sobota, 26 kwietnia 2014

Wielkie hamowanie



Zaczynam wielkie hamowanie. Hamuję przed drzwiami do mieszkania Seniorki- już tam nie muszę chodzić. Hamuję po śniadaniu, obiedzie, kolacji, albo przed- nie mam już dla kogo robić dodatkowych posiłków. Nagle mizernie zrobiło się prania. Hamuję, żeby nie łapać za słuchawkę i już natychmiast dzwonić, jak Seniorka odbiera zmianę miejsca zamieszkania? Oddziałowa wyraźnie zaznaczyła, żebym parę dni zluzowała, a przed odwiedzinami zadzwoniła. Dobra…. Nagle tyyyyyyyyyyyyyle czasu wolnego się zrobiło. Czuję się nieswojo, czasami wręcz nijako. Dręczy mnie poczucie winy, jakieś niedopowiedzenia, niejasności. Czy aby na pewno dałam z siebie wszystko? Może powinnam się jednak przełamać i dalej to ciągnąć? Przecież matka cały czas leżała i.. TYLKO trzeba było to i tamto zrobić. Ciągle wątpliwości. Jaskół mi w ostatnią niedzielę uświadomił jedną rzecz.
- Ty nie patrz za siebie, gdzie dawałaś radę. Popatrz przed siebie. Nie będzie lepiej, będzie gorzej. Wystarczy, że raz podciągając matkę wyżej na poduszkę, chrupnie ci kręgosłup w karku….- zawiesił głos.
Rzeczywiście, żeby matkę wyżej na poduszce ułożyć, kazałam jej uwiesić się rękami na moim karku i tak, „rzutem na taśmę”, podciągałam ją wyżej. Bezwładne 70 kilo na moment wisiało tylko na moim kręgosłupie. Tak parę razy dziennie, ponieważ ciągle zsuwała się w tył łóżka. Zmiana pampersa…. Kolejne bezwładne kilogramy do przesunięcia, podniesienia chociaż troszeczkę, żeby tego czystego pampersa wsunąć. Zmiana podkładów albo prześcieradła i podkładów. Najpierw zajmowało mi to pół godziny. Ściągnięcie przemoczonego prześcieradła i podkładów, które były pod nim  do środka łóżka, „przekulnięcie” matki za ten wałek. Wyjęcie i nałożenie wzdłuż łóżka suchej „warstwy”- podkłady na środku i prześcieradło- zwinięte wszystko „do środka”, „przekulnięcie” matki na to suche, podebranie spod niej wałka i rozciągnięcie na drugiej stronie łóżka. A to wszystko w strachu, że jak mocniej matkę przesunę, to siłą bezwładności przeleci mi na podłogę po drugiej stronie. Tak więc, często jedną ręką przytrzymywałam mamę, a drugą rozciągałam prześcieradło. Łóżko na ten moment odsuwałam od ściany. Te medyczne łóżka są świetne, ale mają jedną wielką wadę. Są cholernie ciężkie, a kółka, kiedy natrafią tylko na minimalną przeszkodę, nie chcą „współpracować’ i łóżko leci nie tam, gdzie trzeba. Czasem dobre parę minut męczyłam się z tym dziadostwem, zanim znowu stanęło równo pod ścianą. Doszłam do rekordowego czasu- 15 minut (prześcieradło i dwa podkłady pod nim w poprzek łóżka). Był dzień, kiedy zmieniałam prześcieradło trzy razy i wtedy mnie olśniło (dopiero tydzień temu). Przecież mogę kłaść dodatkowy podkład na prześcieradło. Super. Od tego momentu zmieniałyśmy prześcieradło tylko po umyciu matki, czyli dwa razy w tygodniu. I byłyśmy z opiekunką we dwie, co niezmiernie ułatwiało pracę. O zmianie pampersów i myciu nie będę tu pisać, ale był moment, kiedy zużyte zostały trzy pampersy podczas jednej zmiany. Ten ostatni to już był szczyt pecha. Kiedy jeszcze raz umyłam matkę i podłożyłam trzeci suchy pampers, podniosłam ją lekko w górę a na króciutko ona sama trzymała biodra w górze, przegięłam się nad nią i chwyciłam szybko brzegi pampersa, żeby je wyciągnąć spod niej. W tym samym momencie matka całą bezwładnością opadła i duża część pampersa została mi w ręce (impet wyciągania= rozerwanie). Nawet za bardzo nie zaklęłam. Człowiek robi się taki obojętny. Nie było wyjścia i już bez przygód, założyłam czwartego pampersa. Zmian koszulki też wymagała ode mnie wysiłku. Na leżąco matka wkładała ręce i głowę w otwory, ale już obciągnięcie koszulki wymagało podciągnięcia bezwładnego tułowia do pozycji siedzącej. I znowu jedną ręką podtrzymywałam bezwładną matkę, a drugą ściągałam szybko koszulkę na ciało. Po tygodniu miałam nadwyrężony prawy nadgarstek, nadwyrężony bark i łokieć w lewej ręce, rwę kulszową w lewej nodze i bolał mnie cały pas miednicy. Wstawałam jak stara babcia. Dopiero maści i przeciwbólówki postawiły mnie trochę na nogi. Wszystkie pokarmy rozgniatałam lub miksowałam. Karmiłam małą łyżeczką, poiłam z kubka z dziobkiem. Każde rano trzeba było matkę „oklepać’, żeby jej w płucach nic nie zalegało, umyć twarz i oczy, które ropiały. No i te pampersy. W życiu nie przypuszczałam, że człowiek potrzebuje tylu pampersów. Ponieważ było zalecenie dopajać matkę i na dobę powinna pić 1,5 do 2 litrów płynów, ganiałam zmieniać te pampersy nieraz i 7 razy dziennie. Liczymy: powiedzmy, że normą jest 5 pampersów na dzień x30- wychodzi 150 pampersów miesięcznie. I tyle samo do wyrzucenia. No i zużyte podkłady. Wory śmieci. Nie wiem, czy pisałam już o tym, matka uzyskała w skali Barthel 5 punktów na 25 możliwych. A to oznacza, że w ogóle nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Te 5 punktów dotyczy jedzenia. W szpitalu uznali, że matce można posmarować kromeczkę, a ona już sama ją zje. Śmiechu warte. Matka nie potrafi siedzieć, kromeczki utrzymać w ręce oraz trafić z nią do ust. Tak naprawdę, to matka na 25 punktów uzyskała 0 punktów, dotyczących samoobsługi i poruszania się oraz jedzenia.
Nie piszę tego, żeby się użalać, skarżyć. Teraz dopiero widzę, kiedy zaczyna się tworzyć czasowa perspektywa, że to wszystko… no można połapać, można wytężyć siły… można znaleźć czas… wszystko można, tylko jakim kosztem. Przecież ja od 3 lat nigdzie dalej nie wyjechałam. Cały czas w pogotowiu, cały czas w „trosce”, cały czas na kombinowaniu, jak to wszystko zgrać. Przecież ja oprócz tego bez przerwy pracuję ”na etacie”. Kiedyś na uczelniach, a teraz we własnej firmie.
W czwartek rano seniorka przeprowadziła się do innego domu. Byłam tam potem. Warunki świetne. Jasno, czysto, wesoło, kolorowo. Dużo ludzi na wózkach, obok pielęgniarki i rehabilitantki. Atmosfera przyjazna- to się czuje. Pensjonariuszy tylko 30. Podpisywałam różne dokumenty i cały czas rozmawiałyśmy z oddziałową. Ponieważ mama pojechała wcześniej, oddziałowa już troszkę jej się przyjrzała. Interesowało mnie w jakiej kondycji psychicznej matkę odnajduje. Ja, z racji tego, że cały czas z seniorką przebywałam, nie miałam dystansu. Matka raz mówiła całkiem przytomnie, a często bez składu i traciła się. Miała też momenty „zawieszenia”. Zastygała, gubiła się, nie można było do niej dotrzeć. Oddziałowa określiła stan matki jako średnio zaawansowaną chorobę Alzheimera. I dodała, że to się będzie posuwać dosyć szybko. Faktycznie, przez ostatnie dni matka zachowywała się raczej dziwnie. Przesuwała w rękach skraj kołdry z prawej strony w lewą i z powrotem. Kołdra cała na piersi, nogi lodowate. Kładłam na nie  koc, a kołdra była poprawiana i „do dyspozycji”. Przecież nie będę jej tej kołdry wyrywać. Raz to był żakiet do przeszycia, raz szal do wykończenia. Kłóciła się ze mną o druty, nożyczki (koniecznie miałam jej podać). Dwa razy w jednym dniu rozebrała się „do rosołu”. Globalne przebieranie, ścielenie łóżka. Przeciętnie byłam u matki co godzinę sprawdzić, czy wszystko w porządku. Ostatni raz zawsze przed spaniem, gdzieś około 23. Ona kolację jadła około 18tej i zasypiała. Nie była specjalnie agresywna, ale parę razy zostałam poszczypana i podrapana. Kilka razy znienacka strzeliła ręką w kubek i bryzgi leciały na ręcznik, który jej przed jedzeniem zakładałam jak śliniak. Przytrzymywała również zębami łyżeczkę i nie mogłam jej wyjąć z jej ust. Bardziej uciążliwa była ta bezwładność i częsty upór, brak reakcji na prośby czy polecenia. Niby się odwracała, ale tylko troszeczkę, podciągała- troszeczkę, a potem zastygała i koniem nie ruszy. Czy się denerwowałam? Bardzo, ale w środku. Nauczyłam się, że to choroba i matka raczej nie kontroluje swoich zachowań. Trudno czasem było powstrzymać się od kontrreakcji, ale dałam radę i uważam to za moje małe zwycięstwa. Jednak z czasem rosła we mnie zrezygnowana obojętność i bezsilność. Doszłam do stanu, kiedy przestałam wierzyć, że kiedykolwiek to miejsce się zwolni. Dochodzę do wniosku, że chyba zaczynała się u mnie depresja. Taki wstępny etap. Bezsilność, zdołowanie, brak wiary i obojętność. Myślę- nie szukam usprawiedliwienia, chociaż z drugiej strony jest to chyba naturalne- że nie dałabym rady dalej się nią opiekować. Podziwiam, naprawdę podziwiam osoby, które zdecydowały się opiekować swoimi leżącymi, chorymi bez pełniej świadomości, bliskimi. Nie myślę tu teraz o niepełnosprawnych dzieciach i ich matkach. To zupełnie inne relacje i inny rodzaj „poświęcenia w opiece”, chociaż praca i cierpliwość ponad ludzkie siły. Mnie chodzi o opiekę nad dorosłymi: teściami, rodzicami, mężem lub żoną. Pewnie jeszcze nie raz tu o tym napiszę, bo to we mnie tkwi bardzo głęboko. Od bardzo dawna zostałam „zawłaszczona” (do pomocy i opieki) przez rodziców, a zwłaszcza matkę. Potem te 5 lat, dzień i noc, opieki nad nią. To tak szybko nie zejdzie.
Na razie zostałam wrzucona „w odwyk” i powoli, powoli… zaczynam wkraczać w normalne życie.



sobota, 19 kwietnia 2014

Filcaki i reszta



Choć czasami jest bardzo, bardzo źle, to jeszcze nie jest tragicznie. Wieczorami, kiedy padam na tzw. pysk, muszę odreagować, a ponieważ było zapotrzebowanie na drobiazgi dla pewnego cieszyńskiego żłobka, to zrobiłam trochę filcaków. Fajna zabawa. Mam nadzieję, że się spodobają dzieciakom. Dostaną je absolwenci żłobka, czyli trzylatki.
"Po drodze" przygotowałam dla pewnej młodej damy poduszkę, ale muszę ją jeszcze zszyć. Motyw  Sue tak mnie zafascynował, że kupiłam sobie ekstra książkę z szablonami i wskazówkami. Ha, ha, ha…. po angielsku. Jednak moja wyobraźnia oraz podstawowe umiejętności szycia wystarczają i pierwsza dziewuszka gotowa. Już wiem, że nie będę się rzucać na pikowanie i quilting, bo jestem w tym zbyt cienka, ale takie zwykłe aplikacje też są fajne.
Młoda dostała etui na okulary przeciwsłoneczne i świąteczną kurkę. No i pracuję nad następnym crazy. Nie wiem tylko czy to będzie poducha, czy jakiś „kilimek” na ścianę. Marzy mi się taaaaka ogromna gęś, wykonana z pastelowych skrawków i wykończona w stylu crazy. Tak więc nie tylko wielkimi problemami Jaskółka żyje.
Wszystkie szablony na filcaki pochodzą z rosyjskich stron w Internecie i trochę je zmodyfikowałam..
Zdjęcia kurki chyba nie zrobiłam.
 Ten w oryginale nie ma długich uszu. Biały jest oryginalny, ale nie ma pępka.
Oryginalne nie mają ogonków. Te są z filcowych kulek
 Myszy mają inne ogonki i inne uszka. Zajączek w oryginale nie ma ogonka i uszy ma trochę inne.
 Kot paskuda.Szyty jako ostatni, a najwięcej dał mi popalić W oryginale ma inny nos. A w ogóle nie przyjrzałam się szablonowi, wykroiłam i... same zaszewki szyłam. W każdej łapce po cztery, na łebku cztery ... teraz wiem, że można tego kocura prościej uszyć.


piątek, 18 kwietnia 2014

Dlaczego nie chcę...




Wielu dziwi się, dlaczego sama opiekuję się matką i dlaczego nikt z rodziny mi nie pomaga. Tak wyszło, bo to wszystko ma początki gdzieś tam w naszym dzieciństwie. Moja siostra zawsze była niepokorna, buntownicza w tym dosłownym znaczeniu. Czasem o takim zachowaniu mówi się- krnąbrna. Z takim dziećmi trzeba często stanowczo postępować, a moja matka raczej nami niezbyt się przejmowała, stosowała tzw. „zimny wychów” i nie bawiła się w delikatności (urodziła nas, bo wtedy się rodziło dzieci, dzieci wypadało mieć, albo „rodziły się’ i już). Toteż często w domu były awantury (moja matka- pedagog- uważała, że my  w ten sposób wypracowujemy umiejętności walki o siebie). Wszyscy ze wszystkimi kłócili się. Najbardziej jednak siostra, która jest najstarsza i z tej racji zawsze uzurpowała sobie większe prawa. Odkąd też pamiętam, stosowała wobec nas- mnie i brata- mobbing najczystszej klasy, podlany zazdrością i zawiścią. Zawsze, według niej, ja miałam się najlepiej, mnie rodzice hołubili, ja dostawałam więcej. Mojego brata podobnie podsumowała, z tym, że jego wyraźniej lekceważy. Ja, jako dziecko, stosowałam, zapewne intuicyjnie  (a i charakter mam zupełnie inny), inną taktykę, żeby w tym wiecznie rozawanturowanym domu przetrwać. Nie buntowałam się jawnie, wszystko starłam się robić ponad przeciętnie (miałam straszliwe poczucie winy, kiedy coś mi nie wychodziło), za wszelką cenę chciałam zaspokoić oczekiwania rodziców. To był mój sposób na „święty spokój”. No i wypracowałam sobie bicz na samą siebie. Siostra, zwolniona przez całą rodzinę od jakiejkolwiek odpowiedzialności za stosunki w naszej rodzinie- „a wiesz, jaka ona jest”, „a wiesz, że z nią trudno wytrzymać”, „ wiesz ona już się nie zmieni”- darła koty z rodzicami na każdym kroku. Potem zamieszkaliśmy w „kołchozie” czyli w bliźniaku. Rodzice na parterze, ona na piętrze- w jednej części, my w drugiej (mam przejście do mieszkania rodziców, bo cały czas odkąd tu mieszkam, pomagałam im). Zawsze bardzo mnie interesowało, dlaczego, skoro tak jej było źle z rodzicami, nie odcięła się od nich. Był moment, że miała możliwość wyprowadzenia się. Miała dużą pensję, mogła być niezależna zupełnie. Zamieszkała w tym samym budynku i zrobiło się piekło. Dość powiedzieć, że po śmierci ojca przyszli z bratem do mnie i oznajmili mi, że skoro ja się z matką dobrze dogaduję, a one się nienawidzą, to od teraz ja się będę matką opiekowała – sic! Zgłupieliśmy z Jaskółem tak, że nie zaprotestowaliśmy, chociaż wszyscy wiedzieli, że cały dom z parcelą rodzice przepisali na siostrę z tzw. wymówkiem, czyli dożywotnią opieką nad nimi (siostry). Oczywiście miałam dysponować emeryturą matki (ale wszystkie rachunki z niej płacić i jeszcze pokrywać część opłaty za opał). Od początku siostra zaczęła traktować matkę, w jej własnym mieszkaniu, jak lokatora. Nie zrobiła nic, żeby je wyremontować- wszystko my robiliśmy na koszt matki. Emerytura wysoka- nie kłóciłam się.  W pierwszych latach parę razy, kiedy wyjechaliśmy na dwa-trzy dni, matkę doglądała (częściej to robiła nasza Młoda), ale potem zhardziała. Kiedyś, kiedy jeszcze pracowałam na uczelni, potrzebowałam, żeby zajrzała do niej w sobotnie popołudnie. Usłyszałam, że musi się zastanowić. Oooooo… przełknęłam. Popilnowała. Potem zdarzyło się, że telefonicznie zgłosiłam jej potrzebę opieki nad matką w danym dniu- ona nie może, bo nie ma czasu, bo coś innego zaplanowała. Spróbowałam jeszcze raz, ale w odpowiedzi usłyszałam trzask słuchawki. Noż…. Nie muszę chyba pisać, co poczułam. Jak smarkacza. Taki sam numer wyciął szwagier. Postanowiłam nie prosić. Nie miałam sił do takich numerów. Potem, przy okazji płacenia za opał, powiedziałam siostrze, że może sobie wziąć tę emeryturę ( o którą była zazdrosna, bo ja to teraz sobie żyję) razem z dobrodziejstwem inwentarza, czyli z opieką nad matką. Dwa razy usłyszałam (ostatni raz w styczniu tego roku):
- Nie, tak to ja nie chcę… nie… tak to nie- zdecydowane to było.
No to, co ja jeszcze miałam mówić? A kiedy w lutym z matką było źle i zatelefonowałam do niej, bo chciałam, żeby przyszła naradzić się, co dalej, usłyszałam, że ona wyjeżdża, jej to nie interesuje i mam sobie sama podjąć decyzję. Łup słuchawką. Myślałam, że jednak zejdzie i pogada. Nie, nie zainteresowała się w ogóle. Nie zainteresowała się również po swoim przyjeździe, kiedy matka była już w szpitalu. OK. Podjęłam decyzję sama- decyzja o ZOLu. Brata tylko poinformowałam o tym, co postanowiłam. Kiedy mama wróciła ze szpitala do domu, rozdzwoniły się telefony od ciotek: „To niemożliwe, żebyś sama, twoja matka ma troje dzieci, powinnaś poprosić….”. Taaaaaaaaaaaa…. Ja „poprosić”….No i akcja zakończyła się tym, że siostra przyszła do mnie „na rozmowę”. Zaczęła ją od słów, wygłoszonych z ogromną pretensją:
-Powiedz mi dlaczego nie poprosiłaś o pomoc. Trzeba było przyjść i….- diabli mnie wzięli… zaczęłam wrzeszczeć, tak, wrzeszczeć. Wygarnęłam, co o jej chęci do pomocy sądzę. Zakończyło się to total awanturą. Potem była jeszcze awantura telefoniczna, w której usłyszałam jak to mi dom nowy wybudowano, a jej starą stuletnią ruderę przepisano, jak to ojcem się nie opiekowałam i że ona zawsze chciała mi pomóc, ale powinnam ją o to poprosić. Ble…ble…ble… powiedziałam, że teraz, kiedy mam to poukładane i ZOL załatwiony, to teraz dziękuję! I nie będę prosić, bo to ona sama powinna zaproponować pomoc przy jej własnej matce. MATCE!
I do brzegu, jak mówi Klarka. Ja nie jestem petentem, reprezentującym matkę i jako petent nie będę prosić siostry o pomoc przy opiece nad jej matką. A ona tak mnie traktuje. Sytuacje są takie, że oprócz proszenia powinnam chyba jeszcze napisać podanie w trzech egzemplarzach i odczekać dwa tygodnie na  łaskawą decyzję, a potem dostać odpowiedź odmowną, bo ona musi się zastanowić, a teraz nie może, bo teraz wyjeżdża, a teraz ma co innego na głowie.
I jeszcze jedno- ja się po prostu boję tej jej opieki nad matką i jej pomocy.
Zrobię teraz dygresję.
Wczoraj byłam u fryzjera. Nie było mojej fryzjerki, która już wie jak mi ciąć włosy. Była nowa. Usiadłam na fotelu i mówię, jak ma mi włosy przyciąć. OK., wysłuchała i zabrała się do pracy. Widzę, że robi nie tak, jak chcę
- Proszę mi z tyłu nie cieniować, tylko zostawić takie długie, a tylko podciąć- mówię zaniepokojona
-Ja na początku usłyszałam, co pani mówi- pani jest niewzruszona- Ja 25 lat jestem fryzjerką, wiem, co chcą klientki.
- A tu z przodu grzywkę przyciąć i wycieniować, z boku proszę zostawić pazurki- jestem coraz bardziej zaniepokojona, bo pani wyraźnie strzyże mnie na męsko, a tego sobie nie życzyłam. Poza tym niemiłosiernie mnie tym czymś do cieniowania szarpie.
- Dobrze słyszałam, co pani mówi, ja mam doświadczenie- pani zgryźliwie się uśmiecha i mi „pieprzy” ze stoickim spokojem fryzurę. Powinnam wstać i wyjść- taaaaaaaa, gdyby się dało.
No i wróciłam do domu wściekła, bo mam włosy przycięte nie tak, jak chciałam.
Wracając, moja siostra kończyła pomaturalkę dla położnych, teoretycznie zna się na pielęgnacji. Tylko… leżąca, stara matka z Altzheimerem to nie współpracująca ciężarna. Moja siostra jest gwałtowna, niecierpliwa. Kiedyś miałam próbkę, kiedy „poganiała” matkę do stołu, gdy ta jeszcze jadała przy nim posiłki, a nie mogła nałożyć kapci, bo już miała niezborne ruchy. Ja sobie nie wyobrażam, kiedy mówię siostrze jak ma mi pomóc zmienić prześcieradło (mam już te wszystkie rzeczy logistycznie opanowane), a w tym momencie słyszę zniecierpliwione: wiem, nie jestem małym dzieckiem, kto tu jest siłą  medyczną…” i w ten deseń, po czym odbyłoby się przepychanie, szarpanie i zniecierpliwione gesty wobec matki- siostra bardzo, bardzo nie lubi swojej matki (nie napiszę nienawidzi, bo nie wiem). Siostra jest zupełnie taka sama, jak ta fryzjerka. Ona ma doświadczenie, ona wie lepiej, ona słyszy lepiej i ona będzie robiła po swojemu. A że schrzani robotę i potem tylko kupa nerwów oraz "naprawiania"- nieważne.
Chcę matce, przede wszystkim matce, i sobie oszczędzić tych dodatkowych nerwów oraz przykrości. W dodatku matka nie zawsze chce współpracować. Często leży nieruchomo i nie drgnie. Moja siostra nie przyjmuje do wiadomości, że ona jest chora. Według mojej siostry, matka jest złośliwa i uparta świadomie. Przy matce trzeba mieć dużo cierpliwości. Ja często muszę się hamować, a staram się już być „twarda” w środku. Nieraz się poryczę przy zmianie pampersa, ale nie zdarzyło mi się niepotrzebnie szarpać matką (strasznie trzeba się hamować, ja też mam ludzkie odruchy wrzasnąć, trzepnąć, popchnąć, kiedy już jest się bezsilnym). Tu nie może być złości. To nawet jest w moim interesie, bo jak tylko okażę gniew czy zniecierpliwienie, to matka zamyka się i w ogóle nie współpracuje.
To powinno wyglądać w ogóle inaczej. Przecież moja siostra mogła przyjść  i powiedzieć: Słuchaj, dobra, umówmy się, że ja ci w taki i taki sposób pomogę, a ty będziesz to i to robiła. Umyć okna, posprzątać mieszkanie matki, zrobić zakupy, kiedy my nie możemy, posiedzieć, albo tylko doglądnąć co jakiś czas. Ale nie może być tak, że ona mi pomaga warunkowo- tylko wtedy, kiedy ona „może” albo „zechce”, a nie wtedy, kiedy trzeba. Nawet jak była ostatnio niczego nie zaproponowała- ona naprawdę czeka, kiedy ja „poproszę”. Aha…. Ciotki nic nie wskórały… ona nie pomoże sama od siebie, a ja jakoś sobie radzę sama i nie mam zamiaru być „petentem” z czapką w ręce.
Chyba nie muszę więcej dodawać, dlaczego nie chcę już pomocy.