„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

26 maja 2026

Spojrzenie wstecz.

 

Od paru dni zastanawiam się nad tym, w jaki sposób opisywać nasze zloty motocyklowe. Parę już opisałam- zlot w Sztramberku oraz dwa u nas, ale tych zlotów było sporo, a ja czuję niedosyt w ich przedstawianiu. I chciałabym, by to, co piszę było interesujące, wciągające. 

Oczywiście, że opiszę tylko te zloty, w których brałam udział. Chodzi głównie o długie zloty, trwające od piątku do niedzieli- były one organizowane na Roztoczu oraz organizowane przez nas tutaj, na Ziemi Cieszyńskiej. Robiliśmy z Jaskółem również krótkie wypady, takie jednodniowe i one też są warte opisania. Jaskół jeździł i nadal jeździ na zloty organizowane przez kolegów w różnych częściach kraju. W sumie, jako plecaczek, przejeździłam pięć lat. Później się to skończyło. Pisałam już o moim kręgosłupie, który, niestety, nie pozwala mi na jazdę na motocyklu, ale i inne przyczyny, ważne przyczyny (chora matka, wymagająca stałej opieki, małe szczenię, sklep, który wtedy musiał jeszcze codziennie funkcjonować), spowodowały, że na motocykl mogłam i teraz też mogę sobie tylko popatrzeć i westchnąć do wspomnień.

A te są wspaniałe i dużo ich, bo dużo się na zlotach działo, bardzo dużo. Każdy z nich wymaga kilku postów, aby cały opisać wraz z fajnymi i niefajnymi chwilami, wrażeniami, by poczuć atmosferę, klimat tych motocyklowych spotkań.

Wiele rzeczy muszę sobie przypominać, porządkować zdjęcia, kolejność wydarzeń, drogę tam i z powrotem. Muszę przypomnieć sobie, kto na tych zlotach był, jak się zmieniały motocykle i priorytety zlotowe. Tak priorytety, bo formuła organizowanych przez nas zlotów tutaj, była prosta- trochę zwiedzania, dużo jazdy na motocyklach po fajnym terenie. Natomiast formuła zlotów na Roztoczu ewaluowała w stronę- mało jazdy, dużo zwiedzania. I program II zlotu, w tamtych stronach, był wręcz przeładowany. Nie narzekam, jednak taka ilość miejsc do zobaczenia spowodowała, że wszystko robiliśmy pod presją czasu. Na szczęście III i IV zloty pod tym względem były już o wiele spokojniejsze.

Do czego najbardziej tęsknię? Ano do atmosfery, jaka na naszych spotkaniach panowała. Była ona oparta na spontanie, uważności, serdeczności, oraz wzajemnym zaufaniu. W czasach, kiedy motocykle nie były jeszcze w takiej masie kupowane jak teraz, a modne były głównie ścigacze oraz grupy motocyklowe zarejestrowane w MC, naszą grupę, oprócz miłości do motocykla marki Royal Enfield, cechowało ogromne koleżeństwo (mimo czasem sporych różnic wieku) oraz chęć spotykania się, by wspólnie pojeździć.

No tak, tak było, a Jaskół, który corocznie spotyka się na zlotach z częścią tych ludzi (dochodzą nowi, ale już na różnych motocyklach), twierdzi, że już nie ma takiej atmosfery jak kiedyś. Owszem, jest koleżeńskość, ale brakuje tego czegoś, no nie wiem, jak to nazwać, chyba brakuje w nich Spiritus fraternitatis- ducha braterstwa, a może Spiritus communitatis- ducha wspólnoty?

Po prostu stara gwardia się wykrusza- część sprzedała Enfieldy, część choruje, w ogóle nie jeździ (SKS panie, SKS), paru zmieniło zainteresowania, już ich jazda na motocyklu nie rajcuje.

No trudno, nic nie jest wieczne, ale wspomnienia zostały, świetne wspomnienia i myślę, że warto je przelać na blog.

I jeszcze trochę o tym, jak zaczęła się cała historia zlotów. To, co teraz napiszę, to są wspomnienia Jaskóła. On kiedyś motocyklami interesował się średnio. Jego brat miał motocykle, zmieniał je co jakiś czas, a jego miłością były motocykle angielskie. Jaskół zrobił prawo jazdy na motocykl i na tym się jego zainteresowanie tymi pojazdami na długi czas skończyło. Owszem, podziwiał pasję brata, podziwiał jego maszyny, ale sam nie miał ochoty na coś takiego. W 2004 roku brat oznajmił, że ma na oku fajny angielski motocykl, jedzie go zobaczyć do Zamościa i zaprosił Jaskóła na wspólną wycieczkę. Motocykl obejrzeli, brat zdecydował się go kupić, ale coś mu się w życiu finansowo spaskudziło- musiał z kupna zrezygnować. Jaskółowi żal zrobiło się takiej fajnej maszyny- klasyk o pięknej linii, na kopa- czemu nie spróbować? No i tak kupił motocykl marki Royal Enfield. A potem już poleciało. Ponieważ Jaskół uznał, że to fajny motocykl oraz warto go popularyzować, pojechał do importera i podjął się sprzedawać te maszyny tutaj na Śląsku. Udało mu się sprzedać w jednym roku 3 motocykle. Tak powstał zalążek grupy miłośników motocykla tej marki. Mój mąż ma zdolności marketingowe, toteż wymyślił, że organizowanie rajdów dla posiadaczy tych pojazdów, będzie doskonałym sposobem na reklamę, a tym samym na podniesienie ich sprzedaży. Trzeba pamiętać, że w połowie dziesięciolecia XXI wieku, motocykli było stosunkowo mało i mało było różnych marek. A jak były, to były te najbardziej znane- Moto Guzzi, Harleye, „japońce”. Royal- Enfield to było coś nowego na rynku- ruszyła jego sprzedaż w całej Polsce. Jaskół miał umowę z Importerem, który go informował gdzie sprzedano każdy motocykl. Potem Jaskół nawiązywał kontakt z tymi ludźmi i tak zaczęła się rozrastać grupa miłośników tej marki. Każdego roku motocykliści przyjeżdżali na zlot, który organizował Jaskół (noclegi, wyżywienie, wycieczka w teren). Baza zlotowa była wówczas w Tychach. Kiedy Jaskół przyprowadził się do naszego domu, zloty przeniósł na ten teren. Potem spotkania royalistów zaczęli organizować inni motocykliści i tak każdego roku grupa (cyklicznie) zalicza spotkanie w różnych miejscach Polski. Średnio takich zlotów jest pięć. Jaskół założył również prywatną stronę internetową dla royalistów- Forum działa do dziś. Tam motocykliści mają możliwość podyskutować w różnych tematycznie działach.

Ja o mojej miłości do motocykli już pisałam- tak spotkały się dwa „waryjoty”, które pokochały ten piękny motocykl oraz motocyklowe wyprawy w teren.

No i na koniec powiem tak- wprawdzie w znanym powiedzonku to Niemiec płakał „jak go sprzedawał”, ale kiedy sprzedawaliśmy naszego Enfielda, to ja ryczałam i długo nie mogłam się z jego sprzedażą pogodzić. W sumie to jeszcze teraz mam ucisk na duszy, jak sobie przypomnę jego wygląd i ten kosmiczny klang to... ech..... Po 20 latach wzajemnej miłości- nasz się stosunkowo mało psuł- ze względów zdrowotnych, musieliśmy ten wspaniały motocykl, sprzedać.

Co jeszcze należy dodać? Ano to, że nasz Enfield produkowany był już w Indiach, ale jeszcze na podzespołach i w technologii angielskiej, potem, kiedy skończyła się angielska licencja, Hindusi zaczęli produkować swoje Enfieldy. Teraz trzepią masową produkcję, zmieniając często dizajn motocykla- jego piękny klasyczny wygląd dużo stracił. No i są na wtrysk (guziczek)- gdzież ten wymóg kopa, który stawiał motocyklistę przed dosyć trudnym zadaniem, ale stwarzający przeżycie przygody- zapali za pierwszym kopem, czy nie zapali. Te nowe modele cieszą się dosyć dużym powodzeniem w naszym kraju.

A Jaskół? No cóż był jednym z pierwszych popularyzatorów tej marki. W grupie został nazwany Komandorem, a kiedy sprzedaliśmy nasz motocykl, jeden z kolegów stwierdził: „Skończyła się pewna epoka”. I to jest fakt- skończyła.

Zaraz po kupnie.


 

No i jeszcze trochę o mnie w tej całej historii muszę jednak opowiedzieć. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz Enfielda normalnie zdębiałam- tak pięknego motocykla „na żywo” nigdy nie widziałam. I moja miłość do tej maszyny była dosłownie „od pierwszego spojrzenia”. Pierwsze jazdy zaliczyłam w normalnych ciuchach i w nowym kasku, bo ten od razu kupiliśmy, kiedy Jaskół upewnił się, że będę z nim jeździła. Kask powinien mieć spuszczaną szybę (uderzenie owada w twarz, przy dużej prędkości, jest bardzo bolesne, oczy też są tym zagrożone) i blendę. Nasi znajomi zainstalowali sobie interkom- my doszliśmy do wniosku, że każde z nas ma prawo do indywidualnego przeżywania jazdy i gadanie podczas niej, jest nam niepotrzebne.

Potem przyszła kolej na ciuchy ekstra motocyklowe oraz motocyklowe buty. Kurtka i spodnie ze specjalnymi wkładkami i z podpinkami, doskonale sprawdziły się podczas jazdy, zarówno w deszczu, tak i w upałach. Podczas upału po prostu wypinałam podpinki a pod spód ubierałam tylko lekkie rzeczy. Wierzcie mi, na motocyklu, w czasie jazdy, szybciej się zmarznie niż przegrzeje. Na plecach kurtek mamy naszywkę z napisem.

 Buty tylko raz mi przemokły, kiedy jechaliśmy podczas ulewy- i przemokły tylko dlatego, że wyprzedzające nas samochody ciągnęły za sobą fontanny wody na wysokości naszych stóp. Odpowiednie ubranie motocyklowe jest konieczne ze względu bezpieczeństwa. Nigdy też nie odważyłam się jeździć bez skórkowych rękawic- jeżeli ktoś widział zdartą skórę na dłoniach, ten przyzna mi rację, że taka ochrona jest potrzebna podczas każdej jazdy.

Motocykl zaliczył kilka przeróbek, ale nie naruszyło to jego ogólnego, klasycznego wyglądu.

Musieliśmy w naszym Enfieldzie podnieść tylne podnóżki oraz kolega dospawał, specjalnie dla, mnie oparcie. Potem były próby z siodłami, jednak tego ekstra dla mnie zrobionego już nie zdążyłam przetestować- uraz kręgosłupa był szybszy.

A w następnym poście będzie dokładna relacja Jaskóła o tym, jak dał się wciągnąć w przygodę z motocyklem, na punkcie którego oszalał- trwało to 20 lat.

Ja to napisałam tak płyciutko, ale jego wspomnienie ze szczegółami, warto przeczytać.

Trochę Indii- tam Enfieldy traktowane są jako narzędzie do przemieszczania się i wożenia dosłownie wszystkiego. Jest to tam popularny środek transportu, który wjedzie nawet na wysokie góry "bez zadyszki", a jest tak skonstruowany, że może go naprawić uliczny "mechanik" za pomocą śrubokręta i młotka. Mieć w Indiach Enfielda oznacza pewną nobilitację. 

Czwórka na Enfieldzie
 


23 maja 2026

I jak tu nie lubić tego, co się ma?

 

Dwa dni temu szpaki opanowały ogród. Całe stado latało z drzewa na drzewo, wydeptywało trawniki, skwircząc niemiłosiernie.

Na zdjęciu widać piękne ubarwienie starego szpaka.
 

Hałas trwał od rana do wieczora. Milkł tylko wtedy, kiedy strażnicy podnieśli alarm, widząc kogoś z nas lub Bezę- na Bezę to raczej ptaszydła nie zwracają uwagi- wtedy cała chmara leciała w głąb ogrodu. Po kilkunastu minutach stado znów się darło się w okolicach tarasu.

W pewnym momencie ptasie skwirzenie wydawało mi się podejrzanie blisko- byłam w sypialni, a ptaki darły się, jakby były w pokoju obok. Zajrzałam tam po cichu no i zobaczyłam, co się dzieje i skąd taki hałas.

Otóż ptaszory upatrzyły sobie naszą tarasową fontannę na miejsce kąpieli. Jedne się pluskały w wodzie, inne dreptały po tarasie, a taki jeden podlot koniecznie chciał się dostać do pokoju. Nie wiedział jednak, że wejście jest obok, więc walił dziobem w szybę i nie miał zamiaru przestać. Inny smark podszedł pod sam próg i już miał wejść do środka, jednak zrezygnował.

 

I masz, nie dość, że wiewiórki łażą po parapetach i młócą łapkami w szyby okien, gapią się na nas przez nie, to teraz ptaszydła nabrały ochoty z nami zamieszkać. Był czas, że w domu mieszkały myszy, a teraz ostały się jeno pająki- tych nie ruszam.


 

Filmy kręciłam „na jednej” nodze, stojąc w niewygodnej pozycji, dlatego nie zawsze są czyste technicznie.

Taras też nie był dopracowany (już raz, po zimie, był myty karcherem), bo spływająca deszczówka porobiła zacieki. O... a majster miał taką piękną poziomicę. Chciałoby się rzec- ”amerykańską”. „Patrz pani, laserowa, wystarczy pstryknąć (tu następowała demonstracja cudownej poziomicy) i czerwony promień pokazuje poziom”- przechwalał się. No i co? Za pomocą tej cudownej poziomicy ułożył płytki w takim „poziomie”, że woda spływa w stronę drzwi balkonowych (robiąc zacieki) zamiast w stronę brzegu tarasu. Po każdej ulewie mamy zaciekową koronkę. Jeżeli deszcz jest czysty, to zacieków nie ma, jeżeli jest zanieczyszczony kurzem lub pyłkami, jak to teraz miało miejsce (kwitnące brzozy, sosny, rzepaki), to zacieki są brudno żółte.

Bezczelne szpaczory zabrudziły wodę w fontannie, zabrudziły taras odchodami- jakby nie było, płytki od razu musiałam umyć. Przy okazji wymyłam karcherem też wycieraczkę. Tak, że taras na moich filmach jest jeszcze nieumyty.

Widok pluszczących się szpaków w tarasowej fontannie, wynagradza wszystko. I ten hałas, i to zabrudzenie płytek.

Szpaki są bardzo czujne, płochliwe- ja powoli, krok po kroku, przemieszczałam się w stronę drzwi, filmując, a one nic, jakby mnie nie było. Nie zwracały na mnie uwagi, tylko dreptały wokoło misy i kąpały się w niej. Były na wyciągnięcie ręki- dosłownie. A takie toto żwawe, takie ruchliwe, zaaferowane nowym miejscem i możliwościami, ciągle przemieszczające się z miejsca na miejsce- trudno było kręcić film bez przesuwania aparatu.

Powiedzcie, jak często komuś się taka frajda przydarzy? I czy to nie jest taki malutki kawałeczek szczęścia, jaki się ma? Taki na wyciągnięcie ręki, osobisty niemal.


 Ten drugi film jest dosyć długi, ale dopiero w połowie zaczyna "dziać się" naprawdę.


Ostatni film nakręciłam na tarasie, siedząc na krześle- miałam nadzieję, że ptaki wrócą, ale one wolały wydzierać się na katalpie. A jak zobaczyłam, że szpaczyca dokarmia podlota, to zrozumiałam, dlaczego taki rwetes stado robi. Szpaki wyprowadziły młode i uczą je latać. Widocznie robią to stadnie, bo tych podlotów sporo było.

 

Kosy uczą młode latać bez takiej wrzaskliwej otoczki. Inne ptaki też, a szpaki z pompą i paradą obwieszczają całemu światu, że oto młode pokolenie opuściło gniazda.

Jeszcze tylko podczas szabrowania czereśni, robią taki rejwach.

Wczoraj sroki zachowywały się podobnie. Na brzozie usiadły dwie stare i trzy młode. Jednak długo nie siedziały na miejscu, ciągle przylatywały z gałęzi na gałąź i coś tam do siebie skrzeczały. Widocznie też uczyły młode latania i zachowywania się poza gniazdem. Nie miałam aparatu pod ręką- sadziłam gladiole. Chwilę tak rozrabiały na najbliższej brzozie, a potem było je jeszcze, przez paręnaście minut, słychać w ogrodzie. Dzisiaj ani szpaków, ani srok nie słychać. Wyniosły się gdzieś dalej. Za to, jak co dzień (o 5,30 lub 6. chodzimy z Bezą na ogrodowy obchód), poranny koncert uskutecznia zięba. Siedzi na wierzchołku świerka i wyśpiewuje trele.



 



17 maja 2026

Nic na siłę.

 

Jaskół pojechał na zlot motocyklowy. Umówmy się, że motocyklowy, bo w obliczu zbliżającego się armagedonu deszczowego, wybrał się samochodem. Ale kilka Enfieldów na miejsce przybyło, choć koledzy w drodze zmokli. Te zloty mają swoją tradycję i są organizowane przez kilku motocyklistów w stałych, od lat, porach roku. Pierwszy to kwietniowy w centrum Polski, potem ten majowy na Kielecczyźnie. Następnie był nasz, pod koniec czerwca, ale od kilku lat nie organizujemy już zlotów tutaj, we wrześniu są Bieszczady, a jeszcze przedtem, pod koniec sierpnia, jest na Roztoczu. Koledzy motocykliści- Enfieldowcy- stara gwardia zlotowa- idą w „siłę wieku”, chorują, zmieniają motocykle i tak powoli została nas niewielka grupka przyjaciół, których połączyła miłość do motocykla marki Royal- Enfield. Zresztą ten gaźnikowiec „na kopa”, to już stary klasyk. Teraz Hindusi produkują nowe Enfieldy, uruchamiane „na guzik”, ich dizajn zmieniają co chwila i to już nie jest to- elegancja, szyk starego klasyka, jakim był nasz Royal- Enfield 500. Nawet nie wiem, gdzie nasz motocykl wylądował. Kupił go ktoś, kto sprawiał wrażenie, że będzie kochał ten motocykl, ale ponoć go sprzedał. Trudno. Powoli przyzwyczajam się do „Szerszenia”.

I mam ochotę wsiąść znowu na maszynę i boję się, że ten dziadowski kręgosłup znowu się zbuntuje. Jak sobie przypomnę jazdę na motocyklu, to aż mi się dusza śmieje. Nie ma porównania z jazdą w samochodzie. Ten pęd powietrza na twarzy, ta przestrzeń wokoło, ten brak ograniczenia karoserią (krajobrazy, światło, zapachy...) no i wolność wyboru miejsca parkowania- cudo. Jedziesz którędy chcesz, stajesz gdzie jest kawałek dobrego podłoża. Niestety, pewne dobroci dla mnie się już skończyły i to wcale nie z powodu wieku, a z powodów zdrowotnych- przecież młodzi ludzie też mają chore kręgosłupy, nie tylko starzy. Ale staramy się ruszać w teren, kiedy tylko nadarzy się okazja i szukamy interesujących miejsc niedaleko nas- Beza nie zostanie sama w domu, a ostatnio nawet bez nas w domu czuje się nieswojo. Od kiedy ogłuchła tylko w naszym towarzystwie czuje się pewnie. Przyzwyczajamy ją do dalszych wycieczek i to się udaje, ale musimy liczyć się z jej chorym sercem oraz z jej zmęczeniem, spowodowanym pobytem poza domem. Na razie udało nam się zrobić wypad do miejsca oddalonego o 2 godziny jazdy z przerwami. Dobre i to.

No i nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło- poznajemy bardzo interesujące miejsca w regionie (Morawy, Śląsk), miejsca historyczne, interesujące ze względu na kulturę, tradycje. I tak sobie myślę, że ta „okolica” wcale nie jest gorsza od reszty świata. W każdym razie na emeryturze nie siedzimy w domu, wgapiając się w ekrany, pijąc ziołowe herbatki. A przecież jeszcze prowadzimy nasz sklep. Mnie wciągnęło tkanie, haftowanie, szycie. Jest jeszcze ogród do ogarnięcia, co lubię. Często czasu nam brakuje nawet na kichnięcie.

A ogromnego deszczu w nocy nie było, burzy zresztą też. Dzisiaj pada sobie, z przerwami, spokojny deszczyk. I dobrze, niech woda spokojnie wsiąka w ziemie, że nie gwałtownie po niej spływa. Deszczu trzeba było, ziemia nadal sucha. Jest dosyć zimno. Tylko 12 stopni. Czekam na ciepełko i na wygrzewanie się na tarasie.

O właśnie, kupiłam pod donice na tarasie podstawki na kółkach. Pomalowałam je na kolor taki, w jakim są schody. Może te podstawki nie są urokliwe, ale bardzo praktyczne. Kiedy zapowiadają ulewy, przeciągam je pod dach i kwiaty nie toną w wodzie, co im raczej w tych donicach szkodzi. Kiedy w zeszłym roku robiłam, przed deszczami to samo, przenosiłam duże donice w rękach, czułam wtedy, że mi kręgosłup strzeli. Teraz tylko przeciągam podstawki i w kilka chwil jest wszystko gotowe, a kręgosłup (kolana i ręce również) nie cierpi. Czasem muszę poświęcić tzw. „dobry widok” oraz „dobrze wygląda”, na rzecz swojego zdrowia.

Te wszystkie nasze ograniczenia ruchowe, bo moje, ale Jaskóła również, wzięły się z czynnego uprawiania sportu. Kiedyś wierzyłam w powiedzonko „Sport to zdrowie”, teraz wiem, że owszem daje zdrowie, ale nie sport wyczynowy. Amatorsko uprawiać sport jak najbardziej można, wyczyn jest wielkim zagrożeniem dla organizmu. Ale skąd, na początku lat 70 XX wieku, mieliśmy o tym wiedzieć? My rwący się do uzyskiwania jak najlepszych wyników i trenujący ponad siły? Nasi trenerzy też nas nie oszczędzali z różnych powodów. Nie mieliśmy fizjoterapeutów, odżywek, porządnego sprzętu (dostałam stare kolce i w nich całą moją karierę średniaczki przebiegałam)- płotki były drewniane, na metalowych rurkach, bloki startowe metalowe albo z deseczkami- podpórkami na nogę zakroczną- stare trupy często rozregulowane. No i teraz cały nasz wyczyn (Jaskół -koszykarz) czujemy w kościach. Poza tym, nie czarujmy się, jak się ma w tych kościach sporo dekad, to organizm jest zmęczony sam z siebie. Pewnych rzeczy człowiek nie przeskoczy. Nie zawsze silenie się na „bycie ciągle młodym”, jest dla organizmu i samopoczucia dobre. Ta walka, by się utrzymać na powierzchni młodości, sama w sobie jest wyczerpująca. I po co się tak męczyć, robić rzeczy ponad siły, eksploatować organizm, który chciałby w końcu wypocząć, odreagować lata pracy, wysiłku, zregenerować się na tyle, na ile jeszcze może. Jakieś szalone wypady, ekstra kosmetyki (ach te „okłamujące” nas lustra- to ja (?)- impossible), ciuchy, które wcale nie są twarzowe, ale sprawiają, że ma się namiastkę „młodego wyglądu”, jedzenie niby zdrowe, ale niekoniecznie zdrowe....bycie w ciągłej gotowości, napięciu, utrzymywanie się w biegu, byle nie wypaść poza nawias tzw. młodości. Popłoch, że się nie zdąży czegoś zrobić, zobaczyć, przeżyć... Realy- wszystko musimy?

A ziemia (ogień) i tak całokształt wciągnie.

Niestety, po 60., procesy starzenia przyspieszają- na jak długo je powstrzymamy? Rok, dwa? Jakim kosztem zaciągamy ten hamulec przed starością? Stres, obawy, depresje....panika, bo nas też to dopadło- te zmarszczki, siwiejące włosy, twarde stawy, bezsenność, coraz słabsze wzrok i słuch, a przecież tak się staraliśmy, na uszach stawaliśmy, by te objawy starości odsunąć. A im więcej staraliśmy się, tym bardziej są one widoczne później. Bo tego nie da się oszukać i już.

Dbać o siebie, dbać o organizm, fundować sobie przyjemności, nie eksploatować siebie ponad siły w imię imponowania (na granicy śmieszności) rówieśnikom oraz osobom młodszym– patrzcie, na co mnie jeszcze stać- mieć swoje hobby, spotykać się z ludźmi, ubierać się swobodnie, zgodnie ze swoim gustem, a nie na pokaz- to chyba wystarczy, by nie czuć się starym i nie wyglądać, w miarę możliwości, staro.

Kiedyś sobie przyrzekłam, że już więcej nie będę robiła kuku swojemu własnemu organizmowi i staram się przyrzeczenie wypełniać. Nic na siłę.

Takie „Nie chcem, ale muszem”, niekoniecznie służy samopoczuciu w tym wieku. I co to znaczy „muszem”? Dla siebie, to chyba nic nie muszę, dla kogoś? No tak, to może być argument, czyli w tym przypadku żegnaj moja wolności od „muszę”. A może chodzi nie o „muszę”, a o „powinnam”? Chociaż to raczej nic nie zmienia. Tak, czy siak, rygor paraliżuje i psuje humor. No i ten strach przed starością pewnie skutecznie przeszkadza w drodze do osobistego „nic nie muszę”. Fakt, trudno pogodzić się z ograniczeniami, ale przecież ”jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Naprawdę wygodna filozofia i bardzo ułatwiająca godzenie się z rzeczywistością. I da się podejście do wieku przemeblować, unikając minimalizmu egzystencjalnego.

Nie miałam czasu na takie wymuszone staranie się, by zachować młodość. Owszem z tyłu głowy kołatało- boże, już siwy włos, a przy buzi robi się rowek... co działać, co zastosować- ale życie tak zapier..ło, tyle zawsze było problemów, tyle roboty, że chęci starczało na podstawowe zabiegi. Zresztą nigdy nie robiłam dramatu z tego, że w końcu się zestarzeję. Poszło naturalnie, bez napinki, bez wstrząsów.

A w ogóle, to prasuję (kiedyś tego nie lubiłam, teraz owszem, nawet tak, a parownica nie wszystko ładnie wyprasuje) i taki sobie w głowie prowadzę monolog. I nie trzeba się ze mną zgadzać lub nie zgadzać. Przemyślenia są przemyśleniami, a ja sobie codziennie prowadzę całkiem fajne życie już emeryta- jeszcze nie emeryta i na starość nie narzekam.

I właśnie zeżarłam ogromną drożdżówkę z makiem, polaną lukrem. A może powinnam zmusić się do rezygnacji z niej? Przecież to obciążenie dla organizmu no i tyle kalorii- „powinnam” schudnąć, bo „muszę” wyglądać szczupło i młodo. A figa:)

Muszę się- o, tu właśnie muszę bezapelacyjnie- w końcu zmobilizować i opisać resztę naszych zlotów motocyklowych.

Wszystko kwitnie i szybko przekwita.

Kasztan w ogrodzie sister wielkie ucho. Jak ścięli bożodrzew, to odsłoniło się całe kasztanowe drzewo i taki widok bardzo mi się podoba. Widzę go przez okno, kiedy siedzę przy kompie.


 

Głóg, który do pewnego momentu przycinałam, a potem odpuściłam przycinanie na kulkę. Całkiem fajnie się uformował.

Uroczy śmierdziuch- berberys pięknie kwitnący i niemiłosiernie cuchnący.
 

Kwitną też pigwy.


Ładnie kwitnie kłokoczka syberyjska, chociaż rośnie w półcieniu. Potem ma fajne owoce.


 

Nasza śliczna ogrodowa miotła- tamaryszek. W zeszłym roku przycięłam go trochę, by tak nie leciał w górę, ale on sobie nic z tego cięcia nie robi i nadal upiera się przy  kształcie wiechy.


 
Kwitną również azalie oraz rododendron, ale to już w następnym poście.

 

 

 

15 maja 2026

A wariatka tańczy...

 Czerwona na niej sukienka....

Te słowa piosenki sprawiły, że zastanowiłam się nad obrazem wariatki w czerwonej sukience. Właściwie, dlaczego miała ona czerwoną, a nie zieloną, czy żółtą sukienkę? 

Czerwień, taka mocna, narzucająca się, byłaby wyróżnieniem dla stanu umysłu nie pasującego do normy? Słowa piosenki to wyraz buntu przeciw rzeczywistości, wyraz pewnego rodzaju szaleństwa, podkreślanie odrębności, jakaś dramaturgia.

A czy przypadkiem w tym naszym szarym społeczeństwie nie jest tak, że pani w czerwonej sukience budzi nie tylko zdziwienie, ale i lekki szok? Zwłaszcza jak wyjdzie w niej na ulicę w tygodniu, albo no zakupy do marketu? Jestem przekonana, ze 9 z 10. osób spojrzałoby na nią ze zdziwieniem.

I nie, nie przesadzam. Dobrze wiemy, że nasza „ulica”, jest szara, smętna i nijaka pod względem kolorów.

„Wariatki” mają swój świat i nie przejmują się tym, co kto o nich myśli. Ubierają czerwone sukienki wtedy, kiedy przyjdzie im na to ochota, Tańczą do zatracenia, w tej czerwieni, tańczą do utraty tchu, wirują, piją alkohol i bawią się, bawią się, bawią się tak, jak chcą. I to jest budujące, przynajmniej dla mnie, i to jest inspirujące.

A potem wpadłam na pomysł, by poszukać w Necie obrazów pań w czerwonych sukienkach. Ciekawa byłam, w jakich sytuacjach i czy w ogóle, malowano panie w tak odważnych kolorystycznie kreacjach. Przecież wiemy na podstawie różnych opisów, że niektóre kolory były na przestrzeni wieków passé.

Najpierw szukałam obrazów znanych malarzy, następnie obrazów malarzy współczesnych. 

Sporo tego jest- tych współczesnych jest sporo, sporo też jest fototapet z kobietami oraz dziewczynkami w czerwonych sukniach,

Do prezentacji wybrałam obrazy z przeszłości i obrazy współczesne. Wstrzymałam się od prezentowania fototapet.



Piosenkę najpierw zaśpiewała Halina Frąckowiak w filmie produkcji polskiej. Niestety, film oficjalnie nie doczekał się tytułu, ale nagranie zostało. 


 PS. Bloger nadal paskudzi- moje posty na paskach w innych blogach pojawiają się z opóźnieniem i to dużym. Posty z innych blogów, na pasku mojego, również. Trzeba po prostu codziennie wchodzić i patrzeć, czy jest nowy wpis.