poniedziałek, 29 maja 2017

Jak to ze skromnością było...Cykl "Treści wzgardzone" (2).


Jestem nieskromna, więc piszę dalej.
Gdyby ktoś kiedyś mi powiedział, że zostanę nauczycielem, wyśmiałabym go mocno. Nigdy, przenigdy nie chciałam być nauczycielem. Miałam inne wizje i marzenia. Jednak w całym dotychczasowym życiu musiałam po kolei rezygnować z moich marzeń. Kiedy miałam 10 lat, pożegnałam się z marzeniem zostania baletnicą. Od 6 roku życia chodziłam na lekcje rytmiki i mama postanowiła, że będę zdawała egzamin do szkoły baletowej w Bytomiu. Po egzaminie, jeden z egzaminatorów poprosił mamę na rozmowę. Owszem, zdałam, ale moja budowa (chodziło o durny szpagat, który nie chciał się „domykać”, oraz wzrost) wymagałaby wzmożonych dodatkowych ćwiczeń. Mama chyba się wystraszyła tego i dodatkowo uzmysłowiła sobie, że umieszczenie 10 letniej dziewczynki w internacie tak daleko od domu, to jednak nie jest dobry pomysł. Nie zostałam baletnicą. Pianistką, grającą głównie Chopina, też nie zostałam. W ósmej klasie ogniska muzycznego, do której dotarłam z większymi lub mniejszymi sukcesami, gdzieś w połowie roku, po egzaminie półrocznym, pani powiedziała mi, że nie mogę zagrać Chopina do egzaminu końcowego, bo mam za mały rozstaw palców (oktawę łapałam, ale dalej zaczynały się schody). A ja wtedy żyłam Chopinem, żyłam marzeniem, że wystartuję w konkursie. Nie byłam cudownym dzieckiem, jednak w tamtych czasach miałam szanse. No prawie miałam, gdyby znów nie ta budowa, tym razem dłoni. Rozczarowałam się tak bardzo, że po tej rozmowie przestałam chodzić na lekcje muzyki. Ostatniego egzaminu też nie zdawałam. Granie przestało mieć dla mnie sens. Długo trwało zanim siadłam do pianina i trzasnęłam etiudę. Etiudy to fajna rzecz, bo można mocno je grać i wymagają dobrej techniki, co wymaga skupienia, a to z kolei pozwala oderwać się od rzeczywistości i zapomnieć o gnębiących rzeczach. Teraz taką terapeutyczną rolę odgrywa YT- puszczam sobie na ful mocnego rocka i terapia działa. Czyli marzenie o wielkim konkursie chopinowskim poszło się paść. Balet- nie, muzyka- nie… Byłam takim cichym spokojnym dzieckiem, taką grzeczniutką dziewczynką, nieśmiałą, ułożoną, a w środku mnie… wulkan. Wszystko we mnie się gotowało, ale nic na zewnątrz. Tak było bezpiecznie, bo układy rodzinne wymagały takiej postawy. Musiałam gdzieś tę energię, ten bunt, to coś, co mnie gnało, wyrzucić z siebie. Obok domu był las i do tego lasu gnałam jak szalona. Obok pies. Potrafiłam godzinami włóczyć się po lesie, a kiedy mnie takie spokojne chodzenie nudziło, leciałam prze rowy, polany, groble… I pojawił się sport. Najpierw grałam w drużynie siatkarskiej- nie śmiać się- mała jestem, ale skoczność i mocny serw miałam. Zwłaszcza te serwy wykańczały przeciwnika, bo nikt się czegoś takiego po małym kurdupelku nie spodziewał. Byłam w siódmej klasie, kiedy wuefista stwierdził, że dobrze biegam i powinnam polecieć w powiatowych przełajach. Pobiegłam - znalazłam się na drugim miejscu. Dalej poleciało- zmiana szkoły, klub, treningi i regularny wyczyn. Pojawiło się następne marzenie- może by tak jakieś ważniejsze mistrzostwa? No i wybiegałam vice mistrzostwo Śląska. Niby nie takie ważne, ale potem pomogło mi się dostać do sportowego bez egzaminów. Na razie biegałam na pomniejszych zawodach i marzyłam o zostaniu mechanikiem samochodowym. Zdałam do technikum, jednak nie zostałam przyjęta (9 dziewczyn na 60 miejsc i żadna nie została przyjęta). To znaczy zostałam we wrześniu, ale ja już byłam w liceum sportowym, a o tym przyjęciu dowiedziałam się dwa lata później. Powiem tylko tyle, że moi rodzice nie widzieli mnie w zawodzie mechanika. Chodziłam do sportowego, ale nigdy, przenigdy nie pomyślałam, że będę trenerem lub wuefistą. Następnym moim marzeniem było zostać mikrobiologiem. Wiecie, że ja potrafię „godzinami” tkwić przy jakimś przyrodniczym „kąsku”. Przyroda to mój świat. Marzyłam o pracach badawczych nad nowymi gatunkami roślin. I od razu zakładałam, że to nie będzie praca ze zwierzętami. Nie udźwignęłabym badań laboratoryjnych. To też nie wyszło, raczej z przyczyn obiektywnych. Musiałam zrezygnować ze studiowania w Krakowie. No to poszłam na PPKO do Cieszyna. I tu zrodziło się następne marzenie- obronię magisterkę, poszukam schroniska, w którym mogłabym pracować, lub domu wczasowego. Diabli wzięli i to marzenie. Zostałam nauczycielem. I żeby ktoś nie myślał, byłam sumiennym, dobrym nauczycielem, bo jaskółczy typ tak ma, że za co się bierze, to robi to dokładnie, przyzwoicie, sumiennie i odpowiedzialnie. Ale nie rajcowała mnie ta praca. Może nie tak- kiedy byłam z uczniami w klasie i prowadziłam lekcję, to tak, lubiłam to. Kiedy tylko wchodziłam do pokoju nauczycielskiego, albo musiałam użerać się z przepisami, dokumentami itp. miałam ochotę trzepnąć tym wszystkim w diabły. Najpierw 4 lata pracowałam w podstawówkach, potem 6 lat jako starszy asystent na uczelni, potem los zagnał mnie z powrotem do podstawówki. W tej podstawówce uczyłam 16 lat (nawet zdarzyło mi się być w niej dyrektorem) i równolegle prowadziłam przez 8 lat zajęcia na uczelni. A potem się wszystko w podstawówce schrzaniło. Na uczelniach popracowałam jeszcze przez 5 następnych lat i powiedziałam sobie: „No Jaskółka, jeśli nie chcesz, by Cię zawieźli z żółtymi papierami do wariatkowa, to nie składaj już podań na kolejną uczelnię”. Ten, kto śledzi to, co się wyprawia na uczelniach od prawie 10 lat, to zrozumie moją decyzję. Nie uśmiechało mi się pracować w ZOPM czyli zakładzie obróbki papierów małowartościowych. Aha, a po drodze, gdzieś w połowie pierwszej dziesiątki XXI wieku obroniłam pracę doktorską (nauki humanistyczne) i jestem fachmanem od pedagogiki kultury. Teraz… teraz mam własny sklep i jest mi nareszcie spokojnie.

Od razu też napiszę- sprostuję informację o mnie, a która kompletnie nie pasuje do mojego charakteru. Ktoś chciał, pewnie, dobrze dla mnie, a zrobił tzw. „Niedźwiedzia przysługę”. Ktoś chciał mnie przedstawić jako taką cichutką, spokojniutką, skromniutką nauczycielkę, co to szkolną dziatwę uczy. No, bo chyba nie przysłowiową siłaczkę, skoro określono mnie w tak archaicznym (XIX wiecznym) stylu.
Otóż prostuję, ja jestem typem człowieka, co to nie wychodzi przed szereg, kiedy nie ma ku temu potrzeby. Niemniej, w momencie naruszania, mojego lub innych ludzi, interesu, moja „skromność” włazi do najbardziej czarnego kąta i nie wyłazi dopóki nie wyrzucę z siebie wszystkiego, co mi się nie podoba. Oznacza to nic innego, jak jasny przekaz- potrafię walczyć o innych i o siebie, co nie ma nic wspólnego ze skromnością.
Jestem człowiekiem spokojnym, kiedy biorę udział w dyskusji, słucham i nie przerywam, ale nie mam problemu z argumentowaniem i nie czerwienię się nawet przy tym, oraz nie jąkam się, nie bąkam i nie spuszczam ze skromnością oczu zielonych swych.
Owszem, nie jestem typem człowieka „atakującego’ swą osobą. Nie jestem wyrywna, ale po ukończeniu podstawówki nigdy nie miałam problemów z nawiązywaniem kontaktów. Przyznam, że nie rwałam się do natychmiastowych znajomości i przyjaźni, ale w pociągu, w sklepie, u lekarza, na ulicy, nie „uciekałam” od ludzi. Nie kryję się też z moim dorobkiem, potrafię o nim rozmawiać, potrafię się nim „posługiwać” bez specjalnego afiszowania się, ale też bez: „ależ nie, ależ to takie mikre, ależ … co ja znaczę wobec….”.
Określanie nauczycielki przymiotnikiem „skromna”, w moim mniemaniu, jest wyrządzaniem jej, w pewnym sensie, krzywdy. Nauczyciel to taki specyficzny zawód, gdzie nie ma miejsca na skromność. Jak nie pokażesz, nie pochwalisz się swoją pracą, to może to skutkować nie otrzymaniem dodatku motywacyjnego, nie przyznaniem punktacji do awansu.
Nauczyciel, którego pracy „nie widać’ w środowisku, nie otrzyma pochlebnej opinii, a skromny spotka się częściej z lekkim pobłażaniem niż z pełnym szacunkiem.
Byłam dyrektorem i gdyby mi ktoś zaproponował kandydatkę/kandydata na stanowisko nauczyciela, określając ją/jego: „to taka skromna osoba”, zastanowiłabym się dobrze, czy aby nadaje się do zawodu. Była w szkole pani, która do hałasujących szóstoklasistów zwracała się głosem mdlejącej królewny: „Dzieci, proszę uspokójcie się”. Nie muszę chyba pisać, jak uczniowie na takie upomnienie reagowali. Nie chodzi o ordynarny krzyk ”spokój” (oj znamy, znamy…), ale o stanowczość. Nauczycielem nie powinna być osoba cichutka, skromniutka myszka, której uczniowie na głowę wchodzą i totalnie lekceważą. Taka osoba stwarza realne zagrożenie, bo nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa swoim podopiecznym.
A przy okazji poruszę sprawę negatywnego naboru do zawodu nauczycielskiego. Rozmawiam z matką licealistki i dowiaduję się, że córka chce zostać nauczycielem przedszkola. Znam dziewczynę i myślę sobie, że ona akurat się nie nadaje. Właśnie dlatego, że taka skromniutka, cichutka, nie wadząca nikomu. Zamęczy się w tym przedszkolu, nie mówiąc już o dzieciach. Jeszcze nie zdążyłam się odezwać- nie nachalnie, ale dyplomatycznie chciałam, delikatnie zasugerować, gdy mama mówi:
- Wie pani, bo ona tak bardzo kocha dzieci, tak bardzo, że będzie jej z nimi dobrze.
Klasyczny wręcz przykład motywów podejmowania pracy w przedszkolu, czy szkole. Co w zamian- ano pani ma dzieci szanować, a nie kochać, bo z miłości można „kota zagłaskać”.
Chciałabym, by mnie dokładnie zrozumiano. Nie chodzi mi o skromność jako cechę w ogóle, ale skromność w kontekście pracy zawodowej. Nauczyciel musi się wykazywać ogromną aktywności dydaktyczną, wychowawczą, organizacyjną i umiejętnością dogadywania się ze wszystkimi- uczniami, rodzicami, personelem i pozostałymi nauczycielami. I powinien to umieć „sprzedać” otoczeniu. Tu nie ma miejsca na krygowanie się, na milczenie, odsuwanie od zespołu, zamykanie się w swojej skromności. Może tak było do połowy XX wieku, ale podczas mojej praktyki zawodowej wymagano od nas aktywności, przebojowości, otwartości.
Być może autorowi tego sformułowania skromność pomyliła się z nieśmiałością, co wcale nie jest takie dziwne, bo te dwie cechy często idą ze sobą w parze. Otóż tak, w mojej pracy zawodowej miałam problem ze swoją nieśmiałością. Myślę też, że ten problem dotyka wielu nauczycieli i nie jestem jakimś odosobnionym przypadkiem. Prawdopodobnie gdzieś w dzieciństwie zaniżono mi samoocenę i dalej się to za mną wlokło przez całe życie. Na czym polegał mój problem? Otóż zawsze i nieodmiennie, kiedy miałam stanąć przed klasą czy przed studentami, lub referować na konferencji, pojawiał się strach przed obciachem i trema, że się zbłaźnię. Przyznam, iż stawałam przed gremium na drżących nogach z paniką w duszy. Jednak trwało to parę sekund i jak tylko zabrałam głos, wszystko mijało. Taka „nieśmiałość’ towarzyszyła, odkąd pamiętam, podczas wszystkich sytuacji „sprawdzających mnie”. Kiedyś dostałam klapę od trenera, bo „zamurowało” mnie przed wejściem w bloki, ale kiedy weszłam na bieżnię, wszystko potoczył się już bez strachu.

Na studiach koleżanki musiały otwierać drzwi i wpychać mnie na egzamin, w klasie stawałam przed uczniami, patrzyłam przez chwilę w okno i przechodziło. Nauczyłam się ten moment przezwyciężać. Nie sądzę też, by ktoś postronny widział, co się ze mną dzieje. Mając świadomość takiej „ułomności” własnego jestestwa, ciągle się dokształcałam, czytałam- musiałam być przygotowana na „pytanie”.
Nieśmiałość/skromność życiowa opuściła mnie w liceum i nigdy nie miałam problemu z załatwieniem spraw urzędowych, walczeniem o swoje prawa, upominaniem się, nawiązywaniem kontaktów. Jak mam coś załatwić, to robię to wedle powiedzonka „Raz kozie śmierć” i działam szybko, by mieć problem z głowy. Nie znoszę czekania, przewlekania, odraczania
Po prostu byłam i jestem spokojna, opanowana. Zawsze towarzyszyło mi dewiza- „Tylko spokój może cię uratować”. I to działało u mnie już automatycznie. Nigdy też nie usłyszałam od innych, w stosunku do mnie, określenia „nieśmiała”, czy „skromna”. Określano mnie przeważnie - spokojna. Moją zachowawczość przyjmowano normalnie, co najwyżej usłyszałam, że drę nosa. No, to jak drę nosa, to z pewnością powodem tego nie była skromność, mimo, iż nie leciałam i nie ogłaszałam wszem wobec moich sukcesów czy porażek.

34 komentarze:

  1. Podobnie zaczynalam, bo byl balet i gra na pianinie, takie mojej mamy decyzje, no w koncu bylam dzieckem, kariery w tych dziedzinach nie zrobilam. Chyba tez dla mamy uczylam sie pilnie, ale tez lubilam zdobywac wiedze, mialam swoje ulubione przedmioty, poszlam na studia techniczne, ktore nie tylko daly mi zawod, ale ogolnie wzbogacily mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja mam też nie wyobrażała, by panienki nie umiały grać na pianinie i nie chodziły na rytmikę. Mnie się podobało. Moja siostra - człowiek mocno asertywny-szybko postawiła na swoim i matka zrezygnowała. A ja chodziłam z przyjemnością, chociaż było to mocne obciążenie, bo na zajęcia trzeba było dojeżdżać pół godziny autobusem do miasta (a do przystanku 800 metrów przez las).
      Uczyłam się różnie, ale nie najgorzej. Bardziej łapałam wiedzę mnie potrzebną, a niekoniecznie potrzebną do danej oceny.
      Najbardziej wzbogaciły mnie studia PPKO- bardzo obszerne, bardzo wszechstronne i mocno nasycone treściami.

      Usuń
  2. Z wielką uwagą przeczytałam, zwłaszcza to o cichych i skromnych w zawodzie. Miala w liceum koleżankę, nadzwyczaj cichą i małomówną, ale tak do bólu, ze przez 4 lata szkoły może ze dwa całe zdania zamieniłyśmy, bo Ula jedynie monosylabami odburknąć raczyła.
    Poszłam na studia i dowiedziałam się, ze tuz po liceum Ula zaczęła pracę w wiejskiej szkole jako...polonistka. Po prostu z nóg mnie ścięło, bo nie dość, że cicha i milcząca zwykle, to jeszcze żadna z niej była humanistka. Chciałabym zobaczyć te lekcje polskiego w jej szkole....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też chciałabym zobaczyć. Ja to piszę na podstawie własnych doświadczeń, obserwacji, opowiadań studentów studiów zaocznych, ale być może dziewczyna odnalazła się w zawodzie i środowisku. Mnie też odbierano jako cichą, bo żyłam we własnym świecie. A ja nie miałam o czym dyskutować z dziewczynami, dla których problemem była sukienka do kościoła, a ja właśnie odsłuchałam (nocą w radiu Luksemburg) nowy utwór Jima Morrisona i chciałabym o tym porozmawiać.
      Polonistka... tu trzeba być mocno oblatanym,wygadanym i mieć zmysł organizacyjny, bo na polonistach zazwyczaj ciąży obowiązek "obsługi" imprez szkolnych

      Usuń
    2. Wiesz, to nie była kwestia cichości tego typu, my byliśmy klasą humanistyczną, nasz polonista miał charyzmę, prędzej gadaliśmy o Antygonie i Schulzu, niż o kieckach i takich tam...jeździliśmy do teatru, czytaliśmy nowości, oglądaliśmy po kryjomu przyjazd papieża na historii,a Ula ledwo kończyła klasy, nie brała udziału w żadnej dyskusji.
      Jej praca po maturze to po prostu było dziwne...

      Usuń
    3. A może właśnie było to na zasadzie- Kim ty dziecko zostaniesz? A wiesz, taka jesteś spokojna ciucha, nadajesz się na nauczycielkę?
      Rodzice wszystko potrafią wmówić. A może to ambicja, by pokazać tym w klasie, że zostanie się kimś? Dawniej nauczyciel miał większy prestiż.

      Usuń
    4. Mnie nauczycielki polskiego mówiły, że piszę świetne wypracowania, a ja po prostu złapałam podstawowy schemat- wstęp, rozwinięcie, zakończenie i proporcje tych części, a potem po prostu pisałam własne przemyślenia. Dużo czytałam i to chyba wyróżniało mnie wśród innych uczniów. No i mówiłam czystą polszczyzną, bez naleciałości gwarowych.Też mnie namawiano na polonistykę. W życiu nie chciałam. I.... ukończyłam zaocznie SN z j. polskiego oraz dodatkowo z historii- zostałam polonistką.
      Kiedy zakończyłam pracę w podstawówce, odetchnęłam z ulgą, bo zawsze miałam poczucie, że moje przedmiotowe wykształcenie nie jest takie pełne. Zdecydowanie wolę biologię, geografię i historię.

      Usuń
  3. A ja pod koniec I klasy baletowej potrzaskałam łąkotkę i tak się skończyły marzenia o balecie. A potem chciałam iść do liceum plastycznego i...rodzina orzekła, że mowy nie ma, bo każda plastyczka to kobieta o podejrzanej proweniencji a każdy plastyk to alkoholik. Z przykrością zauważyłam, że całe młode życie straciłam na uczeniu się tego co mnie zupełnie nie interesowało, miedzy innymi ekonomii. Ale do cichych i skromnych nie należałam. Do miłych też nie. Tyle tylko, że z wiekiem przestałam ludzi "kastrować" a priori. Robię to nadal, ale po pełnym "rozeznaniu";)))
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jasne plastyczka może mieć modela i malować akty, a poza malowaniem... zgroza:. Ekonomia to dla mnie kosmos. Kiedyś zdawałam ekonomię polityczną, solidny egzamin, ale... ZZZ:.
      Ja jestem zodiakalna waga, ale mam coś ze skorpiona. Jak mi ktoś nadepnie, to... ale zanim będzie TO, długo można mi na uszach nudle wieszać. Aż raz trzaśnie i nie ma zmiłuj.

      Usuń
  4. To dziwne, ale coraz więcej widzę wspólnych etapów w "naszym CV". Ja chciałem być nauczycielem, bo siostra chciała. W wieku 9-10 lat zrobiliśmy sobie dzienniczki nauczycielskie i sprawdzaliśmy obecność. Jednak po maturze wiedziałem, że nauczyciel to ostatni zawód jaki mógłbym wykonywać. Prawdziwą moją pasją była elektronika, marzyłem o byciu psychotronikiem, ale kierunek przejęło wojsko i utajniło. Cywilom zaproponowano kontynuowanie nauki na elektronice i psychologii. W rezultacie nieco ponad 20 lat to praca w zakresie ... pedagogiki, psychologii i prawa pracy. Drugie 20 lat mojego stażu to elektronika i informatyka. W niektórych momentach te zawody uzupełniały się.
    W połowie lat 90' ub.w. chciałem być dziennikarzem. Podczas rekrutacji do listu motywacyjnego i CV kazano nam dopisać wszystkie zawody i zainteresowania. Ja napisałem tylko jedno zdanie: "Jak dotąd jeszcze nie rodziłem i nie pracowałem w cyrku". Po rozmowie przyjęto mnie i jeszcze 2 osoby, odpadło chyba ze 200 ...

    Andrzej Rawicz (Anzai)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No.... zatkało mnie. Ja z kolei, kiedy w CV do pracy na uczelni(ostatniej w mojej karierze) padło pytanie, jakich przedmiotów nauczałam na uczelni, wyliczyłam 13. Co wcale nie jest dobre, bo moim podstawowymi były dydaktyka, pedagogika ogólna, metodologia badań i teoria wychowania, a reszty musiałam się normalnie nauczyć, wykuć, zrobić selekcję treści i przekazać- mordęga. Na każdej następnej uczelni pojawiły się dodatkowo "jakieś takieś" typu interwencja kryzysowa, etyka, zarządzanie oświatą...W podstawówce też uczyłam - w ciągu całej kariery zawodowej- prawie wszystkich przedmiotów (oprócz matematyki i j. angielskiego)i to nie tylko na zastępstwach.
      Mnie już tylko zabrakło pracy w cyrku, bo jednak rodziłam:)
      Widać do tej pracy potrzebowali człowieka wszechstronnego, o szerokiej wiedzy i otwartego na nową.
      Może jeszcze skusisz się na kognitywistykę?

      Usuń
    2. Nie muszę się kusić. ;) To praktycznie mój ostatni zawód, w filii Della zajmowałem się serwisem interfejsów umożliwiających cyfrowy zapis analizy ON z obrazowania mózgu. Kognitywistyka to - moim zdaniem - ostatni jęk rozpaczy ludzkości ustępującej przed potęgą metafizyki kwantowej.

      Usuń
    3. Nie muszę się kusić. ;) To praktycznie mój ostatni zawód, w filii Della zajmowałem się serwisem interfejsów umożliwiających cyfrowy zapis analizy ON z obrazowania mózgu. Kognitywistyka to - moim zdaniem - ostatni jęk rozpaczy ludzkości ustępującej przed potęgą metafizyki kwantowej.

      Usuń
    4. A dla mnie to o jeden krok za daleko. Chodzi mi o próbę modelowania psychiki ludzkiej.
      W filozofii, jednym z podstawowych kierunków, jest nauka o poznaniu, ale jest to w miarę bezpieczne. Natomiast ten rodzaj "nauki o poznaniu" jest bardzo inwazyjny.
      Metafizyka kwantowa... rany:(
      Podziwiam.

      Usuń
    5. Zapis cyfrowy procesu obrazowania mózgu jest inwazyjny? Pewno w tym jest dużo racji, ale wtedy, gdy "pacjent" zostaje zapoznany z wynikami. Znam wiele przykładów na to, gdy rozwinięte OnLine obrazowanie mózgu przywróciło do życia osoby z uznaną śmiercią mózgową.
      Myślę, że wrócimy do tych tematów, bo przymierzam się do postu na ten temat.
      PS. Na razie mam wojnę blogową u siebie.

      Usuń
    6. Chodziło mi bardziej o rozeznanie stanu mózgu, a potem możliwość ewentualnej, co tam, na pewno, manipulacji. Być może w medycynie jest to dobry kierunek. Ja się obawiam o działania w złym interesie. Już się oddziałuje podprogowo, a my nawet tego za bardzo nie uświadamiamy sobie. Może powinno się ludzi uświadamiać, że jest taki kierunek i być może jakoś uczyć ich obrony?

      Inwazyjność w sensie wchodzenia w sfery bardzo osobiste. Chyba bardziej osobistych już nie ma.

      Usuń
    7. Z tych powodów o których piszesz (manipulowanie ludźmi) w latach 70' zamknięto właśnie kierunek psychotroniki, które skupiały się głównie na blokowaniu, lub zakłócaniu fal mózgowych. W medycynie to nie jest zbyt przydatne. Obrazowanie mózgu też niczego nie daje, bo chociaż wiadomo gdzie i jak (a nawet w wyniku jakich bodźców wzrokowych, czy zapachowych) aktywują się określone obszary neuronowe, to nie działa to w drugą stronę - analogiczne sygnały przesyłane do neuronów nie powodują tych samych reakcji. To jest tak jak z komputerem, przy zmianie drukarki, potrzebne są jeszcze sterowniki.
      Dla manipulowania społeczeństwem o wiele bardziej skutecznym jest t.zw. "BigData" gromadząca wszystko o nas, co jest nawet niedostępne dla na samych, i o czym my sami nawet nie wiemy.

      Usuń
    8. Chyba poległam:):):):):)

      Usuń
  5. hehe, epizod z baletem tez mam za sobą, grania uniknęlam, ale reszta rodzeństwa juz nie:). Na sportowo była gimnastyka sportowa w klasie mistrzowskiej, ale tej krajowej, a co do pracy w szkole - cóż, fajnie było być nauczycielką, lubiłam to i nadal w jakimś sensie nią jestem, często uczę nauczycielki. Bo tak przy okazji ( wyłazi ze mnie nauczycielka, chociaz nie polonistka) - to słowo ma rodzaj żeński:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajna to była praca, kiedy siedziałam z dziećmi w klasie, ale reszta do cna mi obrzydziła ten zawód.
      Jestem już zmęczona i chyba nawet kursów, czy wykładów na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, nie miałabym ochoty prowadzić.

      Usuń
  6. W tym właśnie tkwi cały szkopuł sprawy. Niby działka jest głównie z trawą, z drzewami, więc roboty dużo nie ma. Ale jak obecnie topole pylą, pies szczeka na działce obok, a ruch na pobliskiej ulicy rośnie z miesiąca na miesiąc zapał do działki maleje.

    Mnie pozytywnie zaskoczyły te Arktyczne Małpy.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to się mówi górnolotnie- w dobie ogólnego braku kultury w stosunkach międzyludzkich, działka przestała być miejscem rekreacji, a stała się miejscem udręki.

      Usuń
  7. Jaskółko jestem pod wrażeniem Twojego " bogatego życiorysu". Tego wystarczyłoby nawet dla kilku osób! Nie wiedziałam, że wagi są takie żywiołowe;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, życiorys mam bogaty, ale ja już mam właściwie większość życia za sobą, w tym aktywnego zawodowego. Idę teraz na emeryturę. Tyle lat, to i musi być dużo tego.
      Zodiakalna waga jest spokojna, wyważona(!) itp., nigdzie jednak nie jest napisane, że wiedzie ciche, skromne życie. Jak to u wagi- są dwie szalki- jedna ta cicha, druga- petarda.

      Usuń
  8. Wyzszy kurs z papierologi stosowanej, dyplomacji (level hard), szybki kurs animatora kulturalno-rozrywkowego, (zawsze na stanowisku) zastepca psychologa, prawnika i opieki spolecznej, zdolnosc do przystosowania sie do zmieniajacych sie z kazdym ministrem programów i trendów, psychicznie - czlowiek z zelaza, zobowiazanie do permanetnego doksztalcania sie na wlasny koszt, praktycznie obowiazkowe posiadanie prawa jazdy i pojazdu mechanicznego, brak prawa do zycia rodzinnego, jak i zdolnosc do cudownego roznazania pensji, to podstawowe wymagania dla nauczycieli w jednym z europejskich krajów :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Modelowy nauczyciel:):):):)I gdzie tu miejsce na skromność, nieśmiałość, cichutkie skrobanie na papierze?
      To dokształcanie się może dobić. Tym bardziej, że ja zrobiłam kilka takich "dokształcań" i po kilku latach okazywało się, że o kant... były. Najbardziej mnie dobiło, kiedy dowiedziałam się, że SN jest nieważny, bo zabrakło w nim parę godzin(według nowych przepisów), ale nie przeszkadzało w niczym, kiedy 16 lat uczyłam z powodzeniem, bez porażek tego przedmiotu. Nie miałam już ochoty robić kolejnej podyplomówki- zrobiłam doktorat:):):):), który aktualnie na uczelni jest też takim stopniem "do roboty", a rzadko do habilitacji.

      Usuń
  9. na nauczycielstwie sensu stricto to ja się chyba nie znam, choć zdarzało mi się i zdarza imać fachów /za dutki i w czynie społecznym/ pokrewnych lub mocno się o to ocierających... łatwe to nie jest, ale frajdy dostarcza, niczym ogrodnikowi, gdy jarzyna mu zakiełkuje, zakwitnie, zaowocuje z gleby, w której się nadłubał, nagrzebał, a przy okazji nieco upaprał...
    natomiast sprawy human relations z otoczeniem /zespołem, szefostwem, kolegami, etc/ to... najlepiej jakby nie były konieczne, bo czasem nerwów szkoda na użeranie się durniami, którzy "nic nie rozumieją", ale ogrodnik też tak ma, że musi się czasem poużerać z innymi ludźmi /np. żeby kupić tanio porządny szpadel/... tylko Robinson Crusoe miał taki luksus, gdy uprawiał jakieś tam rzodkiewki, czy inne kalafiory, zaś uczył tylko kozę i Piętaszka, i nikt mu się w robotę nie wcinał...
    gorzej jest, gdy to użeranie zaczyna być upierdliwe i za bardzo w tej robocie przeszkadza... pozostaje wtedy rzec: "jdete do prdele!", zmienić szkołę, albo... przebranżowić się na uprawę jarzyn...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ostanie jest najlepszym wyjściem. Wprawdzie własna firma niesie ze sobą duże ryzyko plajty i użeranie się z urzędasami też często występuje, ale nikt mi nie mówi co mam, a czego nie mam robić i jeszcze potem się świni, i wyciąga jakieś durnowate konsekwencje, bo coś tam, coś tam.

      Po 20 latach w zawodzie poczułam, że się wypalam, że muszę coś z tym zrobić, że nie dam rady dalej. W dodatki wprowadzano reformę Handkego i cała "stabilizację" (wątpliwą zresztą, bo co minister, do przewrót) nauczycielską szlag trafił. Nie mówię tu o wygodnictwie, ale o sprawach związanych z kwalifikacjami, awansami, zatrudnieniem. Robienie doktoratu to była, w pewnym sensie, ucieczka przed tym wypaleniem, przed traceniem sensu pracy.

      A co do ministrów oswiaty, to "zaliczyłam" ich, w całej mojej pracy zawodowej, od 1980 do 2006 roku, szesnastu- od Kruszewskiego po Gertycha.
      Byli też ministrowie szkolnictwa wyższego, ale ci nie byli tacy upierdliwi dla pracy nauczycielskiej.

      Usuń
  10. Klik dobry:)
    W dzieciństwie nauczycielką byłam zawsze. Dzienniki, listy obecności, misternie narysowane kratki na oceny. Także posprawdzane czerwoną kredką zeszyty starszego brata i siostry. Za to ostatnie to mi się obrywało. Gdy tata w szufladach z zeszytami zrobił zamknięcia na kłódki, to sprawdzałam książki. Też czerwoną kredką wpisywałam uwagi i oceny. Na ścianach, gdzieś za tapczanem albo za drzwiami też można było znaleźć ocenę z moim podpisem.

    Natomiast na pytanie: kim chcę zostać, odpowiadałam, że chcę mieć kawiarnię z fortepianem.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie. Kawiarnia z fortepianem to świetna wizja. przypomniała mi się prawie już anegdota związana z pytaniem:"Kim chcesz zostać?"
      Były wczesne lata 80te XX wieku i istniało coś takiego jak Pewex i bony dolarowe. Można było również kupić pokątnie prawdziwe dolary, co mój kolega robił dosyć często.
      Kiedyś odwiedziłam go w jego domu. Była tam jego 5 letnia córeczka. Jakoś tak rozmowa zeszła na dzieci i ich przyszłość. Wtedy zapytałam śliczną małą, kim chciałaby zostać. Nie ukrywam, że oczekiwałam odpowiedzi w rodzaju- aktorką, piosenkarką, modelką, nauczycielką.
      Mała spojrzała bystro na mnie i z rozbrajającym uśmiechem odpowiedziała:
      -Cinkciarą.

      Usuń
  11. Niespełnienie i niezrealizowanie pewnych marzeń jest spowodowane tym, że zbyt poważnie je traktujemy lub zakłada się, że nasze marzenia będą realizowane w określony sposób .Zakładamy także , że musimy osiągnąć jakiś pułap, jeśli nie udało się jakiegoś etapu zrealizować to większość ludzi rezygnuje a to nie dobrze, bo każdy człowiek dostając jakieś zdolności powinien je rozwijać nie dla tego, aby go oklaskiwano, ale dla siebie by mógł z nich korzystać .
    Mając zainteresowania przyrodnicze możesz zajmować się florystyką, dietetyką, zielarstwem, projektowaniem ogrodów, Mając zainteresowania muzyczne zawsze dorobisz np. grając na ulicy na gitarze, harmonijce to się przydaje zwłaszcza w podróży.Mając zdolności sportowe możesz zostać instruktorką jogi. Jest bardzo wiele możliwości, ale większość ludzi skupia się na osiągnięciach jakiegoś pułapu a nie na rozwoju dla samego siebie lub wykorzystania go w życiu. To jest wina też polskiej szkoły, która zazwyczaj jest monotonna i ciągłe uczy tych samych przedmiotów np. szkoła średnia jest przedłużeniem podstawówki niewiele się zmieniło nawet po tej reformie gimnazjalnej. Co innego w szkołach amerykańskich czy w Europie zachodniej gdzie uczeń sam wybiera sobie przedmioty a jego kształcenie jest indywidualne.
    A jeśli chodzi o nauczycieli to do tego zawodu trzeba mieć predyspozycje umieć wydobyć z ucznia jego najlepsze cechy i zdolności mało, który to potrafi może, dlatego, że wielu nauczycieli jest z przypadku a uczelnie nie robią testów psychologicznych niemal każdy może iść na podyplomówke i robić kurs pedagogiczny a potem widzimy nauczycieli, którzy sobie nie radzą, nie są przygotowani do tej pracy. Trzeba powiedzieć także, że sami profesorowie na uczelniach wyższych żyją jeszcze w odmętach PRL i są z tego dumni. Mało, który nauczyciel, wykładowca zna programy nauczania w krajach Europy Zachodniej .Nie wiedzą jak wygląda edukacja we Francji, Włoszech, Hiszpanii .Wielkiej Brytanii, czy Niemczech a o USA i tamtejszych programach nauczania wiedzą tyle, co przypadkiem zobaczą w serialu amerykańskim. To jak mają tacy reformować polską szkole ? Ich propozycje są PRLlowskie lub ewentualnie przedwojenne, dlatego jesteśmy ciągle do tyłu z edukacją z programami i ciągle jesteśmy mentalnym wschodem pod wzglądem edukacyjnym i każdym innym.
    Podam ci przykład na stuchiach miałam taki przedmiot jak dydaktyka edukacji obywatelskiej. Profesor wykładający ten przedmiot powiedział, że naleźy dzielić dzieci na gorsze, lepsze i najlepsze tzn. tak dobierać zadania, czyli stygmatyzować uczniów. Ta metoda była stosowana w PRL i w latach 90 tych, ale teraz takiej metodyki się nie stosuje. Jak powiedziałam o tej metodzie nauczycielce z gimnazjum to się chwyciła za głowie i powiedziała, że to jest jakiś relikt zamierzchłych czasów. Takie są właśnie efekty niedouczenia wykładowców akademickich żyją w odmętach dawnego systemu.
    Natomiast, jeśli chodzi o ciebie to masz prawo do usunięcia postu, artykułu, wywiadu, który szlakuje twoją osobę. Nie musisz niczego niwelować tylko zarządać usunięcia szkakujących cię treści. Ja bym tak zrobiła.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje marzenia jakoś się uzupełniały. Zamiast baletu sport, gram na instrumencie, uprawiam ogród, fotografuje zwierzaki i rośliny.
      Ja mam nauczycielstwo w genach. mój dziadek był nauczycielem, matka. Miałam wzorce. Uważam, że byłam dobrym nauczycielem, bo jednak ta praca dawała mi satysfakcję. Ale do pewnego momentu czułam się dobrze w szkole, potem zaczęłam się dusić. Zabrakło mi przestrzeni, dusiła powtarzalność, przewidywalność- co roku te same imprezy, te same treści, te samie tematy na zebraniach itp. Masa dokumentów i coraz więcej z biegiem lat. Chodzi mi o stałe punkty, które w jakiś sposób można było ubarwić i to robiliśmy, ale więcej było takich żmudnych monotonnych czynności.
      Wprowadzanie różnych form na lekcji jest fajne. Jednak nie można z tym przesadzać.
      Profesorowi coś się pomyliło. Nie chodziło o dzielenie dzieci na gorsze lepsze, tylko zdolne i mniej zdolne i tak dobierać treści, by dostosować je do tych zdolności i ja to robiłam. Cały problem polega na tym, by robić to w taki sposób, aby dzieci się nie połapały w tych różnicach. przecież przy tablicy można zadawać różne pytanie tak, by nie pognębić ucznia.
      Zresztą nie czarujmy się, dzieciaki dobrze widzą, kogo na ile stać i wcale się nie buntują, kiedy kolega dostaje łatwiejsze zadanie, bo wiedzą, ze trudnego nie rozwiąże.
      Ja jestem dydaktykiem. Od początku mojej akademickiej kariery prowadziłam ten przedmiot i powiem ci, ze kiedy przyszłam do pracy w podstawówce, z przerażeniem patrzyłam, co te moje koleżanki wyprawiają. Raz się tylko odezwałam, ze to nie tak i gorzko pożałowałam. Stałam się przemadrzałym wrogiem. Gdybyś przeczytała jakie uwagi wpisała mi dyrektorka po hospitacji mojej lekcji, to popłakałabyś się ze śmiechu, żalu i przerażenia, że takie nieuki siedzą w szkołach.
      Trochę mnie dziubnęłaś tymi wykładowcami. Nie od nas zależało wiele spraw.
      Tylko jeden przykład, a mogłabym mnożyć. Dostałam metodykę nauczania przyrody- studia licencjackie. Metodyka na drugim roku. Przychodzę na ćwiczenia i z przerażeniem stwierdzam, ze studenci nie mieli dydaktyki ogólnej. Jak ja mam robić metodykę przedmiotowa, kiedy ludzie nie wiedzą co to metoda, środek, forma nauczania, jak pisać konspekt? musiałam szybko tłumaczyć podstawy z dydaktyki ogólnej, by potem przejść do metodyki szczegółowej. A czas leciał.
      Na tychże studiach licencjackich dostałam wykłady z etyki. Tłumaczę, że nie jestem filozofem, że nie czuję się na siłach prowadzić ten przedmiot. Nie było dyskusji. Robiłam te wykłady, posiłkując się kompem. Ale przecież nie o to chodzi.

      Ten post mnie nie szkaluje. To fajny post, ale nieautoryzowany i przedstawiający chyba inna osobę. Owszem wypowiedzi są moje, ale pourywane. Pozwoliłam ciąć, mając nadzieję, że autor posta przedstawi mi ostateczną wersję.
      Ze zdjęciami też było nie tak. Dwa ściągnięte z fejsa bez mojej wiedzy i zgody. Jedno zamieszczone bez uzgodnienia choć sugerowałam inne.
      Tak to bywa, kiedy auror bloga koniecznie chce kreować siebie pod płaszczykiem gościny.
      Interesuje mnie czy względem innych gości też stosował takie metody, czy tylko ja padłam ofiarą kogoś, kto nie do końca raczył pomyśleć, kogo chce przedstawić.

      Usuń
    2. Prawdą jest, że są dzieci zdolne i mniej zdolne i faktem jest, że tych mniej zdolnych należy inaczej oceniać tzn. nie można niszczyć im przyszłości nie dając promocji do następnej klasy z powodu, że np. nie umie matematyki a jest np. zdolniejszy z języków czy przedmiotów humanistycznych lub odwrotnie. ( Z tego, co słyszałam w PRL był taki zwyczaj, że bardzo wiele osób nie przepuszczano do następnej klasy np. z rosyjskiego lub za inną bzdurę i były przypadki, że ktoś buksował po kilka razy w szkole podstawowej, więc kończył ją np. w wieku lat 17.To było rzeczywiście chore i w niczym to uczniowi nie pomogło, bo i tak nie miał już czasu na skończenie choćby zawodówki,) Mi chodziło o to, że profesor sugerował, że powinno się stosować tą metodę w sposób bezpośredni nie zatajając, kto jest lepszy a kto mniej, czyli w sposób bezpośredni pokazywać, jaki nauczyciel ma stosunek do jakiegoś ucznia. Chodziło tutaj o zadania klasowe, ale także sprawdziany pisemnie, klasówki. Gdy sugerowałam, że ta metoda zastosowana w tak bezpośredni sposób może spowodować, że klasa będzie odrzucała takiego ucznia, jako gorszego, bo skoro nauczyciel robi różnice między uczniami to, czemu uczniowie mają tego nie robić, że to może źle się odbić na psychice ucznia na jego samoocenie to moje sugestie zbagatelizował.
      Lepszą metodą jest dawanie wszystkim takich samych zadań, ale osoby mniej zdolne trochę łagodniej oceniać, czyli dawać im oceny pozytywne.Nie można też oczywiście przesadzić miałam kolegę w liceum, który był po porażeniu mózgowym, więc miał deficyty był inaczej oceniany. Nie wszystkim nauczycielom podobało się to, że uczył się w ogólniaku, bo się po prostu do niego nie nadawał i to ze wszystkich przedmiotów. Dawano mu czwórki i piątki, co było krzywdzące dla innych uczniów zdolnych, normalnych, którym nieraz upierdalano przyszłość, więc owszem przepuszczać należy zwłaszcza w podstawówce, gimnazjum, ale nie można dawać najwyższych ocen komuś, kto na to nie zasługuje, oczywiście można ocenić prace wyżej także za staranie się, za pracę, ale nie można przesadzić w żadną stronę.
      Natomiast, jeśli chodzi o tą sytuacje z postem to z tego, co słyszałam to chyba tylko w stosunku do ciebie tak się zachowano.Inni goście nie mieli takich problemów. Dlaczego tak się stało? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

      Usuń
    3. Masz dużo racji w tym, co piszesz na temat oceniania uczniów. Wiesz, nasuwa mi się taki truizm- to jest indywidualne podejście do każdego ucznia, to jest też sprawa nauczyciela i tego, jaki on jest. Tu nie ma jednoznacznych prawideł, ale u nas też jest główna zasada- nie szkodzić uczniowi. Niestety, dużo nauczycieli chyba tego nie rozumie.
      Bardzo trudno jest wyważyć ocenę, bardzo trudno jest "nauczyć się' ucznia. czasem wystarczy jakiś drobiazg, a cała piramida się wali.

      Nie wiem, dlaczego mnie tak potraktowano. Być może ja podeszłam bardziej poważnie do tej "zabawy" i nie pozwoliłam na zagrywki typu "to tylko blog".
      Nie mam pojęcia. Być może gospodarz podszedł "na ludzie" do mojej osoby i się, mówiąc kolokwialnie, naciął.

      Usuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.