wtorek, 27 października 2015

Na drugim brzegu tęczy.

10 lat temu zmarła Mira Kubasińska, wokalistka blues rockowego zespołu Breakout.

Urodzona w 1944 roku Mira Kubasińska pochodziła z rodziny muzykującej, ale nie artystycznej. Jej dziadek grywał na harmonii i skrzypcach, ojciec też chwytał za instrumenty przy wyjątkowych rodzinnych uroczystościach. – Nawet mi się nie śniło, że będę śpiewać zawodowo. Wręcz przeciwnie, sądziłam, że raczej wyląduję w jakimś zespole tanecznym, Mazowszu czy Śląsku – wspominała po latach piosenkarka, która jako młoda dziewczyna występowała w lokalnym zespole pieśni i tańca w Ostrowcu Świętokrzyskim.

Pojechaliśmy z zespołem pieśni i tańca do Rzeszowa – opowiadała w „Wiadomościach Świętokrzyskich” jej koleżanka z zespołu, Alicja Wąsacz. – Jedliśmy obiad w jakiejś restauracji i Mirka w pewnym momencie zaczęła śpiewać. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszał ją Tadeusz Nalepa – relacjonowała. 
Spotkaliśmy się w lokalu, w którym Nalepa grał. Wymieniliśmy adresy i tak to się zaczęło. Napisaliśmy do siebie kilka listów. Za mnie odpisywały koleżanki, bo ja strasznie bazgroliłam – przyznała Mira Kubasińska, zdradzając kulisy spotkania, które na zawsze odmieniło jej los.
Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa wystąpili razem na Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie. – To był rok 1963. Ponieważ eliminacje odbywały się w Rzeszowie, postanowiliśmy z moją narzeczoną, Mirą Kubasińską, zgłosić się. To się odbywało w dużej hali wojskowej, było chyba transmitowane przez radio. Coś tam zaśpiewaliśmy łamanym angielskim – wspominał Nalepa w rozmowie z Marią Szabłowską. Zostali wtedy wyróżnieni przez jury.
W następnym roku byli już małżeństwem. W 1965 r. na świat przyszedł ich syn, Piotr. W tym samym czasie Nalepa założył zespół Blackout istniejący do 1967 r. Potem powstał Breakout
Nadszedł czas sukcesów i sławy, która krępowała Mirę Kubasińską. – To z czasem stało się bardzo męczące. Nie miałam chwili dla siebie, nie mogłam spokojnie wyjść na spacer z dzieckiem, nie mogłam wejść do sklepu, do restauracji, bo zawsze znaleźli się jacyś ciekawscy. Na dłuższą metę było to nie do zniesienia – żaliła się tuż przed śmiercią, a wspominała przecież czasy sprzed ery kolorowych gazet i Internetu. To zainteresowanie ludzi świadczyło o ogromnym powodzeniu zespołu, jednego z najlepszych na ówczesnej polskiej scenie.

Blackout był ciągle w trasie, a Kubasińska i Nalepa wszędzie zabierali ze sobą małego Piotrusia. – W 1968 r., kiedy wyjechaliśmy do Holandii, zostawiliśmy go w Rabce. I on nas po pół roku nie poznał – wspominała piosenkarka.
Kiedy po 13 latach rozpadł się Breakout, Kubasińska nieco wycofała się ze sceny. Nastały trudniejsze czasy w jej życiu. – Aby zarobić na życie, przez siedem lat produkowałam i rozwoziłam farby dla zaopatrzenia artystów plastyków. Pracowałam w barku na Dworcu Centralnym, malowałam Smurfy, szyłam szelki – wymieniała sposoby, którymi zdobywała pieniądze na życie. I kiedy po 25 latach od nagrania ostatniej płyty była gotowa na powrót z nowym materiałem, jej plany przerwała śmierć.

Ona jest odzwierciedleniem kobiety, która w zasadzie w życiu miała wszystko. Była na szczycie, ale była też na samym dnie. I w tym wszystkim nigdy się nie zatraciła, nigdy się nie sprzedała. Zawsze miała wielką osobowość, wielką charyzmę. Optymistycznie patrzyła w świat, mimo wielkich problemów, jakie ją spotkały po rozstaniu z Tadeuszem Nalepą. Przeżyła to bardzo. Znalazła się w naprawdę ciężkiej sytuacji życiowej – wspominał już po odejściu Kubasińskiej jej kolega muzyk, Krzysztof Jerzy Krawczyk.
Po wszystkich przejściach, po swoich problemach życiowych, po różnych rozstaniach, po wszystkich problemach z facetami, z samą sobą – bo to nie była jednowymiarowa postać, która miała tylko szczęśliwe życie, ale też były momenty bardzo ciężkie i trudne, zresztą Bogdan Loebl wielokrotnie o tym wspominał – po tym wszystkim te piosenki mają w sobie głęboką prawdę – mówił o jej nowym repertuarze Sławomir Macias, dziennikarz muzyczny.
Młodszy syn Kubasińskiej, Konrad Koczyk, zauważył, jak wiele radości sprawiała jego mamie praca nad nową płytą: – Cieszyła się, że płytę nagrywa, kolejną już, ale przecież długo nie nagrywała płyt. No i „powera” dostała takiego. Dużo pomysłów miała ciekawych. Podejrzałem, że jakieś teksty sobie zapisywała w notatniku.

Poeta Bogdan Loebl, wieloletni tekściarz Breakoutu porównywał dawną sytuację Miry Kubasińskiej z tym, co miało nadejść: – Ona miała małe dziecko, jej świat kręcił się wokół dziecka. Wpadała nagrać płytę i znowu biegła do Piotrusia. A teraz mogła się poświęcić tej muzyce. Ta śmierć ścięła ją w takim momencie, kiedy ona zaczynała drugie życie artystyczne.
Muszę się pochwalić, że pracuję nad nowymi nagraniami. W styczniu ukaże się singiel, w kwietniu cała płyta, pierwsza po przeszło 25 latach. Wreszcie mogę powiedzieć: wracam! – mówiła z entuzjazmem jesienią 2005 roku na kilka tygodni przed śmiercią.

Niestety, nie zdążyła wrócić. Odeszła 25 października 2005 roku po trzech dniach spędzonych w szpitalu po udarze mózgu.”

19 komentarzy:

  1. Jakos nie bylam jej fanka. Ale ja tam niewiele sie znam na muzyce. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grali porządnego bluesa i porządnego rocka. Na tamte czasy rewelacyjnie. Teraz też lubię posłuchać. Tekst "Wyspy" taki niewinny, ale ma swój mroczny wątek.

      Usuń
  2. O jak błogo zrobiło mi się na sercu. Kocham bluesa i Breakautów, jednak wolę słuchać Nalepy. Moim ogromnym marzeniem było zdobyć longpleya "Po drugiej stronie tęczy" ze względu na "Wyspę" - niestety, nigdzie nie uchwytna.
    W Antykwariacie wygrzebałam składankę dwóch płyt długogrających Polski rock 80 i jest tam moja ukochana "Wyspa". Z wielką przyjemnością posłuchałam na dobranoc u Ciebie - dziękuję.
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miało być "Na drugim brzegu tęczy" -
      Ania

      Usuń
    2. Nalepa to następny etap w polskim bluesie. Ona była prekursorką bluesa w damskim wydaniu.
      Chyba są nieporównywalni.
      "Wyspa" w pierwszym słuchaniu wydaje się kiczem. Coś w rodzaju "Pamelo zegnaj". Dopiero po wsłuchaniu się w tekst, wychodzi cały sens.
      U Kubasińskiej wszystkie teksty niosą w sobie "coś".; niby o banalnym życiu a jednak...:)

      Usuń
    3. Widzę Jaskółko, że blues jest Ci tak bliski jak i mnie -- inaczej nie pisałabyś o Breakautach.
      Jest mi bardzo miło
      Ania

      Usuń
    4. Dużo razy na moim blogu gościł blues. To mój ulubiony gatunek, ale również lubię bardzo rocka i metal:)
      No i muzyka poważna, a w niej Chopin i Rachmaninow:)

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy artykuł, Jaskółko! Oj, skomplikowane zycie miałą Mira Kubasińska. A przez to taka bliska sie wydaje, tak bardzo ludzka. jaka szkoda, ze nie nagrała płyty, ze nie mogła znowu cieszyc sie tworzeniem. Los bywa bardzo okrutny. A jesien po dawnemu piekna. Nie zauważa odejsć, Po prostu jest, dajac nadzieje, ale i przynosząc melancholie....
    Pozdrawiam Cie serdecznie i dziekuje za ten post!:-)***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama o sobie mówiła, ze jest zwykłą babą, ze wszystkimi troskami i radościami szła w życie codzienne. Najgorsze są te niespodziewane ataki ze strony organizmu-udary, zawały. Wtedy już nic nie jest tak jak dawniej a często już niczego nie ma.
      Dobrze, że taka świetna muzyka po niej została.

      Usuń
  4. Zapuszczam od czasu do czasu ich czarnego loga by pamięć trwała.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Dużo się dziś dowiedziałam -dziękuję;);*

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja niedawno byłam w mieście Miry Kubasińskiej, Tadeusza Nalepy i Breakoutu.
    Widziałam słynnego gitarzystę "idącego"reprezentacyjną ulica Rzeszowa.

    Dziękuję Ci za piękne wspomnienia związane z tym zespołem,
    Gdybyś miała ochotę - to zapraszam:
    http://prawiewszystkiemojepodroze.blog.onet.pl/2015/10/25/paniaga/

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Stokrotko:) Chętnie zajrzę do Ciebie:) W Rzeszowie mamy przyjaciół motocyklistów i ich rodziny. Piękne miasto, fajni ludzie:)

      Usuń
  7. "gdybyś kochał mnie choć trochę... heeej"...
    i ujęcie przy kołowrocie studni...
    taki peerelowski teledysk...
    tiaaa...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tylko potwierdza tezę, że w PRL-u była fajna muza:) Studnia z kołowrotem, wierzby, pola pszenicy, boćki... no i jest "nasza narodowa" :)

      Usuń
    2. tak przy okazji skojarzyła mi się inna, nieco późniejsza bluesmenka, Monika Adamowska...

      Usuń
  8. Dziekuje Jaskolko. Pamietam, ze mowilam mamie, jak lubie te Kubasinska, a mama sie krzywila.
    To byly czasy. Wokalisci naprawde umieli spiewac.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.