środa, 26 listopada 2014

Ileż cudów ukrywa...(1)

"Popatrz na mgłę, ileż cudów ukrywa mgła!
Chcesz do nich dojść, lecz niewiele masz szans,
mgła cię pochłonie, ale wiedz - kiedy przegrasz z nią,
zęby zaciśnij i idź jeszcze raz!

Zawsze i wszędzie, nawet we śnie,
pamiętaj, że wygrać potrafisz,
byle we mgle wiary nie stracić,
byle we mgle odnaleźć się!
(...)"
Władymir Wysocki


piątek, 7 listopada 2014

I z "Biedronki" zakwitnie



Najpierw powstał paw, a potem poducha. Powędrowała do siostry jako prezent urodzinowy.


 A tu kolejny kwiat z „Biedronki”. 

Kupiłam dwa gatunki, wsadziłam w doniczki, postawiłam na schodach prowadzących na taras i zapomniałam ich nazw. W obu donicach cebule wykiełkowały. Potem urosły im długie liście i na tym stanęło. Pod koniec września postawiłam na południowym tarasie donice z cebulami do zaschnięcia, a potem o nich zapomniałam. Kiedy przyszły mocno chłodne dni i rankiem zdarzył się przymrozek -3 stopnie, nagle do mnie dotarło, że na tarasie stoją jeszcze donice z amarylisami i tymi dwoma, co to nie wiem, jak się nazywają. Postanowiłam je natychmiast zanieść do piwnicy, niepewna, czy już mrozik szkód nie poczynił. Wzięłam z tarasu skrzynki z donicami i postawiłam w sieni z postanowieniem, że później zniosę je do piwnicy. I tak sobie tam stały pół dnia, a ja koło nich raz po raz przelatywałam, robiąc różne rzeczy. Kiedy w końcu podniosłam jedną z nich, z zamiarem zniesienia do piwnicy, zobaczyłam, że coś różowego wystaje ponad mocno już zrudziałe liście amarylisów. 
 Naprawdę, trzeba mieć oczyska nie powiem gdzie, żeby tego ślicznego kwiatu nie zauważyć od razu i gonić koło niego, jak ślepiec. I żeby było Jeszce śmieszniej, od razu przypomniałam sobie jego nazwę. Ciekawa jestem, czy gdyby ten drugi zakwitł, też na jego widok wróciłaby mi pamięć. Nie mam zielonego pojęcia, co to za kwiatek jest w tej drugiej donicy. Pamiętam, że na opakowaniu było zdjęcie białego.

„Nerine Bowdenii najpopularniejsza odmiana w Polsce spośród tego gatunku. Zarazem sprawia najmniejsze problemy w uprawie , łatwo się rozmnaża. Może być uprawiana w ogrodzie , jak również w doniczkach w domu lub w ogrodzie zimowym. Nadaje się na kwiat cięty.
Kwiaty duże o średnicy do 8-10 cm o wąskich pofalowanych płatkach , bardzo długo utrzymujące się , wyrastają na bezlistnej długiej łodydze.
Kwitnie od lipca do końca września. Wysokość rośliny od 40-70 cm.
Cebule sadzimy tak aby wierzchołek wystawał ponad powierzchnię ziemi w kwietniu, maju. Wymaga stanowiska słonecznego lub półcienistego , gleby ciepłej , przepuszczalnej. Cebule wykopujemy bardzo ostrożnie ze względu na możliwość uszkodzenia( licznych cebulek przybyszowych) po zaschnięciu rośliny , w październiku. Przechowujemy w miejscu chłodnym ok15C.”
 http://www.ogrodkroton.pl/towar.303.nerine.bowdenii.-.rozowa.html

środa, 5 listopada 2014

Jak to z oczyszczalnią było (2)



No i oczyszczalnia zaczęła sobie pracować, a my odetchnęliśmy, bo duży problem spadł nam z głowy. W jeden dzień. Tyle trwał cały montaż. U siostry pracowała inna firma. „Bawiła się” z całym kramem półtora tygodnia. Jasne, że ona miała więcej do zrobienia, ale ekipa przychodziła o 9tej rano i kończyła pracę równo o 16tej. Zawsze mi się wydawało, że taka branża, kiedy jest sezon, to pracuje na cały gwizdek, bo przecież wystarczy parę dni deszczu i robota stoi. Nie wiem, czy to lato było deszczowe, czy nie. Mnie wody przelało się po kokardy. I w piwnicy, i…. w ogrodzie. Po paru dniach deszczowych, zauważyliśmy, że przed kopcem stoi woda. Zrobiła się ogromna kałuża i dopiero po dwóch dniach zniknęła. Nigdy przedtem takiego czegoś nie było. Zasypaliśmy wgłębienie, w którym stała woda. Było to miejsce „pracy” koparki. Ziemia ubita, trochę wklęsła, toteż woda zbierała się w tym zagłębieniu. Po kolejnym deszczu woda zebrała się nieco dalej i znowu była kałuża. Fakt, że kopiec jest usypany jakby w poprzek spadu, ale bez przesady, nie powinien stanowić aż takiej zapory dla wód deszczowych. Po następnych deszczach zobaczyłam, że azalia  oraz magnolia, rosnące obok kopca, mają lekko brązowe liście. I katalpa też. Był sierpień, jeszcze nie czas na żółknięcie liści. Podreptałam za kopiec i doznałam wstrząsu. Za nim stała woda. Nogi ugrzęzły mi w bajorze. Rany….. Postanowiliśmy wykopać rowek, żeby woda spłynęła niżej. Potem wykopaliśmy studzienkę i z niej pompowaliśmy wodę dalej w ogród. Rezultat? Zerowy. Woda ciągle stała i w studzience, i w rowku, i wzdłuż kopca. Wyglądało na to, że cała woda gruntowa pchała się do „wanny” pod kopcem, w której były rury rozsączające. Woda z oczyszczalni też nie miała szans odpływać, więc wszystko to wylewało  się spod kopca. Pompowaliśmy wodę  z tej studzienki codziennie, przez prawie miesiąc i nic jej nie ubywało. Prawo naczyń połączonych. Woda z terenu wlewała się teraz też do studzienki.  Spróbowaliśmy jeszcze „wpuścić’ słońce na ten teren, żeby go osuszało. Kopiec od strony południowej zacieniały ogromne tuje.  Wycięliśmy je. Na cały zalany kawałek terenu, oraz kopiec, weszło światło i ciepło. Po tygodniu stwierdziliśmy, że nic się nie zmieniło. Tylko woda miała teraz większy teren, po tujach, do zalania i bagienko robiło się  coraz szersze.  Rozpacz, no czarna rozpacz.  Coś ekipa schrzaniła i tyle. Brakowało wodzie odpływu. A już na wiosnę, podglądałam, jak montują oczyszczalnię u siostry i zastanawiałam się, dlaczego z poletka rozsączającego wyprowadzili jeszcze jedną rurę w pole. Teoretycznie ziemia w naszym kopcu miała nasączać się wodą z oczyszczalni i potem jej nadmiar miał powoli wsączać się w grunt. A tu nie chłonęło. Cała woda stała w gruncie. Czyli trzeba tę wodę „wyprowadzić” dalej. Rura! Taka sama, jak w oczyszczalni u siostry. Taką trzeba zakopać. Na samą myśl o następnym ryciu ogrodu zimno mi się robiło. Traf chciał, że we wrześniu na zakupy przyjechał szef innej firmy z tej branży. To on najpierw robił nam na wiosnę rozeznanie, podpowiadał, co robić, jednak później coś stanęło na przeszkodzie i wzięliśmy inną firmę. Ciekawski, pochodził wokół oczyszczalni, wokół kopca i jak pochwalił robotę wokół oczyszczalni, tak zaklął, kiedy zobaczył wodę za kopcem. Zapytałam, czy dobra byłaby  rura odprowadzająca wodę w ogród, bo widziałam taką przy oczyszczalni za płotem. Przytaknął. Dobra, połaziłam po ogrodzie, pokombinowałam (Jaskół każdą moją decyzję w sprawie ogrodu akceptuje, dlatego piszę tu tylko o swoich pomysłach). Dużo możliwości nie było, ale chciałam mieć jak najmniej rycia między roślinami. Zadzwoniliśmy do firmy z reklamacją. Nie robili żadnego problemu. Umówiliśmy się na oględziny. Przyjechali, zobaczyli i zgłupieli. Nie spodziewali się, że ziemia zamiast chłonąć wodę, pod jej wpływem tak się zbije. No niestety, taki gatunek gleby. Zrobił się ziemny beton, który wody nie przyjmuje. Z miejsca odkopali kawałek kopca z tyłu. Woda, kiedy poczuła ujście natychmiast wylała się szerokim strumykiem. Potem powoli ściekała.
Zrobili odwodnienie w pół dnia. I znowu szybko, czysto, schludnie. Pociągnęli w wyrytym przez koparkę wąskim wykopie peszel, zasypali żwirem, położyli na żwirze włókninę i to zasypali ziemią.  Przelecieli tak 40 metrów. Nawet nie wiedziałam, że na tych 40 metrach jest aż 40. centymetrowy spad. A to już dużo. Minął tydzień. Woda na razie zeszła i nie wylewa się na boki kopca. Jest piękna, sucha jesień. Mam nadzieję, że kiedy spanie deszcz, nadal nie zobaczę wody w tych miejscach, w których nie powinna się pojawić. A po wycięciu tui, zrobiła nam się piękna przestrzeń ogrodowa. Nie żałuję tej decyzji.

PS. Firma robiła oczyszczalnie  z kopcem na terenie bardzo piaszczystym teoretycznie najlepsze warunki przepuszczalności. Po miesiącu rozpaczliwy telefon od właściciela oczyszczalni- woda zalewa teren. Pojechali. Faktycznie woda stała. Okazało się, ze gleba była piaszczysta, ale piasek pod wpływem wody zmineralizował się w beton. Też robiono odwodnienie. Ta firma robi takich oczyszczalni około 120 na rok. Najczęściej sypią kopce, ale takich przypadków jak nasz i ten drugi, to bardzo rzadko doświadczają.
A ja się już nie dziwię, bo użeranie się z wodą mam chyba wpisane do życiorysu na stałe.
To jest jedyny ślad (oprócz kopca), że na terenie jest oczyszczalnia. Daliśmy lampki, żeby podczas nocnego spaceru nie uszkodzic kominków. Trudno jest się przyzwyczaić do przeszkody na trawniku. Na wiosnę zagospodarujemy ładniej.
Kopiec. Na razie wygląda tragicznie. Poczekamy do wiosny, żeby ziemia siadła. Potem położymy agrowłókninę i obsadzimy roślinami płożącymi. Z przodu zasadzimy krzewy, żeby zasłoniły kopiec od strony tarasu.
Kopiec z tyłu, już po wkopaniu peszla odwadniającego.
Wejście w alejkę sosnową. Tu jest wykopana studzienka, do której dochodzi peszel. Od tego miejsca jest już spory spad.
Miedza, którą poszedł peszel. Trochę podniszczyli korzenie brzóz, ale im to nie zaszkodzi. Mam nadzieję.
Od strony alejki sosnowej.
Taką oczyszczalnię mamy zamontowaną i nazywają ją biologiczną. Czyści ścieki i wypuszcza wodę II klasy czystości. Zamiast kopca może być poletko drenażowe, jeżeli gleba jest przepuszczająca. Montuje się też studnie drenażowe, jeśli gleba dobrze przepuszcza i jest mało miejsca.
Ten typ ma moja siostra i nazywa się go ekologiczny. Tak naprawdę to jest to szambo jednokomorowe z wkładką kermazytową (wstępnie filtruje, ale tylko filtruje gnojowicę), tyle, ze plastikowe i poletko drenażowe, które ma przefiltrować gnojowicę i rozrzedzony ściek ma wchłonąć gleba.. Pozostałości potem (po 10 latach) wybiera się na całej powierzchni poletka.
Nie wiem, dlaczego nazywa się to ekologiczną oczyszczalnią, skoro do gruntu i tak wpuszcza tylko przefiltrowaną, ale nie oczyszczona gnojowicę.








poniedziałek, 3 listopada 2014

Jak to z oczyszczalnią było (1)



Dwa lata temu siostra „wypowiedziała’ nam szambo. Śmiesznie to brzmi, ale nam nie było do śmiechu. Kiedy dobudowywaliśmy nasz dom do starego i „tworzyliśmy bliżniak”, matka zadecydowała, że kanalizację w  naszym dom należy podłączyć do istniejącego już szamba. Powiększyło się go i przez 24 lata dwa domy funkcjonowały „na jednym szambie”. Wywózkę nieczystości płaciliśmy po połowie, więc roczne koszty nie były wielkie. I tu nagle, dwa lata temu moja siostra oznajmiła nam, że mamy się „wyprowadzić” z kanalizacją. Szambo jest na jej posesji, więc nie mieliśmy wyboru. Ona postanowiła zrobić oczyszczalnię ekologiczną i chciała szambo zasypać. Z jednej strony dobry pomysł, bo osadnik znajdował się pod oknami naszych kuchni, a z drugiej szalony, bo mogło sobie ono jeszcze następne 20 lat służyć bez większego uszczerbku na domowych budżetach. No, ale jej ziemia, jej prawo. Najpierw dała nam rok czasu, ale ponieważ oni ona, ani my nie mieliśmy kasy, obie oczyszczalnie zrobiliśmy dopiero w tym roku. My postanowiliśmy zrobić oczyszczalnię biologiczną, ona ekologiczną. Biologiczna różni się tym od ekologicznej, że jej produktem finalnym jest woda II klasy, w której można się od biedy myć, a na pewno można jej używać do celów gospodarczych i podlewania ogródka. W oczyszczalni ekologicznej produktem finalnym jest gnojowica, która nie powinna pojawić się na powierzchni ziemi. Oczyszczalnia biologiczna to duży plastikowy pojemnik, w którym są dwie komory. W jednej są nieczystości, te trzeba raz na rok wypróżniać, w drugiej znajduje się pompa nadmuchująca tlen i on oczyszcza gnojowicę spływającą z pierwszej komory. Tu powstaje już woda II klasy, która dostaje się do następnego baniaka. W nim jest pompa, która wypompowuje tę wodę na poletko odwadniające lub do kopca odwadniającego. Można też z tego baniaka bezpośrednio pompować wodę na swoje potrzeby. Oczyszczalnia ekologiczna to jeden baniak, w którym znajduje się kosz z kermazytem. Ten ma wstępnie oczyścić gnojowicę, która spływa na poletko lub do kopca odwadniającego. Ziemię z takiego poletka trzeba co 10 lat wybierać i wywozić, bo robi się w niej taki gnojownik.
Postanowiliśmy zrobić oczyszczalnię raz a porządnie, ale koszt biologicznej jest dużo większy od ekologicznej. Mimo to, zdecydowaliśmy, że nie będziemy sobie robić w ogrodzie gnojownika, nawet wtedy, gdy jest pod ziemią. No i jeszcze chodziło o smrodek. Naszą czuć lekko, kiedy przechodzi się obok niej, ale to jest smrodek minimalny. Od siostry oczyszczalni, mimo, że kominki (3) wylotowe są w odległości od naszego tarasu około 20 metrów, czasem tak pociągnie, że trzeba wiać do domu i zamykać okna. Siostrze to nie wadi, bo ona na razie mieszka na piętrze, a wiatry wieją w naszym kierunki. Ot, taka przypadkowa śmierdząca złośliwość jej wyszła.
Wybraliśmy firmę na jesień w zeszłym roku. Panowie przyjechali, oblecieliśmy wszystkie możliwe kąty w ogrodzie, bo trzeba było gdzieś to poletko rozsączające umiejscowić. Wyszło nam, że nie da rady w dalszej części ogrodu. Tam, gdzie można by, jest daleko i pompa nie dopompuje wody. Hmm…. No to co? Studnia odwadniająca? Nie bardzo, bo nie wiemy jaka jest przepuszczalność gleby na głębokości 5/6 metrów. Należało by poprosić specjalistów do oceny, a to straszny pieniądz jest. No to kopiec. Wrrrrrr… Wizja kopca tuż przy domu wcale mi się nie widziała. To ustrojstwo ma mieć 5 metrów długości na 5 metrów szerokości i co najmniej 0,6 metra wysokości. To taki wał ziemny z dwoma kominkami na końcu i studzienką na początku. Miejsce na baniaki mieliśmy wybrane, ale kopiec gdzie? Na trawniku przed tarasem? Jeszcze bardziej wrrrrrrr…. Panowie wzięli taką ekstra „śrubę” do robienia dziur w ziemi i zaczęli szukać miejsca, gdzie ta przepuszczalność będzie najlepsza. Wyszło im, że na małej łączce, która została po wycięciu sadku, będzie dobrze. To odległość od tarasu około 10 metrów, ale trudno. Będzie kopiec, obsadzę go zieleniną i spróbuję dopasować do reszty ogrodu. Od strony tarasu posadzę krzewy maskujące i będzie OK. Trzeba przyznać, że udało nam się załatwić super firmę. Przyjechali w maju, o umówionej godzinie, wykopali dół pod baniaki. Koparka chodziła tylko w jednym obszarze tak, że ubiła ziemię na bardzo małym kawałku. Kopiec usypali super. Pracowali szybko, czysto schludnie, bez wrzasków, obijania się. W zasadzie tylko chodziłam i przyglądałam się jak sprawnie im to idzie. Jeden dzień i oczyszczalnia była zrobiona. Posprzątali po sobie, pojechali. Odetchnęliśmy, bo baliśmy się powtórki z rozrywki jaką mieliśmy przy firmie robiącej chodniki.
c.d.n.
Ale, żeby nie wyglądało, że było tak wszystko miodzio- z urzędasami też najpierw naużeraliśmy się. Z urzędasami gminnymi, bo powiatowi chcieli tylko…. jeszcze mnóstwa dodatkowych papierów, a gminni nam tego nie powiedzieli. W sumie papierkowe sprawy zajęły nam prawie miesiąc. Eh… 

Na niedużym samochodzie zmieściły się trzy baniaki. Ten mniejszy jest na wodę już oczyszczoną i w nim chodzi pompa, która wypompowuję wodę do kopca. W środku dużego baniaka jest pompa oczyszczająca gnojowicę- napowietrzacz.
Początek kopania dołu pod baniaki. Panowie wytyczyli zarys i koparka równiutko kopała zgodnie z nim. Łyżka nie nabrała ziemi ani o centymetr poza zarys. Równocześnie drugi pan pilnował poziomu dna.Precyzja niesamowita.

Baniaki z samochodu "zebrała' koparka i "osadziła" je w dole. Najpierw podwójny, potem pojedynczy.
Bardzo pilnowano, żeby baniaki stały równo i były odpowiednio wypoziomowane.
Wszystkie trzy w dole. Wszystko musiało grać, żeby dobrze funkcjonowało.
 Po zasypaniu baniaków, koparka przejechała do miejsca, gdzie zaplanowaliśmy kopiec.

Ziemia wybrana pod kopiec. Na poletku położono specjalnie ponacinane rury PCV, rozprowadzające wodę.

Na rury przyszła gruba warstwa żwiru. To pomarańczowe, to jest studzienka, do której jest doprowadzona rurka. Z niej spływa woda pompowana z trzeciego baniaka. Na dole studzienki są zamontowane dwie rury rozsączające wodę do kopca. Z tyłu są dwa kominki odprowadzające ewentualne powietrze. Na żwir została położona włóknina  i na to wszystko nasypano ziemię.
 Tak wyglądał kopiec jeszcze przed ostatecznym uformowaniem. Wszystko pięknie czysto zrobione, bez zbędnych wałów ziemi. Z prawej strony widać pień młodej katalpy. Bardzo zależało mi, aby ona nie ucierpiała. Nieco dalej, z tyłu, jest oczar. On też był narażony. Po prawej stronie, z przodu, jest azalia, obok niej magnolia i ostrokrzew. Na szczęście koparka nie naruszyła ich korzeni. Rosły spokojnie. Do czasu. Ostatecznie na tym etapie straciliśmy tylko nieduży krzak pięciornika.