We wtorek zamontowali (4 godziny), wczoraj uruchomili, dom nagrzany po kokardy. W sam raz trafiło w te zimniejsze dni, kiedy rano było tylko 15 stopni- a lipiec miał być według prognoz (jeszcze majowych) taaaaaki gorący, fakt, że skończyło się u nas na dwóch ulewach, podczas gdy wokół szalały burze i grad leciał. Ale wczoraj było już gorzej, bo na polu słonecznie, a w domu 24 na blacie. Piec musiał się sam wygasić po spaleniu całego groszku- niepotrzebnie wrzucili dwa wory-trochę to trwało.
Jest wielki jak smok. Jeszcze na parkingu odkręcili wszystkie elementy, które się dało, a i tak sam korpus waży 300 kilo. I ten korpus w ciągu 15 minut wnieśli do piwnicy wąskim zejściem, po paskudnych schodach, z zakrętem 90 stopni, by wejść w drzwi. Ułamali 1 centymetr deski kompozytowej (nie widać) i nadłupali trochę posadzki przy drzwiach do piwnicy- widać, ale i tak musimy posadzkę uzupełnić cementem. Podczas montażu nie poleciała ani jedna „panienka”, panowie mówili do siebie cicho, nie krzyczeli, nie było rubasznych żartów, puścili radio, ale grało cicho.... panowie tak w okolicach 40. Pełna kultura. Montaż bez awarii, bez nerwów, bez biegania i kombinowania. Każdy wiedział, co miał robić. No szacun dla tych panów.
A przy uruchamianiu dokładne wyjaśnienie jak, gdzie, kiedy oraz co „naciskać” ( na panelu), kontrolować, na co uważać, co przypilnować- piec dosyć prosty w obsłudze, ale elektronika lubi płatać figle. Na odchodnym podali numery swoich telefonów, by w razie czego dzwonić, są do dyspozycji. Teraz trzeba zamówić ekogroszek. Ponoć z Kazachstanu najlepszy, ale z podanych polskich kopalni również. Ma być kaloryczny, dawać mało popiołu oraz ma być suchy. No i w miarę tani. I pomyśleć, że np. w Kazachstanie kopie się węgiel bez ograniczeń, podczas gdy u nas zamyka się kopalnie. I może pogodziłabym się z taką polityką, gdyby ludzie nie zostali na lodzie w wyborze sposobu ogrzewania domu. Ma być ekologiczne ogrzewanie, bo TAK! W innych dziedzinach też są przegięcia „ekologiczne”.
Mnie nie wolno wyciąć marnego żywotnika we własnym ogrodzie, podczas gdy wycina się całe aleje starodrzewu i połacie lasów.
Dzisiaj dowiedziałam się, że jeżeli nie wrzucam resztek do kubła, to muszę mieć kompostownik. Owszem, my mamy duże plastikowe kompostowniki, ale wydawało mi się, że popularny kompostownik, to pryzma chwastów przemieszana z resztkami żywności, leżąca na ziemi. No nie.... no NIE, kompostownik dopiero wtedy jest „ważny” i zwalnia z opłat, a raczej mogą ci odjąć od całości opłaty za śmieci złotówkę (przepis krajowy, nie lokalny), kiedy kompostownik ma co najmniej dwie ścianki- ano tak, właśnie TAK- po prostu musi być ograniczony ściankami lub siatką. Formę dyktują urzędy gminne, czyli przepisy lokalne. Jak nie masz takiego kompostownika, nie odliczą ci złotówki od kwoty za śmieci. W sumie zbytek łaski urzędniczej, a zabawy w budowanie kompostownika wiele.
A ja się pytam, czym różni się sama pryzma leżąca na ziemi od tej ogrodzonej (oprócz ogrodzenia)- wszak i tak te odpadki oraz chwasty mieszają się niezależnie od tego, czy są obudowane ściankami, czy nie.
Następny absurd- grill możesz sobie w ogródku odpalić i smrodzić nim, ile wlezie (fuj te wszystkie rozpałki i brykieciki- śmierdzi gorzej niż wydech ze starego Ursusa), ale drewna na ognisku już palić ci nie wolno, jeżeli nie przestrzegasz bezpiecznych odległości i innych ppoż. Bo tak- ogień z ogniska groźny, ale jak się grill wywróci, to ogień z niego nie jest groźny (zwłaszcza jak węgielki spadną na poduchy na fotelu lub ratanową kanapę).
Szamba bezodpływowe (często stare)- nakaz posiadania oraz wypróżniania co kwartał. Ludzie zużywają więcej wody, niż z tych szamb się wybiera ścieków- nadmiar idzie potajemnie, ukrytymi rurami, w glebę. Gdyby rozliczano na zasadzie, ile zużyjesz wody, tyle płacisz za ścieki, to od razu czystsze byłyby wody gruntowe i stawy oraz rzeczki.
Pompy ciepła- ekologiczne, ale zżerają tyle prądu, że ekologia wysiada- z czegoś ten prąd produkują- w Polsce z węgla.
Jednak chyba najbardziej upokarzające są kontrole UG i straszenie karami- nie mieliśmy, ale są takie. Urzędas nachodzi ludzi w domu i sprawdza czy twoja deklaracja jest zgodna ze stanem faktycznym. Zakładając, że większość ludzi jest jednak uczciwa, to taka kontrola jest wkurzająca, nawet, kiedy wiemy, że mamy wszystko w porządku..
I tak po kolei, stosuje się w Polsce ograniczenia oraz narzuca różne rzeczy ze względu na ekologię, a reszta świata ma to w nosie- tony śmieci, dym z kominów wali w niebo, ścieki wprost do rzek....
Szczerze? Ja to też zaczynam mieć w nosie- jedna Jaskółka świata nie zbawi, a reszta ptasząt jakoś nie kwapi się, by żyć ekologicznie.
Oczyszczalnia ścieków, kompostowniki, segregacja śmieci, wysokie koszenie trawników, mnóstwo zieleniny nasadzonej wokół domu, minimum „betonu” na ziemi, łapanie deszczówki... piec CO jest ostatnim z elementów mojego wkładu w ekologię. W więcej „ekologii” nie mam zamiaru się bawić.
Dzisiaj byliśmy z Bezą u wujka weta. Cisza, pusto, sielanka. Przycięto pazurki, podgolono sierść między opuszkami w łapkach, wyciągnięto mikroskopijnego kleszcza spomiędzy opuszek lewej przedniej łapki (coś podobnego- kleszcz w tym miejscu, do głowy by mi nie przyszło tam szukać kleszcza), wygłaskano... full wypas serwis. Więcej nie planowaliśmy, Beza się „unormowała”.
Ogród, teraz floksy.
Odradzają się powoli ich kępy, bo był czas, kiedy się „traciły” z grządek. Zapach floksów trochę mnie drażni- zbyt słodki, ale kojarzy mi się ze słonecznym letnim dniem.
Floksy lubią się kolorami mieszać. Z takiej mieszanki miałam jeszcze biały z fioletowym środkiem i jasnoróżowy z fioletowym środkiem. Ślimole je zeżarły w zeszłym roku.
Niezawodny dziurawiec- tnę jesienią do ziemi, a latem jest taki piękny krzew, kwitnący na trawniku. Pod płotem, koło kompostowników rośnie i kwitnie drugi.
Kwitnie fioletowa latria. Na grządkach są dwie kępy. Była również biała, wygniła chyba.
Dla tych, co lubią sobie drinknąć letnią upalną porą.







































