piątek, 18 grudnia 2015

Bombki? Bańki?

Ciągle się zastanawiam, co z tymi świętami? W ogóle nie czuję nastroju, nie mam potrzeby, nie chce mi się robić świąt. Nie chce mi się piec, gotować narażać kostki i kolana na bóle. Szaleństwo zaczęło się już pod koniec października. Na znajomych robótkowych blogach zaczął się szał tworzenia ozdób świątecznych. Rany, jakie śliczności dziewczyny robią. Aniołki, karteczki hafciki, wianki, bombki. Mnie bardziej podoba się nazwa ”bańki”, której używam od dzieciństwa. Tak się u nas w domu mówiło, tak się mówiło w domach ciotek i babć. Bańki. Były takie kruche, w różnych kolorach. U nas w domu rodzinnym stała zawsze żywa choinka- jodła. Taka tradycja leśniczówkowa. Tak, jak pasztet z zająca. A te bańki wieszaliśmy na choince w Wigilię do południa. Nigdy wcześniej. Różne były- niebieskie w białe gwiazdy, czerwone ze szlaczkiem, a najpiękniejsze były te oszronione z takim wklęsłym trójkątem w różnych kolorach. Były też oszronione, niebieskie z gwiazdami albo ze szlaczkami, różowe i piękne śnieżnobiałe. Komplet składał się z 12 baniek oszronionych w czterech różnych kolorach. I jak na złość, te najszybciej się stłukły. Moja mama, minimalistka i „estetka-snobka”, zawsze kupowała bańki w kształcie kuli, albo- ostatecznie- takie sople srebrne. Nie było na naszej choince muchomorków, baletniczek, koszyczków itp. Te cuda podziwiałam zawsze u mojej cioci. U niej choinka była ustrojona cudami, że godzinę można było odkrywać, jakie różności na niej wiszą. Choinę przynosił tata rano w Wigilię- najpierw do kuchni, czym wprawiał w nerwowe rozdygotanie moją mamę oraz babcię, a potem, po zamontowaniu stojaka, przenosił ją do dużego pokoju, na przeznaczone jej miejsce. Zawsze stała w zaokrągleniu skrzydła fortepianu, obok okna. Z tym stojakiem pod choinkę były cyrki. Ponieważ drzewko miało gruby pień (wielkie przecież było- prawie 3 metry miało), to długo trwało, zanim ojciec dopasował go do otworu w stojaku, w kształcie krzyża. A czas leciał, mama się wściekała, a my siedzieliśmy cicho i z napięciem patrzyliśmy, jak tata ociosuje ten pień i dopasowuje do otworu. W całej kuchni pachniało ciastem, pieczonym mięsem, świeżym drewnem i igłami jodłowymi. Boski zapach. I wtedy docierało do mnie, że zaczyna się magiczny czas. Natomiast do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego cała operacja z usadzaniem drzewka w stojaku nie odbywała się na polu. Zawsze działo się to w kuchni.
Najpierw wieszaliśmy bańki. Sporo tego było, bo choina wysoka i szeroka. Potem rzucaliśmy na jej gałązki kłaczki z waty, następnie od czubka szła biała lameta, co nadawało choince wygląd panny w welonie, i na koniec wieszaliśmy srebrne nitki lasety i przyczepiali żabki ze świeczkami. Tak, długo nie mieliśmy elektrycznych lampek na choince. Nawet wtedy, kiedy były już bardzo szeroko stosowane. U nas były żabki, a w nich takie małe wąziutkie, choinkowe świeczki. I muszę przyznać, że właśnie światło tych świeczek dawało niepowtarzalny nastrój i dodatkowo zapach, bo ten dymek z nich też miał swój urok. Swoisty urok miały również pożary, które notorycznie wzniecała moja ciotka, siostra mamy, grubo od niej młodsza i z niesamowitą fantazją (dziś ceniona pani profesor od matematyki dziecięcej). Zwyczajem u nas było, że wieczerzę jadło się przy zgaszonym świetle elektrycznym, a zapalone były duże świece na stole i świeczki na choince. Kiedy my zajęci byliśmy znoszeniem ostatnich potraw na wigilijny stół, ciotka brała się do zapalania świeczek na drzewku. Muszę jeszcze dodać, że te żabki, w których umieszczone były świeczki, były z takiego ciężkiego metalu i rzadko kiedy trzymały świeczkę prosto. Częściej świeczki były niebezpiecznie pochylone w stronę gałęzi. No i te- laseta z lametą, po których płomyki z zawrotną prędkością ganiały, tworząc małe zarzewia.
W każdą Wigilię mama prosiła zatroskanym głosem ciotkę, żeby teraz uważała i w każdą Wigilię ciotka również zatroskanym głosem odpowiadała, że bardzo, bardzo będzie uważała. Czasem się udawało, a czasem nie. Bywało, że siedzimy przy wieczerzy i nagle ktoś krzyczy: „Choinka się pali!!!!!” Super widok, w momencie drzewko staje w ogniu, wszyscy do niego, zamęt, wrzaski, panika. Nie, nie wypalił się dom, nawet fortepian nie ucierpiał. Raz tylko zasłona się spaliła i cały sufit w rogu pokoju był czarny. No może jeszcze trochę drewnianej podłogi się usmoliło. A nam dzieciom za każdym razem włosy stawały dęba z przerażenia, że wraz z choinką spalą się prezenty pięknie pod nią ułożone i przykryte białym prześcieradłem. Nic takiego się nigdy nie stało. Zawsze akcje gaszenia były błyskawiczne, a skutki pożaru na jodełce przysłanialiśmy nową lasetą. Mimo takich „atrakcji”, nie przyszło matce do głowy, żeby zainstalować elektryczne lampki. Dopiero, kiedy założyliśmy swoje rodziny, nowoczesność wkroczyła do naszych domów. Wkroczyła, ale pożarła cały „oświetleniowy” nastrój.
Hmmmm… ale wzięło mnie na wspomnienia:)
To może następnym razem o pasztecie z zająca?
PS. Te pierwsze lampki elektryczne imitowały świeczki, były toporne, wielkie i brzydkie. Teraz jest niesamowity wybór, ostatnio widziałam migające gwiazdki, ptaszki i sopelki.  Fuj, nie znoszę migających oświetleń. Nawet bożonarodzeniowych.
Zdjęcie-źródło Internet

22 komentarze:

  1. Smutno troche i zal tamtych swiat bez komercji i Last X-mas, kiedy swiat jeszcze byl w porzadku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komercja mnie dobija. A dzisiaj dowiedziałam się, że nie kupię uszek z mięsem, bo na Wigilie podaje się tylko uszka z kapustą, lub uszka z grzybami, ewentualnie uszka z kapustą i grzybami. Zwykły śmiertelnik, nie ogarnięty szaleństwem świątecznym musi się podporządkować nawet dyktaturze sklepów w narzucaniu towaru "świątecznego". W czasach mojego wczesnego dzieciństwa było skromnie, a dużo rzeczy jeszcze nie ogarniałam, dlatego jeszcze wtedy magia na mnie działało.

      Usuń
    2. Ale zamiast narzekac na komercje to ja sie jej nie poddaje i mam w odwloku:) Sam nastroj swiateczny na ulicach, udekorowane domy, drzewa i swiecace wystawy maja pozytywny wplyw na moje samopoczucie i swoj urok. A przeciez nikt mnie nie zmusi zebym kupowala jak tego nie chce zrobic. I to nie wazne jakie swieto, lubie dekoracje, lubie muzyke, to wszystko tworzy swoj niepowtarzalny nastroj a ja ambitnie nie kupuje. Juz od lat nie robimy sobie prezentow, jedynie dzieciom, ale one z kolei nie wiedza, ze mozna dostac prezenty w czasie kiedy u babci jest choinka, bo to nie ich swieto.
      Zreszta bardzo mi sie tez podoba jak nasze dzieci wychowuja swoje dzieci pod katem prezentow. Wiadomo, ze jak sa urodziny to taki bak dostaje 40 albo i w porywach 50 prezentow. Nie ma otwierania w czasie imprezy urodzinowej, wszystko zostaje zlozone na specjalnie do tego przygotowanym stole i potem zabrane do domu. W domu tez nie ma otwierania wszystkiego na raz. Na pierwszy rzut maly(a) solienizant(ka) moze wybrac 10 prezentow ktore chce otworzyc, reszta jest otwierana sukcesywnie po kilka przez kolejne tygodnie. Tym sposobem nie ma przesytu i nie ma prezentowego szalenstwa.

      Usuń
    3. Niesamowicie racjonalne podejście z tymi prezentami. Podoba mi się. Szkoda, że mój wnuk zupełnie odwrotnie jest wychowywany. Wszystko na raz. I potem szybkie znudzenie, bo przesyt nowości.
      Przed tymi świtami nie byłam w żadnej galerii, a produkty żywnościowe kupowałam sukcesywnie w mniejszych sklepach. Uniknęłam świątecznego nawału komercji.

      Usuń
  2. Mamo!!! Firanki się świecą... bo przecież choinka się nie pali tylko świeci ;)

    To nie wiem dlaczego nie lubisz świąt skoro masz taki cudowne wspomnienia...
    moje skończyły się jak miałam 6 lat i zmarła prababcia, później już nigdy nie było prawdziwych świąt, a tych prawdziwych prawie nie pamiętam :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo oprócz pięknej "szaty zewnętrznej' świąt, była jeszcze mroczna rzeczywistość. Wspominam i będę wspominała to, co mi zostało dobrego w pamięci. Złymi rzeczami raczej się nie podzielę. A było ich sporo, dużo...bardzo dużo.
      Nieważne. Dosyć dawno zdałam sobie sprawę z tego, że święta to jest jedno wielkie kłamstwo, wymuszone kłamstwo. Począwszy od wmawiania o nastroju, a skończywszy na wymuszaniu opinii, że znowu były cudowne święta.Kiedy czytam różne blogi, to dowiaduje się, iż mnóstwo kobiet chciałoby, żeby było już po świętach- też ich nie lubią, ale są przymuszane, do -najpierw ich zorganizowania, a potem do okazywania, że "to jest to".

      No i ostatni powód- jestem niewierząca, nie praktykująca, święta były u mnie wywołane rozpędem tradycji.
      Teraz wiem, że one nie mają żadnego znaczenia, czy będą, czy nie. A nie lubię tego hałasu wokół i wpędzania mnie w poczucie winy, że ja nie robię,a przecież powinnam(rodzina dalsza, sąsiadki, znajomi- te zdziwienia)

      Usuń
  3. no tak, "bańki" to bardziej fachowe słowo, z branży hutnictwa szkła... u mnie jednak zawsze mówiło się "bombki"... co więcej, czasem tak się mówiło nieraz w skrócie, zbiorczo na inne ozdoby... walizka z "bombkami" stała na pawlaczu i tylko w okresie świąt była używana...
    ...
    też nie czuję potrzeby obchodzenia tych świąt, tak raczej bardziej z rozpędu... religijnej potrzeby nie mam na pewno, co najwyżej ponadreligijną /święto "Powrotu Słońca" jest uniwersalne dla wielu tradycji/ plus okazja do paru spotkań rodzinnych, czy towarzyskich, na które nie ma czasu w ciągu roku...
    w specjalne zakupy nie bawimy się w domu, a choinka będzie dość symboliczna, taka ozdoba, aby było "inaczej"...
    ...
    co do świeczek, to ja za młodu już się załapałem na lampki... świeczka była tylko jedna /taki ukłon w stronę tradycji/, ale nie na żabkę /bo jak słusznie zauważyłaś, nie stała prosto i nie było to bezpieczne/, tylko na drucie obciążonym od dołu orzechem, wtedy trzymała pion... rzecz jasna zapalało się ją tylko wtedy, gdy ktoś był w domu, w pokoju...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Ty młody jesteś bardzo:):) Wyraz "bańki" chyba z niemieckiego pochodzą. Dlatego na Śląsku ta nazwa funkcjonuje. Mnie nazwa bombki jakoś nie pasuje.
      U nas rodzina się "rozleciała". Nikt za bardzo nie ma ochoty odwiedzać i przyjmować. Wszyscy wolą w spokoju odetchnąć w te dwa dni.

      Usuń
    2. w tamtych moich młodych latach świeczki tu i tam jeszcze funkcjonowały, straż pożarna się bynajmniej nie nudziła podczas świąt...
      ...
      zaś bańki /w tamtych czasach/ można było zebrać na pasterce... była tak tradycja, że chodziło się "na pasterkę", ale do kościoła nikt nie wchodził, tylko się spotykaliśmy z chłopakami obok kościoła... żeby było weselej robiliśmy zrzutkę i szło się "do babci" po małe co-nieco... szedł najstarszy, bo babcia nie chciała małolatom sprzedawać... a potem było w męskim /a raczej chłopięcym/ gronie rozstrzyganie sporów, rozliczanie starych porachunków z ostatnich miesięcy... czasem dochodziło do starć "na udeptanej ziemi", stąd te bańki, które się czasem niektórym przytrafiały :)...

      Usuń
    3. Bardzo malownicze spotkania na pasterce. Zawsze uważałam, że świat chłopięcy jest o wiele bardziej interesujący od tego dziewczęcego. Zawsze się w nim coś fajnego dzieje.

      Usuń
  4. Wspomnienia, szczególnie te z dzieciństwa zawsze wygrywają z teraźniejszością.
    Moja "dorosła choinka" nigdy już nie wyglądała, ani nie pachniała jak ta ubierana z tatą w dzieciństwie.
    Fajne masz wspomnienia, chociaż takie bardziej "gorące" dobrze, że choinkowe pożary były pod kontrolą.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te wspomnienia z dzieciństwa też wybiórczo. Szczerze, to nie pamiętam Wigilii, żeby nie było awantury w domu. Zawsze o coś się domownicy pożarli. Odkąd pamiętam, to w ten dzień drżałam, żeby było spokojnie, wesoło, świątecznie i... przeważnie nie było, a potem to już nastrój wymuszony. Po całej imprezie z ulgą zaszywałam się w swoim pokoju i wtedy dopiero czułam, że są święta.

      Usuń
    2. My z mama bylysmy we dwie, tylko podczas Wigilii. I byl spokoj. Dziekuje jej za to, ze podjela decyzje o rozstaniu z mym ojcem.

      Swieta spedzalismy u babci-roznie bywalo. Ale jako dzieci, mielismy klotnie doroslych w nosie. Siedzielismy pod stolem i opowiadalismy kawaly;)
      Choinka u babci byla dwumetrowe, pachnaca. Zywa. Nie taka, jak u mnie w domu-sztuczna.

      Usuń
    3. Nigdy nie miałam sztucznej choinki. Kiedy nie chciałam mieć drzewka, robiłam ze świeżych gałęzi stroiki.
      Czasem, a nawet często jest lepiej dla dzieci, kiedy dorośli się rozejdą. szkoda, że tak zwana "opinia społeczna" nie przyjmuje tego faktu do wiadomości i szczuje jednych na drugich.

      Usuń
  5. U nas też raczej bańki(nie mylić z kanką),ale w moim rodzinnym domu - bombki:)
    U nas dziadkowie,a potem moi rodzice skupiali rodzinę - jeździliśmy do nich na każdą wigilię.Przy stole zasiadało ok.20 osob.Żarty,rozmowy,wspólne śpiewanie kolęd.
    Odkąd mama nie żyje,my,dzieci próbowaliśmy odtwarzać tamtą atmosferę,raz z lepszym,raz z gorszym skutkiem:)
    Ale znowu się pozmieniało - pokolenie naszych rodziców pomału się wykrusza..,dorosły nasze dzieci,mają już swoje rodziny,urodziły się dzieci.Na codzień rzadko się zastanawiamy nad przemijaniem,nad tym,jak szybko leci czas.
    Najlepiej to widać po naszych dzieciach:)
    Ja w tym roku po raz pierwszy od chyba ćwierć wieku,mam urlop w okresie świąteczno-noworocznym.Odpuściłam nawet większość firmowych spotkań,tzw."opłatków".Starzeję się chyba:))Albo - moje okołoświąteczne, pracowe rytuały przegrały z czytaniem bajek i budowaniem wieży z klocków z moją wnusią:)))Znowu mi się chce - gotować,kupować,robić prezenty.W związku z czym wczoraj udałam się do galerii nandlowej,najpierw stałam prawie godzinę w korku,żeby wjechać na parking,potem przeciskałam się przez
    tłumy między półkami.Tego oblicza Świat zdecydowanie nie lubię:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do nas na zmianę przyjeżdżali dziadkowie ze strony ojca i dziadek ze strony matki. Nigdy razem nie byli. Corocznie przyjeżdżała jedna z sióstr matki- ta co notorycznie podpalała choinkę. Fajna ciotka, malownicza, z fantazją i niewiele od nas starsza.
      Do stołu zasiadało nas przeważnie 8-9 osób+ nakrycie dla wędrowca.
      W tym roku kolejny raz jestem szczęśliwa, że uwolniłam się od tego "przymusu" tradycji. Nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Jednak siła rozpędu zrobiłam generalne porządki- na zasadzie "nic nie muszę, zrobię to będzie, nie zrobię, to świat się nie zawali". Tym sposobem spokojnie zrobiłam wszystko, co planowałam i dzisiaj zostało mi tylko ostatnie prasowanie.
      W centrach handlowych nie bywam, większych zakupów nie robię, z prezentami daliśmy sobie spokój.

      Usuń
  6. Oj - pamiętam te świeczki na choince. I tę ciągłą obawę, że się lameta zajmie...
    Ja święta traktuję tylko jako pretekst do przygotowania i jedzenia potraw, które lubię, a których jakoś (nie wiem dlaczego) nie robi się i nie je w innym czasie. Lubię też choinkę i światełka w oknach. Przez chwilę jest tak jakoś weselej w tym szarym życiu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi potrawami masz rację-wieczerzę zjemy: z karpiem, makówkami, barszczem i uszkami:):):)Ciastek trochę Młoda napiekła. Ja odmówiłam.
      Karp tylko w Wigilię ma "ten smak".
      Do wazonu wstawię trochę gałązek jodły, żeby pachniało. I tyle w tym roku. Nawet stroika nie będę robiła.

      Usuń
  7. Mam bardzo podobne wspomnienia, z ta roznica, ze u nas mowilo sie "bombki":)) No i choinka zapalila sie tylko raz, ale to pamietam. Dziadek rzucil na nia marynarke i szybko ugasil pozar. Pamietam, ze dziadek w moich dzieciecych oczach urosl w tym momencie do wymiarow jakiegos bohatera:)
    Migajacych lampek nie lubie, bola oczy po jakims czasie. Ale mam na choince dwa rodzaje lampek. Jedne biale i te po prostu swieca stalym swiatlem i drugie kolorowe, tych jest mniej i nie migaja ale powoli gasna i sie znow zaswiecaja, bardzo powoli i na roznych odcinkach. Daje to ciekawy efekt i to akurat lubie. Migotanie doprowadzilo by mnie do szalu:))) a tak od czasu do czasu zapala sie gdzies jakis kolor i lampki sa malenkie wygladaja jak iskierki. Jest ich duzo, bo na malej choince mam 300 lampek bialych i 150 kolorowych, co w sumie daje calkiem fajna iluminacje.

    A w tym roku u mnie swietami zajmuje sie Wspanialy i Junior, ja tylko siedze i pokazuje palcem co trzeba zrobic. Ale tez tradycyjnych polskich swiat nie mam juz od lat, nikt nie chcial tego wszystkiego jesc, wiec teraz robi sie minimum:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobrze,że masz tak wspaniałych mężczyzn przy boku. Z nimi nic nie wydaje się trudne. Masz teraz odpoczywać i pachnieć:)

      Usuń
  8. Hm, Jaskolko..
    serducho od Ciebie wisi na choince, mysli leca gdzies tam na poludnie Polski.
    Moj maz jest czarodzieje, bo to on sprawia, ze sie cieszymy na Swieta, podspiewuje, z radoscia ubiera choinke, z radoscia spiewa koledy(choc nieczysto);)
    Uwielbia dawac prezenty, piec babbki, gotowac swoja tradycyjna grzybowa zupe. Mnie sie to udziela. I choc tez mnie denerwuje stanie przy garach.To ta chwila przy stole, z bliskimi(jest tez moja mama), jest mi mila. I wiem, ze dzieciaki beda te momenty -pamietac.

    A wspomnienia mam podobne, choinka sie palila, ja potluklam "banki", dramaty same;)

    A nozke -oszczedzaj.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.