środa, 22 stycznia 2014

Kłamstwa, kłamstewka...lawina nienawiści

Słuchałam wczoraj radiowej trójki, program „Za, a nawet przeciw”. Program poświęcony gender. Przez 2 następne godziny nie mogłam dojść do siebie. Tyle bzdur, tyle przekłamań, tyle nienawiści, że aż dusza bolała. W programie wypowiadały się, między innymi, posłanki Kempa i Grodzka. Bzdury, jakie wygadywała Kempa- pomijam, że nie pozwoliła biednemu Strzyczkowskiemu dojść do głosu- trudne były do ogarnięcia. A  podobno:
„Niektórzy, jak posłanka Beta Kempa, wyruszyli jednak na poszukiwanie wiedzy o gender na drugi koniec świata. Mało kto wie, że twórczyni parlamentarnego zespołu "Stop ideologii gender" wybrała się na Global Submit of Women (na którym poruszano m.in. tematy kwot, gender, przemocy wobec kobiet) do... Malezji! Podróż ta kosztowała polskich podatników kilkanaście tysięcy złotych, a jakie są efekty edukacji posłanki Kempy, widać gołym okiem.”
Na koniec audycji dowiedzieliśmy się jeszcze od Kempy, że Grodzka to chamka, bo przerywa- nieważne, że Strzyczkowski prosił o zakończenie rozmowy, a Kempa nie chciała dopuścić nikogo do głosu- i w ogóle, kontynuowała Kempa, to wszyscy ci zwolennicy Gendery to chamy i brak im kultury i ble,ble, ble, ble,ble, ble najnormalniej właśnie po chamsku, bezpretensjonalnie zakończyła swój wywód Kempa. Biedny redaktor aż się zachłysnął. Nie wiem, czy ze zdziwienia, czy z oburzenia, czy zszokowany całym tym chamskim tupetem pani poseł. Przyznam, że my z Jaskółem też siedzieliśmy sztywni ze zgrozy i ogłuszeni wystąpieniem Kempy.
Wypowiedzi słuchaczy również mnie zszokowały. Nie przypuszczałam, że aż tyle zdziczenia siedzi w ludziach. Jedna pani powiedziała, że Grodzka nie powinna się wypowiadać na temat gender, bo nie ma dzieci (a przecież ma syna i wychowywała go normalnie, jak inni rodzice wypowiadający się w audycji) i takie osobniki, do których nie wiadomo jak się zwracać czy pan, czy pani, w ogóle nie powinny się odzywać. Ksenofobia, homofonia, brak tolerancji i totalna głupota… tak GŁUPOTA,  przemawiały przez tych ludzi. Każda kolejna taka wypowiedź napawała mnie przerażeniem. Pod koniec czułam  się, jakby tabun wściekłych z nienawiści, nawiedzonych przeciwników gender, przegalopował po mym mózgu. Podobnie rzecz miała się, kiedy poruszano temat wychowania seksualnego w szkołach oraz, kiedy dyskutowano o związkach partnerskich. Jednym słowem- jestem przerażona tym, co się dzieje w umysłach Polaków. ZERO wiedzy, ZERO refleksji, ZERO tolerancji.
Wracając do gender- w poprzednim poście napisałam o tym, jak mój pedagogiczny ulubieniec podał do wiadomości publicznej opinię PAN, dotyczącą programu „Równościowe przedszkole”. Pan naczelny pedagog kraju zapomniał poinformować przy tym, co uczynił Stefan Bratkowski w Newsweeku (20/26 2014 s.38), że: „…został on wprowadzony w zaledwie 11 spośród 5,5 tysiąca polskich przedszkoli. I to prowadzonych przez specjalna fundację; ich program zatwierdzają rady rodziców- co wytrąca antygenderowcom jeden ze sztandarowych argumentów („deprawują nam dzieci”). Mało kogo zainteresowało również, dlaczego chłopiec w peruce, który stał się ikoną ruchu antygenderowskiego („przebrany za dziewczynkę!!!”), w ogóle ma tę perukę na głowie. A miał ją ponieważ grał fryzjera w przedstawieniu mającym pokazać dzieciom, że nie ma zawodów typowo męskich i typowo kobiecych. Dlaczego tutaj uznano zawód fryzjera za typowo żeński, tego już nie wiem”.
W tym samym artykule Bratkowski nazywa po imieniu metody antygenderowców pisząc: „W tej kampanii dozwolone są wszystkie chwyty. I wszystkie kłamstwa- małe i duże. Do worka z napisem „gender” wrzuca się wszystko z czym mają kłopot katoliccy duchowni i prawicowi tradycjonaliści. Rozwody, rozpasanie seksualne, In vitro, aborcja, związki partnerskie (w tym homoseksualne), ciąże młodzieńcze i niedostateczna liczba ciąż dorosłych. A jakby ktoś był niedostatecznie przerażony, doprawiono to opowieściami i chłopcach przebieranych za dziewczynki (i na odwrót) w celu przygotowania ich do- wielokrotnych!- zmian płci w wieku dorosłym”.
Straszne, bardzo straszne, bo takie rzeczy wmawia się społeczeństwu, które jest niedouczone i na tyle leniwe umysłowo, że nie ma ochoty, ani zamiaru samodzielnie poszukać i dowiedzieć się, co tak naprawdę to gender ze sobą niesie. Straszne, bo takie rzeczy wmawia się w miejscach, w których człowiek ma prawo oczekiwać rzetelnej wiedzy, rzetelnej informacji. Nikt mi nie wmówi, że księża są przekonani o tym, co wmawiają ludziom na temat gender. Nikt mnie nie przekona, że posłowie nie mają pojęcia czym jest gender naprawdę. Banda obłudnych cyników kręci swoje interesy na naiwności ludzkiej, na tym, że ogłupiali ludzie po takich dawkach sprzecznych informacji, błądzą i nie potrafią się odnaleźć w prawdziwej rzeczywistości.
Straszne, bo pedagog, który ma autorytet, który wpływa na opinię, który powinien rzetelnie, chowając swoje prywatne przekonania (nauczyciel jest apolityczny i póki co świecki, kiedy wykłada na świeckich uczelniach), informować w tej sprawie, pisząc posty, celowo przemilcza, mówiąc eufemistycznie, a mówiąc brutalnie- kłamie w rzeczach istotnych. Pedagog z tytułem profesora, który doskonale wie, co to jest gender, powinien zrobić wszystko, żeby dostarczyć prawdziwej rzetelnej wiedzy na ten temat i żeby w uczelniach wprowadzono ten przedmiot, bo wiedza należy się społeczeństwu. A tymczasem on przemilcza lub wręcz celowo sieje ferment (upublicznienie opinii o programie na wstępnym etapie jego opracowywania). To jest  sprzeczne z etyką nauczycielską.

Jestem wściekła.



niedziela, 5 stycznia 2014

Figi

Nowy rok zaczął się leniwie. Pochodziłam po blogach i ze zdziwieniem spostrzegłam, że dużo ludzi mówi o postanowieniach noworocznych. A, rzeczywiście, coś takiego ponoć istnieje. Kompletnie zapomniałam o  zjawisku po tytułem „postanowienia noworoczne”. Jedni zarzekają się, że już nie robią listy, inni robią, ale z przymrużeniem oka, jeszcze inni piszą, iż twardo postanawiają zrealizować i tu leci cała litania, co to będzie. Nic nie postanawiam, plany mamy ogólne. Co będzie, to będzie. Nie mam ochoty niezrealizowanymi postanowieniami fundować sobie stresów pod koniec roku. No i potem jeszcze szukać usprawiedliwień oraz winnych, że nie wyszło. I tak wiem, że nie powstrzymam się od wcinania czekolady i innych słodyczy (połowa babskich postanowień- nie jeść słodyczy), i tak wiem, że nie pójdę na żadne męczące ćwiczenia, żeby schudnąć (tu deklaracje: fitness, zumba, łażenie z kijkami, spacery, rower i … sama nie wiem, co tam na schudnięcie wpływa, i tak dbam o, powiedzmy, urodę, więc nie mam potrzeby deklarowania zaliczania: kosmetyczki, fryzjerki,  masażysty, liftingu, lekarza medycyny estetycznej (Ha! Ha! Ha!),bo to się robi niejako automatycznie, w biegu; dla rodziny tudzież sąsiadów oraz klientów staram się być w miarę uprzejma, wyrozumiała, spokojna, cierpliwa itp. itd., dlatego deklarowanie „poprawy się” odpada…„Nie mam pomysła”, jak mówił Kiepski, na dalsze wyliczanki postanowień, a wierzcie mi, było ich na tych blogach całkiem sporo. I naprawdę były one seriozne.
A żeby była równowaga w przyrodzie, to i posty podsumowujące stary rok również często się zdarzały. „Spojrzałam za siebie”- głęboka norma. W sumie nic do jakiegoś ekstra zachwytu, ale i porażki większej nie było.
I tak sobie spokojniutko weszłam w ten nowy rok, który wiosennie, ciepło się zaczął.
A teraz z innej beczki. Figi. Takie z afrykańskich krain, normalne figi. Figi suszone dla ścisłości. Co w nich dziwnego? Niby nic. Ładne, zapakowane w taki okrągły, płaski pakiecik. Figi zawsze kojarzą mi się ze świętami Bożego Narodzenia, kiedy to dostawałam je na ekstra talerzu, razem z innymi słodyczami. Tu dygresja- ponoć to jest zwyczaj śląski, albo moja matka wprowadziła go jako rodzinny mówiąc, że śląski- nie wiem, nie sprawdziłam. Otóż po podzieleniu się opłatkiem, złożeniu życzeń oraz  rozpakowaniu prezentów, każdy dostawał duży płaski talerz z mnóstwem słodyczy. Były na nim same, wówczas, rarytasy: pomarańcza, banan, czekoladowe batoniki, czekoladowe różne cukierki, czekolada, orzechy włoskie, orzechy laskowe, suszone daktyle i suszone figi. No i te figi jadło się takie suszone- trochę twarda, gumowata skórka, w środku trochę kwaskowatego miąższu i dużo drobniutkich pesteczek. Wyrzucało się tylko twardy ogonek. Dobre, ale wymagało mocnego gryzienia. Figi suszone kroiło się również do wypieków.
Ale do brzegu- posłużę się słowami Klarki
Wczoraj, gryząc suchą figę, rozmarzyłam się, jak to dobrze byłoby zjeść figę prosto z drzewa. Nawet nie bardzo wiem, jaki smak ma świeża figa, no bo skąd?  Przypuszczałam jednak, że są mięciutkie i nie trzeba  w nie wbijać zębów z całej siły. Snując marzenia, zapomniałam się trochę- ciach- ugryzłam się w język- cholerna twardawa skórka. Jak nagły ból to i mocny, wściekły impuls do mózgownicy poleciał.  Olśniło mnie- to jest suszone! A jakby tak, jak rodzynki, trochę taką figę rozmoczyć? Wrzucam do garnuszka parę fig i zalewam wodą. Zobaczymy.
- Czy u was moczyło się figi?- pytam Jaskóła, z niejasnym przeczuciem, że może ja nie wiem, jak takie figi prawidłowo się traktuje przed jedzeniem.
-Nie- mówi Jaskół- Nic mi nie wiadomo o moczeniu. Jedliśmy zawsze takie suszone.
Hmmmmmm… szukam w necie- może jest jaki inny sposób jedzenia fig. Nie znajduję. Ja kombinuję, a figi się moczą. Trochę niefajne mi się wydaje przeżyć 50+ lat i nie wiedzieć, jak się niektóre rzeczy je.

A teraz czekam na Wasze zdanie na temat konsumowania fig, które do nas przyjeżdżają suszone.
Bezy zamiast fig