czwartek, 26 grudnia 2019

Świąteczna magia czyli znikające zwyczaje....


„Od wieków na Śląsku Cieszyńskim znane były rozmaite zwyczaje związane z okresem świąteczno-noworocznym. Do dzisiaj przetrwało niewiele z nich, a szkoda, ponieważ były bardzo ciekawe. Jak choćby te związane z magią świątecznego drzewka. Na szczęście zachowały się ustne przekazy…

 

Owa magia rozpoczynała się już 13 grudnia, w dzień św. Łucji. Najbardziej znana była ta związana z przepowiadaniem pogody. Do dzisiaj zresztą starsi mieszkańcy Śląska Cieszyńskiego obserwują pogodę za oknem i czynią zapiski „od świętej Łucyje do Wilije”, gdzie każdy z dwunastu dni tego okresu, odpowiada za kolejne miesiące w roku: od stycznia do grudnia. Jaka zatem pogoda będzie w dany dzień, takiej można się spodziewać w odpowiadającym mu miesiącu roku. Onegdaj pogodę w uproszczonej wersji wróżono też z dwunastu łupinek cebuli symbolizujących poszczególne miesiące. Do tych łupinek 13 grudnia sypano sól. W której na drugi dzień sól była przemoknięta, ten miesiąc miał być deszczowy.
Ale to nie koniec magii powiązanej z dniem św. Łucji. Praktykowano bowiem sposoby przyciągnięcia szczęścia i pomyślności całej rodzinie. Takim zwyczajem było odkładanie, od 13 grudnia do Bożego Narodzenia, codziennie po jednym polanie drewna. Miały one być spalone w pierwszy dzień świąt. W ten sposób niszczono wszelkie zło i zmuszano czarownice szkodzące domowi do ujawnienia się. Wierzono, że czarownica będzie chciała w tym dniu coś pożyczyć, ale utraci swoją moc, jeżeli się jej odmówi. I dlatego też ludzie sobie niczego nie pożyczali w obawie, żeby nie zostało to użyte do czarów.
Bodaj najtrwalszy i najpopularniejszy element świąt Bożego Narodzenia to choinka. Kiedyś drzewko było ścinane przez górali podczas nowiu, żeby miało prawdziwą magiczną moc. A za strojenie zabierano się dopiero w wigilię, by do końca przestrzegać czasu adwentu i oczekiwania na narodziny Jezuska. Co ciekawe, owo zielone drzewko prosto z lasu mogły stroić tylko grzeczne dzieci. Był to rodzaj nagrody za to, że były grzeczne i słuchały rodziców. Dodatkowo zresztą musiały bardzo uważać, żeby w samą wigilię być posłusznym i czegoś nie zbroić, bo inaczej czekał je raczej ciężki rok.
Choinka stanowiła dla górali symbol życia w szczęściu i zdrowiu. Niezależnie od drzewka stojącego w izbie na widocznym miejscu, w drugim dniu Bożego Narodzenia, na świętego Szczepana pojawiali się mali „połaźnicy”, którzy winszowali gospodarzom, sąsiadom i krewnym. Chodzące od domu do domu dzieci trzymały w rękach ustrojoną, zieloną gałązkę jodły lub świerka. Przyniesioną połaźniczkę gospodarz zatykał nad drzwiami, a winszowników obdarowywał jakimś groszem, kołaczami i jabłkami. Gałązka przystrojona wstążeczkami wisiała nad drzwiami izby do momentu, kiedy pierwszy raz wypędzono bydło na łąkę. Wtedy połaźniczkę palono okadząjąc dymem krowy, żeby zdrowe były i mleko dawały. Zanim jednak w groniach pojawiła się choinka, nazywana w gwarze cieszyńskiej „strómkiem”, „strómeczkym” lub „kryzbanym”, w góralskich chałupach nad stołem u powały, wieszano po prostu zieloną gałąź jodełki lub świerka. Niczym jej nie zdobiono. Ważne, że była żywa i zielona jako symbol siły wegetacji roślin.
Szczególną wagę przykładano w góralskich rodzinach do wieczerzy wigilijnej. Jak wspominała Zuzanna Kawulok z Istebnej, na kwadratowym, kamiennym stole bez obrusa, pośrodku stawiano zapaloną świeczkę, a dookoła układano jabłka, ziemniaki, orzechy, trochę siana oraz ziarno owsa czy jęczmienia. Nie zapominano o pieniądzach. Po co? A no po to, żeby w polu rodziło się przez cały następny rok, zaś w portfelu też grosza przybywało. Na stole znajdował się także cały bochenek chleba, żeby go nie brakowało do następnej wigilii. Magii wigilijnej wieczerzy dopełniały kładzione przez gazdę pod stołem… łańcuch, siekiera i topór. Wszyscy domownicy dotykali tych przedmiotów nogami, bo wtedy zapewniali sobie przez cały następny rok żelazne zdrowie.
Przestrzegano zasady, żeby na stole były wszystkie potrawy przygotowane na wieczerzę. Od stołu nie można było bowiem wstawać, bo to zwiastowało nieszczęście dla takiej osoby. Ba, panowało przekonanie, że kto wstanie od stołu, to niedługo przyjdzie po niego śmierć. Po kolacji wigilijnej okruchy ze stołu gospodarz wynosił na podwórze i wyrzucał ptactwu. A dziewczyny patrzyły, z której strony wiatr zawiał i dostawały wskazówkę, skąd mogą spodziewać się nadejścia kawalera. Jeszcze w święta, albo troszkę później.
Na wigilijnych stołach, szczególnie w wiejskich domach, do dzisiaj pojawia się siano. Kiedyś domownicy wróżyli sobie z niego przyszłość. Kto wyciągnął krótkie źdźbło, musiał liczyć się z tym, że spotka go nieszczęście. A kto w wigilię przy tym sianku kichnął, to był zdrowy przez cały rok…
Tradycja góralska nakazywała, żeby w samą wigilię nie rąbać drewna, bo mogłoby się „cosik złego stać”. W wigilię nie powinno się też odwiedzać sąsiadów. Jak już jednak trzeba coś koniecznie pożyczyć, to lepiej wysłać dziecko. Absolutnie nie wolno posyłać kobiety, uważanej za symbol złych mocy, które „mlyko krowom odbierają” – przestrzega etnograf Małgorzata Kiereś.”
https://beskidzka24.pl/ta-swiateczna-magia-czyli-znikajace-zwyczaje-na-slasku-cieszynskim/


Zdjęcia: pierwsze z artykułu
drugie: https://www.wikiwand.com/pl/Bo%C5%BCe_Narodzenie

Bardzo dużo z tych zwyczajów przestrzegano podczas świąt w moim domu rodzinnym i u dziadków na cieszyńskim. Bardzo przestrzegano zwyczaju, by nikt od stołu, podczas Wieczerzy, nie wstawał. Podczas jedzenia nie wolno było również rozmawiać, a światło elektryczne było zgaszone. Wieczerza przebiegała przy zapalonych świecach. Opłatkiem dzieliliśmy się po Wieczerzy, kiedy wszyscy już zjedli. Nie trzymano zasady, by było 12 dań na stole, ale zawsze był smażony karp, barszcz z uszkami lub grzybowa, sałatki z kapusty białej i kapusty czerwonej, ziemniaki, buraczki. Nie zabrakło kompotu z pieczek, czyli owoców suszonych (jabłka, śliwki, gruszki + goździki obowiązkowo do gotującego się kompotu). Ponieważ mama pochodziła ze Śląska, wprowadziła do świątecznego menu makówki- ucierany z miodem i mlekiem mak ( na ciepło) z dodatkiem wszystkich możliwych siekanych bakalii i słodkiej bułki (u nas mówiono na nią chałka). Makówki były przed wieczerzą stawiane do lodówki, bo najsmaczniejsze są mocno schłodzone. Karpia sprawiał tata przed samym smażeniem. Nie trzeba było mięsa moczyć w mleku czy obkładać cebulą, bo karp był z naszego stawu i nie czuć go było glonem.Choinkę stroiliśmy przed wieczerzą, nigdy wcześniej. Na stół nakryty białym obrusem, między talerze i półmiski, mama kładła gałązki świerka, stawiała świece i to był jedyny, oprócz choinki, świąteczny wystrój domu. Potem, kiedy podrosłyśmy z siostrą, w naszych pokojach robiłyśmy sobie stroiki. Pod choinką były kładzione prezenty- nie było żadnego Mikołaja, Gwiazdora czy Dziadka Mroza. Prezenty przynosił zawsze Aniołek. Nie śpiewaliśmy kolęd, te płynęły z radia, a potem z płyt (nagrania zespołu "Śląsk"). Podczas kolejnych Świąt, na choince płonęły naturalne świeczki. I nieodmiennie, każdego roku choinka, płonęła. Pilnowaliśmy jej bardzo, toteż kończyło się na krótkim pożarze, ale jednego roku choinka spłonęła kompletnie, a z nią nadpaliła się zasłona i róg wersalki. Wtedy mama zdecydowała się (w końcu) na elektryczne lampki. Szkoda, bo zapach palących się świeczek pomieszany z zapachem jedliny był niesamowity. Jedliny, bo zawsze tata przynosił dorodne jodły (od podłogi do sufitu). U mnie w domu pojawiły się sosny, ale nigdy w domu moich rodziców, a potem w moim, nie było choinki sztucznej. Do stołu siadało nas przeważnie około 10 osób. Zależało to od tego, których dziadków i innych członków rodziny, w danym roku, obejmowała kolejka. Przyjeżdżali na zmianę- jednego roku rodzina mamy, drugiego- taty. I mogłabym mieć wspaniałe wspomnienia, gdyby nie wredne charaktery całej rodzinki, ale to nie jest temat na Święta.

P.S. Przypomniało mi się jeszcze, że wierzyliśmy, że to co w Wigilie się stanie tak będzie cały rok i też nasłuchiwałam z której strony pies szczeka (lub wiatr wieje):):):). Pod talerze, pod obrus kładliśmy pieniążki. Po Wieczerzy, po rozdaniu prezentów i wstępnym nacieszeniu się nimi, każdy dostawał talerz ze słodyczami- czekoladowymi cukierkami, ciasteczkami, batonikami, orzechami oraz pomarańczą- wówczas wielkim rarytasem, zabierał swoje prezenty i uchodził do swojego pokoju
W Wigilię nie wolno było rąbać drewna. Wszystkie potrzebne rzeczy załatwiano dzień przed Wigilią. Z żyrandola w holu, zrobionego z jelenich rogów, zwisała ogromna gałąź jemioły- miejsce zgody oraz pojednania:) Jemiołę przynosił całymi stosami z lasu gajowy i ludzie, którzy przychodzili do leśniczówki kupować choinki, mogli sobie trochę tej jemioły zabrać. Choinki zwożono już tydzień przed Wigilią. Pamiętam, że czasem i z 50 było ich na placu. Karpie tata z gajowym odławiali też parę dni przed Wigilią- wpuszczali je do metalowej kadzi. Karpiami tata nie handlował. Ludzie kupowali karpie w przy stawach, w których ryby były przechowywane, po spuszczeniu wody w stawach hodowlanych. Należały one do PGRu. 
Choinkę tata przynosił w południe do dużego pokoju, stawiał w kącie i tam czekała na strojenie. Dzień przed Wigilią znosił ogromne pudła z bańkami (bombkami) ze strychu. Stroiliśmy (siostra, brat i ja) tę choinkę w nieustannej kłótni, bo każdy chciał te najładniejsze bańki wieszać i to w miejscu jemu odpowiadającym. Oczywiście nie było na to zgody ze strony innych uczestników strojenia no i w ten sposób pozbywaliśmy się niejednej ślicznej bombki. Często musiała wkraczać do akcji mama i musiała nas rozsądzać. Ciekawe, że do rozbierania choinki nie było potem chętnych. Zazwyczaj to paskudne zajęcie przypadało mnie. Nie lubiłam tego, bo po zdjęciu całej dekoracji, choinka była na pół osypana ze szpilek i przedstawiała obraz nędzy oraz rozpaczy. Jednak to następowało długo po Świętach- nawet do końca lutego była bardzo ładna- pokój był nieogrzewany, a jodły są dosyć wytrzymałe.
Tradycją świąteczną w naszej rodzinie był także pasztet z zająca. Na zające tata polował pod koniec listopada. Upolowanego zająca wieszał na strychu, by skruszał- były wtedy mrozy, dlatego nic mu do Świąt nie było. Tydzień przed Świętami zając był oprawiany ze skóry (niestety musiałam zwierzaka tacie przytrzymywać), mięso gotowane i potem mama robiła pasztet. Taki pasztet obowiązkowo musiał być ze skwarkami i mieć chrupiącą skórkę. Teraz jest mi niefajnie, że w tym uczestniczyłam, ale jako dziecko odbierałam to jako coś naturalnego tak, jak świniobicie, które również było dwa razy w roku, przed każdymi Świętami. W każdym razie mięso mieliśmy swoje, a na dwa tygodnie przed świętami gajowy wędził szynki i boczki. Jak ktoś się wychował na wsi na gospodarstwie, to siłą rzeczy brał udział w tym wszystkim. 



sobota, 21 grudnia 2019

O stawianiu granic


Podsłuchane w sklepie.
Dwie młode kobiety stoją przy serach i rozmawiają na temat świątecznych wizyt u dziadków.
- Pojadę, bo mój się uparł, no i trzeba dziadkom wnuki zawieźć.
- My też jedziemy do teściów. Ostatnio coś kręcili nosem, bo Piotrek zepsuł im gałkę od szufladki.
- Jak zepsuł? On ma tyle siły?
- No nie, ale tak długo nią kręcił, tak mu się to podobało, że ukręcił.
- I co babcia?
- Babcia była bardzo wkurzona, ale dziadek ją uspokajał, że to dziecko i stało się.
- No w sumie…. Moja Zuzię coś napadło i cały czas biegała po pokoju. W końcu teścio się lekko zdenerwował i złapał ją za rączki. Wiesz, jaki był wrzask? Wyrywała się, bo dziadek ją przytrzymał.
-  No a ty, ty nie powiedziałaś jej, żeby przestała?
- No coś ty, niech dziadki wiedzą, że mają wnuczkę. Rzadką ja widzą, to mogę tyle wytrzymać.
Stałam między regałami trochę ogłuszona, bo dotarło do mnie, że te kobiety wcale nie miały zamiaru, w opisanych sytuacjach, reagować na korzyść dziadków. Puściły dzieciaki na żywioł i uważały, że jak dziadkowie widzą wnuki rzadko, to mogą ten najazd Hunów wytrzymać, nie mieć pretensji i nie zwracać wnukom uwagi. I w ten sposób dzieci nie tylko nie zostały powstrzymane przez rodziców, ale i dziadkowie zostali pozbawieni prawa do reakcji. Wyniosły zatem prostą naukę- w domu dziadków mamy prawo do wszystkiego, a dziadkowie nie mają prawa nam zwrócić uwagi. Jak mama i tato przyzwalają, to nie muszę dziadków słuchać.
Czytałam niedawno na Facebooku dyskusję na temat stawiania dzieciom granic oraz reagowania na ich niewłaściwe zachowania.
W sklepie dotarło do mnie, że to stawianie granic jest postawione na głowie. Rodzice nie tylko nie potrafią tych granic stawiać, ale nie rozumieją sytuacji, kiedy te granice są stawiane przez innych. Mało tego, zamiast zrozumieć, że inni działają na ich korzyć, na korzyści ich dziecka (chociaż to czasem jest bolesne), to mają o to pretensje. Sami nie potrafią tego robić, innych nie rozumieją. Często też stosują szantaż emocjonalny- nie pojedziemy do dziadków, bo oni krzywią się, kiedy dzieci się bawią, biegają, hałasują. Dziadkowie wiecznie mają pretensje, że dzieciaki  nie usiedzą na miejscu. Ale sami rodzice nie są na tyle uczciwi, by powiedzieć, że sami na te hałasy nie reagują, bo uważają, że dzieci muszą się wyszumieć. Nieważne, że dziadkowie po dwóch godzinach takiej głośnej wizyty są już zmęczeni, że nie wytrzymują już takiego natłoku wrażeń. Oni mają kochać wnuki bezwarunkowo i cieszyć się nimi w każdej sytuacji.

Nie rozumiem takiego stawiania sprawy- jest u dziadków rzadko, to wszystko mu wolno, a dziadkowie powinni wtedy piać z zachwytu nad wnukami i broń boże nie reagować. Są we własnym domu, zakłóca się im spokój, demoluje sprzęty, ale nie mają głosu, bo to nie ich dzieci. A po takiej „kwaśnej” wizycie u dziadków, lecą komentarze, jacy to oni niewyrozumiali, jakich do niefajnych dziadków mają dzieci, jak ta babcia mogła….jaki ten dziadek zniecierpliwiony….A z drugiej strony, znam takich dziadków, co to wszystko zniosą, byle im wnuczków „nie odebrać”.
Idą święta…. Odwagi w stawianiu granic swoim wnukom….no i ich rodzicom:)


wtorek, 10 grudnia 2019

Jeż, po prostu grudniowy jeż

Ja już zupełnie przestaję nadążać za pogodą w poszczególnych porach roku. Może 8 stopni ciepła w grudniu przestało mnie dziwić, ale widok jeża o tej porze roku, na trawniku, trochę mnie zaszokował. Według wszelkich przyrodniczych prawideł, jejmość kolczasty,  zagrzebany pod kupą liści lub pod badylami kompostu, powinien słodko spać. Wiewióry też łazęgują na trawnikach, buszują w koronach drzew, albo gonią się, jak szalone, po pniach. Nie widuję kosów, natomiast przyleciały kwiczoły. A oczar jakby zabierał się do kwitnienia.
Udało mi się nakręcić krótki filmik z jeżem. To, co szumi, to niedaleka szosa i wiatr. Słychać też ujadanie bździągwy, która jest bardzo aktywna przez dzień.


poniedziałek, 9 grudnia 2019

Zdziwko zdziwkiem pogania



Do Świąt Bożego Narodzenia jest jeszcze DWA I PÓŁ TYGODNIA.
Jest fajna pogoda, ciepło jak na grudzień, nie pada. Myję okna, piorę firanki, wykorzystując właśnie pogodę. Są zakurzone, a ja lubię, jak są czyste. Gdyby było zimno, żabami rzucało z nieba, olałabym te firanki i te okna. Wynika z tego, że moje mycie okien nie ma nic wspólnego ze świętami. Nie obchodzimy świąt, nie stroimy domu, Nic, zero, nul, A jednak, w rozmowach na temat świąt, porządków oraz mycia okien w grudniu, nieodmiennie słyszę takie „zdziwienia”:
- Jak to, nie obchodzicie Świąt?!!!!- zdziwienie oburzone,
- Naprawdę nie macie choinki? Nie stroisz domu?- zdziwienie zatroskane,
- I nie jest ci żal?- nadal zdziwienie zatroskane,
- I naprawdę nic nie przygotowujesz? Jak ja bym tak chciała. – zdziwienie niedowierzająco- zazdrosne
- Wymyłaś okna? Przecież nie obchodzisz świąt?- zdziwienie lekko potępiające,
- Posprzątałaś w szafkach? Przecież ty nie obchodzisz świąt- zdziwienie lekceważące,
- Jezusie, a u mnie jeszcze nie wymyte. Po co ci to mycie okien, i tak nie obchodzisz świąt?- zdziwienie spanikowane,
- Ty już umyłaś, a przecież  nie obchodzisz świąt, cholewcia nie mam czasu, nie wiem, czy zdążę. Chyba umyję w niedzielę.- zdziwienie sfrustrowane.

Rozumowanie wprost matematyczne
(z klapkami na oczach w tle):  Święta Bożego Narodzenia= mycie okien i robienie porządków. Innego tłumaczenia mycia okien w tym okresie nie ma, po prostu NIE MA.

Mam wrażenie, że uprzedziłam komentarze, ale piszcie szczerze, bo wydaje mi się, że niektórym niekoniecznie to „szaleństwo”, związane ze Świętami Bożego Narodzenia, pasuje. Niemniej „robię, bo muszę”, ale czy naprawdę „muszę”?



niedziela, 1 grudnia 2019

Czarcich mocy czar.


„ Przez tysiące lat uważano je za manifestację działania ciemnych mocy, wiedźm, czarów i mrocznych sił. Dopiero niedawno naukowcy doszli do tego, jak powstają. Jeśli zobaczysz je w swoim ogrodzie, oznacza to, że masz spory problem.

Czarci krąg, zwany też czarcim kołem czy kręgiem czarownic to naturalnie występująca formacja o charakterystycznym kolistym kształcie. Tam, gdzie się pojawi, zatruwa i wyjaławia glebę. Przysparza kłopotu właścicielom ogródków i działkowiczom, "dekorując" trawniki niechcianymi koloniami grzybów.

Znane są różne odmiany kręgów, jednak ich początek wygląda zawsze tak samo. W dużym uproszczeniu zaczyna się od jednego grzyba, który obumierając podtruwa glebę, a jego grzybnia zaczyna pod ziemią wytwarzać sieć połączeń zwanych strzępkami. Te ostatnie rozrastają się po równo na wszystkie strony i wytwarzają kolejne grzyby, które z kolei obumierają dalej zatruwając glebę. 

Ten cykl powtarza się kilka razy - brzegi okręgu rozszerzają się, a ziemia w środku powoli zatruwana obumiera. Często czarcie koło długo rośnie pod ziemią i pojawia się na powierzchni, kiedy zaburza rozwój innych roślin, na przykład trawy lub kiedy grzyb wytwarza owocniki wystające ponad ziemię. Wtedy krąg może osiągnąć już pokaźne rozmiary. Jego średnica dochodzi nawet 10metrów. 


Ze względu na swój niepokojący kształt, krąg czarownic przez długi czas kojarzone było ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, pojawiało się w wielu wierzeniach, baśniach, mitach i legendach jako szczególnie miejsce, często o magicznych właściwościach lub po prostu przeklęte.  

Na Wyspach Brytyjskich nazywano je "fairy ring" czyli "krąg wróżek", we Francji ronds de sorcières ("krąg czarownic"), w Niemczech Hexenringe ("krąg wiedźm"). Wierzono, że są to ślady po spotkaniach kobiet uprawiających czarną magię lub demonów. W niektórych częściach świata ludzie twierdzili, że to miejsca narodzin smoków.
Według innych podań były to przeklęte portale do innego świata, które porywały nieuważnych wędrowców. Czasem w legendach pojawiały się postaci gigantycznych ropuch lub owadów - strażników kręgów uśmiercających każdego, kto odważy się przekroczyć granicę przeklętego pierścienia.

Dzisiaj wiemy już, że wejście do środka nie kończy się porwaniem przez mroczne siły czy klątwą. Wiedza ta jednak nie zmienia faktu, że czarcie kręgi są utrapieniem, które oszpeciło już niejeden ogród.”
A tu o innych czarcich kręgach.
„W Australii odkryto czarcie koła (kręgi), czyli tajemnicze koliste wzory, które do tej pory spotykane były wyłącznie w Namibii. Szybko zajęli się nimi naukowcy.
Czarcie koła to mniej lub bardziej kolisty fragment odsłoniętej gleby, naokoło której normalnie rosną rośliny - najczęściej trawy. Dotychczas spotykano je wyłącznie w Namibii. 


Teraz dowiadujemy się, że znaleziono je również w Australii.
Naukowcy od lat zastanawiali się na mechanizmem ich powstawania. Podejrzewano tlenek węgla pochodzący z wnętrza ziemi oraz owady. Inni sądzą, że winny jest lokalny brak odpowiedniej ilości wody i to tutaj Australijscy uczeni zaczęli upatrywać rozwiązania zagadki.
Po obserwacjach i wykluczeniu opcji z insektami ustalili, że rośliny faktycznie wybierają miejsca, gdzie wody jest więcej i chętniej rosną właśnie tam. W konsekwencji pozbawiony jej obszar powoli pustoszeje, a gleba coraz bardziej wysycha. To utrudnia innym roślinom wzrost. W końcu dochodzi do tego, że woda opadowa spływa po twardej skorupie do miejsc porośniętych roślinnością. Badacze wciąż jednak nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, dlaczego czarcie koła występują wyłącznie w Namibii i Australii.”
https://nt.interia.pl/technauka/news-naukowcy-rozwiazali-zagadke-czarcich-kregow,nId,2164388
Zdjęcia ze stron: https://www.lenartpawel.pl/grzybowy-czarci-krag.html
 https://menway.interia.pl/styl-zycia/ciekawostki/news-czarcie-kregi-czarna-magia-ktora-niszczy-ogrody,nId,3101965
https://galeria.nagrzyby.pl/v/users/Zygmunt+Augustowski/rozne1012/050909+Kolczak+ob____czasty+czarci+kr__g.jpg.html
https://nt.interia.pl/technauka/news-naukowcy-rozwiazali-zagadke-czarcich-kregow,nId,2164388






wtorek, 5 listopada 2019

Ostatni dzień października (2019) -ranek

Był zapowiadany, spodziewaliśmy się go, ale żeby tak silny? Nie przymrozek, a wręcz mróz (-4 stopnie), pojawił się przedostatniej październikowej nocy. A rano nasz ogród wyglądał baśniowo.
Nie spodziewałam się, że zimne powietrze dotrze tak wysoko- oszroniona brzoza

 Asparagus- jest śliczny o każdej porze roku- wiosną delikatny zielony, jesienią złoty, a po przymrozku pięknie srebrny

 Nie wszystkie jeżyny, które zaczynają dojrzewać w sierpniu, zdążyły dojrzeć. Stały się szkliste i miękkie- przepadły.


 Owoce trzmieliny
 Taka sobie listkowa impresja
 A to już wygląda bardzo zimowo
 Oset- nie zdążyłam ściąć, ale jemu akurat mróz nic nie zrobił złego.
 Liście paproci, które nie zeschły,  po takim, mroźnym potraktowaniu, padły mokre na ziemię, zmieniając kolor na ciemnozielony.
 Przekwitłe kwiatostany anemonów białych.

Trochę oszronionych i podświetlonych tui

 Widok na zmrożony ogród

wtorek, 29 października 2019

Obrazoburczo



Kupiłam stroików o połowę mniej, niż w zeszłym roku, zniczy dużo mniej, zapłaciłam za to raz więcej, niż w zeszłym roku, zaniosłam wszystko do samochodu, usiadłam za kierownicą i…. poczułam bezsens. Tak, straciłam sens całej celebracji Święta Zmarłych czy jak to zwał. Nie, nie krytykuję tych, którzy świętują, odwiedzają groby swoich bliskich, zachwycają się cmentarnymi światełkami o zmroku. Rozumiem tę ich potrzebę bycia „z bliskimi zmarłymi” w tym dniu (jeszcze parę lat temu również ją miałam). To ja straciłam sens świętowania wraz z całą kiczowatą oprawą strojenia grobów. Nie chodzi o sknerstwo, kiedy kupiłam po jednym stroiku na wspólne groby, a kiedyś kupowałam po jednym dla każdego zmarłego. Nie chodzi o sknerstwo, kiedy robię to samo ze zniczami. Tylko… jaki sens ma każdemu leżącemu we wspólnym grobie członkowi rodziny palenie świeczki, kiedy można zapalić jeden duży znicz? A i to palenie znicza też budzi moje wątpliwości, bo kiedy go zapalałam, zdałam sobie sprawę, że palę światełko na płycie pustki. Idę na cmentarz i palę znicz komuś, kogo tu nie ma, a i w grobie też już nic nie ma… kompletny bezsens. Kładę wieniec na płycie… komu? Obcym, by nie mówili, że nikt nie dba o grób, nie tym, których już nie ma. Nawet nie dla swojego zadowolenia, że taka jestem dobra, dbam o groby bliskich. Miejsce zaznaczone- tu pochowaliśmy, tu jakiś czas jeszcze byli ciałem, choć nieobecni duchem, a teraz… nic nie ma. Równie dobrze mogłabym zapalić znicz w ogrodzie, czy gdziekolwiek.  


Potem pojechałam na cmentarz, gdzie leży rodzina mojego ojca- nieojca. Już nie moja, ale przyzwoitość nakazuje zapalić światełko, bo przecież ta rodzina dbała o mnie, była jak własna. Te groby odwiedzam tylko raz w roku. I w drodze dotyka mnie ta sama refleksja- dla kogo, dlaczego ja to robię? Przecież wszyscy zmarli pojawiają się często w moich myślach, w moich wspomnieniach. Chodziłam po maleńkim cmentarzu i czytałam nazwiska na tablicach, a poczucie pustki dalej mi towarzyszyło. Imię nazwisko, data urodzenia, data zgonu, czasem zdjęcie, czasem sentencja- wszystko. Niektórych znałam, ale nie pamiętam już nic. Czytam- znowu to uczucie pustki i nawet nie silę się na wspomnienia. Wszystko to gdzieś minęło, zostało w tyle.


Czuję, że kolejne „święta” przestają być dla mnie ważne. Ważna jest pamięć, która tkwi we mnie, niezależnie od tego, czy zapalę tę świeczkę 1. listopada, czy nie.
A tak nawiasem nagle przypomniało mi się powiedzenie: „Potrzebne, jak umarłemu kadzidło”. No i tak właśnie odbieram to palenie zniczy i strojenie grobów na 1 listopada.
Owszem, są modlitwy, jest przekaz kulturowy, kościelny, ale na mnie, osobę niewierzącą, przestało to działać.



P.S. Czy zauważyliście, jakie sterty plastiku sprząta się z cmentarzy po 1. listopada? Horror.

Zdjęcia chryzantem znalazłam w Necie.


wtorek, 8 października 2019

Co można zobaczyć o szarówce


Dzień powszedni, godzina 18,30, szarówka, bo dzień pochmurny i na koniec to- niespodzianka. Myślałam, że się wyniosły, co robią rokrocznie, kiedy zaczyna się lato. Na wiosnę są blisko domu, mieszkają pod tarasem, w czerwcu jeszcze się pokazują, czasem w lipcu wygrzewają się obok tarasu, pod cisem, a potem znikają- idą w ogrodowy świat. Tu październik, czas, by gdzieś zalęgły na zimowe przetrwanie, a oto spóźnialski wypełznął z otworu na górze słupka od bramki.  Młoda o mało nie dostała zawału, ponieważ gadzina pojawiła się kilka centymetrów od jej głowy. Wrzask, a potem galop do domu, bo „weź aparat, musisz to zobaczyć, musisz zrobić zdjęcia... szyyyyyyyyybko!!!!!!!! Przyznaję, że sama byłam mocno zaskoczona tym widokiem. Zaskroniec chyba nie mniej naszym. Przepleciony między drutami siatki, próbował dostać się jak najdalej od felernego słupka. Zatrzymał się, wysunął nerwowo język, zaczął syczeć. Zrobiłam mu kilka zdjęć, poruszałam się spokojnie, bo żal mi było gadziny, a nie potrafiłam sobie odpuścić takiej gratki. Nie włączyłam lampy- nie chciałam go dodatkowo stresować. Dlatego zdjęcia są niewyraźne.  Zaskroniec, pełznący po płocie, jest ciągle dla mnie wielkim zaskoczeniem. Mocno mam wbity do głowy stereotyp, że wszystkie tego typu zwierzaki pełzają po ziemi, ewentualnie pływają w wodzie. A przecież w dżungli i nie tylko tam, węże są bywalcami wysokich drzew. Dwa lata temu zrobiliśmy zdjęcia zaskrońcowi, który wygrzewał się na gałęziach iglaka metr nad ziemią. Czas zweryfikować wiedzę o gadzinie i wziąć pod uwagę, że może wpełznąć po schodach do domu. Nie bardzo mi się to podoba. Brrrrrrrrrr....



 

niedziela, 29 września 2019

Beza na spacerze

Ostatnia niedziela września. Godzina 9 rano. Beza wyrusza na długi spacer.
Za polem widać las, a za nim Beskidy. Perspektywa w aparacie stwarza, że są one bardzo daleko. W rzeczywistości w prostej linii mamy do nich około 30 kilometrów.

Do tego lasu mamy niecałe 2 kilometry. Trasa fajna, bo wśród pól i cały czas z widokami na góry- polskie i czeskie Beskidy.
Na polach pozostała jeszcze kukurydza. Nie przepadam za nią, bo zawsze przysłania jakiś fajny widok. W okolicy jest sporo stawów. Ten bardzo malowniczo położony obok lasu, jest jednym z nich.

 Przestaliśmy chodzić na długie spacery, bo nasze nogi nie pozwalają na to. Najczęściej podjeżdżamy samochodem pod las, a potem wolniutko idziemy dalej. Głupie to jest, ale wyżej doopki nie podskoczysz. Nasze sportem i niewątpliwie sielankowym życiem:) :):):):) sterane kolana, są przeszkodą  nie do pokonania.  Ten spacer Beza zaliczyła z Młodą. One uwielbiają razem spacerować i całe długie dystanse pokonują pieszo.
Beza w szeleczkach. Bez nich i smyczy, nie rusza się poza bramę. Cały komplet jest schowany w szufladzie, w sieni. Kiedy otwieramy szufladę, Beza zaczyna popiskiwać z radochy. Niesamowicie lubi te wyjścia.
Psy lubią skubać trawę i w ten sposób czyścić sobie żołądek. Ta przybrzeżna trawa wyraźnie zasmakowała psicy, bo pasła się nią jak młody osiołek. W ogrodzie ma takie miejsca, w których trawa najbardziej jej podchodzi. Instynktownie wyczuwa, co jej pomoże. Nie rusza innych. Kiedyś dałam jej liście mięty do spróbowania- powąchała  i odwróciła się z pogardą. Tak samo potraktowała liście melisy.Mięsko, moja pani, mięsko, a nie zielsko, należy dawać.

 Tu aż się zaparła, by urwać zieleninę, Dziw, ze sobie języka nie przecięła na tej ostrej trawie.

Bluszcze wyraźnie zmieniają barwę. Nie da się ukryć, że robi się bardzo jesiennie.

Zdjęcia zrobiła Młoda telefonem,