piątek, 30 stycznia 2015

Brak normy

-Głowa mnie strasznie rozbolała- rzuciłam w stronę Jaskóła, który coś tam czytał w komputerze. Czułam zaciskającą się wokół głowy obręcz bólu. Do tego doszedł szum w uszach.
Jaskół bez słowa wstał i podszedł do ściany, na której wisiał barometr. Postukał delikatnie w szkiełko.
-Popatrz- Jeszcze raz delikatnie stuknął. Odwróciłam się w stronę barometru i zatkało mnie.
-Popsułeś barometr?- zapytałam, bo nigdy tak nisko wskazówki nie widziałam, a barometr ma chyba z 40 lat. Wykonany jeszcze w DDR. Byłam przekonana, że coś w nim strzeliło. Miało prawo, stary w końcu jest.
Nie- Jaskół ustawił drugą wskazówkę na pierwszej- Tak spadło. Pies śpi ciągle, ciebie głowa boli. Ciśnienie jest do.....- Wrócił do kompa- Weź tabletkę, może ci przejdzie- Poradził na koniec i zajął się czytaniem.
No to wzięłam, ale nadal jestem lekko zszokowana tak niskim ciśnieniem. Kompletny brak normy. Wystarczy trochę spadku i  zabraknie skali.
Szalony barometr
 Udało mi się odszukać zapinki do serwetek, które dostałam od Marianne. Upięłam  nimi serwetkę na trzy sposoby, ale nie wiem, czy nie miało być jeszcze inaczej (obrus pod serwetką jest też biały i zapewniam, czysty, a tu wyszedł.... szkoda gadać).


 I jeszcze trochę bajkowego świata. Zdjęcie jest z wtorku. Dzisiaj, zgodnie z "zapowiedzią" szalonego barometru, najpierw padał deszcz, a teraz sypie bardzo, bardzo mokry śnieg. Taki fuj chlapowaty.


środa, 28 stycznia 2015

Dzisiaj niewesoło

Najważniejsze dzisiaj

Całym sercem jestem z Panterą i jej Kirą, która niedawno miała bardzo ciężką operację, a teraz dochodzi powoli do siebie. 
I całym sercem jestem z Anką Wrocławianką, której Rufi ma raka kręgosłupa a teraz ma zapaść decyzja, co dalej.

Dziewczyny, wiecie, jak kocham psy, wiecie, że też z moimi:Zuzą i Bezą  przeszłam trudne chwile. Myślę o Was, o tym, jak Wam teraz ciężko.

Gorąco wierzę, że u obu psiaków będzie dobrze. Musi... no przecież MUSI!

Chciałam wybrać optymistyczne zdjęcie. 
Wschód słońca na Beskidami.
 

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Droga do szkoły

Komentarz Olgi wywołał we mnie wspomnienia. Zimy w moim dzieciństwie oraz w młodości były długie, śnieżne i mroźne. Z zimowego życia w pierwszej leśniczówce pamiętam tylko fragmenty. Nie chodziłam do przedszkola, nie chodziłam do szkoły, dlatego zima dla mnie była niegroźna. Tym bardziej, że dom stał koło drogi i nie było problemu z dostaniem się gdziekolwiek (pod warunkiem, że ją odśnieżyli). Kiedy miałam niecałe 6 lat (lata 60te ubiegłego wieku), przeprowadziliśmy się do drugiej leśniczówki. Teraz do niej prowadzi droga asfaltowa, oświetlona, niedaleko leci droga szybkiego ruchu- full wypas cywilizacja. Kiedy w niej zamieszkaliśmy, do drogi krajowej było 150 metrów gliniastej, usianej kałużami, wąskiej drogi dojazdowej (potem mama kazała ją wysypać żwirem i przynajmniej kałuże zniknęły). Tę trasę do wsi nazywaliśmy „na około”, bo rzeczywiście trzeba było nadrabiać prawie półtora kilometra, żeby dojść do miejsca, w którym stykała się z naszym „skrótem”. Skrót zaczynał się za bramką gospodarczego podwórza, leciał przez łąkę zaraz przy lesie (chodniczek wąziutki wydeptany na nasz użytek). Za łąką chodniczek łączył się drogą prowadzącą przez klas, którą jeździły peegerowskie traktory (miały tędy krócej na pola). Droga ta przecinała bagnisty rów. Była ona w tym miejscu kompletnie rozjechana i prawie zawsze było w tym miejscu bagnisko. Na drugą stronę rowu przechodziło się po wąskiej drewnianej kładce. Była to tylko szeroka, gruba decha. Kiedy było sucho, szło się do kładki na wprost, skrajem drogi, kiedy było mokro trzeba było skręcić w las, na taki mały, zarośnięty krzakami wał (gdzieś 20 metrów długości) i tamtędy dostać się na kładkę. Za kładką droga szła niewielkim jarem. Tu balansowało się na pograniczu rozjechanego traktu, na wąziutkim zboczu, zaraz przy pniach drzew. Potem było lepiej, bo kończył się jar, a drogę znaczyły dwie głębokie koleiny, „wypracowane” przez ciągniki. Ścieżka prowadziła wzdłuż tych kolein, obok. Wąziutka, poprzegradzania wystającymi korzeniami, z lewej i prawej strony obrośnięta wiekowymi lipami oraz dębami. Za drzewami, z obu stron, ciągnęły się pola peegeeru. Dróżką dochodziliśmy do bardzo starego dębu, potem był kawałek bagna i już było wyjście na szosę. Można było ominąć bagno. Wtedy nadrabialiśmy paręnaście metrów, dochodziliśmy do nasypu kolejowego i obok niego, znowu bardzo wąską ścieżką, dochodziliśmy do szosy. Żeby było szybciej, skakaliśmy po kępach, które zarastały bagienko Było to jednak ryzykowne, ponieważ groziło utaplaniem się w błocie. W sumie skrót liczył 800 metrów, ale w deszczowe, czy zimowe dni przeżywaliśmy prawdziwy survivall. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni jeździliśmy tym skrótem do szkoły również na rowerach, bo komu by się chciało „na około”? Wtedy największą trudność sprawiało przejechanie przez te poprzecznie, wystające korzenie. Raz, że nierówno, drugi, że wyślizgane, trzeci, że za nimi była ubita glina, a na takiej koło roweru zjeżdża bokiem, że hej. Ślizg koła na gładkim korzeniu lub uślimtanej glinie, kończył się solidnym rąbnięciem o glebę. I czasem zdarzały nam się takie „stłuczki” organizmu. No chyba, że w trakcie ślizgu piorunem zeskoczyło się z roweru, uprzedzając upadek. Drugi hardcorowy odcinek stanowiło bagienko. Tu trzeba było szybko się decydować- jedziemy na maksa i ryzykujemy poślizgiem, ewentualnie zaryciem się w samym środku, czy schodzimy z roweru i rozsądnie idziemy ścieżką obok nasypu. A że dzieciaki ciągle coś gna, to często, gęsto jechaliśmy co sił w nogach przez bagno i nierzadko, gwałtownie wyhamowani przez lepką maź, byliśmy zmuszeni zeskakiwać z roweru prosto w to coś obrzydliwego. Co dalej? Ano siadało się na nasypie i pucowało buty, tenisówki, sandały, co kto miał na szłapkach i gnało dalej do szkoły. Rowerami nie jeździliśmy przez łąkę, tylko leśną groblą. I tu też było „ciekawie”. Trzeba było wyjść prosto do lasu „leśną bramą”, za którą od razu, na powitanie, było wielkie bajoro. Należało, zatem, przeprowadzić rower bokiem i potem jechać wąską ścieżką, która szła wysoką, leśną groblą. Łączyła się ona za tym małym jarem, ze skrótem prowadzącym przez łąkę. No i dalej, jak opisałam. Tak było w ciepłe dni. A zimą?
Kiedy spadł kopny śnieg, a często wtedy taki spadł już na początku grudnia i leżał sobie do marca, wtedy zaczynały się dla nas prawdziwe schody. W tamtych czasach nie było jeszcze pługów na telefon, pługów za traktorem na zawołanie. Drogi boczne odśnieżał przeważnie pług konny. Były to solidne dechy zbite w trójkąt, leżący na płasko na ziemi. Na ”wierzchołku” trójkąta siadał woźnica, na „podstawie” siadał drugi facet, żeby go obciążyć i tak odśnieżano wiejskie drogi i dróżki. Ponieważ nie było mocnego dociążenia, to często pług najpierw zbierał górną warstwę, potem jechał jeszcze raz i tak aż do dotarcia do powierzchni drogi. Długo to trwało. Nie czekaliśmy na przetarcie „do okoła”, nie czekaliśmy też na przetarcie skrótu. Do szkoły trzeba było iść i kropka. Wychodziliśmy na łąkę i …. równa płaszczyzna. Bielusieńka, skrząca się, dziewicza. No to do przodu. Śniegu po kolana. Każdy krok, to pełne kozaczki, każdy krok to coraz większa zadyszka. Po przebyciu łąki, każdy był spocony, zziajany, wykończony, a tu jeszcze prawie 3 kilometry do szkoły. Niech żyje młodość. Chwila oddechu i dalej przez las. W nim było trochę lepiej, pod warunkiem, że wiatr od pól nie nawiał między drzewami zasp. Stracony na łące czas, nadrabialiśmy lecąc tą ścieżką, aż do bagienka. Tu znowu była, wolna od drzew, przestrzeń i śniegu po kolana. Następne 50 metrów kopania się w białym puchu. Potem szybkie otrzepywanie i droga przez wieś. Odśnieżano ją tylko na tyle, aby samochody i autobusy (a tych w tamtych latach było o wiele, wiele mniej) mogły wolno przejechać i minąć się. Tę drogę odśnieżały wielkie samochody z wirnikiem doczepionym do paki. Pług z przodu odśnieżał, wirnik roztrzepywał z tyłu piasek, albo żwir. Kiedy taka odśnieżarka jechała, lepiej było zwiać z pola jej rażenia. A po bokach drogi żadnego chodnika, zwały brudnego śniegu. Za każdym razem, widząc nadjeżdżający pojazd, wchodziliśmy w te zwały i przeczekiwali. Trudno było zdążyć do szkoły na czas, a jednak rzadko się spóźnialiśmy i rzadko opuszczaliśmy lekcje. Bywało, że ścieżkę przez łąkę zagradzały nawiane przez wiatr ogromne zaspy. Wtedy nie pozostawało nam nic innego, jak iść „na około”. Ponieważ nie lubiliśmy tej drogi, często szliśmy groblą przez las no i... dalej już wiecie:)
A po przyjściu ze szkoły braliśmy łopaty (łopaty, a nie nowoczesne szufle do odśnieżania, i inne cuda-bajery) do ręki i odśnieżaliśmy dwa ogromne podwórza. To gospodarcze oraz to reprezentacyjne. Nagroda? Ach! Zamarznięty staw i łyżwy

PS. My, czyli starsza siostra, młodszy brat i ja:)
A teraz kolorowo. Haft ten zaczęłam w sierpniu i skończyłam na początku grudnia (w międzyczasie różne inne rzeczy tworzyłam). Wzór znalazłam Internecie. Kolory dobrałam sama. Są zbliżone do oryginału. Jest ich chyba z 25, dokładnie nie pamiętam ile. W oryginale wszystkie elementy są obhaftowane czarną obwódką tak, jak na haft orientalny przystało. Spróbowałam i sprułam. Haft robił się „ciężki”. Teraz czeka na oprawę. Tu zdecydowanie jestem za wąską, czarną ramką.




niedziela, 25 stycznia 2015

Pod białym puchem

Nie może być tak do końca super. Przyszła i od razu zasypała nas po uszy. Rano sesja odchudzania. Cały parking zaśnieżony. Warstwa około 15 cm. Parking, chodnik 20. metrowy- równiutkie, bielusieńkie. No to szufle i heja. Godzina ściągania, przepychania, wyrzucania i przerzucania białego dziadostwa. UF!
Nie, jeszcze nie uf. Jeszcze dach sklepu, bo jak się śnieg za grupo nawarstwi, to drzwi nie otworzymy. Jaskół na drabinę, ja obok- asekuracja. I następne 40 minut zrzucania śniegu z dachu. Nie macie pojęcia, jak nam obiad smakował:) To białe jest w sumie ładne, klimatyczne. No i co z tego, kiedy trzeba szuflować. Największą frajdę ma Bezka. Jej przodkowie pochodzą z Szetlandów, więc do zimna przyzwyczajona. Porobiłam trochę zdjęć.


 Od tygodnia kwitnie oczar. Pierwszy kwitnący zimowo-wiosenny krzew . Czekam teraz na wilcze łyko.







sobota, 24 stycznia 2015

Popełniłam kolejne "szaleństwo" :)

Robiłam je prawie pół roku. W międzyczasie zdążyłam ukończyć kilka haftów, w tym haft rajskiego ptaka, który pokażę później. Crazy patchwork ma to w sobie, że wymaga pomysłowości i znajomości wielu technik hafciarskich. I tu mnie hamowało. Pomysły brałam z Pinteresta, ale z tymi różnymi technikami jest gorzej. W dodatku wpuściłam się w maliny, wykorzystując różne tkaniny. Zwłaszcza ciemne i we wzorek. Na ciemnych tkaninach nie widać naniesionego wzoru. Ratowałam się rysując wzór na cienkiej serwetce, którą przypinałam do tkaniny i na niej haftowałam. Potem, delikatnie, wyskubywałam igłą resztki widocznej serwetki. W zasadzie wszystko robię na wyczucie. Uczę się na własnych błędach. Niemniej, bardzo lubię właśnie taki rodzaj haftu i już mam pomysł na następny.
Pokazuję fragmentami, bo na ogólnym słabo wszystkie "szaleństwa" widać.
 To był pierwszy haf. I pierwsze "nieporozumienie". To szare, to len, o dosyć luźnym splocie. Perełki, które naszyłam z lewej strony haftu- szlaczek- "przełaziły na lewą stronę materiału. Trzeba było je podwójnie zabezpieczać.
 Tu użyłam zbyt kolorowych tkanin i musiałam kombinować z kolorystyką haftów. W ogóle przez długi czas nie miałam pomysłu, co tu umieścić. Wyhaftowałam żabę i... stop. No to przeniosłam się dalej.
 Te kwiatki, muchomorki, stworki powstały na końcu. To był taki rzut na taśmę.
 Motyla naszyłam po wyhaftowaniu flaminga i przyszyciu aplikacji z psiakami. Nie chciałam go więcej zdobić, żeby nie stracił swej lekkości. Kwiatki z żółtymi środkami to próba nowej techniki. Płatki są kosmate, ale nie tak bardzo, jak chciałam. Biedronki na łodygach zapełniły puste miejsca.
 Aplikacja z psiakami. Tu z kolei długo myślałam nad jej obwódką. W końcu zrobiłam normalnym ściegiem piórkowym z francuskimi pętelkami. Fajnie wyszedł, moim zdaniem, brązowy żuk (luźny haft wsteczny) i owad (pętelka francuska oraz haft cieniowany).
 Następna żaba zielona. Wykonuje skok z wody na łąkę kwiatową. Z lewej strony brązowy żuk.
 Sekcja morska. Ryby haftowane (haft cieniowany) przy pomocy bibułki. Meduza jest szyfonową aplikacją.
 Tu takie misz-masz. Serce z koronki i ważka też. Łączenia tkanin zakryłam aplikacją, wzbogaconą perełkami.
 I tu kolejny "błąd". Użyłam zbyt dużego kawałka tkaniny. Bardzo ciemnej z wyraźnym, powtarzającym się motywem pawi. Wykorzystałam jeden motyw. Rozświetliłam pawiom oka na ogonach perełkami i podkreśliłam czarną nitką kontury. Dolną "listwę" zahaftowałam, również wykorzystując powtarzający się wzorek
 Kwitnące drzewo zakryło drugi motyw z pawiami. Reszty dokonały wstążeczkowe ważki.
Kwiaty na drzewie to francuskie supełki ze wstążki, tło zakryte  ściegiem piórkowym i francuskimi pętelkami. Ogólnie ta kombinacja jest dobra do zakrywania wszelkich "dziur" i uzupełniania różnych motywów. Nadaje również haftowi lekkości, sprawia wrażenie ażuru.
 Tak wygląda górna ćwiartka z prawej strony Crazy.
 Druga aplikacja z psiakiem. Ta dostała już bardziej pracochłonną obwódkę. Jest ona robiona ściegiem warkoczykowym, który przychwyciłam po wewnętrznej i po zewnętrznej nitkami różnego koloru i rozświetliłam koralikami. Długo nie miałam pomysłu na zahaftowanie fragmentu tkaniny po lewej stronie aplikacji. Robiąc porządki na półce z książkami, natrafiłam na "Haftowane gałgany" Krystyny Sienkiewicz. Na okładce książki namalowana jest podrywająca się do lotu dzika kaczka. bardzo mi się spodobała. No i jest.  Została wyhaftowana haftem cieniowanym. Krystyna Sienkiewicz wyhaftowała swoją pojedynczą nitką haftem łańcuszkowym. Kolory też się bardzo różnią.
 Te malinki- ostrężynki trochę się gubią na czerwonym tle. Pierwotnie miałam zamiar wyhaftować wzór jarzębiny, który jest na takninie, ale jak zaczęłam, to stwierdziłam, że nieładnie wygląda. Urzekły mnie te maliny i zostały umieszczone na Crazy. W oryginale inne są liście
 Jaszczurka też trochę się gubi na tym ostrym tle. Jej ogon oplata wstążeczkowy kwiat i pobłyskuje koralikami. Tu też musiałam posiłkować się wzorem na serwetce.Z prawej strony jaszczurki glicynia, haftowana francuskimi pętelkami cieniowaną nicią. No i drugi żuk- niebieski, haftowany ściegiem satynowym
 Motyw ptaka był na tkaninie. Uwypukliłam go haftem cieniowanym. Niżej ptaka gotowce. Przymocowałam je oczkami łańcuszka i koralikami.
 A tu jeszcze raz pieski i pałki trzciny wodnej. Też robione francuską pętelką. Bardzo fajnie na Crazy wychodzą drobne kwiatki z różnymi płatkami. Im drobniej, im bardziej kolorowo, tym ciekawiej to wygląda.
 Całość. Po zakończeniu był bardzo brudny. Tak długi czas  tworzenia zrobił swoje. Miałam obawy, że jak go zamoczę to, albo puści farbę jakiś kolor, albo któraś tkanina się skurczy. Rozłożyłam Crazy w wannie i gąbką delikatnie wyprałam. Potem rozłożony wycisnęłam w ręczniki i rozłożony wysuszyłam. Nie trzeba było prasować. Nic z Crazy złego się nie stało.
Haft nawinęłam na tekturowy rulon(rulony po ręcznikach papierowych wsunęłam jeden w drugi) i zabezpieczyłam ręcznikiem tak, by go izolował. Polecam ten sposób zabezpieczania haftów. Zbieram różnej długości rulony tekturowe i nawijam na nie gotowe hafty. W ten sposób bezpiecznie czekają na dalszy ciąg.
Na razie nie mam pomysłu na oprawę. U fachowca drogo wychodzi. Oprawa tego kawałka- 40/40 cm- może kosztować najmniej 50 złotych. W antyramę nie wchodzi, bo jednak haft jest dosyć przestrzenny. Pozostało mi poszukać gotowej ramy w marketach.


PS. Późny wieczór.  Ha!ha!ha! Teraz widzę, na tych powiększonych zdjęciach, jakie są te nitki nierówne. Słowo daję, że kiedy patrzy się na Crazy normalnie, to tego nie widać:)
Jednak trzeba nadal pracować nad dokładnością i precyzją. Jest to haft domowy, dlatego myślę, że te niedociągnięcia ściany nie urwą.

piątek, 23 stycznia 2015

Rozpieszczanie

Rozpieszczanie dotyczy mnie. Jeszcze przed świętami otrzymałam mnóstwo prezentów, które były dla mnie miłą niespodzianką. Najpierw przyszła paczuszka z Finlandii, a w niej coś filcowego, pięknie czerwonego. „No fajne, ale co to jest?”- pomyślałam sobie, obracając w palcach dziwne, filcowe paseczki z obrączkami. Byłam przekonana, że to służy do zawieszania świątecznych ozdób. Na szczęście istnieją maile i Marianne szybko wyprostowała moje wyobrażenie o zastosowaniu tego coś. Otóż dostałam od niej „uchwyty” do stołowych serwetek. Posłała mi nawet zdjęcie, jak to upinać i upięłam, ale nie chciały mi się te serwetki zmieścić na stole. Z tego „bólu” nie zrobiłam im nawet zdjęć, a teraz zapinki tak poświątecznie sprzątnęłam, że nie potrafię ich znaleźć (dobrze, że to zdjęcie zrobiłam zaraz po ich otrzymaniu). Na domiar złego, kiedy padł mi komp, zdjęcie spiętych fachowo serwetek też przepadło. Niemniej Marianne, bardzo Ci dziękuję, bo sprawiło mi wielką radość upinanie tych serwetek. Była to jakaś odmiana oraz nowość, ponieważ dotychczas tego nie robiłam nigdy. No i Twoje opowieści o zwyczajach świątecznych w Finlandii- bezcenne.
  Druga paczuszka przyszła od Elfi, a w niej bombki, ozdobione ślicznymi frywolitkami. Przyznam, że podziwiam osoby, które zajmują się frywolitką. Elfi robi to fantastycznie. Kiedyś dostałam od niej maleńkie, delikatne serwetki, a teraz te piękne bombki. Elfi, podziw dla Ciebie.

 Następnie Zosia postanowiła ucieszyć mnie i wprawić w błogostan, wywołany podziwianiem piękności, które mi posłała. Są to ślicznie haftowane świątecznymi motywami zawieszki.
Są zdobne z obu stron.


Dwa hafty wprawiły Jaskóła w podziw taki, że dobrą chwilę milczał na ich widok.
Zosiu, jestem Ci wdzięczna, bo haftując motocykle, zrzuciłaś ze mnie robotę, do której nijak mi było, a obiecałam Jaskółowi, że zrobię taki haft. No i ma. Oprawimy i dowiesimy do kolekcji zdjęć.
 Od Zosi dostałam również szydełkowe piękności. Malutkie, białe serweteczki- zawieszki (chyba). Ale ja je wykorzystam do czegoś innego. Już mam pomysł.
 W paczce znalazłam też serca wykonane techniką brugijska? Chyba tak się te sploty nazywają. Jak zwał, tak zwał, a zosine serducha są super. Dziękuję Samosiu:)

  A tydzień temu... tydzień temu przyszła paczka z Francji. Kasiu, ogromną frajdę mi sprawiłaś w szary, styczniowy dzień. Wielkie dzięki. Od Kasi dostałam lawendowe pachnidełko, czekolady do ciast wraz z przepisami na nie i maleńki słoiczek. Dobrze, że na kartce z klimatycznym widoczkiem, Kasia napisała mi, co jest do czego, bo przy mojej znikomej znajomości francuskiego, pożarłabym czekoladę od razu (a raczej to nie ten rodzaj smacznej czekolady) i pewnie wysmarowałabym zawartością słoiczka twarz. No nie, pożarłabym zawartość słoiczka też od strzału. A przecież w nim jest konfitura do foie gras. Hmmmmmm.... Kasia od razu napisała, że do polskiego pasztetu również dobrze się nadaje. I jest to stuprocentowa racja. Pycha. Tobie również dziękuję za chwile radości, jakie mi sprawiłaś.
A wszystkie Was przepraszam, że dopiero teraz te cudności pokazuję. Maupa zielona jestem i już. W ostatnim miesiącu życie „przywaliło” mnie obowiązkami  i teraz, nareszcie, porządkuję po kolei zaległości.

środa, 21 stycznia 2015

Chorea provocatio

Nie jest to banalny teledysk o banalnym tangu. Trzeba zobaczyć do końca...ten artyzm... tę finezję... tę zmysłowość... tę prowokację...


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Wielkie, włochate i wredne.

Ostatnio zafascynowały mnie trolle i ich mroczna natura.
Trolle wywodzą się z mitologii nordyckiej. W wierzeniach skandynawskich pojawiają się bardzo często. Według nich, te mitologiczne istoty zamieszkują lasy, jeziora, jaskinie górskie i czasem morza.
Trolle są to niezwykle brzydkie, tępe na rozumie, flegmatyczne i pokraczne istoty. Mają duże głowy, długie i krzywe nosy, duże 4-palcowe stopy i dłonie. Stosunkowo słabo widzą, ale dzięki wielkim uszom mają doskonały słuch , a długim nosom wybitny węch. Skóra ich jest twarda i owłosiona. Ponoć u bardzo starych wiekowo trollów broda i inne części ciała nie są porośnięte włosami, lecz ...lasem. Poza tym trolle mają ogony. Są różne "odmiany" /gatunki/ trolli. Jedne są wysokie, nawet większe od człowieka, inne małe, jak skrzaty.”(1) Żeńskim odpowiednikiem trolla jest hurdla. „Huldry - w przeciwieństwie do trolli - były pięknymi dziewczętami i na pozór niczym nie różniły się od zwykłych ludzi. Jedynym, co szpeciło huldrę, był krowi ogon wystający spod spódnicy. Jeśli młodzieniec, uwiedziony przez nią nie zauważył tego "dodatku", przepadał z kretesem. Czasami jednak siła miłości zwyciężała złe czary - jeśli wybranek żenił się z huldrą w kościele, jej ogon odpadał, a z tego związku rodziły się zwyczajne dzieci.” (2)
Natura trolla jest wyjątkowo wredna. Troll nie zawaha się perfidnie, z premedytacją dokuczyć człowiekowi i zwierzęciu. Z lubością wyrządza szkody. Trolle, z reguły wielkie i silne, są bardzo niebezpieczne. Te szkaradne istoty są wrogo nastawione nie tylko do ludzi, nienawidzą również różnych bogów. Podobno ożywiają się, czując zapach krwi.
Troll jest chciwy i skąpy, a głównie zajmuje się wydobywaniem i gromadzeniem kosztowności, srebra oraz złota. Istoty te żyją i są aktywne w ciemnościach. Promienie słońca zamieniają je w kamienie.




W ostatnich latach rozwinął się nowy gatunek trolli. Trolle Internetowe. Podstępne wredne istoty, których jedynym celem istnienia w Necie jest obśmiewanie, dołowanie i próba wyeliminowania uczestników różnych for i blogów. Najczęściej akacja trolla skupia się na pojedynczych wypowiedziach różnych uczestników, biorących udział w dyskusji. Istnieją też trolle, które upatrzą sobie ofiarę i tylko jej wypowiedzi trollują. Odzywki trolla są zaczepne, agresywne i zwierają mnóstwo niecenzuralnych słów, obrażających atakowaną osobę. Często troll kłamie, fantazjuje na temat swej ofiary po to tylko, by ją zdyskredytować w oczach innych uczestników. Wyjątkową perfidię wykazuje, powtarzając te same kłamstwa na różnych blogach i w różnych dyskusjach. O swojej ofierze mówi wprost, często używając nicka lub jego synonimów tak, by wszyscy nie mieli wątpliwości, o kogo chodzi.
Trolle wykazują niski- zdarza się, że średni- poziom intelektualny. Nie wysilają się na jakieś błyskotliwe akcje. Wejdzie w dyskusje, nabrudzi i ucieka.
Można też spotkać w Necie trolle z wysokim wykształceniem, a trollujące na poziomie deski klozetowej. Rzadziej, ale zdarzają się w necie, całe watahy trolli. Grupki osób sfrustrowanych, niedocenianych w realu, dlatego trzymających netową sztamę. Daje im to, podobnie, jak trollom indywidualistom, poczucie ważności, przynależności grupowej, a co najważniejsze poczucie bezkarności. Kumple trolle dają potężne wsparcie członkom- tchórzom watahy. Takie netowe bandy trolli tworzą skomasowane trollingowe akcje. Mają swoje wybrane blogi, fora. Mają swoich „netowych wrogów-ofiary” i mają netowych „przyjaciół”- administratorów blogów, którzy pozwalają im na bezkarne szykanowanie swoich komentatorów. Taki przyjacielski blog jest bazą wypadową watahy. Zdarza się, że posiada ona też swój blog- bazę. Jest on wykorzystywany do umieszczania paszkwili na uczestników netu.
Bardzo często „przyjaciel” grupki trolli, uważając siebie za osobę kulturalną od czasu do czasu wredne wpisy kasuje- niech komentatorzy widzą, że panuje nad „porządkiem”- nie ma mowy o trollowaniu na jego blogu. Bywa też, że sam nie zdaje sobie sprawy, iż jego bardzo dobrzy netowi znajomi traktują jego blog jako odskocznię do brojenia w necie.
Charakterystyczną cechą- podobnie jak u trolli samotników- watahy trolli, jest smędzenie się po necie za swoimi ofiarami i paskudzenie na wszystkich jej znajomych blogach.
Troll netowy to nie umysł, to nędzna natura, to upiorny charakter, który objawia się przy każdej jego wypowiedzi. Dlatego jest to wyjątkowa wredna netowa kreatura. Z takim trollem nie warto walczyć. Nie warto mu poświęcić nawet krztyny uwagi. Wobec takich netowych osobników należy stosować hasło: „NIE KARMIMY TROLLI”. Wypowiedzi takich osobników „przekraczamy” do skutku. Ignorujemy, nie reagujemy, bowiem, każda nasza reakcja, każda nasza prostująca wypowiedź, każde nasze wyjaśnianie, pompuje „świeżą krew” w trolla. Troll niekarmiony w końcu zdechnie.
Jest jeszcze kwestia, dotykająca właścicieli blogów. Otóż większość z nich opowiada się za tolerancją oraz wolnością słowa na swoim blogu i nie moderuje wypowiedzi komentatorów. Kiedy pojawi się troll, administrator ma dyskomfort. Z jednej strony nie chce moderować, z drugiej zaś, chce chronić swoich komentujących i zareagować na chamski wpis trolla. Decyduje się wpis usunąć. Reakcja trolla jest natychmiastowa- pada pod adresem właściciela bloga zarzut o dwulicowość, hipokryzję i kłamstwo. I tu należy stosować drugie hasło: „BEZWZGLĘDNIE, KONSEKWENTNIE KASOWAĆ WYPOWIEDZI TROLLA”. Po prostu nie dać się wpuścić w poczucie winy. I pod żadnym pozorem nie upominamy, nie strofujemy, nie „wychowujemy” trolla. Troll jest niewychowalny. Kasujemy jego wpis bez najmniejszego komentarza.
Jeśli na moim blogu pojawi się kasacja, będzie ona wynikiem eliminowania trolla.




1.http://obiezyswiat.org/index.php?gallery=14283- autor jurasek: Norwegia. Trolle.
ilustracje- źródło Internet.

PS. Jeżeli chcecie więcej wiedzieć o trollach internetowych i zdrowo się pośmiać polecam czytadło na: http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Troll_internetowy