Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

25 sierpnia 2026

Odeszła "Królowa Country"

 

Dolly Rebecca Parton – amerykańska piosenkarka muzyki country, kompozytorka i autorka tekstów, multiinstrumentalistka, producentka muzyczna, aktorka, pisarka, businesswoman i działaczka społeczna. Ikona muzyki. Odznaczona Narodowym Medalem Sztuki.

Zmarła dzisiaj w wieku 80 lat.

 Do jej największych hitów należały m.in. utwory "Jolene" oraz "I will always love you". Zdobyła 11 nagród Grammy, w tym nagrodę za całokształt twórczości. Prezydent USA Donald Trump poinformował, że w związku ze śmiercią artystki flagi w Stanach Zjednoczonych będą opuszczone do połowy masztu. 

Znana, lubiana... więcej nie napiszę, bo ogarnął mnie ogromny żal.


 


16 sierpnia 2026

Rodzajów płci pomieszanie.

 

Ostatni dzień upałów tego lata. Podobno. Podobno mają być tylko epizody "upalne", podobno. Ale ranki są chłodne, to teraz upał łatwiej znieść. Wody, deszczu, ulewy nam trzeba. Wczoraj znów podlałam ogród wodą z węża. Nie mogę już patrzeć na te przywiędłe rośliny. Serce boli. Muszę przesadzić hibiskusy, które zasadziłam obok brzozy. Wydawało mi się, że jak mają wystawę zachodnią, to słońce im nie dokuczy. Nie dość, że słońce po południu praży najbardziej (wprost na nie) i temperatura jest wysoka, to jeszcze brzoza spija im wodę. Przesadzę je na wiosnę z nadzieją, że się przyjmą- są już dosyć duże.

Został jeszcze jeden miesiąc lata, a już widzę zbliżającą się jesień. Sosnowa zasypana suchymi listkami. 

 Połowa sosnowej tego ranka.

Na gałęziach też zaczyna się złocić. 


O tej porze zbierałam, na dole ogrodu (używam tego określenia, bo dom stoi na stoku, a koniec ogrodu jest u jego podstawy), grzyby. W tym roku tak sucho, że o grzybach nawet pomarzyć się nie da. A grzybów w lasach podobno sporo. 

 
Jaskółki ćwiczą loty, a potem siadają gromadnie na drutach. One odlatują najpóźniej, jeszcze trochę nimi nacieszę się. 

 


 Podobno bociany już sejmikują. Wilgi oraz drozdy odleciały. Jakoś tak robi się nostalgicznie na myśl, że lato się kończy.

Oglądałam do późna finały w Mistrzostwach Europy w LA. No super, są sukcesy, są medale. A Beza urządziła sobie koncert o 4 rano- przez 15 minut poszczekiwała leżąc w sieni i w nosie miała moje groźne miny oraz grożenie palcem, by się uspokoiła. Jak do psa „przemówić”, kiedy nie słyszy, a hałasuje ponad miarę? W końcu jednak uznała, że jestem zła i się uspokoiła. W zamian za trzymanie paszczęki zamkniętej,  zrobiła mi pobudkę przed 6 rano.

Czekamy na moment, kiedy temperatura unormuje się w okolicach 20 stopni- mamy upatrzony pałacyk do obejrzenia niedaleko Kędzierzyna-Koźla. Bardzo chciałabym go zobaczyć, bo zaczyna mi się historia tutejszych właścicieli i ich pałaców ładnie splatać. Ten pałac, który chcemy obejrzeć, został wybudowany przez tutejszego potentata węglowego- tutejszego, czyli cieszyńskiego. Na razie jest zbyt gorąco, żeby jeździć z Bezą, a i nam taka temperatura raczej nie odpowiada do zwiedzania. Klima w samochodzie jest, ale po wyjściu z niego, to można się ugotować. Dziękuję, nie dla nas łażenie w upale, a tym bardziej dla „sercowego” psa.

Pamiętam wyprawę z Bezą do Strzybnika- było dosyć zimno, padał deszcz, a mimo to bardzo dobrze nam się łaziło po parku pałacowym i oglądało to, co jeszcze w nim, z pałacu, zostało.

Wrzesień, październik i może listopad, rezerwujemy sobie na wyjazdy z domu.

Gladiol czy gladiola. Ponieważ nazwa pochodzi od łacińskiego słowa miecz, wydawało mi się, że powinien być gladiol- ten miecz, ten gladiol, a tu nadspodziewajka- po polsku „ten” mieczyk, ale „ta” gladiola. No niech będzie (u nas w domu mówiło się wyłącznie na te kwiaty-gladiole tak, jak na pierwiosnki- kluczyki). W każdym razie gladiole, które zasadziłam późną wiosną, kwitną już od pewnego czasu. Po kolei odkrywają kolory. Najpierw zakwitł jasno kremowy, potem zakwitły czerwony oraz ceglasty, następnie zakwitły fioletowe i żółty z białym środkiem. Ostatnie kępy są mieszane kolorami- sadziłam cebule, które mi zostały z różnych kolorów (na początku sadziłam po trzy cebule z jednego koloru, potem mieszałam pozostałe- było po 5 cebul z 5 kolorów i moje zeszłoroczne).

 







 


Rzadko teraz piszę tutaj o polityce, dużo tego i takie jakieś mdławo- gorzko- wrednawe- nie chce się komentować, ale to, co powiedział ćpun dęty, przeszło granice mojej wyobraźni. Muszę odreagować. Flaga- „Bóg, Honor, Ojczyzna”- jeszcze łyknęłam z trudem, bo z trudem, ale łyknęłam, ale to, że Polacy bronili Monte Cassino, to już mnie zatkało na dłuższą chwilę. Ano... no tak... no doktor historii... tak, no...


Komentarze, zamieszczone pod tym, zrekompensowały mi niesmak po „występie” ćpuna dętego. Bezlitośnie go rozjechano, gdyby był obok, śmiechem by go zabito.

Tu można sobie poczytać i ubawić się nieco

https://www.facebook.com/PrzemyslawWiszniewski




„Dopóki mnie nie widzą, nie każą mi być kimś innym”.

12 sierpnia 2026

Ledwo zdążyłam.

 

No i przeszły te okropne upały. A deszcz? Tylko raz porządnie polało ziemię i znów jest sucho. Co drugi dzień polewam ogród wodą z węża. Trochę pomaga, ale ile można lać tej wody?

Podczas porannego spaceru z Bezą w ogrodzie, słyszę gadulenie wilg, siedzących w koronach brzóz. Czasem samiec gwizdnie, czasem samica zaskrzeczy. Jest połowa sierpnia, niedługo wilgi odlecą. W tym roku udało mi się zrobić tylko parę zdjęć.

 

Nad polami słychać pokrzykiwania myszołowów. Nie widzę ich, bo ta cholerna kukurydza na jednym i drugim polu, ogranicza mi widoczność nawet na niebo. A kukurydza w tym roku jest dorodna, wybujała nad miarę, gęsta, ciemnozielona i wkurzająca mnie na maksa. Będzie sobie tak tkwiła, po obu stronach ogrodu, do listopada. Staram się dostrzegać w jej zieleninie jakieś fajne akcenty. No kwitnie i ma już malutkie kolby, które ozdobione są „wąsami” u góry.


 

Jak byłam dziewczynką, to te wąsy zrywałam i zdobiłam nimi głowy lalek- takie piękne świetliste włosy wtedy miały. Natomiast, na jesień, rwało się kolby z rosnących na polu roślin, ściągało się liście z wierzchołka kolb aż do ich nasady i wiązało całe girlandy, po czym te sznury kukurydziane wieszało się na drutach na stryszku nad oborą, by przeschły przed łuskaniem. Na ogół kolby miały ziarno żółte ale zdarzały się i czerwone oraz lekko fioletowe. Łodygi oraz resztę liści szatkowało się i wrzucało do ocembrowanego zbiornika na kiszonkę. I co? No i deptało się toto, deptało, ugniatało, i znów deptało, aż puściło sok. Tak samo robiliśmy z liśćmi z buraków pastewnych. Wszystkie w tym zbiorniku lądowały po czym znów naszym- dzieci- zadaniem było je jak najbardziej udeptać. A zimą ojciec wyciągał widłami z tego zbiornika paskudnie cuchnącą kiszonkę, którą krowy oraz świnie wcinały z apetytem. I wszystko byłoby super, bo w sumie praca niezbyt męcząca (oprócz tego udeptywania), gdyby nie odbywała się w warunkach późnojesiennych, kiedy podczas wiązania liści palce grabiały od zimna i wszystko trwało czasem po dwie trzy godziny. Obrywanie kolb z łodyg też nie było przyjemne, bo trzeba było przedzierać się między tymi łodygami a kolby ładować do kosza, stawianego na ziemi, który potem, ciężki, niosło się na skraj pola, by wysypać kolby na pryzmę lub na przyczepę.

No i wyszedł mi cały elaborat o kukurydzy. Wcale niezamierzony, ale takie fajne (?) wspomnienie się opisało przy okazji narzekania na zasłaniającą świat kukurydzianą ścianę.

Pszenica na polu za drogą została zżęta. Zdążyli przed ulewą, która była potem.


 


 

Urzekają mnie współczesne nowoczesne maszyny rolnicze. Zrobią na polu wszystko od a do z- zetną, wymłócą, zszatkują słomę, ziarno władują do worów. Kombajny kukurydziane robią to samo z kukurydzą (i kombajny dedykowane zrobią to samo z burakami, ziemniakami, rzepakiem)- ta tak w nawiązaniu do zbierania kiedyś kolb jeszcze na polu i dalszego ciągu prac przy kukurydzy.

Na grządkach Młodych, jak co roku, urodzaj ogórków i fasolki szparagowej. Młoda przyniosła mi kilka misek tych dobroci. Najpierw zrobiłam trzy słoje małosolnych, teraz zrobiłam duży słój i chyba to już koniec. 

Słoiki ogórków z obrazem w tle. Obraz malował jeden ze studentów mojej matki- prowadziła seminaria magisterskie na kierunku plastycznym UŚ. Kolorytu "martwej naturze" dodają płyny do dezynfekcji, które postawiłam podczas pandemii i od tego czasu pozostał mi nawyk dezynfekowania rąk po każdym kontakcie z pieniędzmi.  Kontakt mam częsty, bo przecież mamy sklep.
 

Zrobiłam sałatkę do słoików. Najprostszą z prostych. Pierwszą partię zrobiłam trzymając się ściśle przepisu, dałam wszystkiego po 1/4 z całości. Wyszła za słodka.


 Pierwsza partia słoików. 

 

Drugą partię zrobiłam z połowy składników, podanych w przepisie i nie trzymałam się go ściśle przy doprawianiu. Sałatka wyszła lepsza od pierwszej partii, ale octowa. Ostatnia partię zrobiłam, po prostu, doprawiając na bieżąco, kiedy się „przegryzała”. 

 


Fajne słowo- przegryzała. Do tej partii dałam mniej octu, mnie cukru, (przecier pomidorowy jest słodki, więc po co tak dużo cukru dawać, jak jest w przepisie), więcej pieprzu i papryki oraz więcej oleju. I dopiero ta sałatka tak smakuje, jak lubię- ani za słodka, ani zbyt kwaśna i w dodatku olej też zrobił swoje.

W sumie zrobiłam 14 słoików półlitrowych sałatki ogórkowo-fasolkowej.

 Przepis: 

Zimowa sałatka z ogórków i fasolki szparagowej

Składniki (wyjdzie około 7-8 litrów):

  • 2 kg fasolki szparagowej

  • 2 kg ogórków

  • 0,5 kg cebuli białej

  • 0,5 kg marchwi

  • pół szklanki oleju

  • 1 szklanka octu 10%

  • 500 ml koncentratu pomidorowego 

  • 3 łyżki soli

  • 1,5 szklanki cukru

  • pół łyżeczki pieprzu

  • łyżka słodkiej czerwonej papryki w proszku

Wykonanie:

Fasolkę obrać, umyć i gotować w posolonej wodzie przez 20 minut (musi być miękka ale sprężysta). Ja na tą ilość fasolki do 4 litrowego garnka daje łyżkę soli. Odcedzić, pozwolić jej przestygnąć i pokroić na kawałki o długości 3-4 cm.

Ogórki obrać i poszatkować na cienkie plasterki. Jeżeli ogórki są malutkie, to można zostawić je ze skórką. Marchew obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Cebulę obrać i posiekać w cienkie plasterki.


Wszystkie składniki umieścić w dużym naczyniu – do warzyw dodać cukier, ocet itd. Połączyć ze sobą i zostawić na 1-2 godziny do przegryzienia. Co jakiś czas można przemieszać.

Tak przygotowaną sałatkę nakładać do słoiczków, wlewając także trochę sosu. Zakręcać i pasteryzować przez 10 minut we wrzącej wodzie. Wystawić i chłodne zanieść do spiżarni ?

Ale jak napisałam- ja się nie pieszczę z przepisami- zazwyczaj zmniejszam proporcje, a potem doprawiam zalecanymi przyprawami,  według mojego smaku.  Poza tym, taka sałatka może być bazą, do której można dodawać dowolne składniki np. czerwoną paprykę, koperek, żurawinę, rodzynki, prażone pestki słonecznika itp.

Ja tam się do robienia przetworów nie palę i jak nie muszę, to nie robię. Już nie te czasy, kiedy przetwory robiło się, bo rodzina duża, bo taniej, bo z własnego ogrodu. Dla dwóch osób naprawdę nie warto się babrać, ale nie lubię, jak się żywność marnuje, dlatego teraz przetwarzam ogórki i fasolkę. Część fasolki zamroziłam. Zamroziłam też przetarte ogórki małosolne, które zrobiły się „mocno solne”, czyli kiszone.

Rzutem na taśmę sfotografowałam zaćmienie Słońca. Kompletnie o nim zapomniałam a w dodatku sądziłam, że u nas nie będzie tak spektakularne jak na zachodzie Europy. Gdyby nie Młoda, która ze zdziwieniem zapytała: Nie oglądasz zaćmienia?- przeleciałoby mi koło nosa. Zdjęcie zrobione na końcu naszej uliczki, która opada łagodnie w dół, dlatego Słońce jeszcze mogłam złapać nisko nad horyzontem.

 


Układu planet nie zobaczyłam- było zbyt jasno. Taki układ- planety w jednym rzędzie- widziałam kilka lat temu na nocnym niebie. Chyba nawet zdjęcia na blogu zamieściłam. 

Trwają mistrzostwa Europy w LA oraz turniej tenisowy, w którym Iga nareszcie pokazuje na co ją stać. Prawdziwy maraton sportowy zaliczamy.

Dzisiaj spróbuję zobaczyć spadające gwiazdy.  Na razie niebo jest bezchmurne.