czwartek, 28 kwietnia 2016

Motocyklowo



Fabryka motocykli w Indiach- malowanie baku Royal Enfielda










  Zmieniliśmy naszywki.

Pierwszy zlot w 2016 zaliczony.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Profanacja

Policja w połowie kwietnia otrzymała zgłoszenie dotyczące obrazy uczuć religijnych. Do profanacji miało dojść w kościele ojców franciszkanów w Jaśle. - Obecnie prowadzimy czynności w związku z artykułem 196 kodeksu karnego, czyli obrazą uczuć religijnych. Ustaliliśmy osoby, które mogą mieć związek z tym zdarzeniem – tłumaczy nam Łukasz Gliwa, rzecznik prasowy jasielskiej komendy policji. Jak dodaje, chodzi o osoby nieletnie, więc jeśli podejrzenia się potwierdzą sprawa trafi do sądu rodzinnego. "Udawali, że wieszają się na krzyżu" Portal Nowiny24 podaje, że profanacji miała dopuścić się trójka uczniów gimnazjum. Nastolatkowie mieli 14 kwietnia przystąpić do komunii świętej, jednak ich zachowanie – chichot i porozumiewawcze gesty – wzbudziły podejrzenia jednego z duchownych. Kiedy cała trójka opuściła kościół, mężczyzna podążył za nimi. - Jedna hostia znajdowała się na posadzce przy wyjściu z kościoła. Kawałki kolejnej leżały przed świątynią – podaje Gliwa. (http://www.tvn24.pl)
Według portalu nastolatkowie mieli zachowywać się specyficznie przez całą mszę. - Robili sobie żarty, udawali, że wieszają się na krzyżu i pstrykali sobie zdjęcia – opowiadają na łamach „Nowin” inni uczniowie. Ekskomunika i do dwóch lat więzienia Profanacja konsekrowanej hostii (będącej według wiary chrześcijańskiej przemienionym z chleba ciałem Chrystusa) jest jednym z czynów, które według kodeksu prawa kanonicznego Kościoła katolickiego są karano ekskomuniką. W zależności od wagi przestępstwa wykluczenie ze wspólnoty katolickiej może wiązać się m.in. z zakazem przyjmowania sakramentów, wstępu do kościoła lub w ogóle uczestniczenia w życiu religijnym. Za znieważenie uczuć religijnych polski kodeks karny przewiduje karę grzywny lub więzienia – maksymalnie dwa lata. Nie udało nam się skontaktować z parafią, w której miało dojść do profanacji. (http://www.tvn24.pl)"


To, że młodzi zachowali się skandalicznie, nie ulega wątpliwości, jednak coś mi się tu nie zgadza. Od przyjęcia komunii do końca mszy mija jeszcze co najmniej 20 minut. Chłopcy śmiali się i wygłupiali, co stwierdzili inni uczniowie. Kawałki hostii znaleziono przed drzwiami do kościoła. Opłatek, to opłatek- po kilku minutach rozpuszcza się w buzi. Technicznie mi się to wszystko nie zgadza. Schowali do kieszeni? A jeżeli tak zrobili- sprofanowali hostię, to w takim razie, co z ich wiarą? Czy to wynik przymuszania do chodzenia do kościoła. A może to była forma protestu? Jak młodzi ludzie, którzy nie chcą chodzić do kościoła, mają zaprotestować? Zrobili to w najgłupszy sposób, ale to był wybryk szczeniacki, z którego robi się aferę na cały kraj.
Policja bada sprawę? Ekskomunika? Sąd dla nieletnich? Jak dla młodocianych przestępców, którzy zabili nożem matkę lub staruszka bezdomnego? To może jeszcze wyrok- ukamieniowanie?
Owszem, powinni ponieść konsekwencje, ale tylko w „obszarze kościelnym”. W artykule nie ma informacji o jakiejkolwiek rozmowie, przeprowadzonej przez księdza z tymi chłopakami. Od tego przecież się zaczyna rozwiązywanie takich problemów. A tu od razu policja i obraza uczuć religijnych.
I fragment z „Nowin”

Od znajomych trójki, która dopuściła się profanacji, dowiedzieliśmy się, że ci gimnazjaliści nie należeli do kategorii rozrabiaków. Byli spokojni, chociaż trzymali się zwykle trochę na uboczu. Co zaskakujące, jeden z nich jeszcze nie tak dawno należał do kościelnej oazy. Nie opuszczali lekcji w szkole. Nie było z nimi problemów wychowawczych. Nikt z jasielskiego gimnazjum nie chce się publicznie o nich i tej sprawie wypowiadać. Dlaczego młodzi ludzie dopuścili się profanacji hostii? Co nimi kierowało? Trudno powiedzieć. Wydawało się, że byli blisko Kościoła. Po policyjnym śledztwie okaże się, czy młodzi ludzie staną za swój wybryk przed sądem.”


środa, 20 kwietnia 2016

Bez komentarza, bo i co tu powiedzieć, żeby ordynarnie nie przykląć?

"To był ósmy stycznia, bo siódmego ustawa o inwigilacji poszła do Sejmu na pierwszą obradę. 8 stycznia odprowadziłam córkę do przedszkola. Wychodzę z przedszkola i podchodzi do mnie jakiś pan. Myślę sobie: „jakiś ojciec czy coś”, niski, niepozorny człowiek. Mówi do mnie: „Dzień dobry!”, pyta mnie o moje imię, czy to ja. Ja mówię, że tak. Jestem zdziwiona, o co chodzi. A on mówi do mnie: „wie pani, ja słyszałem, że pani ma ciężką sytuację życiową i chciałbym pani pomóc”. Po czym wyciąga legitymację, pokazuje mi i mówi: „Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego”. Sytuacja komiczna. I pyta mnie, czy wsiądę z nim do samochodu. Ja sobie wtedy wyjęłam papierosa, wiedziałam, jak trzeba reagować, żeby nie wsiadać z nim do samochodu. Od razu odmówiłam, zapaliłam tego papierosa, żeby zachować totalny spokój. Na to on powiedział, że w takim razie zawoła swojego kolegę, żeby był świadkiem naszej rozmowy, no i, czy możemy chwilę porozmawiać. Stwierdziłam, że chwilę porozmawiać możemy. Przyszedł kolega. No to kolega już był pokaźny, duży, łysy i taki zły. Tak, zabawa w dobrego i złego policjanta była.
Funkcjonariusze nie mówili nic konkretnego, wspominali, że mogą pomóc w trudnej sytuacji, spłacić długi. Na pytanie o warunki pomocy tylko się roześmiali.
Ja mówię: „no dobrze, ale w jakiej sprawie panowie w ogóle przyszli? Ja nie robię nic nielegalnego, więc nie rozumiem, dlaczego panowie w ogóle do mnie przychodzą”. Na co oni odpowiedzieli: „no, gdyby pani robiła coś nielegalnego, to byśmy się zobaczyli o 6. rano u pani w domu”. No i jakoś tak doszło do tego, że powiedziałam, że ja się nie chcę mieszać w takie rzeczy, że ja nie chcę z nimi rozmawiać, że ja sobie radzę. Oni oczywiście na to: „Nie, nie radzi sobie pani”. Ja powiedziałam, że nie chcę się w to mieszać, oni powiedzieli: „Ale już jest pani w to zamieszana. Przed świętami robiła pani pikietę w sprawie pobicia na Patelni, a w listopadzie robiła pani demonstrację, to już jest pani zamieszana”. A ja mówię: „no, ale nadal powtarzam, że nie robię nic nielegalnego, więc nie rozumiem, o co panom chodzi”.
Kiedy pierwsza strategia zawiodła, zaczęli sugerować, że mają jakieś informacje, bo ponoć „jakaś organizacja z innego kraju, która im nie podlega, nas infiltruje”, ale żeby się nimi podzielić, musieliby „sobie zaufać i pospotykać się więcej”.
Ja mówiłam cały czas, że nie, że ja nie będę chodziła na żadne układy, że ja nie zamierzam się w to bawić, że mam swoje życie. „A jakie ma pani życie?” Mówię: „no, mam swoje życie, mam dziecko, niepełnosprawne dziecko, zajmuję się nim”. Taka byłam zdziwiona. No, jakie życie? „No, ale pani sobie nie radzi”.
Funkcjonariusze dysponowali starymi informacjami. Wg Joanny ich wiedza pochodziła z lutego zeszłego roku, kiedy widzieli się z ojcem jej dziecka. Nie mieli nowego numeru telefonu Joanny i nie wiedzieli, że od tamtego czasu Joanna spotykała się z innym partnerem.
I powiedzieli, że wiedzą, że rozstałam się z chłopakiem z Katowic, kiedy to właśnie było rok temu, i takie rzeczy. Swoją drogą, u jego sąsiadów też w tamtym czasie był ktoś, przedstawił się jako policja i pytali, czy nie mieszka u niego jakaś dziewczyna, bo ja u niego nocowałam jakoś tam w weekendy. Byli też u ojca mojej córki. Jakoś w marcu zeszłego roku. Proponowali pomoc, pieniądze, a jak to nie poskutkowało, to zastraszanie. Więc u dwóch osób już ktoś był rok temu w mojej sprawie.
Pytali ją, czy podałaby im numer telefonu – zdziwiła się, że jeszcze go nie mają. Kiedy odmówiła, zmienili ton rozmowy i zaczęli pytać, czy nie boi się zagrożenia ze strony prawicy.
W tym momencie sobie myślę: „O nie! Ta rozmowa idzie w złą stronę” i mówię do nich: „Panowie są bezczelni, nie będę z panami rozmawiać, panowie przyszli mi pod przedszkole dziecka, ja nie robię nic nielegalnego, nie muszę z wami rozmawiać, do widzenia!”. Odwróciłam się i poszłam. Oni jeszcze gdzieś tam po drodze proponowali mi, że mnie odprowadzą na przystanek, a ja powiedziałam, że nie. Poszłam i jechali za mną kawałek, musiałam mocno pokrążyć, żeby ich zgubić. Czyli, mam świadomość, że wtedy mogli nie znać mojego adresu nawet.
Rozmowa miała miejsce w piątek, przez weekend był spokój. W poniedziałek zadzwonił do niej pan z ABW, przepraszając, bo „to było niefortunne, że przyszli do mnie pod przedszkole, że było zimno i w ogóle to takie faux pas, ale oni by bardzo chcieli się ze mną jeszcze raz spotkać”. Powiedział, że nowy numer dostali od byłego chłopaka (o którym podczas spotkania nie wiedzieli lub udawali, że nie wiedzą), od którego dowiedzieli się też o kredycie i problemach finansowych. Joanna jest jednak przekonana, że ich wiedza pochodziła z prywatnej korespondencji pomiędzy nią, a jej byłym partnerem, ponieważ nie wykraczała poza informacje, jakie były w wiadomościach na facebooku, w mailach i w esemesach.
Po godzinie zadzwonił do mnie domofon. Odbieram, mówię „halo?”, ktoś odpowiada „halo?” i tak kilka razy. Pytam: „kto tam?” i w tym momencie ktoś się rozłącza. Słyszę, że drzwi na dole się otwierają. Wstaję i podchodzę do wizjera, a tam stoi jakiś mężczyzna ubrany na czarno, na moim piętrze, koło moich drzwi i się w nie patrzy. To było koło 14., przed moim wyjściem po dziecko do przedszkola. Facet stał jakieś 15 min i patrzył się na drzwi. Nic nie robił, tylko się patrzył. Potem zszedł na dół. Bardzo się przestraszyłam. Dobrze, że u mnie był kolega, że miałam wsparcie. Poszedł potem ze mną pod przedszkole, po córkę i odprowadził mnie do domu. Bałam się sama iść. Nie udowodnię, że to oni, ale jest to dziwny zbieg okoliczności, że godzinę po odmowie, wydarza się coś takiego…
Po poniedziałkowych wydarzeniach Joanna zdecydowała się na konsultację z prawnikiem. Podczas spotkania ten sam funkcjonariusz dzwonił do niej dwa razy, ponadto ktoś dzwonił do jej prawnika z zastrzeżonego numeru. Choć nie da się udowodnić, że dzwoniła ta sama osoba, jak mówi Joanna – jest to dość dziwny zbieg okoliczności.
Potem, po konsultacji z prawnikiem, jako Antyfaszystowska Warszawa, opublikowaliśmy_łyśmy oświadczenie nt. inwigilacji. Nie podawałyśmy_liśmy wtedy żadnych konkretów, nie widząc takiej potrzeby. Zostało napisane, że próbują nas infiltrować, jak trzeba reagować itp.
ABW jednak tak łatwo się nie poddawała. Pomimo kilku nieudanych prób przekonania Joanny do współpracy, nękanie nie ustawało.
Miała być demonstracja w Podkowie Leśnej, dzień po demonstracji antyinwigilacyjnej [w Warszawie] rozmawiałam z koleżanką przez telefon, że chcemy przyjechać i ich wesprzeć, to następnego dnia organizatorzy dostali telefon od policji, że Antifa z Warszawy wybiera się do nich. Niby spokój, a jednak różne informacje wychodzą z rozmów telefonicznych. To było dosyć niepokojące. A jeszcze w międzyczasie zauważyłam, że mam wyłamaną skrzynkę na listy, tak, że można odgiąć drzwiczki i włożyć rękę do środka. Moim zdaniem nic z niej nie potrzebowali, a jedynie chcieli zastraszyć. No, ale znowu nie udowodnię, że to oni.
Tak naprawdę nie możemy domyślić się powodu, dlaczego akurat aż tak im zależy, no bo musi im  zależeć. Ja to odbieram jako takie męczenie mnie po prostu.
Kolejnym krokiem była próba wciągnięcia byłego chłopaka Joanny w brudną grę ABW: przeciągnięcie go na swoją stronę i nastawienie wrogo do Joanny.
Zadzwonił do mnie mój były chłopak, z którym nie rozmawiałam, bo nasz związek zakończył się bardzo nieprzyjemnie, i zapytał, czy wiem, kto dzisiaj rano u niego był. Odpowiedziałam, że nie mam pojęcia. A on mówi, że ABW. Nie dowierzał, że ja nie wiem. Oczywiście kazałam mu zainstalować oprogramowanie szyfrujące na telefon, żeby porozmawiać, bo powiedziałam mu, że jestem prawie pewna, że jestem podsłuchiwana i wolę tego nie robić. Rozmawiałam z nim przez godzinę. Powiedział mi, że przyszli do niego do mieszkania o 9. rano, chcieli wejść, on ich nie wpuścił, więc wyszli na zewnątrz, gdzie rozmawiali półtorej godziny. Zaproponowali mu, żeby wsiadł z nimi do samochodu. Na szczęście odmówił. Był bardzo zdezorientowany, proponowali mu, że spłacą jego długi, że znajdą mu pracę, bo on szuka pracy, i że mu pomogą i załatwią leki, bo podobno kaszle, chcieli do apteki pójść i mu kupić. No i powiedzieli mu, że ja z nimi współpracuję, że się widziałam z nimi kilkakrotnie i przedstawili mu jakieś fakty na temat naszego związku, naszych kłótni, naszych relacji itd., co rzekomo ja im powiedziałam o nas.
Mieliśmy sporo kłótni po rozstaniu właśnie przez facebooka i esemesy. Przedstawili mu to tak, że ja nagadałam na niego, że ja takie straszne rzeczy na niego mówiłam i czy on by nie chciał się na mnie odegrać i powiedzieć teraz im wszystkiego o mnie. On sam mi powiedział, że w pewnym momencie nie wiedział, czy im wierzyć, czy nie. Zaczął się wahać, czy ja z nimi nie współpracuję, bo to było takie wiarygodne. Jak mu mówili takie rzeczy. Oczywiście oni przyjęli taką taktykę, że po przeczytaniu tych wszystkich rzeczy przyjęli jego postawę, czyli: „a bo pani przesadza, nagadała tyle i tyle rzeczy o panu, my pana wspieramy i rozumiemy, że może pan być zły, itd.”. A że on też nie do końca rozumie jakieś tam swoje poczynania wobec mnie, więc zaczął się przy nich czuć pewniej. Pytali go o mnie, pytali go o jego relacje ze mną, o nasze kłótnie, o to, jaki kontakt miał z moją córką, z ojcem mojej córki.
Potem zaczęli go pytać, kto ich odwiedzał, chcieli, żeby wymienił wszystkie osoby ze środowiska antyfaszystowskiego, które kojarzy, chociaż z wyglądu lub po pseudonimach. Według tego, co powiedział naszej rozmówczyni, odpowiedział, że skoro Joanna z nimi współpracuje, to niech jej zapytają i że on nie będzie tego robił. Ale miał problem z zakończeniem rozmowy i pozbyciem się funkcjonariuszy.
Joanna podsumowała swoją historię, mówiąc, że szukanie wymyślonych terrorystów to jedno, ale oni mieszają się w życie realnych ludzi i grają na ich prawdziwych problemach.
A ja mam naprawdę ciężką sytuację. Jestem z niepełnosprawnym dzieckiem, nie mam pieniędzy na życie i po prostu jest ciężko, mega ciężko… Staram się sobie radzić. Chodzę na terapię… Wiedzą o tym, bo wspominali… I tak oni przychodzą i wchodzą w to życie, manipulują moim byłym, z którym nie mam kontaktu, bo jakaś tam krzywda miała miejsce z jego strony. To jest totalna bezczelność. Próbują mnie zmęczyć, bo ta świadomość, że grzebią w moim prywatnym życiu jest bardzo męcząca.
To jest strasznie okrutne, bo oni jednak wykorzystują to, że mam dziecko, że będę się bała o dziecko i coś tam. Nie wiem, jaki jest cel, swoją drogą, i dlaczego akurat my, no bo naszym jakimś największym wykroczeniem jest sprzątanie ulic z malunków „Żydzi do gazu”.
Wybór Joanny przez ABW, jako ewentualnej wtyki w środowisku antyfaszystowskim, jest podyktowany nie tylko jej aktywnym zaangażowaniem, ale również, jeśli nie przede wszystkim, jej sytuacją życiową. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że Joanna jest matką samotnie wychowującą dziecko z niepełnosprawnością. Jest w trudnej sytuacji finansowej. Warunkiem otrzymywania zasiłku jest niepodejmowanie innej pracy niż opieka nad dzieckiem. W związku z tym musi się utrzymać wyłącznie z 1350 zł zasiłku oraz alimentów od ojca dziecka o wysokości 500 zł. Samo wynajęcie pokoju czy mieszkania pochłania większość tych nikłych zasobów, nie wspominając o jedzeniu, ratach kredytu, lekach, operacjach czy rehabilitacjach dla dziecka. Ponadto, Joanna nie może podjąć żadnej pracy na czarno, bo pracować nie może w ogóle, a jeśli praca na czarno wyszłaby na jaw, odebrano by jej zasiłek.
My właśnie potem wydaliśmy drugie oświadczenie na facebooku, po tej sytuacji z moim byłym, gdzie już pisaliśmy o tym, że infiltrują samotne matki z dziećmi, wróć, terrorystów. Tak, mi się wydaje, że to jest totalnie granie na tym. Że właśnie jestem sobie sama, zraniona przez mężczyzn (bo wiedzą, jak było, że jakieś tam problemy miałam też z ojcem dziecka itd.) i że będę się bała o dziecko, i będę chciała zadbać o dziecko, i że oni mogą mi to dać. Oni mogą poprawić moją sytuację.
Dodatkowo bagatelizują jej trudne doświadczenia z byłym partnerem.
Jeżeli faktycznie czytali te wiadomości, to wiedzieli, co się działo między nami i umniejszają to, idąc do mojego byłego i mówiąc, że ja przesadzam i jakieś takie rzeczy. To jest straszne zagranie.
Jakbym ja usłyszała taką historię, to byłabym tym wstrząśnięta. I nie wiem, nie wiem, kiedy to się skończy. W tej chwili unikam rozmów przez telefon. Czuję się niepewnie, pisząc esemesa. Wszystko to jest bardzo męczące i totalnie nie fair. Czuję się w jakiś sposób pokrzywdzona. Ktoś do mnie coś pisze, ja mówię: „nie pisz do mnie, bo nie chcę… żeby świadkowie sobie to czytali”.”
Joanna uważa, że jak najwięcej osób powinno wiedzieć o tym zdarzeniu. Zwykłe ujawnienie, że funkcjonariusze ABW próbowali kogoś infiltrować, znacznie utrudnia im pracę (operację!) i powoduje, że przestaje być ona jawna [a nie tajna?], więc staje się również nieskuteczna i zbędna.
Jedynie nie podaję swojego imienia i nazwiska, bo na przykład nie chciałabym, żeby panie w przedszkolu czytały, że [to] ja. Czy panie z urzędu, gdzie dostaję zasiłek na niepełnosprawne dziecko, przeczytały, że coś takiego się dzieje. Byłoby mi po prostu głupio. Czułabym się niezręcznie.
Nie potrafi podać powodu, dla którego mieliby się interesować akurat jej środowiskiem.
Mnie też bardzo zastanawia, dlaczego do nas przyszli? Jest tyle organizacji, które można by infiltrować. Chociażby skrajnie prawicowych, które robią jakieś napady na uchodźców czy cokolwiek takiego. Ale oni poświęcają tyle uwagi, tyle czasu nam.
Może po prostu się nie podobamy nowemu rządowi. Ja myślę, że możemy się nie podobać, a oni po prostu chcą się podlizać do tych stołków i może dlatego się podlizują nowemu rządowi, infiltrując Antifę. Ja nie rozumiem. Może dlatego? Tak sobie rozważamy. Znaczy, lubimy sobie żartować, że po prostu się zakochali we mnie i tyle o mnie wiedzą, że czekam, aż wyznają miłość.
Metody tajnej policji mają się dzisiaj świetnie. Manipulacja, nękanie, prześladowanie, wykorzystywanie danych wrażliwych to codzienne narzędzia pracy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Infiltracja środowisk niewygodnych dla władzy to stały element polityki wszystkich rządów. Sięganie przez funkcjonariuszy ABW do najbardziej wyrafinowanych socjotechnik ma na celu zbudowanie atmosfery strachu i paranoi.
Nękanie samotnej matki w trudnej sytuacji finansowej, jako osoby, którą potencjalnie łatwo złamać jest wyjątkowo okrutne i jednocześnie dużo mówi o ich sposobie myślenia. Komu można najbardziej utrudnić życie, wkładając w to jak najmniej wysiłku? Człowiek niewiele tu znaczy. Liczą się środki i osiągnięcie celu."

Mem w założeniu ma być śmieszny, ale w tym kontekście wcale nie jest:(
 http://www.docinek.com/tag/antyterrory%C5%9Bci

sobota, 16 kwietnia 2016

Trójkącik:)

Miałam napisać post o ptakach, bo i w ich gromadzie wiele się teraz dzieje. Nawet zdjęcia przygotowałam, ale dzisiaj spotkała mnie niesamowita rzecz. Nasze gady, mieszkające pod tarasem zaczynają być coraz śmielsze. Najczęściej wygrzewają się pod ścianą z kranem, obok schodów z tarasu do ogrodu. Schody są szerokie, z prawej strony balustrada jest obrośnięta bluszczem, który ma swoje dosyć grube łodygi na ziemi, właśnie pod kranem. Jest tam też położona na ziemi rynna odpływowa i zaraz przy niej jest postawiona płyta, żeby pies nie wchodził pod taras. Właśnie tam gady znikają, kiedy się spłoszą. Jesienią z bluszczu opadły liście i zrobił się z nich gruby dywan. Nie grabiłam ich, bo to trzeba wybierać ręka spomiędzy łodyg bluszczu. Na wiosnę też nie zdążyłam, liście przeschły i na tych liściach, tuż przy rynnie wygrzewają się zaskrońce. Najczęściej widać tego szczuplejszego-samca. Naszą lady zobaczyłam dzisiaj w niedwuznacznej sytuacji. Ale po kolei. Ciekawska jestem, toteż każdego dnia zerkam,czy nasz milusiński się wygrzewa. Dzisiaj był. Leżał na kupie liści, lekko wił ogonem i nadstawiał boki w stronę promieni słonecznych. Rozkoszniaczek. Popatrzyłam i poszłam pranie wieszać. Potem jedliśmy obiad na tarasie i rozmawialiśmy, Bezka kręciła się obok nas. W pewnej chwili podniosłam się, bo zauważyłam na krzesełku porzucone mokre skarpetki, które chciałam wysuszyć na balustradzie. Schylam się po skarpetki i widzę, jak gad powoli spełza z samego tarasu w stronę kranu. Niesamowite wrażenie. My jemy obiad, a on jest niedaleko 1,5 metra od nas, na samej górze i przygląda nam się. Jak małe ciekawskie dziecko. Zwiał, posiedziałam jeszcze chwilę i poszłam poprawić pranie, suszące się na sznurach w ogrodzie. Wracając, oczywiście musiałam zerknąć, czy gadzina jest na „patelni”. Była. Łeb miała odwrócony w stronę drugiego tarasu i nie widziała mnie. Fajnie pomyślałam, może z tamtego tarasu uda mi się ją namierzyć. Beza na szczęście pobiegła na piętro do Młodych i tym razem nie narobiła rabanu, kiedy brałam aparat do ręki. Poszłam na drugi taras, zrobiłam przybliżenie i… zatkało mnie. Sami zobaczcie, co udało mi się pstryknąć.


Pokazałam zdjęcia Jaskółowi i poszłam jeszcze raz w nadziei, że przynajmniej pozycje sobie zmienią. Niestety, kiedy mówię-pilnuj Bezy- to Beza jak szatan w ogród. No i spłoszyła kochasiów. Cała trójka piorunem ewakuowała się do swojej chaty. Tylko ogony migały.


czwartek, 14 kwietnia 2016

Rudy szkodnik

Już wiemy. Wiewióra buduje gniazdo na tui. To prawie pewnik. Wprawdzie słowo „prawie” trochę zaprzecza słowu „pewnik”, bo jak może być pewnik prawie. To znaczy ze jest trochę nie pewnik, ale my swoje wiemy. Dzisiaj obdarła z kory gałązkę lipy i z tymi wiórami, z przeszkodami, i postojami na przeczekanie hałasu oraz zamieszania na parkingu, przeleciała na tuję. Pisałam już, że tuja rośnie niedaleko głównej bramy, przy dosyć mocno uczęszczanej drodze. Myślę, że mądra wiewióra, przyzwyczajona do widoku i zachowania ludzi, wybrała to miejsce ze względu właśnie na nich. Ludzie jej nic nie robią, natomiast, w założeniu wiewióry, będą płoszyć koty (co też czyni bardzo skutecznie drący się pies), a inny dziki zwierz ze strachu przed człowiekiem, nie pojawi się. To w dzień- gniazdo w miarę bezpieczne, a w nocy sam będzie pilnowała.
Wczoraj do południa obserwowaliśmy, jak rudzielec koruje nam lipę. Najpierw myśleliśmy, że tam buduje gniazdo, potem okazało się, że zdziera korę, by te włókna zanieść na tuję. Oczywiście ”kręciłam” aparatem te sceny. Nawet mi ręka mdlała, ale dzielnie trzymałam aparat na wysokości oczu, w jednej pozycji.
No i „nakręciłam filmik”. Melepeta jedna- za słabo przycisnęłam włącznik i …. pozostały nam tylko zdjęcia.
 Mały niszczyciel. A pracowała szybciutko, uwijała się niesamowicie.
 Takie spustoszenie uczyniła. Obawialiśmy się, że zaszkodzi lipie, ale tylko (na razie) parę gałązek okorowała.
 Siedzi na jarząbie, zaraz wykona skok na tuję, w której buduje gniazdo. Taką niespodziankę nam zrobiła, a myśleliśmy, że będzie się kociła na strychu- specjalnie wymianę dachu przesunęliśmy na sierpień, a tu suprajz.
 Na deser szafirki. Wszystkie w przepisowym kolorze, tylko jeden się wyłamał.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Nie chciej robić innym dobrze, będziesz miał spokój.

Wiosna, toteż porządki pozimowe w pełni. Nazbierało się w piwnicy trochę gratów, dlatego postanowiliśmy zawieźć je na tzw. PSZOK. Segregujemy śmieci, jednak np. starych szyb do malucha śmieciarze (brzydka nazwa, ale popularna) nie zabierają. Trzeba je osobiście zawieźć na składowisko. Załadowaliśmy wszystko do dostawczego i Jaskół pojechał. Po godzinie przyjechał. Patrzę do samochodu, szyby leżą,
-A to?- wskazuję brodą paskudztwo w samochodzie.
- To trzeba zawieźć do ich oddziału w..., bo w tym, gdzie byłem zużytych części samochodowych nie odbierają.- rzuca wkurzony Jaskół- No i trzeba zapłacić 50 groszy od kilograma.
Trochę mnie zmroziło, bo jeszcze rano dokładnie czytałam w informacji na stronie UM, co można na PSZOK zawieźć. Szkło też w spisie było. No, ale widać szkło szkłu nierówne.
- Jedziesz jeszcze z oponami, to może tam w warsztacie te szyby zabiorą- podsuwam Jaskółowi. Nie widzi mi się czekanie, aż znowu będzie miał czas i pojedzie tym razem z trzema szybami.
-Wiesz co? Zadzwonię do urzędu i powiem im, żeby napisali w tej informacji, że takie rzeczy trzeba zawieźć do oddziału PSZOK w.... Po co ludzie mają jeździć dwa razy?- Taki akt dobroci mnie nagle naszedł. Jakaś cholera mnie pokusiła czynić ludziom dobrze.
Zadzwoniłam od razu. Odebrała panienka (?). W każdym razie miała młody głos.
- Dzisiaj mąż był z gabarytami w PSZOK i tam nie odebrali mu szyb samochodowych. Skierowali go do oddziału w…. W związku z tym mam propozycję, aby na waszej stronie w informacji o tym, co należy zawozić do PSZOK, zamieścić i tę, gdzie odwozić szyby samochodowe i inne części samochodowe.- rozwinęłam się ślicznie.
- Ale my tam napisaliśmy, co należy na PSZOK zawieźć.-miło odpowiedziała Pani.
- Tak, ale nie ma informacji, że szyby i części samochodowe, kto inny odbiera. Po co ludzie mają jeździć i tracić nerwy. To chodzi o umieszczenie takiej informacji na waszej stronie.- tłumaczę cierpliwie.
- Wie pani, my decydujemy tylko o śmieciach komunalnych, a części samochodowe nie są komunalne i te części warsztaty zawożą do specjalnych oddziałów.- Pani nadal jest miła.
- Ja rozumiem, że warsztaty wiedzą, ale ludzie, którzy mają takie śmieci nie wiedzą o tym i zawożą na PSZOK w…- Zaczynam lekko się niecierpliwić- Chodzi o to, żeby im zaoszczędzić jeżdżenia. Gdy umieścicie taką informację na waszej stronie, to zawiozą od razu takie części, gdzie trzeba.
- Ale my mamy tylko informację o śmieciach komunalnych i na takie mamy umowę, a części samochodowe odwożą z warsztatów gdzie indziej- Pani nadal jest bardzo grzeczna
Natomiast mnie- jessusiemaryja, zaczyna się lekko mącić w głowie. Czy ja niewyraźnie tłumaczę?
- Proszę pani, mnie chodzi o to, że jak ktoś sobie naprawia samochód, rower, motocykl, to mu stare części zostają. Ten ktoś wiezie to na PSZOK w…, a tam go kierują do oddziału w… Gdybyście zamieścili na swojej stronie, gdzie od razu mają zawieźć te części, to nie jeździliby niepotrzebnie do PSZOK w…- staram się, bardzo staram się….
- Wie pani, nie ma kierownika i my nie mamy kompetencji zamieścić takiej informacji- Pani nadal jest grzeczna. I całe szczęście, bo gdyby jeszcze podniosła głos…Ja też jestem miła.
- Nie jesteście kompetentni zamieszczać informacji na swojej stronie? Przecież tak, jak zamieszczacie informacje, że takie pismo należy złożyć w skarbówce, takie w powiatowym, a takie u was, możecie umieścić informację o tych zużytych częściach samochodowych. To są dwa zdania i nic więcej- To nic nie boli chciałam dodać, ale ugryzłam się w język.
- My nie mamy kompetencji, bo to są śmieci komunalne, a części samochodowe nie są śmieciami komunalnymi.- Pani ciągle to samo powtarza miłym głosem. Chyba gadamy na dwóch zupełnie różnych poziomach tematycznych. Ona o kompetencjach, ja o umieszczeniu dwóch zdań, uzupełniających informację. Ona pewnie uważa mnie za zupełnie niekumatą, bo nie rozumiem, że zużyte części samochodowe nie są śmieciami komunalnymi, ja myślę to samo o niej. Czas kończyć. Mija piętnasta minuta rozmowy (tu podaję jej kwintesencję, ale cała była właśnie w takim stylu)
- No dobrze- Rezygnuję- Wie pani, chciałam dobrze, chciałam ludziom ułatwić życie, dlatego zadzwoniłam- Tłumaczę, ale już mi się przestaje chcieć.
- Wiem, proszę pani, ale nie ma kierownika i ja nic nie mogę, ale przekażę, że pani dzwoniła i może on coś zadecyduje.- Odpowiedziała pani nadal miłym głosem
Podziękowałam, pożegnałam się. Czułam się, jakbym Czantorię zaliczyła.
- Jeżeli kiedykolwiek będę taka wyrywna i zechce mi się naprawiać świat, i robić dobrze dla ludzi, to masz przyzwolenie solidnie huknąć mnie w łeb- mówię do Jaskóła ponurym głosem.
- OK, super- przytaknął z ochotą.- Przecież wiadomo było od początku, czym to się skończy- dodał spokojnie.
Szyby odebrali bez problemu na miejscowym szrocie.
* PSZOK- Punkt Selektywnej Zbiórki Odpadów. Do najbliższego-15 km, do jego  oddziału 15 km., ale w drugą stronę.
To zrobiłam w deszczową niedzielę. Kolory trochę zafałszowane.
 Zrobiłam zbyt mały zapas na zakładki przy szwach i góra mi trochę nie wyszła. musiałam się ratować kokardkami. Następne będą już z inną górą, bo wiem, gdzie zrobiłam błąd.
Tył zawieszki. Wzór mój, bo nie chciało mi się powtarzać tego, który jest z przodu.
 Poniżej oryginał.


Wzór z Pinterestu.

Deserek!!!! Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli. Śliczne zdjątko. Mina broszkowej bezcenna. Powiedźcie mi tylko, czy ona się klei, a on ją odpycha, czy ona się klei i on ją przyciąga?  I te spojrzenia eye to eye:) Miodzio

niedziela, 10 kwietnia 2016

Już mi minęło... chyba, że….

Zauważyłam w swoim odbiorze naszej, polskiej rzeczywistości polityczno- ekonomiczno-obyczajowo- pisowskiej, zmianę. Powiem krótko- chyba przeszedł mi początkowy tzw. ciężki wkurw i zaliczam obecnie etap nieustającej radości, czytając teksty ludzi normalnych, czyli opozycji centro-lewicowej. Zresztą nie wiem, jak nazwać tę grupę społeczeństwa, by ktoś tu nie pomyślał, że promuję pleniące się rzekomo we wszystkich obszarach życia codziennego „lewactwo”, którym to epitetem bardzo chętnie szafują pisowcy- oszołomy, nazywając wszystko i wszystkich, którym z PiSem nie po drodze. Nad pojęciem „lewak' kiedyś się zastanawiałam tu na blogu, dlatego nie będę tego rozwijać.
Dzisiaj natknęłam się na dwa bardzo fajne teksty. Kto chce, proszę bardzo, niech przeczyta i też się pośmieje. Dodam, że oba artykuły zawierają treści, trafnie odzwierciedlające rzeczywistość. Uwaga- blog jest „nieobyczajny” i kto ma łatwość gorszenia się, nie powinien tam wchodzić.
Jesienią zabrałam się do haftowania wzoru jakobińskiego. Wyhaftowałam i zabrakło mi pomysłu, do czego ten haft wykorzystać. Na razie leży i czeka. 
 Jak przystało na jakobiński- wściekle kolorowy

Wykorzystałam mulinę Ariadnę, czeski kordonek „Snehurkę”, mulinę Anchor Multicolor.
 Haftowałam na szarym lnie.
  Zastosowałam dużo różnych rodzajów ściegu.

Niedawno znalazłam na Pintereście wzory fajnych truskawek i dzwonków. Bardzo mi się spodobały i zrobiłam jedną truskawę. Jest z filcu. Bardziej podobają mi się haftowane i planuję sobie takie zawieszki zrobić.


piątek, 8 kwietnia 2016

Były gady jest i płaz.

Mam nadzieję, że Was nie nudzę tymi „opowieściami” ogrodowymi. Polityka… Nie mam już siły, chociaż bardzo się nią interesuję i jestem w sumie na bieżąco. Jednak po tych hecach z ustawą o zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego, musiałam zdecydować, czy mój blog jest polityczny, czy bardziej domowy. A kiedy przeczytałam, że znowu to jest tematem zastępczym, to mnie jasna cholera trzepnęła. Ten temat akurat nigdy nie jest zastępczy. Fakt, że w czasie „przecierania się” wzajemnego dwóch opcji, cichcem przepchnięto ustawę o obrocie ziemią, gdzie zablokowano rolnikom prawo do decydowania o kupnie czy sprzedaży, w tym ziemi własnej, a jedynym beneficjentem nowej ustawy jest Kościół, który może „handlować' ziemią bez ograniczeń (Kościół dobrze wiedział, o co gra, gdy upomniał się o zaostrzenie prawa antyaborcyjnego i wezwał Sejm do zajęcia się tą sprawą). Poza tym,
jeden ograniczony minister zezwolił na mocną wycinkę Puszczy Białowieskiej, a drugi minister- dureń zezwolił na odstrzał 40000 (nie pomyliłam zer) dzików na wschodzie Polski. Jak dodamy do tego chamski list ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w jednym, czyli takie prawne wasch and go- dupka Ziobry do Przewodniczącego TK, z pouczeniami i pogróżkami, oraz milczenie prezydentowej- damskiej wydmuszki przy boku jeszcze bardziej wydmuszkowatego męża, w sprawie prawa kobiet do samodecydowania o sobie, no to, żeby nie stracić resztek nerwów, postawiłam na opcję- blog bardziej domowy. Owszem, nie tylko, ale na razie to mam dość tego, co się wyrabia.
Ogród
Na dole ogrodu, prawdopodobnie na wielkiej sośnie lub pobliskim modrzewiu, budują gniazdo gołębie wędrowne. To kolejne ptaki, które któryś rok z rzędu wracają na wiosnę do ogrodu. Pierwsze gniazdo gołębie wędrowne wybudowały, chyba z 8 lat temu, na belce, pod skosem dachu. Potem wyniosły się do ogrodu. Ten gatunek gołębia jest bardzo płochliwy i kiedy zbliżam się do miejsca, gdzie siedzą na drzewie, od razu zrywają się do lotu z głośnym, charakterystycznym, podobnym do klaskania, łopotem skrzydeł. Zawsze razem- para nierozłączek.
Po południu robiłam porządki w części kwiatowej. Musiałam usunąć stare truskawki i przygotować grządkę pod nowe sadzonki. Nie sadzi się truskawek po truskawkach, dlatego skopałam następna grządkę i połączyłam obie. Kiedy wycinałam nożem mlecza, zauważyłam katem oka ruch przy juce. Przyjrzałam się uważniej. No tak, chyba gad łeb wystawił, bo to coś było w plamy. Jaskółka niedowidzi już, starość ją powoli rąbie, toteż najpierw się spietrała, a potem dojrzała, że zamiast gada pod liściem siedzi płaz.
 Ogromy, w ciapy. Uffff, za płazami też nie przepadam, ale teraz odebrałam widok żaby z ogromną przyjemnością. Ona odebrała mój widok chyba z mniejszą, bo wtuliła się w jukę i zamarła.
-No i co głupia tu jeszcze robisz?- zagaiłam spokojnie- Wypadaj z tego ogrodu, bo cię zeżre ogromny gad. Ani się obejrzysz, jak marnie skończysz.
Żaba ani drgnęła.
- Kicham cię. -Powiedziałam lekceważąco- Jak nie chcesz wiać na mój widok, to pewnie widok gada też cię nie przerazi.
Poszłam wysypać chwasty na kompost, przekonana, że jak wrócę, żaby już nie będzie. Była. Siedziała dalej prawie wpłaszczona w jukę.
-No dobra, to siedź, ja idę po aparat. Poinformowałam płaza i poszłam po aparat, mając z nadzieję, że żaba poczeka. Czekała w tym samy miejscu, w tej samej pozycji.
-Radzę ci, uciekaj z tego ogrodu. Tu teraz banda zaskrońców grasuje. Ani chybi padniesz ich łupem. Zbieraj tę piękną doopkę i jazda w pola- strzeliłam jej gadkę ideologiczną podczas robienia zdjęć. Chyba dotarło, bo kiedy poszłam odnieść aparat i wróciłam, żaby już nie było. To znaczy chciałabym, żeby nie została pożarta przez gady, ale chyba na chceniu się skończy. W ogrodzie wyraźnie nie ma kretów, a ziemia pod nogami jest twarda, czyli nornic też nie ma. Przyszedł czas na żaby.
Żaba w naszym ogrodzie to żaba dalmatyńska
 Ma charakterystyczne ciemne plamy za oczami.
"Żaba dalmatyńska, żaba zwinka (Rana dalmatina) – gatunek płaza z rodziny żabowatych. Występuje w Europie, również w Polsce, gdzie przebiega północno-wschodnia granica jego zasięgu, ale tylko na kilkunastu stanowiskach w południowej jej części (głównie na południu Kotliny Sandomierskiej i na Pogórzu Karpackim[3]). Żywi się owadami. Należy do grupy żab brunatnych. Podobnie jak inne gatunki żab objęta jest w Polsce ochroną ścisłą.
Długość tego płaza wynosi około 9 cm. Jasne, jednolite umaszczenie. Posiada ciemną plamę skroniową. Samce mniejsze od samic. Na wiosnę pojawia się często już w marcu. Gody odbywa w niewielkich zbiornikach wodnych o gliniastym dnie oraz z niezbyt bujną roślinnością. Żaba ta lubi okolice podgórskie i pagórkowate, żyje często na skraju lasów liściastych wśród wysokiej trawy. Poluje o zmierzchu, wieczorami lub w pochmurne dni ale w miejscach zacienionych także w dzień. Płaz ten doskonale skacze, długość skoków tego zwierzęcia dochodzi do 2 metrów."

Czekam, kiedy skorzysta z oczka wodnego. Właśnie wlaliśmy świeżą wodę. 

I trochę bzyków.

Uwaga nadlatuje.
 I wylądowała. Kwitnąca brzoskwinia i pracowita pszczółka- będą smaczności.
 W duecie na krzewie jagody kamczackiej.
 Ciężka praca. Trzeba dostać się do kielicha, a ten dopiero wpół rozkwitnięty.
 W zachodzącym słońcu.
 I nasza bździągwa na tle barwinka


wtorek, 5 kwietnia 2016

Piękność

Najpierw muszę się pochwalić. Mam nowy aparat fotograficzny. Stary zaczął na całego fiksować i przyprawiał mnie o ataki wściekłości. Najpierw przestał robić przybliżenia. Znalazłam sposób- zdjęcie na chybił trafił i po tym pojawiała się skala. Można i tak, ale po co takie multum nieudanych zdjęć robić? Potem zaczął się zacinać spust migawki. Ja chcę zrobić zdjęcie, a tu przycisk ani drgnie. Po drodze gubiła się ostrość i makro przestało funkcjonować. Na nowy raczej nie było forsy, bo to ciągle ważniejsze wydatki. Nic to, pomyślałam, będę pożyczać aparat Jaskóła. Wczoraj Jaskół z tajemniczą miną wręczył mi dosyć duże pudełko. Otwieram- piękny SONY, bardziej nowoczesny od starego, chociaż mnie i tak wystarczy opcja idiotenaparat. Oczywiście, że poleciałam od razu do ogrodu robić zdjęcia. Żaden kosmetyk, żadna biżuteria, czy torebka nie ucieszyłyby mnie tak, jak nowy aparat fotograficzny.
Aktualności ogrodowe.
Wczoraj, po południu, paliliśmy gałęzie, które zbieraliśmy spod przycinanych krzewów. W pewnym momencie, kiedy schylałam się po stos, zauważyłam, jak majestatycznie (na razie widziałam tylko taki sposób poruszania się ogrodowych gadów- powoli, z namysłem), spod niego wysuwa się gad. Nieduży, od razu wsunął się w mysią norę. No tak, zaczyna się, rozlazły się po całym ogrodzie. Potem siostra powiedziała mi, że widziała w samo południe, jak gadzina się rozmnaża- rodzi młode. Widziała trzy osobniki, jeden był większy, dwa mniejsze. Hm…. Wieść nie bardzo przypadła mi do gustu. Wychodziło na to, że już cała posiadłość- oba ogrody- siostry i mój opanowały brązowe cudności. Nie dawało mi jednak spokoju stwierdzenie- „rodziła”. Zaskrońce nie są żyworodne, znoszą jaja. No to do NETU. Faktycznie, to nie był poród. One prawdopodobnie uprawiały seks w pełnym słońcu. Wprawdzie ich gody podobno odbywają się w maju, ale jest ciepło, zima była nietypowa. Potem przez cały rok noszą te jaja w sobie, by na wiosnę złożyć je np. w kompoście. Kurcze, ładna perspektywa. Już i tak jesteśmy „uzależnieni” od zwierzaków, które zamieszkują ogród. Tuje i krzewy przycinamy albo po lęgach, albo przed zakładaniem gniazd. Sterty gałęzi palimy do listopada, potem ich nie ruszamy, bo może zimują tam jeże. Remont dachu przesunęliśmy na sierpień, aby wiewiórki mogły wyprowadzić ostatni miot. I jeszcze teraz muszę uważać z ziemią w kompoście, by nie uszkodzić jaj zaskrońca. Czekam, kiedy nas nasi milusińscy „wyprowadzą”.
Dzisiaj „upolowałam” aparatem gadzią piękność. Wygrzewała się na słońcu, oczywiście na schodach z tarasu wschodniego, do ogrodu. Widziałam jej niewielki kawałek przez okno, ale nie mogłam wyjść, bo spłoszyłaby się. Wyszłam więc przez drugi taras, obeszłam kawałek ogrodem i…. zdębiałam. Dotychczas widziałam takie niewielkie „sznurówki”, a to, co się wygrzewało, było wielkie. Serce mi stanęło na moment, zanim dotarło do mnie, że to ja jestem dla niej zagrożeniem, a nie ona dla mnie. Piszę ona, bo samice są większe od samców, a to jest największy okaz mieszkający pod tarasem. Prawdopodobnie mieszka tam też samiec, dużo mniejszy, którego widziałam wczoraj, również na tych schodach. Dzisiaj widziany gad jest tłusty. Być może jeszcze przez złożeniem jaj, albo zeżarł jakąś wielką mysz. A tak nawiasem, w tym roku nie ma przed domem na trawniku kopców krecich. Może obecność zaskrońców zaczyna procentować? W sumie to zaszczyt, że one zechciały się tu zadomowić.
Proszę państwa, przedstawiam gadzią piękność.:)
Zaskoczenie było obustronne. Ja zaskoczona jej gabarytami, ona zapewne zaskoczona moimi.
Chwile obserwowałyśmy się w milczeniu. Starałam się zrobić zdjęcia, nie wykonując gwałtownych ruchów. W pewnym momencie pokazała mi język. Niestety, nie zdążyłam pstryknąć, a ona nie chciała się popisywać drugi raz. Znudzona odwróciła się i zaczęła pełznąć w stronę miejsca, gdzie zawsze znika pod tarasem.
 Śliczna jest. Te żółte plamy za "uszami napawają mnie radością. Wszak pamiętam strach, kiedy jeszcze nie wiedziałam, co za gad siedzi pod tarasem. Żółte plamy są świadectwem bezpieczeństwa. Ładne ma też ubarwienie. Lubię takie oliwkowo-kremowe zestawienie. I jeszcze czarny obrys łusek. Prawdziwa elegantka. To jest szyk w gadzim stylu.
 Tu jest w całej"długości". Zdecydowanie większa od tych osobników, które dotychczas widziałam.
 I taka tłusta, żeby nie powiedzieć wprost- spasiona. Piękną ma tę "sukienkę". Taką błyszczącą i widać, że jest aksamitna
 Tu widać przy ogonie zgrubienie. Jaskół cieszy się, że będzie przychówek. Uważa, że jak zwierzaki chcą się w naszym ogrodzie rozmnażać, to jest to znak, że jest im dobrze.
 Koniec ślicznoty. Ogon? Przecież ona cała jest "ogonem". Schowała się pod tarasem i już jej dzisiaj nie widziałam.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Trzy ciemnorude psotnice i jeden gad.

Ogród.
Rude.
Trzy tygodnie temu znalazłam martwą wiewiórkę na dole w ogrodzie, pod brzozą. Straszne. Dla mnie wiewiórki są jak koty domowe. Strata jednej to cios. Wzięłam martwego rudzielca i… spaliłam w centralnym. Z bólem serca. Spaliłam, bo nie bardzo mogliśmy odczytać, jakie były przyczyny jej śmierci. Futerko nienaruszone, pyszczek spokojny, ciałko niepowykręcane. Uznaliśmy, że to starość ją zmogła, ale nie mogliśmy wykluczyć choroby. Dlatego spaliłam. No to koniec- pomyślałam sobie- już nie zobaczę wesołego rudasa na gałęziach, już mnie nie „obcuka”, tupiąc śmiesznie łapką o konar i wściekle machając kitą.
Zrobiło mi się jakoś pusto i strasznie smutno. No, nie śmiejcie się, strata wiewiórki też może boleć.
Minął chyba tydzień od tego zdarzenia, kiedy Jaskół cicho wszedł do domu i przytykając palec do ust, machnął rękę żebym za nim wyszła przed dom. Powoli, cichutko stanęłam przed drzwiami i spojrzałam na wierzbę obok wejścia. Widok był niesamowity- trzy wiewiórki śmigały po pniu tam i nazad, kręciły się wokół pnia w tempie iście kosmicznym.
Prawie „słyszałam” ich radosny śmiech. Serce mi stanęło- tym razem z radości. SĄ, trzy rudasy, nie- trzy ciemnobrązowe, młode wiewióry są na stanie ogrodowym. Od tego czasu widuję je dosyć często. 
 Film jest niedoskonały z wiadomych przyczyn. Jaskół nie chciał przerwać tak wspaniałego występu. Wierzba jest niefotogeniczna odkąd przycięliśmy ją na maksa po tym, jak miała zamiar, ogromna, pod wpływem wichury, zwalić na dach domu. Słup też jest nieteges, ale na niego już naprawdę  nie mamy rady. Nie można przestawić słupa, bo nie ma dokąd. Tkwi na posesji, przed wejściem do domu już od 26 lat, a może i więcej? Tak na pewno więcej, ale pozwolenie na budowę domu w jego bliskości dostaliśmy bez zastrzeżeń. Ale nie o słupie i wierzbie ten post.
Rude chyba robią gniazdo na ostatniej, ogromnej tui przy bramie. Miejsce niepojęte dla ludzkiej logiki, bo tam ruch największy, ale zwierzaki posługują się swoim instynktem i doskonale wiedzą, co dla nich najlepsze.
Skrzydlate- wiosenna inwentaryzacja.
Wróciły z wojaży drozdy. Naliczyłam trzy sztuki „stacjonarne” i jeden przylatuje na wieczorne koncerty z innego, niedalekiego ogrodu. Oprócz drozdów wszędzie panoszą się kosy. Kolejny raz budują gniazdo w cisie, obok okna sypialni. To znaczy, że ich trasa przelotu będzie znów nad stołem na tarasie. Oprócz tego, dwa gniazda rosną w bardzo szybkim tempie obok okna pokoju „komputerowego”. Jedno zaraz przy oknie, drugie nieco wyżej przy zejściu się dwóch rynien. Od tygodnia pan kos, w każdy wieczór, siada na balustradzie balkonu, nad naszymi głowami (siedzimy na dolnym tarasie) i daje nam koncert. Po raz pierwszy, odkąd tu mieszkam, ogród często odwiedza stadko szpaków i buszuje na trawnikach, cicho pogwizdując i coś tam do siebie szczebiocąc. W ogrodzie jest również parę zięb, dużo sikorek, całe stadko sierpówek no i stary „kujon” w czerwonych portkach. To ptaki większe, a wśród „drobiu” mamy: piecuszki, raniuszki, pierwiosnka, dzwońce i chmarę „rozkrzyczanych” wróbli. Czekamy na muchołówki. Pewnie jeszcze jakieś ptaszki są, ale na razie nie rozpoznaliśmy więcej gatunków. Wieczorami i rankami nad ogrodem czaple odbywają swe przeloty na okoliczne stawy i od czasu do czasu widzę nad polem sąsiada „stojącą” w powietrzu pustułkę.
Reszta ogrodowej „żywizny”
Dzisiaj Młoda przyuważyła przy ścianie domu gadzinę. Beza już nie reaguje, bo nawet nie drgnęła, a przecież widziała paskudę. Mamy nadal zaskrońca w mieniu ruchomym. Jest nieduży, cały brązowy, ze wspaniałymi plamkami za uszami. Mieszka pod tarasem i mam ogromną nadzieję, że jednak wyniesie się na lato w głąb ogrodu. Nie wiem, czy to nasz Zyzio sprzed dwóch lat. Ten gad jest trochę za mały na dorosłego osobnika. A z drugiej strony, robi mi się nijako, gdy pomyślę, że może to być młody. Brrrrr, całe stadko zaskrońców w zasięgu wzroku napawa mnie lekkim stracho- obrzydzeniem. Po południu miałam okazję przyjrzeć się mu bardziej i stwierdzam, że jest śliczny. Ponownie wygrzewał się pod ścianą i nawet, kiedy mnie zauważył, nie spłoszył się bardzo. Majestatycznie wsunął się pod taras. Potem jeszcze wychynął łepek i chwilę się mi przyglądał. Po czym zniknął pod tarasem. Beza, która stała od niego dwa kroki nawet nie mrugnęła. Popatrzyła na gada, odwróciła się i poszła na trawnik.
Żab na razie nie zauważyłam, ale pojawiły się jeże. Jednego, chyba chorego, wyniosłam dzisiaj  w wiaderku poza ogrodzenie. Miał sparaliżowane tylne łapki. No i nadal ogród przekopują całe zastępy nornic, myszy różnej maści i tabuny kretów. W tym roku spróbujemy to całe ryjące tałatajstwo przegonić za pomocą czosnku granulowanego. Podobno skutkuje.
Dom.
A i owszem, posprzątałam gruntownie. Nie tylko z okazji świąt, bo od paru lat świąt w ogóle nie obchodzimy. Posprzątałam, bo w marcu zawsze sprzątam gruntownie po zimie. Przy okazji wywaliłam znów sporo durnostójek, kilko schowałam do szafki. Niepotrzebne kurzołapy. Trudno się przyznać, ale mam coraz mniej sił i cierpliwości do odkurzania oraz mycia takich drobiazgów. Tym sposobem zrobiło się więcej przestrzeni na półkach. Czy smutniej i siermiężniej? Chyba nie. Nie przepadam za nadmiernym wystrojem pomieszczeń.
Święta- nie było. Nie obchodzimy i nie mamy z tego powodu jakiegoś specjalnego kaca/wyrzutów sumienia, że łamiemy tradycję. Coraz częściej łapię się na myślach, że każdy dzień powinien być dla nas świętem. Co w ogóle decyduje o tym, że jest święto, czy go nie ma? Mazurek na stole, święconka w kościele, łamanie opłatkiem? To dla wierzących, a ja nie wierzę. Owszem, wychowano mnie w tradycji luterańskiej, obchodziliśmy wszystkie święta ze wszystkimi należnymi im akcentami- oprócz wyjść do kościoła. Matka, za młodu jeszcze praktykująca, próbowała nawet jakimś wstępem, uroczystą mową rozpoczynać wieczerzę. Pewnie zamiast modlitwy. Nie zabrakło łamania się opłatkiem przy kolędach, śpiewanych w radio, czy z płyty. Wielkanoc też była tradycyjna, według tradycji luterańskiej. I tak święciliśmy do śmierci ojca, który nie potrafił sobie wyobrazić życia bez hucznych świąt. A potem zauważyłam bezsens tego, co robiliśmy. Czy tylko dla samego tego, że świętowaliśmy tak, jak inni? Podtrzymywaliśmy jakąś rodzinną tradycję? Być może, bo i tradycją stało się, że okropnie nas to wkurzało, iż znowu będzie spęd (w podskokach 14 osób) rodzinny, że znowu się pokłócimy przy stole, bo ktoś zamarudzi, że ryba słabo wypieczona, a makówki za słodkie. Tak, cała rodzina była terroryzowana przez ojca, bo matka miała to od dłuższego czasu w nosie. A mnie pozostało wspomnienie wstrętnej atmosfery, ogromnego zmęczenia, niechęci do świąt, bo większość tego świątecznego bałaganu była na mojej głowie i nie było zmiłuj.
Dlatego teraz święta spędzamy na nicrobieniu. W tym roku Młoda upiekła sernik, ja ciasteczka z gotowca- ciasta francuskiego i to z wypieków było wsio. Żadnego wielkiego żarcia, żadnych stosów naczyń do mycia, żadnego dojadania na siłę po świętach. Za to mnóstwo śmiechu, ciszy, spokoju i leniuchowania.

sobota, 2 kwietnia 2016

Terror zinstytucjonalizowany- suplement do poprzedniego posta

"Polskie kobiety powinny wpaść w przerażenie – wszystko wskazuje na to, że wkrótce odebrane im zostaną resztki prawa do przerywania niechcianej ciąży. Będą musiały rodzić nawet ciężko uszkodzone dzieci, po to tylko, by patrzeć jak konają, będą musiały znaleźć w sobie siły, by rodzić dzieci swoim gwałcicielom, będą wreszcie musiały poświęcać swoje zdrowie i życie, by dać zadość rytualnej ochronie zarodka i płodu.
Jeśli wierzyć doniesieniom, to PiS-owski rząd co prawda sam nie rozpęta nowej debaty aborcyjnej, będzie po prostu bardzo życzliwy wszelkim niezależnym projektom ustaw zmuszających kobiety do zrzeczenia się praw do własnego ciała.

Zły i dobry krzyk

Wojna propagandowa już chyba jest szykowana, jakiś czas temu mogliśmy czytać histeryczne wiadomości na portalach promujących torturowanie kobiet o tym, że w  Szpitalu św. Rodziny przy Madalińskiego jakiś abortowany płód wył głośno przez godzinę po zabiegu. To było złe wycie, bo po aborcji.
Prawda rzecz jasna okazała się inna – po legalnej, indukowanej farmakologicznie aborcji nie prowadzono uporczywej terapii ciężko chorego dziecka z licznymi wadami:
Z dokumentacją medyczną zapoznała się też prof. Ewa Helwich, krajowy konsultant ds. neonatologii. Nie miała zastrzeżeń do działania lekarzy ze szpitala przy Madalińskiego. Podkreśla, że sprawa była trudna, bo pacjentka przyjechała spoza Warszawy i jej ciąża nie była prowadzona w lecznicy.
Lekarze musieli szybko podjąć decyzję. Zwołali konsylium ginekologów i neonatologów i stwierdzili, że doszło do ciężkich, nieodwracalnych wad płodu i są przesłanki do ukończenia ciąży – mówiła prof. Helwich. – Działali zgodnie z zapisami ustawy. Z dokumentacji wynika, że dziecko miało pojedyncze uderzenia serca. Zostało odłożone do inkubatora otwartego i zostało okryte. Tak małemu dziecku nie podaje się leków przeciwbólowych doustnie, tylko dożylnie. By to zrobić, należałoby wykonać wkłucie, ale to powodowałoby jedynie dodatkowy ból i byłoby uporczywą terapią, gdyż to dziecko nie mogło być uratowane. Dobrze, że pozwolono mu godnie i w spokoju odejść.
Z naszych informacji wynika, że dziecko prócz stwierdzonej wady genetycznej w postaci zespołu Downa miało też nieprawidłowo działające nerki i wadę serca. – Takie wady serca można operować, ale gdy urodzone dziecko waży trzy kilogramy, a nie 500 gramów – tłumaczy prof. Helwich.
Przedstawiciele szpitala twierdzili już kilka dni temu, że informacje telewizji Republika o płaczącym przez godzinę dziecku są nieprawdziwe.
500-gramowe dziecko nie jest w stanie głośno płakać. Jego płuca są tak niedojrzałe, że może co najwyżej kwilić – mówi prof. Helwich i dodaje, że gdy dochodzi do przedwczesnego porodu i rodzi się żywe dziecko ze skrajnie małą wagą, wieloma wadami i nie ma szans na przeżycie, wtedy lekarze dają je w ramiona matki, ale w tym przypadku było to niemożliwe.
Ta historia oczywiście doprowadza zwolenników torturowania kobiet do wściekłości. Nie tak powinno się to rozgrywać. Ideałem jest dla nich, gdy kobietę zmusi się do kontynuowania ciąży, a następnie patrzenia, jak po urodzeniu dziecko kona przez dwa czy trzy dni, tak jak to miało miejsce z pacjentką Chazana, która patrzyła na swoje anencefaliczne dziecko, z wypadająca gałką oczną i bez mózgu, jak powoli umiera od niedających się opanować infekcji.
Serca zwyrodniałych prolajfowców radowały się na myśl o poświęceniu, do jakiego ją szlachetnie zmuszono. Czy jest coś piękniejszego dla obrońcy życia, niż gałka oczna zwisająca na szypułce nerwu i naczyń krwionośnych, dyndająca na policzku skrajnie niedorozwiniętego dziecka?
Tak, prawdopodobnie jest kilka rzeczy piękniejszych, pouczają nas o nich podręczniki patologii rozwoju. Dziecko może na przykład cierpieć na rybią łuskę arlekinową. Cała jego skóra jest wtedy pękającą raną. Trudno, będąc obrońcą życia, nie czuć słodyczy tej sytuacji: sztywna skorupa pokrywające małe ciałko, która trzaska przy każdym poruszeniu, otwierając wrota bakteryjnych infekcji i wysyłając potężne strumienie sygnałów bólowych. Dzieci anencefaliczne mogą być źródłem emocjonalnego horroru dla rodziców, ale subiektywnie, z braku mózgowia, nic prawdopodobnie nie odczuwają. O dzieciach z łuską arlekinową tego powiedzieć nie można – ich mózgi są zasadniczo sprawne.



Dziecko cierpiące na łuskę arlekinową.
Ich krzyk jest zapewne dla prolajfowców dobrym wyciem, tym bardziej, że przecie może trwać lata, dzięki osiągnięciom współczesnej medycyny, bo kiedyś takie dzieci umierały w kilka godzin, do kilku dni po porodzie:
W czwartek 5 kwietnia 1750, udałem się zobaczyć najbardziej godne pożałowania dziecko, urodzone ostatniej nocy z Mary Evans w Charleston. Wszyscy którzy je widzieli byli zdumieni, i ja też ledwo wiedziałem jak to opisać. Skóra była sucha i twarda, i wyglądała jak popękana na małe kawałki, nieco przypominając łuski ryby. Usta były duże, okrągłe i otwarte. Nie miało nosa zewnętrznego, ale dwa otwory w miejscu gdzie powinien znajdować się nos. Oczy wydawały się być kawałkami skrzepłej krwi, wybałuszone, wielkości śliwek, stanowiąc przerażający widok. Nie było uszu zewnętrznych, tylko otwory gdzie powinny się znajdować. Dłonie i stopy wyglądały na opuchnięte, były skurczone i dosyć twarde. Tylna część głowy była otwarta. Wydawało dziwny krzyk, bardzo niski, którego nie potrafię opisać. Żyło około 48 godzin i było jeszcze przy życiu gdy je zobaczyłem.
A cierpienie, jak wiadomo, uszlachetnia, więc choć takie dziecko nic w życiu, poza nieludzkim bólem, nie pozna, to i tak warto, by sobie trochę pocierpiało. Dzięki całkowitej delegalizacji aborcji takie dzieci będą wreszcie uratowane od gehenny aborcji na zarodkowym lub płodowym etapie życia, gdy jeszcze ich wcale, jako odczuwających istot, nie było, gdy niczego nie czuły.

Piękno aborcji

Nawiasem mówiąc widzę ponurą ironię w oburzeniu prolajfowych zwolenników torturowania kobiet na fakt, że w szpitalu przy Madalińskiego nie prowadzono uporczywej terapii dziecka, które urodziło się w wyniku indukowanego poronienia. Powinni być zachwyceni, że przeżyło koszmar aborcji.
Widzicie, zwyczajna narracja zwolenników torturowania kobiet jest taka, że aborcja to straszna jatka. Wiadomo – te wszystkie porozrywane płodziki straszące z plakatów prolajfowców. Albo wycinki ze starych podręczników, pokazujące rzekomą normę aborcji. jak te używane ostatnio przez jedną z czołowych fundacji walczących z prawami kobiet, gdy żebrała o pieniądze, na których widać bezduszne procedury miażdżenia karków niewiniątkom:
Skoro aborcja tak wygląda, czy to nie dziwne, że w szpitalu Madalińskiego dziecko żyło? Powinno być porozrywane, mieć pogruchotany kark i tak dalej. Oczywiście to brednie. Nikt tak dziś aborcji nie przeprowadza, bo robi się ją, w cywilizowanych warunkach, farmakologicznie – indukując poronienie. Takoż skrobanki to ponury aspekt aborcyjnego podziemia, gdzie trzeba ciążę szybko usunąć w ramach krótkiego zabiegu, bez poddawania kobiety obserwacji.
Nie wolno też wreszcie zapominać o tym, że wszystkie te ładne zdjęcia płodów, z taką chęcią wykorzystywane przez zwolenników torturowania kobiet jako kontrast dla aborcyjnej rzeźni:
Najczęściej płodów z ciąży pozamacicznej, która stanowi wielkie zagrożenie dla życia kobiety. Gdy zarodek zagnieździ się poza macicą, może się rozwijać, ale prędzej czy później dochodzi do poważnych komplikacji, na przykład pęknięcia jajowodu, rozerwanego rosnącym płodem.
Usunięcie patologicznej ciąży jest fundamentalnym obowiązkiem każdego lekarza dbającego o zdrowie i życie pacjentki. Obowiązkiem, który wkrótce zostanie zdelegalizowany, tak jak stało się to w 2006 roku w Nikaragui, co sprawiło, że lekarze zaczęli bezczynnie przyglądać się, jak ich pacjentki umierają od ciąż pozamacicznych. W promowaniu tego zwyrodnialstwa jak zwykle prym wiedzie Kościół katolicki.
Zakaz aborcji w działaniu: Salwador
Jednym z krajów, gdzie panuje całkowity zakaz aborcji, jest Salwador. Z punktu widzenia Polski jest on szczególnie interesującym przykładem, bo przez wiele lat, to jest od 1973 roku, panował tamkompromis aborcyjny, nader podobny temu, którym dręczone są teraz kobiety w Polsce. Tak więc aborcja była co do zasady nielegalna, z kilkoma wyjątkami:
  • gdy ciąża była wynikiem gwałtu,
  • gdy płód był ciężko uszkodzony,
  • gdy poronienie wynikało z zaniedbań matki.
Prawo do było także klasistowskie: kobiety o nieposzlakowanej opiniimogły liczyć na obniżenie kary, jeśli zgodziły się na aborcję celem ochrony swojej reputacji.
Pierwsze próby rozszerzenia prawa do torturowania kobiet w niechcianej ciąży podjęto w 1992 roku. Prolajfowe organizacje, mocno wspierane przez zawsze stający po stronie dręczycieli kler katolicki, złożyły wtedy propozycje ustaw znoszące wszelkie wyjątki od zakazu aborcji.
Nie udało się.
Dopiero w 1998 roku wprowadzone pożądane przez religijnych fundamentalistów zmiany i zakazano wszelkiej aborcji, nawet tej ratującej życie kobiety. Efekty? Opisuje je raport Międzynarodowego Komitetu Praw Człowieka.
W Salwadorze karane więzieniem są nawet kobiety, które poroniły w wyniku komplikacji ciążowych. Strach przed więzieniem sprawia z kolei, że wiele z nich zwyczajnie boi się udać do lekarza, gdy w trakcie ciąży dzieje się z nimi coś nie tak, gdyż ryzykują, że objawy choroby zostaną odebrane jako dowody na próbę zabicia zarodka czy płodu.
Ten strach nie jest irracjonalny. Raport opisuje przykład 30-letniej Marii Edis Hernández Méndez de Castro, która zemdlała w trakcie ciąży i obudziła się w szpitalu. Skazano ją na 30 lat więzienia za próbę morderstwa dziecka. Jakie były podstawy wyroku? Otóż stwierdzono, że ciąża była wynikiem zdrady małżeńskiej, kobieta przejawiła zachowania wbrew naturze, to znaczy nie otoczyła nowo-narodzonego dziecka intensywną opieką, wydawało się też sędziom, że swój interes stawiała ponad interesem dziecka.

30 lat odsiadki za rzekomą próbę aborcji, o której wnioskowano na podstawie tego, że kobiecie nie było dość lubo po porodzie.

Inny przykład to Glenda Liseth Figueroa Castañeda, samotna 19-letnia matka 4-letniego dziecka. W trakcie ciąży nigdy nie doświadczyła wizyty u lekarza, gdyż nie było jej stać na opiekę medyczną. Gdy pewnego dnia po prostu urodziła dziecko w toalecie i zaczęła mocno krwawić, zadzwoniła po pomoc do matki. Trafiła tym sposobem do szpitala, tam pielęgniarka zadenuncjowała ją na policję. Glenda trafiła na trzydzieści lat do więzienia, jej dziecko trafiło do sierocińca.
Salwador to kraj ukazujący do jakiego piekła doprowadzają chrześcijańscy fundamentaliści, gdy pozwoli się im stanowić prawo. Najbardziej groteskową, choć zarazem niebywale tragiczną, historię stanowił przypadek Beatriz. Ta 22-letnia kobieta cierpiała na toczeń, który zdążył już jej zniszczyć nerkę. Gdy zaszła w ciążę lekarze powiedzieli jej, że nie przeżyje, jeśli będzie próbowała donosić. Co więcej okazało się, że jej płód jest anencefaliczny, czyli nie posiada mózgu (innymi słowy to przypadek trochę podobny do przypadku pacjentki Chazana). Lekarze orzekli, że nawet donoszony umarłby w chwilę po porodzie.
Lekarze złożyli u rządu prośbę o pozwolenie na aborcję. Sprawa trafiła przed Sąd Najwyższy, który odmówił prawa do aborcji. Życie płodu, nawet bezmózgiego, okazało się nienaruszalne, choćby ceną był życie umózgowionej, czującej kobiety.
Co ciekawe ostatecznie uratowano życie Beatriz, przeprowadzając u niej wczesne cesarskie cięcie. Ta procedura, jak zauważyli komentatorzy, nie różniła się od tego, co zrobiono by w tym przypadku, gdyby Beatriz dostała pozwolenia na aborcję. Jedyna różnica dotyczyła tego, co zrobiono potem z bezmózgim płodem – podawano mu płyny, przedłużając jego agonię do pięciu godzin. Dzięki temu urzędnicy mogli jednak oddać się rytualnej hipokryzji i mówić, że nie przeprowadzono aborcji. Prolajfowcy wprost zdradzili zadowolenie, że dziecko zmarło z przyczyn naturalnych, choć mnie osobiście intryguje takie rozumienie natury, że obejmuje nowoczesną opiekę neonatologiczną i podawania płynów bezmózgiemu płodowi, wyjętemu w trakcie ciąży z ciała matki.

Oczywiście aborcje, takie prawdziwe, nadal są masowo przeprowadzane w Salwadorze. To kraj, w którym co trzecia ciąża jest ciążą kobiety lub dziewczyny młodszej niż 19 lat. Wynika to z zupełnego braku dostępu do antykoncepcji.

Innymi słowy jedyną formą regulacji płodności, jaka dostępna jest dla kobiet, jest pokątna, niebezpieczna aborcja, zwykle robiona własnymi rękoma, lub dzieciobójstwo.
Przy czym własnymi rękoma należy rozumieć całkiem dosłownie – wbijanie sobie drutów i wyciąganie za ich pomocą płodów jest jedną z popularniejszych metod. Tudzież wlewanie mydła lub żrących płynów wciśniętymi do macicy rurkami.
Tak wygląda cywilizacja życia w praktyce."

Sylwstr: Oblicza aborcji w http://codziennikfeministyczny.pl/slwstr-oblicza-aborcji/