sobota, 8 marca 2014

I co dalej?



Wczoraj umawiam się z bratem w szpitalu. Zanoszę seniorce czyste bluzki. I tu praktyczna uwaga. Jeżeli ktoś jest obłożnie chory i w dodatku musi korzystać z pampersów, lepiej tę osobę ubrać w takie zwykłe koszulki gimnastyczne niż w koszule nocne. Koszulki nie podwijają się i nie ugniatają leżącej, no i zmiana pampersa jest łatwiejsza. Dobre też są butelki z sokiem czy wodą mineralną z dziobkiem i zatyczką. Może sobie taka butelka leżeć na łóżku, a chory nie musi sięgać do stolika. Podchodzę do łóżka matki, brata jeszcze nie ma, i głaszczę ją po głowie. Otwiera oczy, ale zaraz zamyka. Wkładam czyste koszulki do szafki. Wychodzę na korytarz popatrzeć, czy nadchodzi brat. W tym samym czasie do pokoju wchodzi lekarka w granatowym mundurku i nasza lekarka prowadząca w zielonym. Wchodzę za nimi, ale nie wiem, czy mogę w pokoju zostać. Na wszelki wypadek stoję niedaleko drzwi, żeby nie przeszkadzać. Obie podchodzą do łóżka matki. Stają po obu jego stronach
-Pomóż mi ją odwróć na plecy- dyryguje granatowa, ściągając z matki kołdrę. Seniorka, gwałtowanie obudzona, podnosi rękę.
-Ale jak?- zielona jest bezradna. Patrzę na scenę i jestem zdziwiona obcesowością granatowej. Podchodzi do lóżka pacjenta, nic do niego nie mówi, tylko do razu zabiera się za łapami do czynu.
- A tak- mówi granatowa i gwałtownie przewraca matkę na plecy. Słyszę głośny jęk. Wszystko we mnie zastyga. Robię krok w stronę łóżka matki.
- Która to noga?- granatowa rzuca w stronę zielonej.
- Prawa- mówi cicho prowadząca. Przyglądamy się, jak granatowa odchyla nogę matki raz w jedną stronę raz w drugą. Wcale się nie ceregieli. Matka jeszcze raz cicho jęczy, a potem nieoczekiwanie  pyta silnym głosem
-Jaka dzisiaj pogoda?
Lekarka narzuca niedbale na nią kołdrę i rzuca arogancko
-A czy ja wiem?- i wzrusza ramionami patrząc na prowadzącą. Coś tam jeszcze mruczy pod nosem.
- Nie, tutaj nie operujemy- mówi do zielonej.
Obie kierują się w stronę wyjścia. Wzrok lekarki pada na mnie:
-A pani kto?- Pyta szorstko.  Uła…powinnam chyba ostro coś palnąć, jednak jestem zbyt zaskoczona tym, co zobaczyłam, żeby zareagować odpowiednio.
-Córka- odpowiadam patrząc jej prosto w oczy. Jestem zszokowana tonem, którym zwróciła się do matki. Ja rozumiem, że one nie muszą ciumciać i kwilić do pacjentów, ale tak prostacko odpowiedzieć na pytanie starej, chorej kobiety nie musiała.
- Kość jest złamana, ale operować nie będziemy-rzuca w moja stronę protekcjonalnie- To się nie nadaje do operowania- dodaje stanowczo. Prowadząca stoi za nią i milczy z obojętnym wyrazem twarzy. Ja jestem nadal zszokowana i zapominam języka w gębie. Miałam zapytać, dlaczego nie będą operować, ale zupełnie zgłupiałam. Milczę.
- Ona chodzić  nie będzie, ale może siadać- ciągnie lekarka- Z tą nogą ona chodzić nie może, ale może ją pani sadzać. – kończy i wychodzi z sali. Stoję jeszcze bardziej zszokowana. Ona, jaka ona?… nie pacjentka, nie pani…nie matka, ONA…jestem sparaliżowana tym tak ogromnym prostactwem. W końcu zwracam się do prowadzącej.
-Jak długo matka będzie w szpitalu, bo staramy się o miejsce w zakładzie?- Pytam, powoli dochodząc do siebie.
-A planujemy w poniedziałek ją wypisać do domu- odpowiada beznamiętnie prowadząca. Zaraz, zaraz, w jaki poniedziałek. Jest piątek. Od tygodnia matka jest w szpitalu. Była prawie umierająca, ma złamaną szyjkę kości udowej. Nie ma jej unieruchomionej, zagipsowanej, nic. Przez 4 dni była pod monitorami. Jest na środkach przeciwbólowych. Słabo kontaktuje. Ma cewnik założony. Co ona gada? W takim stanie do domu???? Doprowadzili ją do normy kroplówkami jeżeli chodzi o jedzenie, ale co z nogą? Zresztą do końca nie jestem pewna, czy ona faktycznie je i pije tyle ile trzeba. Nie mam pojęcia, czy w takim stanie wypisuje się pacjenta do domu po tygodniu pobytu w szpitalu.
-Pani doktor, ale ja nie potrafię jej zapewnić prawidłowej opieki w domu. W jednym zakładzie jesteśmy zapisani do kolejki, a do drugiego trzeba całą dokumentację wypełnić, jakaś komisja jeszcze…- zawieszam głos- Zresztą mam tutaj te wszystkie formularze- wyjmuję plik z torebki. Prowadząca wyciąga dłoń po dokumenty.
-Pani pokaże, bo jeden wniosek mogę wypełnić.- Podaję jej cały plik. W tym momencie wchodzi brat.
- I jak?- rzuca w naszą stronę.
- Wyobraź sobie, że mama ma iść w poniedziałek do domu…- mówię trochę bezradnie. Nadal w głowie mi się nie mieści, że mam przejąć matkę w takim stanie. Nie kończę, widzę minę brata tak samo zdziwioną.
-Jak to?-  Zwraca się do prowadzącej- A co z nogą?
- Nogi nie będziemy operować..- przerywa, bo brat się żachnął. Przez chwilę wszyscy milczymy.
- Ale możemy ją przetrzymać do środy- kontynuuje pani doktor –Ja wypełnię ten formularz i na jutro będzie gotowy. Możecie go państwo zanieść do starostwa. Tylko, że komisja zbiera się raz w miesiącu i nie wiem, kiedy …-przerywa. Teraz brat jest zszokowany.
- Raz w miesiącu?!- nie wytrzymuje i podnosi głos- To znaczy, że jak teraz się zebrała, to następne zebranie będzie w kwietniu?!- Aż się zacukał w tym zdziwieniu. Zaraz się jednak opanowuje. Prowadząca jest niewzruszona. Ona w ogóle jest jakaś, powiem wprost, niekumata. Wszystko z niej trzeba wyciągać, a jak się jest tu i teraz na sali i w silnych emocjach, to człowiek zapomina pytać o rzeczy najistotniejsze. Umawiają się jeszcze w sprawie odbioru skierowania i ona wychodzi. Brat podchodzi do łóżka mamy. Matka otwiera oczy, ale widać, że nie bardzo kontaktuje. On idzie w stronę okna, do łóżka podchodzę ja. Matka otwiera oczy.
- Mamo, ładna dziś pogoda- uśmiecham się do niej.- Masz pozdrowienia od ciotek.
Chwilę patrzy na mnie, a potem pyta- Były?- język jej się plącze
-Nie, telefonicznie cię pozdrawiają- tłumaczę, ale ona już „odpływa”. Jeszcze chwilę jesteśmy przy niej. Kiedy zasypia, wychodzimy.
- No to mamy pasztet. –mówię do brata oszołomiona i przerażona. Chwilę milczy
- Idę jeszcze raz to zakładu, może da się coś przyspieszyć.
-Dobra, a ja jadę do ośrodka załatwiać opiekunkę. Sama nie dam rady.
Do domu jadę „na oślep”, tylko w głowie mi się tłucze co jakiś czas- jesteś na drodze…skup się..
W ośrodku nie ma socjalnej. Jadę na zakupy, a potem jeszcze raz do ośrodka. Parkuję przed nim  i widzę na parkingu opiekunkę z socjalną. No proszę- diabeł dzieci mi kołysze. W tym wszystkim nadmiar szczęścia mnie spotyka. Dwa w jednym- są obie naraz. Kiedy słyszą, że matka wychodzi ze szpitala są równie zszokowane jak ja. A  kiedy mówię, że nie będzie operacji- zatyka je. Podają przykłady rówieśnic matki, które przeszły taką operację i nie było nawet dyskusji, że nie można. Jedyne wytłumaczeniem jest ta matki niewydolność nerek. Umawiam się z opiekunką, że zadzwonię, kiedy zajdzie potrzeba. Na razie tyle i aż tyle udało się załatwić.
W domu dopiero mnie puszcza. Próbuje sobie wyobrazić, jak to teraz ma wyglądać i ogarnia mnie dławiące przerażenie. Ryczę… wkurzam się…chcę, żeby to napięcie zeszło. Nie pomaga. Idę do mieszkania matki popatrzeć, czy da się jakoś barierkę w łóżku zamontować. Nie da się. Trzeba założyć rurkę z boku, żeby matka nie wychodziła. Może to i prymitywne, ale jakieś zabezpieczenie będzie. Wprawdzie lekarka stwierdziła, że matka nie będzie chodziła, ale nie zna mojej matki. Może spróbować, spadnie z łóżka i jeszcze, nie daj Boże, obojczyk złamie, Znowu ryczę… ta bezsilność mnie dobija. Siadam na łóżku… rany… matka z cewnikiem, nie chodząca i ta noga… czy ja wiem, jak się z nią obchodzić, żeby tej nogi nie urażać? Przecież w tydzień się nie zrosła, Co powie lekarz- paracetamol? Na uśmierzenie bólu w tak złamanej nodze? Boję się, że matka będzie cierpieć, a ja nie będę jej mogła ulżyć. No i chciałam jej oszczędzić tego przewożenia: szpital- dom- dom –zakład. Zaryczana idę gotować obiad. Po południu grabię ogromny teren w lasku, palę ognisko i powoli dochodzę do siebie.
Jutro jedziemy na wycieczkę w Kopce. Może porobię trochę fajnych zdjęć.

1. Na razie szczęście jest ogromne- matka nie odeszła. Teraz głównym problemem  jest zapewnić jej bezpieczne, pod dobrą opieką, spokojne życie do końca. Ja jej tego nie zapewnię. To nie jest moje wygodnictwo, a twarda rzeczywistość i warunki takie, a nie inne. Przez ten tydzień próbowałam dojść, w jakim stopniu jest świadoma tego, co się wokół niej dzieje. Nie jestem pewna, ale chyba nie ma dla niej już istotnego znaczenia to, czy będzie leżała w domu, czy w zakładzie. Już przed szpitalem zaczynała żyć w swoim świecie.
2. Wiem, że inni mają gorzej. Wiem, że są ludzie, którzy latami opiekują się osobami ciężko chorymi, niepełnosprawnymi itp. Wiem… gdybym mogła, to pomogłabym wszystkim…wiem również, że każdy taki opis w jakimś sensie pokazuje różną rzeczywistość. Wiem również, że z każdego opisu można wyciągnąć jakieś wnioski dla siebie, wskazówki i rady.
3. Wiem, że mnie wspieracie, dobrze życzycie, jesteście myślami z nami. Napisaliście już wiele, wiele dobrych, serdecznych słów. Naprawdę, czując Wasze wsparcie, nie chcę dalej stawiać Was w sytuacji, kiedy już napisane, musiałoby być powtórzone, albo nienapisane  wzbudziłoby poczucie bezradności lub winy, bo nie da rady się napisać….piszcie o …hmmmmm… no wesoło i tyle.
4. Pisząc o paniach lekarkach nie uogólniam. Na oddziale, na którym jest seniorka, pracują przemiłe salowe i bardzo fajne, uczynne pielęgniarki.
5. Mimo wszystko, mimo złości, żalu, bezradności, strachu, działam i nie mam zamiaru poddawać się. Czasem sobie ryknę, czasem zaklnę, a najczęściej idę wywalić  to wszystko z siebie do ogrodu, jakże z wielką dla niego korzyścią.




25 komentarzy:

  1. Zycie pisze rozne scenariusze, a lekarka dzisiaj nie zdaje sobie sprawy, ze ona tez kiedys bedzie w podeszlym wieku, chora, polamana i bez kontaktu ze swiatem. I jej jakas mloda nastepczyni bedzie robic to samo, co ona Twojej Mamie. Tak na ogol bywa, ze dostajemy z powrotem to samo, co dajemy innym.
    Bezdusznosc polskiej sluzby zdrowia jest zatrwazajaca i niewazne, ze NFZ kladzie nacisk na oszczednosc, bo na pewno nie nakazuje oszczedzac na czlowieczenstwie. To ludzka natura. A mozna przeciez inaczej, czego dowodem jest stosunek personelu medycznego do pacjentow tutaj. Lekarze nie tylko lecza, ale poswiecaja czas na rozmowy z rodzinami, rzetelne i wyczerpujace wyjasnienia stanu chorego, porady, jak dalej postepowac i jakie sa mozliwosci opieki. Kazdy szpital dysponuje pracownikiem, ktory sam szuka miejsca w domach opieki dla podobnych przypadkow, kiedy opieka rodziny jest z roznych przyczyn niemozliwa.
    Lekarze zawsze maja dla pacjentow dobre slowo i usmiech. Nawet, jesli nie lezy to w ich naturze, jest to narzucony odgornie obowiazek, ktoremu musza sie poddac. Bo dobro chorego przede wszystkim, a do tego nalezy rowniez jego samopoczucie psychiczne.
    Moze kiedys bedzie tak i w Polsce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre sformułowanie- nic nie nakazuje oszczędzać na człowieczeństwie. Podczas pierwszej rozmowy z prowadzącą, kiedy też mało mówiła, myślałam, że ma jeszcze niedużo danych i wyczerpała je. Po tej następnej doszłam do wniosku, że ona jest.... zmilczę.
      Bywałam w szpitalach i zawsze lekarze mówili, jaka jest diagnoza, jakie stosują środki, jak leczą i jakie są rokowania. A tu.... tak ,czekają na wypisanie i niech seniorka umrze w domu.
      A przecież jeszcze we wtorek brat jej wyraźnie powiedział, że jesteśmy dorośli i chcemy znać nawet najgorszą prawdę. Zmilczała. Na pytanie o załatwianie ZOL ożywiła się i potwierdziła, że należy. Hmmmmm...pomogliśmy jej wyjść z trudnej sytuacji. Tylko, że ona powinna umieć prowadzić tak trudną rozmowę.

      Usuń
  2. Matkę mojej znajomej na sygnale przywieźli do szpitala i na cito robili by-passy. Miała wtedy 84 lata.
    To, że nie wszyscy powinni pracować jako lekarze czy pielęgniarki jest jasne jak słońce. Przepraszam za to co napiszę, ale bliski rodziny pacjenta jednak powinien natychmiast reagować na taką arogancję, bo personel obrasta w piórka. Czują się jak bogowie życia i śmierci. I przyznam, że nie spotkałam się z czymś takim. Chowaliśmy nie tak dawno mamę męża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się też z takim zachowaniem lekarza spotkałam pierwszy raz i dlatego mnie tak mocno zamurowało. Z tą skargą jeszcze zdążymy. Był piątek i nie bardzo komu było się poskarżyć. Jutro brat idzie do ordynatora.
      Za to pielęgniarki są super:)

      Usuń
  3. ano wspieram Cię i życzę... może mało o tym mówię /piszę/, właściwie prawie wcale, ale trawestując niejakiego Kaziuka Bartoszko z Konopielki: "wspieranie to nie gadanie"...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano...Kaziuk ma rację- wspierani przybiera różne formy.... czuję Wasze wsparcie mimo braku wpisów:)

      Usuń
  4. i potem lekarze się dziwią, że traktujemy ich jak osobistego wroga
    a przecież sami traktują pacjentów jak wrogów
    aż ciarki chodzą po plecach
    trzymaj się

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze jest to, że takie zachowania paraliżują mnie. Gdyby nie to, pewnie wydarłabym się na cały szpital. człowiek się nie spodziewa czegoś takiego w takim miejscu. Ostatnio nawet moja koleżanka lekarka, pozwoliła sobie wobec mnie na jakieś marudzenia, chociaż dotyczyło to jej obowiązków (nigdy nie nadużyłam tej przyjaźni). Obrosła w piórka. Szkoda. Znałam ją jako niesamowicie lubianego i odpowiedzialnego lekarza. Takiego Judyma. w ciągu 15 lat przeszła metamorfozę. Ludzie przestają do niej chodzić.

      Usuń
  5. Jaskółko! Aż mi w gardle staneła twarda kula po przeczytaniu Twojego tekstu. Straszne, straszne to wszystko!
    W polskiej słuzbie zdrowia brak i odpowiednich przepisów, a zwłaszcza ostrych sankcji dla lekarzy, ktrzy nie potrafia zachowywać sie odpowiednio. Dlatego zachowują sie jak panowie zycia i śmierci. Nietykalni bogowie. Nieomalże gardzą tymi, którzy od nich zależa.Po co w ogóle głowy zawracają...?
    No i ta polska mentalność! A właściwie nie tylko polska, bo w ogóle słowiańska i post socjalistyczna! Byleby kimś rządzić. Byleby sie odkuć za własne poniżenie i jakąś niemoznośc. Byleby na jaw nie wyszło nieuctwo. i ta wieczna zawisć o to, że inni maja lepiej. Inne "dochtory" co za granicę powyjeżdżały mają tam jak pączki w masle a tutaj ci "herosi", czyli te nieudałoty, co pozostały musza cierpieć swój parszywy los, za marne pieniądze. I nie chce im sie wobec wysilać. I nie maja pozytywnej motywacji.Wszystko w jakimś sosie niemocy, szarosci, zobojętnienia, pospiechu i frustracji...Czym w tym wszystkim jest pacjent?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zastanawia ta lekarka prowadząca. Nie wiem, może się mylę, ale miałam wielu studentów i ją zaliczyłabym do tych "przepychanych". U niej ten "spokój" nie wynika z braku otwartości czy umiejętności współpracy z rodziną pacjenta. Ona najzwyczajniej jest tępa. Zastanawiam się, dlaczego takie osoby kończą tak odpowiedzialne studia. A ta druga? Szkoda gadać. Zasięgniemy informacji u ordynatora i chyba "tupniemy" ostro, bo ta sytuacja jest trochę dziwna, pomijając praktyki polskich szpitali.

      Usuń
  6. Przy moim tacie wprost powiedzieli, że nie ma nadziei i zabrać do domu. W nosie mając czy słyszy czy nie. Chyba uwierzył, choć jeszcze 9 miesięcy był z nami bardziej lub mniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My chcielibyśmy, żeby uczciwie nam powiedzieli na co mamy się przygotować. Już po przyjęciu dwaj lekarze mówili, że stan beznadziejny (w niedzielę drugi tak mówił), a we wtorek nagle stan dobry. Najgorsza jest ta huśtawka. Tu czekamy na miejsce w ZOL i tego twardo się trzymamy, ale drugi wariant siedzi w podświadomości.

      Usuń
  7. Jakby tu powiedzieć - trafiłaś na chamkę bez krzty wyobrazni. Ona też za jakiś czas będzie stara, chora i bezradna, ale teraz to mała pociecha.Nie operują, bo każda narkoza jest wielkim obciążeniem dla organizmu, a niekontaktującego z niewydolnością nerek tym bardziej.Kiedyś z reguły nie operowano złamań kości szyjki udowej i pacjenci latami leżeli w łóżku- tak było z moją prababcią. Teraz wypisują ze szpitala z reguły pacjentów niedoleczonych- mojego męża po zastawce i bypassach wypisali pomimo tego, że był w stanie przejść jednym rzutem 5 kroków.Operacja się "udała" więc wypisać. A że potem jeszcze w dwóch szpitalach musiał spędzić niemal trzy miesiące, anińskiej kardiochirurgii to już nie psuło statystyki. Wypisują z uporem maniaka ludzi starych, bo w każdej chwili mogą umrzeć, a to psuje statystyki szpitala, wzrasta śmiertelność. Nim odbierzesz mamę przeczytaj dokładnie to wszystko co napiszą w karcie wypisowej i wypytaj dokładnie lekarkę prowadzącą o wszystko - w karcie wypisowej powinny się znalezć wszystkie badania (i ich wyniki) jakie zrobiono w szpitalu, wszystkie podane pacjentowi leki, zalecenia jakie leki należy podawać. Zażądaj również recepty na leki, które masz podawać, bo oni dobrze wiedzą, że nie zawsze istnieje możliwość by lekarz "domowy" natychmiast do chorego przybył. A na zakończenie napisz skargę
    na chamskie i bezduszne zachowanie tej lekarki do dyrekcji szpitala, z odpisem do Izby Lekarskiej. Nikt nie każe lekarzowi kochać pacjentów, ale szacunek im się należy. To, że jest zbyt mało pieniędzy na różne świadczenia medyczne to jest pół prawdy- niestety braki wynikają głównie ze złej organizacji i przerostu ego niektórych dyrektorów, ordynatorów itp. Ewentualne braki finansowe w żadnym stopniu nie tłumaczą chamstwa i bezduszności.
    Trzymaj się Dziewczyno, musisz!
    P.S.
    Wypisz sobie na kartce to wszystko o co powinnaś się zapytać w szpitalu, to ważne, żebyś potem nie stała jak niemota ze zdenerwowania lub zadziwienia.
    Przytulam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za informację. Masz rację- trzeba pisać sobie. Jutro brat idzie do ordynatora, bo uważamy, że są jeszcze oddziały, na których matka może trochę się "podleczyć" - chirurgia i geriatria. Ja mam coraz większe podejrzenie, że oni uważają stan matki za beznadziejny, ale powinni być poważni i powiedzieć o tym wprost.

      Usuń
  8. tyle słów ciśnie mi się na usta....
    jestem zła na te lekarki. traktują starszych ludzi, jak przedmioty!! jak one sobie wyobrażają to niezoperowane złamanie? nie rozumiem. może trzeba by było naciskać albo zapytać innego lekarza....no sama nie wiem, ale to jest bez sensu. odpychają od siebie problem i co dalej? dobrze, że chociaż są te opiekunki, bo bez nich naprawdę byś nie dała rady. zrobiło mi się smutno i pomyślałam....co będzie ze mną, z moimi bliskimi, na starość?
    ściskam Cię mocno, mocno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja swoim dzieciom opowiadam dokładnie, jak się sprawy mają i mówię im jak moja starość ma wyglądać. Buntują się, ale powoli obraz się rysuje. Gdyby społeczeństwo i uciekało od problemów starości, gdyby w rodzinach mówiono o tym, gdyby młodych uczono, jak mają postępować ze starym człowiekiem, gdzie uzyskają pomoc, jakie są procedury, jak się pielęgnuje, jaka jest psychologia starego człowieka- nie byłoby tylu dramatów, dylematów, chamstwa i spychologii.

      Usuń
  9. Brak słów! Niestety są jednostki, którym żadne wykształcenie nie pomoże w zdobyciu odrobiny taktu i kultury osobistej. Ja spotkałam się z taką lekarką - paniusią, przy okazji urodzin wnuczki. Przez pierwsze dwie doby mała nie mogła być na sali z matką i było uzgodnione, że na karmienie będą matkę wołać. Dla jasności: mała leżała na specjalnej sali z zapaleniem płuc, matka - trzy sale dalej, po cesarskim cięciu. Wszyscy wiedzieli, że synowa nie słyszy, a mimo to nikt z personelu nie pofatygował się by przyjść po nią osobiście. Pielęgniarki ograniczyły się do dzwonienia na komórkę a potem tłumaczyły, że przecież one dzwonią, a matka nie odbiera telefonu!!! Jak dowiedziałam się co się dzieje ,w swojej naiwności, poszłam na skargę do lekarki. Usłyszałam się, że personel jest przepracowany, a jak chcę specjalnej opieki, to powinnam za nią zapłacić. Powiedziała dosłownie - zapłacić!!! Odparłam, że nie mam zamiaru płacić dodatkowo, za coś, co leży w obowiązkach szpitala. I tu zaczął się szantaż emocjonalny. Usłyszałam, że nikt nie będzie ani nosił dziecka do karmienia, ani specjalnie chodził po pacjentkę. Personel może zadzwonić, jeżeli pacjentka nie odbiera
    telefonu, dziecko będzie karmione butelką. Jak nam się nie podoba, to ona - lekarka natychmiast wydaje dyspozycję, by
    dziecko z zapaleniem płuc przeniesiono do matki i niech matka sama je karmi, ale wtedy lekarz nie bierze odpowiedzialności za życie dziecka. Zostałam wyproszona z gabinetu. A poszłam do niej tylko z prośbą, by zamiast dzwonić do głuchej pacjentki, albo wysyłano do niej SMS, albo żeby pielęgniarka osobiście informowała pacjentkę, że dziecko czas nakarmić. Do tej pory, nie potrafię zrozumieć, jak lekarka mogła szantażować mnie zdrowiem i życiem dziecka. Na szczęście, małej nic się nie stało. Lekarka po dwóch godzinach, przyszła przeprosić synową i już przez cała noc, jak mówiła synowa, co godzinę zaglądała do niej i do dziecka.
    Niestety na chamstwo i bezduszność nie ma innego lekarstwa niż zdecydowana reakcja. Macie rację, że chcecie złożyć skargę. to może uchronić innych pacjentów przed podobnym traktowaniem. Trzymaj się, jesteś silna i zdecydowana, dasz sobie radę.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elfi... brakło mi słów:(

      Usuń
    2. Brak słów..Podejrzewam,że prostactwo,ktore zaprezentowały niekoniecznie wynika z uprawianego zawodu.
      Taka po prostu ich uroda..:) Ale ta "uroda" niespecjalnie się nadaje ,by ją ekponować,zwlaszcza w tych okolicznosciach.Powinnaś zwrócić paniom dochtorkom uwagę,choć mówiac serio,wyobrażam sobie,jakie to trudne w twojej obecnej sytuacji.Ale coś mi się wydaje,że ten arogancki ton służył pokryciu niepewności,niewiedzy,braku przekonia co do słuszności "metod leczenia".
      A poza tym u nas,niestety,często uprzejmość jest postrzegana jako słabość.Racje ma cham i arogant.
      Takie rzeczy wynosi się z domu.Widać,ze te panie nikt nie nauczył szacunku,empatii do drugiego czlowieka.
      Trudno będzie je tego oduczyć,choć skarga może mogłaby zdziałać cuda:))Trzymaj się i pozwalaj na podobne ekscesy.

      Usuń
    3. U mnie najgorzej za pierwszym razem, kiedy mnie blokuje, ale potem już taka milcząca nie jestem. Zbiera się, zbiera, a jak się przeleje, to zazwyczaj nie ma zmiłuj. Myślę, że pokrywanie przez panie lekarki takimi zachowaniami swojej niewiedzy faktycznie mogło mieć miejsce. Pani nawet nie wysiliła się, żeby powiedzieć, dlaczego nie operują, co byłoby wręcz wskazane w takiej sytuacji. Powiedziała te kilka zdań i energicznie wyszła. Ciekawa jestem, gdybym poleciała za nią, jak zachowałaby się.
      Tak, ja wyglądam na "słabą kobietkę". Wielu się już przejechało na tym. Ale sytuacja szpitalna jest inna- wiesz, ze jest ten hamulec, że jak pskniesz, to matka będzie gorzej obsługiwana. Niestety, to jest prawie regułą.

      Usuń
  10. Pierwsze co mnie uderzyło czytając tego posta to; czy aby nie pomyliłaś się pisząc lekarka prowadząca, o osobie z którą rozmawiałaś. Jej odpowiedzi przypominały raczej niedouczoną pielęgniarkę, która robi co jej każą. Myślę, że jednak przycisnąłbym ją trochę pytaniami na temat odpowiedzialności za ewentualne następstwa, no może nie bezpośrednio, ale warto jej to uświadomić.
    Z doświadczenia raczej moich znajomych, niż moich wynika, że bardziej zdecydowana postawa odnosi pozytywne skutki. Szpital to chyba powinien zapewnić wyleczenie. Wybacz ale też się wzburzyłem taką postawą specjalistów od naszego zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety- to lekarka prowadząca naszą mamę. Faktycznie zachowywała się jakby nie bardzo wiedziała co mówić i w ogóle nie kwapiła się do wyjaśniania. Właśnie w kwestii wyleczenia jutro pójdzie mój brat do ordynatora. Wydaje nam się, że tydzień pobytu w szpitalu na złamaną w takim miejscu nogę to za mało. W ogóle sytuacja jest dziwna. Tydzień temu dwaj lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. Potem ją podkurowali kroplówkami a teraz nagle wypisują do domu, kiedy noga nie miała szans się zrosnąć nawet minimalnie.

      Usuń
  11. Lekarze nie mają pedagogiki na studiach. Bronią się przed nią, mają "etykę". Ale tu nie trzeba pedagogiki, tu trzeba człowieka. Wytrwałości życzę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli mają etykę, to pogratulować prowadzącym efektów. Lekarze mają chyba etykę zawodową. Ciekawa jestem czy mają psychologię.
      Racja, jeżeli nie jest się "ludzkim" to nie powinno się pchać do zawodu lekarza. Szkoda, że oni nie mają selekcji na studia pod tym kątem.

      Usuń
  12. Wiesz co? Zrób tak, jak Ci radzi anabell. Spisz na kartce i pytaj, bo w takich sytuacjach nawet najbardziej wygadany człowiek traci rezon i nie wie jak ma na imię.
    Zielona pewnie jest podwładną granatowej i dlatego pyska nie uchyliła w obronie Twojej mamy :-(

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.