poniedziałek, 30 grudnia 2013

Życzenia humanisty

Ile równań niezależnych,
ile jest szeregów zbieżnych,
ile całek niewłaściwych,
ile na płaszczyźnie krzywych,
ile funkcji kwadratowych,
co nie mają miejsc zerowych,
ile krzywe mają siecznych,
ile jest układów sprzecznych,
ile różnych jest symetrii,
ile twierdzeń w geometrii,
ile przestrzeń ma wektorów,
co nie tworzą pustych zbiorów,
tyle szczęścia i radości
w Waszych domach niech zagości

na ten nowy rok.

niedziela, 29 grudnia 2013

Kontynuacja


 W związku z poprzednim postem łażą mi po głowie różne myśli dotyczące telemarketingu.
Najpierw sprawa numerów telefonów. Istnieje ogromny rynek handlu numerami telefonów. Nieraz z Jaskółem zastanawialiśmy się, skąd ktoś ma nasz  (mój, jego, domowy) numer, kiedy my tych numerów nie podajemy. Owszem. Nasz domowy numer jest numerem telefonu firmowego. I numer Jaskóła komóry też. Natomiast mój prywatny… i tu zaczyna się świństwo w sieci. Po kilku telefonach z ofertami na moją komórkę, zapytałam  rozmówcę, skąd ma ten numer, bo to mój prywatny. Usłyszałam, że jest na stronie, gdzie zamieszczane są dane różnych firm. Weszłam na tę stronę i oniemiałam. Jest nasza firma i w danych adresowych numer mojej prywatnej komórki jako jedyny. Tych oficjalnych nie było. Zatem wschodzę na adres administratora z żądaniem usunięcia w ogóle danych mojej firmy. Ukazuje się formularz do wypełnienia. Wypełniam, wysyłam po naciśnięciu „Wyślij” pojawia się komunikat: „Witamy na stronach… jeśli chcesz się zarejestrować….” Sprawdzam, czy wysłano- nie wysłano. Ponawiam próbę- formularz wraca. Jeszcze raz- to samo. Dzwonię na numer kontaktowy- cisza…. Nie będę tu teraz rozwijać tego wątku. Nie dało się niczego z tej strony usunąć. Dane naszej firmy ktoś zamieścił bez naszej zgody, z prywatnym numerem i to wystarczyło. Ten numer znała tylko ówczesna ERA i mój bank. Kto go wrzucił w świat????? A muszę jeszcze dodać, że dane naszej firmy krążą po Internecie, na różnych stronach, zamieszczone bez naszej zgody, z błędnymi informacjami na temat naszej działalności. Czyli ktoś nam podrzucił kukułcze jajo.
Nie dziwię się, zatem, że dzwonią na domowy, ponieważ równocześnie jest naszym firmowym, oficjalnym. Trudno, to przełykam. Natomiast dobijanie się na mój prywatny jest wyraźnym nadużyciem. Sama nazwa wskazuje, że jest to telefon do celów osobistych i ktoś narusza moja prywatność, dzwoniąc z durnymi ofertami. A żeby było weselej, to na służbowy komórkowy Jaskóła rzadko ktoś dzwoni z telemarketingu.
Teraz na temat pracy telemarketerów. Nikt mnie nie będzie podpuszczał i mówił, że to taka trudna praca, taka niewdzięczna, że muszą biedactwa nasłuchać się, że muszą przełknąć przerywanie i trzaskanie słuchawkami z drugiej strony. Nikt mnie nie weźmie na litość, że to jedyna praca, jaką dana osoba znalazła i nie ma wyjścia. Te osoby doskonale wiedzą, na czym ich praca polega i z czym się wiąże. Mało tego, jestem przekonana, że są specjalnie szkolone do odbioru różnych zachowań swoich potencjalnych klientów. Są uczeni asertywności. I jestem przekonana, że gdybym zgłosiła ich szefowi, że mnie chamsko potraktowano, to on wobec mnie wyraziłby ubolewanie, pewnie powiedziałby, że wyciągnie konsekwencje, a za plecami ucieszyłby się, że ma takiego zdolnego, twardego pracownika. Przecież ich praca polega na „nie daniu się”, na przekonaniu rozmówcy do rzeczy, którą oferują. Mit o jedynej pracy i niemożności podjęcia innej, bo ona taka biedna, bo musi wyżywić, utrzymać, zarobić i należy być wobec takiej/takiego telemarketerki wyrozumiałym, należy schować między bajki. To taka sama praca, jak inne. Każdy, pracując z ludźmi, jest narażony z ich strony na różne, niekoniecznie fajne zachowania. Dlaczego mam się użalać nad nachalną babą, która mi zabiera czas i nie rozumie słowa „NIE, dziękuję”, skoro ona wcale nie bierze pod uwagę, że ja mogę całkiem zwyczajnie nie mieć  czasu lub ochoty na rozmowę, na jej ofertę i jej „fochy”, kiedy odmawiam. A najczęściej pracuję i ona mi w pracy przeszkadza. Szczytem chamstwa, z którym się spotkałam (wczoraj już nie chciałam rozwijać) było takie zachowanie; jestem w sklepie, mam klienta. Odzywa się moja komórka. Patrzę na numer. Nie reaguję. Telefon natarczywie dzwoni. Nie reaguję. Telefon milknie. Klient wychodzi i w tym momencie komóra znowu dzwoni. Patrzę- ten sam numer. Odbieram. Dzwoni, przedstawia się… schemat jak zawsze. Mówię, że jestem w pracy i nie mam czasu. Przerywam połączenie, wchodzi klient. Dzwoni komórka- ten sam numer. Wyłączam. Klient wychodzi. Dzwoni komórka- inny numer- odbieram przedstawia się- ta sama firma…Wypisz, wymaluj sytuacja jak wczorajsza. Proszę pani- PRACUJĘ… ale ona tylko….NIE SŁYSZY PANI?! PRACUJĘ! Nie dociera- jeszcze coś tam nawija, ale wyłączam.
Oni doskonale wiedzą, w jakim momencie dzwonić, jak sobie radzić przy odmowach, to są cwani pracownicy, bardzo dobrze przyuczeni.  Przyzwolenie na ich zachowania i litowanie się nad nimi, tylko ich rozzuchwala.
My natomiast nie mamy narzędzia obrony. Proszenie, żeby nas wykreślono z ich bazy jest ignorowane. Przerywanie, dziękowanie- nie skutkuje. Rzadko można zablokować, bo oni dzwonią z różnych numerów. Zagrożenie sprawą sądową o nękanie potrzebuje niezbitych dowodów, a te rzadko można przy takich sprawach uzyskać. Skarga do szefa?- śmiechu warte. Nieodbieranie telefonu- nikt z nas nie wie, czy wyświetlający się numer jest od takich, czy od osoby, która ma do nas ważną sprawę. Zmiana numeru nic nie da. Pewnie dałoby coś zastrzeżenie, ale ja mam powody, żeby tego nie robić. Czyli….po prostu są bezkarni, a ja bezsilna wobec jawnego nękania.

PS Zdaję sobie sprawę z tego, że, być może, czyta mój post taka osoba lub ktoś z bliskich osób czytających wykonuje ten zawód. Jeżeli się mylę, to proszę mnie poprawić, ale nie przekonywać, że to „takie biedne osoby”, ich praca jest ciężka, zarabiają grosze, ludzie są niewdzięczni, a szef do d…y. Tego większość z nas doświadcza w swej pracy.
Zrobione w Boże Narodzenie rano. Wykorzystałam bardzo duże zbliżenie.
 Masyw od Skrzycznego (po lewej) aż po Malinowskie Skały (po prawej z trasą zjazdową) W samym rogu, po prawej, kawałek grzbietu Baranie Góry.
 Widok na Skrzyczne z charakterystyczna wieżą. Po lewej, za pierwszym masywem jest Szczyrk. Z przodu Przełęcz Karkoszczonka.
 Z przodu masyw Błatniej (Błotnego). Nie widać jego początku z lewej strony. W środku z tym pasmem znajduje się Klimczok i w dole Szczyrk. Nie widać również Szyndzielni, która schowana jest za pasmem Błatniej. O tej porze roku słonce wschodzi w samym "środku" masywu Błatniej. Im bliżej wiosny, tym bardziej przesuwa się w lewo, w stronę północy
Skrzyczne i z prawej strony od Karkoszczonki masyw, za którym jest Przełęcz Salmopolska.
A wszystko to w niesamowitej scenerii wschodzącego słońca.

piątek, 27 grudnia 2013

Powtórka z rozrywki... wątpliwej.... zresztą.

Dzwoni telefon domowy. Odbieram. Pani przedstawia się, mówi, jaką reprezentuje firmę po czym zagaja:
- Mam dla pani propozycję bezpłatnego badania, dotyczącego chorób układu pokarmowego dla osób powyżej 55 roku życia. W związku z tym mam pytanie, kto u państwa jest powyżej tego wieku?
- Wszyscy, proszę pani- jakoś zastanowiło mnie to pytanie. Takie bardziej nachalne mi się wydało, bezpośrednie jakieś… no najeżyłam się- Wszyscy…i jesteśmy zdrowi, jak rybki. Dziękuję pani- rzuciłam do słuchawki.
- Ale dlaczego… - pani próbowała koniecznie kontynuować rozmowę.
-Proszę pani, jesteśmy zdrowi. Podziękowałam przecież pani. Do widzenia- stanowczo przerwałam dalsze jej wypytywania. Przycisk "Wyłącz", Arrivederci! PA!
Takie telefony są co jakiś czas. Stanowczo odmawiam udziału w  bezpłatnych badaniach, odbywających się ”w terenie”. Co prawda zdarzają się one również w naszym ośrodku, ale częściej, na przykład, w sali Domu Kultury, w salce jakiejś knajpy, w autobusie (medycznym), w salce remizy. Na wiosnę mieliśmy telefon z ofertą bezpłatnego badania wzroku. Odmówiłam, bo miało ono być przeprowadzone w sali pobliskiej restauracji. Nazwa restauracja jest trochę na wyrost, bo to taka bardziej knajpa piwna. Nawet trochę posprzeczaliśmy się z Jaskółem- on chciał, żebym zbadała wzrok, a ja powiedziałam, że jeżeli mam mieć badania, to w porządnym gabinecie, u porządnego okulisty, a nie w podrzędnej knajpie. Minął tydzień, dzwoni telefon. Odbiera Jaskół. Pani informuje, że wysyła zaproszenie na badanie wzroku. Jaskół patrzy na mnie niepewnie i oddaje mi słuchawkę. Pani szybko nawija, że zgodnie z umową ona wysyła mi zaproszenie na badanie wzroku dla dwojga osób, mam podać adres.
Po raz drugi odmawiam i przypominam jej, że przecież już raz to zrobiłam. Pani się zapiera się, twierdząc, że nieprawda, że wyraziłam zgodę i teraz nie mogę się wycofać.
O kurcze! Coś podobnego?! Baba mi wpiera, że mam obowiązkowo brać udział w badaniach, bo… ja  się zgłosiłam!!!! Zagotowało się we mnie, ale pomna Waszych uwag, że należy, pardon, olać, spokojnie jeszcze raz próbuję:
- Nie, proszę pani, na pewno nie wyraziłam  zgody…- staram się stanowczo i spokojnie odmówić. Babsko mi ordynarnie przerywa, wrzeszcząc do słuchawki:
- Pani powinna sobie słuch przebadać, a nie wzrok! Nie słyszy pani, co ja mówię?!!- wzięła oddech.
- Z chamami nie rozmawiam- powiedziałam z godnością i wyłączyłam telefon. Nie muszę dodawać chyba, że cała trzęsłam się ze złości. Trudno, jeżeli ktoś do mnie po chamsku i nachalnie, nie widzę potrzeby traktować go z całą estymą i jeszcze uśmiechem do słuchawki błyskać. A teraz, kiedy piszę te słowa, odezwała się moja komórka
- Dzień dobry, nazywam się…. Dzwonię z poradni diagnostycznej, zajmującej się badaniami schorzeń układu pokarmowego u osób powyżej 55 lat, czy ja rozmawiam z taką osobą?- w słuchawce inny głos, ale niewątpliwie poradnia ta sama. 10 minut…. no 15 minut piszę ten tekst. Teraz naprawdę mnie cholera trzepnęła. Wzięłam duży oddech:
- Proszę pani, zanim pani się rozwinie, proszę mnie posłuchać- zdecydowanie jej przerywam. Pani milknie.
- 15 minut temu dzwoniliście w tej samej sprawie… odmówiłam… to dorwaliście mój prywatny numer komórki…. NIE BIORĘ UDZIAŁU!!!!! JASNE!!!!- wycedziłam przez zęby dobitnie i rozłączyłam się. Przypuszczam, że to zbieg okoliczności, bo nawet tak nachalnie dzwoniące „instytucje’ nie podejrzewam o taką perfidię.
Jakąś tam metodę na tego rodzaju telefony sobie wypracowałam.
Dzwoni akwizytor/ka:
- Dzień dobry, mam zaszczyt… chcę… mam przyjemność..- padają pierwsze słowa po przedstawieniu się rozmówcy, bo jasne, oni zawsze się przedstawiają uprzejmie, a potem kontynuują:… zaprosić  na spotkanie, które odbędzie się… tu pada zazwyczaj nazwa knajpy.. bo przecież to i obiadek, i prezentacja, i zakup towaru po OKAZYJNEJ, rzecz jasna, cenie. Potem  zachęcają: Poślemy pani zaproszenie, a do niego dołączymy prawą rękawiczkę, na spotkaniu odbierze sobie pani lewą rękawiczkę… ciu,ciu, ciu… będzie miała pani taki drobny upominek… no i jeszcze będzie losowano wycieczki zagranicznej… tirli pyrli… I będzie pani mogła zakupić nasze produkty po okazyjnej cenie… To ja pani wysyłam zaproszenie.- ton pewny, zdecydowany lekko przesłodzony. Wabiki różne: prawa (lewa) rękawiczka- po spotkaniu komplet, długopisik z piórem i kalendarzykiem, serwis do kawy, garnek z podwójnym dnem, zestaw kosmetyków antyalergicznych...
Jedna oferowała komplecik filiżanek do herbaty dla dwóch osób, jeszcze inna termometr, a jeszcze inna jasieczek… JASIECZEK- chyba mam mord w oczach, kiedy słyszę te zdrobnienia… wrrrrrr! No i rzadko która wymówi moje dwa nazwiska poprawnie, zawsze któreś przekręci. Sory, ja naprawdę mam dosyć łatwe nazwiska, a takie przekręcanie świadczy o bylejakości i lekceważeniu klientów przez te panie.  Powie niepoprawnie, to już na początku ma krechę, jak stąd do Cieszyna.
Do niedawna, po takim wywodzie, dziękowałam stanowczo, albo wkurzona przerywałam i rozłączałam się. Czarowali, bajerowali, że często nawet nie miałam pojęcia, co tak naprawdę sprzedaje dana firma.
Teraz, po ślicznym „wstępie”, wykonanym przez telemarketerkę, kiedy bierze oddech, żeby pięknie nadal nawijać, mówię stanowczo: STOP! Tak nawiasem, nie macie pojęcia, jak takie "STOP!" działa w każdym przypadku, kiedy nie mogę dojść do głosu. Ludzie są zszokowani tonem i tym jednym słowem tak bardzo, że gwałtownie milkną. I tu moja przewaga, bo mogę powiedzieć, co zamierzam. Czasem trzeba rozwinąć do: „STOP! TERAZ JA MÓWIĘ!”
No i tak rzucam ostro w słuchawkę to STOP!, a potem pytam: „A co to za firma?”  lub „Czym się zajmuje pani firma?” Kilka razu zdarzyło się, że nastała cisza, a potem usłyszałam sygnał rozłączenia. Zdarza się, że pani/pan się zacukają, pogubią i nie wiedzą, co powiedzieć. Wtedy pozwalam sobie na złośliwe: „No cóż, nie wie pani/pan nawet tego, czym się firma zajmuje? Współczuję serdecznie. Do widzenia”
Najczęściej jednak zaczynają tokować, podając nazwę firmy i zachwalając ją pod niebiosa. Rezultat jest zawsze ten sam, mówię grzecznie: „A nie, nie skorzystam, dziękuję, do widzenia”. Krótka piłka- oszczędzam im 15 minut darcia gardła, które i tak się kończy moją odmową, a ja zyskuję 15 minut czasu, który mogłabym stracić na takie bezsensowne telefony.
Jakieś parę lat temu, chyba z powodu jakiegoś przepięcia w łącznicy- kurcze, tak piszę, bo nie znam się na tych technicznych sprawach, kilka razy w tygodniu dzwonił telefon, a w nim:
- Czy może mnie pani połączyć z pokojem…(i padały różne numery)- Najpierw nie wiedziałam o co chodzi. Dziwne mi to było, bo telefony zdarzały się i po 22. w nocy. Do licha… hotel jakiś??? Zagadka wyjaśniła się, kiedy usłyszałam:
- Sanatorium? Może mnie pani połączyć z numerem….- zawsze grzecznie mówiłam, że to pomyłka. Był wieczór, kiedy ta sama osoba dzwoniła do tego nieszczęsnego sanatorium trzy razy i te trzy razy trafiała w mój numer. No dobra, można się pośmiać, bo co zrobić, kiedy technika nawala. Przepraszano i sprawa kończyła się. Ale był i telefon, w którym mówiąc eufemistycznie, usłyszałam mniej uprzejmy głos. Podnoszę słuchawkę:
-Halo!!!!- w moje uszy wdarł się ryk- Połączcie mnie z basenem!!!!
Lekko zszokowana odparłam bez zastanowienia- No nie, ja mam na razie tylko łazienkę. Nie stać mnie na basen, ale w przyszłości kto wie?
W słuchawce zaległa na chwilę cisza.
- Przepraszam. Dobranoc- pan już spokojnie zakończył rozmowę

Przed świętami „perełka”.
-Dzień dobry, dzwonię ze spółki finansowej z Bielska- Białej, czy rozmawiam z (bezbłędnie podaje moje pełne nazwisko i imię…hmmmmm….)?- słyszę uprzejmy męski głos. Potwierdzam, że to ja. Zastanawiam się, co to jest spółka finansowa, czy to to samo, co doradztwo finansowe, ponieważ już takie telefony z doradztwa miałam.
- Bo ja chciałem się dowiedzieć, czy była pani klientem (pada nazwa firmy ubezpieczeniowej)- zaczyna mi w głowie dzwonić alarm. Jestem uczulona na takie wypytywanie, telefonicznie to raczej nikt zbyt dużo się ode mnie nie dowie. W dodatku szukam rozpaczliwie w myślach tych moich ubezpieczycieli, bo oni łączą się, rozpadają, zmieniają nazwy w tak iście rekordowym tempie, że trudno to wszystko połapać na tu i teraz.
- Proszę pana, to nie jest rozmowa na telefon- próbuję pozbierać myśli. A nuż rzeczywiście sprawa jest ważna, ja zlekceważę, a potem będę musiała coś odkręcać.
- Dlaczego nie na telefon?- głos staje się ciut natarczywy.
- Bo to są poważne sprawy, a o co panu chodzi?- Chcę, żeby przeszedł już do sedna sprawy.
- Proszę pani to ja dzwonię i ja pytam- głos staje się niegrzeczny- Jak pani do mnie zadzwoni, to pani będzie pytała- rzuca pan coraz bardziej chamsko.
- Zaraz, zaraz, to pan do mnie dzwoni, a ja chce wiedzieć, o co konkretnie chodzi- ciśnienie mi się podnosi. I nagle słyszę rzucone z wściekłością:
- Nieważne, nie mam czasu teraz z panią rozmawiać- zanim rozłączy się, słyszę w słuchawce jak mówi do mnie lub do kogoś cichnącym głosem: Chciałem wiedzieć, czy wpłacono na konto… Cisza. "Zostałam stać" ze słuchawką w ręku, jak ta nagle porzucona żona na środku ulicy.

No i proszę…. teraz… jest 20.02. Kończę pisać ten post.
Dzwoni telefon. Jaskół podaje mi słuchawkę
- Dobry wieczór…. Nazywam się (ble, ble, ble…) Dzwonię z firmy Orange. Czy ja rozmawiam z osobą odpowiedzialną za ten telefon?- zaczyna panienka nawijać.
Jasne… śmiać się czy płakać?
-Proszę pani- mówię spokojnie do słuchawki- Jestem osobą odpowiedzialną i odpowiedzialnie mówię pani dobranoc.
Naciskam przycisk „Wyłącz” i patrzę na Jaskóła. Jego mina bezcenna.

PS. Nie bawią mnie takie telefony. Wkurzają do szpiku kości. Nie mam czasu na takie rozmowy. Nie interesują mnie te oferty. Jak będę czegoś potrzebowała, to sama znajdę, dlatego proszę nie brać mnie na litość mówiąc, że to jest taka niewdzięczna ich praca. Niektórzy potrafią być wrednie nachalni i niegrzeczni, że to się w głowie nie mieści. Nikt mi nie wmówi, że to też w ramach pracy. Ucinam, bo nie mam zamiaru fundować sobie dodatkowych, negatywnych emocji.
Beza w Boże Narodzenie




!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wszystkim odwiedzającym moje blogi

życzę
Świąt wypełnionych radością i miłością, niosących spokój i odpoczynek
oraz Nowego Roku spełniającego wszystkie marzenia, pełnego optymizmu, wiary w szczęście, powodzenie, a także w ludzi. Niech omijają Was szerokim łukiem choroby, troski i zmartwienia, a w zamian niech Wasze domy wypełnią się  radością, miłością i dobrobytem.

www.google.pl/search?q=kartki+na+boze+Narodzenie&espv=210&es_sm=93&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=LhC4UszQJsXV4gSDh4GADw&ved=0CEgQsAQ&biw=

piątek, 20 grudnia 2013

Krótka piłka.

Dzisiaj, podczas śniadania, nawiązałam do świąt.
-Tak sobie myślę o świętach, co by tu zrobić…- zaczęłam, bo przecież trzeba w końcu coś zaplanować, a potem w związku z tym zrobić.
- No i to wystarczy- spokojnie podsumował Jaskół.
I to byłoby na tyle.

Jak się ma młodego psa...

Słońce… słońce codziennie.. zimowe, ledwo grzejące, ale jednak świeci. Nie ma śniegu, nie ma deszczu, brak ciężkich, nabrzmiałych wilgocią chmur. Rankami lekki mrozik. W zacienionych miejscach ogrodu  szron leży cały dzień. Śliczny grudzień. Beza całymi dniami przesiaduje przed domem. Czasem pójdzie sprawdzić, czy w reszcie ogrodu wszystko w porządku i wraca pilnować obejścia. Dorasta nam szczeniara. Głos jej troszkę zgrubiał. Moja siostra twierdzi, że to po tej operacji, a nam się wydaje, że po prostu pieska dorośleje. Miałam wiele psów, ale taki charakterniak zdarza mi się pierwszy raz. Jak coś zbroi, nie można jej skarcić trzepnięciem po futrze. Od razu się obraża, potem ucieka i w ogóle nie ma „rozmowy”. Wszystko łagodnie, czasem podstępem. Inteligentna i lekko złośliwa, potrafi się „zemścić’ w krótkim czasie za skarcenie. Tak było z butami Jaskóła. Schowane w półce, do której dotychczas nosa nie wścibiała, bo ma moje stare tenisówki do obrabiania i tylko na nich się do teraz skupiała, zdawałoby się były bezpieczne. Do czasu. Niedawno Jaskół zbeształ ją ostro za jakiś wybryk. Chyba dał jej po futrze. Nie mocno, bo nie uważamy za wskazane bić psiaka. Tak, żeby poczuła, że źle czyni. Potulnie weszła do domu. Po jakimś czasie przychodzi Jaskół do sklepu mocno zdegustowany. Spośród kilku par butów, w tym moich, wyciągnęła jego całkiem nowe adidasy i pogryzła wkładki na strzępy. Butów nie ruszyła. Taka malutka zemsta za trzepanko. Poza tymi wkładkami, inne buty pozostały nietknięte.
Pytamy naszego znajomego kuriera, który ma hodowlę border collie, rasy zbliżonej do szetlanda, tak samo niezależnej, samowolnej nadzwyczaj inteligentnej i bardzo energicznej (z psim ADHD prawie), co zrobić, żeby pies nie skakał na nas  i robiła to, co od niej wymagamy. Od szczeniaka pilnowaliśmy tego, żeby dobrze wykonywała polecenia. Wszystko zgodnie ze wskazówkami. I ona jest w miarę ułożona, czyściocha,  większość poleceń wykonuje bez zarzutu. Ale jak coś w nią wstąpi, to nie potrafimy sobie dać z nią rady. No i poradził nam, żeby jakoś kanalizować tę energię, uprzedzać jej zamiary i ukierunkowywać zachowania. Nic w złości, wszystko z sercem oraz po dobroci. Te psy są bardzo wrażliwe i nerwowo reagują na krzyk, złość, zdenerwowanie. W takich sytuacjach wpadają w coś w rodzaju amoku- skaczą na człowieka, kręcą się dookoła siebie, wiją wokół nóg, są zdezorientowane. A im bardziej się je próbuje wyciszyć, tym bardziej są one „wygłupione” i nie reagują na polecenia. Już wiemy, że kiedy Beza chce nas zbyt radośnie powitać skacząc i brudząc nam ubrania, należy szybciutko wyjąć z kieszeni „cukiereczka’ psiego i na to zwrócić jej uwagę, lub szybko wziąć zabawkę i chociaż chwilę pobawić się z nią. Wychodząc do ogrodu wydaję polecenie ”szukaj patyczka’, co pozwala mi ochronić się przed jej dzikimi radosnymi skokami. Kiedy czuję, że za chwilę będzie mnie traktować jak owcę i próbować „zaganiać”, gryząc po kostkach i łydkach (takie ma atawistyczne zachowania, dyktowane rasą), wyciągam cukierka (psi przysmak) lub szybko podaję jej gałązkę do gryzienia. Ona jest przekochanym psem, ale nie potrafi zapanować na swoim charakterem, genami i bóg wie czym jeszcze. Ciągle się jej uczymy i musimy się przyzwyczaić do myśli- to nigdy nie będzie piesek typu „pluszowa przytulanka”.
A tak w ogóle, to post miał być o czymś innym, chyba, a o Bezce mi się napisało.

I w dodatku na początku jest o słońcu, a będą zdjęcia księżyca, który ostatnio jest w obłędnej pełni.
 Przedwczoraj- późny wieczór
 Zachód księżyca. Przedwczoraj- 6,30 rano, po zachodniej stronie ogrodu.
 Zachód księżyca. Wczoraj- 7 rano.
 Bezka jeszcze w kubraczku patrzy na to, co poniżej
 Jedna z wiewiórek. Znowu się dwie pokazują. I znowu jedna ciemna, i jedna ruda. Zupełnie, jak przed dwoma laty:)
 W akcji z bambetlem
No spróbuj mi teraz bambetla odebrać!

niedziela, 15 grudnia 2013

Dywagacje o wycenie, czyli rozterki Jaskółki

Rok temu, po raz kolejny (trzeci w ciągu 5 lat), straciłam pracę etatową. Przerażona i zdegustowana tym, co dzieje się na uczelniach, zarówno państwowych jak i prywatnych, postanowiłam nie składać już swego CV i spróbować zacząć żyć z  przekonaniem, że ja już swoje naukowe życie, przynajmniej w ramach etatu, zakończyłam. Mieliśmy sklep, na życie jakoś starczało. Tylko co zrobić z tym „rozpędem”, który pozostał w temacie (fuj, brzydki zwrot) pracy naukowej, a konkretnie publikacji. Nie jest łatwo wyhamować. Jak przez 35 lat codziennie biegnie się do pracy  oraz kiedy wieczorami i nocami siedzi się przy kompie, i pisze…pisze…pisze…, to potem nagle robi się pustka. Najpierw postanowiłam pisać książkę i wydać ją jako osoba prywatna, nie związana z żadną uczelnią. Napisałam dwa rozdziały i… Zonk. Zaczęłam czytać uważnie blogi nauczycieli akademickich. Porażka. Ci, którzy pracują na etatach, ci, którzy powinni mieć możliwość publikowania na okrągło, również stanęli przed murem. Uczelnie nie wydają, bo uczelnie nie mają pieniędzy, albo w uczelni siedzą ”sami swoi”, którym się drukuje, a innym nie. Publikacje w wydawnictwach są drogie. Koniec… chyba na razie nie mam szans. Zwłaszcza, że drugi rok czekam na książkę z moim rozdziałem, a rozdział do trzeciego tomu pewnie już u redaktora spleśniał. Jeżeli redaktor dr hab. nie daje rady przepchnąć drugiego tomu do serii, to pojedyncza Jaskółka tym bardziej jest bez szans na prywatną publikację. Co, zatem, dalej?????
Natura wyposażyła mnie w różne zdolności, w tym artystyczne. Nie jest to jakiś super poziom, ale nie jest to również zupełne dno. Nie skończyłam szkół plastycznych, a swoje prace tworzę metodą prób i błędów z nosem w Internecie oraz w odpowiednich książkach.  Zauważyłam, że nie odbiegają one (kurcze, moje zdjęcia nie oddają wyglądu tych rzeczy wiernie tzn. ja nie umiem jeszcze ładnie tych rzeczy prezentować) od rękodzieła, które przedstawiane jest na różnych blogach. Pomijam te prezentacje, na których wykształcone, artystki- tak się deklarują- pokazują rzeczy wykonane naprawdę profesjonalnie np. kostiumy z ozdobami filcowanymi, takież szale, torebki, albo rzeźby czy tkane profesjonalnie kilimy lub biżuterię. Mam jednak feler. Kiedy coś robię, praca musi mieć sens i cel. A ponieważ od dłuższego czasu moja praca nastawiona była na zdobycie środków do przeżycia, tak i teraz w głowie mi uporczywie ten cel siedzi. Zdobyć materiał, zaprojektować, poświecić czas, zrobić… dobra, ale jak to chcę sprzedać, to muszę wycenić. I tu zaczynają się schody. Nie małe schodeczki, ale całkiem okazałe schody. Bo wycenić trzeba tak, żeby nie stracić i tak, żeby rzeczy były do kupienia przez przeciętnego klienta. Okazało się, że: To se ne da Panie Havranek. Zatem znów do wuja google i szukać, czy ktoś miał podobny problem i jak sobie z nim poradził.
Znalazłam blog, w którym autorka, step by step, dokonała wyceny kołdry patchworkowej. Post sprowokowany był narzekaniem chętnych na takie wytwory, że za drogie. Jest sporo ludzi, którzy kupiliby coś z rękodzieła, ale twierdza oni, że ceny są wygórowane. Toteż autorka tego bloga zrobiła skrupulatny kosztorys kołdry patchworkowej. Podała cenę materiałów, cenę prądu, no i cenę roboczogodziny. Przyjęła, że za godzinę pracy policzy sobie 10 złotych. Czyli taką przeciętną kwotę, którą zazwyczaj pracodawcy proponują pracownikom. Ja uważam, że to jest kwota minimalna i wstyd byłoby proponować niższą, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że są pracodawcy, którzy płacą poniżej 10 za godzinę. To już jest wyzysk.
Wracając do kosztorysu blogierki. Pani podawała czas wykonywania poszczególnych etapów kołdry. Zaznaczała, że podaje przybliżony, a i tak, uważam, że poświęciła tego czasu więcej. Summa summarum wyszło jej, że kołdra patchworkowa powinna kosztować około 900/1000 złotych. Tymczasem pani zaproponowała, że sprzeda ją za 700 złotych, zdając sobie sprawę, że za więcej może ona całkiem zwyczajnie nie pójść. Czyli zaniżyła sobie roboczogodzinę do, powiedzmy, 7-8 złotych. I co? No i za drogo. A najlepiej, żeby za pół ceny sprzedawać.
Dzisiaj byłam w naszym wiejskim sklepie, typu” „mydło, szwarc i powidło”- „1001 drobiazgów”. Na ladzie siedziała sobie „Mikołajka”. Wyraźnie się odznaczała od plastikowych ozdób świątecznych. Takich świecących, mocno kolorowych i taniutkich, bo to chińskie przeważnie. „Mikołajka” miała około 30 cm wysokości,  sukienkę oraz pelerynkę z filcu, rączki i nóżki z włóczkowych sznureczków. Na nóżkach filcowe bamboszki, a na głowie filcową czapeczkę w szpic. Całość w różnych odcieniach czerwieni. Główkę miała z materiału. Taka przyjemna mikołajkowa laleczka. Zwróciłam na nią uwagę, bo wydawało mi się, że ręcznie robiona. Zakładałam, że co najmniej 20 złotych, o ile nie więcej, będzie kosztowała. Zapytałam o cenę.
-Trzy złote- usłyszałam. Zdziwiona poprosiłam o powtórzenie informacji. Okazało się, że lalka została przeceniona na 3 złote i, że rzeczywiście jest to rękodzieło. Zrobiło mi się jakoś głupio.
- A tak pytam, bo sam materiał jest droższy- jeszcze zastanawiałam się nad fenomenem ceny.
-Przeceniliśmy na 3 złote- powtórzyła pani. Nie pytałam dlaczego i nie zapytałam, ile kosztowała przed przeceną. Jeszcze w drzwiach zastanawiałam się, czy jej nie kupić. Wierzcie mi, to była ładna, starannie wykonana lala- „Mikołajka”. Nic jej nie brakowało prócz fabrycznej sztampy i nalepki „made in China”. Kiedyś chciałam dać do tego sklepu moje wytwory. Ociągałam się, bo jakoś mi do niego nie pasowały. Nie ten klimat, nie ten styl. I teraz wiem, że dobrze zrobiłam. Uświadomiłam sobie, że pani, która pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, ile czasu i wysiłku trzeba włożyć w ręczne wykonanie np. takiej lali, przeceniłaby mi moje serducho na 3 złote. Ja nie mówię, że nie trzeba przeceniać, jak coś nie idzie, ale na litość, nie na tak niskie kwoty. Plastikowa spinka do włosów kosztuje więcej.
W naszym sklepie powiesiłam moje serducha. Owszem, podobają się. Nawet bardzo. Klienci oglądają, ale jak widzą cenę (półtora przyjętej stawki godzinowej), tracą zainteresowanie. Jedna pani, trzymała serduszko z gwiazdkami w ręce i prawie cmokała, a jak zobaczyła cenę, to puściła je, jakby parzyło w łapę. Eh….Wczoraj pomyślałam sobie, że za takie serducho, wystawione na jarmarku, zapłaciliby bez szemrania, a potem chwaliliby się, że byli na jarmarku i kupili sobie ozdobę świąteczną. Zanim postawiłam taką cenę (też zaniżoną), szukałam w sklepach internetowych z rękodziełem podobnych rzeczy. Ceny są zbliżone, albo wyższe. Wcale nie chcę za dużo.
Za największy woreczek Omiyage postawiłam cenę 20 złotych. W zagranicznych sklepach takie woreczki nie schodzą poniżej 40 złotych w przeliczeniu do dolara.
W Niemczech, w Anglii i innych państwach, rękodzieło jest w cenie. U nas- zapomnij. Podarować komuś prezent własnoręcznie zrobiony to ryzyko narażenia się na opinię, że nie stać nas na porządną rzecz. Mój brat prowadzi sklep z upominkami. Jakaś metaloplastyka w stylu lat 60/70.  XX wieku, jakieś kolorowe, tandetne szkło, wyroby pseudoafrykańskie i pseudoindyjskie, chińskie maskotki i drobiazgi. Zaproponowałam mu swoje rzeczy (przede wszystkim łapacze snów, które stylistyką nawet spasowałyby do tych innych). Gwałtownie zaprotestował- klienci tego nie kupią. Nie, to nie.  W Cieszynie jest parę sklepów z rękodziełem, ale właśnie ceny powodują, że ludzi kupują tam przeważnie drobiazgi, dlatego właściciele mocno zastanawiają się zanim wezmą jakiś towar. Kiedyś rozmawiałam z właścicielką takiego sklepu (jeszcze wtedy nie myślałam, że sama będę coś dziubdziać i chcieć to sprzedawać). Powiedziała mi, że większe, oryginalne prezenty kupuje się na ślub, okrągłą rocznicę urodzin lub inną okazałą uroczystość. Najczęściej jest to porcelana, świeczniki, zegary lub rzeźby, ewentualnie obrazy. Poza tym kupowane są rzeczy drobne typu kartka, oryginalna spinka itp.  Ostatnio dotarło również do mnie, że ludzie niezbyt orientują się w różnych ozdobach. Na przykład takie zawieszki. Nie jest to popularne. Owszem, na blogach- tak, w realu- nie. Mam w sklepie wywieszonych do sprzedaży kilkanaście zawieszek. I niezmiennie słyszę zdziwione: „O, kotylionami pani też handluje?”. Wtedy tłumaczę, że to zawieszki, takie ozdoby, które można sobie powiesić np. na klamce, kluczyku od szafki, lustrze, w samochodzie. Tracą zainteresowanie. Nawet, kiedy mówię, że to taki fajny drobiazg na prezent, nie są przekonani. Do naszego sklepu przychodzi specyficzny rodzaj klientów i, być może, to jest powodem, że nie „czują bluesa”.
Tak naprawdę, rękodzieło sprzedaje się głównie na jarmarkach. I jak już wyżej napisałam, ta sama rzecz, którą w sklepie klient poogląda i odłoży, ”bo drogo”, na jarmarku nabiera w oczach kupujących cudownej wartości.
W przyszłym roku mam zamiar brać udział w jarmarku. A teraz chyba będę mówić klientom to, co mówi jedna z blogujących pań, sprzedająca swoje rękodzieło.
Kiedy słyszy: „Tak drogo?” Odpowiada ze słodkim uśmiechem: „Nie drogo, normalnie. Po prostu pani /pana na to nie stać”.

PS Podaję parę linków do blogów, w których są zawarte opinie rękodzielników na temat wyceny rękodzieła
http://namiotle.pl/4350/patchwork-co-jak-i-za-ile-wycena-r%C4%99kodzie%C5%82a/- patchwork W tym polecam przeczytać komentarze- Bezcenne.
http://kasiulkoweprace.blogspot.com/2013/06/jak-wycenic-rekodzieo-szydekowa-torebka.html- torby
PS2 Podałam linki, ale otwierają się nie te strony, dlatego jeżeli ktoś chce przeczytać, to albo trzeba szukać w podanym blogu danego tematu, albo wklepać w google : Jak wycenić rękodzieło i pokażą się strony, a wśród nich te, które podałam.








poniedziałek, 9 grudnia 2013

Serca i wanilia

Te ozdoby, to na razie jedyny mój ukłon w stronę świąt. A nie… jeszcze wyprałam firanki i zasłony w całym domu. Okien nie zdążyłam umyć. Niejaki Ksawery  mi w tym przeszkodził. A teraz leje i też nie ma warunków. Zresztą, tak bardzo się do tego nie palę. Tak samo jak do pieczenia różnych ciast i ciasteczek. O tej porze roku następuje szał pieczenia pierników i pierniczków. Tak… a potem, tę masę brązowych ciasteczek  do pudełek i niech sobie miękną. Nie przepadam za piernikami. Nawet za tymi z marmeladą, czy konfiturami. Nie lubię gorzkiego smaku przypraw korzennych. Cynamon jeszcze tak, ale imbir żre mnie w zęby. Kocham wszystko, co ma zapach i smak wanilii. Do tego stopnia, że kupuję kosmetyki o zapachu wanilii. Mam teraz takie masło do ciała i wieczorem po wyjściu z łazienki muszę bronić się przed Bezą, bo ona też kocha zapach wanilii i upiera się zlizywać to masło z moich nóg. Taka mała perwersja odbywa się. W sobotę byliśmy z psiną u servicemana. W planie było obcięcie pazurków, zdjęcie „majtasów” i wyjęcie szwów. Z pazurkami poszło spokojnie oraz bezboleśnie. Mądralińska już wie, że to nic groźnego. Gorzej z wyjmowaniem szwów. Położona na stole, zaczęła gwałtownie protestować. Jeszcze gwałtowniej zareagowała, kiedy zaczęliśmy jej zdejmować kubraczek. Wiedziałam… żadna baba nie chce się obnażać w towarzystwie trzech facetów. A tu jeszcze trzeba było brzuch zademonstrować. Wrrrrrr … zdecydowane wrrrrr….Dopiero założenie kagańca na mordeczkę poskutkowało. Wet. wyjął szybko szwy. Rana pięknie zagojona. W zasadzie nie widać w ogóle, że brzuszek był szyty. A szczęście psa, po zdjęciu kubraka było ogromne. Nie ma już tasiemek, troczków, upierdliwych mankiecików wrzynających się pod paszki. Wolność! Z tej radości wymiotło Bezę z lecznicy w tempie iście piorunowym. Wyciągnęła za sobą Jaskóła, a potem radośnie wybierała się na spacer po okolicy. Dobrze, że lubi jazdę samochodem i udało nam się ją zwabić na tylne siedzenie, bo pewnie poleciałaby powiedzieć „Dzień dobry” dwom wielkim Collie biegającym za płotem w sąsiedztwie. Wolę nie myśleć, jakie byłyby skutki tego powitania
No więc serducha zrobiłam w zasadzie do sprzedaży. A tak na próbę.

Wystawiłam w naszym sklepie. Sprzedam, to sprzedam, nie- też nie będzie wielkiego halo. Zdjęcia są nie najlepsze. Nie potrafiłam złapać ostrości. No i nie wiem dlaczego serca wyszły takie płaskie. W naturze są wypełnione kulką silikonową, są przestrzenne i ładnie się prezentują.








środa, 4 grudnia 2013

Skrzyżowanie

Jak sobie nie zafundujesz atrakcji, to los ci to i tak zaraz nadrobi. Moje auteczko jest od tygodnia u mechanika. Najpierw miał być zrobiony przegub, wyregulowane zawory i hamulce. Dwa dni roboty i do domu. Podczas jazdy próbnej, po tej części remontu, mechanik stwierdził, że coś w silniku nie gra. Auteczko zostało kolejne parę dni w warsztacie. Wczoraj zadzwonił, że można po nie przyjechać. Dla nas to cała wyprawa. Po zamknięciu sklepu władowaliśmy Bezę w szelki, przypięliśmy krótko na tylnym siedzeniu Kangura. Ja miałam jechać z nimi, a potem osobno wrócić moim autem. Spieszyliśmy się, ponieważ Jaskół musiał zdążyć przed 19. z rzeczami, które przygotowałam na zbiórkę do schroniska dla zwierząt w Cieszynie. To taki coroczny kiermasz- zbiórka rzeczy używanych. Można sobie na nim coś kupić i zostawić coś do sprzedania, a pieniążki idą na schronisko. Można również zostawić rzeczy używane, karmę, koce itp. Wyjechaliśmy po 17tej. Mechanik ma warsztat w sąsiedniej wsi, ale trzeba pokonać około 10 kilometrów, w tym skrzyżowanie ze światłami. Tu się przecinają: droga lokalna (nasza) z drogą szybkiego ruchu Katowice- Wisła. Przed skrzyżowaniem jest zakręt przysłonięty wysokim płotem. Dojeżdżamy do zakrętu.
-Patrz, jakiś bałwan jedzie na długich, taka poświata nad parkanem jest- mówię do Jaskóła.- A nie, to ta cholerna lampa nad przejściem ślepi w oczy- dodaję.
- Faktycznie ostra jest- stwierdza Jaskół.
- Mogliby coś z tym zrobić, bo nic nie widać- jeszcze się szarpię, ponieważ świtało jest tak usytuowane, że świeci prosto w oczy. To taki mocny halogen nad przejściem dla pieszych, ale jest pod złym kątem. Przed nami podjeżdża do skrzyżowania samochód, my powoli za nim. Na chwilę włącza się światło czerwone i nagle wszystko staje w ciemnościach.
-O kurde, awaria świateł- warczy Jaskół.  Ciemno i tylko migają światła przejeżdżających przed maską samochodów. Jeden za drugim, jeden za drugim. Osobówki, Tiry… od Wisły i od Katowic. My chcemy przeciąć skrzyżowanie na wprost, ale szans żadnych. Samochód przed nami włącza kierunkowskaz i powoli skręca w prawo.
- Jak to możliwe, przecież tu trzeba coś… a może zadzwonić pod 112? Przecież policja powinna jakoś…- próbuję wściekła i przerażona, bo ten pęd samochodów, ta ciemności, ta niemożność ruchu powodują, że zaczynam się gubić. Widzę jak z naprzeciwka samochody też coś próbują robić. Matko jedyna, zaraz coś tu się stanie złego. Żaden na drodze szybkiego ruchu nie ma zamiaru zwolnić.
-Spokojnie, przecież w Strumieniu są światła. Coś się zwolni- Jaskół jest opanowany, ale widzę z jakim, natężeniem wpatruje się w oba ciągi samochodów. Jak z prawej robi się luka, to z lewej pełno. Do diabła.
- Może jednak zadzwonić- chyba się zafiksowałam. Ta awaria świateł mnie przerosła.
Jaskół nic nie mówi, naciska gaz i lądujemy na środku skrzyżowania, między pasami. Z prawej podjeżdża samochód. Chce skręcić w drogę, którą przyjechaliśmy, ale czeka na zwolnienie pasa, którym ciągle szybko jadą samochody. Daje nam osłonę i do pokonania zostaje już tylko jeden pas. Luka, przejeżdżamy. Trwało to 15 minut, a dla mnie wieki. Coś ostatnio nerwy mi szwankują.
- Tylko byś się ośmieszyła- odpowiada Jaskół na moje pytanie.
- Jak się ośmieszyła. To chodzi o bezpieczeństwo. Popatrz jak oni szaleją. Jeszcze jakiś wypadek będzie. Tu musi ktoś stanąć.
-Daj spokój. To nie ma sensu.
- Ja tędy nie wracam. Nie dam rady przejechać. Po prostu boję się tych szaleńców.
- To skręcisz w prawo i potem wrócisz koło stacji benzynowej. Zresztą ja pojadę przed tobą- planuje jaskół. A mnie na sama myśl o tym skrzyżowaniu skóra cierpnie i żołądek się skręca ze zdenerwowania. Dojeżdżamy na plac przed warsztatem. My z Bezą zostajemy w samochodzie, Jaskół idzie załatwiać sprawy związane z moim. Beza szaleje,  uspokajam ją, a po chwili słyszymy syrenę straży pożarnej. Minuta- przerwa- minuta- przerwa. Do syreny dołącza syrena wozu strażackiego. Hmmmm… pożar? Po chwili przychodzi Jaskół z informacją, że mój samochód musi dostać nowy silnik, bo tego starego nie można „ustawić”. Ok., zatem wracamy.
- Może światła już będą działać?- mówię z nadzieją, bo już nie mam sił na nowe emocje w związku z „przedzieraniem” się przez nieoświetlone i w sumie nieprzejezdne dla podporządkowanej, skrzyżowanie. Mijamy most na Wiśle i…. na skrzyżowaniu migoczą niebieskie światła, dużo tych świateł, dojeżdżają nowe. Samochód przed nami wycofuje i wraca. Inne też to robią…. O matko! Wypadek! I to chyba poważny. Widzę wóz straży pożarnej. Jeden pas na pewno zablokowany. Robi mi się trochę słabo. Kurcze… kurcze… kurcze…to mogło i nas spotkać.
- Drogi są dla ludzi myślących, nie dla idiotów- odzywa się Jaskół, jakby czytał w moich myślach. – Przecież widzą, kiedy można jechać. Ktoś był narwany- dodaje. Milczę.
Jaskół z uwagą patrzy na skrzyżowanie. Kombinuje, czy ktoś kieruje ruchem. Wygląda na to, że na skrzyżowaniu wszystko nadal jest na żywioł. Nie ryzykujemy. Zawracamy. Objeżdżamy wieś i wjeżdżamy na drogę szybkiego ruchu, a potem skręcamy na równoległą do niej. Dojeżdżamy do tego skrzyżowania w miejscu, gdzie czekaliśmy na przejazd. Jest nadal ciemno, światła nie działają. Wypadek miał miejsce na pasie do Katowic. Patrzę na wóz strażacki, karetki, policję i jakieś poharatane samochody. „Oby tylko wszyscy żyli”- modlę się w duchu i odwracam głowę.

PS. Trochę przekombinowali z tym wyłączeniem sygnalizacji, bo ona padła około 17.30. Uffff... nie był śmiertelny. Babka chciała się "przedrzeć" przez drugi pas, skręcając w lewo. Nie miała szczęścia, nie zdążyła wjechać w podporządkowaną. 

Do poważnego wypadku doszło dziś (04.12.2013) na Wiślance w Drogomyślu. Informację o zdarzeniu otrzymaliśmy na kontakt24.ox.pl.

W wypadku, do którego doszło na skrzyżowaniu ulicy Głównej z ul. Katowicką brały udział trzy pojazdy. Prawdopodobną przyczyną zdarzenia było nieustąpienie pierwszeństwa kierującej golfem, która chciała skręcić w kierunku Chybia. W wyniku tego manewru zderzyła się z fiatem bravo, a następnie oba pojazdy uderzyły w oczekującego na przejazd po drugiej stronie skrzyżowania nissana navarrę.
Na skrzyżowaniu wyłączona była dziś sygnalizacja świetlna. Kierowcom fiata brawo oraz nissana nic się nie stało. Do szpitala została natomiast przewieziona nieprzytomna 21-latka która kierowała golfem. Na miejscu wypadku przez kilka godzin trwały utrudnienia w ruchu.








niedziela, 1 grudnia 2013

Omiyage- moje zauroczenie

Japońskie słowo Omiyage (wymawia się oh-Mee-ya-gejem) związane jest z dawaniem- darowaniem, które jest ważnym elementem w kulturze Japonii. Potocznie słowo omiyage nazywa sam prezent, pamiątkę (nie tylko czynność darowania).
Zwyczaj omiyage ma związek ze świętymi pielgrzymkami do sanktuariów. Ci, którzy odwiedzali sanktuaria, przynosili domownikom amulety, kubeczki ryżu, lub inne religijne drobiazgi na pamiątkę i jako prezenty. Te omiyage miały chronić domowników przed złym losem. Z czasem zwyczaj obdarowywania  objął inne relacje społeczne.
W Japonii obdarowywanie znajomych, bliskich czy współpracowników prezentem przywiezionym z delegacji lub wycieczki, jest bardzo popularne. Prezenty składa się również gospodarzom podczas wizyty w ich domu. W wymienionych okolicznościach istnieje dowolność prezentu. Natomiast składanie prezentów w biurze objęte jest określonym protokołem. Omiyage jest darem z serca i ma podkreślić wyróżnienie odbiorcy. Często omyiage wykonywane jest ręcznie i bardzo starannie z dbałością o szczegóły. Twórca omiyage może popisać się wyobraźnią, a jego praca nierzadko bywa oryginalna. Nie ma tu miejsca na banał i sztampę. Z omiyage w Japonii zrobiono cały rytuał, celebrę, ważny obyczaj. Nikt nie patrzy na wartość daru- ważny jest akt darowania. Obdarowany powinien zaznaczyć radość z otrzymania i podkreślić walory prezentu. Zdarza się jednak, iż obdarowany odkłada prezent na bok i nie otwiera go. Jest to znak, że otrzymuje on tak wiele darów, że kolejne nie robią już na nim wrażenia. Jest to również znak współczesnych czasów, gdzie istnieje w Japonii cały przemysł związany z omiyage. Coraz częściej prezenty po prostu się kupuje, a nie wykonuje ręcznie, a obdarowywanie jest tak popularne i częste, iż otrzymywanie omiyage przestaje być dla Japończyków czymś ważnym.
Omiyage są różne: słodycze, maskotki, pudełeczka, drobne przedmioty- wszystko niebanalnie opakowane, oryginalnie zdobione. Najpopularniejsze są dary żywnościowe: słodycze, owoce. Popularnymi omiyage są również kosmetyki i alkohole. Ważne, żeby taki dar był pięknie opakowany. Japońskiemu dziecku najlepiej sprezentować drobne zabawki, słodycze lub koszulki z zabawnymi nadrukami. Oczywiście, to wszystko również powinno być starannie, pięknie opakowane.
Omiyage to także pamiątki przywiezione z innych krajów, ale nie jako pamiątka w naszym europejskim znaczeniu (pamiątka dla nas, na znak pobytu w danym miejscu), a jako dar- pamiątka z obcego kraju dla np. przyjaciela. Najczęściej są to drobiazgi z cechami charakterystycznymi dla danego kraju (np. wieża Eiffla- Paryż).
Popularnym prezentem jest furoshiki- „woreczek”- opakowanie (torebka), wykonane z pięknie drukowanych tkanin. Takie omiyage mogą mieć różne kształty i wielkości. Od woreczków- kwiatów po te o wyglądzie motyla czy trzmiela. Od maleńkich, które mieszczą kilka sztuk biżuterii, po średnie na słodycze, aż po duże na większe przedmioty.
Mnie zafascynowały właśnie takie woreczki w różnych kształtach. Tak wyglądają omiyage znalezione w necie







Jest ich dużo więcej np. patchworkowe. Tu pokazuję najbardziej charakterystyczne. 
 Długo szukałam w necie jakichś wskazówek, jak się je szyje. Trudna sprawa. Tam, gdzie znalazłam, powoływano się na tę książkę.

 A to są omiyage uszyte przeze mnie. W sumie szyłam je na wyczucie. Znalazłam wprawdzie dwa wykroje (schematy)- kopie z wymienionej książki, ale bez wymiarów i bez wskazówek do szycia. Na YouTube jest tutorial z krojem i kolejnością szycia (jeszcze inny kształt). Hm... można jakoś z niego się nauczyć krok po kroczku. Ja sobie inaczej poradziłam.
 To jest moja pierwsza próba. Nie wiedziałam, że trzeba uważać przy szyciu tunelu na tasiemkę i na strony materiału. Wierzch wyszedł mi w środku, a środek jako warstwa zewnętrzna. W sumie nieźle, ale od tej chwili uważałam na zagięcia "płatków" i szycie tunelu. Ten jest na bazie kwadratu. W środku materiał w kwiaty, na zewnątrz gładki. Miało być odwrotnie.
 Dwa następne trochę większe.
 Ten jeszcze większy. Najładniej prezentują się "płatki", kiedy wnętrze woreczka jest z materiału gładkiego.
 Tu spróbowałam dać więcej ozdób.
 Te "płatki" wcale nie muszą być z takim zaginanym rogiem. Zostawiłam bez i wyglądało to trochę dziwnie. Sterczały takie kłapciate "uszy".
 Ten z kolei jest uszyty na bazie trójkątów równobocznych. Nazywa się Narcyz. Jak uszyć ten model, doszłam sama. Uszyłam dwa takie woreczki. Jeden ma środek zielony, a drugi mam czerwony. Oba mają wierzch z materiału ze świątecznym wzorem. Są one szyte dwoma sposobami. W pierwszej najpierw zszyłam całe trójkąty- wierzch ze spodem i potem zszyłam gotowe trójkąty. Wyszło nieźle, ale szwy dosyć grube są. W drugiej najpierw zszyłam wierzch, potem podszewkę i połączyłam normalnie jak w torebce. Ten drugi sposób chyba lepszy. Generalnie przy Narcyzie jest dużo więcej pracy niż przy tych z kwadratów.

Trochę za długie są tasiemki. Ich długość dopracowywałam też "na oko". Każda tasiemka zakończona jest koralikiem. Teraz kombinuję, jak zrobić motyla. Niestety, książka jest niedostępna w polskich księgarniach, a w zagranicznych wysyłkowych, strasznie droga.



Na podstawie
Zdjęcia omiyage
https://www.google.pl/search?q=omiyage&espv=210&es_sm=93&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=Dx2bUvLiMYSn4ASpnoCoDQ&ved=0CEUQsAQ&biw