czwartek, 28 lipca 2016

Juki.

Lipiec typowy. Upały i burze. Może te burze bardziej gwałtowne, może większe ulewy, niemniej mnie się lipiec zawsze tak kojarzył- upały i burze. U nas w tym roku burz malutko. Większość przechodzi bokami i deszcze też niezbyt ulewne. Dzisiaj pada i to dosyć mocno, jednakże do ulewy temu deszczowi daleko. Zaskakują w tym roku rośliny. Wprawdzie kwiaty kwitną bardzo obficie, ale czas ich kwitnienia jest dziwnie krótki. Liliowce potrafią kwitnąć przeważnie trzy tygodnie. Rozwijają pąki jeden po drugim, co trwa. W tym roku pąki liliowców rozwinęły się wszystkie niemal równocześnie. Skróciło to czas ich kwitnienia o dobry tydzień. Tak samo juki. Tego lata wypuściły bardzo dużo kwiatostanów. Niestety, kwitły niecałe dwa tygodnie. I tak samo, jak u liliowców, rozkwitły niemal równocześnie wszystkie kwiaty na łodydze.
Dało to efekt „ogrodowej białej piany”. Prześliczne, białe kępy były niewiarygodnie efektowne. Tak piękne, że pozwoliłam sobie, podzielić się z Wami ich widokiem. 
 
W ogrodzie rośnie 9 kęp juki, które mają 20 lat. Kwitną co roku i nie zdarzyło się, żeby nie zakwitły w ogóle. To juka karolińska, bardzo wdzięczna w uprawie. Jedynym zagrożeniem dla niej są myszy, które lubią robić między karpami gniazda, oraz choroby grzybowe.
Mam wrażenie, że pod jednym krzakiem mają również swoją kryjówkę zaskrońce. Na wiosnę, właśnie wśród nich, zniknęła nasza piękna, wielka gadzina.

 Bylina pochodząca z południowych stanów Ameryki Północnej. Tworzy tuż przy ziemi rozetę liści o 30–60 cm długości i 3–10 cm szerokości. Liście są sztywne, mieczowate, ostro zakończone, ciemnozielone z błękitnym woskowym nalotem, brzegi mają białe, włókniste.

  Juka kwitnie dopiero po kilku lub nawet kilkunastu latach uprawy. Pojedyncze, białoseledynowe dzwonkowate kwiaty o długości około 7 cm zebrane są w okazały kwiatostan, który znajduje się na zakończeniu wyrastającego ponad liście grubego pędu kwiatostanowego o wysokości 100–200 cm.
  Juki kwitną od końca czerwca do początku sierpnia. W ogrodach sadzi się je pojedynczo, bardzo często na trawnikach lub grupami na dużych rabatach. Można je także sadzić pojedynczo do dużych pojemników (głębokich).
  Wymaga gleby żyznej, dobrze przepuszczalnej, lekko alkalicznej (zawierającej wapń). Pożądane dla niej jest stanowisko osłonięte, jednak w pełnym słońcu (rośliny posadzone w cieniu nie kwitną).

  Latem należy ją obficie podlewać, zraszać liście i zasilać co tydzień płynnymi nawozami mineralnymi. Zima rośliny posadzone w pojemnikach najlepiej przechować w widnych i chłodnych pomieszczeniach. Jukki rosnące bezpośrednio w gruncie dobrze jest na zimowe miesiące zabezpieczyć przed mrozem na przykład gałęziami świerka.
Juki rozmnaża się przez podział silnie rozrośniętych roślin - można to robić wczesną wiosną lub w drugiej połowie lata.”

poniedziałek, 25 lipca 2016

Jak PiS ustawą wydudkało chłopów, czyli XXI wieczne przywiązanie polskiego chłopa do ziemi.( Stan po dwóch miesiącach od wprowadzenia ustawy w życie)

"Jest gorzej, niż można było przewidywać. Ustawa o ziemi, która weszła w życie 1 maja 2016 r., praktycznie pozbawiła obywateli swobodnego dysponowania swoją własnością. A adresowana jest bardziej do chłopa pańszczyźnianego niż do rolnika XXI wieku.
Zaledwie dwa miesiące po uchwaleniu ustawy jej skutki są już bardzo widoczne. Można powiedzieć, że obrót ziemią został sparaliżowany. W wielu rejonach kraju od 1 maja notariusze nie przeprowadzili ani jednej transakcji kupna-sprzedaży działki rolnej. Pytani o ceny tylko wzruszają ramionami. Nie ma ceny, skoro nie ma handlu. Ale tuż przed 1 maja, czyli przed graniczną datą, kiedy jeszcze można było sprzedawać ziemię w miarę swobodnie, ceny poleciały na łeb na szyję. Jak tłumaczy jeden z nowych właścicieli, który 30 kwietnia kupił 100 hektarów ziemi: - Po tej cenie grzechem byłoby nie kupić i nie skorzystać z okazji.

A co będzie, jeśli zechce sprzedać?

- Przecież PiS nie będzie rządził wiecznie, te przepisy muszą się zmienić, wtedy sprzedam.

Ustawa sprzyja utrzymaniu obecnej struktury ziemi w Polsce, czyli rozdrobnieniu i trwaniu małych, nierentownych gospodarstw. Biedni nie mogą teraz sprzedawać swoich działek, a bogaci, którzy mogli zainwestować, nie inwestują.

W istocie ustawa prowadzi do kontrolowania wszystkiego. I wbrew pozorom wcale nie dotyczy tylko rolników, ale dotyka niemal każdego Polaka - tego, który chce sprzedać lub kupić ziemię rolną, który ją odziedziczy, który chce zaciągnąć kredyt, sprzedać, kupić lub wybudować dom, tego, który chce do swojego domu dojechać, nawet tego, który chce odzyskać swój dług od wierzyciela, itd.

Najlepiej skutki ustawy można zobaczyć na konkretnych przykładach.

PRZYKŁAD NR 1. Działka w mieście

Ktoś ma działkę rolną wielkości 4 tys. metrów kwadratowych w granicach administracyjnych miasta. Dookoła domki jednorodzinne, a nawet bloki. Działka jest rolna tylko z definicji, bo kiedyś były tu grunty rolne, ale w praktyce od lat jest nieużytkiem. Jej ochrona przed wykupem przez cudzoziemców lub spekulantów jest iluzją. Ale dziś zgodnie z ustawą działkę wielkości 3 tys m kw. i większą można sprzedać tylko rolnikowi uprawiającemu ziemię, mieszkającemu w tej samej gminie, a nabywca musi tę działkę uprawiać przez najbliższe 10 lat.

Ten przepis dotyczy wszystkich działek, także położonych w granicach administracyjnych miast, bez wyjątków. Tymczasem w takiej np. podwarszawskiej gminie Wawer większość działek to z nazwy działki rolne. Kiedyś uprawiano tu ogórki czy kapustę, a Wawer był zagłębiem kiszeniaków, dziś to typowe działki nadające się tylko pod budownictwo, z rolnictwem nie mają nic wspólnego.

Teoretycznie działkę rolną można podzielić na mniejsze. Ale tylko teoretycznie, bo prawo geodezyjne zabrania dzielenia na działki poniżej 3 tys. m kw.

PRZYKŁAD NR 2. Nie ma scalania

Na Mazowszu, w Małopolsce, w Świętokrzyskiem ziemia rolna to często wąskie, długie paski - to skutek dzielenia między wielu spadkobierców. Tak jest w rejonach, gdzie był głód ziemi. Paski mają po 9-12 m szerokości i są na pół kilometra długie - jak mówią agenci nieruchomości, to towar niehandlowy. Ale ustawa o regulowaniu gospodarstw z 1971 roku pozwalała na scalenie kilku pasków (jeśli oczywiście spadkobiercy się dogadali) i dzielenie potem gruntu w poprzek na małe działki nadające się pod budowę domów. To wymagało oczywiście sporo pracy, kilku właścicieli musiało się dogadać, czasem trzeba było zrobić wcześniej darowiznę, te akty wymagały ogromnych nakładów finansowych m.in. dla geodety, zrobienia u notariusza umowy przedwstępnej itd. Ale towar niehandlowy stawał się handlowym. To się teraz skończyło, bo tylko rolnik może nabyć taką działkę. Ustawa weszła w życie, kiedy wiele takich transakcji było w trakcie realizacji, bo proces scalania, załatwiania pozwoleń i rysowania map geodezyjnych trwa miesiącami. Niektórzy ludzie ponieśli spore koszty, a teraz czują się wykiwani.

PRZYKŁAD NR 3. Ceny spadają

Ktoś miał działkę w atrakcyjnym miejscu pod Warszawą. Działka powyżej 5 tys. m kw. jeszcze w marcu wyceniona została na 1,2 mln zł. Znalazł się deweloper, który taką sumę zaakceptował, i na początku marca 2016 r. podpisano umowę przedwstępną, zakładając, że cała transakcja zostanie sfinalizowana, kiedy deweloper dostanie zgodę na budowę, czyli za mniej więcej rok.

Ale nagle się okazało, że 1 maja wchodzi w życie nowa ustawa i transakcja nie będzie po tym terminie możliwa. Ostatecznie więc sprzedający drastycznie obniżył swoją cenę, a co więcej - zgodził się przepisać nieruchomość na nabywcę, choć dostał tylko połowę pieniędzy (deweloper nie był bowiem przygotowany na zapłatę tak szybko). I teraz ten, co sprzedał, denerwuje się, czy na pewno za rok dostanie drugą część pieniędzy.

PRZYKŁAD NR 4. Droga tylko dla rolnika

Deweloper wybudował osiedle domków jednorodzinnych. Są domki i jest droga wewnętrzna, która w ewidencji gruntu jest użytkiem rolnym. Każdy z tych, co kupił sobie domek, musiał kupić też udziały w tej drodze, by mieć dostęp do swojej posesji. Ale zostały jeszcze dwa domki do sprzedania. Po wejściu w życie ustawy deweloper może sprzedać wybudowany domek, ale nie może sprzedać udziałów w drodze. Od maja takie transakcje stoją. Tylko rolnik może kupić udział w działce drogowej.

PRZYKŁAD NR 5. Związanie chłopa z ziemią

W pierwotnej wersji ustawa nie zezwalała na dziedziczenie ziemi po przodkach nierolnikowi. Pod wpływem protestów środowisk rolniczych oraz opozycji ten przepis zmieniono i teraz lekarz pracujący w mieście ma prawo odziedziczyć gospodarstwo po dziadku. Tylko co z tego, skoro nie może go sprzedać?


A nie może, bo krąg odbiorców jest niezwykle wąski. Nie tylko nabywca musi być rolnikiem mieszkającym w tej samej gminie i od co najmniej pięciu lat osobiście prowadzić gospodarstwo, ale jeszcze ten lekarz musi udzielić mu rękojmi, czyli zagwarantować swoim podpisem, że nabywca będzie ją zgodnie ze sztuką rolniczą osobiście uprawiał. Sam nabywca zaś zobowiązuje się, że przez następne dziesięć lat tej ziemi nie sprzeda ani nie wydzierżawi.

Ustawa jednego obywatela na dziesięć lat przywiązuje do ziemi, a drugiego zmusza do udzielenia gwarancji, jakich nie jest przecież w stanie udzielić. Ustawa nie mówi, co ma zrobić nabywca, jeśli np. w międzyczasie straci nogę lub dostanie zawału.

Ten przepis o przymusie prowadzenia gospodarstwa przez dziesięć lat szczególnie bulwersuje prawników, gdyż nie tylko nie uwzględnia losowych wypadków, ale też zmiany planów życiowych człowieka. Do tego inaczej traktuje chłopa, a inaczej najemnego pracownika, który ma maksymalnie trzymiesięczny okres wypowiedzenia umowy o pracę.

Udzielanie rękojmi jest zaś typowym przepisem pozorowanym. No bo co to jest za przepis o udzieleniu rękojmi, że nabywca będzie dobrze prowadził gospodarstwo?

Dziś trudno za własne dziecko zaręczyć, że będzie się dobrze zachowywać w autobusie.

PRZYKŁAD NR 6. Prawo Agencji

Rolnik chce sprzedać ziemię, ale nie ma chętnego innego rolnika. Znalazł się kupiec, który zgodnie z nową definicją rolnikiem nie jest. Sprzedający zwraca się więc do Agencji Nieruchomości Rolnych (ANR) o zgodę na sprzedaż, ale jak dotychczas Agencja jej na ogół nie daje. Rolnik może jeszcze zaoferować ziemię Agencji, która ma prawo pierwokupu. Ale takich transakcji teraz też nie ma, bo chłopi się boją, że ANR, która ma prawo podać swoją własną cenę, zaoferuje zbyt mało. Oczywiście sprzedający może wtedy iść do sądu. Ale ponieważ sąd rozstrzyga na podstawie tych samych przepisów, na których opiera się Agencja, ustalając swoją cenę, to wiele nie zyska.

Wyobraźmy sobie, że ktoś chce sprzedać mieszkanie, a nabywca mówi, że kupi, ale za swoją cenę, bo ma prawo pierwokupu.

PRZYKŁAD NR 7. Komornik nie zlicytuje

Z nowej ustawy nie wykluczono postępowań upadłościowych i egzekucyjnych. To znaczy, że obecnie komornik nie może wylicytować nieruchomości rolnej, gdyż musiałby w ramach licytacji wybrać jako nabywcę rolnika indywidualnego. Oczywiście zgodnego z nową definicją, czyli z tej samej gminy itd. Teraz więc wierzyciel nie jest chroniony, bo w ogóle nie prowadzi się takich postępowań egzekucyjnych przy nieruchomości rolnej. Komornik musiałby tak prowadzić egzekucję, by wybrać kogoś, kto spełnia warunki ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego, a to jest w egzekucji niemożliwe, bo na upadłościowe postępowania egzekucyjne rolnicy nie przychodzą.

Podobno posłom, którzy siedzieli do godz. 11 w nocy nad ustawą, pomyliła się restrukturyzacja z egzekucją - i stąd ten bałagan.

PRZYKŁAD NR 8. Zasiedzi tylko rolnik

Teraz "zasiedzieć" nieruchomość może tylko rolnik indywidualny. Zasiedzenie to jest nabycie nieruchomości poprzez upływ czasu - 20 lub 30 lat. Przez ten czas zasiedzający odgrywał rolę właściciela. Do tej pory każdy, kto spełniał te warunki, nabywał do nieruchomości prawo. Teraz to prawo przysługuje tylko rolnikowi. Jest to zmiana kodeksu cywilnego, instytucji rodem jeszcze z prawa rzymskiego.

PRZYKŁAD NR 9. Czynsze w górę

ANR wstrzymała sprzedaż ziemi ze swoich zasobów na pięć lat. Ziemię mogą natomiast rolnicy od Agencji dzierżawić. Skoro nie ma zbytu, to w górę, i to drastycznie - o ponad 50 proc., poszły czynsze dzierżawne. Na przykład na Warmii i Mazurach rolnicy płacili rocznie po cztery kwintale pszenicy za każdy dzierżawiony od ANR hektar ziemi, nowe umowy zawierane są już ze stawką 6,5 kwintala pszenicy za hektar.

+++

PiS zafundował nam koszmarnie nieuczciwą ustawę, która źle traktuje własnych obywateli. I tego traktowania nie można usprawiedliwiać ochroną przed obcym nabywcą ziemi rolnej, bo nie ma tak naprawdę tych nabywców, nie ma tłoku na granicy po nasze grunty. A jeśli się tego boimy, to są inne narzędzia, które nie powinny na to pozwalać, np. uchwalanie planu zagospodarowania przestrzennego, pozwolenia na budowę itp.

Teraz pytanie brzmi: dlaczego na wsi nikt się nie buntuje? Odpowiedź jest chyba jedna - wieś po prostu tej ustawy nie zna, ciągle nie wie, co się stało. Na wsi wiedzą tylko, że ANR wstrzymała na pięć lat sprzedaż państwowej ziemi. I dopóki do Kowalskiego nie dotrze, że choć nikt mu ziemi nie zabiera, to faktycznie w świetle prawa został on właśnie ograbiony, dopóty spokój na wsi będzie.

Dwa tygodnie przed wejściem w życie ustawy do notariusza w Łowiczu zgłosiło się małżeństwo rolników, które postanowiło sprzedać działkę rolną. Mieli na nią kupca, ustaloną cenę, ale kupiec nie był rolnikiem w świetle nowej ustawy. Przyjechali, bo żona chciała, by to notariusz przekonał jej męża, że trzeba się spieszyć, bo po 30 kwietnia ta transakcja nie będzie możliwa. A mąż nie wierzył.

Mówił: - A gdzie tam! Dziś słyszałem rano w radio, w audycji rolniczej, że będzie dobrze, na pewno sprzedamy. Co nagle, to po diable.

Ona na to: - Franek, nie będzie dobrze!

Ale on swoje. W końcu się zdenerwowała i mówi: - Wiesz co, Franek, ty to jesteś taki głupi polski chłop!”

Krystyna Naszkowska; „Ustawa pańszczyźniana” http://wyborcza.pl/1,75968,20446556,ustawa-panszczyzniana.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza

sobota, 23 lipca 2016

Cyganeria

Styl nazywa się gipsy, bohemian lub boho. Przy czym boho to bardziej styl niezwykle barwnych hippie- kolorowe materiały, koraliki, skóra, frędzle, hafty, falbany, strzępienia. Natomiast bohemian nawiązuje do czasów artystycznej bohemy początków XX wieku- hafty, koronki, perły, frędzle, pastelowe kolory lub nasycenie kolorami. Gipsy to cygańskie kolorowe chusty, falbaniaste spódnice w kwiaty, korale, grzebienie we włosach, bransoletki i kolorowe wozy w taborach. Ogólnie ma być kolorowo, różnorodnie, bogato w drobiazgi- jednym słowem, wielki stylowy eklektyzm. 
W hafcie styl ten charakteryzuje się stosowaniem różnych technik, różnych ściegów. Haftuje się na pozszywanych, różnorodnych kawałkach tkanin. Haft można łączyć z aplikacjami, haftem koralikowym, koronkami, wstawkami, koralikami itp.
Bardzo mi się ten styl podoba, bo ma coś w sobie z szaleństwa patchworków crazy, ale nie wymaga aż takiej pomysłowości i drobiazgowości, jak ten ostatni. Elementy w gipsy są większe, a haft bardziej jednorodny tematycznie. Niemniej, można sobie tutaj pofolgować fantazji i poszaleć z łączeniami.
Spróbowałam i wyszła poducha.
Całość prezentuje się tak. To niebieskie- cieniutki jeans. Do niego doszyłam kawałki tkanin w odcieniach szarości, w drobny wzór i o różnej gęstości. Piszę o gęstości, bo miało ona wpływ na trudność haftu. Całość obszyta falbanką z 1/2 "zdobycznego ", jedwabnego szalika. Przy okazji nauczyłam się szyć za pomocą stopki do marszczenia materiału. Super stopka. Pomarszczyła równo i szybko.

Środek. Wszystkie moje dotychczasowe hafty to wielki poligon techniczny. Kiedy zabieram się do haftowania, to zawsze wprowadzam jakiś nowy ścieg, lub technikę. Tu też tak było. Postanowiłam przećwiczyć haft wstążeczkowy. Naiwna myślałam, że jak trochę o tym hafcie poczytałam, przejrzałam filmiki instruktażowe i pooglądałam sposób haftowania krok, po kroku, to już będę haftować wstążkami jak ta lala. Nic z tego. Już na wstępie wybrałam za szeroką wstążkę. Dodatkowo zaczęłam haftować igłą o stępionym końcu- ekstra do takiego haftu. No tak, może w luźnym materiale poszłoby jak należy. Ale na tym jeansie za cholerę ta igła ze wstążką nie chciała się przecisnąć. Wzięłam igłę z ostrym końcem i jakoś kwiaty wymęczyłam. Reszta haftu na kwiatkach poszła dosyć łatwo. Dookoła kwiatów nahaftowałam pajęczynę w białym kolorze i wykończyłam ją francuskimi pętelkami. Nadało to haftowi lekkości i zapełniło środek. Liście są haftowane tradycyjnie haftem płaskim. Pączki kwiatowe to owijki między wstażkowymi listkami.
Zafascynowana haftem rococo, znalazłam kiedyś wzór z ptakami. Najpierw chciałam je wyhaftować haftem cieniowanym. Jednak coś mnie podkusiło, żeby spróbować owijkowym, który już dosyć dobrze opanowałam w wersji podstawowej. Rany boskie, haftowałam owijkę za owijka, a miejsca do zahaftowania ciągle było dużo. Nie pokusiłam się o policzenie, z  ilu  owijek jest wyhaftowany ten ptak.
Miałam też kłopot z dobraniem kolorów nici. Zależało mi, aby każdy ptak był w innym. Wszystkie są haftowane nićmi Anchor Multicolor, w różnych odcieniach.
Ten jest w odcieniach błękitu, różu i szarości. Wszystkie ptaki  mają  szyje haftowane muliną jednokolorową  (Ariadną).
Nie zauważyłam, że jakaś paskudna nitka została i (sory) zdjęcie jest z tą nitką. Ten jest w brązach i kremach.
Dookoła haftu przyszyłam wstążkową lamówkę i na niej zrobiłam haft ściegiem piórkowym. W załamaniach ściegu są białe, francuskie pętelki. Na końcach wyhaftowałam wstążeczkowe listki i wykończyłam je wydłużoną pętelką francuską (?) (pistils- nie wiem, jak to na polski przełożyć). Między listkami wyhaftowałam wstążeczkowe małe róże. I tu się powtórzyła historia taka, jaka była przy dużych kwiatach. Męczyłam się haftując te różyczki tak gdzieś do połowy drugiego boku. Przeciąganie przez materiały (a były one o różnej gęstości, jeden bardzo zbity), to jak kara boska- trudność sprawiało to, że trzeba było przeciągnąć kilka warstw wstążki złożonej w harmonijkę. I już myślałam, że chyba spruję, a potem coś innego wymyślę, gdy...natknęłam się na jakiś blog, gdzie autorka napisała, iż ona przed haftowaniem zawsze wstążeczki pierze. Noż... w mądrych książkach, które posiadam, a są one skarbnicą wiedzy o hafcie, nie znalazłam takiej prostej recepty na zmiękczenie wstążek.  Przypuszczam, że autorki poradników haftują li tylko miękkimi jedwabnymi wstążeczkami i na myśl im nie przyjdzie, że jest taki kraj, w którym Polki mają do dyspozycji twardawe wstążki atłasowe lub satynowe, a jeśli trafią na jedwabne, to ceny ich są horrendalne.
No więc... no więc przeprałam moje wstążki, wypłukałam w płynie zmiękczającym, przeprasowałam wilgotne i nareszcie poleciało do przodu.
Rogi wykończyłam bukiecikami białych róż, haftowanych tradycyjnie na okrętkę, na nicianym pajączku.Jeszcze raz całość

I to by było na tyle.






wtorek, 19 lipca 2016

Wieczorne impresje

Ponieważ, albowiem, powiadam, że....jeszcze mnie szlag nie trafił, kiedy przeczytałam o podwyżkach dla rządu i okolicy. Powiem jednak głosem Lindy:"Nie chce mi się o tym gadać...."
Są wakacje, jest cieplutko, ustał deszczyk, zaświeciło słoneczko, remoncik na dachu trwa...
Trochę fotek nie zaszkodzi na dodatkowe podniesienie nastroju.







deserek


piątek, 15 lipca 2016

Jak choremu utrudnić życie jeszcze bardziej, czyli pigułkowy absurd

Miałam napisać post o moich dokonaniach robótkowych, ale natknęłam się na kolejny idiotyzm. Uznałam, że to trzeba tu wkleić. Jak tak dalej będą te pisiury kombinować, to mnie kiedyś z wściekłości, z powodu ich bezdennej arogancji, szlag trafi.

Główny Inspektor Farmaceutyczny oraz Ministerstwa Zdrowia i Finansów wprowadzili przepis zakazujący chorym kupowania za granicą niedostępnych w Polsce leków.
W tak bzdurną i nieodpowiedzialną decyzję trudno wprost uwierzyć. Oznacza ona bowiem, że przesłanie przez kuriera leku zakupionego za granicą będzie zabronione, a wszelkie medykamenty przechwycone przez celników, przy okazji przekraczania granicy, będą konfiskowane i niszczone. Dozwolone będzie przewiezienie leków jedynie osobiście, na własny użytek i to w niewielkiej ilości.
Wobec jeszcze większej farsy staniemy, chcąc wywieźć lekarstwa z kraju. Będzie to dopuszczalne tylko w wypadku uprzedniego uzyskania zezwolenia ministra zdrowia, a na to trzeba będzie czekać nawet pół roku. Tyle  przewiduje procedura.
Eksperci na decyzji urzędników nie pozostawiają suchej nitki. Jak czytamy w „Gazecie Prawnej”, całe zamieszanie wywołano, wypowiadając otwartą wojnę  powstającym w niektórych państwach sklepom internetowym, handlującym podejrzanej jakości, nieprzetestowanymi medykamentami. ”To oznacza popadanie w absolutną skrajność” – twierdzi adwokat dr Magdalena Matusiak-Frącczak, podkreślając, że tego rodzaju decyzja uderza przede wszystkim w ludzi kupujących recepturowe leki za granicą od lat, bo nie mogą dostać ich w kraju. Tego samego zdania jest adwokat Hoa Dessoulavy, zastępca przewodniczącego sekcji prawa medycznego i farmaceutycznego w Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie. Efekt będzie taki, że wielu chorych znajdzie się w sytuacji bez wyjścia i stanie w obliczu zagrożenia życia.
Urzędnicy, idąc na skróty, nie wzięli pod uwagę tego, że 8 proc. Polaków cierpi na choroby rzadkie. Trudno od nich wymagać, by każdorazowo jeździli osobiście po lek ratujący zdrowie, a nawet życie – na drugi koniec świata. Teraz przedstawiciele ministerstwa zdrowia starają się tonować nastroje i pocieszają, że mimo rygorystycznej polityki w tym zakresie, nikt nie zamierza przeszkadzać w uzyskaniu zgody na docelowy import leku. Wystarczy zdecydować się na sformalizowaną procedurę, w efekcie której można uzyskać zgodę ministra zdrowia na import leku.
Sęk jednak w tym, że wielu chorych zostało bez leków już teraz, a  procedura związana z uzyskaniem zgody ministerstwa na docelowy import zajmuje nawet pół roku. Czyż nie kpina?
(Źródło: Gazeta Prawna)”
Jolanta Pędziwiatr

środa, 13 lipca 2016

Regionalne niuanse

Jeśli nie jesteś stela, to nie jesteś nasz, a to oznacza brutalne- nigdy nie będziesz cieszyniokiem. Doświadczyłam wiele razy na własnej skórze tego „bycia nie stela”. Nie były to przyjemne momenty. I mimo, iż rodzina ojca to rodowite cieszynioki, noszę nazwisko popularne w tym regionie, mieszkam tu, z przerwami, prawie 35 lat. Ciągle nie jestem stela. I chyba coś jest na rzeczy, bo raczej nie utożsamiam się z mentalnością cieszynioków, chociaż, nieodmiennie, od wielu lat, zachwyca mnie gwara, zwyczaje no i ten niepowtarzalny klimat krajobrazów Śląska Cieszyńskiego. Nie rozumiem tego ciągłego (dosłownie wszędzie) podkreślania pochodzenia cieszyńskiego, które charakteryzuje się właśnie krótkim stwierdzeniem „stela”. Taki swoisty regionalny nacjonalizm, a może coś innego?
Próbowała to wyjaśnić redaktor lokalnego, cieszyńskiego portalu internetowego.

Wszystko zaczęło się od sporu. Koleżanka z redakcji zarzuciła mi, że używam niepoprawnej formy ''stela'', a - jej zdaniem - powinno być wyłącznie ''tu stela''. Jako rodowita istebnianka oburzyłam się nieco, bo - choć gwary używam jedynie w domowym zaciszu - to przecież w świecie gwarowym się wychowałam i jest ona stale obecna w moim życiu.
Pamiętałam z dzieciństwa, jak mówiło się – np. wskazując, skąd należy ciąć, że „stela”, czyli stąd, że odpowiadało się na pytanie „Skiyl żeś jest” - „stela” i że forma „tustela” (bardziej tak ją słyszę, jako pisaną łącznie) też była, choć z nią rzadziej się spotykałam. Moim zdaniem obie formy były uprawnione, choć bardziej skłaniałam się do „stela”. Ponieważ nie jestem językoznawcą ani etnologiem, postanowiłam zapytać mądrzejszych od siebie i odpowiedzi przekazuje Wam. Mam nadzieję, że od tej pory potencjalne spory (nie tylko wśród redakcji OX.PL, ale i wśród naszych Czytelników) na temat użycia tych dwóch słów zostaną definitywnie zażegnane.
- Obie, a właściwie wszystkie formy: styl, tustyl, stela, tustela są i były w użyciu. Ale bywa tak, że ktoś używa tylko jednej, a pozostałe uważa za niepoprawne. Chodzi o gwarę, a więc system naturalny, nie kodyfikowany czyimkolwiek autorytetem i mówienie o poprawności nie jest uzasadnione. Pisownia (tustyl czy tu styl) także nie jest ostatecznie ustalona. Z moich obserwacji wynika, że stela używa się częściej bliżej Cieszyna – tłumaczy mi w mailu dr hab. prof. IJP PAN Jadwiga Wronicz, z pochodzenia koniakowianka, współautorka i redaktor „Słownika gwarowego Śląska Cieszyńskiego” (Wisła-Ustroń 1995), którego, nawiasem mówiąc, parę egzemplarzy można wyłowić jeszcze w ustrońskim muzeum.

Podobne zdanie przekazuje mi inna moja krajanka, Małgorzata Kiereś, etnolog, Dyrektor Muzeum Beskidzkiego w Wiśle, autorka wielu pozycji o historii i kulturze górali beskidzkich, która odwołuje się do badań terenowych: -
Rzecz polega na tym, że zasięg tego słowa, jest różny, istebniańscy górale od 4 wieków powiadali skiyl, żeś je? odpowiadali „stu stela” albo „styl” ( co już zostało zapomniane). Natomiast, kiedy prowadziłam badania do monografii w Ustroniu, to wszyscy respondenci podkreślali „stela”, wszystko jest „stela”, „skąd?” –odpowiedź była „stela”, np. on je stela, czyli z Ustronia- zauważa Kiereś i podkreśla: - ale do tego jeszcze dochodzi ważniejsza kategoria mianowicie „stela-stąd” to znaczy, że się tu urodził, i to jest podstawowe kryterium, mówimy i używamy tego pojęcia wtedy, gdy odnosimy się do zasiedziałości rodów, urodziliśmy się więc i otrzymaliśmy nasz tutejszy kod kulturowy i on nas ukształtował, czyli będąc stu stela np. z Istebnego, roziumiymy jak tacik rzóndzón do nas żie janko szie spuszczoł na skidzach i szie roznimógł, obcy – spoza nie zawsze rozumie wtedy treść tej wypowiedzi. Ale stu stela lub stela znaczy jeszcze coś więcej niż sam fakt urodzenia, to jeszcze przyjęcie i akceptacja naszego tutejszego kodeksu obyczajowego, sposobu postepowania i zachowywania, także do szeroko rozumianego historycznego i kulturowego dziedzictwa, które jest wtedy podkreślane jako NASZE, bo jest stąd, więc stu stela powiedzą jyny na terenie beskidzkiej Trójwsi, a stela poza nią.
Kolejny głos w sprawie zabiera prof. dr hab. Zbigniew Greń z Zakładu Slawistyki Zachodniej Uniwersytetu Warszawskiego, autor m.in. książki „Śląsk Cieszyński. Dziedzictwo językowe” (Warszawa 2000) czy „Tradycja i współczesność w językowym i kulturowym obrazie świata na Śląsku Cieszyńskim” (Warszawa 2004). - Właściwie to obie Panie mają rację. Oba wyrażenia "stela" i "tu stela" są dopuszczalne w gwarze cieszyńskiej i oba też umieszczono w „Słowniku gwarowym Śląska Cieszyńskiego” pod redakcją Jadwigi Wronicz (choć tu stela jest tam zapisane łącznie, jako jeden wyraz, czyli "tustela", moim zdaniem niepotrzebnie). Są to więc w pewnym stopniu synonimy, ale chyba tylko w pewnym, a nie w pełnym. Wydaje mi się, że różnica miedzy nimi polega na tym, że w wyrażeniu "tu stela" cząstka "tu" pełni rolę partykuły wzmacniającej - "tu stela" byłoby więc bardziej wyraziste - językoznawcy mówią w takim wypadku o nacechowaniu stylistycznym - niż wyrażenie "stela". Być może jest między nimi jeszcze jedna różnica - ale nie sprawdzałem tego, pisze "na wyczucie", że nie zawsze są one w pełni wymienne we wszystkich wyrażeniach, np. w funkcji tzw. orzecznika w zdaniu mogą występować oba, tzn. "jo je stela // jo je tu stela", ale w funkcji przydawkowej częściej raczej "stela" niż "tu stela", a więc przede wszystkim: chłapiec, synek, chłop stela, rzadziej ... tu stela (choć u Nogawicy jest "synek tu stela"). Tak czy inaczej, oba są używane, a w wypadku gwary, która nie jest unormowana - nie napisano podręcznika do gramatyki, to użycie językowe (tzw. uzus) jest rozstrzygające.
Na to nacechowanie „tu stela” w stosunku do „stela” zwraca uwagę prof. Daniel Kadłubiec, etnograf i historyk literatury, badacz kultury, folkloru i języka Śląska Cieszyńskiego: - Szanowna Pani Redaktor, ma Pani rację. Mówi się: jeżech stela. Gdyby było TU STELA, chodziłoby o tautologię, czyli masło maślane. Ludzie stela itp. jest konstrukcją jak najbardziej właściwą. Mówimy o ludziach, że są stąd (stela), zaimek wskazujący TU nie wnosi żadnej nowej informacji, czyli jest balastem.

Podsumujmy, obie formy istnieją i mają się dobrze, co pokazuje mój spór z redakcyjną koleżanką. Spór, dodajmy, bezzasadny, bo obie formy są uprawnione, obie są poprawne. I bez względu na to, Drodzy Czytelnicy, czy jesteście stela, tustela, tu stela – czy może stu stela - mjyjcie sie dobrze a uż sie nie wodźcie…”
 


 Zdjęcia: Internet

poniedziałek, 11 lipca 2016

Lekko i zwiewnie po wodzie.

W Rzymie, w scenerii najpiękniejszej rzymskiej fontanny, odbył się spektakularny pokaz mody marki Fendi. Pokaz ukoronował 90lecie istnienia marki oraz 50lecie współpracy ze słynnym projektantem Karlem Lagerfeldem. Przygotowania do niego trwały 17 miesięcy, a sam pokaz kosztował 1,8 miliona dolarów.
W wywiadzie dla „Vogue”, Lagerfeld stwierdził, że kolekcja, którą nazwał „Legendy i baśnie”, jest skierowana do ludzi o specyficznym stylu życia.
Trzeba podkreślić, że dom mody przeznaczył znaczną sumę, 2,5 milionów dolarów, na renowację fontanny Trevi, trwającej blisko półtora roku.
Do pokazu zaproszono najsłynniejsze modelki. Między innymi Kellę Kadid oraz Kendall Jenne.
Podczas pokazu modelki prezentowały kolekcję, chodząc po przeźroczystych płytach pleksi, ułożonych tuż nad wodą, co sprawiało wrażenie, iż stąpają wprost po wodzie. Kolekcja składa się z 46 modeli, wykonanych z futer i skór. Największy zachwyt wzbudzała kreacja z różowego futra perskiej owcy, w której wykonano ręcznie 5000 małych otworów. Dzięki takiemu zabiegowi, uzyskano efekt koronki. Bardzo podobała się też kurtka ze skóry rysia. Skóra rysia jest ogromnie cenna sama w sobie i raczej jej się nie farbuje. Tym razem zrobiono wyjątek- podfarbowano skórę na lekki odcień różu. Zachwyt budziła kreacja uszyta z malutkich, kwadratowych elementów futra z norek. Jej przygotowanie zajęło 1200 godzin pracy. Ponadto pojawiły się szydełkowe suknie z tiulową bazą, w które wpleciono fragmenty futra z norek długowłosych, a także skórzane frędzle.
Oglądając całą kolekcję, trudno uwierzyć, że powstała ona z futer i skór, ponieważ kreacje sprawiały wrażenie bardzo lekkich i powiewnych. 
 
Śliczna kolekcja, prawda? Śliczna, ale… te futra, te skóry, ta ekologia, to zabijanie zwierząt...mam mieszane uczucia. Jednak przeważa ogromny protest. Wszyscy wiedzą, przeciw czemu. I ta świadomość zepsuła mi cały pokaz. 

Na podstawie: http://www.tvn24.pl/fendi-pokaz-kolekcji-legendy-i-basnie,660151,s.html
Rzymskie widowisko. Takiego pokazu świat mody jeszcze nie widział 11 lipca 2016, 14:25 8 Rzymskie widowisko. Takiego pokazu świat mody jeszcze nie widział Foto: GIORGIO ONORATI/PAP/EPA Widowiskowy pokaz kosztował 1,8 mln dolarów Najpiękniejsze modelki świata - wśród nich Bella Hadid i Kendall Jenner - przeszły dosłownie po wodzie podczas spektakularnego pokazu mody marki Fendi. Pokaz zorganizowano z okazji 90-lecia domu mody, a sceną była najsłynniejsza rzymska fontanna. Praca nad jednym z najbardziej spektakularnych pokazów mody ostatnich lat trwała 17 miesięcy. Kosztował 1,8 mln dolarów. Marka Fendi - produkująca futra oraz akcesoria skórzane - uczciła 90-lecie swojego istnienia oraz 50-lecie współpracy z Karlem Lagerfeldem, dyrektorem kreatywnym domu mody. Dla kogo pieniądze z fontanny? Do wyłowienia milion euro Turyści... czytaj dalej » - Kolekcję nazwałem "Legendy i baśnie" - skomentował Lagerfeld w rozmowie z "Vogue". - Jest to kolekcja, która nie jest skierowana do wszystkich, tak jak w przypadku propozycji ready-to-wear [gotowe do noszenia - red.]. Jest dla ludzi, którzy prowadzą bardzo specjalny styl życia - podkreślił. Trzeba podkreślić, że dom mody przeznaczył blisko 2,5 mln dolarów na renowację słynnej fontanny Trevi, która trwała blisko półtora roku. W nowej odsłonie fontanna, rozsławiona przez Federico Felliniego w filmie "Słodkie życie", oddana została do użytku w listopadzie zeszłego roku. W piątek stała się sceną pokazu mody. Na basenach fontanny rozłożono podesty z przezroczystej pleksi, dzięki czemu widzowie mieli wrażenie, że modelki chodzą po wodzie niczym Anita Ekberg w kultowej scenie "Słodkiego życia". "Jeden z najbardziej majestatycznych pokazów mody w historii" Goście wydarzenia zostali przetransportowani do Rzymu prosto z Tygodnia Mody w Paryżu prywatnym samolotem Fendi. W opisie kolekcji czytamy, że wszystkie 46 zaprezentowanych sylwetek wykonano z najwyższej jakości skór i futer. Anja Rubik w garniturze. Zachwyca W Paryżu trwa... czytaj dalej » Komentatorzy szczególną uwagę zwracają na kreację wykonaną z różowego futra perskiej owcy. Wykonano w niej ręcznie 5 tysięcy małych otworów, dzięki czemu suknia sprawia wrażenie koronkowej. Kurtka ze skóry rysia (która jest sama w sobie zbyt cenna, żeby ją farbować) tym razem została przefarbowana na delikatny odcień różu. Zachwyt budziła również kreacja stworzona z malutkich kwadratowych elementów futra z norek. Jej przygotowanie zajęło 1200 godzin pracy. Ponadto pojawiały się szydełkowane suknie z tiulową bazą, w które wplecione zostały elementy futra norek długowłosych oraz skórzane frędzle. Trudno uwierzyć, że projekty powstały z futer i skór, gdyż oglądając je, sprawiały wrażenie niezwykle lekkich. "Jeden z najbardziej majestatycznych pokazów mody w historii" - napisała Nicole Phelps w relacji z pokazu na łamach "Vogue'a". Ale to nie pierwsze tak spektakularne przedsięwzięcie w historii Fendi. Marka w 2007 roku swoją kolekcję pokazała na Wielkim Murze Chińskim. (http://www.tvn24.pl)
Najpiękniejsze modelki świata - wśród nich Bella Hadid i Kendall Jenner - przeszły dosłownie po wodzie podczas spektakularnego pokazu mody marki Fendi. Pokaz zorganizowano z okazji 90-lecia domu mody, a sceną była najsłynniejsza rzymska fontanna. Praca nad jednym z najbardziej spektakularnych pokazów mody ostatnich lat trwała 17 miesięcy. Kosztował 1,8 mln dolarów. Marka Fendi - produkująca futra oraz akcesoria skórzane - uczciła 90-lecie swojego istnienia oraz 50-lecie współpracy z Karlem Lagerfeldem, dyrektorem kreatywnym domu mody. Dla kogo pieniądze z fontanny? Do wyłowienia milion euro Turyści... czytaj dalej » - Kolekcję nazwałem "Legendy i baśnie" - skomentował Lagerfeld w rozmowie z "Vogue". - Jest to kolekcja, która nie jest skierowana do wszystkich, tak jak w przypadku propozycji ready-to-wear [gotowe do noszenia - red.]. Jest dla ludzi, którzy prowadzą bardzo specjalny styl życia - podkreślił. Trzeba podkreślić, że dom mody przeznaczył blisko 2,5 mln dolarów na renowację słynnej fontanny Trevi, która trwała blisko półtora roku. W nowej odsłonie fontanna, rozsławiona przez Federico Felliniego w filmie "Słodkie życie", oddana została do użytku w listopadzie zeszłego roku. W piątek stała się sceną pokazu mody. Na basenach fontanny rozłożono podesty z przezroczystej pleksi, dzięki czemu widzowie mieli wrażenie, że modelki chodzą po wodzie niczym Anita Ekberg w kultowej scenie "Słodkiego życia". (http://www.tvn24.pl)
Najpiękniejsze modelki świata - wśród nich Bella Hadid i Kendall Jenner - przeszły dosłownie po wodzie podczas spektakularnego pokazu mody marki Fendi. Pokaz zorganizowano z okazji 90-lecia domu mody, a sceną była najsłynniejsza rzymska fontanna. Praca nad jednym z najbardziej spektakularnych pokazów mody ostatnich lat trwała 17 miesięcy. Kosztował 1,8 mln dolarów. Marka Fendi - produkująca futra oraz akcesoria skórzane - uczciła 90-lecie swojego istnienia oraz 50-lecie współpracy z Karlem Lagerfeldem, dyrektorem kreatywnym domu mody. Dla kogo pieniądze z fontanny? Do wyłowienia milion euro Turyści... czytaj dalej » - Kolekcję nazwałem "Legendy i baśnie" - skomentował Lagerfeld w rozmowie z "Vogue". - Jest to kolekcja, która nie jest skierowana do wszystkich, tak jak w przypadku propozycji ready-to-wear [gotowe do noszenia - red.]. Jest dla ludzi, którzy prowadzą bardzo specjalny styl życia - podkreślił. Trzeba podkreślić, że dom mody przeznaczył blisko 2,5 mln dolarów na renowację słynnej fontanny Trevi, która trwała blisko półtora roku. W nowej odsłonie fontanna, rozsławiona przez Federico Felliniego w filmie "Słodkie życie", oddana została do użytku w listopadzie zeszłego roku. W piątek stała się sceną pokazu mody. Na basenach fontanny rozłożono podesty z przezroczystej pleksi, dzięki czemu widzowie mieli wrażenie, że modelki chodzą po wodzie niczym Anita Ekberg w kultowej scenie "Słodkiego życia". (http://www.tvn24.pl)
Najpiękniejsze modelki świata - wśród nich Bella Hadid i Kendall Jenner - przeszły dosłownie po wodzie podczas spektakularnego pokazu mody marki Fendi. Pokaz zorganizowano z okazji 90-lecia domu mody, a sceną była najsłynniejsza rzymska fontanna. Praca nad jednym z najbardziej spektakularnych pokazów mody ostatnich lat trwała 17 miesięcy. Kosztował 1,8 mln dolarów. Marka Fendi - produkująca futra oraz akcesoria skórzane - uczciła 90-lecie swojego istnienia oraz 50-lecie współpracy z Karlem Lagerfeldem, dyrektorem kreatywnym domu mody. Dla kogo pieniądze z fontanny? Do wyłowienia milion euro Turyści... czytaj dalej » - Kolekcję nazwałem "Legendy i baśnie" - skomentował Lagerfeld w rozmowie z "Vogue". - Jest to kolekcja, która nie jest skierowana do wszystkich, tak jak w przypadku propozycji ready-to-wear [gotowe do noszenia - red.]. Jest dla ludzi, którzy prowadzą bardzo specjalny styl życia - podkreślił. Trzeba podkreślić, że dom mody przeznaczył blisko 2,5 mln dolarów na renowację słynnej fontanny Trevi, która trwała blisko półtora roku. W nowej odsłonie fontanna, rozsławiona przez Federico Felliniego w filmie "Słodkie życie", oddana została do użytku w listopadzie zeszłego roku. W piątek stała się sceną pokazu mody. Na basenach fontanny rozłożono podesty z przezroczystej pleksi, dzięki czemu widzowie mieli wrażenie, że modelki chodzą po wodzie niczym Anita Ekberg w kultowej scenie "Słodkiego życia". (http://www.tvn24.pl)
Najpiękniejsze modelki świata - wśród nich Bella Hadid i Kendall Jenner - przeszły dosłownie po wodzie podczas spektakularnego pokazu mody marki Fendi. Pokaz zorganizowano z okazji 90-lecia domu mody, a sceną była najsłynniejsza rzymska fontanna. Praca nad jednym z najbardziej spektakularnych pokazów mody ostatnich lat trwała 17 miesięcy. Kosztował 1,8 mln dolarów. Marka Fendi - produkująca futra oraz akcesoria skórzane - uczciła 90-lecie swojego istnienia oraz 50-lecie współpracy z Karlem Lagerfeldem, dyrektorem kreatywnym domu mody. Dla kogo pieniądze z fontanny? Do wyłowienia milion euro Turyści... czytaj dalej » - Kolekcję nazwałem "Legendy i baśnie" - skomentował Lagerfeld w rozmowie z "Vogue". - Jest to kolekcja, która nie jest skierowana do wszystkich, tak jak w przypadku propozycji ready-to-wear [gotowe do noszenia - red.]. Jest dla ludzi, którzy prowadzą bardzo specjalny styl życia - podkreślił. Trzeba podkreślić, że dom mody przeznaczył blisko 2,5 mln dolarów na renowację słynnej fontanny Trevi, która trwała blisko półtora roku. W nowej odsłonie fontanna, rozsławiona przez Federico Felliniego w filmie "Słodkie życie", oddana została do użytku w listopadzie zeszłego roku. W piątek stała się sceną pokazu mody. Na basenach fontanny rozłożono podesty z przezroczystej pleksi, dzięki czemu widzowie mieli wrażenie, że modelki chodzą po wodzie niczym Anita Ekberg w kultowej scenie "Słodkiego życia". (http://www.tvn24.pl)

sobota, 9 lipca 2016

Na burze, na upały, na nudę... taniec:)

Ten wideoclip jest najpiękniejszym, jaki dotychczas widziałam. Konie, morze i  przepiękna, wzruszająca scena taneczna.
I drugi raz "Swey". Nie potrafię się zdecydować, który taniec jest lepszy?

Niezrównana Sophia Loren

Klasyka
Klasyka 2
Ciepło, cieplej...gorąco...

Gorączka

czwartek, 7 lipca 2016

Epilog, czyli jak to z projektem dotyczącym TK było... dość kłamstwom PiSu

"4 lipca Komitet został poinformowany, że następnego dnia odbędzie się posiedzenie Sejmu, podczas którego (nie)sławna Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka miała przedstawić sprawozdanie ze swoich prac. Dotyczyło ono – jak wiemy – czterech druków sejmowych. W tym najlepszego (zdaniem Sądu Najwyższego, Krajowej Rady Sądownictwa i innych organów) projektu ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, który przygotował Komitet Obrony Demokracji
Jako koordynator naszego projektu w swoim wystąpieniu mogłem odnieść się do wierutnych kłamstw, które zaprezentował poseł sprawozdawca. Przekonywał on, że współpraca z obywatelami w Komisji układała się wspaniale i projekt ustawy, nad którym miał wczoraj obradować Sejm, to wynik wspaniałego kompromisu. Było to dla mnie nie do przyjęcia – nie mogłem puścić mimo uszu wypowiadanych na sali słów. Ponad 100 tysięcy Polaków włożyło ogrom pozytywnej energii, pracy i wysiłku, aby pokazać – Polsce i światu! – jak bardzo leży im na sercu sprawnie funkcjonujący Trybunał! Starałem się podkreślić, że PiS w ogóle nie chciał słuchać głosu obywateli.
Prawo i Sprawiedliwość zachowało się tak, jak udało się nam zawczasu przewidzieć. Planowało bowiem działać na podstawie jednego przekazu, który wygłaszało w Sejmie: „My, PiS, jesteśmy partią otwartą, która pragnie dialogu, rozmawiamy ze społeczeństwem i opozycją. Oto efekt naszych rozmów. Projekt ustawy, który – uwzględniając nawet (sic!) wnioski Sądu Najwyższego i KRS poprawimy jeszcze w taki sposób, aby nie zawierał jaskrawo niekonstytucyjnych rozwiązań”. Wiadomo było, iż cała ta hucpa przygotowana została z powodu szczytu NATO. Sądzę, że PiS chciał pokazać krajom Paktu, że Polska jest w pełni demokratycznym państwem, a wszelkie zarzuty pojawiające się od ostatnich 8 miesięcy, to tylko mrzonki ludzi oderwanych od władzy.
Szkoda tylko, iż przez to projekt, który poparli wszyscy wcześniejsi prezydenci, o którym z uznaniem wypowiadał się m.in. profesor Marek Safjan, został przez PiS potraktowany tak samo poważnie jak PiS traktuje społeczność międzynarodową. Zostaliśmy zmuszeni do pokazania, że „król jest nagi”. Musieliśmy zerwać listek figowy, który miał przykryć fasadowość demokracji a’la PiS. Dlatego powiedzieliśmy to na forum – nikt nas bowiem nie wysłuchał. Nikt nie chciał odpowiadać na zadawane przez nas merytoryczne pytania, dotyczące kwestii konstytucyjności przepisów proponowanych przez PiS. Swoją drogą, nie ma się raczej czemu dziwić. Nie znam prawnika, który chciałby stanąć przed kamerą i na wieczną rzeczy pamiątkę skłamać, dając dowód swojej niekompetencji, i broniąc rozwiązań, które PiS kolanem dopychał do projektu niby-ustawy o Trybunale Konstytucyjnym.
Odegranie tego kłamstwa scenicznego Prawu i Sprawiedliwości nie wyszło. Wycofaliśmy bowiem nasz projekt. Dzięki temu to, co PiS długo planował – tj. pokazanie, iż jest partią dobroduszną i otwartą – spaliło na panewce. Co więcej, nasza decyzja stworzyła precedens, z którym Biuro Analiz Sejmowych nie miało wcześniej do czynienia. Nie chcę się wdawać w zawiłości proceduralne. Powiem tylko, że z powodu stworzenia przez komisję sejmową (w sposób sprzeczny z prawem w oglądzie naszych prawników) jednego tekstu ustawy o Trybunale – odrzucając przy tym rozwiązania zaproponowane przez obywateli – wycofanie przez nas projektu ustawy o TK „zrestartowało” cały proces prawodawczy. Komisja (o ironio!) Sprawiedliwości i Praw Człowieka musiała raz jeszcze pochylić się nad projektem PiS. Po co to uczyniono? Tego chyba nikt się nie dowie. Chaos w działaniu PiS osiągnął już poziom absurdu. Projekt przedstawiony przez Komisję nie zawierał w sobie nic z projektu obywatelskiego. To, co na posiedzeniu Sejmu mówił poseł Wróblewski o rzekomym przejęciu z naszego projektu jakichś rozwiązań, to swoiste kuriozum – piękna baśń dla ludzi, którzy nie są świadomi tego, co dzieje się w Sejmie.
Nasza decyzja doprowadziła posłów PiS do niespotykanego dotychczas oburzenia (ktoś mógłby nawet powiedzieć: szewskiej pasji). Okazało się bowiem, że zaplanowana na 16:00 Komisja, mająca rozpatrzyć poprawki zaproponowane m.in. przez posła Budkę – nie może się spotkać i obradować bo…. nie istniał już druk, który miał stanowić podstawę ich obradowania. Zarządzono przerwę do 20:00 i rozpoczęto gorączkowe poszukiwania rozwiązania. Misterny plan uknuty przez posłów Piotrowicza, Wróblewskiego i Pawłowicz, mówiąc kolokwialnie, posypał się jak domek z kart.
I tak oto, już nie tak samo miłosierni i dobroduszni jak chcieli być wcześniej postrzegani, posłowie PiS zaczęli obradować nad projektem od nowa. I tak oto, PiS pokazał, że nie chce żadnego dialogu, że jedynym jego pragnieniem jest doprowadzenie Trybunału Konstytucyjnego do paraliżu. Któż to bowiem widział, żeby ustawę ustrojową „przerabiać” po 10 godzinach wytężonej pracy, pod osłoną nocy, aż do wczesnych godzin porannych. To jest żart z demokracji!
Sposób, w jaki posłowie PiS zachowywali się podczas obrad Komisji można zobaczyć m.in. tu (uwaga: powoduje wzrost adrenaliny!):
I cóż po tym wszystkim – zapyta niejeden malkontent? Ano to, że siedmiomiesięczny projekt, który zintegrował nas wszystkich (i który pokazał, jak jest jeszcze wiele do zrobienia) odniósł sukces większy, niż ktokolwiek mógł przewidzieć! Pokazaliśmy, że odradzające się społeczeństwo obywatelskie może podjąć konstruktywne działanie i umożliwić politykom „wyjść z twarzą” z kryzysu, chroniąc jednocześnie zasady państwa prawa (bo kompromis nigdy nie może polegać na obejściu prawa).
Pokazaliśmy PiS-owi, że należy się nas obawiać. To również dlatego PiS minionej nocy zaczął masowe usuwanie jaskrawo niekonstytucyjnych przepisów, które tak ja jak i profesor Andrzej Rzepliński wskazaliśmy podczas naszych wystąpień. Pokazaliśmy wszystkim dookoła, że PiS traktuje prawo jedynie instrumentalnie; że nie zależy mu na dialogu; że – jak przyznał poseł Piotrowicz w wielkich nerwach – PiS dąży do obalenia III Rzeczpospolitej – państwa rządów prawa, których ludzie mentalnie uformowani w PRL-u się obawiają.
Teraz cała Polska i świat zobaczą, jakie prawdziwe intencje ma Prawo i Sprawiedliwość. Wszystko to wydarzyło się na kilka dni przed wizytą Baracka Obamy. Prezydenta Stanów Zjednoczonych, kraju, w którym demokracja i rządy prawa narodziły się na nowo dla świata współczesnego.
A co z naszym projektem, docenionym przez rzesze prawników? Skorzystamy z porady profesora M. Safjana. Nasz projekt będzie czekał na lepsze czasy: na czasy, kiedy demokracja i rządy prawa zapanują na nowo. Stanie się tak, bo potrafimy działać w sposób przemyślany, konstruktywny i przy wykorzystaniu argumentów, przy których nawet posłanka Pawłowicz musi zatykać uszy, bo nie potrafi znaleźć na nie żadnej repliki.
Jarosław Marciniak"
http://koduj24.pl/kod-w-sejmie-epilog/
Do wysłuchania przemówienie Marciniaka w sejmie. Ważne, nawet bardzo ważne- odkrywa całe zaprzaństwo PiSu

wtorek, 5 lipca 2016

Cud mniemany, czyli módl się, a reszta się dokona.

 Musiałam to tu wkleić, no musiałam... to był straszny imperatyw kategoryczny... to jest tak niesamowite, że aż piękne w swojej... no czym? Jak nazwać takie zachowania, taką wiarę? Głupotą? Naiwnością? Nie chcę obrażać wierzących, tym bardziej, że to chyba nie mieści się w kategoriach poważnej wiary?
I nie wiem, czy to jest jeszcze śmieszne, czy może tragiczne, a może tragikomiczne? W każdym razie trudno mi przyjąć do wiadomości, że przy olbrzymich osiągnięciach medycyny, ktoś stosuje w taki sposób "swoistą religijną terapię" i wmawia wszystkim, że to na mur działa. Niebezpieczeństwo? Ano jest. Ktoś będzie się nacierał różańcem tak długo, wierząc w jego cudowną moc uzdrawiającą, aż umrze, nieleczony właściwie za pomocą medycyny konwencjonalnej. Ale, jak to się mówi- Kto co lubi....

"Publiczne wyznania Danuty Holeckiej (to ta, dzięki której Wiadomości TVPiS osiągają historyczne wyniki), nie są niestety dobrą wiadomością dla dentystów. Holecka znana jest ze swej patologicznej wręcz religijności, która to religijność przekłada się z kolei na wszystkie codzienne jej zachowania i rytuały. Holecka wyznaje przeto zasadę, że bóle zębów które ją od czasu do czasu dręczą, najlepiej leczyć najprostszym na świecie sposobem, czyli modlitwą. Są pewnie tacy którzy w to nie wierzą, ale spokojnie, ducha nie gaście, najważniejsze, że Holecka w to wierzy i z pozytywnym skutkiem praktykuje.
Zdarza się niekiedy – zwierzała się jakiś czas temu Holecka czytelnikom tabloidu – że w dniu prowadzenia programu zaczyna boleć ją ząb. I co wtedy?
„Ból z reguły jest nie do zniesienia, ale mówię wtedy Panie Boże, pomóż mi na czas programu. I nagle ból przechodzi”.
Fascynujący zaiste sposób na pozbycie się stomatologicznych nieprzyjemności.
Oczywiście pani Holecka to – wszystko na to wskazuje – osoba raczej dorosła (rocznik 68), i jako osoba dorosła powinna bezwzględnie wiedzieć, że prawdopodobnie dużo lepszy i bardziej długotrwały efekt w usuwaniu bólu zęba (kto wie czy nie na zawsze), przyniosła by wizyta u dentysty, nawet pierwszego lepszego. A tak ma ciągły problem i skądinąd wiemy wreszcie, dlaczego Holecka tak mało i oszczędnie uśmiecha się na wizji.
Gdyby się jednak pani Danusia upierała i niezmiennie uważała, że dentysta to fanaberia, pójście na łatwiznę i sprzeciwianie się woli boga (nie po to ten bóg ból zęba nam funduje, żebyśmy po dentystach biegali), to proponujemy, żeby wraz z modlitwą, ból kłów próbowała zwalczać powolnym ssaniem, lub – jak mówiła moja babcia – ciućkaniem (jak zwał tak zwał) koralików świętego różańca. To też pomaga jak twierdzą znawcy tematu i długoletni praktycy.
A z tym różańcem to wcale nie przesadzam.
Okazuje się bowiem, że różaniec to lek dobry na wszystko. Umiejętnie używany ulży w każdej dolegliwości, zaś ostatnie badania i doświadczenia wskazują, że skutecznie także zapobiega i wręcz leczy depresję.  Kogo bolą zaś permanentnie zęby ten najlepiej wie co to depresja.
Jego skuteczność jest gwarantowana słowami Jezusa – przekonuje producent owych cudownych koralików, sprzedający ów para-lek w zgrabnych, oko cieszących puzderkach.
„Zaleca się stosować je raz dziennie w ramach profilaktyki, a w nagłych przypadkach tyle razy, ile potrzeba. Wyklucza się możliwość przedawkowania. W dolegliwościach wyjątkowo trudnych proponuje się postawę klęczącą z wyciągniętymi i wyprostowanymi w bok rękami lub postawę leżenia krzyżem – twarzą do ziemi.”
Większość znanych nam księży, jest oczywiście głęboko przekonana do tego typu terapii i do tego typu leków. Jeden z nich (prosi o anonimowość) wprost mówi:
„Mam nadzieję, że w ten sposób wielu ludzi na nowo odkryje modlitwę różańcową. Tu nie chodzi o promocję pudełeczka z różańcem stylizowanego na lekarstwo. Tu chodzi o promocję Boga”.
No więc mylę sobie, że skoro różaniec leczy skutecznie depresję, to równie dobrze i skutecznie może wyleczyć zęby Danuty Holeckiej i Danuta przynajmniej na wizji nie będzie taka kwaśna jak jest. Niedowiarkom podpowiadam, że skoro matka boska urodziła syna i nadal była dziewicą, to wszystkie inne cuda tym bardziej są wyobrażalne.
Sądząc jednak po powodzeniu pudełek z cudownymi koralikami, wiara w cuda czyni cuda. Poza tym, zbyt wspaniale by było, gdyby po świecie chodziła jedna tylko idiotka.
Mnie wiara w to przychodzi z niemałym trudem, a w zasadzie to w ogóle mi nie przychodzi, acz przyznam szczerze, że nie wpadam z tego powodu w przesadną depresję.
Aha, dla jasności przekazu przypominam, że mamy rok 2016, XXI wiek, i żyjemy w Polsce.
icon-separator-200
icon-update-55Naukowcy (?) udowodnili i to doświadczalnie, że znak krzyża… zabija zarazki i zmienia właściwości optyczne wody. „Potwierdziliśmy, że stary zwyczaj czynienia znaku Krzyża nad jedzeniem i piciem przed posiłkiem ma głęboki mistyczny sens (…) Żywność oczyszcza się dosłownie w ciągu chwili. Jest to wielki cud, który dokonuje się praktycznie każdego dnia”. W imieniu „naukowców“ wypowiedziała się nieznana szerzej Angelina Małachowskaja. Stwierdziła, że wyniki eksperymentów jej i jej kolegów są fenomenalne. Wykryto m.in. unikalne właściwości antybakteryjne wody, które w niej się pojawiają po poświęceniu jej modlitwą i znakiem krzyża. Odkryto też „nową, nieznaną wcześniej właściwość słowa bożego, zmieniającego strukturę wody, to znaczy, znacznie zwiększającego jej gęstość optyczną w krótkim ultrafioletowym zakresie widma“. Czas na odpowiedź polskich „naukowców“ których też mamy i to wcale nie gorszych."
 https://tabloidonline.wordpress.com/2016/07/05/polska-medycyna-xxi-wieku/