czwartek, 28 kwietnia 2016

Motocyklowo



Fabryka motocykli w Indiach- malowanie baku Royal Enfielda










  Zmieniliśmy naszywki.

Pierwszy zlot w 2016 zaliczony.

44 komentarze:

  1. Royal znaczy się. Gratuluję startu sezonu
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja nadal boje sie motocykli i jazdy na nich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się boję tych "szlifierek". Boję się jako kierowca, bo nigdy nie wiadomo z której strony taki szaleniec wykurzy na ścigaczu. Ograniczenie do 60, a on gna 150. Nie ma szans ani dla mnie, ani dla niego.
      Uwielbiam jeździć na motocyklu, ale ostatnio kręgosłup płata mi figle, ból jest tak mocny, że pozostało mi tylko cieszyć się widokiem motocykla na parkingu.

      Usuń
    2. Ja tez nie pisze sie na ta przyjemnosc - brak tej warstwy zelastwa wokól mnie jest nieco przerazajacy :(, a na drogach tutejszy zbiór wariatów na swoich pieknych maszynach to gorzej niz rój szerszni. (Leciwa)

      Usuń
    3. We Włoszech to Motogucci- piękne maszyny. Ja tylko z Jaskółem. Z innym kierowcą bałabym się. Chyba...chociaż w młodości miałam chłopaka z WSKą, potem udzierałam ze szwagrem też WSKą- zaliczyliśmy spektakularny upadek.Potłukliśmy się, ale nic groźnego. Potem mój poprzedni mąż wprowadził jako wiano Panonię-sprzedaliśmy ją (zapłon szwankował) i kupiliśmy Kobuza- marna, malutka WSKa.
      Kiedy pojawił się w moim zyciu Jaskół z Enfieldem... no sama wiesz, zakochałam się od razu w obu:)

      Usuń
    4. A, zapomniałam, mój dziadek podarował mi, kiedy miałam 16 lat, motorower-Simsona. W życiu na niego nie wsiadłam.Jeden taki mi go "podprowadził"/. Nieważne.
      Z Jaskółem przejechaliśmy razem, na Enfieldzie, parę tysięcy kilometrów. Dlatego z nim nie boję się jeździć.

      Usuń
  3. Gdy tylko motocykle zaczynają wiosną nisko latać, nienawidzę wszystkich dwukołowców.
    Syn naszego kolegi, 24 lata też nisko i szybko latał, niestety z wiadomym skutkiem.
    Ostatnio słyszałam jak ktoś stwierdził, że jest to właściwy sposób na wyeliminowanie ze społeczeństwa zwyczajnych głupków, szkoda tylko, że często zabierają ze sobą całkiem normalnych ludzi.Fakt, tych normalnych szkoda.
    Miłego,;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wśród motocyklistów są różni ludzie. Procentowo wśród motocyklistów jest tyle samo głupków co wśród kierowców samochodów, tylko, ze "rajdy" motocyklistów są bardzie widowiskowe i bardzie ich śmierć nagłaśniana. W ciągu ostatniego miesiąca na drogach naszego powiatu zginęło trzech motocyklistów. Wszystkie przypadki dotyczą wymuszenia na nich pierwszeństwa przez kierowców samochodów.
      Nasza grupa to panowie po 30tce. No i ta marka motocykla nie pozwala na rajdy poi drogach.
      Kiedyś Harley był motocyklem kultowym. Kupowali go panowie, którzy cenili wygodę i spokój. Kiedy zaczęli te markę kupować chuligani i zaczęły powstawać gangi motocyklowe, marka straciła. Teraz w Polsce Harley kojarzy się ze zlotami, na których leje się piwsko i wóda, są gołe panienki, mordobicia i palenie gumy.
      "Szlifierki" kupują młodzi, którym odbija na punkcie prędkości. Nieodpowiedzialne smarki. Kto mądrzejszy, ten kupuje duże japończyki, bo to motocykle na trasy lub "spacerowe". Prędkość owszem, ale na porządnym sprzęcie.
      No i jeszcze jedno- ubiór. kiedy widzę kolesia w adidasach i krótkich spodenkach na motocyklu, to bierze mnie ochota popukać go w głowę. Nawet przy małej prędkości upadek grozi zdarciem skóry do mięsa.
      Niestety, jak się chce jeździć na motocyklu, to trzeba zainwestować w odpowiedni ubiór.

      Usuń
    2. Zeby tylko do miesa :(. Jak mialam jakies 12 lat, przed samochodem prowadzonym przez ojca wywalil sie na zakrecie taki mlodzian. Przez pare lat snil mi sie obraz kosci biodrowej oskrobanej z pokrycia, a my, zamiast rozbijac namiot, szukalismy szpitala, coby tego nieszczesnika odstawic. Brrr... Motocykle, nie dziekuje. (Leciwa)

      Usuń
    3. Teraz jest wymóg, żeby w nowych motocyklach były ABSy. Podniesiono również wiek do zdawania egzaminów na prawo jazdy. W sumie wszystko zależy od kierowcy i jego doświadczenia.

      Usuń
  4. czyli sezon się rozwija...
    no, to alleluja i do przodu, born to be wild...
    https://youtu.be/rMbATaj7Il8
    tak swoja drogą, mocno przecoverowany kawałek, na wszystkie strony, chyba drugi po "Paranoid"...
    ten jest słodki, niczym Suzi Quatro:
    https://youtu.be/CcGHavDmaBc
    mnie bardzo pasuje ten, w końcu Firma to Firma:
    https://youtu.be/lH2JkkEyyWg
    ale ten też jest przyzwoicie zagrany:
    https://youtu.be/N8zLJM4M1tk
    ale tak też można, nostalgicznie, romantycznie:
    https://youtu.be/FASh6Ca7Sh0
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
  5. Oryginał najlepszy:)A potem ten romantyczny, potem heavy....Suzi odpada w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no, bo wiesz, jak jest... mam słabość do kobitek... genuine Suzi Quatro /z tego, co wiem/ tego kawałka nie coverowała... ale pasowałoby do niej...

      Usuń
    2. ale z tego wszystkiego zapomniałem o najważniejszym...
      https://youtu.be/hsacg4-lcpQ
      tą wersję słyszałem w licealnych czasach jako pierwszą...

      Usuń
    3. Film powstał w 1969 roku, czyli to też późniejsze, ale całkiem, całkiem...
      Nicholson- wymiata
      "NEK! NEK! NEK! FUH! FUH! FUH! AAAAHHHH!"
      https://www.youtube.com/watch?v=hCb6UkQ_AnM

      Usuń
    4. https://www.youtube.com/watch?v=5UWRypqz5-o
      To chyba jest oryginalna wersja.

      Usuń
    5. Czyli Twój pierwszy link, ale z innym filmikiem:)

      Usuń
    6. nek! nek!... no właśnie... na filmie to była tylko symulacja... ostatnio uczę moją przyszywaną siostrzenicę takiego prawdziwego "nek! nek!", czyli bąków z pod pachy... słabo jej to idzie na razie, ale ona ma przecież dopiero 5 lat! :D...

      Usuń
    7. Fajny wujek:)Ucz dziewczynę prawdziwego życia. Nie pogubi się w dorosłości:)
      A na palcach gwizdać też ją nauczysz?

      Usuń
    8. zapewne tak, może być jednak drobny kłopot... zawsze umiałem gwizdać tylko techniką jednoręczną "palec plus kciuk w kółko", jednak mistrzem w tym nie byłem... próbowałem za to przypomnieć sobie, jak się robi "puchacza"... kiedyś szło mi to znakomicie, niestety po wielu latach przerwy już nieco gorzej... ale ona ma jeszcze za małe rączki na takie efekty... na razie przerabiam z nią takie lajtowe sztuczki palciane, jak "idzie kominiarz po drabinie"... za to mała męczy mnie, bym jej ujawnił tajemnicę "urywanego" i "przyklejanego" palca... chyba jej ujawnię, niech wzmacnia /i tak już mocną/ pozycję w grupie w przedszkolu...

      Usuń
    9. No dobra, najpierw sztuczki palcami, a potem kart, koniecznie. A grać w kamyki (hacele) potrafisz? Można też pieniążkami, ale to już nie to.
      potrafię gwizdać na palcach 'w kółko" tak, jak Ty, ale na czterech(po dwa-środkowy i wskazujący - obu rąk) już nie. Mój kuzyn gwizdał w ten sposób tak, że wszyscy przysiadali z wrażenika

      Usuń
    10. Karty miało być (oko, poker, w kuku)

      Usuń
    11. w kamyki?... my to nazywaliśmy "w ciupy"... hacele /a dokładniej - hacelki/ to były już w szkole... brało się gumkę /najlepiej modelarską, taka od gaci to był już obciach/, zakładało na kciuk i wskazujący, tak powstawała prowizoryczna proca... amunicją były hacelki /łagodna wersja z papieru, ostrzejsza z wygiętych szpilek lub drutu/... ale na to mała jest za mała, poza tym to jednak broń, a z bronią nie ma żartów... tak samo, jak nie będę jej uczył dmuchania ryżem lub plasteliną przez rurkę...
      pieniążkami to się grało w ścianki, w parapetki, w dmuchanki, w rzucanki i w gazdę... ale to były gry hazardowe, tego też nie będę uczył... pieniążkami tylko w sportowego cymbergaja...
      karciane sztuczki za to owszem... tylko to też jeszcze nie ten wiek, po prostu jeszcze nie ogarnie /chociaż bystra jest, nie powiem/...

      Usuń
    12. Hacelami-gwoździami do podków, graliśmy w kamienie- układałeś na wierzchu dłoni np. jeden, podrzucałeś i zanim go złapałeś, to zbierałeś z koca pozostałe. taka mała procka była w moim piórniku- gumki, ale i haczyki z drutu - główna amunicja. Cud, ze jakieś oko nie wyleciało.
      Powoli, a dorośnie do innych sztuczek. Możemy się śmiać, ale ta wiedza jest naprawdę przydatna w zdominowanym przez mężczyzn szkolnym świecie.

      Usuń
    13. oczywiście, że wiedza o broni jest potrzebna... tyle tylko, że w tej chwili, na dzień dzisiejszy mała jeszcze nie dorosła, by wujek jej tej wiedzy udzielał... ale przyjdzie ten czas, że wujek jej pokaże parę sztuczek, jak sobie nie dać w kaszę dmuchać...
      z haclami /inaczej: hufnalami/ rozumiem, mówimy o tej samej grze... tylko my akurat takiego sprzętu do niej nie używaliśmy...
      ale wiesz, co z tymi procami, łukami, czy kuszami było najważniejsze?... to, że trzeba było to zrobić SAMEMU... obecnie pójście do sklepu sportowego, czy z zabawkami, by taki sprzęt kupić nie rozwija tak, jak wtedy samodzielna inwencja i robota...
      nie wspomnieliśmy jeszcze o zośce i pikutach... i tak dalej :)...

      Usuń
    14. Ano, o zośce wczoraj rozmawiałam z Jaskółem. My graliśmy jeszcze w palanta, ale to już w średniej, a jako smarki w kuliczki- ojciec przywiózł z Czechosłowacji woreczek z kolorowymi kulkami i te kulki wpychało się zgiętym palcem do dołka. Wrzasku przy tym było co niemiara.
      Prockę sobie sama zrobiłam z gumki wentylowej i aluminiowego drutu.

      Usuń
    15. pamiętam, że prawdziwa zocha musiała być zrobiona z wytopionego ołowiu, dopuszczalny był guzik wojskowy, ale to już było "nie to"... w zośkę jeszcze grali Wietmamczycy w latach 90 na Stadionie /bazarze/, ale ona już była inaczej zmontowana... nie było np. wełny, tylko pióra...
      wracając do procki, to ta na hacelki była z gumy modelarskiej i drutu, a do takiej na kamienie /to już była "proc", a nie "procka"/ trzeba było "rozkraki" /odpowiedni kawałek gałęzi w kształcie litery "Y"/, kawałek skórki i rzeczywiście guma wentyla... ale rekordową procę zrobiliśmy kiedyś taką: na dwa metalowe słupki od siatki /ogrodzenie ok. 1 m wysokości/ założyliśmy dętkę... ta dętkę naciągało dwóch chłopaków /jeden nie dał rady/ i amunicję stanowił porządny bambul lub półcegłówka... wadą tej machiny wojennej było to, że strzelała tylko w jednym kierunku, ale służyła do testów odległości zasięgu...

      Usuń
    16. OK. w tej małej był gumka wyciągnięta z białej gumy do majtek, a w większej taka wentylowa. Wtedy nie miałam pojęcia, że istnieją sklepy modelarskie chociaż mój brat dostawał szybowce do klejenia i takie plastikowe samoloty0-całą serię.
      Duża procę ze skórką na kamień tez miałam. Myśmy produkowali petardy-rakiety. Tutka po naboju, saletra... jedna taka wylądowała na placu przed budynkiem MO-prawie 200 metrów w linii prostej. Ale jak to na wsi, komendant od razu wiedział, że to sprawka tych bajtli z leśniczówki i to była nasza ostatnia rakieta. Potem zajęliśmy się łowieniem karpi w leśnych stawach (linka, spławik, ciężarek i haczyk) coś trzeba było w wakacje robić.

      Usuń
    17. po gumę modelarską trzeba było dymać do Wawy /30 km pociągiem podmiejskim/ do Składnicy Harcerskiej... dla nas, w naszym wieku było to raczej poza zasięgiem...
      plastikowe samoloty do sklejania były do kupienia w kiosku i w księgarni... tu nie było problemu, rodzice /co prawda nie wszystkich/ chętnie sponsorowali taki zakup...
      zaś pirotechnika... to już jest grubsza opowieść... o kalichlorku słyszeliśmy już tylko z opowiadań starszego pokolenia... do ogarnięcia był jednak karbid, waliło się wtedy "z puchy"... z innych patentów najprościej było naskrobać "siary" z zapałek i strzelać z klucza, ale to była cienizna... czyli pozostawała saletra, siarka, "pyłek" /sproszkowane aluminium/, to wszystko z prywatnej "mydlarni"... i nadmanganian potasu... ale z tym ostatnim był kłopot, bo apteki mocno reglamentowały ten towar... były jeszcze odpustowe "korki", trochę trzeba było tego nazbierać i poobierać z otoczki... mnie się kiedyś udało buchnąć dwuchromian potasu z pracowni chemicznej w szkole...
      aha... jeszcze tzw. "myszki"... to był po prostu proch w laskach /patyczki przekroju ołówka/... ktoś odkrył na to metę, gdzieś w lesie... ale nie bardzo wiedzieliśmy, jak to detonować... dobry był tylko na "kopciuchy"... lepsze kopciuchy były jednak z kliszy i piłeczek pingpongowych...

      Usuń
    18. p.s... z kliszy, piłeczek i z niektórych plastikowych lalek...

      Usuń
    19. Rany.... jesteś młodszy, a znasz to wszystko:):):)O, właśnie, rozbrajanie korków odpustowych- niezła jazda.Karbid też próbowaliśmy. Wiesz, tata był raczej z tych "lekkomyślnych", a karbidówka na stanie też była. Ale to strasznie śmierdziało i łatwo można było wpaść.
      Nie wiem, ale to chyba cud, że brat nie dorwał się do taty flinty czy naboi. Chyba widmo solidnego lania było silniejsze.
      Ta fascynacja "materiałami wybuchowymi" raczej krótko u nas trwała-chyba jedne wakacje. Potem zajęliśmy się nowymi "wynalazkami". Leśniczówka stała dosyć daleko od wsi i nie mieliśmy "bandy" kumpli. ja lubiłam zaszyć się na sianie z książką, brat udzierać na rowerze. Zresztą on miał rówieśnika, który przyjeżdżał na wakacje do gajówko obok, ja nie miałam żadnej kumpeli.
      No i pracy było sporo.

      Usuń
    20. generalnie, to byłem najmłodszy w obrębie kilku podwórek dookoła... miało to swoje wady i zalety... wady były takie, że czasem chłopaki mnie nie dopuszczali do swoich zabaw, np. zamiast grać w gałę trzeba było się zadowolić funkcją chłopca do podawania piłki... z drugiej strony jednak, jako pupilka, oczko w głowie towarzystwa wcześniej mnie wprowadzano w niektóre tematy... był jeszcze dodatkowy profit już w szkole... jako, że w rankingach typu "kto najlepszy na piąchy" byłem w środku tabeli, nikt mi jednak nie podskoczył, gdyż obawiano się moich starszych kolegów... gdy dołożyć jeszcze, że byłem najlepszy z matmy, pozycję miałem dość wysoką i zabiegano o moje względy, nie ryzykowano podpadziochy... bo nie dość, że można było oberwać od owych kolegów, to mogłem odmówić pomocy w wytłumaczeniu lekcji lub nie podpowiedzieć podczas odpowiedzi, czy klasówki /odpisywać nie dawałem z założenia, bo i tak by się wydało/...
      ale zaszywać się gdzieś samemu z dala od życia towarzyskiego też lubiłem... najchętniej na rowerze do lasu z książką właśnie... chociaż z kościelnej maniany wymiksowałem się bardzo szybko, jakieś dwa lata po komunii, to z biblioteką parafialną kontaktu nie zerwałem, by była naprawdę świetna, lepsza od publicznej, miejskiej...

      Usuń
    21. Taaaaaaaaaaaaaaaaaaaa, wtedy się namiętnie czytało książki. A świat był bardziej przyjazny- nawet dla smarków:)

      Usuń
  6. W dzieciństwie jeździłam z tatą i mamą motorem WFM (potocznie - wuefemka). Siedziałam wciśnięta między tatę i mamę, jak myśmy marzyli o dachu nad głową. Pamiętam tatę który wiecznie mył gaźnik, ciągle coś majstrował. Oczywiście miał wypadek w którym mało co nie stracił nogi. Nie lubiłam jeździć motorem, ale coś w tym jest bo teraz szaleję na rowerze elektrycznym (to taki mini motor)i podoba mi się coraz bardziej, wolność, wiatr we włosach. W związku z tym coraz przychylniej i z większym zrozumieniem patrzę na motocyklistów.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to- wiatr na twarzy i muchy na zębach:) Jazda samochodem to już nie to samo.

      Usuń
    2. "wiatr we włosach i twardo w spodniach!"...
      /wspomniany w innym miejscu Jack Nicholson w filmie "Czułe słówka", gdy jechał jeepem po plaży/...

      Usuń
    3. Nicholson to mój idol- aktorski, bo politycznym na zawsze zostanie M.L King.

      Usuń
    4. Mam tak samo, Nicholson jako wilk to przykład jak można bez większej charakteryzacji przekonać widza, że już za chwilę przemienię się w wilka.

      Usuń
    5. To jest taki "drań", typ, który ma szelmowski uśmieszek i jest przeuroczy.

      Usuń
  7. Miesiąc już wzeszedł, psy się uśpiły,
    Coś tam terkocze za borem,
    Pewnie mnie czeka Filon mój miły
    Z mym ulubionym motorem...

    tulę czule i zapraszam; buzineczki najsłdsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ten Filon z motorem pod ulubionym jaworem.
      Pójdę i sobie poczytam:)

      Usuń
  8. Pozdrawiam i życzę wspaniałego motocyklowego sezonu. To nie moja bajka, ale podziwiam pasjonatów:))
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.