niedziela, 25 maja 2014

Jak nie piorun to....



Wtorek- chodzę po piwnicy i „podziwiam” bałagan, jaki w niej zaistniał od zeszłego roku. Co ją posprzątamy, to przez jakiś okres bałagan się koci. Tu coś na szybko złożymy, tam położymy, tu „na chwilę” postawimy regał do malowanie, a w innym kącie na króciutko upchamy deski itd.  Więc chodzę po tej piwnicy i planuję sobie pracę na letnie upały. Co chwilę wzrok mój pada na jakiś kawałek kabla, rurki czy sznurka. Cholewcia, myślę sobie, wyglądają niektóre jak żmija. Fuj- żmija w piwnicy? Głupie pomysły. Wychodzę zniesmaczona swoimi myślami na słońce i po chwili zapominam o tym.
Czwartek, wczesny wieczór, około 18tej. Po całym dniu „szaleństwa” w domu i ogrodzie siadam na tarasie. Jaskół przybija listwą nową wykładzinę. Beza buszuje pod ścianą, z drugiej strony balustrady. Poszczekuje. Doskakuje do czegoś. Nie chce mi się wstać.
- Zobacz, na co ona tak się wścieka- mówię do Jaskóła. Odrywa się od posadzki i przechyla przez balustradę, oplecioną grubymi „linami” winobluszczu.
-Nic nie widzę. Beza… Beza!- upomina psa ostro. Beza powarkując przychodzi na taras.
Jaskół przechyla się jeszcze bardziej. Słyszymy cichy syk.
- To na mnie syczy- nachyla się dalej. Słyszę głośniejszy syk. Jeszcze mój umysł nie reaguje.
- To może być ptak, albo żmija….- mówię i nagle do mnie dociera. Jezus Maria- ZMIJA! Wpadam w lekką panikę
- Widzę to!- Jaskół zaczyna się denerwować- To wpełzło pod taras.
-Miało zygzak?! Duża była?!- zaczynam tracić nad sobą panowanie. Dwa zwierzaki doprowadzają mnie wręcz do paniki- pająki i gady. Nad wstrętem do pająków jakoś panuję, nad strachem przed żmiją- nie. Szybko myślę- w sobotę mamy klasowe ognisko. Będzie sporo ludzi- niech ktoś niechcący rozdrażni gada… albo my… grabiami…Rany!  Ale głównie… JA NIE CHCĘ MIESZKAĆ, Z GADEM!!!!!!!
-Dzwonię- mówię spanikowanym głosem i czuję jak dostaję gęsiej skórki.
- Ale gdzie?- Jaskół zastanawia się.
- Gdziekolwiek. Na policję. Oni wiedzą, co w takich sytuacjach robić.- biorę słuchawkę do ręki i wystukuję numer policji. Szybko zgłasza się dyżurny powiatowy.
Zdenerwowanym głosem przedstawiam się i mówię, że mamy pod tarasem żmiję.
- A jak ona wygląda?- dyżurny pyta i słyszę w jego głosie śmiech.
- Nie wiem, nie wiedziałam jej, ale jest wściekła, bo syczy, wpełzała pod taras. Mąż widział- głos mi się ze zdenerwowania łamie.
- Ale co ja pani poradzę- jeszcze próbuje podśmiewać się ze mnie. Gdybym nie była tak spanikowana, to pewnie powiedziałbym mu „maleńkie” co nieco.
- Nie wiem, to wy wiecie, co się w takich przypadkach robi- mówię jeszcze bardziej zdenerwowana, bo czuję, że mnie zbywa, a wizja żmii pod tarasem paraliżuje mnie. Nie wyjdę do ogrodu dopóki ktoś gada nie usunie.
- No dobra, niech pani dzwoni do straży, oni takie rzeczy załatwiają- kończy dyżurny.
OK, dzwonię i znowu tłumaczę, co się dzieje. I znowu ta sama śpiewka.
- A jak ona wygląda?- pyta dyżurny strażak
- Nie wiem, syczy i jest wściekła. – jest mi wszystko jedno czy wychodzę na idiotkę, czy nie. Potrafią małe kotki z drzew ściągać, niech mi gada wywleką spod tarasu. Porosi o dokładny adres i oznajmia, że zaraz przyjedzie ekipa. Czekamy. Ja prawie słaniająca się ze strachu, Jaskół przy kompie szuka informacji na temat gadów. Dwa wchodzą w rachubę- żmija zygzakowata i zaskroniec. Jakół może gada poznać jedynie po kolorze i długości, bo szybko przepełzał za rynną pod taras. Nie widział zygzaka, ale w pewnym momencie gad podniósł łepek i zasyczał mocno.
Czekamy. Mija pół godziny. Ja nadal spanikowana, że nas zlekceważono i będziemy musieli w niepewności teraz żyć. Nagle słyszymy syrenę. Pod bramę podjeżdża wielki wóz bojowy „na kogucie”. Jesteśmy lekko wygłupieni. Ale heca, jak do pożaru. Są. Po chwili na trawniku zjawia się trzech strażaków w pełnym rynsztunku bojowym, z łopatami w rękach. O matko! Patrzę na te łopaty zszokowana. Wydawało mi się, że raczej jakiś aparat do wykurzenia gadziny przysmyczą. Tłumaczymy o co chodzi. Chwilę stoją niezdecydowani. Patrzą jak się dostać pod taras, ale z tym sprawa nie jest łatwa. Taras jest 30 cm nad ziemią, ogromny. Długi na cztery metry, a szeroki na prawie trzy. Z jednej strony zarośnięty konwaliami, z drugiej pnączem o grubych pędach. Jestem tak zdesperowana, że gotowa jestem całe zielsko poświęcić, byle tego gada stamtąd wyciągnęli.
-Wcale się nie dziwię. Macie tu idealne warunki dla zaskrońców.- Szef rozgląda się po ogrodzie.
- A jak to nie jest zaskroniec?- pytam
- Żmije boją się ludzi. Raczej wygląda mi to na zaskrońca- mówi głównodowodzący i patrzy na mnie wyczekująco. Pewnie ma nadzieję, że mnie uspokoi i akcja na tym się zakończy. O, nic z tego. Nie będę tu z nieokreślonym gadem mieszkać. Jaskół też czeka, co zadecyduję. Jasne….
- A jak to będzie żmija i w trakcie prac, niechcący nadepniemy jej na ogon, albo Bezka ją rozdrażni?- Nie ustępuję- Wtedy dopiero będzie kłopot i draka. Jestem zdesperowana i to widać. No co, wcale nie mam zamiaru schodzić z tego padołu łez jak Kleopatra. Szef westchnął, wysłał kolegę po latarkę, rymnęli na kolana i zabrali się do polowania.  Trochę zawahali się przy konwaliach i róży.
- Możecie panowie robić z tym, co chcecie. Ja chcę wiedzieć, co tam wlazło. Równocześnie poprosiłam Jaskóła, żeby pozamykał okienka w piwnicy, bo może się tam gad ewakuować, kiedy mu się odetnie drogę do ogrodu.  I przypomniały mi się moje głupie myśli z wtorku. No cóż- piorun „na życzenie” strzelił w brzozę, to dlaczego gad w piwnicy nie może zamieszkać? Brrrrrrrrrrrrr…
Strażacy bardzo się starali, ale w takich warunkach szanse na wytropienie pełzającego były nikłe. Za wszelką cenę starali się mnie uspokoić opowiadając o zwyczajach zaskrońców, bo podejrzewali, że to on się przyplątał pod taras.  Zeszłam na trawnik zrezygnowana. Sama widziałam, że to jest bez sensu. Zaczynałam się przyzwyczajać do myśli, że będziemy teraz z gadem współegzystować. Byle na pokojowych warunkach.
- A tu macie państwo jeża. Oooo…..- kucający strażak oświetlił zwiniętą kolczastą kulkę- Nie ma śladów pełzającej żmii. Na tym suchym pyle byłyby takie odciśnięte rowki. Na pewno nie ma tu gniazda- dodał pewnym głosem.
Faktycznie, oświetlona sucha ziemia była gładziutka, a na niej leżał jeż.
Jeż i żmija….myślałam intensywnie. Czy żmije wcinają jeże? Czy on miał tam prawo być, jeżeli gad też tam jest? Co tam się będzie po zmroku działo? I czy Beza wykryłaby gada, gdyby zamieszkiwał wcześniej ogród?
Strażacy zbierali łopaty, kończąc akcję.
-A nie macie czegoś do wykurzenia gada?- miałam nadzieję, ze może myśl im podsunę i jeszcze zadziałają.
-Niestety- tylko takie rzeczy, pokazał łopaty i latarkę.
Pakowali sprzęt do wozu, a ja bardzo mocno pracowałam nad przyzwyczajaniem się do myśli, że to coś tam może nadal być i teraz trzeba uważać. Szef spisał jeszcze dane i pojechali. A my do Internetu uzupełniać wiadomości o gadach i ich zwyczajach. Po uważnym czytaniu wyszło nam, że

  1. Żmije rzadko podchodzą do siedzib ludzkich, są bardzo płochliwe, nie atakują „same od siebie (tylko w przypadkach próby schwytania lub drażnienia), ukąszenie żmii rzadko prowadzi do śmierci, ale jest niebezpieczne dla dzieci i osób starszych. Widzą tylko ruszające się rzeczy i są krótsze niż to coś, co widział Jaskół. Żmija ma wyraźny zygzak na grzbiecie, trudno ją pomylić z innym gadem. Lubi wygrzewać się na słońcu, najczęściej na suchych kamieniach lub ścieżkach.
  2. Zaskrońce lubią wilgotne miejsca, zamieszkują często ogrody, mniej boją się ludzi, są dłuższe niż żmije, w stanie zagrożenia głośno syczą (a tego nie wiedziałam, byłam pewna, że syczy tylko żmija) lub wyrzucają cuchnącą ciecz. Potrafi też udawać martwego. Rzadko kąsa, ale jest niejadowity.  Naturalnymi przeciwnikami zaskrońca są, lisy, łasice, jeże, ptaki drapieżne, a nawet kosy. Zaskroniec jest barwy ciemnobrązowej, prawie jednolitej, a „za skroniami” ma dwie pomarańczowe plamy. Jest pod ścisłą ochroną. Zaskroniec żywi się dżdżownicami, myszami, żabami, rybami. Łowi tylko zwierzęta poruszające się, nie uśmierca ich, połyka w całości.  Aktywny jest przez dzień, w nocy śpi. Są ogrodnicy, którzy wręcz hodują zaskrońce, bo to niezwykle pożyteczne gady.


No i doszliśmy do wniosku, że to zaskroniec. Ja mam ciągle nadzieję, że tylko odwiedził i już go pod tarasem nie ma. I mam nadzieję, że nie zeżarł go ten jeż, chociaż byłoby to sposób na pozbycie się gada.
Teraz kiedy chodzę po piwnicy to mocno hałasuję, ale do końca nie jestem pewna, czy nie mamy tam nowego lokatora.
A o swoich myślach sprawczych wolę na razie zapomnieć, bo jak tak nadal pójdzie…

piątek, 16 maja 2014

Jeden dzień z życia Jaskółki- woda.



Piątek, godzina 10, 30.
Szuflujemy…. Najpierw do wiader, potem do beczki, a z niej pompa na zewnątrz. Co 40 minut przeciętnie 15 wiader. Nie jest najgorzej, ale nie jest dobrze. Wychodzą braki, które trzeba uzupełnić. Od dwóch lat systematycznie to robimy, ale ciągle jeszcze mało. Na jednorazowe uszczelnienie, czy wymianę posadzki w piwnicy nie stać nas. Jednak z każdym rokiem jest coraz lepiej. Niesamowicie pomogła naprawa rynien i wyprowadzenie wody dalej do ogrodu. Niemniej, przy takiej ilości opadów problem jest nie w wodzie z rynien, a w podsiąkaniu wody przez fundamenty i posadzkę. Mieszkamy prawie na wzgórzu, ale jeszcze trochę za nami jest tego pagórka i stamtąd woda leci drenami na dół stoku. Pisałam kiedyś, że w sadzie, na dole, obok naszego ogrodu, sadownik zarwał ciężkim sprzętem, główny dren i od kliku lat podczas takich opadów  robi się tam staw.
W dodatku: o godzinie 9 rano- zamknięto most na Wiśle w Ochabach (to blisko nas), godzina 10ta,   zamykają most na Wiśle w Skoczowie… W Cieszynie Olza idzie już równo z brzegiem…. Okoliczne rzeczki nie mają już możliwości odbierać wody, bo Wisła zaczyna się w nie cofać. I dlatego u nas woda w piwnicy. Nie ma ona gdzie schodzić.
Idę dalej szuflować. Całą zaplanowaną na dzisiaj robotę diabli wzięli.
11,30
Zamknięto drogę między naszą wsią a sąsiednią. W gminie alarm przeciwpowodziowy. Wisła w Skoczowie zalała 5 domów- przerwała śluzę na mniejszej rzeczce i wdarła się w teren zabudowany.  Mamy dojazd od strony Katowic i od Cieszyna. W 2010 wszystkie drogi wokół wsi były zamknięte. Można było się dostać się tylko do Cieszyna. Na godzinę przestało padać. Mamy świeże relacje od klientów, którzy są z różnych miejscowości w powiecie. W piwnicy –spoko. Dajemy radę. Ostatnia tura- 6 wiader. Zaczyna lać.
12,40
Szuflowanie- 10 wiader- pompa dwa razy chodzi. Rano, kiedy ją montowaliśmy i daliśmy pierwszy zrzut wody z beczki- STOP- zaraz na złączu, pod wpływem ciśnienia wody, rura wypadła. Cała woda poszła na piwnicę…. Tego.. jak to się mówi???? Noż,  kurcze!!!! Poprawka. Idę na pole sprawdzić, czy tam wszystko w porządku. Rura mocno wsunięta w drugą, ta z kolei ułożona na rynnie. Rynna, ma dobry spad…. Jedziemy… woda poszła i…. STOP. Na końcu zrobił się zator z liści, kory i już sama nie wiem z czego- przez rok nikt tam nie zaglądał. Cała woda poszła na boki. Trzeba to usunąć, tylko, że…. Koniec rynny z tym całym wiechciem jest pod bardzo niskim krzakiem i żeby się tam dostać trzeba ”na kolana”. „No i rób tu sobie wczasy”- rymnęłam na kolana w to mokre igliwie,  przesunęłam się pod twardą gałęzią, zwisającą 40 cm nad ziemią i prawie na brzuchu, usunęłam to paskudztwo. Bezka, myśląc, że się bawimy, dzielnie mi sekundowała, liżąc po nosie i próbując pogryźć jej ulubione czerwone gumowce, które były na moich nogach. Wygramoliłam się z trudem stamtąd. Boszszszszsz… w moim wieku, jak młódka, po krzakach w takiej pozycji się tłuc. Woda poszła i prawidłowo spłynęła w dalsze części ogrodu. Uffffff….Siąpi.
14.00
Następna porcja. Mocno wybraliśmy, ale czuję, jak kręgosłup mi siada. Ostatnie szufle wody  już w kucki zbierałam. Sytuację mamy opanowaną dzięki tak częstemu wybieraniu wody. Kiedy tylko nachodzi mnie zwątpienie, przypominam sobie rok 2010 i ówczesną powódź na tych terenach. Wtedy mieliśmy w piwnicy wodę do pierwszego schodka (około 15 centymetrów na prawie całej powierzchni. Tylko jedno pomieszczenie miało suchą podłogę, a ze schodów schodziło się wprost do wody. Wtedy ja szuflowałam do wiader, a Młoda z Jaskółem wynosili te pełne wiadra przed dom, daleko na trawnik. To była udręka. Kupiliśmy wprawdzie pompę przez Internet, bo w sklepach zabrakło, ale nim przyszła, to trzy dni tak zaiwanialiśmy. No to co ja teraz narzekam?
Wisła przed Strumieniem nieco opadła. Niestety, tylko dlatego, że woda uszkodziła śluzę w mniejszej rzeczce w Skoczowie i  teraz zalewa tam domy. Dla nich nieszczęście, dla nas trochę ulgi, bo zbierze wodę z okolicznych rzeczek i może nam tu się trochę jej stan w gruncie obniży.
Lekko pada.
15.30
Spacer po ogrodzie. Mocno pada. Biorę parasol i idę, bo trzeba Bezce trochę łapy przeczyścić. Ufifrała się po łokcie przy kopaniu dziury pod cisem. My wylewaliśmy wodę, ona kopała. Idę przez mokry ogród i myślę o tych ludziach ze Skoczowa, którym Wisła domy zalała. Straszne. Zastanawia mnie „wiedza” reporterów TVN24- Skoczów koło Bielska-Białej- No litości…. Skoczów koło Cieszyna. Gdzie tam jeszcze do Bielska-Białej. I nie wały puściły, a właśnie ta śluza. Na dole  ogrodu sprawdzam, co w sadzie. Stawek się poszerza, po miedzy, w naszym ogrodzie płynie strumyk. W zeszłym roku dzwoniłam do Spółki Wodnej i opisałam sytuację. Kiedy padają deszcze, woda zalewa naszą piwnicę, bo nie ma gdzie spłynąć. Główny dren w sadzie zarwany. Tak- przyjadą, tak- porozmawiają z sadownikiem. Potem jeszcze raz dzwoniłam- rozmawiali. I tyle. Nikt nic nie zrobił, a woda nie ma gdzie odchodzić. Teraz napiszę oficjalne pismo.  Próbuję Bezę „wciągnąć” w wysoką trawę, w środku lasku. Nie ma mowy. Idzie dumna środkiem wykoszonej miedzy i ani na mnie spojrzy. Nagle zrywa się za młodym kosem. Wołam ją i, kiedy przelatuje obok, walę parasolem po grzbiecie. Lekko się zawahała. Kos bezpiecznie wylądował na morwie. W ogródku zeszła woda, która stała między grządkami, ale znowu leje i chyba ponownie się pojawi. Nie  wiem, do czego się zabrać. Za chwilę chyba znowu zejdę do piwnicy.
17.30
Następna runda za nami. Nie jest źle, ale woda pojawiła się w dwóch następnych piwnicach. Przy okazji dowiadujemy się,  gdzie „uszczelniać”. Wyszła też następna usterka, sprokurowana przez majstra od chodników. Przy montowaniu rury odprowadzającej ścieki, naruszył zewnętrzną izolację ściany piwnicy i teraz widać, jak w tym miejscu przesącza się woda i spływa po ścianie na podłogę. Teraz należałoby odkopać ziemię na około 0,6m głęboko, zasmarować ścianę substancją izolującą i zasypać na nowo.  Mogę już przykląć? Cały czas, jak to piszę, trzymam jęzor na uwięzi, ale w głowie brak cenzury. Albo może nie, bo jak ostatnio sobie pomyślałam: „Niech to szlag trafi”- to piorun uszkodził brzozę. A może ja mam jakąś siłę sprawczą na to hasło?
21.00
Ostatnie szuflowanie. Kiedy poprzednim razem (około 19tej) zeszłam do piwnicy, usłyszałam, że gdzieś woda ciurkiem leci. W piwnicy, gdzie nie ma kranu. Wchodzę tam i co widzę? Z rury przygotowanej do podłączenia nowego osadnika leci ciurkiem na podłogę woda.  Tym razem rzuciłam głośno „panienką”. No sory… każdy ma swoją wytrzymałość. Podstawiłam szybko wiadro i wołam Jaskóła, bo mi się w głowie nie mieści, że z rozdzielnika, który jest w trawniku cofnęło wodę do piwnicy. W tym rozdzielniku w ogóle nie powinno być wody. No co? Kolejna fuszera majstra od chodnika. Widocznie nie dał uszczelki pod pokrywę i górą nabrał do pełna, bo inaczej nie weszłaby woda do rury. Jaskół przyszedł, zaczął szukać zatyczki na rurę, bo ponoć była. Szukaliśmy i nic. W końcu wzięłam rurę-kolanko, wepchnęłam ją w tę cieknącą,  otworem do góry, i woda przestała lecieć. Zaczęłam szuflować. W przerwie jeszcze raz poszukałam zatyczki. Znalazłam. Inny majster, który niedawno wymieniał rury w piwnicy, pewnie chciał to kolanko przymierzyć, zdjął zatyczkę i już jej nie nałożył. Jeden problem z głowy.
O 21, 30 zakończyliśmy wodę wybierać. Nie mamy złudzeń. Jutro będzie na całej posadzce w piwnicy, ale nie 10, a 5 centymetrów.
Czeka nas następny dzień szuflowania.

poniedziałek, 12 maja 2014

Piorun



Jest przed południem. Za oknem przelatują ulewa za ulewą. Nagle robi się czarno. Stoję przy stole i studiuję swoje wypociny– rozdział, do II tomu serii, który napisałam 2 lata temu, a nawiedzony dr hab.- redaktor- zarządził na cito poprawę, ewentualne dopisanie jeszcze jakiś treści- ha!ha!ha!
Poprawiam od piątku,  a tu końca nie widać. Stoję przy tym stole i wściekła kombinuję, co by tu jeszcze…. Dwa lata minęły i nagle na zaraz  natychmiast, już. Podnoszę głowę, patrzę przez okno na strugi deszczu. Nagle ogromny błysk i straszny grzmot. Taki suchy trzask. Zdrętwiałam. Nic, dosłownie nic nie zapowiadało burzy. Komputer włączony…może trzeba zamknąć? Czekam na następne błyskawice… cisza. Jeden, jedyny piorun gdzieś blisko strzelił i dalej już nic nie było.
Po południu wyszłam do ogrodu „przewietrzyć” Bezkę. Na niebie ogromne czarne chmury, a między nimi przebłyskuje błękitne niebo. Aparat do ręki, może fajne zdjęcia wyjdą. Najpierw przymierzyłam się do sfotografowania korony akacji, której delikatne, zielone listki niesamowicie wyglądały na tle błękitu. Jednak kontrast był zbyt duży. Zatem odwróciłam się i…..zobaczyłam na trawie to.
Kora… kora z brzozy. Ki diabli, skąd się tu wzięła? Popatrzyłam na pień najbliższej- zamurowało mnie.
A jeszcze wyżej to
Pomyślałam, że to ten piorun strzelił w brzozę, ale dotychczas nie widziałam takich skutków uderzenia pioruna w drzewo. Zazwyczaj drzewo się łamie lub na całej  długości jego pnia leci „szrama”. Wydawało mi się również, że piorun pali korę i powinna ona być zwęglona. A tu świeżutko, czyściutko, żadnego osmolenia. Może jednak nie piorun? Tylko w takim razie co?
Obeszłam brzozę i zobaczyłam, że z drugiej strony też jest kora wyrwana z pnia. Żadne zwierzę czegoś takiego nie zrobi. Sama popękała przy szybkim przyroście pnia? Niemożliwe. To stara brzoza. Więc jednak piorun.


A potem, jeszcze wyżej, zobaczyłam to.
No rozpacz…taka piękna, dorodna brzoza i tak zdewastowana.
W ranach widać wyraźnie pęknięcia. Nie wiemy, czy są one głębokie, czy tylko powierzchowne.
Rany po oderwanej korze są spore i jest ich dosyć dużo. W sumie poważna powierzchnia została naruszona. Zastanawiamy się, czy drzewo to przeżyje, czy potrafi takie rany zabliźnić. Jedyna pociecha, że są one w miarę suche i nie kapie z nich sok.
Na trawie, wśród krzewów i trawy, zostało pełno kawałków kory. Z żalu nie chciało mi się od razu ich sprzątnąć.

Tylko Bezka była zadowolona. Ona uwielbia bawić się kawałkami kory, a tu tyle szczęścia  naraz na trawie leżało.