„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

13 maja 2026

Różowa Wenus.

 

Minęło, ale było. Początek maja- po prostu majowo i świątecznie było. Trochę koszenia, trochę plewienia, trochę sprzątania i krótki wypad do Czech z Bezką. Teraz to oficjalnie Czechia, ale jak chciałam odmiany w dopełniaczu- Czechi czy Czechii, to głupia AI obstaje za: „do Czech” (według mnie poprawnie jest do Czechi, no chyba, że traktuje się ją jako zachodnią nazwę, to Czechii- zwariować można- stosuję polskie zasady). A jeśli się uprzeć przy nazwie Czechia (nawiasem mówiąc to tylko angielska nazwa Czech), to nie odmienia się- byliśmy w Czechia i już.

W sobotę- 2 maja- pojechaliśmy do Ostrawy Landeka. Wcześniej wyczaiłam, że jest tam park z muzeum górnictwa i z małym pomnikiem kobiecej figurki. Nie muzeum górnictwa mnie ciągnęło, a właśnie ta figurka. Bo... archeolodzy, którzy ryją w ziemi oraz przegrzebują planetę wszerz i wzdłuż, w poszukiwaniu wszelakich dowodów na pochodzenie ludzkości, tudzież z chęci poznania jej rozwoju, natknęli się na wzgórzu, niedaleko Ostrawy, na resztki osady/obozowiska (kultura grawecka) sprzed 25000 lat. I tam wykopali bardzo ciekawą figurkę z rudy żelaza.

Sporo historii regionu, tej najdawniejszej, poznałam. Mieli tu swoje osady Celtowie, mieli osady Gołęszyce- choćby Stary Cieszyn lub inaczej Cieszynisko w Podoborze (doskonale zrekonstruowana osada słowiańska), ale nie spodziewałam się, że historia osadnictwa, na tych terenach, sięga tak daleko wstecz.

Ale po kolei. Była sobota, w Polsce kolejne święta, ale w Czechach normalny weekend. Tyle razy byliśmy w Czechach w sobotę i ruch był raczej mizerny, a tym razem ludziska jakby się wściekli- kiedy dojechaliśmy do parku, wszystkie miejsca na parkingu były zajęte. Całe szczęście, że można było parkować również na obrzeżach trawników i zajęliśmy, na brzegu takiego, jedno z ostatnich wolnych miejsc. Wygląda na to, że park w Ostrawie Landeku jest bardzo popularny- nawet orszak weselnych aut zjechał wzdłuż parkingu pod widniejącą w dali knajpkę. Cały park jest rozległy- jest w nim akwarium, knajpki, pomnik mamuta oraz zrekonstruowana osada łowców mamutów, place zabaw, trawniki pod kampery, boisko do tenisa ziemnego, stara kopalnia itp. Nas interesowała głównie figurka. Całe szczęście, że mijaliśmy ją, jadąc na parking, dlatego nie musieliśmy pchać się w tłum ludzi w parku. Poza tym robił się upał- była 11 przed południem i widać było, że siada nam kondycja- szczególnie Bezce, bo jej gęste futro raczej nie nadaje się do spacerowania w upale.

Zeszliśmy w dół, szukając figurki, doszliśmy do lokomotywy, ale Wenus nie było. Zatem zrobiliśmy odwrót i poszliśmy w górę.  

Przy drodze, na skraju terenów zielonych, stoi rzeźba św. Prokopa z Sazawy- patrona czeskiej ziemi. Był on pustelnikiem i opatem, założonego przez siebie opactwa benedyktynów w Sazawie. 

Sazawa była dużym ośrodkiem słowiańskim, przed przybyciem chrześcijańskich mnichów. Kult Prokopa jest mocno związany z tradycją liturgii słowiańskiej i piśmienniczej oraz z ujarzmianiem diabła (figura przedstawia Prokopa trzymającego stopę na plecach diabła)- to postać historyczna, która wspierała tradycję słowiańską wtedy, kiedy w Czechach już mocno dominowała tradycja łacińska.  Św Prokop uznawany jest również za świętego od spraw trudnych, a jego święto w Czechach przypada na 4 lipca.

Legenda mówi, że św. Prokop, prowadząc ascetyczny tryb życia, sam orał ziemię pługiem, w który był zaprzęgnięty diabeł. Kiedy diabeł próbował brykać, św. Prokop, by go ujarzmić, używał krzyża.



Wzdłuż drogi dojazdowej, ustawiono maszyny górnicze, a przy zakręcie stoi mały parowóz. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że maszyny, które są przecież jakąś historią tego okręgu, są zaniedbane. Trochę mnie to zbulwersowało, ponieważ dotychczas wszystkie obiekty, zwiedzane przez nas  po czeskiej stronie, były w miarę zadbane, a tu maszynowy horror postawiono na trawnikach. 

Maszyny stoją również na trawnikach przy parkingu.

Tutaj fragment chodnika kopalnianego z wagonikiem podwieszanym


 I fragment chodnika z kombajnem.

 

I jeszcze jeden kombajn.

 

maszyny ustawiono również przy hali, w której obecnie znajduje się boisko do squasha.


 

Nie robiłam zdjęć wszystkich maszyn, bo po pierwsze są zaniedbane, a po drugie ich nazwy są po czesku- nie znam technicznych czeskich nazw, mogłam się tylko domyślić, jakie to niektóre maszyny są. 

Kto nie ma klaustrofobii i nie boi się zjechać w dół do kopalni, może jej część zwiedzić. Kopalnię zachowano w dobrym stanie i jej część jest udostępniona dla turystów. Zwiedza się ją z przewodnikiem. Ja jednak, gdyby nawet nie było z nami Bezki, podziękowałabym już na wstępie za taką atrakcję, zanim ktoś bąknąłby „A”. W życiu pod ziemię nie dam się zaciągnąć. Byłam kilka razy w Wieliczce, byłam w Sztolni Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach i ewentualnym następnym takim atrakcjom, mówię stanowczo NIE!

Obok parku znajduje się dosyć stroma góra ze ścieżkami edukacyjnymi. U jej podnóża odkopano obozowisko łowców mamutów.

Otóż ci łowcy mamutów, którzy żyli w okresie paleolitu, spostrzegli, że w tym miejscu występują, na powierzchni ziemi, niezwykłe kamienie- prawdopodobnie złoże było tuż pod powierzchnią, przez wieki zapadało się coraz niżej. Współcześnie zastanawiano się, w jaki sposób, w tak dawnych czasach, zorientowano się, że te czarne kamienie mają właściwości przydatne do życia. Przypuszczalnie, po przypadkowym uderzeniu pioruna, kamienie się tliły lub podczas wypalania łąki kamienie jeszcze długo się żarzyły, co spostrzegli ówcześni mieszkańcy obozowiska i wykorzystali to. Ślady użytkowania węgla przez łowców mamutów, znaleźli archeolodzy w resztkach paleniska.

Tak czy siak, zaczęto te kamienie pozyskiwać w większej ilości aż w końcu, w 1830 roku, wybudowano kopalnię, w której bardzo długo wydobywano najlepszy gatunkowo węgiel. Kiedy złoże węgla się wyczerpało, kopalnię zamieniono w atrakcję turystyczną.

Wracamy do głównej przyczyny naszej wyprawy- paleolitycznej figurki. 

Na początku jej replika stała w lesie przy jednej ze ścieżek edukacyjnych.

Teraz stoi w miejscu, w którym ją odkopano. 

Postument zrobiono z gabiony. Figurkę pomalowano na ciemnoróżowy kolor. Hmmmm... może i inspiracja jakaś była, by nie tworzyć kolejnego kamiennego nudnego obelisku, ale.... ale ta figura również jest poharatana przez czas, farba złazi z niej na dole. I ta malutka tabliczka z nikłą informacją, czego dotyczy pomniczek. Zrobiło mi się nijako, bo przecież takie miejsce, taki artefakt, a tu kompletny brak jakiegokolwiek docenienia, że wykopało się taki skarb historyczny. I ta gabiona zamiast normalnego postumentu z kamienia, czy choćby drewna, bardzo mi nie pasuje. Ja w ogóle nie rozumiem, jak można zachwycać się gabioną- płoty gabionowe, ścianki gabionowe, donice gabionowe.... kupa kamieni wciśnięta w siatkowe uwięzi. Niektórzy sadzą w ściankach gabiony rośliny i to w jakiś sposób rozbija te kamienne ściany, ale same gabiony robią na mnie przygnębiające wrażenie.

A gabiona pod figurką pasuje mi tak, jak falbanki paują krowie.

Oryginalna figurka- Wenus z Pietrzkowic (Wenus z Petřkovic albo Wenus z Landeka), wygląda tak.

Łowca mamutów wyrzeźbił ją 25000 lat temu w hematycie (hematyt jest bardzo twardy, gorzej się go obrabia niż kamień, czy kość- na terenie Śląska Cieszyńskiego, od Ostrawy po Trzyniec, były niewielkie złoża tego surowca). Rzeźba przedstawia tors młodej kobiety lub dziewczyny. Oryginał ma 4,6 centymetrów. Przypuszcza się, że brak głowy był zamierzonym zabiegiem twórcy. Interesujące jest to, że sylwetka tej figurki różni się od innych kobiecych figur, powstałych w okresie paleologicznym. Figurka z Petrzkowic odzwierciedla postać szczupłej kobiety, natomiast inne figurki kobiet, choćby tak bardzo znana Venus z Villendorf, 

 


przedstawiają kobiety z obszernymi biodrami i dużym biustem. No i mają głowy.

A teraz dodatkowa ciekawostka- jest jeszcze jedna Wenus, odmienna od tych biodrzastych, odkopana na stanowiskach archeologicznych niedaleko Raciborza (figurki kobiece z okresu paleolity też odkopano w wielu miejscach w Europie). 


Wykopaliska prowadzono przed powstaniem zbiornika przeciwpowodziowego Dolna Odra. Wenus z Raciborza powstała w  paleolicie, ale wykonana jest z gliny. Ta ma szerokie biodra i płaski biust, a jej głowa jest pomiędzy wyciągniętymi w górę ramionami..

Figurkę z Pietrzkowic odkrył Bohusław klima w lipcu 1959 roku, na wzgórzu Landek. Oryginał znajduje się w Instytucie Archeologicznym w Brnie.  Figurka została wykopana na terenie obozowiska łowców mamutów. Leżała pod trzonowcem mamuta.

Park w Landeku ma status Narodowego Zabytku Narodowego (Národní přírodní památka) i jest znany geologom oraz archeologom z całego świata.

Prawdopodobnie wrócimy do tego parku obejrzeć zrekonstruowane obozowisko łowów mamutów oraz inne atrakcje. Musimy wybrać taki czas, kiedy nie będzie tam tłumów ludzi żądnych weekendowej rozrywki.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Prokop_z_Sazawy

https://www.naszesudety.pl/landek-park-gornictwo-przyroda-i-szczupla-wenus.html

https://www-lands--of--venuses-eu.translate.goog/v-b-petrkovice/w-b-petrkovice.html?_x_tr_sch=http&_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://www.krajoznawcy.info.pl/landek-kopalnia-i-gorniczy-ratownicy-40023

09 maja 2026

Maj się rozkręca.

 

Spadło trochę deszczu. Padało w nocy z czwartku na piątek i wczoraj było lekko deszczowo, pochmurno, ale wody w ziemi wciąż mało. Po tym nocnym deszczu pokazała się kukurydza na polu sąsiada. Znów kukurydza. Ten, który dzierżawi to pole ma olewające podejście do upraw. Podejrzewam, że na tym poletku mu nie zależy. Małe, ciasne do manewrowania sprzętem (niecały hektar z trzech stron ogrodzony płotami, od północy dwie parcele z domami). Tylko małe traktory mogą na to pole wjechać. Nie sadzi się tej samej uprawy rok po roku. Teraz powinien zasiać zboże, a on znów zasiał kukurydzę. Czeka nas kolejny rok z zasłoniętym widokiem na wschód. Jednak nie o widok tutaj chodzi, a głównie o przewiew w ogrodzie, bo jak mocno doleje, to potem w nim długo woda stoi. Teraz jej brak, ale wystarczy parę dni solidnych deszczy i będzie grząsko, zwłaszcza pod drzewami. A musimy suszyć, bo woda z oczyszczalni tam spływa, a teraz jeszcze doszła woda z oczyszczalni sąsiada. Niestety, tak jest teren ukształtowany, że to, co wsiąka w poletko sąsiada, spływa pod ziemią na naszą część. I dochodzi woda z dachu naszego sklepu oraz woda z dachu sąsiada. I tak dobrze, że jednak da się tamtą miedzą chodzić i nie ma tam jednego wielkiego bajora. Woda przefiltrowana, II stopnia czystości, nie ma smrodku, a brzozy się cieszą, bo mają co pić.

Bezka znowu choruje. Przedwczoraj pałętała się niespokojna z kąta w kąt i ciężko ziajała. Nie wiedzieliśmy z jakiego powodu było to nadmierne ziajanie. Pies może ziajać, bo mu gorąco i wtedy chłodzi się z wywalonym jęzorem przed pyszczor, może ziajać, bo ma chore serce, a może też ziajać, bo ma gorączkę. W przypadku Bezki wszystkie te możliwości chyba się nałożyły, ale jednak w ostateczności okazało się, że miała silną gorączkę. A że zaczęła znowu popuszczać kropelki, to u weta odbyło się USG pęcherza. Owszem, ściana zapalona, ale jeszcze pokazał się jakiś guz, a może resztka macicy, której do końca, podczas sterylizacji, nie usunięto. No i pojawił się strach. Jak to drugie, to tylko leczenie lekarstwami, ewentualnie hormonami, a jeżeli pojawił się jakiś guz, to nawet myśleć nie mam siły, co dalej. Żadna operacja nie wchodzi w grę. Beza ma chore serce.

Dostała na „dzień dobry” zastrzyk i przeszła jej gorączka. Wczoraj ponowne USG nic niepokojącego nie wykazało- robiła je inna doktor, która specjalizuje się w robieniu USG. Beza dostała szczypa w zadeczek, czyli kolejny zastrzyk, dzisiaj tabletki dałam i obserwujemy. W poniedziałek do kontroli. Swoją drogą, nie wiedziałam, że psu można podawać ludzką pyralginę. Beza dostała 1,5 tabletki rano. Na razie nic się nie dzieje- nie drapie się nie wymiotuje. Chyba przyswoiła bez problemów.

Mam ochotę na kieckę- taką szeroką do kostek, kwieciste boho. Przeglądam reklamy, jakie pojawiają mi się w Internecie. Panuje moda na szerokości- kiecki, spodnie, bluzki- obszerne, bez taliowania, takie jakie lubię. No może te spodnie szerokie jakoś mi się nie widzą, a to dlatego, że ja jestem niska i takie spodnie skracają sylwetkę oraz nadają objętości (powinny być noszone do nich buty na obcasie, by nogę wydłużyć). Ale szersze spodnie są nieziemsko wygodne podczas upałów. Zwłaszcza, jak są z lekkiej tkaniny. Na próbę uszyję sobie takie na chodzenie po domu i zobaczę jak w nich wyglądam. Są w domu magazyny z wykrojami, jest kupa nowiuteńkich tkanin pochowanych w koszach, ale chęci jakoś mi brak.

Wilgi przyleciały i o wpół do szóstej rano (wczoraj), wysłuchałam w ogrodzie ich koncertu. Jeżeli dobrze słyszałam, to śpiewały dwa samce, a samiczka gdzieś na dalszym drzewie „skrzeczała” Jak wilga skrzeczy, to znaczy, że deszcz będzie i jak długo mamy w ogrodzie wilgi, zawsze się to sprawdzało. I teraz też tak było. Ona chyba wyczuwa zmianę wilgotności w powietrzu i tak na to reaguje. Skrzeczy- pada, siedzi cicho, a tylko samiec śpiewa- bezdeszczowa pogoda murowana.


 

Wysiadł mi aparat fotograficzny. Na dużych przybliżeniach stracił ostrość. Szkoda, służył mi chyba z 10 lat. Bardzo dobry był. Mam drugi, ale on już tak nie przybliża. Na nowy muszę poczekać, bo taki, jaki mi się podoba, sporo kosztuje. Kosiara zeżarła nadwyżki. Kosiara niezbędna, a aparat to kaprys mogący jeszcze poczekać.

Taka panorama otwiera się, kiedy wyjeżdżamy ze wsi w stronę Cieszyna (stronę domu). A to jeszcze nie całość- z prawej strony zasłoniły resztę gór drzewa przy szosie. 


 

Gdzieś mi umknął kawałek Pasma Przegibka- najbardziej wysunięty masyw na lewo. Od niego powinnam zacząć kręcić film i przesuwać w prawo.

Od prawej masyw Błotnego (Błatnia), potem widać Skrzyczne, daleko Baranią Górę, bliżej Lipowski Groń (za nim jest Równica), dalej w prawo masyw czantorii, potem w dali kawałek Słowacji w Przełęczy Jabłonkowskiej i zaczyna się masyw Beskidów Morawsko- Śląskich z Wielkim Jaworowym i Ostrym. Jak się podjedzie kawałek dalej w stronę Cieszyna, to widać także największą w tym masywie górę- Łysą. Film kręciłam za pewnym marketem (a nie z drogi), bo tylko tam można spokojnie przystanąć i złapać całą Panoramę.

Na dużym ekranie widać duże przybliżenie.


PS Od pewnego czasu bloger spóźnia się z aktualizacją blogów w powiadomieniach na bocznych paskach. Musiałam u niektórych osób nadrabiać czytanie.



Zdjęcia zrobiła Młoda na brenieńskich stokach.


06 maja 2026

A tymczasem wszystko w żółci.


 

Maj, a jak maj, to kwitną rzepaki i puchnie mi nos. W tym roku jeden dzień tylko, ale za to tragiczny- płakałam, kichałam, z nosa się lało. By jakoś dzień przeżyć, zabrałam się, jak to w moim przypadku zawsze bywa podczas  trudnych chwil, do intensywnej pracy. Czyli... czyli zaczęłam mycie okien. Trudno uwierzyć, ale nie myłam ich od listopada. Może gdyby były bardzo brudne, to złapałabym się za ich umycie wcześniej, ale w tym roku nawet teraz mogłyby jeszcze spokojnie poczekać. Mało kurzu na szybach, mało śladów much. W dodatku awaria palca wyłączyła mnie z tego typu działań na dwa miesiące. Ale teraz wymyłam drzwi balkonowe w dużym pokoju i okno w sypialni. Kilka razy pisałam o tym, że zastanawiam się nad kupnem robota do mycia szyb- szyb, nie całych okien, bo taki robot nie myje ram. A jak nie myje ram, to już jest powód do głębszego zastanowienia się, czy jest sens coś takiego kupować.

Oprócz mycia dużych powierzchni okiennych miałam również problem z myciem fug. Tym bardziej, że majster spieprzył robotę przy kładzeniu płytek i w niektórych miejscach nawet szczoteczka nie wyczyści. Stosowałam różną chemię ale te wszystkie środki do mycia fug to o kant.... trzasnąć. Co zatem? Ano myjka parowa. Miałam kiedyś taką podręczną- pojemnik trzymałam w ręku- trochę ciężką i w sumie nie używałam jej. Teraz kupiliśmy myjkę w kształcie małego odkurzacza na dwóch kółkach. W zestawie ma nakładkę do mycia szyb. I ta nakładka załatwiła mycie okien. Rewelacja. Ciągnę ją w dół, bucha parą, a gumowy ściągacz zbiera nadmiar wody. Potem należy tylko ręcznikiem papierowym zebrać ewentualne krople wody, które zostają wzdłuż przeciągnięcia nakładki i szyba umyta. Bez łażenia po parapetach i na stania na drabinie- wszystko z poziomu podłogi. Wysiłek? Niewielki, a szyby umyte za pierwszym razem i to bez smug. Jedyne czego należy pilnować to podłożenia ścierki pod ramę, bo woda jednak się leje. Skoro tak fajnie szybko i prawie bez wysiłku parówa myje okna, to drogiego robota na razie nie kupimy.

Fugi para też wyczyściła porządnie i też bez jakiegoś szorowania, męczenia się i wkurzania. No i bez jakiejkolwiek chemii, co przy oczyszczalni biologicznej ma znaczenie. Myjka parowa ma parę nakładek, w tym do mycia podłogi, jednak mamy już mop parowy, to tę będę używała do mycia delikatnych powierzchni.

Zostały mi jeszcze dwa okna do wymycia i drzwi balkonowe, ale zastanawiam się, czy warto teraz brać się za to. Wczoraj wymyłam okno w sypialni, dzisiaj patrzę i co widzę? Szyby z zewnątrz są pokryte żółtym nalotem. A jak do tych kwitnących rzepaków dodać początek kwitnienia sosen, które też pylą żółtym proszkiem i jest ich w naszym lasku sporo, to chyba odłożę resztę mycia na następny tydzień. Wszystko jest pokryte żółtym nalotem, a samochody wyglądają, jakby właśnie ukończyły rajd pustynny Paryż- Dakar. Wczoraj wymyłam szyby w moim, bo jechałam kupić rozsadę kwiatów, a wieczorem wyglądał jeszcze gorzej niż przed myciem.

O właśnie, posadziłam do wszystkich donic kwiaty letnie. Chyba z 50 sztuk. Tym razem sadziłam różnorodnie i różnokolorowo. Jak się przyjmą i zakwitną, to zrobię zdjęcia. 

Kwitną konwalie majowe leśne, a te ogrodowe też już rozkwitają. Te są przy płocie, na dole ogrodu.

Ta w lasku. 
Czosnek też już kwitnie, ale w tym roku dosyć mizernie.

Jedna z kęp rosnących w lasku.
Narcyzy przekwitają. Ostatnimi kwitnącymi są pełnie żółte, łososiowe i różowe oraz takie, które mają kilka kwiatów na jednej łodyżce



 

Przekwitły już sasanki oraz małe irysiki.



Stojąc na trawniku, twarzą w kierunku lasku,  widzę z lewej strony judaszowiec, który kwitnie w ogrodzie u sister wielkie ucho, a z prawej kwitnącą rajską jabłoń.

Judaszowiec.

 

Jabłoń.



Wykończyłam trzy kilimy i z pomocą Jaskóła, który dzielnie wiercił dziury w twardej jak cholera ścianie, powiesiłam je w sypialni. 

 


Został jeszcze ten z pijanymi tulipanami, ale nie mam pojęcia, czy dodać do niego frędzle czy nie. Mam jakiś tam pomysł, jednak najpierw muszę zobaczyć, czy to chwyci. Wiosenny kilimek tka się powoli, a dziergany na krośnie kawałek (czwarty element do kocyka) jest na ukończeniu. Zobaczę czy nie będzie potrzebny piąty dziergany. Wszystko idzie powoli, bo ten kciuk jeszcze ciągle jest obklejony plastrem i to opóźnia mi robotę.

Podeślijcie mi trochę deszczu, albo nie- dużo deszczu podeślijcie, bo jest okropnie sucho. Nawet plewić nie można- ziemia jak skała. Wprawdzie leję z węża wodę, w co drugi wieczór, na wszystkie grządki i krzewy, ale to tylko zapobiegawczo, bo i tak, jak trzeba nie nawodnię. Od piątku są u nas upały. Wczoraj w cieniu było +28 stopni. Dzisiaj rano o 6 było +12 stopni i mija kolejny upalny dzień. 

Kupiłam, zaczynam czytać. 

Sezon pt. "Letni taras z fontanną" uważamy za otwarty.



I na koniec tegoroczny koncert drozda.


 

26 kwietnia 2026

Drewniany kościół w Pielgrzymowicach- zabytek z pięknym wnętrzem.

W 1937 roku.

W 1930 roku. 

Obecnie.


W naszej okolicy są  trzy zabytkowe drewniane kościoły. Był jeszcze jeden, ale spłonął w 1972 roku i na jego miejscu zbudowano kościół z cegły.

Obiekty sakralne interesują mnie o tyle, o ile są interesującym obiektem architektonicznym, mają jakąś niezwykłą historię, albo są właśnie bardzo stare.

W sąsiedniej wiosce- Pielgrzymowicach, jest jeden z najstarszych drewnianych kościołów na Śląsku Cieszyńskim. Został zbudowany w 1675 roku.



 

Jest jednonawowy, pokryty gontem, a jego wystrój jest barokowy. Akurat do środka nie weszłam, bo Jaskół i Beza czekali na mnie w samochodzie.


Pierwsze zapiski o parafii pielgrzymowickiej pochodzą z XIV wieku, czyli przypuszczalnie stał już w niej niewielki kościółek. Od połowy XVI wieku do połowy XVII wieku kościół był ewangelicki. Został prawdopodobnie ufundowany przez protestanta Karola Henryka Paczyńskiego. Później został ewangelikom odebrany i oddany w ręce katolików. Niedługo potem wzniesiono nową drewnianą budowlę. Na początku XX wieku kościół odnowiono i powiększono.

Zniszczenia wojenne wymogły zrobienie kamiennej podmurówki i odbudowanie wieży. Nawę i węższe prezbiterium zbudowano na zrąb, a wieżę na słup (sposoby łączenia drewna).  Od północy dostawiono do głównego budynku pojedyncze ramie transeptu, a od południa dobudowano wieżę kolatorską z zewnętrznymi schodami przy prezbiterium  i kruchtę przy nawie. Wieża dobudowana od zachodniej strony, pochodzi z 1746 roku. Na początku pokryta była cebulastym hełmem z latarnią, obecnie jest zakończona dachem namiotowym. Na dachu znajduje się też mała sygnaturka, a cały budynek obiegają soboty (niskie podcienia z dachem wspartym na słupach).

   

Trochę żałuję, że nie weszłam do środka, ale była Wielkanoc, a do kościoła wchodzili ludzie. Głupio byłoby tak w święto ganiać po nim i robić zdjęcia. Wklejam parę zdjęć z Internetu.

W środku, który jest w stylu barokowym, zachowała się zabytkowa ambona. 

 


Boczne ołtarze są późno barokowe z obrazami z XVII i XVIII wieku. 

 




W ołtarzu głównym znajduje się portret patronki- św. Katarzyny Polichromie i witraże zaprojektował Paweł Steller, zwany „śląskim Skoczylasem” lub wręcz „śląskim Dürerem”. Ozdobą chóru są organy z XIX wieku. 

Z niektórych zdjęć wycięłam fragmenty polichromii, by je przybliżyć- są przepiękne. 


 


 



 


Na terenie cmentarza znajdują się dwa krzyże, wyrzeźbione z piaskowca w XIX wieku. Jeden z nich.

 

Kościółek stoi na pagórku, toteż z dwóch stron prowadzą do niego kamienne schody. Wokół kościoła jest cmentarz.


 

Pielgrzymowice są piękne usytuowane. Wieś leży na pagórkach, a w jarach znajdują się liczne stawy. Ponieważ kościół znajduje się na pagórku, jest widoczny już z dala, a jego drewniana bryła wspaniale komponuje się z okolicznym krajobrazem.

I ciekawostka. Drewniany kościół zabezpieczono przed pożarem w ten sposób- w razie pożaru tworzy się kurtyna wodna (zdjęcie ze strony parafii).

 W Pielgrzymowicach urodził się Karol Miarka (starszy), polski działacz społeczny, działający na terenie Śląska. Osoba na Górnym Śląsku znana i ciesząca się ogromnym szacunkiem.

Jeżeli kogoś to interesuje ta postać, to może dalszą część przeczytać choćby TU.

Pielgrzymowicki kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej, który szybciutko sfotografowałam, znajduje się na Szlaku Architektury Drewnianej województwa śląskiego.

W 1964 roku został wpisany do Wojewódzkiego Rejestru Zabytków w Katowicach. 


Źródła:

https://www.slaskie.travel/poi/3098/drewniany-kosciol-pw-sw-katarzyny-aleksandryjskiej-w-pielgrzymowicach

https://kosciolydrewniane.my.wiara.pl/2015/01/13/Pielgrzymowice-Kosciol-pw-sw-Katarzyny

https://fotopolska.eu/Pielgrzymowice_Kosciol_sw._Katarzyny

 http://www.pielgrzymowice.parafia.info.pl/?p=main&what=47

Zdjęcia z wnętrza zrobiły różne osoby

 http://www.kosciolydrewniane.pl/pages/drewniane/pielgrz.html