałam.
- I dlaczego mi nie powiedziałaś? !
Milczysz
- Gdybyś mi wtedy powiedziała, prędzej bym zakończyła tę farsę! Jaka z ciebie przyjaciółka?!
Gdybyś…….od tej pory tamten telefon milczy.


niedziela, 24 lutego 2013

Takie sobie zabawy


Życie na blogach rozszalało się przedświątecznie. Wszędzie powstają pisklaczki, kaczuszki, zajączki no i multum pisanek. Wszelakich. Od papierowych, poprzez haftowane, po skrobane oraz szyte z filcu. No i jeszcze jajuszka dziergane. Cudeńka prześliczneJ. Nie ulegam temu szaleństwu, ale bardzo lubię wchodzić na robótkowe  blogi i podziwiać wytwory właścicielek. Zastanowiło mnie zjawisko Candy. Może to pod wpływem nocnej dyskusji? Przeleciałam się jeszcze raz po blogach i w jednym naliczyłam na pasku 15 różnych Candy. Świeżutkich, jak ranne bułeczki. Idąc od bloga do bloga natrafiłam na coś takiego: „Candy i rozdania. Konkursy blogowe w jednym miejscu” (http://candy-i-rozdania.blogspot.com/) brzmi tytuł bloga. Co za ogromna wygoda dla lubiących takie rzeczy, nie trzeba grzebać, szukać, wszystko pod nos podsunięte. Nie byłabym sobą, gdybym sobie nie poczytała, co my tam znajdziemy dobregoJ. Klikając na szczegóły poszczególnych „imprez’, nieodmiennie trafiałam na taki tekścik: „Napisz komentarz zgłaszając chęć udziału w zabawie, a potem zamieść na swoim blogu informację o moim Candy ze zdjęciem i aktywnym linkiem do tego postu.”
Albo takie:
Aby wsiąść udział w rozdaniu należy:
- być publicznym obserwatorem mojego bloga ( + 1los) - jest to warunek konieczny
Możesz także:
- Umieścić baner rozdania na blogu (np. pasek boczny) wraz z linkiem i terminem (+ 2 losy)
- Dodać notkę o rozdaniu na swoim blogu (+ 5 losów) 
- Polubić stronę bloga na Facebook ( + 3 losy)” 
Bywają i takie:
Zasady konkursu
1. Aby wziąć udział w konkursie należy być publicznym obserwatorem mojego bloga
2. Polubić mnie na Facebooku
*
3. Umieszczenia banerka na swoim blogu (notka,pasek boczny)
** 
4. Umieszczenie mojego bloga w blogroll'u na twoim blogu
** 
*nie dotyczy osób nie posiadających Facebooka
**nie dotyczy osób nie posiadających bloga
***wykonanie punktu nr 2/3/4 to +1 punkt, można łącznie zdobyć +3 punkty”
Pod spodem link do strony. Aby wziąć udział w konkursach należy dodatkowo spełnić, rozwiązać , wykonać… zadania.
Nawet nie muszę się zastanawiać nad celowością takich Candy, bo wyraźnie widać, że nie zawsze jest to „bezinteresowne” oraz „z dobrego serca organizowane”.
Część blogowych znajomych chce kogoś obdarować i nie żąda spełnienia określonych warunków. To mogę zrozumieć. Lubimy się, komentujemy u siebie, chcemy sprawić komuś przyjemność. Wszystko gra. Jednak większa część robi to w celach reklamowych. Rozdawane są najczęściej kosmetyki i akcesoria kosmetyczne. W konkursach można wygrać książki, sprzęt do wyposażenia kuchni, płyty i inne rzeczy. Candy dotyczy rękodzieła- własnoręcznie szytych maskotek, poduszek, bieżniczków, kartek i innych rzeczy „upominkowych”. Nie powiem, dużo tego i ładne to.
Mam jednak mieszane uczucia. Z jednej strony fajnie, kiedy dziewczyny obdarowują się między sobą, a z drugiej coś mi zgrzyta. W sumie nie przeszkadza mi to, a net ma to do siebie, że jak mi zgrzyta, to nie muszę. Po diabła jednak takie obwarowania? Po co tyle punktów do spełnienia? Nie wiem, jak innych, ale mnie z miejsca odrzuca takie stawianie sprawy (w różnych okolicznościach, nie tylko w tej omawianej). Osoby, które to organizują pewnie chcą zaistnieć w licznych netowych przestrzeniach. Im więcej, tym lepiej. Blogi, portale, Nasza klasa, Facebook, banerki… bajerki…. Oby  taką nachalnością nie wywołały skutku wręcz przeciwnego. Zupełnie jak te brzuchate sowy o wielkich oczyskach i  w najrozmaitszych konfiguracjach, które spotykam na co drugim blogu. Kiedy natrafiam na drugim,  piątym, siódmym, dziesiątym blogu na sowę, natychmiast opuszczam tę stronę. Muszę przecież jakoś zapanować nad pewnym, niefajnym odruchem fizjologicznymL

PS. Koniecznie wejdźcie na podaną stronę, bo jeżeli lubicie takie zabawy, to jest w czym wybierać.

 Štramberskie psiaki




piątek, 22 lutego 2013

Nieobowiązująco


U Klarki rocznica, gdzie indziej stuka licznik okrągłą liczbę odwiedzin,  ktoś inny podaje, że napisał jubileuszowy post, a jeszcze inna osoba świętuje istotną liczbę wpisanych komentarzy. Jak Wy to ogarniacie????? Ja jeszcze dobrze nie zarejestrowałam, że mi tu 15 tauzenów wejść uskuteczniono, a już jest o prawie 300 więcej. Jakoś nie czuję się dobra w statystykach. Wiem, że nikt specjalnie nie liczy tego i nikt nie prowadzi zawodów w tym zakresie, ale jednak jakoś nad tym panujecie. Nie pamiętam, kiedy tego bloga założyłam, a tym bardziej, kiedy tego drugiego. I nie chce mi się gdzieś tam w prehistorycznych ich czeluściach grzebać.
To tak tytułem nieobowiązującego wtrętu między bardziej poważnymi postami J




czwartek, 21 lutego 2013

Chyba źle wychowałam dzieci :(


Zastanawiam się, czy można dzikie ptaki przekarmić. No może nie w pełni dzikie, ale na pewno nie domowe. Nasze kosy są wielkie i puchate. Jaskół śmieje się, że w sam raz dobre na grilla, takie tłuściutkie. Powietrze zmienia się. Coś jest w nim takiego lekkiego, jeszcze ledwo uchwytnego, ale ja już czuję. Niby mrozik, ale … nie potrafię tego wyrazić. I światło się zmienia, zdecydowanie jest już inne niż zimowe. Rano słychać „dzwonienie” sikor. Zaczynają gruchać sierpówki. Niebo też już ma inny kolor, taki bardziej błękitny. Końcówka lutego to przedwiośnie. Wychodzę na spacer do ogrodu i jak pies gończy węszę, szukam oznak odchodzącej zimy. Na razie brodzę po kostki w puchatym śniegu. Baźki na leszczynie jeszcze mocno zbite, ale kora na gałązkach brzóz przybiera lekko różowy kolor. Patrzę w stronę Czantorii- dzisiaj przysłonięta, zamglona, nieobecna.
W polityce ruch. Premier zamarkował zmiany w rządzie. Znowu nas wykiwał. Dr hab. P. Żuk oskarżony o molestowanie studentek i upłynnianie swoich książek w ramach zaliczenia dla studentów. Trudno uwierzyć, że to tak się działo w jakim określonym czasie i żadna biedula nie zgłosiła tego i nie było nawet, poza skłonnościami do prześmiewczych komentarzy samego oskarżonego na temat urody studentek przy zaliczeniach, żadnych sygnałów do władz. Nie rozumiem. To co sobie te studentki myślały, jak on je szantażował przy zaliczeniach i domagał się seksu? Dam i zaliczę? A gdzie honor, poczucie godności? To zaliczenie od tego ważniejsze? U wszystkich? Co to za kobiety? Milczały? W imię czego? Co miały do stracenia? Trudno uwierzyć w jego winę, jeszcze trudniej będzie, kiedy okaże się to prawdą. Być może to, jak twierdzi jego matka, sprawa polityczna. Konkurencja postarała się, aby go odpowiednio wrobić. W każdym razie sprawa mocno cuchnąca.
Afera z Katedrą w Oliwie i  Stellą Maris. I odejście papieża oraz spekulacje z tym związane. Już widzę jak biedni katolicy podnoszą rwetes, że atakuje się ich Kościół. Zapomnieli, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi… hmmmmm…. PrawdziwaJ
A u nas taki sobie normalny spokój. Codzienny. W marę poukładane, w miarę stabilnie. Tylko Młoda znowu sfrustrowana, bo odbyła kolejną rozmowę w sprawie pracy. Kiedy powiedziała pani, że oczekuje 13 złotych za godzinę na rękę usłyszała, że pani może jej wynegocjować u prezesów 12 złotych brutto. No szlag by trafił. W poprzedniej pracy miała 10 złotych brutto, czyli zaiwaniała  za 7,50 na godzinę. Niech ktoś spróbuje całą godzinę porządnie masować i dostanie za to 7. 50. Masaż w ofercie kosztuje 90- 130 złotych. A ona za 7.50. Reszta dla szanownych prezesów. Niewolnictwo i wyzysk. Bez premii, bez gratyfikacji. Nic, zero. NUL dodatków. Za to dniówka 10 lub 12 godzin i na każde wezwanie. Zaraz się wścieknęL. Teraz pani łaskawie może negocjować. Kurcze, czyli teraz dostałaby 9 złotych na rękę. Moja córka jest przyzwyczajona do ciężkiej pracy. Nie marudzi, nie grymasi, jest spolegliwa i chętna do współpracy. W poprzedniej pracy wiele razy jechała dodatkowo, bo nieoczekiwanie była potrzebna ( ktoś nie przyszedł). Tym razem ja postawiłam veto. A Jaskół mnie poparł. Nie wolno tak wyzyskiwać innych. Ona nie jest nowicjuszką. Powinna zacząć się cenić. No, niestety, ma coś ze mnie. Ja też, kiedy ktoś chciał, żebym coś zrobiła, leciałam na każde wezwanie, myśląc, że to jest konieczne i tak trzeba. A potem okazywało się często, że zostałam po prostu wykorzystana i zrobiona w konia. Sprawca odwracał się, a ja zostawałam z niesmakiem i uczuciem wykorzystanie  oraz z przekonaniem, iż mojego gestu nie doceniono.
Czasem żałuję, że nie potrafiłam dzieciom dać innych wzorów zachowań. Powinnam je wychować na drapieżników. Może łatwiej byłoby im poruszać się we współczesnych realiach, gdzie trzeba mieć zęby i pazury oraz szerokie plecy,  a także ostre łokcie i jęzor. Ponadto być asertywnym i bez skrupułów. Coś w tym temacie zawaliłamL





środa, 20 lutego 2013

A już go miało nie być:(


Teraz zima nabrała więcej uroku. Wczoraj spadło 15 cm śniegu, ale widzę tę biel inaczej. Może to sprawa światła, prawie już wiosennego, a może świadomość, że jeszcze trochę i zrobi się zielono? Śnieg jest na razie puszysty, lekki  i czysty. To biel bez odcienia szarości, czy błękitu. Taka biel zdarza się jeszcze tylko w styczniu przy dużym mrozie w samym środku słonecznego dnia. Pozostałe zimowe biele są już w różnych „odcieniach”. Tak, chyba ma na to wpływ światło. Pewnie plastyk kształcony, wytłumaczyłby mi na czym polega gra światłocieni i odcieni kolorów. Nieważne. Ja tak widzę i sprawia mi radość odkrywanie różnorodności w przyrodzie. Dokarmianie skrzydlatych głodomorów trwa. Codziennie litr różnych ziarenek do karmnika i ogromna micha pokrojonych jabłek pod. Jeden Kosik tak się przyzwyczaił do mojej osoby, że podbiera kawałeczki jabłek prawie przy moich stopach. W ogóle się nie boi. Pewnie to ten sam, który w upalne dni, usadawia się przed najniższym schodkiem, przy zejściu z tarasu, prawie rozpłaszcza się, i szeroko rozstawiając skrzydła, chłonie wszystkimi piórami promienie słoneczne. A może ten, który wiosną i latem, o zachodzie słońca siada na kalenicy domu lub na słupie i głośnymi trelami zanosi się, sprawiając, że wszystkie moje dołki stają się mniej ważne i łatwiejsze do pokonania? Na razie wszystkie kosy, a doliczyłam się ich około sześciu, wcinają jabłka, aż im się ogonki trzęsą. Strategię mają opracowaną do perfekcji. W podskokach wyłaniają się spod krzewów, szybciutko porywają kawałek jabłka i w podskokach, przygarbione, jak stare czarne wiedźmy wracają ze zdobyczą pod krzaki. Tam ją rozpracowują i powtarzają cały proceder. Sikory czynią podobnie. Szybciutko sfruwają z gałązek, porywają z karmnika ziarnko i myk z powrotem na gałęzie. Za to wróble nie mają żadnych oporów rozgościć się w karmniku. Przylatują całym stadem, wciskają się po kilka sztuk do karmnika, przepychają się, prawie spychają się nawzajem i szybko młócą dziobkami, by najeść się jak najwięcej. Robią przy tym taki hałas, taki zgiełk, że mam ochotę rozgonić to całe towarzystwo. Bażanty przeniosły się w głąb ogrodu. I to też jest oznaką, że zbliża się wiosna. Od czasu do czasu na skórkach urzędują dzięcioły. Jeden ma czerwone portki i czerwoną czapeczkę, drugi ma tylko czerwoną czapeczką a cały brzuszek biały.
Wczoraj był pan zmierzyć pozostałe okna do wymiany. Śmieszne, ale poczułam się przeszczęśliwa, że jeszcze trochę i cały dom będzie miał nowe okna. Po wymianie drzwi balkonowych zaoszczędziliśmy na opale tyle, że możemy dokończyć wymianę pozostałej stolarki. Wymianę planujemy przeprowadzić po świętach. Potem jeszcze podłogi, malowanie drzwi, inne kosmetyczne rzeczy i … pewnie jeszcze coś po drodze się wyklujeJ. Jak to w starszym domu.
Dokończyłam haft czarny. Rany… gdybym wcześniej wiedziała, co to za dłubanina, to może poleciałabym zwykłym krzyżykiem. Jakoś poszło, ale kiedy mnie znowu najdzie ochota do haftu czarnego, to przedtem pięć razy zastanowię się. „Dzieło” wszyłam w poszewkę i Młoda dostała ją w prezencie na urodziny.

 Zakończona moja "czarna' robota.
Tropy szanownego rudasa. Śnieg chyba szkarlatyny dostał. Nie mam pojęcia, dlaczego na zdjęciu się "splamił' na różowo :(

 Puchowe nawisy
Śnieg... śnieg... wszędzie... tylko śnieg...

środa, 13 lutego 2013

Rozterki


Pora roku zrobiła się taka nijaka. Niby piękna zima, śnieg pada i lekki mróz, ale już w dzień ptaki się nawołują i od czasu do czasu wiewióry śmigają po drzewach. Nasza ruda (Kminek/Kminkula?) znalazła sobie towarzysza/kę do pary i  kiedy tylko przyświeca słońce wyczyniają w iglastych harce.  Cieszymy się bardzo, bo już myśleliśmy, że rudas zarzuci tobołek na plery i wyniesie się w świat, w poszukiwaniu nowej rodzinki. Na razie widujemy go, jak śmiga wzdłuż ulicy do sąsiedniego ogródka. Pewnie gania na zolytyJ Wiosna się zbliża, a wiewiórki potrafią wydać do trzech miotów w ciągu roku. Fajnie byłoby. Takich rudych piękności nigdy za wiele w naszym ogrodzie. Tym bardziej, że wycinając stare oliwniki, odsłoniliśmy duże krzewu leszczyny, które już mają niesamowite ilości pąków. Jak dobrze pójdzie, będzie urodzaj orzechów. Orzechy laskowe zostawiamy rudym. Znaczy się, nim zorientujemy się, że już są dojrzałe, to pod leszczynami zostają tylko skorupki. Niech im na zdrowie idzie. My sobie te włoskie (w ograniczonej ilości) zjemy. Kombinujemy nad zakupem szczeniaka. Sytuacja jest na razie patowa. Chcemy, bo fajnie mieć takiego milaczka w domu. Brakuje nam Zuzki, a w naszym domu zawsze były psy i jakoś bez psa smędomendolnie jest. Nie chcemy, bo to rok z głowy nim się piesek przyzwyczai, ułoży, nim się dopasujemy i zaakceptujemy wzajemnie. Pieska trzeba od początku przyzwyczajać do bycia współdomownikiem. Na to idzie ogrom czasu. Chcemy go oswoić z jazdą samochodem,  nauczyć pozostawać samemu w domu. I to trzeba zrobić bez psich stresów. Mały szczeniak jest absorbujący, a my jesteśmy zajęci różnymi sprawami- przede wszystkim- sklepem.  I tak, jak ta panna na wydaniu, co to „i chciałaby i boi się”, miotamy się od decyzji, co decyzji. Mnie jeszcze powstrzymuje inna rzecz- boję się, że nie dam rady przeżywać psich chorób, jakichś nieszczęść, cierpienia zwierzęcego. Za miękka jestem na takie rzeczy. Jeszcze teraz mam przed oczami widok Zuzki po operacji i jej widok, kiedy już nie żyła. Pamiętam również moment usypiania kochanego pekińczyka. Nie było wyjścia- miał 17 lat i był bardzo schorowany. Cierpiał na epilepsję, nie pożyłby długo, ale nie miałam siły patrzeć na jego cierpienie, podjęłam decyzję. Dobrze, że miałam już Zuzkę, która mi złagodziła ból po Agacie.  Kiedy pies choruje i nie potrafi powiedzieć, co go boli, jestem też chora. Ta niemoc w dojściu „do źródła’ mnie dobija. Każdy psi jęk, każde westchnienie powoduje, że we mnie serce staje, bo pewnie dzieje się już naprawdę coś złego, coś nieodwracalnego. Może to takie moje fanaberie, może ktoś powie, że pies to tylko pies, co tam się aż tak przejmować. Wiem, że kiedy biorę psa do domu, to ja jestem odpowiedzialna dosłownie za wszystko, co jest z pieskiem związane. I za psie radości, i za psie smutki też.
Jeszcze trochę naszej Zuzki. Ogromnie mi jej brakuje.





czwartek, 7 lutego 2013

Janome


Tak się ostatnio wściekłam na mojego Łucznika, że postanowiłam przyoszczędzić nieco grosza, żeby kupić sobie nową maszynę do szycia. Jako nastolatka nauczyłam się szyć na maminej starej,  niemieckiej maszynie z napędem nożnym. Miała tylko jedną opcję- „szyj do przodu”, ale za to cudnie była posłuszna, miękka oraz nie sprawiająca kłopotu. Wyprowadziłam się na swoje i zabrakło mi maszyny. Nowe mieszkanie trzeba było obszyć w firanki, zasłony itp. Wtedy również szyło się pościel, ciuchy dla sobie, a potem dla dzieci. Maszyna była mi niezbędna i już. Kupiłam elektryczną- Łucznika. Chyba dobry egzemplarz udało mi się kupić, bo szyła bezawaryjnie 20 lat. Dużo szyła i podobnie, jak ta  stara niemiecka od mamy, była miękka, reagowała natychmiast. Cicho pracowała. Ale była na plastykowych częściach, a te wytarły się od takiej intensywnej eksploatacji. Łuczniki kiedyś były dobrymi maszynami, miały dużo funkcji, niedrogie, dlatego zdecydowałam się kupić następna maszynę tej marki. Po tygodniu pożałowałam gorzko. Niestety nie było wówczas możliwości zwrócenia jej do sklepu. Przemęczyłam się z nią ponad 10 lat.  Pedał chodził ciężko, kabel z niego często wypadał, coś było nie tak z naciągiem nici, nierówno szyła i była głośna. Najbardziej wkurzało mnie to ciągłe rwanie nici i męka z nawlekaniem jej przez wszystkie  możliwe haczyki, talerzyki i sprężynki. Fatalny egzemplarz. Ostatnio nie wytrzymałam, włożyłam grata do szafy na wieczne zapomnienie. Zrobiłam na różnych forach przegląd opinii o maszynach do szycia i kupiłam cudo o wdzięcznej nazwie Janome. Japonka z wbudowanym kompem. Bez przesady, mam model o najmniejszej liczbie ściegów w tej klasie, ale i tak  jestem przeszczęśliwa. Przedwczoraj całe popołudnie uczyłam się programować, a wczoraj uszyłam dwie poduchy, pokrowiec na pufa (pufę?) oraz pokrowiec na krzesełko. I to byłoby na tyle chwalenia sięJ
A na polu szlag trafił to piękne przedwiośnie- spadł śnieg. Jest wprawdzie ciepło, ale….mam już serdecznie dosyć tej „bielizny”. Przyznać się, kto mi tak pozazdrościł  przebiśniegu????



Brrrrrrrr.....

środa, 6 lutego 2013

Siedem prawd objawionych :))


Dostałam wyróżnienie od Pantery za demaskatorskie posty. Bardzo Ci Pantero dziękuję. Świat naukofcuf, jak piszesz, jest coraz bardziej nieprzystający do wyobrażeń o nim potocznego obserwatora. Ja sama nie potrafię zrozumieć, co w tym świecie się porobiło. Pracowałam w uczelniach w sumie 19 lat. Ostatnie 5 lat, po 6 letniej przerwie, wiązało się z moim nieustannym szokiem poznawczym, dotyczącym relacji, układów, grup, klik, podchodów, naukowego wyzysku, tytułomanii i sposobów traktowania pracowników przez uczelniane władze. Do tego doszły również zachowania studentów, którzy zapomnieli, co to jest kultura osobista i chyba nie zdawali sobie sprawy, co to są studia i po co na studia powinno się przyjść (bo nie po „papier”, jak teraz jest modne). Przez te ostatnie 5 lat zdążyłam również, nabawić się choroby nerwowej i wpaść w ponowną depresję. Piszę o tym otwarcie. I nie ma w tym absolutnie żadnej mojej winy. Demaskowanie życia naukofcuf, jak to nazywa Pantera, jest dla mnie swoistą terapią. Wyszłam z depresji, moje nerwy mają się świetnie, ale wiem- już tu pisałam- że dopóki „świat” się nie dowie o tym, co mnie spotkało, dopóki tego nie wyrzucę z siebie, będą mnie ciągle wspomnienia prześladowały. Niejedna osoba, czytając moje wynurzenia, pomyśli sobie, że robię z siebie takie niewiniątko, że inni BE, a ja taka bieluteńka jestem. Posłużę się słowami Ivy ( nie pamiętam ich dokładnie): „To, że czegoś nie wiemy, nie znamy, nie znaczy wcale, że nie istnieje”. Naprawdę, jeżeli ktoś gdzieś może mi zarzucać kłamstwa, fantazje, wybielanie się, asekurowanie itp. – niech sobie myśli, co chce. Ja tu piszę to, co mnie naprawdę spotkało, a jak coś zawaliłam, to mam odwagę to napisać.
A teraz wracam do wyróżnienia od Pantery.
Jest taka zasada, że trzeba napisać kilka rzeczy o sobie- w tym przypadku ma być ich siedem.
Oto siedem prawd objawionych o Jaskółce. Wzięłam oddech i….. nie wiem, co napisać! HELP!!
  1. Nie ma nic na świecie droższego dla mnie od moich bliskich.
  2. Mam bardzo duże poczucie humoru i ono nieraz ratowało mnie od załamania.
  3. W sytuacjach podbramkowych zachowuję stoicki spokój, a jak się już sytuacja rozwiąże, dopiero wtedy zaczynam się trząść ze zdenerwowania.
  4. Jestem tragicznie naiwna i ciągle wierzę w ludzkie dobro, nawet wtedy, kiedy dostaję od innych w d….. Tu jestem niepoprawna.
  5. Podobno jestem nadwrażliwa… hmmmmmm….
  6. Kiedy tylko mogę, spieszę z pomocą. Potrafię być w kwestii pomocy innym bezkompromisowa i twarda. Dla mnie każdy człowiek jest CZŁOWIEKIEM zasługującym na szacunek i pomoc. O pardon… jednak znam takich, których już szanować nie potrafię, ale oni długo na to pracowali.
  7. No i to, co już we mnie poznaliście- ostro protestuję, kiedy ktoś mnie poniża i jest względem mnie niesprawiedliwy.
Ufffff….mam ciągłą potrzebę zdobywania wiedzy, a to, że moim żywiołem jest muzyka, taniec, przyroda, uwielbiam las, ptaki, roślinki, oglądać niebo, wraz z Jaskółem włóczyć się na motocyklu po bliższej i dalszej okolicy,… i jeszcze… i jeszcze… i jeszcze w tym stylu, to codziennie obrazują oba moje blogi J
Pantero, czy dobrze to zrobiłam?
Do nas powoli, cichutko zbliża się przedwiośnie. 
 Tegoroczne- jeszcze takie nieśmiałe, ale już są.

Zima odchodzi wielkimi krokami.
I jeszcze trochę muzyki Rodrigueza, którą jestem zauroczona