Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty

13 maja 2026

Różowa Wenus.

 

Minęło, ale było. Początek maja- po prostu majowo i świątecznie było. Trochę koszenia, trochę plewienia, trochę sprzątania i krótki wypad do Czech z Bezką. Teraz to oficjalnie Czechia, ale jak chciałam odmiany w dopełniaczu- Czechi czy Czechii, to głupia AI obstaje za: „do Czech” (według mnie poprawnie jest do Czechi, no chyba, że traktuje się ją jako zachodnią nazwę, to Czechii- zwariować można- stosuję polskie zasady). A jeśli się uprzeć przy nazwie Czechia (nawiasem mówiąc to tylko angielska nazwa Czech), to nie odmienia się- byliśmy w Czechia i już.

W sobotę- 2 maja- pojechaliśmy do Ostrawy Landeka. Wcześniej wyczaiłam, że jest tam park z muzeum górnictwa i z małym pomnikiem kobiecej figurki. Nie muzeum górnictwa mnie ciągnęło, a właśnie ta figurka. Bo... archeolodzy, którzy ryją w ziemi oraz przegrzebują planetę wszerz i wzdłuż, w poszukiwaniu wszelakich dowodów na pochodzenie ludzkości, tudzież z chęci poznania jej rozwoju, natknęli się na wzgórzu, niedaleko Ostrawy, na resztki osady/obozowiska (kultura grawecka) sprzed 25000 lat. I tam wykopali bardzo ciekawą figurkę z rudy żelaza.

Sporo historii regionu, tej najdawniejszej, poznałam. Mieli tu swoje osady Celtowie, mieli osady Gołęszyce- choćby Stary Cieszyn lub inaczej Cieszynisko w Podoborze (doskonale zrekonstruowana osada słowiańska), ale nie spodziewałam się, że historia osadnictwa, na tych terenach, sięga tak daleko wstecz.

Ale po kolei. Była sobota, w Polsce kolejne święta, a w Czechach normalny weekend. Tyle razy byliśmy w Czechach w sobotę i ruch był raczej mizerny, a tym razem ludziska jakby się wściekli- kiedy dojechaliśmy do parku, wszystkie miejsca na parkingu były zajęte. Całe szczęście, że można było parkować również na obrzeżach trawników i zajęliśmy, na brzegu takiego, jedno z ostatnich wolnych miejsc. Wygląda na to, że park w Ostrawie Landeku jest bardzo popularny- nawet orszak weselnych aut zjechał wzdłuż parkingu pod widniejącą w dali knajpkę. Cały park jest rozległy- jest w nim akwarium, knajpki, pomnik mamuta oraz zrekonstruowana osada łowców mamutów, place zabaw, trawniki pod kampery, boisko do tenisa ziemnego, stara kopalnia itp. Nas interesowała głównie figurka. Całe szczęście, że mijaliśmy ją, jadąc na parking, dlatego nie musieliśmy pchać się w tłum ludzi w parku. Poza tym robił się upał- była 11 przed południem i widać było, że siada nam kondycja- szczególnie Bezce, bo jej gęste futro raczej nie nadaje się do spacerowania w upale.

Zeszliśmy w dół, szukając figurki, doszliśmy do lokomotywy, ale Wenus nie było. Zatem zrobiliśmy odwrót i poszliśmy w górę.  

Przy drodze, na skraju terenów zielonych, stoi rzeźba św. Prokopa z Sazawy- patrona czeskiej ziemi. Był on pustelnikiem i opatem, założonego przez siebie opactwa benedyktynów w Sazawie. 

Sazawa była dużym ośrodkiem słowiańskim, przed przybyciem chrześcijańskich mnichów. Kult Prokopa jest mocno związany z tradycją liturgii słowiańskiej i piśmienniczej oraz z ujarzmianiem diabła (figura przedstawia Prokopa trzymającego stopę na plecach diabła)- to postać historyczna, która wspierała tradycję słowiańską wtedy, kiedy w Czechach już mocno dominowała tradycja łacińska.  Św Prokop uznawany jest również za świętego od spraw trudnych, a jego święto w Czechach przypada na 4 lipca.

Legenda mówi, że św. Prokop, prowadząc ascetyczny tryb życia, sam orał ziemię pługiem, w który był zaprzęgnięty diabeł. Kiedy diabeł próbował brykać, św. Prokop, by go ujarzmić, używał krzyża.



Wzdłuż drogi dojazdowej, ustawiono maszyny górnicze, a przy zakręcie stoi mały parowóz. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że maszyny, które są przecież jakąś historią tego okręgu, są zaniedbane. Trochę mnie to zbulwersowało, ponieważ dotychczas wszystkie obiekty, zwiedzane przez nas  po czeskiej stronie, były w miarę zadbane, a tu maszynowy horror postawiono na trawnikach. 

Maszyny stoją również na trawnikach przy parkingu.

Tutaj fragment chodnika kopalnianego z wagonikiem podwieszanym


 I fragment chodnika z kombajnem.

 

I jeszcze jeden kombajn.

 

maszyny ustawiono również przy hali, w której obecnie znajduje się boisko do squasha.


 

Nie robiłam zdjęć wszystkich maszyn, bo po pierwsze są zaniedbane, a po drugie ich nazwy są po czesku- nie znam technicznych czeskich nazw, mogłam się tylko domyślić, jakie to niektóre maszyny są. 

Kto nie ma klaustrofobii i nie boi się zjechać w dół do kopalni, może jej część zwiedzić. Kopalnię zachowano w dobrym stanie i jej część jest udostępniona dla turystów. Zwiedza się ją z przewodnikiem. Ja jednak, gdyby nawet nie było z nami Bezki, podziękowałabym już na wstępie za taką atrakcję, zanim ktoś bąknąłby „A”. W życiu pod ziemię nie dam się zaciągnąć. Byłam kilka razy w Wieliczce, byłam w Sztolni Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach i ewentualnym następnym takim atrakcjom, mówię stanowczo NIE!

Obok parku znajduje się dosyć stroma góra ze ścieżkami edukacyjnymi. U jej podnóża odkopano obozowisko łowców mamutów.

Otóż ci łowcy mamutów, którzy żyli w okresie paleolitu, spostrzegli, że w tym miejscu występują, na powierzchni ziemi, niezwykłe kamienie- prawdopodobnie złoże było tuż pod powierzchnią, przez wieki zapadało się coraz niżej. Współcześnie zastanawiano się, w jaki sposób, w tak dawnych czasach, zorientowano się, że te czarne kamienie mają właściwości przydatne do życia. Przypuszczalnie, po przypadkowym uderzeniu pioruna, kamienie się tliły lub podczas wypalania łąki kamienie jeszcze długo się żarzyły, co spostrzegli ówcześni mieszkańcy obozowiska i wykorzystali to. Ślady użytkowania węgla przez łowców mamutów, znaleźli archeolodzy w resztkach paleniska.

Tak czy siak, zaczęto te kamienie pozyskiwać w większej ilości aż w końcu, w 1830 roku, wybudowano kopalnię, w której bardzo długo wydobywano najlepszy gatunkowo węgiel. Kiedy złoże węgla się wyczerpało, kopalnię zamieniono w atrakcję turystyczną.

Wracamy do głównej przyczyny naszej wyprawy- paleolitycznej figurki. 

Na początku jej replika stała w lesie przy jednej ze ścieżek edukacyjnych.

Teraz stoi w miejscu, w którym ją wykopano. 

Postument zrobiono z gabiony. Figurkę pomalowano na ciemnoróżowy kolor. Hmmmm... może i inspiracja jakaś była, by nie tworzyć kolejnego kamiennego nudnego obelisku, ale.... ale ta figura również jest poharatana przez czas, farba złazi z niej na dole. I ta malutka tabliczka z nikłą informacją, czego dotyczy pomniczek. Zrobiło mi się nijako, bo przecież takie miejsce, taki artefakt, a tu kompletny brak jakiegokolwiek docenienia, że wykopało się taki skarb historyczny. I ta gabiona zamiast normalnego postumentu z kamienia, czy choćby drewna, bardzo mi nie pasuje. Ja w ogóle nie rozumiem, jak można zachwycać się gabioną- płoty gabionowe, ścianki gabionowe, donice gabionowe.... kupa kamieni wciśnięta w siatkowe uwięzi. Niektórzy sadzą w ściankach gabiony rośliny i to w jakiś sposób rozbija te kamienne ściany, ale same gabiony robią na mnie przygnębiające wrażenie.

A gabiona pod figurką pasuje,według mnie, tak, jak falbanki pasują krowie.

Oryginalna figurka- Wenus z Pietrzkowic (Wenus z Petřkovic albo Wenus z Landeka), wygląda tak.

Łowca mamutów wyrzeźbił ją 25000 lat temu w hematycie (hematyt jest bardzo twardy, gorzej się go obrabia niż kamień, czy kość- na terenie Śląska Cieszyńskiego, od Ostrawy po Trzyniec, były niewielkie złoża tego surowca). Rzeźba przedstawia tors młodej kobiety lub dziewczyny. Oryginał ma 4,6 centymetrów. Przypuszcza się, że brak głowy był zamierzonym zabiegiem twórcy. Interesujące jest to, że sylwetka tej figurki różni się od innych kobiecych figur, powstałych w okresie paleologicznym. Figurka z Petrzkowic odzwierciedla postać szczupłej kobiety, natomiast inne figurki kobiet, choćby tak bardzo znana Venus z Villendorf, 

 


przedstawiają kobiety z obszernymi biodrami i dużym biustem. No i mają głowy.

A teraz dodatkowa ciekawostka- jest jeszcze jedna Wenus, odmienna od tych biodrzastych, odkopana na stanowiskach archeologicznych niedaleko Raciborza (figurki kobiece z okresu paleolity też odkopano w wielu miejscach w Europie). 


Wykopaliska prowadzono przed powstaniem zbiornika przeciwpowodziowego Dolna Odra. Wenus z Raciborza powstała w  paleolicie, ale wykonana jest z gliny. Ta ma szerokie biodra i płaski biust, a jej głowa jest pomiędzy wyciągniętymi w górę ramionami..

Figurkę z Pietrzkowic odkrył Bohusław klima w lipcu 1959 roku, na wzgórzu Landek. Oryginał znajduje się w Instytucie Archeologicznym w Brnie.  Figurka została wykopana na terenie obozowiska łowców mamutów. Leżała pod trzonowcem mamuta.

Park w Landeku ma status Narodowego Zabytku Przyrody (Národní přírodní památka) i jest znany geologom oraz archeologom z całego świata.

Prawdopodobnie wrócimy do tego parku obejrzeć zrekonstruowane obozowisko łowów mamutów oraz inne atrakcje. Musimy wybrać taki czas, kiedy nie będzie tam tłumów ludzi żądnych weekendowej rozrywki.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Prokop_z_Sazawy

https://www.naszesudety.pl/landek-park-gornictwo-przyroda-i-szczupla-wenus.html

https://www-lands--of--venuses-eu.translate.goog/v-b-petrkovice/w-b-petrkovice.html?_x_tr_sch=http&_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://www.krajoznawcy.info.pl/landek-kopalnia-i-gorniczy-ratownicy-40023

12 marca 2026

Miasteczko otulone piernikowym zapachem- Royal Enfield Meeting 2013 (cz.1)

 


 

Od 10 lat nie uczestniczę już w rajdach motocyklowych. Wysiadł mi kręgosłup po jednym z nich, kiedy to cały rajd (około 1000 kilometrów) przejechałam na bardzo twardym, nieodpowiednim siodle (aha- siodło w slangu motocyklowym- siedzisko). Oryginalne w naszym Enfieldzie było raczej niewygodne. Ale zaliczyłam na nim 5 zlotów, zorganizowanych przez nas i 4 zloty zorganizowane w okolicach Zamościa oraz liczne wycieczki po Czechach, Słowacji oraz w naszej okolicy. I na ten ostatni zlot, na który pojechałam, przykręciliśmy siodło, podarowane przez kumpla motocyklistę. Oryginalne do Enfielda, ale młodszego rocznika. Nie będę wnikała w szczegóły- nie pomogła nawet poduszka, którą kupiliśmy już jadąc na zlot, bo siodło było za mało wypełnione, za miękkie i na nierównościach czułam, jak mi się kręgosłup obija oraz kurczy, a na udach robią siniaki. Po przyjeździe do domu długo nie mogłam uspokoić bólu, a uraz pozostał mi do teraz. Wprawdzie kolega zrobił inne siodło specjalnie dla mnie, jednak nie zdążyliśmy go wypróbować, ponieważ z kolei, Jaskół popadł w tarapaty z kolanami. I tak na koniec sprzedaliśmy Enfielda i kupiliśmy Szerszenia (maksi skuter), do którego z trudem się przekonuję. Ale żeby nie było, do samych motocykli nie zraziłam się, nadal je kocham miłością ogromną, nadal chciałabym jeszcze pojeździć jako plecaczek i absolutnie nie boję się jazdy na motocyklu, zwłaszcza z Jaskółem.

Taki przydługi nieco wstęp mi wyszedł, a to dlatego, że zostało mi do przedstawianie na blogu trochę rajdów, w których brałam udział. Szkoda ich zostawić sobie a muzom i nie pokazać, jak wyglądały. Nie będą one w chronologicznej kolejności, ponieważ muszę, na podstawie zdjęć oraz z pomocą Jaskóła, przypomnieć sobie dużo rzeczy, ale wrażenia nadal we mnie są ogromne. To były naprawdę fajne chwile.

Na starym blogu opisywałam te rajdy systematycznie, ale jak usunęłam blog, to automatyczne poleciały one w kosmos. Szkoda.

Parę postów o naszym Enfieldzie i naszych wyjazdach na nim, już tu opisałam (etykieta- rajdy i wycieczki motocyklowe), jednak jest tego niewiele.

OK.

Jest rok 2011, planujemy rajd u nas. Chcemy pokazać, jak zawsze, fajne okolice i interesujące miejsca do zwiedzania. Trochę opornie nam to idzie, ponieważ te najciekawsze, naszym zdaniem, nie mieszczą się w zaplanowanym czasie, a te bliższe już zaliczyliśmy. No i nasz kolega Adaś wybawia nas z kłopotu

  • Słuchajcie, niedaleko na Morawach jest super miasteczko. Jest co zobaczyć, jest gdzie połazić, a i w okolicy są też ciekawe miejsca. Jak chcecie, to załatwię noclegi, bo mam znajomą Czeszkę, u której już nocowaliśmy.

No dobra, niech będzie Sztramberk (Štramberk).

Zbiórkę zrobiliśmy u nas w domu, w piątek po południu. Do Sztramberka jest tylko 60 kilometrów, a do nas docierali cały dzień motocykliści z dalszych stron Polski, którzy nie znali drogi do tego morawskiego miasteczka. 

Jaskółka- kosmitka. Wtedy jeszcze nie było takich fajnych ubranek motocyklowych, jakie są teraz- lekkie i spełniające wszystkie wymogi bezpieczeństwa. Moja kurtka i spodnie były dosyć ciężkie, ale dobrze ochraniały w razie upadku. Tak samo bezpieczne miałam buty motocyklowe, a rękawic nie ściągałam nawet w czasie wielkiego upału. Czy ktoś wie, jak goi się zdarta skóra na dłoniach? No właśnie. 

Wyjeżdżamy na rajd.
 

Do Sztramberka dojechaliśmy późnym popołudniem, odnaleźliśmy dom, w którym mieliśmy nocować i tu nadspodziewajka- nie ma Adasia i Agnieszki, a przecież to oni nocleg organizowali- mieli na nas czekać na miejscu.

Narada na parkingu, co dalej. W zlocie brało udział 11 Enfieldów oraz dwie Yamahy

 Konfuzja na całego, obchodzimy budynek dookoła, wszystko pozamykane. My ciut zmęczeni dniem i głodni, a tu głucho i żywej duszy. Zeszliśmy trochę niżej do czynnego sklepu- tam nam powiedziano, gdzie mieszka właścicielka- oczywiście po czesku. No dobra, panowie dotarli do właścicielki, przyszła, otworzyła, przydzieliła pokoje i nareszcie mogliśmy zdjąć ciuchy motocyklowe, a te jednak trochę ważą. Adaś z Agnieszką, radośni jak skowronki zameldowali się późnym wieczorem. No... ja tam nie wnikam, ale niektórzy byli ciut wkurzeni. 

Nasz hotelik, widok z truby.

 W sobotę pojechaliśmy do Pribora i Koprzywnicy (opiszę w dalszych częściach) i wróciliśmy do Sztramberka, by zwiedzić rynek oraz starą część miasta, wejść na trubę, kupić słynne sztramberskie uszi no i zaliczyć morawską kolację.

Kiedy wchodziliśmy na rynek, minęła nas kawalkada weselnych samochodów. Para młoda przyjechała takim czerwonym cudem.

 Trochę o miasteczku.

Pierwsza osada powstała 100 lat p.n.e. a artefakty, jakie znaleziono w Sztamberku zalicza się do kultury puchowskiej. Ale okolice Sztramberka były zamieszkałe dużo, dużo wcześniej. W Jaskini Šipka znaleziono atrefakty (ślady ogniska, przedmioty z epoki brązu,kawałek żuchwy dziecka neandertalskiego, a także mnóstwo kości zwierzęcych), które świadczą o tym, że ludzie żyli tam już około 40 tysięcy lat temu.

Sztramberk to urocze miasteczko położone na stromych stokach Beskidów. Wygląda jakby skryło się przed światem i otuliło się stokami Wierzchowiny Sztramberskiej.

Stare domki przylepione są wręcz do skał. Uliczki między nimi są bardzo strome, a idąc uliczką „górną” ma się z jednej strony normalnej wielkości domy, a z drugiej strony przeważnie dachy domów stojących przy równoległej uliczce, biegnącej poniżej. 

Cała grupa- Jaskół i ja robimy zdjęcia. 

 Byliśmy tam pod koniec czerwca i domki dosłownie tonęły w zieleni oraz w kwiatach. Klimat nie do opisania. Tam po prostu trzeba latem być i przejść się tymi uliczkami.

Rynek jest trochę pochyły, otoczony barokowymi kamieniczkami. Przy rynku stoi duży barokowy kościół św. Jana Nepomucena, zbudowany w XVII wieku.

Na środku rynku jest stara fontanna z Hygieją, grecką boginią zdrowia.

Na przeciwległej do kościoła pierzei rynku, znajduje się mały browar, gdzie podają piwo piernikowe. W tym browarze jedliśmy kolację, ale nie pamiętam, jakie dania (prawdopodobnie prażony hermelin, prażeny syr), natomiast pamiętam, że Agnieszka, która zna Morawy, opowiadała o morawskim winie i wtedy pierwszy raz dowiedziałam się, że na Morawach wyrabia się świetne wina np. Morawskie zelene, które dosyć często gościło u nas w domu (od tamtej pory). Od tego czasu kupujemy również prażony syr, za którym raczej nie przepadam. Ponieważ w Sztramberku waży się dobre piwo, jest też możliwość skorzystać z kąpieli piwnych w hotelu, także mieszczącym się na rynku.

Charakterystycznym zapachem, który unosi się nad sztramberskim rynkiem jest zapach pieczonego piernika. W miasteczku jest sporo cukierni oraz piekarni, w których wypieka się kultowe „rożki”- cynamonowe sztramberskie uszi.

Gdzieś już pisałam, skąd się wzięła tradycja wypiekania uszi, ale przypomnę, bo historia jest super. Otóż wypieka się je od 1241 roku, kiedy to na miasteczko napadli Tatarzy. Mieszkańcy ukryli się na jednym ze wzgórz, na które przytaszczyli ogromny zbiornik wody, by zatopić obóz tatarski. Ponoć cała operacja udała się. Tatarzy uciekli, a w ich obozie mieszkańcy Sztramberka znaleźli cały worek uszu. Były to uszy niewiernych (chrześcijan) i miały stanowić dowód dla chana tatarskiego, że jego wojska ich zwyciężyły.

Inna wersja historii uszi, mówi, że ich kształt nawiązuje do zamkowej wieży (truby).

Oryginalne uszi robi się z ciasta, które musi być o takiej konsystencji, by je rozwałkować. Podobno niektóre ciastkarnie idą na łatwiznę i pieką uszi jak naleśniki, a potem je zwijają. Jest też stara piekarnia z tradycją pieczenia uszi tak, jak to się od dawna robiło. Tam można zobaczyć cały proces powstawania tych aromatycznych ciastek, bo właściciele piekarni przygotowują je „ na widoku”. Ciasto się wałkuje, potem wycina się z niego okrągłe placuszki jak na pierogi, następnie się te placuszki podpieka i jeszcze ciepłe wkłada do rożków, by nabrały kształtu ucha. Tyle zdołałam się dowiedzieć i zobaczyć. Przepis na ciasto jest tajemnicą, a produkt jest objęty znakiem regionalnym, mogą je wypiekać wyłącznie producenci miejscy.

Piekarnia, w której piecze się uszi tradycyjnie.

 



W starej części Sztramberka zachowały się drewniane domy. Są to zrębowe wołoskie domy, które zbudowano na przełomie XVIII i XIX wieku. O Wołochach, którzy przywędrowali na Morawy pisałam już w paru postach. Domy wołoskie w Sztramberku są zamieszkałe. Stara część miasta, przypomina wołoski skansen.

 Charakterystycznym znakiem rozpoznawczym Sztramberka jest wysoka wieża (truba) którą widać z bardzo daleka. Stoi ona na wzgórzu zamkowym i jest pozostałością po zabudowaniach zamkowych. Zamek zbudowano od koniec XII wieku, ale nic z niego nie pozostało oprócz murów obronnych. Prawdopodobnie był to jeden z zamków, z którego strzeżono szlak handlowy biegnący przez Bramę Morawską. Samo miasteczko zostało założone w połowie XIV wieku i w tym samym czasie nadano mu prawa miejskie. Zamek i miasteczko, zostały zniszczone podczas wojny trzydziestoletniej. Zachowała się jedynie gotycka obronna truba. Ma ona kształt walca i jest 40 metrów wysokości. Oczywiście wyszliśmy na podest widokowy po stromych metalowych, potem drewnianych schodach i na koniec po drabinach. Swój lęk wysokości zadusiłam w zarodku jeszcze na dole, ale chyba nie do końca wyszło mi to duszenie, bo od czasu do czasu wychylał łeb z kieszeni i warczał – zaraz spadniesz, zaraz zlecisz, zaraz się zabijesz... mimo to wyszłam dzielnie na samą górę. I warto było- widoki na okolicę nieziemskie. 

 Już na górze- moja głowa z lewej strony. Fryzura taka bardziej wichrowa.

 Sam widok Sztramberka położonego między wzgórzami zapiera dech.  

A w oddali wzgórza i doliny między nimi dorównuję pięknością miasteczku. Po zejściu z truby, poszliśmy na łąkę obok niej (jesteśmy dalej na wzgórzu) i tam zrobiliśmy sobie mały piknik, a potem zaliczyliśmy starą część miasteczka z domami wołoskimi, obejrzeliśmy jak piecze się uszi, kupiliśmy sobie ich kilka rodzajów (z orzechami, z kokosem itp.) i poszliśmy na kolację ze smażenym syrem oraz morawskim zelenym, tudzież piwem warzonym w browarze sztramberskim. Była jeszcze propozycja, by odbyć leczniczo-relaksacyjną kąpiel w piwie, ale zrobiło się późno, a na drugi dzień wracaliśmy do domów- niektórzy mieli przed sobą trasę około 400 kilometrową.

Nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji turystycznych w Sztraberku, bo nasze zloty polegały głównie na jeździe po interesujących terenach. Na tym zlocie (sobota) zaliczyliśmy jeszcze Pribor i Koprzywnicę.

A wracając do atrakcji w Sztramberku, to można jeszcze zwiedzić: muzeum, Jaskinię Šipka, arboretum, kościół św. Jana Nepomucena z XVIII wieku, miejski browar, zaliczyć kąpiel w piwie (hotel na rynku), ścieżkę edukacyjną- Słoneczny Szlak.

Widoki ze Sztramberka zamieściłam w prezentacji- są na niej nasze zdjęcia oraz zdjęcia z Internetu.


 
Muzyka: Giowani Marradi, "For You" 

zdjęcia- zasoby własne oraz 

https://www.facebook.com/odkryjczechy001/photos/-%C5%A1tramberk-nat%C4%99%C5%BCenie-pi%C4%99kna-odkryj-ba%C5%9Bniowe-miasteczko-kt%C3%B3re-jakby-zatrzyma%C5%82o-cz/1161454012444217/?_rdr 

https://www.beskydyportal.cz/pl/objekt/podgorskie-miasteczko-stramberk# 

https://stock.adobe.com/pl/search?k=stramberk&asset_id=73684749 https://rozmusiaki.pl/stramberk/














To jest przejście- przesmyk do ostatniego rzędu domków  wybudowanych pod stromą skałą,  Na drugiej stronie  ulicy mieliśmy widok na dachy rzędu domków pod nami.




Stroma uliczka, która prowadzi do rynku. Tu jest pokazane zejście- do rynku idzie się w górę

19 stycznia 2026

Łączyć zamiast dzielić.

 

Wczoraj rano mgła, mgła ogromna, mgła gęsta, nieprzenikniona mgła. Stłumiła ona wszelkie odgłosy, było niesamowicie cicho, tajemniczo, otulał mnie świat jeszcze uśpiony.

O 6 rano ciemnawo, ale już nie muszę używać latarki podczas spaceru z Bezą wokół ogrodu. I około 17 też już nie. 


 

Dzień się wydłuża, co tchnie optymizmem. Żeby jednak nie było zbyt fajnie, zapowiadają mocne mrozy. A ja, jak zawsze, biorę poprawkę, że u nas będzie lżej. Może nie – 10, a tylko – 6 stopni nocami będzie? A przez dzień ma być ciut powyżej zera. 


Wracając do wczorajszego, dnia. Mgła snuła się do 13, potem, wyjrzało słońce- górą, bo dołem jeszcze smugi mgliste pełzały nad ziemią. Na termometrze -3 stopnie, czyli? Czyli jedziemy na krótka wyprawę. No i pojechaliśmy w chaszcze, zarośla i wody leniwe. Mówiąc normalnie, pojechaliśmy w teren, zobaczyć nowy most pieszo- rowerowy, łączący brzegi Olzy- polski z czeskim. Pojechaliśmy, a podczas jazdy otaczał nas bajkowy, zimowy świat. Wszędzie- na płotach, krzakach, drzewach, badziewiach, trawach siedziała szadź. Skrzyła się w promieniach słońca, kontrastowała bielą z sinawym niebem, z żółtymi i brązowymi plamami, widocznymi na łąkach oraz polach. 


 

Pojechaliśmy od czeskiej strony, bo tam Czesi już zrobili dobry dojazd oraz można bezpiecznie wejść na most. Po polskiej stronie, na początku mostu, jest uskok- gminie zabrakło pieniędzy na dokończenie dojazdu, ale już wójt obiecał, że w tym roku zejście będzie wykończone. I ja mu wierzę, bo to rzetelny człowiek (gmina sąsiaduje z naszą).

Most łączy wieś Pogwizdów z czeską wsią Louky (Łąki). Przed I wojną światową te dwie wsie były pod panowaniem austriackim, a region nazywał się Śląsk Austriacki. W Pogwizdowie urodziła się moja babcia- matka ojca. Była córką gospodzkiego. Obok ich gospody wiodła droga do brzegu Olzy i dalej, przez rzekę, do Łąk. Nie wiem, czy tam były wtedy jakieś mostki, czy tylko bród, ale podobno ludzie tamtędy chodzili na drugą stronę Olzy.

Mój tata opowiadał, że jak Polacy, w 1938 roku, „odebrali” sobie Zaolzie, to tam nie było granicy i on się w miejscu, gdzie teraz jest nowy most, kąpał w Olzie. Wynika z tego, że poszliśmy „tropem wspomnień”, choć ja dopiero, będąc już na miejscu, skojarzyłam sobie, że chyba o nim ojciec opowiadał.

Od gór.

I na zachód w stronę Odry

Most jest architektonicznie bardzo ładny. Proporcjonalny, lekki, ładnie wkomponowany w przyrodę. Nie miałam wrażenia, że go na siłę wsadzono w otoczenie. Wykonany starannie, żaden bubel, z dbałością o bezpieczeństwo użytkowników- solidne zabezpieczenia przed wpadnięciem do wody. 


 

Kurcze, bardzo mi się spodobał. Mam zamiłowanie do dobrej architektury, obojętnie czy dużej, czy małej i cieszę się, kiedy powstaje jakiś obiekt, który współgra z otoczeniem oraz estetycznie jest dopasowany.

Po czeskiej stronie. 


 

Na polskim  brzegu taki baner,


 


Nie byliśmy tam długo, a jednak trochę spacerowiczów się przewinęło. Pewnie latem most będzie miał duże „wzięcie”. Po czeskiej stronie, obok niego, wiedzie szlak rowerowy. Czesi to w ogóle są bardziej niż Polacy, pod względem małej turystyki, zorganizowani i nastawieni na przeciętnego użytkownika. Mają pełno ścieżek rowerowych, przy których są wiaty na odpoczynek, miejsca widokowe- ścieżki są równe, bezpieczne, miejsca wypoczynku czyste, zadbane. No i wszędzie są tablice informacyjne, opisujące miejsca, w których się jest. 


 

Wycieczka krótka, zdawałoby się w miejsce mało interesujące, a jednak wszyscy jesteśmy zadowoleni. Beza, bo pupsko przewiozła i nawąchała się po wsze czasy, Jaskół, bo wyrwał się z domu, a ja, bo... no bardzo lubię właśnie takie nieobowiązujące wyprawy, gdzie wszystko można podciągnąć pod: ”a to przecież takie ładne, a to przecież takie ciekawe, a to przecież....”

Nakręciłam dwa filmy. W niektórych momentach za szybko przesuwałam obiektyw, ale jak się film ogląda na dużym ekranie, to oddaje urok tego miejsca. Pierwsza część jest kręcona na moście, druga na czeskim brzegu. Na nim widać głównie brzeg polski. Pod koniec znów szybko lecą obrazy, bo Beza zakręciła się ze smyczą wokół moich nóg i musiałam trzymać pion, a aparat swoje wyczyniał.

 


Muzyka: Chris Rea "Looking for the Summer" (New Generation Mix) (ver. 2) - Digital Master VideoEdit

Droga z Karviny do Petrovic


 Zrobiłam sporo zimowych zdjęć z tą piękną szadzią, wykorzystam je do następnej prezentacji o zimie.


02 listopada 2025

Meandry, Odra w Olzie i śluza.

 Winieta- Odra-300 metrów wcześniej łączy się z Olzą.

 

Nareszcie znalazłam trochę czasu i udało mi się „połączyć kropki”- nauczyłam się robić prezentację z muzyką. Program jest po angielsku, no... dobra, jakoś sobie radzę. Oczywiście, że pomagaliśmy sobie- raz ja  coś pokazałam Jaskółowi, raz on mi coś podpowiedział. Ale program ma mnóstwo możliwości- jesteśmy na początku drogi.

Doszłam do wniosku, że teraz ludzie są bardziej nastawieni na oglądanie, czyli pokazanie ciągu obrazków w takt fajnej muzy- powinno załapać. Zdjęcia swoją drogą, slajdy, swoją, a filmiki (w końcu z muzą taką, jaka powinna, według mnie pasować, a nie narzuconą przez YT) jeszcze inną. Wszystko będzie wzbogacać moje posty.

Wczoraj zrobiliśmy krótki wypad. Nie, nie na cmentarze, tam chodzę w zupełnie inne dni. Wszystkich Świętych obchodzę cały rok, o ile w ogóle obchodzę, bo raczej nie uznaję tego święta. Wolę Zaduszki, a w ogóle to te pogańskie zwyczaje, które opisałam, bardziej mi się podobają.

Pierwotnie w planie było zobaczenie śluzy w miejscowości Olza (to ta, gdzie Olza wpada do Odry, a zaraz za Olzą, znajduje się miejscowość Odra), ale potem Jaskół znalazł fajne miejsce, skąd można zobaczyć zakola Odry i to był I etap naszej krótkiej wycieczki.

Jechaliśmy przez Czechy, zakładając, że w Polsce, przy drogach, są kościoły i cmentarze- będzie tam tłoczno.

W Bohuminie Sunchyrach skręciliśmy na boczną drogę i zaparkowaliśmy na małym parkingu, z którego do punktu widokowego było około 500 metrów. Zero samochodów, zero ludzi- my, Beza, słońce, cisza i zapowiedź czegoś fajnego. Nie wiem, jak wy, ale ja lubię włóczyć się, tak po prostu, po terenie- polach, lesie, brzegami rowów, potoków, rzek, ścieżkami, ugorami et cetera, et cetera w tym stylu- gdziekolwiek. Nie potrzebuję ekstra bodźców, by cieszyć się wypadem. Cieszą mnie suche badyle, czerwone owoce, zielony poplon i kształty koron drzew. A jak jeszcze jakiś zwierz napatoczy się przed obiektyw, to... no nieważne, tak mam i już.

Doszliśmy do brzegu Odry, a tam wiata wypoczynkowa oraz tablica informacyjna, po polsku oraz po czesku. Na tablicy informacja o miejscu oraz o florze i faunie, jaka żyje w tych okolicach.


 Wycięłam resztę (opis flory i fauny)

I jeszcze z innego źródła:

„Graniczne Meandry Odry to krótki odcinek doliny rzeki Odry, na granicy państwowej między Polską a Republiką Czeską, który jest jednym z dwóch – a jedynym w Polsce (drugi znajduje się w Parku Krajobrazowym Poodří w Czechach) – odcinków Odry z przepływem zbliżonym do naturalnego. Dolina rzeczna wyróżnia się na tym odcinku dużymi walorami krajobrazowymi. Obok głównego koryta z zakolami znajdują się tutaj stare odnogi rzeki na różnym etapie wypłycania. Mozaikę siedlisk tworzą wyspy oraz ławice żwiru, piasku i mułu w strefie przybrzeżnej, a także strome, niemal pionowe brzegi i wyrwy brzegowe. W cieku przeplatają się odcinki wody bystrej i wolno płynącej. Górna Odra, której część stanowi opisywany obszar, charakteryzuje się dużą dynamiką hydrologiczną, tj. znacznymi wahaniami przepływu i częstym występowaniem zjawisk powodziowych. Już przy przepływach większych niż woda dwuletnia Odra występuje bowiem z brzegów i zatapia przyległe obszary zalewowe.”

Oraz taka perełka, aż chce się powiedzieć: Nasi tu byli.


 Mapa- meandry- zaliczyliśmy punkt 2.

Taki widok mieliśmy na Odrę na tym odcinku meandrów.

Filmy i prezentacje oglądajcie na dużym ekranie- mały nie daje takiego efektu. 


My byliśmy w Granicznych Meandrach Odry, po czeskiej stronie. Kiedy jechaliśmy do Polski, by przyjrzeć się śluzie w Olzie, widzieliśmy w Zabełkowie, na parkingu nad Odrą, mnóstwo samochodów i ludzi (z psami też). I tu jest widoczna różnica między Czechami a Polską- tam, przy wiacie, zaledwie jedna osoba przyszła, zrobiła zdjęcia Odry i szybko poszła, a po stronie polskiej multum ludzi. To nawet cieszy, że ludzie chcą oglądać kawałek fajnej przyrody, ale ja wolę miejsca raczej bezludne (oraz bez psów ze względu na piesożerną Bezkę).

Graniczne Meandry Odry rozciągają się od Bohumina/Chałupek, do miejscowości Olza, a potem dalej, już jako Meandry Odry, aż po zaporę w Raciborzu. Chociaż obie nazwy mogą się pojawiać zamiennie jako określenie tego obszaru.

 Muzyka: Ennio Morricone, Chi Mai

Do śluzy dojechaliśmy boczą drogą, którą zamykał dziki parking. Dalej ciągnęły się wały nad Odrą. Aby dostać się nad rzekę, trzeba zejść po stromej skarpie. Raczej nie mieliśmy, z Jaskółem, ochoty by tam się dostać. My nie, ale właśnie tam, nasza kochana psinka, która raczej wybiera wygodne dróżki do dreptania, miała ochotę zejść. Tam i tylko tam. Dobra, zeszłam z nią na dół, prawie jadąc na butach, bo Beza, żwawa babinka, ciągnęła w dół mocno. Odra w tym miejscu jest wąska. Niemniej ma się gdzie rozlewać, bo z jednej strony ciągnie się wzdłuż niej szeroki pas łąki, ograniczonej wałem. Miejsce, w które mnie Beza zaciągnęła, jest bardzo klimatyczne- przede mną Odra, za nią niewysoka skarpa, kolorowa jesiennie, a po lewej wysoki ażurowy most. Lubię takie industrialne elementy w przyrodzie (mosty, wiatraki, słupy wysokiego napięcia, jakieś wieże itp.). To właśnie ten most nadaje miejscu smaczku- niby dziko, a jednak trochę „artystycznej” cywilizacji jest. Ponieważ śluza jest po drugiej stronie mostu, myślałam, że przejdę pod nim. Nic z tego, tam był kanał. Trzeba było drapać się z powrotem na skarpę, gdzie jest parking. I ta nasza psia staruszka znowu dostała takiego cugu, że nie minęła minuta i już byłyśmy na górze. Mój biedny kręgosłup tylko cichutko jęknął i z rezygnacją poddał się dalsze torturze marszu ku śluzie. 

 Muzyka: Tangerine Dream, Code To Zero

Na filmie pociąg z Katowic do Raciborza.

Myślę, że ten kanał oraz śluza, spełniły swoje zadanie podczas zeszłorocznej powodzi- woda zapełniła wtedy cały polder po Raciborzem. W każdym razie wrota są pomalowane i widać, że mechanizm jest sprawny.

I znów można powiedzieć- po kiego was nosi w takie dziwne miejsca- śluza? A co w niej takiego ciekawego? No cóż, takie typy, jak my, już tak mają- nie tylko zamki, pałace, zalewy, skanseny, ale i to, co „techniczne” lubimy oglądać. Dla mnie wszystko, co praktyczne, co ułatwia życie, co ratuje życie, co jest niesamowite technicznie, jest interesujące. Wszak urodziłam się z żyłką techniczną, a mój pierwszy, wybrany świadomie zawód, który chciałam zdobyć, to mechanik samochodowy. I do dziś nie mogę przeboleć, że życie potoczyło się inaczej.

Czyli towarzystwo, most, śluza i jak dodać do tego „okoliczności przyrody”, to miałam wczoraj full wypas serwis wycieczkowy.

https://www.slaskie.travel/poi/3736/graniczne-meandry-odry-w-chalupkach

05 kwietnia 2025

Pierwsza wiosenna leśna wyprawa.


To miał być szybki wypad z Bezą do weta, bo zrobiła jej się paskuda na górze ucha. Wygląda ta paskuda jak dobrze spasiony kleszcz, ale toto siedzi pod skórą.

Upewniłam się, że doktor przyjmuje w soboty, jedziemy…. Podjeżdżamy pod weterynarię, a tam ZONK! Full wypas samochodów- na parkingu i wzdłuż ulicy, i pełno ludzi z psiakami. Szybka ocena sytuacji- przy takiej ilości pacjentów do 13 lekarze nie wyrobią, a do tej godziny przychodnia czynna, my na końcu- nie ma szans. Paskuda nie wygląda na bardzo groźną, to i w poniedziałek może być pokazana lekarzowi. No to do domu. Jedziemy, a tu pogoda, słoneczko, 10 stopni (tylko wiatr paskudny), co będziemy w domu siedzieć. Szybka podmianka ciuchów i pojechaliśmy na krótki wypad do lasu, który już tutaj opisałam.

 Las tych „przelotowych”, co to prawie nie ma podszytu, między pniami widać dalsze jego partie. Las piękny, bo pełno w nim starych buków o srebrnej korze na pniach. 

 Piękny po drzewa rosną na stromych wzgórzach i w jarach, co czyni wrażenie, jakby korony jednych drzew były na wysokości podstawy pni innych drzew. Piękny, bo pełno w nim wiekowych, ogromnych buków, które zachwycają strzelistością pni i rozłożystymi koronami.

Jednak wiosną jest dosyć monotonny w swoim kolorycie. Piękniejszy jest jesienią, co już w zeszłym roku mogliśmy zauważyć. Zdjęcia pokazałam TU  oraz TU.

Las monotonny w kolorycie, ale wcale nie nieinteresujący. Ja zawsze coś godnego uwagi w lesie znajdę. Na przykład poranione przez wichurę czy piorun drzewa.

Stare buki mają dziwne, wręcz baśniowe podstawy pni. Na przykład jeden z nich ma ogromną łapę, inny "stoi na palcach"

W lesie było cicho. Na początku śpiewała sikora, ale i ona umilkła. Mocny wiatr latał po koronach drzew, a te wiekowe skrzypiały i trzaskały w odpowiedzi. Udało mi się nagrać tę "rozmowę".
 

Najpierw poszliśmy główną aleją, Beza szczęśliwa, bo już bez smyczy.

Potem skręciliśmy w inną i robiąc koło, natknęliśmy się na tor rowerowy. Taki rowerowy skatepark. 

To są dwa równolegle biegnące tory z przeszkodami.
Na nich grupka polskich chłopaków ćwiczyła jazdę na rowerach. Piszę polskich, bo tor znajduje się na terenie Czech, ale jest ogólnodostępny. Ponieważ granica Polski i Czech przechodzi parę metrów od toru, to polscy chłopcy korzystają z toru na równi z czeskimi.

 Nagrałam krótkie filmy z przejazdu trzech chłopaków. Starałam się robić zdjęcia w taki sposób, by nie było na nich chłopców, którzy obserwowali jazdę kolegów. 



 W zasadzie to my też spacerowaliśmy po czeskiej stronie. Można napisać- odbyliśmy pierwszy tegoroczny spacer za granicami Polski.