piątek, 18 kwietnia 2014

Dlaczego nie chcę...




Wielu dziwi się, dlaczego sama opiekuję się matką i dlaczego nikt z rodziny mi nie pomaga. Tak wyszło, bo to wszystko ma początki gdzieś tam w naszym dzieciństwie. Moja siostra zawsze była niepokorna, buntownicza w tym dosłownym znaczeniu. Czasem o takim zachowaniu mówi się- krnąbrna. Z takim dziećmi trzeba często stanowczo postępować, a moja matka raczej nami niezbyt się przejmowała, stosowała tzw. „zimny wychów” i nie bawiła się w delikatności (urodziła nas, bo wtedy się rodziło dzieci, dzieci wypadało mieć, albo „rodziły się’ i już). Toteż często w domu były awantury (moja matka- pedagog- uważała, że my  w ten sposób wypracowujemy umiejętności walki o siebie). Wszyscy ze wszystkimi kłócili się. Najbardziej jednak siostra, która jest najstarsza i z tej racji zawsze uzurpowała sobie większe prawa. Odkąd też pamiętam, stosowała wobec nas- mnie i brata- mobbing najczystszej klasy, podlany zazdrością i zawiścią. Zawsze, według niej, ja miałam się najlepiej, mnie rodzice hołubili, ja dostawałam więcej. Mojego brata podobnie podsumowała, z tym, że jego wyraźniej lekceważy. Ja, jako dziecko, stosowałam, zapewne intuicyjnie  (a i charakter mam zupełnie inny), inną taktykę, żeby w tym wiecznie rozawanturowanym domu przetrwać. Nie buntowałam się jawnie, wszystko starłam się robić ponad przeciętnie (miałam straszliwe poczucie winy, kiedy coś mi nie wychodziło), za wszelką cenę chciałam zaspokoić oczekiwania rodziców. To był mój sposób na „święty spokój”. No i wypracowałam sobie bicz na samą siebie. Siostra, zwolniona przez całą rodzinę od jakiejkolwiek odpowiedzialności za stosunki w naszej rodzinie- „a wiesz, jaka ona jest”, „a wiesz, że z nią trudno wytrzymać”, „ wiesz ona już się nie zmieni”- darła koty z rodzicami na każdym kroku. Potem zamieszkaliśmy w „kołchozie” czyli w bliźniaku. Rodzice na parterze, ona na piętrze- w jednej części, my w drugiej (mam przejście do mieszkania rodziców, bo cały czas odkąd tu mieszkam, pomagałam im). Zawsze bardzo mnie interesowało, dlaczego, skoro tak jej było źle z rodzicami, nie odcięła się od nich. Był moment, że miała możliwość wyprowadzenia się. Miała dużą pensję, mogła być niezależna zupełnie. Zamieszkała w tym samym budynku i zrobiło się piekło. Dość powiedzieć, że po śmierci ojca przyszli z bratem do mnie i oznajmili mi, że skoro ja się z matką dobrze dogaduję, a one się nienawidzą, to od teraz ja się będę matką opiekowała – sic! Zgłupieliśmy z Jaskółem tak, że nie zaprotestowaliśmy, chociaż wszyscy wiedzieli, że cały dom z parcelą rodzice przepisali na siostrę z tzw. wymówkiem, czyli dożywotnią opieką nad nimi (siostry). Oczywiście miałam dysponować emeryturą matki (ale wszystkie rachunki z niej płacić i jeszcze pokrywać część opłaty za opał). Od początku siostra zaczęła traktować matkę, w jej własnym mieszkaniu, jak lokatora. Nie zrobiła nic, żeby je wyremontować- wszystko my robiliśmy na koszt matki. Emerytura wysoka- nie kłóciłam się.  W pierwszych latach parę razy, kiedy wyjechaliśmy na dwa-trzy dni, matkę doglądała (częściej to robiła nasza Młoda), ale potem zhardziała. Kiedyś, kiedy jeszcze pracowałam na uczelni, potrzebowałam, żeby zajrzała do niej w sobotnie popołudnie. Usłyszałam, że musi się zastanowić. Oooooo… przełknęłam. Popilnowała. Potem zdarzyło się, że telefonicznie zgłosiłam jej potrzebę opieki nad matką w danym dniu- ona nie może, bo nie ma czasu, bo coś innego zaplanowała. Spróbowałam jeszcze raz, ale w odpowiedzi usłyszałam trzask słuchawki. Noż…. Nie muszę chyba pisać, co poczułam. Jak smarkacza. Taki sam numer wyciął szwagier. Postanowiłam nie prosić. Nie miałam sił do takich numerów. Potem, przy okazji płacenia za opał, powiedziałam siostrze, że może sobie wziąć tę emeryturę ( o którą była zazdrosna, bo ja to teraz sobie żyję) razem z dobrodziejstwem inwentarza, czyli z opieką nad matką. Dwa razy usłyszałam (ostatni raz w styczniu tego roku):
- Nie, tak to ja nie chcę… nie… tak to nie- zdecydowane to było.
No to, co ja jeszcze miałam mówić? A kiedy w lutym z matką było źle i zatelefonowałam do niej, bo chciałam, żeby przyszła naradzić się, co dalej, usłyszałam, że ona wyjeżdża, jej to nie interesuje i mam sobie sama podjąć decyzję. Łup słuchawką. Myślałam, że jednak zejdzie i pogada. Nie, nie zainteresowała się w ogóle. Nie zainteresowała się również po swoim przyjeździe, kiedy matka była już w szpitalu. OK. Podjęłam decyzję sama- decyzja o ZOLu. Brata tylko poinformowałam o tym, co postanowiłam. Kiedy mama wróciła ze szpitala do domu, rozdzwoniły się telefony od ciotek: „To niemożliwe, żebyś sama, twoja matka ma troje dzieci, powinnaś poprosić….”. Taaaaaaaaaaaa…. Ja „poprosić”….No i akcja zakończyła się tym, że siostra przyszła do mnie „na rozmowę”. Zaczęła ją od słów, wygłoszonych z ogromną pretensją:
-Powiedz mi dlaczego nie poprosiłaś o pomoc. Trzeba było przyjść i….- diabli mnie wzięli… zaczęłam wrzeszczeć, tak, wrzeszczeć. Wygarnęłam, co o jej chęci do pomocy sądzę. Zakończyło się to total awanturą. Potem była jeszcze awantura telefoniczna, w której usłyszałam jak to mi dom nowy wybudowano, a jej starą stuletnią ruderę przepisano, jak to ojcem się nie opiekowałam i że ona zawsze chciała mi pomóc, ale powinnam ją o to poprosić. Ble…ble…ble… powiedziałam, że teraz, kiedy mam to poukładane i ZOL załatwiony, to teraz dziękuję! I nie będę prosić, bo to ona sama powinna zaproponować pomoc przy jej własnej matce. MATCE!
I do brzegu, jak mówi Klarka. Ja nie jestem petentem, reprezentującym matkę i jako petent nie będę prosić siostry o pomoc przy opiece nad jej matką. A ona tak mnie traktuje. Sytuacje są takie, że oprócz proszenia powinnam chyba jeszcze napisać podanie w trzech egzemplarzach i odczekać dwa tygodnie na  łaskawą decyzję, a potem dostać odpowiedź odmowną, bo ona musi się zastanowić, a teraz nie może, bo teraz wyjeżdża, a teraz ma co innego na głowie.
I jeszcze jedno- ja się po prostu boję tej jej opieki nad matką i jej pomocy.
Zrobię teraz dygresję.
Wczoraj byłam u fryzjera. Nie było mojej fryzjerki, która już wie jak mi ciąć włosy. Była nowa. Usiadłam na fotelu i mówię, jak ma mi włosy przyciąć. OK., wysłuchała i zabrała się do pracy. Widzę, że robi nie tak, jak chcę
- Proszę mi z tyłu nie cieniować, tylko zostawić takie długie, a tylko podciąć- mówię zaniepokojona
-Ja na początku usłyszałam, co pani mówi- pani jest niewzruszona- Ja 25 lat jestem fryzjerką, wiem, co chcą klientki.
- A tu z przodu grzywkę przyciąć i wycieniować, z boku proszę zostawić pazurki- jestem coraz bardziej zaniepokojona, bo pani wyraźnie strzyże mnie na męsko, a tego sobie nie życzyłam. Poza tym niemiłosiernie mnie tym czymś do cieniowania szarpie.
- Dobrze słyszałam, co pani mówi, ja mam doświadczenie- pani zgryźliwie się uśmiecha i mi „pieprzy” ze stoickim spokojem fryzurę. Powinnam wstać i wyjść- taaaaaaaa, gdyby się dało.
No i wróciłam do domu wściekła, bo mam włosy przycięte nie tak, jak chciałam.
Wracając, moja siostra kończyła pomaturalkę dla położnych, teoretycznie zna się na pielęgnacji. Tylko… leżąca, stara matka z Altzheimerem to nie współpracująca ciężarna. Moja siostra jest gwałtowna, niecierpliwa. Kiedyś miałam próbkę, kiedy „poganiała” matkę do stołu, gdy ta jeszcze jadała przy nim posiłki, a nie mogła nałożyć kapci, bo już miała niezborne ruchy. Ja sobie nie wyobrażam, kiedy mówię siostrze jak ma mi pomóc zmienić prześcieradło (mam już te wszystkie rzeczy logistycznie opanowane), a w tym momencie słyszę zniecierpliwione: wiem, nie jestem małym dzieckiem, kto tu jest siłą  medyczną…” i w ten deseń, po czym odbyłoby się przepychanie, szarpanie i zniecierpliwione gesty wobec matki- siostra bardzo, bardzo nie lubi swojej matki (nie napiszę nienawidzi, bo nie wiem). Siostra jest zupełnie taka sama, jak ta fryzjerka. Ona ma doświadczenie, ona wie lepiej, ona słyszy lepiej i ona będzie robiła po swojemu. A że schrzani robotę i potem tylko kupa nerwów oraz "naprawiania"- nieważne.
Chcę matce, przede wszystkim matce, i sobie oszczędzić tych dodatkowych nerwów oraz przykrości. W dodatku matka nie zawsze chce współpracować. Często leży nieruchomo i nie drgnie. Moja siostra nie przyjmuje do wiadomości, że ona jest chora. Według mojej siostry, matka jest złośliwa i uparta świadomie. Przy matce trzeba mieć dużo cierpliwości. Ja często muszę się hamować, a staram się już być „twarda” w środku. Nieraz się poryczę przy zmianie pampersa, ale nie zdarzyło mi się niepotrzebnie szarpać matką (strasznie trzeba się hamować, ja też mam ludzkie odruchy wrzasnąć, trzepnąć, popchnąć, kiedy już jest się bezsilnym). Tu nie może być złości. To nawet jest w moim interesie, bo jak tylko okażę gniew czy zniecierpliwienie, to matka zamyka się i w ogóle nie współpracuje.
To powinno wyglądać w ogóle inaczej. Przecież moja siostra mogła przyjść  i powiedzieć: Słuchaj, dobra, umówmy się, że ja ci w taki i taki sposób pomogę, a ty będziesz to i to robiła. Umyć okna, posprzątać mieszkanie matki, zrobić zakupy, kiedy my nie możemy, posiedzieć, albo tylko doglądnąć co jakiś czas. Ale nie może być tak, że ona mi pomaga warunkowo- tylko wtedy, kiedy ona „może” albo „zechce”, a nie wtedy, kiedy trzeba. Nawet jak była ostatnio niczego nie zaproponowała- ona naprawdę czeka, kiedy ja „poproszę”. Aha…. Ciotki nic nie wskórały… ona nie pomoże sama od siebie, a ja jakoś sobie radzę sama i nie mam zamiaru być „petentem” z czapką w ręce.
Chyba nie muszę więcej dodawać, dlaczego nie chcę już pomocy.  









18 komentarzy:

  1. To kolejny dowód na prawdziwość przysłów
    To konkretne mówi chcesz liczyć, licz na siebie
    Spokojnych świąt

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest prawda. Wiem na czym stoję. Teraz już mi niepotrzebne zamieszanie.

      Usuń
  2. Tyle żalu wylałaś z siebie...Rozumiem Ciebie i Twoje problemy doskonale...Nie każdy z nas, gdy sprawny i zdrowy, myśli o tym, że kiedyś być może będzie potrzebował pomocy bliskiej mu osoby. Pozdrawiam Cię serdecznie, ulach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie- właśnie nie pisałam tego z żalu tylko już na chłodno. Mnie już ten wielki żal i to poczucie niesprawiedliwości przeszło. Teraz jestem przeważnie tylko wściekła i tyle. A nawet nie to. Kiedy ryczę to często z bezsilności, która pojawia się w różnych momentach i z różnych powodów. Nie cierpię, kiedy staję przed wysokim murem.

      Usuń
    2. Dokładnie tak myślałam, jak napisałaś, tylko taki mi się skrót myślowy zrobił.
      A piesek przecudnej urody jest!

      Usuń
    3. Wiem, że poleciałaś na skróty:):)ja bardzo nie chce, żeby te wpisy były traktowane jako żalenie się i wołanie o litość. Jak mi źle to mam męską pierś do wypłakania się na niej:):)
      Teraz częściej ogarnia mnie obojętność, taka jakaś twardość. Nie wiem czy to dobrze.

      Usuń
  3. Myślę, że dasz radę. Chyba zrobiłabym tak samo, wolałabym się trzymać od takiej siostry z daleka. Są sprawy tak trudne, że tylko czas je rozwiązuje.
    Piesusia cudna, ach ach i jeszcze raz ach:) śliczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dam radę, bo .... dam:) Układy w rodzinie to temat rzeka i to, co napisałam nie oddaje wszystkiego. Nie chcę pisać więcej , bo raczej nie jest w mojej naturze rozwlekać sprawy rodzinne do samego dna. Napisałam tyle ile trzeba, żeby sprawę jakoś wyjaśnić. A i tak mi trochę głupio.

      Usuń
  4. Nie musisz - wszystko jasne. No może poza brakiem brata w tym całym bagnie. Co z nim? Też umywa ręce?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brat do czasu, kiedy matka jeszcze w miarę była sprawna ( całe dnie leżała w łóżku i "rozwiązywała" krzyżówki), dała się pod prysznicem umyć (też cyrki były) , sama chodziła do WC i jadła przy stole- odwiedzał ją na zasadzie "co tam u mamy". Jak matka leżała w szpitalu, włączył się i pomógł takie organizacyjne i techniczne rzeczy pozałatwiać. Teraz spasował trochę, ale nie jest mi tak potrzebny do pielęgnacji, jak do załatwiania spraw, a to robi. Tu nie jestem sama, bo i takie rzeczy załatwia Jaskół:)

      Usuń
  5. "tak wyszło"... zwrot - klucz, który ogarnia wszystko... przypomina mi się historia mojego Dziadka, który umarł na Alzheimera /wtedy jeszcze ten termin w polskiej medycynie nie funkcjonował/, ale nie widzę sensu się o tym rozpisywać...
    ech...
    może po prostu "usiądźmy i popalmy", jak mawiał pewien stary wódz Dakotów /mistrzowie zen proponują napicie się herbaty, co na jedno w sumie wychodzi/...
    a pewien rudy sweter wsadził mi nochal ciekawski pod pachę, zajrzał w ekran, zobaczył Bezę, zamerdał ogonem i sapnął: "ale dżaga!"...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooooooooooo, ten rudy to ma gust:) Czasem przydałoby się zioło:) Niestety, musi wystarczyć herbatka, co też dobrze robi.
      Kiedyś mówiono na to zwyczajnie- daleko posunięta demencja, a tu już jest bardzo daleko posunięta, więc zmieniamy jednostkę chorobową:)

      Usuń
  6. Jaskółko, standard. I nie zmienisz tego i ona się nie zmieni, co więcej, będzie święcie przekonana, że czyniła dobro. La vie, które aby pokazać człowieczeństwo, trzeba być człowiekiem w trudnych chwilach.
    Mokrego dyngusa i zdrowia życzę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. A tak, racja mojej siostry jest jedyną racja:) Przywykłam:) Zastanawiam się, jak będzie wyglądała jej starość. I ciemność widzę... ciemność... niewesołe to jest:(

      Usuń
  7. Długo, nie pisałaś, domyślałam się, że nie jest łatwo. Żadne to pocieszenie, zresztą nie o to chodzi, ale każdy ma czarne owce w rodzinie. Niestety wiecznie pokrzywdzonym czarnym owcom, żyje się całkiem dobrze, a najtrudniej mają grzeczne, obowiązkowe dzieci, bo na nie spadają wszystkie obowiązki. Współczuję Ci. W przeszłości nasze rodzinne czarne owce (małżeństwo) potrafiły zadzwonić do innych członków rodziny i cyt: " Jesteśmy na dworcu, wrócimy za dwa tygodnie, zaopiekujcie się dziadkiem". Dla jasności dodam, że to na oni, za zgodą innych otrzymali mieszkanie w zamian za opiekę. Pozostawiam bez komentarza.
    Trzymaj się i pamiętaj, że zawsze możesz się wygadać, to pomaga, a my z uwagą wysłuchany/przeczytamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmmmmm... cała rodzina wie, jaką osobą jest siostrzyczka i na wsiatkij słuczaj woli nie tykać. Tym samym siostrunia pozwala sobie na bardzo wiele. Nie gadam z nią od miesiąca. Wszelkie sprawy załatwia Jaskół. Jakoś nie mam ochoty być atakowana jeszcze dodatkowo i słuchać jakichś zaprzeszłych pretensji już nie wiem czy do matki, czy do mnie. Zwłaszcza, że mówi o rzeczach, które zupełnie inaczej wyglądały, ale jej projekcja jest z wraz z jej wiekiem coraz bardziej bogata i nie przystająca do faktów.
      Jednak źle mi się żyje z takim sąsiadem. No i matka wpoiła nam, że rodzina, to rodzina i należy się trzymać. A teraz wychodzi kto te nauki przyjął, a kto je ma w nosie.
      A co do Twoich "czarnych owiec", znam podobna historię. Widać takie zachowania są dosyć częste.

      Usuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jaskolko, tak, jak napisalas w ostatnim daniu komentarza powyzej. Takie zachowania sa czeste. Zbyt czeste. I trzymaj sie dzielnie!!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.