wtorek, 27 października 2015

Na drugim brzegu tęczy.

10 lat temu zmarła Mira Kubasińska, wokalistka blues rockowego zespołu Breakout.

Urodzona w 1944 roku Mira Kubasińska pochodziła z rodziny muzykującej, ale nie artystycznej. Jej dziadek grywał na harmonii i skrzypcach, ojciec też chwytał za instrumenty przy wyjątkowych rodzinnych uroczystościach. – Nawet mi się nie śniło, że będę śpiewać zawodowo. Wręcz przeciwnie, sądziłam, że raczej wyląduję w jakimś zespole tanecznym, Mazowszu czy Śląsku – wspominała po latach piosenkarka, która jako młoda dziewczyna występowała w lokalnym zespole pieśni i tańca w Ostrowcu Świętokrzyskim.

Pojechaliśmy z zespołem pieśni i tańca do Rzeszowa – opowiadała w „Wiadomościach Świętokrzyskich” jej koleżanka z zespołu, Alicja Wąsacz. – Jedliśmy obiad w jakiejś restauracji i Mirka w pewnym momencie zaczęła śpiewać. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszał ją Tadeusz Nalepa – relacjonowała. 
Spotkaliśmy się w lokalu, w którym Nalepa grał. Wymieniliśmy adresy i tak to się zaczęło. Napisaliśmy do siebie kilka listów. Za mnie odpisywały koleżanki, bo ja strasznie bazgroliłam – przyznała Mira Kubasińska, zdradzając kulisy spotkania, które na zawsze odmieniło jej los.
Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa wystąpili razem na Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie. – To był rok 1963. Ponieważ eliminacje odbywały się w Rzeszowie, postanowiliśmy z moją narzeczoną, Mirą Kubasińską, zgłosić się. To się odbywało w dużej hali wojskowej, było chyba transmitowane przez radio. Coś tam zaśpiewaliśmy łamanym angielskim – wspominał Nalepa w rozmowie z Marią Szabłowską. Zostali wtedy wyróżnieni przez jury.
W następnym roku byli już małżeństwem. W 1965 r. na świat przyszedł ich syn, Piotr. W tym samym czasie Nalepa założył zespół Blackout istniejący do 1967 r. Potem powstał Breakout
Nadszedł czas sukcesów i sławy, która krępowała Mirę Kubasińską. – To z czasem stało się bardzo męczące. Nie miałam chwili dla siebie, nie mogłam spokojnie wyjść na spacer z dzieckiem, nie mogłam wejść do sklepu, do restauracji, bo zawsze znaleźli się jacyś ciekawscy. Na dłuższą metę było to nie do zniesienia – żaliła się tuż przed śmiercią, a wspominała przecież czasy sprzed ery kolorowych gazet i Internetu. To zainteresowanie ludzi świadczyło o ogromnym powodzeniu zespołu, jednego z najlepszych na ówczesnej polskiej scenie.

Blackout był ciągle w trasie, a Kubasińska i Nalepa wszędzie zabierali ze sobą małego Piotrusia. – W 1968 r., kiedy wyjechaliśmy do Holandii, zostawiliśmy go w Rabce. I on nas po pół roku nie poznał – wspominała piosenkarka.
Kiedy po 13 latach rozpadł się Breakout, Kubasińska nieco wycofała się ze sceny. Nastały trudniejsze czasy w jej życiu. – Aby zarobić na życie, przez siedem lat produkowałam i rozwoziłam farby dla zaopatrzenia artystów plastyków. Pracowałam w barku na Dworcu Centralnym, malowałam Smurfy, szyłam szelki – wymieniała sposoby, którymi zdobywała pieniądze na życie. I kiedy po 25 latach od nagrania ostatniej płyty była gotowa na powrót z nowym materiałem, jej plany przerwała śmierć.

Ona jest odzwierciedleniem kobiety, która w zasadzie w życiu miała wszystko. Była na szczycie, ale była też na samym dnie. I w tym wszystkim nigdy się nie zatraciła, nigdy się nie sprzedała. Zawsze miała wielką osobowość, wielką charyzmę. Optymistycznie patrzyła w świat, mimo wielkich problemów, jakie ją spotkały po rozstaniu z Tadeuszem Nalepą. Przeżyła to bardzo. Znalazła się w naprawdę ciężkiej sytuacji życiowej – wspominał już po odejściu Kubasińskiej jej kolega muzyk, Krzysztof Jerzy Krawczyk.
Po wszystkich przejściach, po swoich problemach życiowych, po różnych rozstaniach, po wszystkich problemach z facetami, z samą sobą – bo to nie była jednowymiarowa postać, która miała tylko szczęśliwe życie, ale też były momenty bardzo ciężkie i trudne, zresztą Bogdan Loebl wielokrotnie o tym wspominał – po tym wszystkim te piosenki mają w sobie głęboką prawdę – mówił o jej nowym repertuarze Sławomir Macias, dziennikarz muzyczny.
Młodszy syn Kubasińskiej, Konrad Koczyk, zauważył, jak wiele radości sprawiała jego mamie praca nad nową płytą: – Cieszyła się, że płytę nagrywa, kolejną już, ale przecież długo nie nagrywała płyt. No i „powera” dostała takiego. Dużo pomysłów miała ciekawych. Podejrzałem, że jakieś teksty sobie zapisywała w notatniku.

Poeta Bogdan Loebl, wieloletni tekściarz Breakoutu porównywał dawną sytuację Miry Kubasińskiej z tym, co miało nadejść: – Ona miała małe dziecko, jej świat kręcił się wokół dziecka. Wpadała nagrać płytę i znowu biegła do Piotrusia. A teraz mogła się poświęcić tej muzyce. Ta śmierć ścięła ją w takim momencie, kiedy ona zaczynała drugie życie artystyczne.
Muszę się pochwalić, że pracuję nad nowymi nagraniami. W styczniu ukaże się singiel, w kwietniu cała płyta, pierwsza po przeszło 25 latach. Wreszcie mogę powiedzieć: wracam! – mówiła z entuzjazmem jesienią 2005 roku na kilka tygodni przed śmiercią.

Niestety, nie zdążyła wrócić. Odeszła 25 października 2005 roku po trzech dniach spędzonych w szpitalu po udarze mózgu.”

poniedziałek, 26 października 2015

Wynik wcale nie taki oczywisty- logika liczb czyli pierwsze, po wyborach, refleksje Wojciecha Sadurskiego

„Najważniejszy przekaz, jaki należy zapamiętać po tych wyborach, a także stale do niego wracać, sprowadza się do liczby 47. Mniej więcej tyle procent głosujących chciało wybrać partie racjonalne, liberalne, pro-europejskie, niepopulistyczne i pro-modernizacyjne. 52 procent głosowało na PiS, Kukiza i Korwina.
To bardzo ważne, bo przywraca proporcje w ocenie wyników (skądinąd, fatalnych) wyborów. Choć nasz system polityczny (i żaden demokrata nie można tego dziś w żaden sposób kwestionować) przełożył te 52 procent głosujących na pełnię władzy wykonawczej, to nie zapominajmy, że „mniejsza połowa” głosowała na partie, które pryncypialnie odrzucają nie-liberalne, ksenofobiczne, często rasistowskie szaleństwa PiSu i tych dwóch, jeszcze gorszych i głupszych ugrupowań. Choć niektóre z tych partii racjonalnych znalazły się poza parlamentem, to jednak nie oznacza to, że ich zwolennicy gdzieś przepadli w czarnej dziurze. Prawie co czwarty dorosły Polak, jakiego spotkamy, głosowal na PO, Nowoczesną, PSL, ZL lub Razem, a co czwarty (no, minimalnie wiecej) na PiS, Kukiza lub Korwina. Co drugi nie głosował w ogóle.
Najważniejszy przekaz, jaki należy zapamiętać po tych wyborach, a także stale do niego wracać, sprowadza się do liczby 47. Mniej więcej tyle procent głosujących chciało wybrać partie racjonalne, liberalne, pro-europejskie, niepopulistyczne i pro-modernizacyjne. 52 procent głosowało na PiS, Kukiza i Korwina.
To bardzo ważne, bo przywraca proporcje w ocenie wyników (skądinąd, fatalnych) wyborów. Choć nasz system polityczny (i żaden demokrata nie można tego dziś w żaden sposób kwestionować) przełożył te 52 procent głosujących na pełnię władzy wykonawczej, to nie zapominajmy, że „mniejsza połowa” głosowała na partie, które pryncypialnie odrzucają nie-liberalne, ksenofobiczne, często rasistowskie szaleństwa PiSu i tych dwóch, jeszcze gorszych i głupszych ugrupowań. Choć niektóre z tych partii racjonalnych znalazły się poza parlamentem, to jednak nie oznacza to, że ich zwolennicy gdzieś przepadli w czarnej dziurze. Prawie co czwarty dorosły Polak, jakiego spotkamy, głosował na PO, Nowoczesną, PSL, ZL lub Razem, a co czwarty (no, minimalnie wiecej) na PiS, Kukiza lub Korwina. Co drugi nie głosował w ogóle.
Jest nas wiec prawie połowa spośród głosujących. Jest „ich” trochę więcej niż połowa. Wynikają z tego pewne konsekwencje.
Po pierwsze: Polska jest bardzo głęboko podzielona: jest to głębszy podział niż między Republikanami i Demokratami w USA, między konserwatystami i laburzystami w Wielkiej Brytanii czy między chadekami a socjaldemokratami w Republice Federalnej. Z prostej logiki politycznej wynika, że przed wyborami, główne partie mają tendencje do wyolbrzymiania różnic je dzielących, a zaraz po wyborach, partia zwycięska ma bodźce by podkreślać swój ogólnonarodowy, integrujący charakter. Stąd słyszeć będziemy coraz więcej o ‘wspólnocie’ jaką chce budować PiS na spółkę z Prezydentem Dudą, tylko wredna opozycja im w tym przeszkadza. Nie dajmy się na to nabrać. „Wspólnota” Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy opiera się na pełnej afirmacji katolicyzmu i nauczania Kościoła Katolickiego, jako podstawy aksjologicznej: jest to więc ‘wspólnota’ wykluczająca nie-katolików i tych wszystkich,. Których dzisiejszy kościół nie lubi– czyli wewnętrzna sprzeczność. W społeczeństwie tak głęboko spolaryzowanym jak polskie, tylko wspólnota na bazie przyjęcia konstytucyjnych praw i wolności dla wszystkich, opartych na zasadzie tolerancji, może być afirmowana – a to jest właśnie odrzucane przez PiS, Kukiza i Korwina.
Po drugie, na Platformie ciąży dziś specjalna odpowiedzialność, jako na najważniejszej partii opozycyjnej. Musi być silną i dynamiczną opozycją – nie rozmemłaną, podzieloną na zwalczające się koterie i stale rozdrapującą własne rany. Jak to zrobi – nie mnie sugerować, bo nie jestem Platformianym insiderem. Ale musi punktować nowy rząd i Prezydenta na każdym kroku, patrząc im uważnie na ręce i nagłaśniając każdy krok w kierunku nieliberalnego ustroju. Nie ma niestety arytmetyki parlamentarnej pozwalającej na rządzący anty-PiSowski kordon sanitarny, ale nie może to oznaczać żadnej demobilizacji demokratyczno-liberalnej opozycji. Myślę, że PO musi wrócić do liberalnych korzeni i zerwać z pozornym i szkodliwym ekumenizmem, który skutkował letniością.
Po trzecie, musimy pamiętać i powtarzać sobie, ale także całemu światu, a już zwłaszcza Europie – Polska to nie Węgry. W Polsce prawie połowa wyborców głosowała na partie głęboko niechętne tzw. „Dobrej Zmianie” w wykonaniu PiS. W Polsce istnieją konstytucyjne umocowane instytucje, które mają chęć i możliwości przeciwstawienia się nieliberalnym pomysłom: TK, RPO, wolne i niezależne media (jeśli nie publiczne, na których PiS położy łapki, to prywatne), niezależni i odważni sędziowie, niezależne uniwersytety. Nawet jeśli zwyciężyła partia, dla której Orban był pozytywnym modelem, to prawie połowa zagłosowała przeciwko.
Ważne, by ta „mniejsza połowa” starała się przyciągnąć do siebie jak najwięcej z tej prawie połowy obywateli niegłosujących. Mamy na to cztery lata.”
http://wojciechsadurski.natemat.pl/159593,mniejsza-polowa

Przeczytałam wyniki głosowania w naszej wsi. Moje małe wnioski
1. Niestety PIS góruje, ale...
2. Wyraźny podział w komisjach (według ulic po jednej i po drugiej stronie ulicy głównej)- prawa strona wsi- stanąwszy twarzą do kościołów (są dwa ewangelicki i katolicki)- zdecydowanie bardziej lewicowa; lewa strona- zdecydowanie prawicowa (kryterium- suma głosów oddanych na lewicujące partie). Dziwna prawidłowość.
3.  Zdumiewająco niski procent głosów oddanych na PSL- czyżby w końcu rozsądek wrócił do chłopów i tę sprzedajną za stołki dziwkę chłopską, potraktowano odpowiednio?
4. W obu komisjach jedna z wyższych frekwencji w powiecie.
5. Do Senatu zdecydowanie wygrał kandydat niezrzeszony.

piątek, 23 października 2015

Selekcja naturalna

No więc dobra. Kurowałam się, kurowałam i se wyhodowałam… ropną anginę. Chciałoby się dodać -kurna. Od paru dni byłam słaba, słabsza, no nie, jeszcze nie trup, ale już blisko. Poganiana przez sprzysiężone w walce z oporną mną siły domowe, polazłam do lekarza. Antybiotyk, syropek, „ochraniacze na żołądek” i inne fuj oraz łoże. I przy tym ostatnim wszystko się we mnie zbuntowało. Nie znoszę chorować w łóżku. Krakowskim targiem, a w zasadzie oślim uporem wywalczyłam dres i leżenie na kocu, a nie w rozmemłanej pościeli, z możliwością łażenia chwilowego po domu. No i jest ok.
Nie ma już zająca w ogrodzie. Padł ofiarą selekcji naturalnej. Trzy dni temu Beza z krzaków wywlokła na trawnik  nadgryzione zajęcze zwłoki i… nie zdążyła się posilić, bo Jaskół był szybszy. Wypadł z domu, wyrwał truchło i zostawił Bezoniutkę w okrutnym żalu z wyrazem na pyszczysku- tak dobrze się zapowiadało. Nie wiemy, co zagryzło zająca. Mógł to być lis, który od paru dni wałęsa się wokół domów. Przyuważył rudzielca późnym wieczorem młody, który wracał z pracy. Lisiura bezczelnie obsikiwała nam bramę. Może rudas czuł już kolacyjkę i znaczył teren? Chudy taki, więc nie miałby problemu wleźć do ogrodu między szczeblami bramy. Drugi wariant- kuna. Zamieszkały obok, u siostry, nad garażem. Mamy zatem w ogrodzie kuny. Kuna nie ruszy tego, co przy domu, ale może szaraka nie uważa za domowy drób? Trzeci wariant- sowa. W zeszłym roku spłoszyłam ogromną sowę z drzewa, rosnącego na granicy ogrodu. Zajęczy dramat rozegrał się nocą na otwartym terenie ogrodu. Znaleźliśmy na trawie pełno futra. Beza wywlokła truchło z krzaków. Zając miał odgryziony cały pysk. Stawiam na lisa, który zagryzł i schował w krzaczorach do następnego nocnego posiłku.
Żal mi kicaja, ale z drugiej strony poczułam ulgę, bo naprawdę niezbyt uśmiechało mi się mieć szaraka w ogrodzie zimą. Ciągle „widziałam” okorowane siekaczami młode drzewka, które rosną w sadku. No cóż, natura załatwiła sprawę.
Pozbierałam pigwy, ale nic z nich nie będzie. Poukładane na parapecie, aby dojrzały, zaczęły sobie gwałtownie gnić. Zielone i gniją. Do kitu. Nie będzie ani nalewki, ani konfitury.
Kończą mi się siły. Idę zdrowieć. Przy okazji czytam kapitalną książkę A. Zielińskiego: „Sarmaci, katolicy, zwycięzcy. Kłamstwa, przemilczenia i półprawdy w historii Polski”. Powinna być ona obowiązkową lekturą w szkołach i oberobowiązkową dla tych wszystkich, którzy zwą się Polakami-katolikami. 

czwartek, 22 października 2015

Mimochodem wyborczo.

Kukizowi coś się pop...ło pod kopułką. Gadanie, że noszenie koszulki z wizerunkiem Marksa to tak, jakby nosić koszulkę z wizerunkiem Hitlera, świadczy o straszliwym niedouczeniu pana od śpiewania. Nie będę teraz tłumaczyła różnic, bo kto ma jakieś pojęcie o kapitalizmie w XIX wieku i o warunkach pracy w kapitalistycznych fabrykach tamtych lat oraz o warunkach życia biednego proletariatu i kto ma pojęcie o tym, o czym pisali Marks oraz Engels, to słowa Kukiza odbierze jako skrajny idiotyzm. Zresztą Kukiz ma do zaproponowania już tylko swoje chamskie występy oraz takie idiotyzmy, głoszone głosem namaszczonym i traktowane przez niego jako pewnik, że pusty śmiech słuchającego ogarnia. Dlaczego dzisiaj Kukiz? Podczas debaty myślałam, że w końcu coś sensownego powie. W zasadzie to tylko on jeszcze mógł coś tą debatą ugrać. Nie jestem jego zwolenniczką. Na debatę patrzyłam pod kątem własnych wyborów i przekonań, których jestem pewna. Interesowało mnie, między innymi, czy Kukiz przedstawi w końcu swoim wyborcom coś sensownego, bo dotąd zarzekał się, że jest antysystemowy, ale niepotrzebne mu są programy, ponieważ wystarczy obalić system. Kiedy okazało się, że jego wyborcom to nie wystarczy, miał szansę jednak coś konkretnego powiedzieć w tej debacie. Nie dość, że nic konkretnego nie powiedział, to jeszcze zachowywał się jak cham. Zresztą on ciągle kogoś chamsko atakuje, nie dając żadnych konkretnych propozycji wyborczych. No i dzisiaj, kiedy inni kandydaci walczą, przekonują, starają się pozyskać wyborów dobrym słowem, on chamsko zaatakował Zandberga. RYSUNEK NA KOSZULCE- to jest najważniejsze dla kandydata Kukiza. Ciekawa jestem, co miałby do powiedzenia, gdyby Zandberg na koszulce miał rysunek Kaczora Donalda?
Oj, cienki jest ten Kukiz...żałosny wprost- "Głupi jesteś wiesz, tralalalala, a ja noszę koszulkę z orłem- jestem lepszy Polak".

PS. Miałam pisać o czymś innym, to tak mimochodem, bo rozbawił mnie ten chamski, nacjonalistyczny mędrek swoim atakiem na kontrkandydata.



środa, 14 października 2015

Czapla w stylu jakobińskim

Nazwy „haft jakobiński” i „haft wełniany” często stosuje się zamiennie, co może być mylące.
Haft wełniany to technika hafciarska polegająca na nakładaniu ściegów włóczką, czyli wełną - i stąd jego nazwa. Właściwie można by tak określić każdy haft wykonany wełną, jednak pojęcie to oznacza nie tylko robótkę wyszytą określoną przędzą, ale również charakterystyczny styl ze wzorami o śmiałych barwach i liniach, który zaczął się rozwijać w szesnastym stuleciu, a szczyt popularności osiągnął w wieku siedemnastym.
Wzory zaczerpnięte są ze świata natury - to drzewa i kwiaty, zwierzęta i owady, czasami oddane bardzo realistycznie, a czasami stylizowane i całkowicie nierzeczywiste. Z punktu widzenia hafciarzy właśnie owa dowolność form stanowi o ich atrakcyjności. Kiedy nie ma sztywno określonych zasad dotyczących przedstawienia w hafcie drzewa lub kwiatu, twórcę ogranicza jedynie jego wyobraźnia.
Haft wełniany był popularny w wielu krajach, i to już od chwili jego powstania, jednak do naszych czasów zachowało się bardzo niewiele takich prac. Prawdopodobnie najbardziej znany jest gobelin z Bayeux - gobelinem nazywany zresztą całkowicie błędnie - przedstawiający sceny podboju Anglii przez Normanów. W rzeczywistości jest to płótno haftowane wełną w odcieniach brązu, czerwieni, indygo i złota, długości ponad 70 metrów, a szerokości zaledwie 50 cm.
Znany obecnie haft wełniany rozwinął się w siedemnastym wieku, w czasach ożywionej wymiany handlowej między Europą a Dalekim Wschodem. Statki Kompanii Wschodnioindyjskiej przywoziły wówczas do Anglii kolorowe portiery i parawany z wzorem „drzewa życia", na którym widoczne były fantazyjne kwiaty, liście i niewielkie zwierzęta. Wkrótce wzór ten stał się popularny wśród angielskich hafciarek i dał początek nowemu stylowi, w którym powszechnym motywem były stylizowane, zupełnie odrealnione owoce i kwiaty różnych gatunków wyrastające z jednej rośliny. Dzisiejsze hafciarki powinny być wdzięczne swoim poprzedniczkom z tamtej epoki, ponieważ to one stworzyły podwaliny haftu wełnianego. Biorąc pod uwagę technikę wykonania, haft taki powinno się nazywać haftem jakobińskim, należy jednak pamiętać, że choć haft jakobiński jest haftem wełnianym, nie każdy haft wełniany jest zarazem haftem jakobińskim.
W osiemnastym wieku fantazyjne wzory haftu wełnianego przeniknęły z Europy do Nowego Świata. Żony osadników, na wzór angielskich gospodyń domowych, ozdabiały haftem wełnianym kapy, poduszki i zasłony, choć musiały wcześniej same utkać płótno i zafarbować włóczkę. Prawdopodobnie właśnie problemy z farbowaniem domowym sposobem sprawiły, że większość amerykańskich haftów z tamtej epoki utrzymana jest w kolorystyce białej i niebieskiej, ściegi zaś układają się wzdłuż zgrubień materiału.
Charakterystyczne wzory powstałe w siedemnastym i osiemnastym stuleciu uległy pewnym modyfikacjom, ale nadal oddziałują na haft współczesny. Choć teraz nie korzystamy już z parawanów czy kotar do łoża, haft wełniany nadal wykorzystuje się do ozdabiania przedmiotów użytkowych.
Tkaniny. Tradycyjnie haft wełniany wykonuje się na mocnym płótnie w kolorze naturalnym lub twillu bawełnianym i lnianym.
Pierwotnie haft wełniany wykonywano włóczką na płótnie lnianym, ponieważ były to materiały ogólnodostępne, co więcej, gospodynie domowe musiały same prząść przędzę i tkać płótna oraz prząść i farbować wełnę. Obecnie nadal stosuje się twill, ale już jako tkaninę spodnią (podszycie), wierzchnią zaś wybiera się z dostępnych w sklepach materiałów. Mamy też wiele zamienników włóczki. Są kordonki, muliny bawełniane i lniane, nici jedwabne (naturalne i sztuczne) oraz nici metalizowane.”
Skusiły mnie wzory jakobińskie i postanowiłam się zabawić. Ponieważ lubię kombinować przy doborze ściegów i kolorów, właśnie ten rodzaj haftu dał mi wiele możliwości do popisu.
Najpierw wyhaftowałam czaplę z rybami. Trochę jej podrasowałam oko. Teraz ma powłóczyste spojrzenie:)

 Wzór znalazłam na Pintereście, ale nie mogłam znaleźć do niego „gotowca'” z kolorystyką i opisem ściegów. No to sama dobrałam kolory. Kiedy miałam już wyhaftowaną czaplę, znalazłam zdjęcie oryginalnego, gotowego haftu.

 Śliczny jest, ale ja już miałam co innego na tapecie. 
Postanowiłam zrobić czapli haftowaną w stylu jakobińskim ramkę. 
 Wzory kwiatów są dobierane z różnych propozycji haftu jakobińskiego. 

Ściegi i kolory dobierałam w trakcie haftowania poszczególnych elementów. Przy okazji uczyłam się różnych ściegów na bieżąco.
Całość wyhaftowałam w niecałe dwa miesiące
jak zawsze miałam kłopot z wykończeniem. Najpierw miała być poducha. Potem żal mi się zrobiło pracy, bo poduchy się spierają. Bałam się też, że Bezka pazurami zahaczy i zniszczy. Odłożyłam haft, żeby "dojrzał". Na wykończenie czekał też pierwszy crazy- kilimek. W rezultacie za jednym zamachem wykończyłam obie prace i wyszło coś takiego.
Oba hafty są podszyte grubą podszewką. Między haft i podszewkę włożyłam cienką ocieplinę . Ramki są uszyte z szerokiej aksamitki. W tym jakobińskim zależało mi, aby ramka podkreśliła haft, w tym crazy, żeby ramka się "zgubiła".
Znalazło się też miejsce na oba "kilimki". Jest to początek jaskółkowej kolekcji. Powstaje następne crazy- z pawiami.



sobota, 10 października 2015

Lecą paździerze.

Październik, opadają owoce, lecą liście, lecą paździerze. Nie, lecących paździerzy już tak łatwo nie zobaczysz, a przecież 10. miesiąc w roku przyjął nazwę od nich właśnie. Len, kiedyś roślina uprawiana na wielką skalę, teraz jest w zaniku, chociaż jeszcze gdzie nie gdzie latem widać poletka z lnem, uprawianym głównie dla przemysłu farmaceutycznego.
Kiedyś, idąc polną miedzą, widziałam rosnące w zbożu maki, kąkole, chabry i właśnie len. Teraz zboża są czyściutki, „wypryskane” środkami chwastobójczymi na dwuliścienne. Wytruto maki, wytruto chabry, kąkole i len. 
 
„„Toć ci jest owo złoto, które z owego siemienia, com ci je dał, wyróść miało. Len to był, ubogiego narodu bogactwo, com go z ziemi twojego królestwa dobyć chciał. Kazałeś go topić? Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą. Kazałeś go z wody precz cisnąć? Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć. Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić? Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić. Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać? I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać”.
Jak to ze lnem było
Maria Konopnicka 
 
Dojrzały len zrywano i kładziono na ziemi na parę dni, żeby łodygi nie wyginały się. Potem len suszono, ale nie w snopach, łodygi nie mogły się zaparzyć. Konstruowano specjalne płotki do suszenia lub suszono pojedyncze snopki oparte o ścianę chałupy bądź stodoły. Podsuszony len młócono cepem. Główki lnu musiały leżeć na płótnie. Nasiona od plew odsiewano za pomocą wialni lub sita.
Inny sposób odziarniani lnu. Specjalnymi wałeczkami-tłuczkami wytrzepywano ziarno na białe płachty. Plewy oddzielano ręcznie.
Tam, gdzie nie było rzeczki albo stawu wymłócone z ziarna łodygi poddawano roszeniu, układając płasko na trawie, aby poranna rosa mocno je nawilżała. Tam gdzie była rzeczka lub staw, łodygi układano w wodzie i przygniatano kamieniami. Pod wpływem wilgoci i ciepła w łodygach rozwijały się grzyby pleśniaki, które rozkładały klej wiążący włókno z drewnikiem. Po 5-10 dniach całe łodygi, za pomocą długiego kija przekładało się na drugą stronę i dalej moczyło. Całe roszenie trwało od połowy sierpnia do połowy wrześnie, a czasem i dłużej. Kiedy słoma zmieniła kolor z żółtej na szary, kończono roszenie. 


Aby się upewnić, czy rzeczywiście słoma nadaje się już do międlenia, brano kilka łodyg do suszenia przy piecu, potem je międlono i wytrzepywano. Kiedy paździerz lekko się oddzielała i włókno było lśniące o tasiemkowej strukturze, można było zabrać z moczenia resztę lnu. Gdyby moczenie niebacznie przedłużono, grzyby mogły zniszczyć włókno i nie byłoby czego tkać. Moczenie w wodzie daje ładniejsze włókno niż roszenie i trwa krócej. Wyroszony lub wymoczony len należało jeszcze raz wysuszyć. Najczęściej służyły do tego wykopane doły w których na żerdziach płasko układano len. Pod żerdziami paliły się małe ogniska, których ciepło osuszało łodygi. Do suszenia wykorzystywano także piece chlebowe. Powtórnie wysuszony len zostawiany był na jeszcze kilka dni i zabierano się do międlenia.
Budowa łodygi lnu- w środku jest drewnik, na zewnątrz włókno.
Międlenie to mechaniczne połamanie drewnika, znajdującego się pod włóknem, wewnątrz łodygi. Służyła do tego międlnica. Pod międlnicą pozostawała gruba paździerz, która palono w piecu. 
Międlenie lnu

 Włókno, które pozostało po międleniu poddawano trzepaniu na terlicy oraz wyczesywano z długich włókien resztki paździerzy. Na koniec trzepano krótkie włókna specjalną pałeczką-klepadłem.
 W ten sposób powstawały pakuły- materiał na utkanie worków i prześcieradeł, robienie sznurków. Obecnie robi się z nich płyty paździerzowe.
Dobre, długie włókno należało jeszcze wyczesać. Najpierw czesało się go rzadkim „grzebieniem”, potem coraz bardziej gęstym. Przeczesane włókno można było prząść.
Przegrzebki do czesania włókien lnu
Na takich grzebieniach dawniej czesano len
Len wyczesany, gotowy do przędzenia.

Izba regionalna ze zbiorem podstawowych narzędzi do obróbki lnu.
Praca z lnem zajmowała nierzadko 200 dni w roku, ale jej początek tak naprawdę zaczynał się w październiku, kiedy to wysuszony len przetwarzano we włókno. A przy okazji leciały paździerze… 
 

piątek, 9 października 2015

Stronniczość Trybunału- polscy talibowie

Ten tekst wydaje mi się być bardzo ważnym. Nie chodzi mi teraz o aborcję- za czy przeciw- tematem wiodącym jest KLAUZULA SUMIENIA.
Kiedy czytałam wyrok TK, wszystko we mnie się buntowało. Teraz Klauzula Sumienia rozpatrywana jest, przede wszystkim, pod kątem aborcji, ale następnym krokiem może ona dotyczyć każdej innej kontrowersyjnej choroby i zastosowania jej leczenia.
Wyrok TK jest niebezpieczny również z innych względów. Wiadomo, że spora grupa nauczycieli optuje za wprowadzeniem klauzuli sumienia do tego zawodu.
My nie bójmy się muzułmanów- bójmy się własnych polskich talibów.

Karolina Więckiewicz
Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny
"Od wielu lat wiadomo, że klauzula sumienia nie działa. W założeniu uregulowana jako wyjątkowa sytuacja, w której lekarz może odmówić wykonania świadczenia niezgodnego z jego sumieniem, stała się tak naprawdę bronią przeciwko pacjentkom chcącym przerwać ciążę i przeciwko samym lekarzom. Z czasem rozwinęła się jako broń przeciwko antykoncepcji i badaniom prenatalnym. Co z tego, że bezprawnie. Szybko nastąpiła zgoda na to, że można odmawiać wystawiania recept czy skierowań. 

System, w którym nie ma żadnej kontroli nad stosowaniem klauzuli, żadnych mechanizmów eliminowania nadużyć oraz żadnego poczucia odpowiedzialności ze strony tych, którzy mają zapewnić dostęp do świadczeń, nie jest w naszym kraju niczym nowym. Wytknął nam to nawet Trybunał w Strasburgu – po raz pierwszy 8 lat temu – w wyrokach, których do tej pory Polska nie wykonała.
Na wstępie podkreślam z całą mocą – nie zgadzam się z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego. Stwierdzenie, że klauzula sumienia nie ma charakteru wyjątkowego, a możliwość odmowy wykonania świadczenia wynika wprost z Konstytucji, pokazuje, że Trybunał nie stoi po stronie praw reprodukcyjnych. Zaś przychylenie się do argumentacji o tym, że samo wskazanie innego lekarza przez tego lekarza, który nie chce wykonać świadczenia, miałoby naruszyć jego sumienie, jest moim zdaniem absurdalne. To pogłębianie błędnego przekonania o tym, że prawa reprodukcyjne co do zasady są kontrowersyjne i trzeba je w kontekście konfliktu sumienia rozpatrywać. Czas z tym skończyć.
Ale co tak naprawdę wczoraj zrobił Trybunał Konstytucyjny? Czy zabrał kobietom należne im prawa? Żeby tak uznać należałoby założyć, że kobiety te prawa w sposób realny przed wyrokiem miały, co przecież nie jest prawdą. Trybunał nie stanął nawet „po stronie” lekarzy, jak sugerują niektóre komentarze w mediach. Pogłębianie chaosu interpretacyjnego i normatywnego wokół świadczeń zdrowia reprodukcyjnego nie jest stawaniem po stronie lekarzy. Jest działaniem przeciwko nim. Tym samym Trybunał stanął wyłącznie po stronie Naczelnej Rady Lekarskiej, która rości sobie prawo do reprezentowania 180 tysięcy lekarzy (taka liczba padła w Trybunale podczas rozprawy), a która sama, w moim przekonaniu, również przeciwko tym lekarzom stoi. Jestem zdania, że Trybunał dał się wpuścić w wypaczone rozumienie klauzuli sumienia zaprezentowane przez NRL. Szkoda. W klauzuli wszak chodzi o to, aby lekarz mógł sam nie wykonać świadczenia sprzecznego ze swoim sumieniem, a nie o to, żeby pacjentka w ogóle go nie uzyskała.
Obowiązek wskazania innego lekarza czy placówki od dawna był iluzją, był legislacyjną i praktyczną kpiną, ułudą, że przy odmowie zabiegu pacjentka ma jakiekolwiek możliwości, choć teoretycznie prawo ją chroni. Lekarze od dawna sobie doskonale radzą z obchodzeniem tego. A dyrektorzy placówek umywali ręce lub też sami spektakularnie kpili sobie z prawa (jak prof. Chazan). Czy naprawdę to teraz właśnie ukrócono realizację praw kobiet?
Warto sobie jasno powiedzieć – w klauzuli sumienia często w ogóle nie chodzi o sumienie. To uprawnienie stało się furtką do omijania wykonywania zabiegów, które są dla lekarzy problematyczne bynajmniej nie z powodu ich przekonań, ale panującej wokół praw reprodukcyjnych atmosfery „kontrowersji”.
Nie oszukujmy się – to nie Trybunał sprawił, że prawa kobiet nie mają znaczenia. Zrobił to już dawno temu zakaz aborcji. Zrobił to kodeks karny, nakładający karę więzienia za wykonanie nielegalnego zabiegu. Zrobiła to stygmatyzacja zabiegów przerywania ciąży. Wreszcie, zrobiła to ustawa o zawodzie lekarza, ustanawiająca klauzulę tak, że odpowiedzialność spoczywała na lekarzu. Winne są też kolejne ekipy rządzące i samorząd lekarski, które nie zrobiły nic, by to zmienić. To nie jest „zmierzch praw kobiet”, bo zmierzch zakłada wcześniejszą jasność. Jej od dawna nie ma. To jest tylko kolejny dowód na panujące ciemności.
Problemów z klauzulą sumienia jest bez liku. Od 20 lat, nie od wczoraj. Wczoraj Trybunał postawił przysłowiową kropkę nad i. Tym wyrokiem udowodnił, że niczego nie rozumie z tej klauzuli. I być może pokazał, że jako społeczeństwo także niczego już z tego nie rozumiemy.
To jest moment, w którym po prostu musimy to zrobić od nowa.
To nie może być moment, w którym „godzimy” się na to, że polska Konstytucja nie chroni praw kobiet. To jest moment, w którym musimy pociągnąć do odpowiedzialności te podmioty, które do tej pory zasłaniały się zrzucaniem wszystkiego na lekarzy. Teraz już nie mogą.
W wyniku wyroku Trybunału powstaje luka prawna, sankcjonująca istniejącą od dawna lukę faktyczną.
Nie mówmy kobietom – teraz już naprawdę nic nie możecie. Nie pozwólmy, żeby ten wyrok osiągnął skutek poważniejszy niż powinien. Nie może on osłabić kobiet, nie może w nich wypracować przekonania, że już nic się nie da. Konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia nadal obowiązuje. Prawo do świadczeń zdrowotnych i prawo do informacji nie zostało tym wyrokiem uchylone. Ten wyrok nie zrywa kontraktów placówek z Narodowym Funduszem Zdrowia. Ten wyrok po prostu głaszcze po głowie dr. Hamankiewicza i prof. Królikowskiego.
Ale tak naprawdę robi „kłopot” rządowi, zwłaszcza Ministerstwu Zdrowia – sprawia bowiem, że wreszcie muszą się zmierzyć z tym, żeby ustanowić system wokół klauzuli sumienia. Tego systemu od dawna brakuje. Do kłopotu zrobionego przez Trybunał w Strasburgu dołączył ten.
Polski ustawodawco, polski rządzie – czy rozumiesz, że to do Ciebie ta wiadomość? Jak na nią odpowiesz? I kiedy?
Wszyscy powinniśmy się nad tym zastanowić, bo odpowiedź zostanie nam udzielona być może już za 3 tygodnie, więc chyba warto pomyśleć o tym nad wyborczą urną. A wcześniej spytajmy swoich kandydatów i kandydatki – co zrobisz, żeby klauzula sumienia była tak unormowana i wykonywana, żeby ochrona sumienia lekarza nie hamowała dostępu do świadczeń? Po której stronie stoisz? Po stronie tych, którzy roszczą sobie prawo do tego, aby usankcjonować jeden sposób myślenia, czy po stronie tych, którzy chcą, aby lekarze mogli udzielać świadczeń zdrowia reprodukcyjnego bez atmosfery kontrowersji i nagonki, a kobiety z tych świadczeń korzystać?
I głosujmy na te osoby, które stoją po stronie konstytucyjnych praw kobiet i nie godzą się na ich nieuzasadnione ograniczanie."
Tytuł oryginalny: "Kropka nad i" 

Należy też przeczytać http://codziennikfeministyczny.pl/codziennik-feministyczny-trybunal-wybiorczym-sumieniu/

czwartek, 8 października 2015

:):):):):):):):):):):):):):) (to jest radosny perlisty śmiech)

Niesamowite!!!!
Mój blog zaliczył ponad 100tysięcy wejść
Ogromne podziękowania odwiedzającym i zapraszam do dalszego odwiedzania "Jaskółki".

Jasne, jasne... że nie zależy... że nie o to chodzi..., że wcale nie po to.... jasne. Uchum....
A jednak, kiedy zobaczyłam, to serce mi podskoczyło. Cieszy, kiedy ludzie się interesują i cieszy, że dotychczas nie było tu większych zgrzytów, przepychanek, cieszy, że świetni ludzie odwiedzają i komentują:)
Jeszcze raz dzięki:):)


środa, 7 października 2015

W komentarzu nazwano go arogancką gnidą

 i ja się do tego określenia przychylam

"Polityk PiS w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" nie przebierał w słowach. Przyznał, że nie akceptuje homoseksualistów, nawet jeśli się kochają. A swoje podejście tłumaczy historią i faktem, że Polska to kraj katolicki.
ADVERTISEMENT

Jasno stwierdza, że akceptacja jednopłciowych małżeństw to mniej więcej to samo, jak "nazwać żółwia ssakiem". – Może nawet nie być miłości, byleby była heteroseksualna rodzina – powiedział. – Tymczasem nie wszystkie związki są rodziną.

Uważa, że legalizacja związków jednopłciowych byłaby uprzywilejowaniem, które im się nie należy. – Między XI a XII wiekiem Kościół stoczył wielką walkę o pozbawienie statusu prawnego konkubin arystokracji i władcy – tłumaczył. – Jak ktoś ma kochankę czy kochanka, to proszę bardzo, ale żeby ona czy on mieli status prawny, to żadne takie. Ludwik Dorn uważa wręcz, że małżeństwo ma sens jedynie, gdy jest "instytucją społecznej i biologicznej reprodukcji wspólnoty".

Na stwierdzenie dziennikarza, że do legalizacji związku w przypadku kobiety i mężczyzny wystarczy miłość, więc dlaczego nie, gdy chodzi o pary homoseksualne, odpowiedział: "Może nawet nie być miłości, byleby była heteroseksualna rodzina". Nie zgadza się z tym, że wszyscy mogą ją tworzyć.

Nie chciałby też, by Polacy przegłosowali referendum o związkach partnerskich. Dla żyjących w takich relacjach ma tylko jedną propozycję. – Przepraszam za brutalizm, ja mówię: mamy Schengen, przenieście się gdzie indziej – powiedział. Przekonywał, że to sposób, by nie "wywracać czegoś, co generalnie rzecz biorąc dobrze działa".

– To jest trochę tak jak z butami. Mnie ten but nie uwiera, a takich ludzi jak pan troszeczkę – dodał. – No trudno! To już pogódźcie się z tym! Może ta wspólnota narodowa ma jakieś inne zalety, które was tu trzymają, ale ja i mnie podobni tego zmienić nie pozwolą.

W kontekście nadchodzących wyborów, taka wypowiedź na pewno nie przejdzie bez echa. Można tylko czekać na kontratak przeciwników, życząc Dornowi politycznego powodzenia"
Karolina Błaszkiewicz
 http://natemat.pl/157249,moze-nie-byc-milosci-byleby-byla-heteroseksualna-rodzina-ludwik-dorn-dzieli-sie-swoja-prawda
Tytuł oryginalny" Może nie być miłości, byleby była heteroseksualna rodzina". Ludwik Dorn dzieli się swoją prawdą" 

PS. Czy stwierdzenie, które jest zresztą ogromnym nadużyciem, że Polska jest katolicka, usprawiedliwia każde draństwo, każdą gnidowską wypowiedź wobec niewierzących, niekatolików, ludzi o odmiennej orientacji seksualnej, ludzi chcących żyć w związkach partnerskich i innych, których zwolennicy katolickiego państwa nietolerują?

A może ci "prześladowani" katolicy powinni skorzystać z dobrodziejstwa Shengen i wynieść się z naszego kraju?
 Wywiad z Dornem w Wyborczej
 http://wyborcza.pl/1,135424,18982981,ludwik-dorn-do-niewierzacych-przeniescie-sie-do-francji.html?disableRedirects=true