wtorek, 20 czerwca 2017

A'propos dobranocek

czyli powtórka z rozrywki na haju
i nie dobranocka, też na haju:)

A jednak można
 
A w ogóle to "gorąc" taki ( u nas mówi się hyc), że i bez zioła, tudzież kokainy i innych podobnych, pływam, jak na haju.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

To może spróbować

tego "teatru rąk? Wklejam rysunki, które instruują, jak układać dłonie, by uzyskać pożądany cień. Są one różnej jakości, ale chyba sobie każdy poradzi.
Źródło rysunków- Pinterest.





 





The End:)

piątek, 16 czerwca 2017

Ręce.

Bywają piękne, wypielęgnowane, bywają spracowane, pokaleczone, niedomyte... młode, stare, ładne, brzydkie...różne. Ręce, jakże często  często niedocenione, a przecież mogą wiele... bardzo wiele.
Dziś w grze cieni.



sobota, 3 czerwca 2017

Na Zielone Świątki tatarak w kątki.




Zielone Świątki wywodzą się z czasów pogańskich. Były świętem związanym ze zmianami zachodzącymi w naturze- zakończeniem zimy, nadejściem wiosny i z wiosennymi porządkami. Niektóre źródła podają, że święto to jest dniem  pożegnania wiosny i powitaniem lata. 


Z Zielonymi Świątkami wiążą się liczne wierzenia i obyczaje. W ten dzień gospodynie nie wypędzały bydła na pastwiska  przed wschodem słońca, wierząc, że dzięki temu krowy będą dawały więcej mleka, a paszy nie zabraknie aż do jesieni. Zielone Świątki były świętem rolników i pasterzy. 



Od wieków w ten dzień, przyozdabiano domy gałązkami lipy, buka, brzozy i modrzewia. Przystrajano tak odrzwia, okna, ściany. Bukiety gałęzi wieszano na płotach, studniach, bramach i furtkach. Wierzono, że młoda zieleń oraz gałązki przyniosą domowi dostatek, powodzenie, pobudzą wzrost roślinności, a także zapobiegną urokom oraz czarom.
W niektórych regionach kraju, w kątach izb, stawiano snopy z tataraku lub rozścielano liście tataraku na podłogach. Wierzono, że tatarak odstrasza pchły, komary, szkodniki, a nawet złe czary.
Zwyczaj majenia domów przetrwał, wbrew zakazowi Kościoła, do dziś.

„Na polskim i słowackim Spiszu, a częściowo także na Orawie, znany był zwyczaj stawiania i ogrywania mai. W Zielone Święta, nocą z soboty na niedzielę (czasem także z ostatniego kwietnia na 1 maja), młodzież męska ustawiała przed domami dziewcząt maje, moje, mojki. Były to wierzchołki drzewek lub pęki gałęzi umocowane na szczycie wysokiego drąga, ubrane barwnymi wstążkami. Maje stawiano też często koło kościoła lub po środku wsi. W pierwszy dzień Zielonych Świąt kawalerowie wędrowali od domu do domu z muzyką, a przy postawionych majach tańczyli z dziewczętami. Wieczorem przy głównym maju we wsi odbywała się zabawa taneczna. W niektórych wsiach jeszcze do połowy XX wieku zachował się też zwyczaj umieszczania przy domu panny o nienajlepszej reputacji słomianego wiechcia zamiast zielonego drzewka. Taki rodowód ma najprawdopodobniej przysłowie: Na Zielone Świota wstydzom sie dziwconta – echo potęgi sankcji społecznej, zjawiska prawie zupełnie już nieznanego współczesnym anonimowym zbiorowościom.”


Wraz z nastanie chrześcijaństwa na ziemiach słowiańskich, zawłaszczono dzień pogańskich Zielonych Świątek i zamieniono go na kościelne święto Zesłania Ducha Świętego.
„Obchodzone jest 50 dni po Wielkanocy Zesłania Ducha Świętego zamyka wielkanocny cykl świąteczny. Uznane jest za jedno z najstarszych i największych świat w kościelnym kalendarzu liturgicznym, które początkowo łączone z Wielkanocą. Później, od IV w. zaczęto je obchodzić jako odrębne święto, w niedzielę i poniedziałek, siedem tygodni, pięćdziesiąt dni po Wielkanocy, pomiędzy 10 maja i 13 czerwca, a więc w pełni wiosny i bujnego rozkwitu roślin.”

„W niektórych regionach, we wtorek po nabożeństwie wyruszała procesja, która obchodziła granice pól. Zatrzymywano się przy mijanych przydrożnych kapliczkach przystrojonych z tej okazji gałęziami i kwiatami, prosząc Stwórcę o dobre urodzaje i zachowanie od klęsk żywiołowych. Od 1931 roku Zielone Święta stały się w Polsce świętem ruchu ludowego szczególnie “pielęgnowanym“ po II wojnie światowej, w czasach komunizmu, jako świecka uroczystość mająca zastąpić obchody kościelne”

Charakterystyczną rośliną Zielonych Świątek jest balsamiczny tatarak, powszechnie używany od XVI w., gdyż wcześniej ta pospolita roślina, zarastająca bujnie brzegi stawów i strumieni, nie była znana.
 
Tatarak przywędrował z Azji. Przywieźli go do Pragi z Konstantynopola posłowie cesarscy przy tureckim dworze, skąd rozpowszechnił się po całej Europie Środkowej. Równie dobrze mógł przybyć do Polski z najazdami tatarskimi. Jednakże już w starożytności stosowany był do okadzania sprzętów i pomieszczeń. Dotąd Indianie Ameryki Północnej, gdy są zmęczeni, stosują proszek lub wywar z tataraku. Ludowe nazwy tej rośliny to: tatarczuk, tatarskie ziele, ajer, bluszcz, kalmus, łobzie, szuwar. Liście tataraku były używane jako podkładka do wypieku chleba, a jego kłącza - do pielęgnacji włosów. 


Bywa on także stosowany do wyrobu suchej konfitury z tataraku i kalmusówki bądź wykwintnych likierów, a także dodawany do mięs. Niestety, tego rodzaju tatarakowe tajniki kulinarne, pozostają raczej tajemnicą naszych prababek.                          




Przysłowia ludowe związane z Zielonymi Świątkami:
Zielone Świątki – tatarak w kątki
Jeżeli w Świątki deszcz pada,
wielką biedę zapowiada.
Deszcz w Zielone Świątki,
będą wielkie sprzątki.
Mokre Zielone Świątki
dają tłuste Boże Narodzenie.
Około Zielonych Świątek
to najlepszy wziątek.
Wtedy ludzie przyszłość zgadną,
gdy Zielone Świątki w grudniu przypadną.
Na Zielone Świątki dobre i otrąbki


Źródła







środa, 31 maja 2017

"Dzieci" Jurgi Martin



Jurga Martin urodziła się w 1977 roku w Wilnie, ale mieszka i tworzy we Francji. Jest rzeźbiarka i projektantką. To bardzo utalentowana osoba, a jej prace wywołujące uśmiech lub łzy, nie pozostawiają odbiorcy obojętnym.  Rzeźbi w glinie. Swoje prace, po ukończeniu,  pozostawia  szorstkie, chropowate, niewygładzone.  Może właśnie ten sposób wykończenia rzeźb podkreśla ich człowieczeństwo, jest odzwierciedleniem niedoskonałości ludzkiej. Jurga tworzy rzeźby w rożnych rozmiarach, ale tworzenie w większych jest odzwierciedleniem jej rzeźbiarskiej pasji. W większych formach, twierdzi Jurga, można zawrzeć więcej żarliwości, życia, pozwalają na większy rozmach i przestrzeń do wyrażenia swoich emocji.



Jej prace zaczynają ożywać od momentu, kiedy położy dłonie na bryle gliny. Pracuje nieraz bez wytchnienia, nie bacząc na powstałe na rękach, podczas rzeźbienia, pęcherze. Rzeźbi z pasją, a rezultatem jej pracy są piękne, żywotne i niepowtarzalne dzieła.







Je rzeźby są postaciami, które emanują niezwykłą żywotnością. Czasem to postaci zadumane, refleksyjne, innym razem tryskają humorem, radością. Wszystkie rzeźby tchną niezwykłą prostotą i nierzadko  pobudzają do refleksji.




Jurga Martin, jako  temat swej plastycznej działalności, obrała rzeźbienie postaci, głównie dziecięcych. Patrząc na  rzeźby, które ukazują dzieci w różnych sytuacjach życiowych, od razu można zauważyć, iż rzeźbiarka doskonale poznała złożoną psychikę  dziecięcą i potrafi ją mistrzowsko ukazać. Sylwetki, buzie  rzeźb wyrażają smutek, zadowolenie, radość, dumę, strach, zdziwienie i inne uczucia. Jurga Martin rzeźbi bardzo realistycznie. Jej rzeźby są ekspresyjne. 







Rzeźbiarka  często komponuje tak swoje wystawy, by jej rzeźby znajdowały się w towarzystwie dzieł. Po czym ustawia swe rzeźby w taki sposób, by widz odnosił wrażenie, że „dzieci” dokładnie wyrażają swoje odczucia adekwatnie do danej sytuacji. Na przykład dwie „dziewczynki” siedzą na murku i z zainteresowaniem patrzą na obraz wiszący na ścianie.




Cała twórczość Jurgi Martin to jedna wielka saga jej bohaterów, małych posążków, urokowi których nie sposób się oprzeć.
 Strona Jurgi na Facebooku



Film ukazujący pracownie Jurgi

Źródła



http://www.lilavert.com/blog_lilavert/les-sculptures-de-jurga/
http://www.laterredor.com/l-esprit-de-famille/

Prace na P{intereście
https://pl.pinterest.com/search/pins/?q=Kurga%20Martin&rs=typed&term_meta[]=Kurga%7Ctyped&term_meta[]=Martin%7Ctyped

poniedziałek, 29 maja 2017

Jak to ze skromnością było...Cykl "Treści wzgardzone" (2).


Jestem nieskromna, więc piszę dalej.
Gdyby ktoś kiedyś mi powiedział, że zostanę nauczycielem, wyśmiałabym go mocno. Nigdy, przenigdy nie chciałam być nauczycielem. Miałam inne wizje i marzenia. Jednak w całym dotychczasowym życiu musiałam po kolei rezygnować z moich marzeń. Kiedy miałam 10 lat, pożegnałam się z marzeniem zostania baletnicą. Od 6 roku życia chodziłam na lekcje rytmiki i mama postanowiła, że będę zdawała egzamin do szkoły baletowej w Bytomiu. Po egzaminie, jeden z egzaminatorów poprosił mamę na rozmowę. Owszem, zdałam, ale moja budowa (chodziło o durny szpagat, który nie chciał się „domykać”, oraz wzrost) wymagałaby wzmożonych dodatkowych ćwiczeń. Mama chyba się wystraszyła tego i dodatkowo uzmysłowiła sobie, że umieszczenie 10 letniej dziewczynki w internacie tak daleko od domu, to jednak nie jest dobry pomysł. Nie zostałam baletnicą. Pianistką, grającą głównie Chopina, też nie zostałam. W ósmej klasie ogniska muzycznego, do której dotarłam z większymi lub mniejszymi sukcesami, gdzieś w połowie roku, po egzaminie półrocznym, pani powiedziała mi, że nie mogę zagrać Chopina do egzaminu końcowego, bo mam za mały rozstaw palców (oktawę łapałam, ale dalej zaczynały się schody). A ja wtedy żyłam Chopinem, żyłam marzeniem, że wystartuję w konkursie. Nie byłam cudownym dzieckiem, jednak w tamtych czasach miałam szanse. No prawie miałam, gdyby znów nie ta budowa, tym razem dłoni. Rozczarowałam się tak bardzo, że po tej rozmowie przestałam chodzić na lekcje muzyki. Ostatniego egzaminu też nie zdawałam. Granie przestało mieć dla mnie sens. Długo trwało zanim siadłam do pianina i trzasnęłam etiudę. Etiudy to fajna rzecz, bo można mocno je grać i wymagają dobrej techniki, co wymaga skupienia, a to z kolei pozwala oderwać się od rzeczywistości i zapomnieć o gnębiących rzeczach. Teraz taką terapeutyczną rolę odgrywa YT- puszczam sobie na ful mocnego rocka i terapia działa. Czyli marzenie o wielkim konkursie chopinowskim poszło się paść. Balet- nie, muzyka- nie… Byłam takim cichym spokojnym dzieckiem, taką grzeczniutką dziewczynką, nieśmiałą, ułożoną, a w środku mnie… wulkan. Wszystko we mnie się gotowało, ale nic na zewnątrz. Tak było bezpiecznie, bo układy rodzinne wymagały takiej postawy. Musiałam gdzieś tę energię, ten bunt, to coś, co mnie gnało, wyrzucić z siebie. Obok domu był las i do tego lasu gnałam jak szalona. Obok pies. Potrafiłam godzinami włóczyć się po lesie, a kiedy mnie takie spokojne chodzenie nudziło, leciałam prze rowy, polany, groble… I pojawił się sport. Najpierw grałam w drużynie siatkarskiej- nie śmiać się- mała jestem, ale skoczność i mocny serw miałam. Zwłaszcza te serwy wykańczały przeciwnika, bo nikt się czegoś takiego po małym kurdupelku nie spodziewał. Byłam w siódmej klasie, kiedy wuefista stwierdził, że dobrze biegam i powinnam polecieć w powiatowych przełajach. Pobiegłam - znalazłam się na drugim miejscu. Dalej poleciało- zmiana szkoły, klub, treningi i regularny wyczyn. Pojawiło się następne marzenie- może by tak jakieś ważniejsze mistrzostwa? No i wybiegałam vice mistrzostwo Śląska. Niby nie takie ważne, ale potem pomogło mi się dostać do sportowego bez egzaminów. Na razie biegałam na pomniejszych zawodach i marzyłam o zostaniu mechanikiem samochodowym. Zdałam do technikum, jednak nie zostałam przyjęta (9 dziewczyn na 60 miejsc i żadna nie została przyjęta). To znaczy zostałam we wrześniu, ale ja już byłam w liceum sportowym, a o tym przyjęciu dowiedziałam się dwa lata później. Powiem tylko tyle, że moi rodzice nie widzieli mnie w zawodzie mechanika. Chodziłam do sportowego, ale nigdy, przenigdy nie pomyślałam, że będę trenerem lub wuefistą. Następnym moim marzeniem było zostać mikrobiologiem. Wiecie, że ja potrafię „godzinami” tkwić przy jakimś przyrodniczym „kąsku”. Przyroda to mój świat. Marzyłam o pracach badawczych nad nowymi gatunkami roślin. I od razu zakładałam, że to nie będzie praca ze zwierzętami. Nie udźwignęłabym badań laboratoryjnych. To też nie wyszło, raczej z przyczyn obiektywnych. Musiałam zrezygnować ze studiowania w Krakowie. No to poszłam na PPKO do Cieszyna. I tu zrodziło się następne marzenie- obronię magisterkę, poszukam schroniska, w którym mogłabym pracować, lub domu wczasowego. Diabli wzięli i to marzenie. Zostałam nauczycielem. I żeby ktoś nie myślał, byłam sumiennym, dobrym nauczycielem, bo jaskółczy typ tak ma, że za co się bierze, to robi to dokładnie, przyzwoicie, sumiennie i odpowiedzialnie. Ale nie rajcowała mnie ta praca. Może nie tak- kiedy byłam z uczniami w klasie i prowadziłam lekcję, to tak, lubiłam to. Kiedy tylko wchodziłam do pokoju nauczycielskiego, albo musiałam użerać się z przepisami, dokumentami itp. miałam ochotę trzepnąć tym wszystkim w diabły. Najpierw 4 lata pracowałam w podstawówkach, potem 6 lat jako starszy asystent na uczelni, potem los zagnał mnie z powrotem do podstawówki. W tej podstawówce uczyłam 16 lat (nawet zdarzyło mi się być w niej dyrektorem) i równolegle prowadziłam przez 8 lat zajęcia na uczelni. A potem się wszystko w podstawówce schrzaniło. Na uczelniach popracowałam jeszcze przez 5 następnych lat i powiedziałam sobie: „No Jaskółka, jeśli nie chcesz, by Cię zawieźli z żółtymi papierami do wariatkowa, to nie składaj już podań na kolejną uczelnię”. Ten, kto śledzi to, co się wyprawia na uczelniach od prawie 10 lat, to zrozumie moją decyzję. Nie uśmiechało mi się pracować w ZOPM czyli zakładzie obróbki papierów małowartościowych. Aha, a po drodze, gdzieś w połowie pierwszej dziesiątki XXI wieku obroniłam pracę doktorską (nauki humanistyczne) i jestem fachmanem od pedagogiki kultury. Teraz… teraz mam własny sklep i jest mi nareszcie spokojnie.

Od razu też napiszę- sprostuję informację o mnie, a która kompletnie nie pasuje do mojego charakteru. Ktoś chciał, pewnie, dobrze dla mnie, a zrobił tzw. „Niedźwiedzia przysługę”. Ktoś chciał mnie przedstawić jako taką cichutką, spokojniutką, skromniutką nauczycielkę, co to szkolną dziatwę uczy. No, bo chyba nie przysłowiową siłaczkę, skoro określono mnie w tak archaicznym (XIX wiecznym) stylu.
Otóż prostuję, ja jestem typem człowieka, co to nie wychodzi przed szereg, kiedy nie ma ku temu potrzeby. Niemniej, w momencie naruszania, mojego lub innych ludzi, interesu, moja „skromność” włazi do najbardziej czarnego kąta i nie wyłazi dopóki nie wyrzucę z siebie wszystkiego, co mi się nie podoba. Oznacza to nic innego, jak jasny przekaz- potrafię walczyć o innych i o siebie, co nie ma nic wspólnego ze skromnością.
Jestem człowiekiem spokojnym, kiedy biorę udział w dyskusji, słucham i nie przerywam, ale nie mam problemu z argumentowaniem i nie czerwienię się nawet przy tym, oraz nie jąkam się, nie bąkam i nie spuszczam ze skromnością oczu zielonych swych.
Owszem, nie jestem typem człowieka „atakującego’ swą osobą. Nie jestem wyrywna, ale po ukończeniu podstawówki nigdy nie miałam problemów z nawiązywaniem kontaktów. Przyznam, że nie rwałam się do natychmiastowych znajomości i przyjaźni, ale w pociągu, w sklepie, u lekarza, na ulicy, nie „uciekałam” od ludzi. Nie kryję się też z moim dorobkiem, potrafię o nim rozmawiać, potrafię się nim „posługiwać” bez specjalnego afiszowania się, ale też bez: „ależ nie, ależ to takie mikre, ależ … co ja znaczę wobec….”.
Określanie nauczycielki przymiotnikiem „skromna”, w moim mniemaniu, jest wyrządzaniem jej, w pewnym sensie, krzywdy. Nauczyciel to taki specyficzny zawód, gdzie nie ma miejsca na skromność. Jak nie pokażesz, nie pochwalisz się swoją pracą, to może to skutkować nie otrzymaniem dodatku motywacyjnego, nie przyznaniem punktacji do awansu.
Nauczyciel, którego pracy „nie widać’ w środowisku, nie otrzyma pochlebnej opinii, a skromny spotka się częściej z lekkim pobłażaniem niż z pełnym szacunkiem.
Byłam dyrektorem i gdyby mi ktoś zaproponował kandydatkę/kandydata na stanowisko nauczyciela, określając ją/jego: „to taka skromna osoba”, zastanowiłabym się dobrze, czy aby nadaje się do zawodu. Była w szkole pani, która do hałasujących szóstoklasistów zwracała się głosem mdlejącej królewny: „Dzieci, proszę uspokójcie się”. Nie muszę chyba pisać, jak uczniowie na takie upomnienie reagowali. Nie chodzi o ordynarny krzyk ”spokój” (oj znamy, znamy…), ale o stanowczość. Nauczycielem nie powinna być osoba cichutka, skromniutka myszka, której uczniowie na głowę wchodzą i totalnie lekceważą. Taka osoba stwarza realne zagrożenie, bo nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa swoim podopiecznym.
A przy okazji poruszę sprawę negatywnego naboru do zawodu nauczycielskiego. Rozmawiam z matką licealistki i dowiaduję się, że córka chce zostać nauczycielem przedszkola. Znam dziewczynę i myślę sobie, że ona akurat się nie nadaje. Właśnie dlatego, że taka skromniutka, cichutka, nie wadząca nikomu. Zamęczy się w tym przedszkolu, nie mówiąc już o dzieciach. Jeszcze nie zdążyłam się odezwać- nie nachalnie, ale dyplomatycznie chciałam, delikatnie zasugerować, gdy mama mówi:
- Wie pani, bo ona tak bardzo kocha dzieci, tak bardzo, że będzie jej z nimi dobrze.
Klasyczny wręcz przykład motywów podejmowania pracy w przedszkolu, czy szkole. Co w zamian- ano pani ma dzieci szanować, a nie kochać, bo z miłości można „kota zagłaskać”.
Chciałabym, by mnie dokładnie zrozumiano. Nie chodzi mi o skromność jako cechę w ogóle, ale skromność w kontekście pracy zawodowej. Nauczyciel musi się wykazywać ogromną aktywności dydaktyczną, wychowawczą, organizacyjną i umiejętnością dogadywania się ze wszystkimi- uczniami, rodzicami, personelem i pozostałymi nauczycielami. I powinien to umieć „sprzedać” otoczeniu. Tu nie ma miejsca na krygowanie się, na milczenie, odsuwanie od zespołu, zamykanie się w swojej skromności. Może tak było do połowy XX wieku, ale podczas mojej praktyki zawodowej wymagano od nas aktywności, przebojowości, otwartości.
Być może autorowi tego sformułowania skromność pomyliła się z nieśmiałością, co wcale nie jest takie dziwne, bo te dwie cechy często idą ze sobą w parze. Otóż tak, w mojej pracy zawodowej miałam problem ze swoją nieśmiałością. Myślę też, że ten problem dotyka wielu nauczycieli i nie jestem jakimś odosobnionym przypadkiem. Prawdopodobnie gdzieś w dzieciństwie zaniżono mi samoocenę i dalej się to za mną wlokło przez całe życie. Na czym polegał mój problem? Otóż zawsze i nieodmiennie, kiedy miałam stanąć przed klasą czy przed studentami, lub referować na konferencji, pojawiał się strach przed obciachem i trema, że się zbłaźnię. Przyznam, iż stawałam przed gremium na drżących nogach z paniką w duszy. Jednak trwało to parę sekund i jak tylko zabrałam głos, wszystko mijało. Taka „nieśmiałość’ towarzyszyła, odkąd pamiętam, podczas wszystkich sytuacji „sprawdzających mnie”. Kiedyś dostałam klapę od trenera, bo „zamurowało” mnie przed wejściem w bloki, ale kiedy weszłam na bieżnię, wszystko potoczył się już bez strachu.

Na studiach koleżanki musiały otwierać drzwi i wpychać mnie na egzamin, w klasie stawałam przed uczniami, patrzyłam przez chwilę w okno i przechodziło. Nauczyłam się ten moment przezwyciężać. Nie sądzę też, by ktoś postronny widział, co się ze mną dzieje. Mając świadomość takiej „ułomności” własnego jestestwa, ciągle się dokształcałam, czytałam- musiałam być przygotowana na „pytanie”.
Nieśmiałość/skromność życiowa opuściła mnie w liceum i nigdy nie miałam problemu z załatwieniem spraw urzędowych, walczeniem o swoje prawa, upominaniem się, nawiązywaniem kontaktów. Jak mam coś załatwić, to robię to wedle powiedzonka „Raz kozie śmierć” i działam szybko, by mieć problem z głowy. Nie znoszę czekania, przewlekania, odraczania
Po prostu byłam i jestem spokojna, opanowana. Zawsze towarzyszyło mi dewiza- „Tylko spokój może cię uratować”. I to działało u mnie już automatycznie. Nigdy też nie usłyszałam od innych, w stosunku do mnie, określenia „nieśmiała”, czy „skromna”. Określano mnie przeważnie - spokojna. Moją zachowawczość przyjmowano normalnie, co najwyżej usłyszałam, że drę nosa. No, to jak drę nosa, to z pewnością powodem tego nie była skromność, mimo, iż nie leciałam i nie ogłaszałam wszem wobec moich sukcesów czy porażek.

czwartek, 25 maja 2017

Zainteresowania...... Cykl "Treści wzgardzone" (1)



Nie znoszę, gdy ktoś marnuje mój czas i moją pracę
Poznajcie Jaskółkę.


Zainteresowania – fotografia, muzyka, taniec, sport, motoryzacja, robótki- wszystkie możliwe techniki, ogród i nade wszystko przyroda.
Mój idol Martin Luther King, absolutny i jedyny. Żaden piosenkarz, tancerz, muzyk, tylko on i to od czasów, kiedy byłam nastolatką. I to jest w skrócie odpowiedź na pytanie dotyczące prawa kobiet oraz ogólniej- praw człowieka. A w ogóle to ja jestem pacyfistką i wszelka przemoc, wojny, okrucieństwa są dla mnie czymś odrażającym, niepotrzebnym. Bardzo chciałabym, by ludzie wreszcie przestali być dla siebie wrogami.
O fotografowaniu- nie bawi mnie ustawianie aparatu na manualnych opcjach. Cykam „na żywo” ten moment, to, co teraz się dzieje, chwilę, ruch. Lubię też wyszukiwać różne detale i fotografować je w różnych ujęciach. Bardzo podobają mi się fotografie wypracowane, obrobione. Jednak to nie to, co ja chciałabym pokazać.
Takie samo podejście mam do mojego rękodzieła. Podziwiam równiutko ułożone nitki w hafcie, piękne kształty robótek, dopracowane detale- mnie interesuje „indywidualizm”,  moje prace nie są niechlujne, ale nie są takie „śliczniutki, równiutkie” jak innych.

We wszystkim szukam indywidualnych cech człowieka. Takich rysów, które odzwierciedlają jego charakter. Może dlatego, że ja też jestem,  „odstającą” od stereotypów, istotą. Oczywiście nie jakoś nadzwyczajnie, ale wystarczająco, by ludzie często określali mnie słowem „dziwna”.
Przywykłam.

Lubię wiedzieć, szukanie informacji we wszystkich możliwych źródłach to moje ulubione zajęcie. Interesuje mnie biblistyka i filozofia oraz antropologia. Na bieżąco śledzę politykę.
Mąż się śmieje, że  powinnam zaszyć się w zaciszu domowym i tworzyć naukowo- to jest mój właściwy klimat i właściwe miejsce, a nie na uczelniach, gdzie łatwo mnie pożreć.

Moją wadą, upierdliwą dla mnie samej (długotrwałe molenie w duszy), jest rozgryzanie motywów ludzkiego postępowania-  dlaczego, co nią/nim kierowało, co to za człowiek, co ona/on czuje…

 Lubię sztukę na pograniczu snu, surrealizmu (nie kubizm). Barokowe cacka, owszem, klasycystyczny porządek, owszem, ale to nie to. Ja lubię, kiedy w sztuce coś się dzieje, coś zaskakuje. Malarstwo w różnych stylach też lubię, ale te grzeczne Monety, czy nasze polskie Grottgery, Matejki,… Hmmmmm, śmieszy mnie teraz nasza sztuka „powstańcza’, „wojenna’. A przecież wychowana jestem, jak najbardziej, w duchu patriotyzmu na klasycznej polskiej literaturze. Przyznam się, że nie znoszę Sienkiewicza. Te potopy, ognie i miecze- to zamydlanie historii, to wmawianie czegoś, czego nie było i często groteskowe postaci, mimo bohaterstwa, śmieszą mnie i irytują. Wolę Żeromskiego i jego „Wiatr od morza”. Bardzo podchodzi mi literatura 20-lecia międzywojennego oraz Młodej Polski.
Czytam literaturę faktu,  literaturę  popularnonaukową, literaturę dotycząca wszystkiego, co może mi powiedzieć o powstaniu Ziemi, pochodzeniu człowieka itp. Oraz książki historyczne. Nie lubię typowo babskiej literatury. Omijam z daleka te wszystkie „Tiny”, „Przyjaciółki”. Czytam zeszyty historyczne, „Politykę”, „Newsweeka”
I po cichy przyznam się, że nie lubię literatury fachowej- pedagogicznej, psychologicznej, co nie znaczy, że jej nie przegryzłam. Owszem, prawie wszystkie stare i nowe pozycje z tych dziedzin przeczytałam i mam teraz wstręt do wszystkiego, co związane jest z pedagogiką. Za to z przyjemnością czytam wywiady z filozofami i socjologami, politykami.
Moje muzyczne zainteresowania są dosyć obszerne. Od klasycznego rocka, przez hard rock, heavy metal po ukochanego bluesa. Z klasyki to, przede wszystkim, Chopin i Rachmaninow, potem Liszt, Smetana, Grieg.

I na koniec jajko niespodzianka- nie lubię poezji. Owszem przytoczę, owszem czytam, owszem doceniam umiejętność pisania poezji, składania rymów, ale te wszystkie roztkliwiania się nad nią, że ach cudne, piękne, uduchowione, są mi obce. Jedyną  naprawdę strawną dla mnie poezją, są wiersze  Leśmiana.
 Z obcych kultur, najbliższa jest mi rosyjska. Tam mnie ciągnie, to czuję.
Z listu do….
Wstrętu do literatury fachowej nabrałam podczas pisania doktoratu.
Przeczytałam też multum pozycji z różnych pokrewnych pedagogice 
dziedzin. Między innymi zaliczyłam egzamin z biblistyki, który składał
się z dwóch części- najpierw zdawałam wszystko, co dotyczyło Starego
Testamentu, a potem Nowego Testamentu. Jednak ostatecznego wstrętu
nabrałam w ostatnich latach mojej pracy na uczelni, kiedy dostałam w
jednym roku 7 przedmiotów do realizacji i przygotowywałam się do
wykładów w każdej wolnej chwili. Siedziałam przy kompie, obłożona
lit. fachową i pisałam wykłady. Wszystkie wieczory, niedziele, święta-
czytałam i przygotowywałam się do pracy. I może byłoby łatwiej, gdyby
te pozycje były pisane językiem bardziej przystępnym. Jednak,
większość z nich jest tak naszpikowana słownictwem „nie z tej
planety’, że nim rozgryzłam, o co chodzi, minuty mijały ( a przecież
miałam już solidne podstawy). Często musiałam czytać parę razy
kawałek, by zaskoczyć co autor miał na myśli, a potem to przetworzyć
na język zrozumiały dla studentów  oraz w taki sposób, żebym ja sama
potrafiła im to przystępnie przekazać. Czytać dla siebie, a czytać by
przekazać innym, to jednak ogromna różnica.
Poezja- polonistki miałam bardzo dobre. To, jak teraz piszę, jest
wynikiem późniejszych doświadczeń. Poezji nie lubię odkąd pamiętam.
Nie lubię tej częstej egzaltacji, jaka jej towarzyszy. A już komentarze,
 na blogach z poezją, dobijają mnie. Jestem przekonana, że większość
czytających nie ma zielonego pojęcia o co chodzi, ale szpanuje na
ogromnych „znawców’ tematu. Ale teraz się zezgryźliwiłam. Jeżeli
mam wybrać coś z poezji to Tuwim, Leśmian, może Tetmajer…O dziwo,
lubię też poezję Przybyszewskiego. A wiesz, że Mickiewicz jest świetny
w „Panu Tadeuszu”, tylko trzeba go umiejętnie czytać i wywalić ten
cały oblewający go brąz. Ja lubię to wszystko, co prześmiewcze, co w
jakiś radosny sposób, w miarę przyjazny wykpiwa. Popatrz na
Jasnorzewską i na jej „ptaszka idiotę”. Takie właśnie „słowa’
mnie bawią, interesują i to mogę czytać z przyjemnością. Nie znoszę
patosu, górnolotności, zadęcia i tej całej „patriotycznej” otoczki.
Hmmmm… wynika z tego, że jednak coś z tej poezji lubię.



środa, 24 maja 2017

Biżuteria z granatami

Trudny wybór - jest tak dużo pięknej biżuterii z motywem granatu, że nie wiadomo, co najpierw pokazać. Dobrałam zdjęcia tak, by pokazać różnorodną biżuterię z motywem granatu.



















Wszystkie zdjęcia znalazłam na Pintereście.