„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

06 kwietnia 2026

Dzieje pewnego siedliska

 

Tak to ja lubię, nawet bardzo lubię. Wczorajszy ranek- samochód za samochodem, za oknem, gnał do kościółka, a my leniwe śniadanko świąteczne, uskutecznialiśmy. Kościołek? Jaki kościołek? Święta są po to, by leniwić się i nigdzie z rana nie gnać. Tak sobie myślę, że to wychowanie ateistyczne bez celebry i napinki kościelnej, daje mi ogromne poczucie wolności.

No dobra.

Wykorzystując piękną słoneczną i niesamowicie ciepłą (+20 stopni w cieniu na tarasie) pogodę, pojechaliśmy w teren. Z Bezą oczywiście. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć, co się dzieje w starym pradziadkowym siedlisku, a potem obleciałam i obfotografowałam zabytkowy kościółek w jednej wsi, tudzież to samo zrobiłam z zameczkiem w innej miejscowości. Z tego będą relacje w kolejnych postach.

Teraz Siedlisko.

Wydawało mi się, że już kiedyś o nim pisałam post. Przeszukałam archiwum i nie znalazłam go. Czyli trzeba od początku- ojciec mojej mamy urodził się tutaj, w tej miejscowości, gdzie teraz mieszkam- mogę powiedzieć, że jakieś cieszyńskie korzenie mam. To, co opiszę, jest oparte na moich wspomnieniach, bo ja tutaj przyjeżdżałam na wakacje i jeszcze mojego pradziadka pamiętam. Pamiętam również, jak wyglądało gospodarstwo, jego obejście i okolica w tamtych czasach.

Pola należące do do gospodarstwa. Film kręciłam stojąc na miedzy prowadzącej do stawu. Od lewe strony, tej ze stawem do prawej. Po drodze sfilmowałam sad i siedlisko, i dotarłam do pół po drugiej stronie miedzy. 


 

Początek siedliska to koniec XIX wieku- wtedy mój pradziadek wżenił się w gospodarstwo i zaczął go rozbudowywać. Prawdopodobnie wtedy wybudował dom, który teraz stał się ruiną, nawet nie malowniczą, a okropną. Ojciec dziadka- mój pradziadek miał duże gospodarstwo. Samego pola miał sporo hektarów, łąkę na stoku, za nią w dole staw, ogromny sad i porządny dom (wraz z oborą, bo wtedy tak budowano). Stał on w pięknym ogrodzie (stąd też mam wzorce ogrodu z długimi grządkami kwiatowymi- potem powielił je mój dziadek, następnie mama i ja). Za domem było podwórko gospodarskie, stodoła, mały stawek, nad którym zwisały długie witki ogromnej, starej wierzby. W ty stawku taplały się kaczki i gęsi, których było dużo. Chodzić po grobli było niebezpiecznie- gliniasta, mokra i śliska była. Wystarczyła chwila nieuwagi i lądowało się w brudnej zimnej wodzie. Ale stawek pod starą wierzbą, z tą chmarą kaczek i gęsi, był bardzo malowniczy i dopełniał obraz ówczesnego gospodarskiego rozgardiaszu. Bo po podwórku chodziły jeszcze kury, stary kogut i indyki- był tam ciągły rwetes.

Za podwórkiem był potężny, prawie hektarowy sad. W sadzie stało dosyć dużo uli- mój dziadek z zamiłowaniem zajmował się wszystkimi rodzinnymi pasiekami (naszą też)- wyniósł to z rodzinnego domu.

Całe siedlisko znajdowało się na wzgórzu, a pradziadkowe pola rozciągały się między lasami. Za sadem był jar, w nim rzeczka. Trochę dalej znajdowały się stawy. Wszystko to otoczone lasem.

I tak sobie to siedlisko trwało, dopóki żył pradziadek i trzymał „laskę” nad wszystkim. Miał trzy żony. Z jedną miał jednego syna (umarł młodo, w wieku 20 lat- na co? Nie wiem), z drugą dwoje dzieci i z trzecią też dwoje, ale za chiny nie potrafię sobie poukładać to czasowo, a ci, co wiedzieli zmarli. Ta żona, z którą miał jednego syna, zmarła krótko po porodzie. Ponoć pradziadek- satrapa, kazał jej wykosić staw z trzciny. Kobieta dostała gorączki i niedługo potem zmarła. Syna wychowywała służąca (tak, tak, dziadek miał służącą- pomocnicę- Rózię, do gospodarstwa oraz miał też parobka), a potem następna żona.

Wychodzi mi jednak, że ten chłopak był najstarszy, potem urodził się mój dziadek, potem była jego siostra. Z trzeciej żony też była para- dziadek- wujek i babcia – ciocia (nie wiem jak inaczej ich nazywać). Te dzieci „wyszły” z gospodarstwa w świat. Mój dziadek wykształcił się na rechtora i powędrował, za nakazem, na Śląsk (tam poznał babcię- rodzice mojej mamy). A syn z trzeciego małżeństwa wykształcił się na inżyniera (jego córka wykupiła potem siedlisko). Córka z trzeciego małżeństwa wyszła za mąż- też miała duże gospodarstwo pod Bielskiem.

Ja pamiętam siedlisko już za rządów siostry dziadka- babci Hanusi (początek lat 60. XX wieku). Za mała byłam, by oceniać stan gospodarki, ale według mnie była ona typowa, a gospodarowano na niej tak, jak to za komuny bywało.

Pamiętam tylko, że dom chyba już wtedy wymagał remontu (miał wtedy z 70 lat), bo wszystko było takie lekko „zapyziałe”. Małe dwie izby, trzecia w dobudówce (dla służącej i jako spiżarnia oraz lamus), w sieni wydzielili część kuchenną. Za dobudowaną ścianką, w sieni, były drzwi do obory i na podwórko. Nie było łazienki, a WC było drewniane, dobudowane do ściany obory. Ot taki normalny wiejski dom, jakich wiele było w tamtych czasach. W jednej izbie mieszkały trzy córki babci Hanusi, ale ja pamiętam tylko dwie z tego okresu- trzecia, dorosła, wyszła już za mąż i mieszkała w Bielsku. Ta najmłodsza kuzynka mojej mamy, przyjeżdżała po mnie do leśniczówki i zabierała mnie na wakacje do siedliska. I teraz widzę, że tylko mnie- ani brata, ani siostry, tylko mnie- interesujące.

Pamiętam też wakacyjny klimat tego miejsca- to podwórko, sad, i spacery wzdłuż lasu nad staw. A przed domem był kamienny stół, na którym babcia stawiała donice z pelargoniami. Za stołem, pod płotem, rozciągała się ogromna grządka z poziomkami i te pachnące, nagrzane poziomki też pamiętam dobrze. Pod ścianą z oknem, stała długa drewniana ława. Na niej babcia Hanusia siadała i obierała ziemniaki, albo przebierała owoce na przetwory, albo całkiem po prostu, by odpocząć i pogadać z małą dziewczynką. Myślę, że wtedy miałam taką małą rekompensatę za brak drugiej babci- mamy, mojej mamy, która zmarła, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było, a sister wielkie ucho, miała 2 lata. Babcię przygniotła krowa do żłobu, połamała jej żebra, uszkodziła wnętrzności i stało się najgorsze. Kiedy babcia Hanusia zmarła, już do siedliska nie jeździłam. Zresztą miałam naście lat i mnóstwo innych rzeczy na głowie, a gospodarstwo prowadziła już jej córka- czasy mniej interesujące, miejsce upadające.

Pamiętam pradziadka, siedzącego z gazetą na kolanach, w fotelu między oknem i szafą, ciągle drzemiącego (miał wtedy ponad 80 lat), ale kiedy chcieliśmy po coś wejść do pokoju, to otwierał oczy i wrzeszczał na nas, żebyśmy mu nie przeszkadzali. Pradziadek był malutki, zasuszony i sklerotyczny, jednak przy stole to on miał pierwszeństwo w nakładaniu jedzenia na talerz.

Mama mi opowiadała, że w młodości był światowym człowiekiem, głodnym nowinek i wiedzy. Za Franza Jozefa, jeździł do Wiednia (ówczesnej stolicy) i przywoził różne interesujące oraz nieznane wtedy tutaj rośliny. I tu mam dysonans poznawczy- w opowiadaniach, dotyczących życia rodziny, traktowania bliskich oraz zachowania w domu, wyłania się despota, nie liczący się z nikim, a najmniej z żonami i dziećmi. Taki typowy „pan i władca”. Natomiast, jeżeli chodzi o umysłowość i mentalność, to był jednak człowiek nowoczesny. Umarł kiedy miałam 8 lat i nie pamiętam, byśmy choć jedno słowo bezpośrednio zamienili podczas moich pobytów w siedlisku. Inna rzecz, że ja się go cholernie bałam i unikałam. Bliższy mi był dziadek „Groch”, mąż babci Hanusi, z którym często chodziłam na spacery i włóczyłam się po sadzie. Kiedy baby zaczynały tak porządnie wrzeszczeć na siebie- a awantury babskie były tam na porządku dziennym, brał mnie za rękę, mówił „Chodź dzioucha, idymy” i szliśmy w świat. Byle dalej od tych awantur.

Kiedy umarła córka babci Hanusi, która z mężem gospodarowała w siedlisku do początku XXI wiek, gospodarstwo opustoszało. Już wtedy było mocno zapuszczone i wymagał kupę forsy oraz pomysłu, by je podźwignąć. Ale w bardzo licznej rodzinie nie było do tego chętnych.

To znaczy chętni znaleźliby się, jednak pod warunkiem, że pozostali zapłacili by im za łaskę prowadzenia gospodarstwa dalej, opłaciliby remonty i nie żądali testamentowej spłaty.

A że już wtedy dom i zabudowania gospodarskie wymagały gruntownego remontu, droga dojazdowa (150 metrów polnej drogi do asfaltowej wiejskiej) musiałaby być utwardzona, media powinny być unowocześnione i zrobiony generalny porządek w sadzie oraz w obejściu, to nikomu nie spieszyło się do objęcia takiej schedy. W dodatku ktoś ujawnił testament, który sporządził pradziadek i okazało się, że w ostateczności do podziału majątku ustawiło się w kolejce 9 osób (wnuki pradziadka- rodzice mojego pokolenia, a jeszcze było multum prawnuków pradziadka). I tu zaczęła się awantura- córki ostatnich gospodarzy twierdziły, że ich rodzice utrzymywali całe gospodarstwo przez dziesiątki lat, to one powinny je dostać bez jakiegokolwiek spłacania innych. Inni twierdzili, że testament jest testamentem, należy podzielić całość na 9 części i żadne inne wyjście nie wchodzi w grę. W dodatku okazało się, że sporo pola wniosła jedna z żon w posagu i dzieci tej żony powinny to pole dostać tylko dla siebie, przy czym nikt nie wiedział, która to część pola. No cyrk na resorach. Pawlak i Kargul z ich dwoma palcami niech się schowają przy tej naszej rodzinnej spadkowej awanturze. Na szczęście ktoś przytomnie stwierdził, że żadnych fizycznych podziałów nie należy robić, tylko sprzedać całość i podzielić się forsą. Zgodzono się, tym razem, bez oporów mimo braku wiedzy, co do części mającej być wyłączoną z całości. Może liczono, że ta strona rodziny skruszeje i zgodzi się oddać swoją część do podziału?

Rodzina totalnie się skłóciła a wtedy znalazł się kupiec, który chciał całość kupić. Co wtedy rodzinka robi? Znów stawia Veto. No i piać od nowa włóczenie się po sądach w walce o część schedy. Na koniec jedna z kuzynek mamy zaproponowała, że ona to w całości odkupi i podała cenę. O dziwo większość się zgodziła, ale dwie heksy ciotki zaprotestowały. One nie, nie zgadzają się. Moja wiedza sięga do momentu, kiedy jednak ta kuzynka gospodarstwo kupiła, podzieliła forsę między 6. spadkobierców, a te dwie ciotki sądziła osobno- ponoć współwłaścicielkami wtedy zostały (po jednej została pięcioro bardzo dorosłych dzieci, a druga jeszcze żyje i ma czwórkę też bardzo dorosłych dzieci- kolejka do forsy zatem spora).

A teraz już nie wiem, czy to siedlisko należy jeszcze do tej kuzynki mamy (mojej młodszej ciotki), czy też nie. Na cholerę jej to było, kompletnie nie wiem, ona z tych późnych dzieci, kiedy to jedno pokolenie już ma dzieci pożenione, a w tym samym jeszcze się rodzi ich rówieśnik. Kuzynka mamy ma w tej chwili około 60 lat, czyli jest ode mnie młodsza, mieszka na północy Śląska, nie ma dzieci, ale ma zapuszczone i zrujnowane siedlisko. Albo już go nie ma, czort jeden wie. Ja w rodzinie już nie zapytam, bo mi wszystko jedno, kto tak zapuścił to miejsce. Nadaje się do zrównania z ziemią i tyle. Pola od 20 lat są wynajmowane i też do momentu wykupu przez kuzynkę- ciotkę, nie wiadomo było, kto bierze za to forsę.

I tak testament pradziadka skłócił do cna rodzinę. A że dziadek prawdopodobnie miał wredny charakter, co objawiło się w moim dziadku i po części w jego córkach, to przypuszczam, że tam gdzieś w zaświatach, miał niezły ubaw z tego, co tu się w siedlisku działo.

Tę ludzką hańbę postawili myśliwi na skraju stoku, na granicy pola i niegdysiejszej łąki, teraz zaoranej. Obok rosła wierzba- wiatr ją połamał i sterczy żałosny kikut.  

Zaorana łąka na stoku, na dole staw, który kosiła któraś prababcia. Pamiętam ten kawałek jako piękną kwitnącą łąkę a teraz mnie ten widok wkurza. Za mną jest ambona. Nawet nie miałam ochoty zejść nad staw, bo z daleka widziałam, że ktoś go podzielił na sektory jakimiś białymi taśmami. To zawsze był staw hodowlany i widać pozostał takim do teraz.
 
Widok na siedlisko ze skraju łąki (ambona obok). Te wysokie drzewa wzdłuż granicy pola z sadem, ktoś posadził kilka (?), kilkanaście (?) lat temu. Tam nigdy takich drzew przedtem nie było- sad graniczył bezpośrednio z polem, a jak kwitł to był z daleka widoczny.

Widok od strony sadu w kierunku ambony i stawu.
Miedza, którą szliśmy w stronę stawu.

Ruiny domu. Jeszcze 10 lat temu można było go uratować, teraz jest już po ptokach. Na części zawalił się dach i woda leje się do środka, podmywając mury. Po lewej była weranda i wejście do domu (ściana z ławeczką). Tu, gdzie robię zdjęcie dochodziły dwie długie rabaty kwiatowe, a z prawej strony stały ule. Dom porastała wistaria i winorośl, rodząca dorodne winogrona.

Nie pamiętam, kiedy byłam tu ostatni raz, chyba już z 8 lat minęło. Wtedy jeszcze rosły kępy kwiatów i wykopałam sobie malutkie wilczełyko- pięknie w tym roku zakwitło. Teraz znalazłam tylko tę jedną jedyną lilię złotogłów.

Nawet śnieżyczek, które rosły tu łanami, na zapuszczonych grządkach, jest dużo mniej. Wszędzie dzikusy krzaczyska, bluszcze, mierzwy.
 

Zrujnowana stodoła. W miejscu, gdzie stoję, był stawek, z jego prawej strony rosła olbrzymia wierzba płacząca.

Zdjęcia z kawałka sadu. Tu już nie ma nawet o czym pisać. Jeszcze 10 lat temu stare drzewa owocowały. Teraz zwaliło się ich trochę, inne porosły dziczkami. Nie szłam do końca sadu, bo zrobiło mi się niefajnie- jednak pamięć swoje zrobiła. Nie chciałam sobie psuć tak pięknego dnia.
 

Uświadomiłam sobie, że to miejsce przecież należało do mojej bliskiej rodziny i tak się zmarnowało.

Tył domu. Po prawej chlewnia, którą zbudował wujek- ostatni gospodarz. Tu było ogromne podwórze. Widać drzwi do chlewa, a za białym okienkiem były drzwi do sieni. Kibelek zburzono, kiedy wujkowie zrobili, w końcu, wewnątrz domu łazienkę. 


 Więcej zdjęć nie zrobiłam. Bez sensu. Pozostały tylko wspomnienia i fajne miejsce do spacerów.

 

04 kwietnia 2026

Jare gody czyli Wielkanoc:)



Wszystkim odwiedzającym  mój blog, życzymy spokojnych, zdrowych Świąt Wielkanocnych, spędzonych w gronie życzliwych, uśmiechniętych ludzi.


 

 

03 kwietnia 2026

"Samoistne twory, zawieszone w przestrzeni..."

 

Magdalena Abakanowicz jest dla mnie artystką- „tajemnicą”. Niby sporo o niej wiem, znam jej różne dzieła, ale zawsze, kiedy o niej myślę, to zastanawiam się nad jej postrzeganiem świata, przedmiotów, ludzi.

Mogłabym tak powiedzieć o większości znanych mi artystów, a jednak dziedzina, w której artystycznie poruszała się Abakanowicz jest niejednoznaczna. Tu się nie da tak wyrazić swego przesłania, jak np. w malarstwie, czy rzeźbie (nie piszę tu teraz o sztuce abstrakcyjnej). Oczywiście można teraz zaprotestować, bo w sztuce przeważnie spotykamy się z brakiem jednoznaczności, z brakiem wyraźnego przesłania, o ile artysta dokładnie nie nazwie swojego dzieła lub dzieło nie jest tak realistyczne, że bez jakiegoś wielkiego wysiłku i domysłów, wiemy o co chodzi.,

Piszę o tkactwie Abakanowicz,które mnie zafascynowało. Ta dziedzina twórczości jest mi coraz bliższa i coraz więcej o niej wiem. Dlatego zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką artystką trzeba być, by tworzyć tkane dzieła sztuki, które zyskały międzynarodową sławę. A nie są to tylko kilimy czy gobeliny, ale dzieła wielowymiarowe o dużej kubaturze.

Ale po kolei.

Magdalena Abakanowicz urodziła się w 1930 roku w Falentach niedaleko Warszawy. Mówiła o sobie, że była inna, była samotnym dzieckiem

„Taka się urodziłam – wyjaśniała Jakubowi Janiszewskiemu w wywiadzie radiowym udzielonym TOK FM. Zanim nauczyłam się posługiwać sprawnie palcami, brałam w dłonie jakieś przedmioty i wiązałam je ze sobą. Tylko ja wiedziałam, dlaczego ten patyk z tym kawałkiem gliny są jedną rzeczą. Bez przerwy grzebałam w ziemi, zajmowałam się lepieniem i tworzeniem przedmiotów o mnie tylko wiadomych znaczeniach. Robiłam w pokoju dziecinnym straszny bałagan, więc rodzice podczas porządków to wszystko wyrzucali, a ja wygrzebywałam ze śmietnika co ważniejsze rzeczy”.

Po ukończeniu szkoły podstawowej zdawała do liceum plastycznego, gdzie już na wstępie powiedziano jej, że na rzeźbę to ona się nie nadaje. Zajęła się malarstwem. Malowała obrazy surrealistyczne.

Na studiach często głodowała, ale trzymała wewnętrzną dyscyplinę, która wpoili jej rodzice i nie myślała, by w tych trudnych warunkach studia przerwać. O sztuce wyrażała się, że jest stanem psychicznym, stanem ducha, przypadłością, z którą trzeba żyć. Traktowała sztukę jako wręcz przywarę, z którą trzeba sobie radzić. Powinna dawać do myślenia, ale nie może być użyteczna.

„Sztuka pozostanie najbardziej zdumiewającą działalnością człowieka, zrodzoną z bezustannych zmagań rozumu z szaleństwem, marzenia z rzeczywistością…” - brzmiał jej artystyczny manifest.

Kiedy wyszła za mąż i zamieszkała z mężem w małej kawalerce, zaczęła malować duże obrazy, między którymi się przechadzała- dawało jej to poczucie przestrzeni. To w tych latach zatęskniła za wielowymiarowością, bo obrazy wydawały jej się zbyt płaskie. Zaczęła tkać i zszywać kawałki utkanych tkanin. Powstawały miękkie rzeźby- „antyrzeźby” jak je nazywała.

Te reliefowe płótna nazwała „abakanami” i uważała je za doskonałą przestrzeń do kontemplacji. Była to sztuka innowacyjna- nikt wtedy takich rzeźb nie wykonywał. I te tkane formy przestrzenne, jej artystyczne oryginalne odkrycie, przyjęło nazwę od niej nazwę.

„Abakan jest wymagający. Potrzebuje szczególnej troskliwości i szczególnej ekspozycji. Nie nadaje się na ścianę, do dekoracji. Do niczego się nie nadaje” -twierdziła artystka.

W katalogu jednej z wystaw Magdaleny Abakanowicz, Ewa Hornowska napisała o Abakanach tak: „To samoistne twory, zawieszone swobodnie w przestrzeni, bez ścian w roli tła bądź podpory, zapętlone w środku, a przy tym otwarte, dostępne zmysłom ze wszystkich stron, również od wewnątrz”

Abakany (i inne prace- rzeźby) artystki były wystawiane na wielu wystawach oraz biennale. Jednym, z pierwszych, w których Abakanowicz uczestniczyła, odbyło się w Lozannie w 1962 roku. Zaprezentowała wtedy „Kompozycję białych form”. Były to jeszcze płaskie gobeliny, jednak miały one już elementy reliefowe. Prace wzbudziły zachwyt ale i kontrowersje. Zachwycała nie tylko forma prac, ale również ich kolorystyka- odcienie bieli, beżu, szarości oraz sepii.

Trzy lata później na wystawie w São Paulo, formy przestrzenne Abakanowicz wzbudziły sensacje, a ona sama zdobyła za nie złoty medal. Tym samym otworzyły się przed nią drzwi światowych sal wystawienniczych. Sama zaś stała się artystką rozpoznawalną.

Po okresie tworzenia abakanów, artystka zajęła się tworzenie rzeźb, głównie postaci ludzkich. A po tym etapie tworzyła rzeźby głównie z konarów i pni drzew ściętych przez drogowców. Wykonywała również formy przestrzenne z odlewów żeliwnych.

Na prośbę mieszkańców Hiroszimy, wykonała 40 postaci, odlanych z brązu. Postawiono je na wzgórzu, jako pomnik upamiętniający ofiary wybuchu bomby jądrowej.

Zajęła się także tworzeniem choreografii dla tancerzy polskich oraz japońskich, którzy specjalizowali się w tańcu butoh. I to jeszcze nie koniec działalności Abakanowicz na niwie artystycznej- w ramach uczestnictwa w konkursie, dotyczącym zaplanowania jednej z dzielnic Paryża, zaproponowała nowatorską wówczas koncepcję wybudowania kilku 25 piętrowych budynków, które miałyby kształty nawiązujące do drzew i oplecione byłyby od dołu do góry bujną roślinnością, posadzoną na różnych poziomach fasad. Stąd wzięła się nazwa tej koncepcji- architektura arborealna. Projektu nie zrealizowano z braku pieniędzy, ale jego wizjonerski charakter porównuje się do wizji Gaudiego.

Doceniam w niej tę artystyczną wszechstronność, mnie jednak najbardziej zainteresowała jej twórczość tkacka.

Już na początku zaprezentowania się pierwszych abakanów, powstał problem nazewnictwem, dotyczącym tych form artystycznych.

„W recepcji twórczości Magdaleny Abakanowicz od samego początku powracał ten sam problem – jak właściwie nazwać jej prace. Krytycy prześcigali się w tworzeniu określeń, które pozwoliłyby umieścić jej dzieła poza granicami tradycyjnego tkactwa. Pisano o „anty-tkaninach”, „rzeźbach w tkaninie”, „tkanych obrazach”. Przydawano im kolejne przymiotniki, próbowano uczynić z jej prac obiekty z kategorii „wielkiej sztuki” – obrazy, później rzeźby – ale abakany, choć zapożyczały niekiedy wyrazy z języka rzeźby czy malarstwa, pozostawały tkaninami. Wyjątkowymi, na wskroś nowatorskimi – ale tkaninami. Tylko i aż.

„Sama artystka chciała przede wszystkim uniknąć miana „tkaczki” – z czasem coraz bardziej. Pytana o definicje, unikała jednoznacznych odpowiedzi. W ten sposób otwierała pole do interpretacji – i do dyskusji, która miała ciągnąć się przez następne lata. Abakany były zbyt monumentalne, zbyt cielesne, zbyt przestrzenne, by pozostać w obrębie tkaniny – ale zbyt organiczne, by całkowicie wpisać je w rzeźbę. W tym wszystkim często odmawiano tkaninie prawa do samodzielności – jakby mogła istnieć tylko poprzez odniesienie do innych dziedzin. Abakanowicz była jedną z pierwszych artystek, które tę hierarchię odwróciły. W pewnym momencie problem ten się jednak skończył, o co zadbała sama artystka, zwracając się w połowie lat 70. ku pracom, które już bez cienia wątpliwości odbierane i opisywane mogły być jako rzeźby. (…)

(…) Na początku drogi twórczej Abakanowicz była więc głównie „tkaczką–malarką”, przynajmniej w recepcji krytycznej. Miała jednak uwolnić tkaninę od „niewzruszonej zależności od malarstwa”. Im dalej, odważniej artystka wychodzi w przestrzeń ze swoimi pracami, tym bardziej staje się „tkaczką–rzeźbiarką”.

I trochę o technice tworzenia abakanów.

„Abakan to wyjątkowa forma rzeźbiarska, połączenie tkaniny i rzeźby. Abakany nie są wykonane z twardych materiałów jak klasyczna rzeźba. Nie są również płaskie jak dzieło wykonane z tkaniny. Abakan, potocznie określany jako miękka rzeźba, wykonany jest z grubo tkanych sizalowych splotów. Abakanowicz, przy tworzeniu, dzieliła włókna na cieńsze pasma, następnie barwiła je i suszyła. Potem, tkała z nich na krośnie swoje abakany. Cały ten proces sprawiał, że w trakcie tworzenia przypominały one kształtem gobeliny, czyli płaskie tkaniny. Sposób prowadzenia włókna jest poziomy, równoległy. Wszelkie łączenia materiału są niewidoczne. Po zszyciu wszystkich elementów, Abakanowicz nadawała im przestrzenną formę.

O ile technika tkacka jest dosyć prosta, to nie wyobrażam sobie tkania wątku przędzą sizalową. No nie wiem, w sumie to nie miałam przędzy sizalowej w ręce. Kojarzy mi się ona z przędzą konopną lub jutową, a te są raczej szorstkie. Na pewno sznurek jest nieprzyjemny w dotyku. A z drugiej strony, coraz częściej czytam o ubraniach z tkaniny konopnej, czyli nici powinny być miękkie. A może spróbować?



P.S. Na blogu robótkowym ten sam post.


https://www.tygodnikprzeglad.pl/sztuka-moj-swiat-wyobrazni/

https://niezlasztuka.net/o-sztuce/magdalena-abakanowicz-artystka-osobna/

https://culture.pl/pl/artykul/nieznosny-ciezar-abakanow

https://www.abakanowicz3d.pl/modele-3d/abakan/


01 kwietnia 2026

A tymczasem o kciuku, kangurach w Beskidach i beznadziejnej książce.

 Forsycje w sosnowej alejce.

Nareszcie nastąpił koniec „przygody” oraz przymusowych odwiedzin w przyszpitalnej poradni ortopedycznej. KONIEC! Ale zanim to szczęście mnie dopadło, musiałam przeżyć skrobanie wierzchołka kciuka z warstwy twardej skóry oraz resztek krwiaków, które powstały w miejscach zszycia. FUJ! Najpierw czyściła przemiła pielęgniarka- delikatnie, z wyczuciem, a potem pojawił się mój ulubiony czarnoskóry doktor Verdi i on, nie patyczkując się i nie zwracając uwagi na moje posykiwania, po prostu zdarł cały twardy „czepek” z wierzchołka kciuka. A wszystko to przy żartach i śmiechach. No, i było, nie powiem, całkiem miło, ale i trochę jednak bolało. Na koniec doktor przeprowadził sprawdzian czucia w palcu, pocierając oraz lekko nakłuwając skórę pęsetą. Poczułam straszne łaskotanie i stanowczo prosiłam, żeby przestał, bo zaraz zacznę płakać ze śmiechu. Jakby nie było- mrowienie, czy nie- czucie w palcu wraca. I dobrze, bo manewrowanie tylko czterema palcami w lewej ręce podczas jakichkolwiek robótek oraz prac domowych, już mnie wkurzało. Czas 7 tygodni całej hecy z kciukiem, zaliczyłam jedno dobowy pobyt na szpitalnym oddziale i 5 wizyt w przyszpitalnej poradni. Wystarczy. Muszę jednak przyznać, że oprócz dwóch chamskich lekarzy, którzy mnie zlekceważyli (w poradni, na początku), wszystkie inne sprawy- leczenie, czasy oczekiwania na wejście do gabinetu (maksimum 1,5 godziny), traktowanie przez rejestratorki, pielęgniarki, czy innych lekarzy, było na przyzwoitym poziomie. Ani razu nie spotkałam się ze zniecierpliwieniem, lekceważeniem czy przedłużaniem czasu czekania. Inna rzecz, że ja, kiedy idę do lekarza, to biorę pod uwagę, że będzie się długo czekało, a podejście lekarza też może być różne- najczęściej nie ma zgrzytów. Natomiast widywałam różnych pacjentów- ech....

Dzisiaj Prima Aprilis- nie wiadomo jak się „ustawić” do różnych informacji. Najbardziej ubawiło mnie zdjęcie z Wisły. Ale... jakby tak klimat nadal się ocieplał to, być może, i kangury kiedyś będą zamieszkiwały beskidzkie gronie.

 Czytam, a raczej przestałam czytać, koszmarną książkę z tych obyczajowych. 

 

Już dawno czegoś tak durnego nie czytałam. Durnego i im bardziej w głąb treści, tym bardziej nudnego. Miało być wesoło, miało być niebanalnie, ale naprawdę nie mam pojęcia z czego się tu śmiać i co jest w treści niebanalnego. Książka zachwalana, niby pomysł oryginalny- kolejny mąż (a doszło ich ponoć do 200- info bohaterki, wplatane w fabułę, bo nie ma przecież opisywanych tych 200 po kolei)- bohaterki wchodzi na strych, po czym ze strychu schodzi zupełnie inny- i tak na okrągło. Za każdym razem bohaterka musi zgadywać, na jakim etapie życia jest, co dzieje się z rzeczywistością wkoło, jej bliskimi, gdzie pracuje, jaki był ślub z tym kolejnym, zmienia się też wystrój jej mieszkania, wygląd i przyzwyczajenia tych mężów. Z tyłu książki, na okładce, taki wpis: „Błyskotliwa refleksja o współczesnych związkach”. Jednak ja w treści żadnej błyskotliwej refleksji nie dostrzegłam, owszem bohaterka zastanawia się, czego oczekuje w związku, ale wychodzi na to, że wszystko się jej nie podoba, ponieważ odsyła tych mężów na strych już po pierwszym „ale”, chociaż nawet pół godziny nie minie od zejścia męża ze strychu. Odbieram ją jako znudzoną facetami singelkę, która „chciałaby i boi się”, a w ogóle to właściwie woli być singelką. Facetów zaś traktuje instrumentalnie, choć stara się być idealną żoną i w duchu wiecznie kaprysi nad ich cechami. Wiem, jaki jest finał- mnie nie przekonuje- trzeba było to zrobić już w połowie fabuły (gdzieś w okolicach 300. strony), a tak to rozwinęła się nuda, panie nuda, No ale ja mam ponoć spaczony gust czytelniczy, nie idący w parze z „oczekiwaniami społecznymi”.

I jak biedną Szczupaczyńską odstawiłam, o zgrozo jak mogłam (nie znasz się Jaskółko- ignorantko na prawdziwej literaturze), po przeczytaniu pierwszego rozdziału książki, to przy tej dotarłam do dwóch trzecich fabuły- zostało jeszcze 150 stron do końca, ale nie, ale NIE, nie będę się zmuszała do dalszego czytania. A tak na marginesie, po raz kolejny, po przeczytaniu blogowej rekomendacji, okrutnie się nacięłam.

Jak ktoś chce, niech czyta, ja nie zachęcam.

Robiąc sobie przerwy czytaniu o kolejnych strychowych mężach, by nie trzepnąć tą książką po 100. stronie (naprawdę wykazywałam dobrą wolę, by ją dokończyć), czytałam inną, bardziej sensowną, a na pewno bardzo interesującą książkę „To nie jest raj” Michała Zabłockiego. Parę reportaży o współczesnych Czechach. I faktycznie to, co opisuje Zabłocki to nie jest raj czeski, jakim sobie wyobrażają ten kraj choćby Polacy. My po II wojnie mieliśmy swoiste socjalistyczne piekiełko, ale Czesi mieli straszne, komunistyczne piekło. Tak, tam rozwijał się ten okrutny, sowiecki komunizm. Pamiętam, że kiedy byłam w Czechach (a raczej tu na Morawsko- Czeskim Śląsku- Karwina, Cz. Cieszyn, Ostrawa- już po wejściu do Schengen- na budynkach użyteczności publicznej, na dworcach kolejowych wisiały jeszcze radzieckie gwiazdy. Gwiazdy były namalowane na autobusach i pociągach, na szybach kopalni itp. Sami Czesi byli niesamowicie wyciszeni, choć pogodni.


Tę książkę polecam ogromnie, jeżeli kogoś interesują Czechy.

A teraz zabieram się do czytania książki W. Myśliwskiego: „Kamień na kamieniu”. Przeczytałam już „Ucho igielne” oraz „Traktat o łuskaniu fasoli”. Chyba się przy „kamieniach” nie zawiodę.


 
Przed dużym tarasem

Przed oknem "komputerowego".

Kwitną forsycje. U nas mówi się na nie „złoty deszcz”. Niedawno dowiedziałam się, że „złotym deszczem” nazywa się również trujący złotokap. W ogrodzie rósł i kwitł jeden, jednak zniszczyła go choroba. 



 W ogrodzie rośnie kilkanaście krzewów forsycji.- w lasku, na parkingu, przy bramce, przy sklepie, przed tarasami, przy kompostowniku. Większość z nich to stare krzewy i trzeba było je mocno przyciąć, by się odrodziły. Dlatego w trym roku są takie bardziej mizernie. Niemnie tworzą piękne żółte kępy. 
Zaczęłam znowu więcej tkać, bo mi już opatrunek nie przeszkadza. Poza tym nauczyłam się łapać osnowę bez pomocy kciuka- ciekawe doświadczenie- idzie mi to coraz sprawniej. 

 Gobelin miał być skończony na Wielkanoc, bo temat jest pasujący do tego święta- nie jest specjalnie robiony jako świąteczny, ale jest taki cudnie wiosenny. Niestety, nie zdążę. Pewnie ukończę go dopiero w maju- została jeszcze połowa do utkania.

Równolegle dziergam na krośnie następny kawałek do koca i haftuję (etapami) bluzkę.  Powoli, powoli i się będzie kończyło wszystko.