wtorek, 1 września 2015

Już mi nie brak

Zaczyna się wrzesień. Już nie odczuwam dyskomfortu z powodu końca wakacji. Za mną 3 lata wolne od pracy dydaktycznej. No, może jeszcze na początku sierpnia miałam to uczucie, które towarzyszyło mi przez 30 lat pracy nauczycielskiej, że muszę przed końcem wakacji zrobić to, i jeszcze to, i tamto. Generalnie robiłam porządki  w domu (włącznie z myciem okien) i doprowadzałam ogród do porządku. Na początku roku szkolnego nie miałam czasu na nic, tylko na pracę zawodową A i tak ostatnie 2 tygodnie sierpnia poświęcałam na pisanie rozkładów, konspektów, uzupełnienie dokumentacji szkoły, konferencje dyrektorów, zebrania itp. I ciągle czytam, że ludzie mają przeświadczenie, iż nauczyciel ma 2 pełne miesiące wakacji, i ciągle sobie przypominam te dwa pierwsze tygodnie wakacji, kiedy pisało się sprawozdania, zaliczało zebrania, konferencje, przygotowywało materiały, które musiały być zatwierdzone jeszcze przed lipcem. No i te dwa tygodnie sierpnia przeznaczone na dopinanie wszystkiego, co musi być gotowe przed rozpoczęciem roku szkolnego.
Było, minęło. Czuję się świetnie, zwolniona z ogromnej odpowiedzialności i lekko mi ze świadomością, że już nie muszę następnych miesięcy żyć w napięciu, że zawsze ktoś będzie miał anse, pretensje, że coś się stanie, że nowe, głupie przepisy, że wymagania ponad normę, że dyscyplina wśród dzieci i nauczycieli oraz personelu kompletnie siada, że rodzice coraz bardziej roszczeniowi, wizytatorka będzie się bezzasadnie  czepiała, żeby dodać sobie ważności,  a środków potrzebnych do funkcjonowania szkoły ciągle mało i mało.
O pracy w szkole wyższej już też powoli zapominam. Dobrze, że już nie muszę pisać podań, wyczekiwać na łaskę zatrudnienia, a potem harować za innych (patrz dr hab.), mając 7 i więcej przedmiotów- horror. O pracy naukowej w takich warunkach w ogóle nie ma mowy. A jak nie ma pracy naukowej, to ja dziękuję, postoję. 
Jeżeli ktoś całe życie pracował jako nauczyciel, a potem nagle odkrył, że można całkiem inaczej żyć, to wie, o czym mówię.
Że nikt mi nie kazał? Głupie gadanie- każdy ma jakieś uwarunkowania w życiu, które go wręcz zmuszają do podejmowania takich a nie innych decyzji, takiego a nie innego zawodu, takiej a nie innej pracy. I dyskutowanie z twierdzeniem:"Nikt ci nie kazał' w takim kontekście nie ma sensu.
Trochę sierpniowego nieba.






11 komentarzy:

  1. Drugie i trzecie zdjęcie wyglądają tak jak odległy widok jakiegoś pożaru. A najbardziej podoba mi się ostatnie. Tchnie spokojem. Wiesz, gdyby ktoś to namalował to większość okrzyczałaby to kiczem- tak łatwo i lekko ludzie przypinają wszystkiemu etykietki. Właściwie człowiek do wszystkiego się w końcu przyzwyczaja- zresztą nie mamy innego wyjścia.
    Ale chyba ważniejsze od przyzwyczajenia jest pogodzenie się z nową sytuacją, dostrzeżenie jej dobrych stron i polubienie.
    I znalezienie nowej formy swej działalności, która pozwala na zdobycie albo nowych umiejętności albo doskonalenie poprzednich. Zauważyłam, że ciągłe uczenie się czegoś nowego ułatwia przetrwanie w tym życiowym labiryncie.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo trudne jest wychodzenie z tak intensywnej pracy. Ciągle jeszcze mam wrażenie, że coś muszę szybko zrobić, bo potem nie zdążę, bo praca...Ale przecież pracuję tu w domu i kiedy przychodzi sezon, to też nie wiem w co najpierw ręce włożyć. Niemniej jestem u siebie i tylko ja za wyniki odpowiadam. Najgorsze w pracy zawodowej było to, że pracowałam na cały gwizdek, a potem ktoś przyszedł i wszystko popsuł. Nie zawsze, a raczej często nie miałam w 100% wpływu na wynik swojej pracy.

      Poza tym, ciągle mam poczucie straconego czasu, kiedy zdarzają się dni, w które zrobię tylko parę rzeczy, a resztę czasu przebimbluję. Nie dociera do mnie, że mam sporo czasu, który mogę sobie teraz rozdysponować jak chcę. Nie zrobię dzisiaj, zrobię jutro lub pojutrze i świat się nie zawali. Jeszcze mam poczucie winy, że się obijam.

      Usuń
    2. Bo dość często trudno jest wyhamować psychicznie. Trzeba się nauczyć,że czas poświęcony "na nic" nie jest czasem straconym. Ci co dziś tak protestują przeciwko wydłużeniu lat pracy nie mają zupełnie pojęcia, że przejście na emeryturę jest ma ogół dla każdego niemal szokiem i w większości wypadków wiele osób stara się wrócić choćby na pół etat. I to wcale nie ze względów finansowych- po prostu nie potrafią sobie zorganizować wolnego czasu, czują się wyrzuceni poza nawias. Popatrz na kobiety przechodzące na emeryturę - większość natychmiast zaczyna zajmować się intensywnie wtrącaniem w życie rodzinne swych dzieci a faceci zwyczajnie kapcanieją, przyrastając do kanapy i telewizora.
      Miłego,;)

      Usuń
  2. Z pewnoscia nie mialas wtedy czasu przygladac sie niebu, ze nie wspomne o fotografowaniu. Nie ma nic gorszego od stresujacej pracy. Mozna sie nabawic choroby psychicznej, wiecej nic. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyglądać się niebu miałam czas, bo jednak aż tak źle nie było, ale nie fotografowałam. A już na pewno nie mogłam tego robić wtedy, kiedy było coś ciekawego. Tyle fajnych rzeczy przeleciało obok:(

      Usuń
  3. W każdej pracy najgorsze jest to, że są ludzie, którzy z urzędu zabijają w niej to, co jest jej kwintesencją. Uwielbiam swój zawód, ale nienawidzę narastających przepisów, procedur, obwarowań, papierów, sprawozdań, numerów czyli wszystkiego, co odciąga od rzeczywistej pracy a rzekomo jest niezbędne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pracowałam w oświacie a potem w nauce ponad 30 lat. Było coraz gorzej. Coraz więcej przepisów, jakichś rozporządzeń, z roku na rok coś innego, coraz więcej papierologii. Wszystko trzeba było przystosować do warunków szkoły. Kiedy odchodziłam z oświaty, byłam po kompleksowej kontroli w szkole, ale zanim do niej doszło, musiałam przygotować tony dokumentów. Horror. A pani wizytator tylko przerzucała je i kręciła nosem, że jeszcze przydałoby się to, śmo: " Bo wie pani, pani dyrektor, dobrze byłoby, gdyby w szkole był jeszcze taki dokument..."
      Na uczelni początkowo wystarczyły plany pracy wraz z wypisaniem lektury dla studentów i przewidywanymi ich osiągnięciami/kompetencjami. Teraz czytam, jakie dokumenty musi tworzyć adiunkt i jestem szczęśliwa, że już mnie to nie dotyczy.
      Nie praca dydaktyczna, tylko właśnie te "dodatki" bardzo mnie męczyły.

      Usuń
  4. jest to jedno z tych zajęć, które się same pchają do domu, do życia poza pracą... można oczywiście postawić barierę, że po wyjściu z pracy zapominamy o niej do następnego razu... ale nie każdy tak umie, do tego zaś okazuje się wtedy nieraz, że sama praca cierpi na tym...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pracy nauczycielskiej nie ma mowy, żeby jej nie przenieść do domu. Byłam polonistką i zawsze było coś do poprawiania-sprawdziany, dyktanda, klasówki, zeszyty. Miałam 5 klas a w podskokach i 10, w szkole 8klasowej, a potem było już ciut mniej, ale za to pojawiło się stanowisko, a to już praca nie do przerobienia-biurokracja.
      No i przygotowanie się do lekcji. Poza tym, były obowiązki dodatkowe. Jak było małe grono, to czasem i parę przydziałów się dostawało. Szkoda gadać. teraz dopiero widzę, ile czasu to wszystko zajmowało. Człowiek się nie oglądał tylko robił, co trzeba, żeby się nie nawarstwiało.

      Obliczyłam, że tygodniowo pracowałam najmniej 56 godzin.

      Usuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.