niedziela, 4 października 2015

5 minut

„Miała wtedy swoje 5 minut”… „Właśnie nastało jego 5 minut”… „To jest to przysłowiowe 5 minut w jej/jego życiu”…
Taaaa… przysłowiowe 5 minut.. Ostatnio zastanawiałam się, czy ja w ogóle miałam w życiu swoje 5 minut. I co to mogło być? Czy urodzenie jednego, czy drugiego dziecka można zakwalifikować jako swoje 5 minut? To były dla mnie bardzo ważne wydarzenia, bardzo. Jednak nigdy nie były spektakularnym osiągnięciem. Przecież dzieci ma tyle kobiet… No to może moje 5 minut było wtedy, kiedy zostałam dyrektorem szkoły? Nie… na pewno nie. Startowałam z czystego wyrachowania- 5 lat spokoju i potem emerytura. Nie udało się…źli ludzie poplątali wtedy mój życiorys-nieważne,  nie, to nie było moje 5 minut. No to może obrona pracy doktorskiej? Napisanie pracy to była niewątpliwie ciężka harówa. 4 lata wyjęte z życiorysu, trudne egzaminy i ten ostatni-publiczny. Przekroczona liczba pytań od komisji, gdzie zwyczajowo jest ich 5, no może z 6, a ja dostałam ich 12 (pewna pani profesor chciała ubić doktorantkę czyli mnie, mojej promotor, z którą ta profesor darła koty, więc dodatkowo postawiła 3 pytania, były dodatkowe od innych członków komisji) i w związku z tym obrona trwała prawie 2 godziny, a ja wyszłam niemal na rzęsach z sali. Nie… to też nie było moje 5 minut. Owszem, dopięłam swego, coś tam komuś udowodniłam, pokonałam samą siebie (w końcu charakternym sportowcem jestem), uzyskałam piękny tytuł, ale nie- to nie było moje 5 minut.
Czyli co? To może miałam 5 minut, kiedy zdesperowana, doprowadzona na kraj wytrzymałości darłam się na komornika, który chciał mi zlicytować dom, bo bank upadł i oni chcieli natychmiastowej spłaty pożyczki, chociaż ja miałam umowę na 40 lat i nie miałam pieniędzy? Samotną matką byłam, wychowującą dwoje dzieci, z pensją nauczycielską. Nie dałam się- spłaciłam i potem przez 8 lat spłacałam rodzinę, ale nie dałam się. Dom jest nadal mój, nasz. Nie, to też nie było moje 5 minut… A może ono dopiero nastąpi? A może całe moje życie to właśnie to moje 5 minut? Szukam ważnych wydarzeń...tyle ich było...
A jak z Waszym „5 minut w życiu”?
Takie to śliczne:):):):)

33 komentarze:

  1. No to mi zabiłaś ćwieka... ja chyba też jeszcze nie miałam swoich pięciu minut. A może je przegapiłam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może przegapiłaś, ale wydaje mi się, że jest to moment tak znaczący, iż nie można go przegapić. Można tego momentu nie nazwać- moje 5 minut i rzadko kto się wtedy nad tym tak zastanawia. Mnie dopiero naszły teraz takie refleksje, czy rzeczywiście te ważne dla mnie momenty w życiu można tak nazwać.
      I myślę, że to jest bardzo, bardzo subiektywne.

      Usuń
  2. Przepraszam, wprowadziłam moderację. Na razie tak trzeba. mam nadzieję, że niezbyt utrudniłam wam komentowanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mam poczucia, ze moje 5 minut juz sie dokonalo, a co gorsze nie mam nadziei, ze sie dokona. Nudne mam zycie.
    I chyba smutne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panterko- nie mów, że smutne. Zrobiło mi się ciężko. Na pewno masz w swoim życiu takie rzeczy, z których możesz się bezwarunkowo i nieustająco cieszyć. Posmyraj Kirę i uśmiechnij się:)

      Usuń
  4. Mnie się wydaje, że swoje 5 minut przegapiłam - prawie jestem tego pewna.
    Trudno - Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może to jeszcze nie było to? I może nie należy żałować? Nie zawsze 5 minut jest szczęśliwym momentem. Czasem jest to zdarzenie dramatyczne chociaż przełomowe.

      Usuń
  5. Moje 5 miut trwa juz 20, 25? eee... 30 lat ( szczesliwi lat nie licza, phi, minut tez nie - wazne są chwile, subiektywne bardzo).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogratulować. Miło jest czytać, że jest ktoś szczęśliwy non stop. Oby tak dalej:):):)

      Usuń
    2. Gratulacje przyjmuje. :))) Dziekuje.
      Czlowiek jest szczesliwy z natury, czasem bardziej czasem mniej, chwilami nazywa jakies wydarzenia nieszczesciem ale w rezultacie nie traci nawet wtedy swojej szczesliwosci ogolnej. Kiedy nie potrofi odczuwac szczescia to wina jest po stronie choroby... Obysmy tylko zdrowi byli!

      Usuń
  6. miewałem w życiu chwile, gdy byłem /jak to się mawia gdzieniegdzie/ "na fali", albo "w sztosie", gdy zafunkcjonowało mi się na nadzwyczajnie wyższym poziomie energii, niż normalnie, gdy być może była możliwość wejść na jeszcze wyższy poziom... ale czy to o to chodzi w zwrocie 'mieć swoje pięć minut"?...
    fraza "mieć swoje pięć minut" odnosi się raczej do sytuacji, gdy otoczenie ocenia życie danej osoby, nie ona sama... sytuacji, które się odbijają szerszym echem, poniekąd "medialnych" /w pewnym sensie/... a ponieważ mnie nigdy nie zależało na byciu sławnym, znanym, niewiele przywiązywałem uwagi do takich spraw, to po prostu nie wiem, czy w czyichś oczach te swoje "pięć minut" miałem"... a może mam teraz, obecnymi czasy, tylko też tego nie widzę?...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja swoje 5 minut odbieram jako szansę na zaistnienie i pozostanie w pamięci szerszemu gronu. Może też wykorzystanie tej szansy maksymalnie- no i je wykorzystywałam chociaż wtedy nie zdawałam sobie sprawy, ze to są tak bardzo ważne momenty. Ważne, bo pozwalające na przełom w życiu i ważne, bo utwierdzające mnie, że nie jestem tak bardzo do kitu.

      Jak mnie ocenia otoczenie? Nie zrobiłam nic złego, dlatego mam nadzieje, ze dobrze. Tak naprawdę już mi na tej ocenie nie zależy. Kiedyś może ta, ale po pewnym, bardzo traumatycznym dla mnie wydarzeniu uznałam, że nie warto zabiegać, chcieć, uznawać czy nie czyjeś oceny pod swoim adresem.

      Mało jest osób, na których ocenie naprawdę mi jeszcze zależy. To są osoby dla mnie ważne. A tak zwane środowisko niech sobie gada, co chce.

      Bycie sławnym? W kilku dziedzinach miałam szansę zrobić coś ponadto, ponad przeciętność. Twierdzi się, że jak ktoś chce, to nie ma przeszkód. Błędne twierdzenie, przynajmniej w moim życiu trafiłam na takie sytuacje, które zablokowały mi te kilka możliwości. I nie o sławę mi chodziło, ale o dokonanie, o zdobycie tego ponad- dla siebie, dla udowodnienia, że nie jestem głupia, zła i dno. Sława przychodzi mimochodem, jest to skutek tego dążenia, ale dla mnie nie najważniejszy.

      Udowodniłam, mam satysfakcję:):):):):

      Usuń
    2. Moderuję, bo są osoby, których komentarzy wolałabym na swoim blogu nie czytać. I więcej tłumaczeń nie będzie, mimo że to brzmi ciut niegrzecznie.
      Jeszcze raz przepraszam za niedogodności.

      Usuń
    3. nie pytałem o przyczyny wprowadzenia moderacji :)...

      Usuń
    4. E, no... źle wpisałam. To tak ogólnie, do wszystkich zdziwionych:)

      Usuń
  7. No nie wiem - wg. przyjętego określenia "5 minut" to takie wydarzenie w życiu, gdy na moment stajemy się główną osobą wśród bliskich i znajomych. Popularnie za taką chwilę dziewczyny uznają.... wytworny ślub kościelny.
    I wg takich kryteriów to nie miałam tych 5 minut. Niewątpliwie podjęłam w życiu kilka decyzji, z których mogę być wciąż niezmiernie zadowolona, ale to też się nie kwalifikuje do tych "5 minut".
    Ale prawdę mówiąc to jestem głęboko przekonana, że jestem szczęściarą, nawet bez tych 5 minut- całe dorosłe życie jestem z jednym i tym samym człowiekiem,czyli już 51 lat.Nasze dziecko realizuje szczęśliwie wszystkie swe życiowe plany, łącznie z profesurą na Uniwersytecie Humboldta.Mam też dwóch cudnych wnuczków, bardzo zdolnych.
    I drugie dziecko, w postaci bardzo kochanego zięcia.
    Cóż więcej chcieć?
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na dwóch moich ślubach swoje 5 minut miały moje teściowe. Może na tym trzecim było moje 5 minut, bo byliśmy tylko my i nasi świadkowie ze swoimi "połówkami". Nietrudno było "błyszczeć":)
      No właśnie- decyzje jako swoje 5 minut? Czyli taki moment, w którym mówię sobie- "Teraz jest to najważniejsze, od tego będzie zależeć...", jednym słowem, albo się uda, albo sobie życie schrzanię. No nie wiem- według potocznego znaczenia to te 5 minut musi przebiegać wśród publiczności, wyrażającej zachwyt? poparcie? poklask?
      No nie wiem...

      Usuń
    2. No tak, wg większości to trzeba czymś błysnąć publicznie. Ale ja mam inne kryteria- ważniejsze jest podjęcie właściwej decyzji w życiowych sprawach niż spacer przez całą długość najokazalszego kościoła nawet w najdroższej i najśliczniejszej pod słońcem sukni.
      Poza tym naprawdę zawsze mi było obojętne co sobie na mój temat myślą inni - ich myśli to ich problem, nie mój.
      Jaskółeczko, nie zawsze mimo intensywnego myślenia udaje się nam podejmować te najwłaściwsze decyzje, ale to przecież nie powód do rozpaczy lub wiecznego biczowania się z tego powodu. I tak najważniejsze jest by wyciągnąć z tego prawidłowe wnioski i więcej takiego samego błędu nie popełnić.
      Najmilszego, ;)

      Usuń
    3. Kiedy problem w tym, że sporo ludzi wcale nie myśli przed podjęciem decyzji. Często robi to spontanicznie. I sporo ludzi popełnia te same błędy, mimo intensywnego myślenia:):):)

      A teraz nasunęło mi się takie notoryczne "myślenie" kobiet, które zawsze je cechuje, kiedy zaczynają 'przygodę' z nowym partnerem- One myślą, że potrafią go zmienić... inna wersja: pod moim wpływem na pewno się zmieni.
      Myślą i myślą i... nic z tego nie wynika

      Usuń
    4. Zdradzę Ci pewną tajemnicę - większość ludzi bardzo mało myśli konstruktywnie nad własnym postępowaniem, nad tym co sobą reprezentują, jakie mają możliwości, w czym są dobrzy, a w czym nie za bardzo. Od dziecka jesteśmy uczeni nie samodzielnego myślenia ale słuchania tego co nam każą. Na okrągło są same nakazy lub zakazy, najczęściej nie poparte sensownym uzasadnieniem. Tylko ciągle nie wiem dlaczego nie uczy się samodzielnego myślenia i podejmowania decyzji.
      Zauważyłam, że najwięcej ludzie myślą o tym co by chcieli mieć, ale najmniej o tym jaką sensowną drogą do tego dojść i czy to, czego chcą jest dla nich naprawdę dobre.

      Usuń
    5. Tak masz rację, wychowuje się nie tak, jak trzeba. Wychowanie przez zakazy i nakazy świadczy o braku wiedzy u rodziców, jak wychowywać, o strachu dorosłych, aby nie stracić autorytetu dziecka, o braku umiejętności radzenia sobie rodziców z niedoskonałościami własnymi oraz niedoskonałościami ich dzieci.
      Jeżeli dodamy jeszcze niespełnione aspiracje i ambicje rodziców, które przelewają na swe dzieci oraz u bardzo wielu ludzi dominującą postawę krytykanctwa, to robi się mieszanka wybuchowa.
      Ludzie boją się podejmowania decyzji, ponieważ boja się skutków. Chodzi mi o to, że często nie ocenia się skutki decyzji, a człowieka, który podjął taką, a nie inną decyzję. Wyzywa się takiego delikwenta najgorszymi wyzwiskami, ocenia się krytycznie, "rwie włosy nad głupota" nawet wtedy, gdy decyzja przyniosła minimalne straty lub nie spodobała się postronnym.
      Inna rzecz- mnóstwo rodziców krytykuje swe dzieci nawet wtedy, kiedy działają dobrze. W ocenie takich rodziców dziecko powinno więcej, lepiej- przecież stać cie na to.

      Często słyszałam od matki rzucane lekko, jakby z lekceważeniem;"wiedziałam, że sobie poradzisz", podczas gdy ja już ostatnim rzutem na taśmę coś robiłam. Nie było aprobaty, nie doceniała- ona widziała, że i tak dam radę, to po co chwalić. A ja wtedy starałam się jeszcze więcej, żeby w końcu choć cień tej pochwały usłyszeć.
      I tak to wpoiła, że ja mam ciągle niedosyt- zawsze mam poczucie, że mogłam lepiej, bo to co zrobiłam to i tak bym zrobiła, no nie?
      Dlatego pytam o to swoje 5 minut

      Usuń
  8. Ja się jeszcze nie zwijam:))
    Najbardziej się lubię chwalić moją prześliczną wnusią,ale to raczej nie moje 5 minut:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie twoje a wnusi:):) Ale coś mi się wydaje, że jednak miałaś swoje 5 minut i to niezłe:):)

      Usuń
    2. Pewnie coś tam by się znalazło:) Nie żebym była jakoś szczególnie skromna,ale,jak wiesz,każda sytuacja ma plusy dodatnie i plusy ujemne,że zacytuję klasyka:))
      Ja naprawdę myślę,że Ty też miałaś swoje "5 minut" i to w bardzo dobrym stylu.
      A może jeszcze wszystko przed nami??przecież wciąż jesteśmy młode dziołchy:)))

      Usuń
    3. Kilka tzw. wejść miałam, owszem:):):)Niestety, zawsze związane były z walką o siebie i byt.
      Ja chyba już nie czekam na te 5 minut, teraz liczy się dla mnie spokój.
      Wygrać w totka... może to?

      Usuń
  9. Pozwolę sobie zacytować pewien cytat z książki Jonathana Carrolla pasuję do twojego postu.

    „Najważniejszy okres w życiu pojawia się i mija, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Dlatego tak wielu jest ludzi zagubionych i nieszczęśliwych. Nie mają nawet pojęcia, kiedy w ich życiu tak naprawdę przychodzą chwilę triumfu czy klęski. Nie żyją świadomie.”

    I piosenka Krajewskiego …

    https://www.youtube.com/watch?v=HxtfhX5yV4M


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co do mnie nie wiem czy to, co się dzieję teraz w moim życiu to te moje 5 minut, ale mogę powiedzieć, że najgorszy okres w moim życiu już minął.. Jest wreszcie chwila spokoju, jest wszystko na swoim miejscu, bo niestety nie zawsze tak było. Mam na myśli rzecz jasna życie realne, w realu..
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. On twierdzi, że aż 10 minut mamy:):):) ja sobie doskonale zdawałam sprawę z tego, że teraz są chwile triumfu, a teraz klęski. Jednak nijak nie mogłam tego triumfu spożytkować tak, jakbym chciała- pewnie warunki były nie do przeskoczenia. Natomiast chwile klęski udawało mi się skracać i przywracać rzeczywistość do normalnego ładu. Niestety, ogromnym psychicznym kosztem.
      Wynika z tego, że miałam te 5 minut, ale nie potrafiłam je należycie wykorzystać, co osłabiło moc tego 5 minut..

      Usuń
    3. Nie no, my tu cały czas mówimy o realu, bo w Necie możesz sobie bez trudu stworzyć swoje 5 minut- napisz odpowiedni tekst, albo wrzuć odpowiednią fotkę, albo opluj kogoś wywołując mega skandal, zbierz oszałamiająca liczbę lajków i błyszcz:)

      Usuń
    4. Tak Jaskółko net daje tą możliwość przeżycia swojego 5 minut nawet kilka razy .
      W czasie tych 5 minut będąc na tzw fali czasami wkrada się w naszą dusze pycha a ona zasłania bardzo myślenie i czasami ponosi się tego konsekwencje . ;-)

      Usuń
    5. Miałam takie kuzynki, które miały swoje 5 minut, ale były bardzo zadufane w sobie, ponieważ ich sytaacja się polepszyła finansowo i życiowo .Nikogo nie widziały i zadzierały nosa a potem te 5 minut się skończyło, sytuacja się na gorsze zmieniła i poniosły konsekwencje swojego zachowania . Tak to w życiu jest

      Usuń
    6. Pewnie trzeba zachować jakieś granice wykorzystanie tych 5. minut. Czy to znaczy, że pójście wtedy na całość może zniweczyć sukces? Chyba trzeba zachować dystans do tego, co się dzieje, albo słuchać mądrych ludzi, bo oni widzą całą sytuację z zewnątrz. To jednak jest bardzo trudne. Większość ludzi, kiedy ma swoje 5 minut zachowuje się jak Ikar. A potem już tylko głębia.

      Usuń
    7. @J. & J...
      chyba wiem, o co chodzi... mnóstwo ludzi podchodzi do życia zadaniowo... i nie chodzi tu bynajmniej o zadania, które sobie stawiamy na co dzień, czy jakieś bardziej lub mniej długofalowe, tylko o traktowanie całego życia, jako sytuację, w której koniecznie "musimy" osiągnąć jakiś sukces... to zaś powoduje to, o czym wspomniała Julianne, że ludzie owładnięci neurotyczną potrzebą osiągnięcia jakiegoś "sukcesu", oceniający swoje życie w kategoriach "udane" lub "nieudane" nie dostrzegają chwili bieżącej, nie potrafią się nią cieszyć i w efekcie opanowuje ich zgryzota spowodowana frustracją, że tego "sukcesu" wciąż nie ma...
      zwrot "mieć swoje pięć minut" pochodzi ze słownika takich właśnie "zadaniowców", stąd moje trudności ze zdefiniowaniem go, bo ja do tego grona nie należę... moje "pięć minut" trwa od chwili urodzenia i potrwa do śmierci...

      Usuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.