Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty

piątek, października 02, 2026

Morze, a może jednak to nie morze, ale warto było.

 

Ta droga na dole po lewej prowadzi od parkingów, nad zbiornik- tędy szliśmy. W tle Beskidy- po lewej polskie, po prawej morawskie, w środku Przełęcz Jabłonkowska.

 

Byliśmy nad morzem, nie ściemniam, naprawdę tak się nazywa, chociaż jego powierzchnia liczy 32 hektary, a głębokie jest na 22 metry. Na brzegach są plaże, pomosty i można się w nim kąpać. Jest niezwykle popularne, a Polacy przyjeżdżają nad nie bardzo licznie.

Karwińskie Morze (inna nazwa Darkowskie Morze) powstało na terenach pokopalnianych- zapadliskach. Kiedyś blisko kopalń w Stonawie i w Darkowie były wioski, łąki pola uprawne. Kiedy wydobycie węgla z kopalń przyspieszyło, ludzi wysiedlono, a na miejscu pól i łąk usypano hałdy zaczęły również powstawać zapadliska poeksploatacyjne.

„„Morze”, oficjalnie znane jako Darkovské, powstało na obszarze dotkniętym wydobyciem węgla kamiennego. Od 1991 roku teren zaczął się znacznie obniżać w wyniku podmywania – miejscami nawet o 1,5 metra rocznie. Sytuacja ta dotknęła wówczas około 300 domów jednorodzinnych. Niektórzy mieszkańcy otrzymali odszkodowania, inni przeprowadzili się do nowych domów w Albrechticach lub przy ulicy Žižkova.

Firma OKD, która została zobowiązana do naprawy szkód górniczych, rozpoczęła ukierunkowaną rekultywację. Część techniczna trwała w latach 1997–2009, a następnie część biologiczna, która trwała do 2014 roku. W 2016 roku obszar został oficjalnie zatwierdzony. W rezultacie powstał akwen o powierzchni 35 hektarów i głębokości do 22 metrów. Podczas ostatniego pomiaru w 2014 roku widoczność w wodzie sięgała pięciu metrów.

Na dno jeziora zrzucono 5,5 miliona m³ odpadów poflotacyjnych pochodzących wyłącznie z kopalni Darkov – ilość odpowiadająca około 2200 basenom olimpijskim. To właśnie te odpady przyczyniają się do wysokiej jakości wody. Drugim powodem jest jednak konsekwentne usuwanie pierwotnej zabudowy – do jeziora nigdy nie wpłynęły żadne ścieki.

Kształt morza nie został pozostawiony przypadkowi – projektant inż. Beneš nadał mu kształt liścia lipy. Łagodne wejście do wody znajduje się od strony plaży, natomiast strome brzegi po przeciwnej stronie pozostawiono naturze. Co ciekawe, gdyby nie sztuczna regulacja powierzchni wody, jezioro byłoby dziś większe, ale znacznie płytsze – co doprowadziłoby do powstania bagien i mokradeł.

Nieco za plażą pozostawiono odpady poflotacyjne – ponownie celowo. Biolodzy odnotowali tu bogate występowanie owadów i drobnych zwierząt. Zakładano również, że grunt nieco się obniży, a odpady znajdą się nieco poniżej powierzchni – ale ostatecznie tak się nie stało.”


Wprawdzie hałdy rekultywowano i obsadzano zielenią, ale zapadlisk, jakie równocześnie powstawały nie dało się tak zagospodarować. Toteż postanowiono je wykorzystać w inny sposób. Ogromny zbiornik wody oraz tereny wokół niego, uznano za doskonały teren rekreacyjny. 10 lat temu władze Karwiny postarały się o państwowe dotacje, trochę grosza sypnęły kopalnie i tak to się zaczęło. Cały rekultywowany teren wynosi 120 hektarów. Wyrównano teren wokół akwenu, zbudowano dokoła 3 kilometrową asfaltową ścieżkę, oraz wyasfaltowano dojścia do niej z parkingów. Zbudowano pomosty, wyrównano teren pod trawiasta plażę, zamontowano drabinki, ułatwiające zejście do wody, utworzono parkingi. A potem systematycznie uzupełniano małą architekturę. Jest tam również mała gastronomia toalety oraz wzdłuż tras kosze na śmieci. Corocznie mieszkańcy urządzają akcje sprzątania całego obszaru i trzeba przyznać, ze jest tam czysto. Woda również jest czysta, a akwen zamieszkują różne gatunki ryb. 



W 2025 roku, na brzegu, postawiono posąg Neptuna. Jest to dzieło karwińskiego rzeźbiarza Karla Buchty. Karwiński Neptun waży 1,2 tony i mierzy 3,4 metra.


„– Stworzyłem posąg z myślą o strażniku pewnego terenu. Neptun jest władcą wody, więc należy do Karwińskiego Morza. Chciałbym, żeby strzegł ludzi, którzy tu przychodzą i pływają, a także sprawiał radość dzieciom, turystom i wędkarzom – stwierdził Buchta.” I dodaje: „Chciałem stworzyć coś, co będzie wyglądało majestatycznie, niemal nieziemsko. Spędziłem dużo czasu, patrząc na rzeźbę, myśląc o wyrazie jej twarzy. Inspiracją były dla mnie różne rzymskie posągi, epickie filmy i filmiki w internecie, głównie po to, aby uchwycić odpowiednią energię i ekspresję”.


Już raz planowaliśmy zobaczyć ten zbiornik. W zeszłym roku, jesienią, wybraliśmy się nad wodę, ale musieliśmy zrezygnować, bo był tam straszliwy ruch. Była sobota, a może niedziela i choć wczesna pora, bo do południa, ale pieszych, rowerów oraz ludzi z psami było multum już w okolicach parkingu. Nie, nie dla nas takie atrakcje. Wtedy pojechaliśmy nad stawy w pobliżu Bohumina i nie żałowaliśmy tej decyzji. Odbyliśmy piękny jesienny spacer.

Tym razem wybraliśmy się w poniedziałek do południa, zakładając, że ludzie w pracy, to i nad zbiornikiem będzie ich mało.

Kiedy wysiedliśmy z samochodu, na sąsiednim parkingu stało kilka aut, obok nas może cztery, pięć. Było spokojnie, ruch pieszy i rowerowy, na drodze do jeziora, mały. Wszystko na razie było zgodne z naszymi założeniami.

 

Od parkingu do samego jeziora jest 100 metrów pod lekką górkę, asfaltową drogą (zakaz wjazdu dla samochodów). Szliśmy prawie sami. Kiedy doszliśmy na brzeg, ciągle ludzi było mało, kilka rowerów, żadnego psa. Ale po piętnastu minutach nagle zrobiło się rojno. Rowery, rolki, ludzie zaczęli się mnożyć na tej drodze (asfaltowa wąska droga dookoła zbiornika, nad samym jego brzegiem) jak króliki, pojawiły się również psy różne- małe, duże. No po prostu zrobiło się tłoczno. 

Stawek po prawej stronie drogi wzdłuż zbiornika.

Zszokowało nas to trochę, bo nie spodziewaliśmy się aż takiej ciżby w poniedziałkowe przedpołudnie. Owszem, trochę ludzi tak, ale nie taki ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Postanowiliśmy, że nie idziemy dalej, wracamy. Zresztą droga biegnie w pełnym słońcu, zrobiło się gorąca. Beza też już chyba miała dosyć, bo co chwilę przystawała. A ja, chcąc zrobić kilka zdjęć, ciągle czułam oddech rowerzystów na karku i trzeba było mocno uważać, by nie znaleźć się w ruchu kolizyjnym z rolkarzem, czy wrotkarzem. Psów też przybywało, jakby ten czas był specjalnie dla nich spacerowy. A może jest, bo rzeczywiście świetny to wybieg dla psów z blokowisk. Nawiasem, mogą one być na terenie tylko na smyczy i mają zakaz wstępu na plażę. Cały teren jest monitorowany a regulaminy dla użytkowników dosyć surowe. 

Lilie wodne (grzybienie, nenufary) na małym stawku.

Zawróciliśmy. Nie żałujemy, mimo (jednak) stresu pod koniec spaceru, bo już wiemy, jak to wygląda. Tyle razy przejeżdżaliśmy obok i myśleliśmy, że to zwykłe zbiorniki pokopalniane, a potem przeczytaliśmy, że władze Karwiny urządziły tam miejsce rekreacyjne. W zeszłym roku parkowaliśmy na placu ledwo wysypanym cienko żużlem, a teraz są już dwa porządne duże parkingi i pracownicy właśnie robili następny. Czyli sprawa jest mocno rozwojowa. No i miejsce popularne, sądząc po ilości ludzi, chętnych do spacerowania.

Szyb nieczynnej już kopalni Darkow.

Na drugiej stronie zbiornika mnóstwo ptactwa wodnego.


Za zbiornikiem kopalnia w Stonawie. Do maja była ostatnią czynną kopalnią węgla kamiennego w Zagłębiu Ostrawsko- Karwińskim. W maju kopalnię zamknięto. Tym sposobem w Czechach nie ma już ani jednej czynnej kopalni węgla kamiennego. Jednak Czesi są mądrzejsi od Polaków. Polacy, kiedy zamykają kopalnie, zalewają je lub zasypują wszystko to, co jest na dole (tak np, postąpiono z kopalnią w Kaczycach). Czesi pozostawili swoje kopalnie w takim stanie, by je uruchomić od razu w razie potrzeby. 
Kilka lat temu, Czesi planowali postawić elektrownię atomową w Stonawie. Byłoby to w kontekście tego zbiornika dosyć racjonalne- woda do schładzania reaktorów już jest. Wtedy mocno protestowali Polacy, bo to bardzo blisko naszej granicy. Odstąpiono, ale na jak długo? Podobno Czesi mają budować taką elektrownię bliżej Ostrawy.

W drodze powrotnej, już w Karwinie, zobaczyliśmy takie cudo. 

Kultowa czeska Śkoda Felicja w wersji cabrio.
 

Podobno odlatują żurawie. Jaskółki też już odleciały. Dosyć wcześnie w tym roku. Czekam na klucze gęsi, ale to chyba później i nie mam pewności, czy tędy polecą. Kiedyś leciały, a potem ich już nie widziałam ani odlatujących, ani przylatujących. Sporo gęsi zostaje teraz na zimę w Polsce. U nas na zbiorniku goczałkowickim.

A w ogrodzie sroki zaczęły jesienne koncerty.

Ciągle dzieje się i jestem spóźniona z wklejaniem postów- dwa następne gotowe, a tu jeszcze ten z opóźnieniem.

 

https://glos.live/Wiadomosci_region/d/neptun_nad_karwinskim_morzem

https://nakarvinskemmori.cz/pl/aktualnosci/sekret-morza-karwinskiego/

https://nakarvinskemmori.cz/pl/cat/aktualnosci/

Niektóre zdjęcia saz podanych stron. 

sobota, września 19, 2026

Gdzie cysorz piechotą chodził.

 

Chcieliśmy obejrzeć NATO-DAY- coroczne pokazy militarne w Ostrawie. Są to pokazy sprzętu wojskowego oraz loty nowoczesnych natowskich samolotów. Szukaliśmy na mapie miejsca, w którym moglibyśmy przystanąć niedaleko lotniska (tam to się odbywa) i poobserwować samoloty, ale doszliśmy do wniosku, że nie ma co Bezy męczyć, najpierw prawie godzinnym dojazdem (trzeba zajechać za lotnisko), a potem jeszcze kazać jej stać lub dreptać prawie w miejscu i czekać (w samochodzie bez nas jej nie zostawiamy).

No to gdzie jechać w taki piękny (jeszcze) letni czas? Może na grzyby- tych po suszy mało jest, a może na lwywy (wzorem Starszych Panów)- Sahara się robi, a i lwów jednak brak. Ryby też odpadają. Jak, zatem, skorzystać z tak pięknej wrześniowej pogody? Teraz akurat jest ten czas, kiedy wycieczki są najprzyjemniejsze- nie pada i jest ciepło, a nie gorąco.

Jaskół znalazł, po stronie czeskiej, pomnik. Mnie nie trzeba dużo, by się byle pierdołą pozachwycać, bo ja lubię takie rzeczy- lubię i miejsca zielone, i starocie w postaci pomników, ruin oraz pałaców „zaklętych”, żeby nie powiedzieć- też często zamkniętych.

No dobra, jedziemy zobaczyć, gdzie to najjaśniejszy pón cysorz zaszczycił swą obecnością swych poddanych. 


 Przy zjeździe do Cieszyna są takie obłędne widoki.

Taka sobie granica gdzieś z dala od głównych szlaków.


Jaskół nie lubi polskich map, bo niedokładne, obstalował trasę na czeskiej mapie, włączył nawigację- jedziemy. I wszystko fajnie szło aż do pewnego rozwidlenia dróg. Hmmmm... dróg to ładnie powiedziane- dwóch wąskich asfaltowych wprawdzie, ale takich wiejskich dróg już po czeskiej stronie. Zatrzymaliśmy się, bo gdzie teraz? W prawo, czy w lewo? Jaskół zaczął studiować Google, a ja z Bezą na krótkie siusiu (Bezy nie moje). No nie powiem, spacerek krótki, nawet fajne krowy tam były- chciałam zrobić im zdjęcie, kiedy Jaskół zarządził- jedziemy w lewo. Ruszyliśmy, ale naszły go wątpliwości- może jednak w prawo należało? OK, zawracamy, jedziemy w prawo.

Jechaliśmy, jak to przeważnie w naszym przypadku bywa, drogą „od zaplecza”. Bardzo rzadko jeździmy, „jak ludzie”, porządnymi drogami, zawsze nas skusi jakiś skrót albo boczna trasa itp. (jest to wpisane, od dawna, w nasze wyprawy- nie denerwujemy się, mamy czas, nic nas nie goni), czyli taką, którą zapewne chodziłyby owce, muflony i kozice górskie, gdyby raczyły żyć na tych terenach. Była ona wprawdzie dosyć szeroka, ale bardzo stroma, a co jakiś kawałek, wystawał z niej niewielki uskok zrobiony z podmytego i ukruszonego asfaltu (kiedyś chyba była na niej warstwa asfaltu, teraz to kamole i kawały zrytego asfaltu). Miałam wrażenie, że albo wpadniemy w jakiś wądół i urwiemy koło, albo zahaczymy miską olejową o ten zryty asfalt. Najgorsze było to, że trzeba było jechać tylko do przodu („coś być musi, do cholery, za zakrętem”), bo cofanie nie wchodziło już w grę. Wyjechaliśmy na wzgórze i ukazał nam się pomnik. Pomnik, jak pomnik, jednak te widoki.... dech zapierało. 

Na polską stronę.


 
Na zdjęciu poniżej widać daleko Cieszyn, a za nim (w perspektywie) czeską elektrownię w Dziećmarowicach, a z lewej strony kopalnie w Karwinie. Bliżej kawałek Czech. Taki przekładaniec- Czechy, Polska, Czechy.
 Po czeskiej stronie


 

Na filmie idąc od lewej strony ( od granicy ze Słowacją) są szczyty Kozubowy, Ostry, Jaworowy Wierch albo Wielki Jaworowy- ten z wieżą, Podgruń, Krivy, Muchov Kopec. Widać też kawałek Trzyńca (w lewo od Jaworowego).

Przed nimi Przełęcz Jabłonkowska idzie od zachodu z Czechy na wschód do Słowacji- przełęcz jest w większości w Czechach.

Tu z dołu przyjechaliśmy- kawałek w dół jest w miarę fajna droga, potem stroma i zryta. 

 

No i aby dokończyć wątek drogi dojazdowej, to od pomnika dalej, wiodła droga asfaltowa, równiutka, która po 100 metrach, krzyżowała się z drogą dosyć szeroką, łączącą Trzyniec z Leszną Górną. Czy trzeba było nią od razu? No nie, ale NIE, przecież- hej przygoda woła nas. My lasami, dolinami, po strumieniach, wyrwach i stromo po zrytym asfalcie przecież musimy- taką ma Jaskół, a ja się przychylam, fantazję (serio to przecież Jaskół nie mógł nawet przypuszczać, że władujemy się na taki survivalowy trakt). Tą porządną drogą zjechaliśmy do Trzyńca, a potem przez Cieszyn do domu. 

Huta w Trzyńcu nadal pracuje.  


 


 

Teraz o pomniku. Znajduje się na teranie czeskiej wioski Kojkovice. Ta z kolei graniczy z Polską. Ale w czasach Franza Josefa żadnej granicy przecież tu nie było. Przyjeżdżał na inspekcję swoich ziem.

 

Zdjęcie współczesne.

Zdjęcie z 2014 roku.
 

„W 1908 roku Kojkowice, dziś będące dzielnicą Trzyńca, były samodzielną gminą. Jej władze postanowiły uczcić sześćdziesięciolecie panowania cesarza, który osobiście odwiedził miejscowość, poprzez ustawienie na tzw. Kojkowickiej Górce głazu z tablicą pamiątkową.

Jak informuje portal „fotokresy.pl”: Odsłonięty został we wtorek 8 września 1908 r. o godz. 14. Program uroczystości był następujący: 1. Powitanie, 2. Chór mieszany, 3. Odsłonięcie pomnika, 4. Odśpiewanie hymnu ludowego, 5. Wycieczka do pobliskiego lasku. Wieczorem miało miejsce odpalanie sztucznych ogni, a następnie zabawa taneczna w gospodzie gminnej przy współudziale hutniczej kapeli z Trzyńca. W uroczystości brało udział około 2 tys. osób.
Tego samego dnia wysłano do cesarza telegram o następującej treści: „Gmina Kojkowice przy Cieszynie składa przy odsłonięciu pomnika na pamiątkę pobytu Najjaśniej. Pana na manewrach w r. 1906 u stóp Tronu z powodu jubileuszu sławnych rządów wyrazy głębokiej czci z życzeniami: niech Bóg raczy Go nam jak najdłużej przy zdrowiu zachować.

Po I wojnie światowej na pomniku umieszczono tablicę z nazwiskami czterech obywateli Kojkowic, którzy zginęli w czasie wojny. Byli to: Józef Klimsza, Jerzy Stokłosa, Adam Trombik i Jan Cholewik. W późniejszym okresie tablica ta została przeniesiona do budynku polskiej szkoły. W 1950 r. pomnik ponownie otrzymał nową tablicę. Tym razem na mało czytelnej płycie z wyobrażeniem gołębia symbolizującego pokój pojawił się dwujęzyczny napis: „Za trvalý mír – Za trwały pokój – r. 1950″. 

W takiej postaci przetrwał do października 2010 r., kiedy staraniem Miejscowego Koła PZKO oraz dofinansowaniu przez  władze miasta Trzyńca został odnowiony.

Do szczegółów dotyczących historii pomnika dotarł też w 2007 roku (kiedy to tablica na wapiennym głazie mówiła o pokoju) Stanisław Zahradnik. Wyjaśniał on wówczas czytelnikom „Głosu Ludu” (nr 118 z 11 października 2007, s.3), że pomnik stanął na Kojkowickiej Górce, gdyż to z tego właśnie miejsca cesarz Franciszek Józef obserwował wraz ze swą świtą we wrześniu 1906 roku przebieg wielkich ćwiczeń wojskowych, tzw. manewrów cesarskich (które tak barwnie opisywał Gustaw Morcinek w „Czarnej Julce”). Widok stąd bowiem wspaniały na Puńców i Dzięgielów. Zahradnik zwraca też uwagę i podkreśla, że ówczesny wójt Paweł Kajzar cesarza witał po polsku.”

Tyle cytat z:

https://zwrot.cz/2018/06/spacery-ze-zwrotem-pomnik-cesarza-w-kojkowicach


Więcej o pobycie cesarza w Cieszynie oraz o manewrach, które odbyły się na puńcowskich wzgórzach, można przeczytać tu:

https://muzeumcieszyn.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=41&Itemid=152

Zastanawiam się, dlaczego napis na tablicy jest tylko w j. polskim. Wydawałoby się, że powinien być w dwóch językach. Tym bardziej, że przedstawiciele polscy- PZKOL oraz czescy- władze Trzyńca- finansowali jego renowację. Sam pomnik znajduje się w Czechach. Wygląda na to, że Czesi nie są małostkowi, a napis przecież rozumieją.


Zdjęcia moje i ze strony artykułu oraz ze stron

https://w.eksploratorzy.com.pl/viewtopic.php?t=3122&p=12534

https://www.visitcieszyn.com/dawny-pomnik-cesarza-franciszka-jozefa-i

Gdyby ktoś pytał :"Gdzie żeś to bywał czarny baranie?", mogę dać namiary na miejsce jego pobytu. 


 

środa, maja 13, 2026

Różowa Wenus.

 

Minęło, ale było. Początek maja- po prostu majowo i świątecznie było. Trochę koszenia, trochę plewienia, trochę sprzątania i krótki wypad do Czech z Bezką. Teraz to oficjalnie Czechia, ale jak chciałam odmiany w dopełniaczu- Czechi czy Czechii, to głupia AI obstaje za: „do Czech” (według mnie poprawnie jest do Czechi, no chyba, że traktuje się ją jako zachodnią nazwę, to Czechii- zwariować można- stosuję polskie zasady). A jeśli się uprzeć przy nazwie Czechia (nawiasem mówiąc to tylko angielska nazwa Czech), to nie odmienia się- byliśmy w Czechia i już.

W sobotę- 2 maja- pojechaliśmy do Ostrawy Landeka. Wcześniej wyczaiłam, że jest tam park z muzeum górnictwa i z małym pomnikiem kobiecej figurki. Nie muzeum górnictwa mnie ciągnęło, a właśnie ta figurka. Bo... archeolodzy, którzy ryją w ziemi oraz przegrzebują planetę wszerz i wzdłuż, w poszukiwaniu wszelakich dowodów na pochodzenie ludzkości, tudzież z chęci poznania jej rozwoju, natknęli się na wzgórzu, niedaleko Ostrawy, na resztki osady/obozowiska (kultura grawecka) sprzed 25000 lat. I tam wykopali bardzo ciekawą figurkę z rudy żelaza.

Sporo historii regionu, tej najdawniejszej, poznałam. Mieli tu swoje osady Celtowie, mieli osady Gołęszyce- choćby Stary Cieszyn lub inaczej Cieszynisko w Podoborze (doskonale zrekonstruowana osada słowiańska), ale nie spodziewałam się, że historia osadnictwa, na tych terenach, sięga tak daleko wstecz.

Ale po kolei. Była sobota, w Polsce kolejne święta, a w Czechach normalny weekend. Tyle razy byliśmy w Czechach w sobotę i ruch był raczej mizerny, a tym razem ludziska jakby się wściekli- kiedy dojechaliśmy do parku, wszystkie miejsca na parkingu były zajęte. Całe szczęście, że można było parkować również na obrzeżach trawników i zajęliśmy, na brzegu takiego, jedno z ostatnich wolnych miejsc. Wygląda na to, że park w Ostrawie Landeku jest bardzo popularny- nawet orszak weselnych aut zjechał wzdłuż parkingu pod widniejącą w dali knajpkę. Cały park jest rozległy- jest w nim akwarium, knajpki, pomnik mamuta oraz zrekonstruowana osada łowców mamutów, place zabaw, trawniki pod kampery, boisko do tenisa ziemnego, stara kopalnia itp. Nas interesowała głównie figurka. Całe szczęście, że mijaliśmy ją, jadąc na parking, dlatego nie musieliśmy pchać się w tłum ludzi w parku. Poza tym robił się upał- była 11 przed południem i widać było, że siada nam kondycja- szczególnie Bezce, bo jej gęste futro raczej nie nadaje się do spacerowania w upale.

Zeszliśmy w dół, szukając figurki, doszliśmy do lokomotywy, ale Wenus nie było. Zatem zrobiliśmy odwrót i poszliśmy w górę.  

Przy drodze, na skraju terenów zielonych, stoi rzeźba św. Prokopa z Sazawy- patrona czeskiej ziemi. Był on pustelnikiem i opatem, założonego przez siebie opactwa benedyktynów w Sazawie. 

Sazawa była dużym ośrodkiem słowiańskim, przed przybyciem chrześcijańskich mnichów. Kult Prokopa jest mocno związany z tradycją liturgii słowiańskiej i piśmienniczej oraz z ujarzmianiem diabła (figura przedstawia Prokopa trzymającego stopę na plecach diabła)- to postać historyczna, która wspierała tradycję słowiańską wtedy, kiedy w Czechach już mocno dominowała tradycja łacińska.  Św Prokop uznawany jest również za świętego od spraw trudnych, a jego święto w Czechach przypada na 4 lipca.

Legenda mówi, że św. Prokop, prowadząc ascetyczny tryb życia, sam orał ziemię pługiem, w który był zaprzęgnięty diabeł. Kiedy diabeł próbował brykać, św. Prokop, by go ujarzmić, używał krzyża.



Wzdłuż drogi dojazdowej, ustawiono maszyny górnicze, a przy zakręcie stoi mały parowóz. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że maszyny, które są przecież jakąś historią tego okręgu, są zaniedbane. Trochę mnie to zbulwersowało, ponieważ dotychczas wszystkie obiekty, zwiedzane przez nas  po czeskiej stronie, były w miarę zadbane, a tu maszynowy horror postawiono na trawnikach. 

Maszyny stoją również na trawnikach przy parkingu.

Tutaj fragment chodnika kopalnianego z wagonikiem podwieszanym


 I fragment chodnika z kombajnem.

 

I jeszcze jeden kombajn.

 

maszyny ustawiono również przy hali, w której obecnie znajduje się boisko do squasha.


 

Nie robiłam zdjęć wszystkich maszyn, bo po pierwsze są zaniedbane, a po drugie ich nazwy są po czesku- nie znam technicznych czeskich nazw, mogłam się tylko domyślić, jakie to niektóre maszyny są. 

Kto nie ma klaustrofobii i nie boi się zjechać w dół do kopalni, może jej część zwiedzić. Kopalnię zachowano w dobrym stanie i jej część jest udostępniona dla turystów. Zwiedza się ją z przewodnikiem. Ja jednak, gdyby nawet nie było z nami Bezki, podziękowałabym już na wstępie za taką atrakcję, zanim ktoś bąknąłby „A”. W życiu pod ziemię nie dam się zaciągnąć. Byłam kilka razy w Wieliczce, byłam w Sztolni Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach i ewentualnym następnym takim atrakcjom, mówię stanowczo NIE!

Obok parku znajduje się dosyć stroma góra ze ścieżkami edukacyjnymi. U jej podnóża odkopano obozowisko łowców mamutów.

Otóż ci łowcy mamutów, którzy żyli w okresie paleolitu, spostrzegli, że w tym miejscu występują, na powierzchni ziemi, niezwykłe kamienie- prawdopodobnie złoże było tuż pod powierzchnią, przez wieki zapadało się coraz niżej. Współcześnie zastanawiano się, w jaki sposób, w tak dawnych czasach, zorientowano się, że te czarne kamienie mają właściwości przydatne do życia. Przypuszczalnie, po przypadkowym uderzeniu pioruna, kamienie się tliły lub podczas wypalania łąki kamienie jeszcze długo się żarzyły, co spostrzegli ówcześni mieszkańcy obozowiska i wykorzystali to. Ślady użytkowania węgla przez łowców mamutów, znaleźli archeolodzy w resztkach paleniska.

Tak czy siak, zaczęto te kamienie pozyskiwać w większej ilości aż w końcu, w 1830 roku, wybudowano kopalnię, w której bardzo długo wydobywano najlepszy gatunkowo węgiel. Kiedy złoże węgla się wyczerpało, kopalnię zamieniono w atrakcję turystyczną.

Wracamy do głównej przyczyny naszej wyprawy- paleolitycznej figurki. 

Na początku jej replika stała w lesie przy jednej ze ścieżek edukacyjnych.

Teraz stoi w miejscu, w którym ją wykopano. 

Postument zrobiono z gabiony. Figurkę pomalowano na ciemnoróżowy kolor. Hmmmm... może i inspiracja jakaś była, by nie tworzyć kolejnego kamiennego nudnego obelisku, ale.... ale ta figura również jest poharatana przez czas, farba złazi z niej na dole. I ta malutka tabliczka z nikłą informacją, czego dotyczy pomniczek. Zrobiło mi się nijako, bo przecież takie miejsce, taki artefakt, a tu kompletny brak jakiegokolwiek docenienia, że wykopało się taki skarb historyczny. I ta gabiona zamiast normalnego postumentu z kamienia, czy choćby drewna, bardzo mi nie pasuje. Ja w ogóle nie rozumiem, jak można zachwycać się gabioną- płoty gabionowe, ścianki gabionowe, donice gabionowe.... kupa kamieni wciśnięta w siatkowe uwięzi. Niektórzy sadzą w ściankach gabiony rośliny i to w jakiś sposób rozbija te kamienne ściany, ale same gabiony robią na mnie przygnębiające wrażenie.

A gabiona pod figurką pasuje,według mnie, tak, jak falbanki pasują krowie.

Oryginalna figurka- Wenus z Pietrzkowic (Wenus z Petřkovic albo Wenus z Landeka), wygląda tak.

Łowca mamutów wyrzeźbił ją 25000 lat temu w hematycie (hematyt jest bardzo twardy, gorzej się go obrabia niż kamień, czy kość- na terenie Śląska Cieszyńskiego, od Ostrawy po Trzyniec, były niewielkie złoża tego surowca). Rzeźba przedstawia tors młodej kobiety lub dziewczyny. Oryginał ma 4,6 centymetrów. Przypuszcza się, że brak głowy był zamierzonym zabiegiem twórcy. Interesujące jest to, że sylwetka tej figurki różni się od innych kobiecych figur, powstałych w okresie paleologicznym. Figurka z Petrzkowic odzwierciedla postać szczupłej kobiety, natomiast inne figurki kobiet, choćby tak bardzo znana Venus z Villendorf, 

 


przedstawiają kobiety z obszernymi biodrami i dużym biustem. No i mają głowy.

A teraz dodatkowa ciekawostka- jest jeszcze jedna Wenus, odmienna od tych biodrzastych, odkopana na stanowiskach archeologicznych niedaleko Raciborza (figurki kobiece z okresu paleolity też odkopano w wielu miejscach w Europie). 


Wykopaliska prowadzono przed powstaniem zbiornika przeciwpowodziowego Dolna Odra. Wenus z Raciborza powstała w  paleolicie, ale wykonana jest z gliny. Ta ma szerokie biodra i płaski biust, a jej głowa jest pomiędzy wyciągniętymi w górę ramionami..

Figurkę z Pietrzkowic odkrył Bohusław klima w lipcu 1959 roku, na wzgórzu Landek. Oryginał znajduje się w Instytucie Archeologicznym w Brnie.  Figurka została wykopana na terenie obozowiska łowców mamutów. Leżała pod trzonowcem mamuta.

Park w Landeku ma status Narodowego Zabytku Przyrody (Národní přírodní památka) i jest znany geologom oraz archeologom z całego świata.

Prawdopodobnie wrócimy do tego parku obejrzeć zrekonstruowane obozowisko łowów mamutów oraz inne atrakcje. Musimy wybrać taki czas, kiedy nie będzie tam tłumów ludzi żądnych weekendowej rozrywki.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Prokop_z_Sazawy

https://www.naszesudety.pl/landek-park-gornictwo-przyroda-i-szczupla-wenus.html

https://www-lands--of--venuses-eu.translate.goog/v-b-petrkovice/w-b-petrkovice.html?_x_tr_sch=http&_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://www.krajoznawcy.info.pl/landek-kopalnia-i-gorniczy-ratownicy-40023

czwartek, marca 12, 2026

Miasteczko otulone piernikowym zapachem- Royal Enfield Meeting 2013 (cz.1)

 


 

Od 10 lat nie uczestniczę już w rajdach motocyklowych. Wysiadł mi kręgosłup po jednym z nich, kiedy to cały rajd (około 1000 kilometrów) przejechałam na bardzo twardym, nieodpowiednim siodle (aha- siodło w slangu motocyklowym- siedzisko). Oryginalne w naszym Enfieldzie było raczej niewygodne. Ale zaliczyłam na nim 5 zlotów, zorganizowanych przez nas i 4 zloty zorganizowane w okolicach Zamościa oraz liczne wycieczki po Czechach, Słowacji oraz w naszej okolicy. I na ten ostatni zlot, na który pojechałam, przykręciliśmy siodło, podarowane przez kumpla motocyklistę. Oryginalne do Enfielda, ale młodszego rocznika. Nie będę wnikała w szczegóły- nie pomogła nawet poduszka, którą kupiliśmy już jadąc na zlot, bo siodło było za mało wypełnione, za miękkie i na nierównościach czułam, jak mi się kręgosłup obija oraz kurczy, a na udach robią siniaki. Po przyjeździe do domu długo nie mogłam uspokoić bólu, a uraz pozostał mi do teraz. Wprawdzie kolega zrobił inne siodło specjalnie dla mnie, jednak nie zdążyliśmy go wypróbować, ponieważ z kolei, Jaskół popadł w tarapaty z kolanami. I tak na koniec sprzedaliśmy Enfielda i kupiliśmy Szerszenia (maksi skuter), do którego z trudem się przekonuję. Ale żeby nie było, do samych motocykli nie zraziłam się, nadal je kocham miłością ogromną, nadal chciałabym jeszcze pojeździć jako plecaczek i absolutnie nie boję się jazdy na motocyklu, zwłaszcza z Jaskółem.

Taki przydługi nieco wstęp mi wyszedł, a to dlatego, że zostało mi do przedstawianie na blogu trochę rajdów, w których brałam udział. Szkoda ich zostawić sobie a muzom i nie pokazać, jak wyglądały. Nie będą one w chronologicznej kolejności, ponieważ muszę, na podstawie zdjęć oraz z pomocą Jaskóła, przypomnieć sobie dużo rzeczy, ale wrażenia nadal we mnie są ogromne. To były naprawdę fajne chwile.

Na starym blogu opisywałam te rajdy systematycznie, ale jak usunęłam blog, to automatyczne poleciały one w kosmos. Szkoda.

Parę postów o naszym Enfieldzie i naszych wyjazdach na nim, już tu opisałam (etykieta- rajdy i wycieczki motocyklowe), jednak jest tego niewiele.

OK.

Jest rok 2011, planujemy rajd u nas. Chcemy pokazać, jak zawsze, fajne okolice i interesujące miejsca do zwiedzania. Trochę opornie nam to idzie, ponieważ te najciekawsze, naszym zdaniem, nie mieszczą się w zaplanowanym czasie, a te bliższe już zaliczyliśmy. No i nasz kolega Adaś wybawia nas z kłopotu

  • Słuchajcie, niedaleko na Morawach jest super miasteczko. Jest co zobaczyć, jest gdzie połazić, a i w okolicy są też ciekawe miejsca. Jak chcecie, to załatwię noclegi, bo mam znajomą Czeszkę, u której już nocowaliśmy.

No dobra, niech będzie Sztramberk (Štramberk).

Zbiórkę zrobiliśmy u nas w domu, w piątek po południu. Do Sztramberka jest tylko 60 kilometrów, a do nas docierali cały dzień motocykliści z dalszych stron Polski, którzy nie znali drogi do tego morawskiego miasteczka. 

Jaskółka- kosmitka. Wtedy jeszcze nie było takich fajnych ubranek motocyklowych, jakie są teraz- lekkie i spełniające wszystkie wymogi bezpieczeństwa. Moja kurtka i spodnie były dosyć ciężkie, ale dobrze ochraniały w razie upadku. Tak samo bezpieczne miałam buty motocyklowe, a rękawic nie ściągałam nawet w czasie wielkiego upału. Czy ktoś wie, jak goi się zdarta skóra na dłoniach? No właśnie. 

Wyjeżdżamy na rajd.
 

Do Sztramberka dojechaliśmy późnym popołudniem, odnaleźliśmy dom, w którym mieliśmy nocować i tu nadspodziewajka- nie ma Adasia i Agnieszki, a przecież to oni nocleg organizowali- mieli na nas czekać na miejscu.

Narada na parkingu, co dalej. W zlocie brało udział 11 Enfieldów oraz dwie Yamahy

 Konfuzja na całego, obchodzimy budynek dookoła, wszystko pozamykane. My ciut zmęczeni dniem i głodni, a tu głucho i żywej duszy. Zeszliśmy trochę niżej do czynnego sklepu- tam nam powiedziano, gdzie mieszka właścicielka- oczywiście po czesku. No dobra, panowie dotarli do właścicielki, przyszła, otworzyła, przydzieliła pokoje i nareszcie mogliśmy zdjąć ciuchy motocyklowe, a te jednak trochę ważą. Adaś z Agnieszką, radośni jak skowronki zameldowali się późnym wieczorem. No... ja tam nie wnikam, ale niektórzy byli ciut wkurzeni. 

Nasz hotelik, widok z truby.

 W sobotę pojechaliśmy do Pribora i Koprzywnicy (opiszę w dalszych częściach) i wróciliśmy do Sztramberka, by zwiedzić rynek oraz starą część miasta, wejść na trubę, kupić słynne sztramberskie uszi no i zaliczyć morawską kolację.

Kiedy wchodziliśmy na rynek, minęła nas kawalkada weselnych samochodów. Para młoda przyjechała takim czerwonym cudem.

 Trochę o miasteczku.

Pierwsza osada powstała 100 lat p.n.e. a artefakty, jakie znaleziono w Sztamberku zalicza się do kultury puchowskiej. Ale okolice Sztramberka były zamieszkałe dużo, dużo wcześniej. W Jaskini Šipka znaleziono atrefakty (ślady ogniska, przedmioty z epoki brązu,kawałek żuchwy dziecka neandertalskiego, a także mnóstwo kości zwierzęcych), które świadczą o tym, że ludzie żyli tam już około 40 tysięcy lat temu.

Sztramberk to urocze miasteczko położone na stromych stokach Beskidów. Wygląda jakby skryło się przed światem i otuliło się stokami Wierzchowiny Sztramberskiej.

Stare domki przylepione są wręcz do skał. Uliczki między nimi są bardzo strome, a idąc uliczką „górną” ma się z jednej strony normalnej wielkości domy, a z drugiej strony przeważnie dachy domów stojących przy równoległej uliczce, biegnącej poniżej. 

Cała grupa- Jaskół i ja robimy zdjęcia. 

 Byliśmy tam pod koniec czerwca i domki dosłownie tonęły w zieleni oraz w kwiatach. Klimat nie do opisania. Tam po prostu trzeba latem być i przejść się tymi uliczkami.

Rynek jest trochę pochyły, otoczony barokowymi kamieniczkami. Przy rynku stoi duży barokowy kościół św. Jana Nepomucena, zbudowany w XVII wieku.

Na środku rynku jest stara fontanna z Hygieją, grecką boginią zdrowia.

Na przeciwległej do kościoła pierzei rynku, znajduje się mały browar, gdzie podają piwo piernikowe. W tym browarze jedliśmy kolację, ale nie pamiętam, jakie dania (prawdopodobnie prażony hermelin, prażeny syr), natomiast pamiętam, że Agnieszka, która zna Morawy, opowiadała o morawskim winie i wtedy pierwszy raz dowiedziałam się, że na Morawach wyrabia się świetne wina np. Morawskie zelene, które dosyć często gościło u nas w domu (od tamtej pory). Od tego czasu kupujemy również prażony syr, za którym raczej nie przepadam. Ponieważ w Sztramberku waży się dobre piwo, jest też możliwość skorzystać z kąpieli piwnych w hotelu, także mieszczącym się na rynku.

Charakterystycznym zapachem, który unosi się nad sztramberskim rynkiem jest zapach pieczonego piernika. W miasteczku jest sporo cukierni oraz piekarni, w których wypieka się kultowe „rożki”- cynamonowe sztramberskie uszi.

Gdzieś już pisałam, skąd się wzięła tradycja wypiekania uszi, ale przypomnę, bo historia jest super. Otóż wypieka się je od 1241 roku, kiedy to na miasteczko napadli Tatarzy. Mieszkańcy ukryli się na jednym ze wzgórz, na które przytaszczyli ogromny zbiornik wody, by zatopić obóz tatarski. Ponoć cała operacja udała się. Tatarzy uciekli, a w ich obozie mieszkańcy Sztramberka znaleźli cały worek uszu. Były to uszy niewiernych (chrześcijan) i miały stanowić dowód dla chana tatarskiego, że jego wojska ich zwyciężyły.

Inna wersja historii uszi, mówi, że ich kształt nawiązuje do zamkowej wieży (truby).

Oryginalne uszi robi się z ciasta, które musi być o takiej konsystencji, by je rozwałkować. Podobno niektóre ciastkarnie idą na łatwiznę i pieką uszi jak naleśniki, a potem je zwijają. Jest też stara piekarnia z tradycją pieczenia uszi tak, jak to się od dawna robiło. Tam można zobaczyć cały proces powstawania tych aromatycznych ciastek, bo właściciele piekarni przygotowują je „ na widoku”. Ciasto się wałkuje, potem wycina się z niego okrągłe placuszki jak na pierogi, następnie się te placuszki podpieka i jeszcze ciepłe wkłada do rożków, by nabrały kształtu ucha. Tyle zdołałam się dowiedzieć i zobaczyć. Przepis na ciasto jest tajemnicą, a produkt jest objęty znakiem regionalnym, mogą je wypiekać wyłącznie producenci miejscy.

Piekarnia, w której piecze się uszi tradycyjnie.

 



W starej części Sztramberka zachowały się drewniane domy. Są to zrębowe wołoskie domy, które zbudowano na przełomie XVIII i XIX wieku. O Wołochach, którzy przywędrowali na Morawy pisałam już w paru postach. Domy wołoskie w Sztramberku są zamieszkałe. Stara część miasta, przypomina wołoski skansen.

 Charakterystycznym znakiem rozpoznawczym Sztramberka jest wysoka wieża (truba) którą widać z bardzo daleka. Stoi ona na wzgórzu zamkowym i jest pozostałością po zabudowaniach zamkowych. Zamek zbudowano od koniec XII wieku, ale nic z niego nie pozostało oprócz murów obronnych. Prawdopodobnie był to jeden z zamków, z którego strzeżono szlak handlowy biegnący przez Bramę Morawską. Samo miasteczko zostało założone w połowie XIV wieku i w tym samym czasie nadano mu prawa miejskie. Zamek i miasteczko, zostały zniszczone podczas wojny trzydziestoletniej. Zachowała się jedynie gotycka obronna truba. Ma ona kształt walca i jest 40 metrów wysokości. Oczywiście wyszliśmy na podest widokowy po stromych metalowych, potem drewnianych schodach i na koniec po drabinach. Swój lęk wysokości zadusiłam w zarodku jeszcze na dole, ale chyba nie do końca wyszło mi to duszenie, bo od czasu do czasu wychylał łeb z kieszeni i warczał – zaraz spadniesz, zaraz zlecisz, zaraz się zabijesz... mimo to wyszłam dzielnie na samą górę. I warto było- widoki na okolicę nieziemskie. 

 Już na górze- moja głowa z lewej strony. Fryzura taka bardziej wichrowa.

 Sam widok Sztramberka położonego między wzgórzami zapiera dech.  

A w oddali wzgórza i doliny między nimi dorównuję pięknością miasteczku. Po zejściu z truby, poszliśmy na łąkę obok niej (jesteśmy dalej na wzgórzu) i tam zrobiliśmy sobie mały piknik, a potem zaliczyliśmy starą część miasteczka z domami wołoskimi, obejrzeliśmy jak piecze się uszi, kupiliśmy sobie ich kilka rodzajów (z orzechami, z kokosem itp.) i poszliśmy na kolację ze smażenym syrem oraz morawskim zelenym, tudzież piwem warzonym w browarze sztramberskim. Była jeszcze propozycja, by odbyć leczniczo-relaksacyjną kąpiel w piwie, ale zrobiło się późno, a na drugi dzień wracaliśmy do domów- niektórzy mieli przed sobą trasę około 400 kilometrową.

Nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji turystycznych w Sztraberku, bo nasze zloty polegały głównie na jeździe po interesujących terenach. Na tym zlocie (sobota) zaliczyliśmy jeszcze Pribor i Koprzywnicę.

A wracając do atrakcji w Sztramberku, to można jeszcze zwiedzić: muzeum, Jaskinię Šipka, arboretum, kościół św. Jana Nepomucena z XVIII wieku, miejski browar, zaliczyć kąpiel w piwie (hotel na rynku), ścieżkę edukacyjną- Słoneczny Szlak.

Widoki ze Sztramberka zamieściłam w prezentacji- są na niej nasze zdjęcia oraz zdjęcia z Internetu.


 
Muzyka: Giowani Marradi, "For You" 

zdjęcia- zasoby własne oraz 

https://www.facebook.com/odkryjczechy001/photos/-%C5%A1tramberk-nat%C4%99%C5%BCenie-pi%C4%99kna-odkryj-ba%C5%9Bniowe-miasteczko-kt%C3%B3re-jakby-zatrzyma%C5%82o-cz/1161454012444217/?_rdr 

https://www.beskydyportal.cz/pl/objekt/podgorskie-miasteczko-stramberk# 

https://stock.adobe.com/pl/search?k=stramberk&asset_id=73684749 https://rozmusiaki.pl/stramberk/














To jest przejście- przesmyk do ostatniego rzędu domków  wybudowanych pod stromą skałą,  Na drugiej stronie  ulicy mieliśmy widok na dachy rzędu domków pod nami.




Stroma uliczka, która prowadzi do rynku. Tu jest pokazane zejście- do rynku idzie się w górę