Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

środa, października 07, 2026

Kiedy daje się zbyt dużo wolności.

 



To był krótki wypad. Szkoda nam było tak pięknego dnia na siedzenie w domu. W piątek wzięliśmy Bezę i pojechaliśmy nad znajomy staw.


W zeszłym roku w lipcu na tym stawie roiło się od ptactwa wodnego. Pełno było na nim dzikich gęsi, kaczek oraz czapli. 

 

Nie byliśmy w tym roku, w lipcu, dlatego nie mam pojęcia, czy też było tyle ptactwa wtedy. Teraz staw jest pusty. Na wodzie pływało kilka kaczek, trzy rybitwy i to wszystko.

 



 Przy brzegach stało kilka czapli siwych, które co chwilę zrywały się z łopotem, by majestatyczne przelecieć nad taflą i wylądować w innym miejscu. Jedna zdecydowała się usiąść na konarze dębu- stamtąd cały czas nas obserwowała. 


Chyba przeszkodziliśmy jej w polowaniu na ryby, a miała co łowić- co i rusz nad wodę wyskakiwały karpie.

 


Nad stawem było cicho, nie odzywało się żadne ptactwo. Tylko od strony lasu, od czasu do czasu, słuchać było wystrzał.

Piątek, prawie południe i polowanie? Byłam zdziwiona, ale potem do mnie dotarło, że przecież niedaleko, na skraju lasu myśliwi mają swoją strzelnicę. No i wkurzyłam się- na skraju lasu, na łęgach, w miejscu, gdzie niedaleko gniazdują orły i bocian czary. Idioci, po prostu szkoda słów. No, ale ta strzelnica istnieje tam, co najmniej, od 30 lat. Przynajmniej ja wiem, tyle lat, ze tam jest, a dopiero teraz jakby mnie olśniło, że jej usytuowanie jest jakąś kpiną. A z drugiej strony, skoro orły i bocian czarny postanowiły tam zakładać gniazda, to znaczy, że im ta strzelnica nie przeszkadza. Chyba? W zeszłym roku na brzegach niektórych stawów ustawiono armatki hukowe, by płoszyć ptactwo, które hodowcom wyżerało ryby. Już wtedy zauważyliśmy, że ptaki chyba się przyzwyczaiły, bo huki hukami, a one siedziały spokojnie na tafli lub na brzegach stawu. To raczej Beza, która jeszcze wtedy słyszała, była bardzo zaniepokojona tymi hukami i chciała wracać do samochodu, co też dosyć szybko zrobiliśmy. Żadna przyjemność w takich warunkach spacerować. W tym roku armatek nie słychać.


 


Nad stawem nie byliśmy długo. Przeszliśmy ocienioną groblą do jego końca i stwierdziliśmy, że dalej, w słońcu, nie będziemy szli. No to zawróciliśmy. Wszystko było fajnie do momentu, kiedy naszej niesfornej psinie włączył się szwendacz i dała szpulę w dół grobli (tak w jej połowie długości), ku rowowi wypełnionemu rudym świństwem.

 


 Nie zdążyliśmy zareagować, kiedy „taka stareńka, taka schorowana, takie ma serducho zmęczone” odbiła się od brzegu i fruuuu przez ten rów na drugą stronę. A że rów jest dosyć szeroki, a Beza chyba źle oceniła swoje siły, to chlapnęła całym zadeczkiem w tę rudawą ciecz. Szybko wystrzeliła (wygramoliła się raczej) na brzeg tak, że tylko tylne łapska zamoczyła dokładnie. Ogon i reszta ocalały w stanie suchym. No, ale ja za nią przez ten rów ani dudu. Za szeroki i nawet rozpędu nie było gdzie wziąć. A Beza już na drodze dojazdowej stoi i nic sobie z nas nie robi, zresztą ona nas przecież nie słyszała. 

 To było w połowie tej długiej grobli- my na grobli, Beza za rowem, na drodze, a do rowu dosyć stroma skarpa.


Nie pozostało mi nic innego, tylko truchtem, pędem zaliczyć resztę grobli i łapać psa na tej drodze. Na szczęście nic nią nie jechało. Zresztą, przejechać tam mógłby tylko jakiś desperat. Już dawno nie widziałam takich głębokich, gęsto rozmieszczonych i zalanych dziur na drodze. Jak mnie piesa zobaczyła, to bez wahania slalomem, między tymi dziurami, truchcikiem przybiegła. Złapałam ją za szelki- smyczy nie zdążyłam od Jaskóła wziąć- w krzakach niedaleko zauważyłam czarnego kota. Gdyby go zobaczyła, to mielibyśmy przechlapane. Co, jak co, ale kotów, zwłaszcza czarnych, Beza nie toleruje. Niedawno przegoniła takiego z alejki sosnowej, a leciała za nim rozciągnięta, jak zając w ucieczce. Tylko brzuchem szorowała po igliwiu. Naprawdę miałam obawę, że mi zaraz padnie na to chore serce. 

Tak sobie jestem niewinna, po prostu węszę sobie i tyle. 

A nad stawem? No, mówiłam, że nie należy jej ze smyczy spuszczać, mówiłam... och... niech piesek trochę wolności poczuje. I poczuła, a ja odbyłam trening w szybkim marszu na 60 metrów. A drugi zaliczyłam w domu, gimnastykując się podczas mycia Bezy pod prysznicem. Ależ brudna woda się z niej lała i jeszcze taki drobny czarny piaseczek. I mogłabym się wkurzać, ale jak sobie przypomnę ten jej skok przez rów, to mi się śmiać chce. Taka zmęczona życiem, a tu niespodzianka kondycyjna.

 Zrobiłam kilka jesiennych zdjęć.


 



Liście dębu omszonego.

piątek, października 02, 2026

Morze, a może jednak to nie morze, ale warto było.

 

Ta droga na dole po lewej prowadzi od parkingów, nad zbiornik- tędy szliśmy. W tle Beskidy- po lewej polskie, po prawej morawskie, w środku Przełęcz Jabłonkowska.

 

Byliśmy nad morzem, nie ściemniam, naprawdę tak się nazywa, chociaż jego powierzchnia liczy 32 hektary, a głębokie jest na 22 metry. Na brzegach są plaże, pomosty i można się w nim kąpać. Jest niezwykle popularne, a Polacy przyjeżdżają nad nie bardzo licznie.

Karwińskie Morze (inna nazwa Darkowskie Morze) powstało na terenach pokopalnianych- zapadliskach. Kiedyś blisko kopalń w Stonawie i w Darkowie były wioski, łąki pola uprawne. Kiedy wydobycie węgla z kopalń przyspieszyło, ludzi wysiedlono, a na miejscu pól i łąk usypano hałdy zaczęły również powstawać zapadliska poeksploatacyjne.

„„Morze”, oficjalnie znane jako Darkovské, powstało na obszarze dotkniętym wydobyciem węgla kamiennego. Od 1991 roku teren zaczął się znacznie obniżać w wyniku podmywania – miejscami nawet o 1,5 metra rocznie. Sytuacja ta dotknęła wówczas około 300 domów jednorodzinnych. Niektórzy mieszkańcy otrzymali odszkodowania, inni przeprowadzili się do nowych domów w Albrechticach lub przy ulicy Žižkova.

Firma OKD, która została zobowiązana do naprawy szkód górniczych, rozpoczęła ukierunkowaną rekultywację. Część techniczna trwała w latach 1997–2009, a następnie część biologiczna, która trwała do 2014 roku. W 2016 roku obszar został oficjalnie zatwierdzony. W rezultacie powstał akwen o powierzchni 35 hektarów i głębokości do 22 metrów. Podczas ostatniego pomiaru w 2014 roku widoczność w wodzie sięgała pięciu metrów.

Na dno jeziora zrzucono 5,5 miliona m³ odpadów poflotacyjnych pochodzących wyłącznie z kopalni Darkov – ilość odpowiadająca około 2200 basenom olimpijskim. To właśnie te odpady przyczyniają się do wysokiej jakości wody. Drugim powodem jest jednak konsekwentne usuwanie pierwotnej zabudowy – do jeziora nigdy nie wpłynęły żadne ścieki.

Kształt morza nie został pozostawiony przypadkowi – projektant inż. Beneš nadał mu kształt liścia lipy. Łagodne wejście do wody znajduje się od strony plaży, natomiast strome brzegi po przeciwnej stronie pozostawiono naturze. Co ciekawe, gdyby nie sztuczna regulacja powierzchni wody, jezioro byłoby dziś większe, ale znacznie płytsze – co doprowadziłoby do powstania bagien i mokradeł.

Nieco za plażą pozostawiono odpady poflotacyjne – ponownie celowo. Biolodzy odnotowali tu bogate występowanie owadów i drobnych zwierząt. Zakładano również, że grunt nieco się obniży, a odpady znajdą się nieco poniżej powierzchni – ale ostatecznie tak się nie stało.”


Wprawdzie hałdy rekultywowano i obsadzano zielenią, ale zapadlisk, jakie równocześnie powstawały nie dało się tak zagospodarować. Toteż postanowiono je wykorzystać w inny sposób. Ogromny zbiornik wody oraz tereny wokół niego, uznano za doskonały teren rekreacyjny. 10 lat temu władze Karwiny postarały się o państwowe dotacje, trochę grosza sypnęły kopalnie i tak to się zaczęło. Cały rekultywowany teren wynosi 120 hektarów. Wyrównano teren wokół akwenu, zbudowano dokoła 3 kilometrową asfaltową ścieżkę, oraz wyasfaltowano dojścia do niej z parkingów. Zbudowano pomosty, wyrównano teren pod trawiasta plażę, zamontowano drabinki, ułatwiające zejście do wody, utworzono parkingi. A potem systematycznie uzupełniano małą architekturę. Jest tam również mała gastronomia toalety oraz wzdłuż tras kosze na śmieci. Corocznie mieszkańcy urządzają akcje sprzątania całego obszaru i trzeba przyznać, ze jest tam czysto. Woda również jest czysta, a akwen zamieszkują różne gatunki ryb. 



W 2025 roku, na brzegu, postawiono posąg Neptuna. Jest to dzieło karwińskiego rzeźbiarza Karla Buchty. Karwiński Neptun waży 1,2 tony i mierzy 3,4 metra.


„– Stworzyłem posąg z myślą o strażniku pewnego terenu. Neptun jest władcą wody, więc należy do Karwińskiego Morza. Chciałbym, żeby strzegł ludzi, którzy tu przychodzą i pływają, a także sprawiał radość dzieciom, turystom i wędkarzom – stwierdził Buchta.” I dodaje: „Chciałem stworzyć coś, co będzie wyglądało majestatycznie, niemal nieziemsko. Spędziłem dużo czasu, patrząc na rzeźbę, myśląc o wyrazie jej twarzy. Inspiracją były dla mnie różne rzymskie posągi, epickie filmy i filmiki w internecie, głównie po to, aby uchwycić odpowiednią energię i ekspresję”.


Już raz planowaliśmy zobaczyć ten zbiornik. W zeszłym roku, jesienią, wybraliśmy się nad wodę, ale musieliśmy zrezygnować, bo był tam straszliwy ruch. Była sobota, a może niedziela i choć wczesna pora, bo do południa, ale pieszych, rowerów oraz ludzi z psami było multum już w okolicach parkingu. Nie, nie dla nas takie atrakcje. Wtedy pojechaliśmy nad stawy w pobliżu Bohumina i nie żałowaliśmy tej decyzji. Odbyliśmy piękny jesienny spacer.

Tym razem wybraliśmy się w poniedziałek do południa, zakładając, że ludzie w pracy, to i nad zbiornikiem będzie ich mało.

Kiedy wysiedliśmy z samochodu, na sąsiednim parkingu stało kilka aut, obok nas może cztery, pięć. Było spokojnie, ruch pieszy i rowerowy, na drodze do jeziora, mały. Wszystko na razie było zgodne z naszymi założeniami.

 

Od parkingu do samego jeziora jest 100 metrów pod lekką górkę, asfaltową drogą (zakaz wjazdu dla samochodów). Szliśmy prawie sami. Kiedy doszliśmy na brzeg, ciągle ludzi było mało, kilka rowerów, żadnego psa. Ale po piętnastu minutach nagle zrobiło się rojno. Rowery, rolki, ludzie zaczęli się mnożyć na tej drodze (asfaltowa wąska droga dookoła zbiornika, nad samym jego brzegiem) jak króliki, pojawiły się również psy różne- małe, duże. No po prostu zrobiło się tłoczno. 

Stawek po prawej stronie drogi wzdłuż zbiornika.

Zszokowało nas to trochę, bo nie spodziewaliśmy się aż takiej ciżby w poniedziałkowe przedpołudnie. Owszem, trochę ludzi tak, ale nie taki ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Postanowiliśmy, że nie idziemy dalej, wracamy. Zresztą droga biegnie w pełnym słońcu, zrobiło się gorąca. Beza też już chyba miała dosyć, bo co chwilę przystawała. A ja, chcąc zrobić kilka zdjęć, ciągle czułam oddech rowerzystów na karku i trzeba było mocno uważać, by nie znaleźć się w ruchu kolizyjnym z rolkarzem, czy wrotkarzem. Psów też przybywało, jakby ten czas był specjalnie dla nich spacerowy. A może jest, bo rzeczywiście świetny to wybieg dla psów z blokowisk. Nawiasem, mogą one być na terenie tylko na smyczy i mają zakaz wstępu na plażę. Cały teren jest monitorowany a regulaminy dla użytkowników dosyć surowe. 

Lilie wodne (grzybienie, nenufary) na małym stawku.

Zawróciliśmy. Nie żałujemy, mimo (jednak) stresu pod koniec spaceru, bo już wiemy, jak to wygląda. Tyle razy przejeżdżaliśmy obok i myśleliśmy, że to zwykłe zbiorniki pokopalniane, a potem przeczytaliśmy, że władze Karwiny urządziły tam miejsce rekreacyjne. W zeszłym roku parkowaliśmy na placu ledwo wysypanym cienko żużlem, a teraz są już dwa porządne duże parkingi i pracownicy właśnie robili następny. Czyli sprawa jest mocno rozwojowa. No i miejsce popularne, sądząc po ilości ludzi, chętnych do spacerowania.

Szyb nieczynnej już kopalni Darkow.

Na drugiej stronie zbiornika mnóstwo ptactwa wodnego.


Za zbiornikiem kopalnia w Stonawie. Do maja była ostatnią czynną kopalnią węgla kamiennego w Zagłębiu Ostrawsko- Karwińskim. W maju kopalnię zamknięto. Tym sposobem w Czechach nie ma już ani jednej czynnej kopalni węgla kamiennego. Jednak Czesi są mądrzejsi od Polaków. Polacy, kiedy zamykają kopalnie, zalewają je lub zasypują wszystko to, co jest na dole (tak np, postąpiono z kopalnią w Kaczycach). Czesi pozostawili swoje kopalnie w takim stanie, by je uruchomić od razu w razie potrzeby. 
Kilka lat temu, Czesi planowali postawić elektrownię atomową w Stonawie. Byłoby to w kontekście tego zbiornika dosyć racjonalne- woda do schładzania reaktorów już jest. Wtedy mocno protestowali Polacy, bo to bardzo blisko naszej granicy. Odstąpiono, ale na jak długo? Podobno Czesi mają budować taką elektrownię bliżej Ostrawy.

W drodze powrotnej, już w Karwinie, zobaczyliśmy takie cudo. 

Kultowa czeska Śkoda Felicja w wersji cabrio.
 

Podobno odlatują żurawie. Jaskółki też już odleciały. Dosyć wcześnie w tym roku. Czekam na klucze gęsi, ale to chyba później i nie mam pewności, czy tędy polecą. Kiedyś leciały, a potem ich już nie widziałam ani odlatujących, ani przylatujących. Sporo gęsi zostaje teraz na zimę w Polsce. U nas na zbiorniku goczałkowickim.

A w ogrodzie sroki zaczęły jesienne koncerty.

Ciągle dzieje się i jestem spóźniona z wklejaniem postów- dwa następne gotowe, a tu jeszcze ten z opóźnieniem.

 

https://glos.live/Wiadomosci_region/d/neptun_nad_karwinskim_morzem

https://nakarvinskemmori.cz/pl/aktualnosci/sekret-morza-karwinskiego/

https://nakarvinskemmori.cz/pl/cat/aktualnosci/

Niektóre zdjęcia saz podanych stron. 

sobota, września 26, 2026

„Nudne” jesienne życie „otulone” firanami.

 

W pierwszy dzień jesieni, prawdziwie jesienny z ulewnym deszczem oraz wiatrem, uruchomiliśmy nowy piec CO. I zrobiło się w domu przytulnie, ciepło, sucho. Nasz dom nie jest jakoś specjalnie wilgotny, nie siedzi w nim wilgoć, ale jak zaczyna się czas chłodów i deszczów jesiennych to powietrze w nim jednak jest inne niż latem. Zmieniło się kiedy kupiliśmy suszarkę, bo suszenie na suszkach powodowało lekkie zawilgocenie powietrza, gdzieś ta woda z ubrań musiała przecież zaistnieć.

Piec na razie sprawuje się dobrze, jest mało obsługowy i nie wymaga wielkiego wysiłku- raz na jakiś czas wsypie się do zasypnika węgiel i to wszystko. Idzie na niskiej temperaturze, a i tak to wystarczy. Niższej już nie należy ustawiać, bo przestaje się opłacać grzanie. Tak więc idzie z 50 stopniach temperatury w piecu a w domu są 23 stopnie. Oczywiście trzeba go pilnować i kontrolować co jakiś czas, czy wszystko gra, ale to mały Pikuś. Testujemy pierwszą tonę groszku- o najniższej kaloryczności- na ile wystarczy i jaki daje popiół. Nie macie pojęcia, jak to fajnie teraz rano wstawać w ciepłym domu i nie trzeba po południu lecieć do piwnicy składać ogień. Nie trzeba nosić drewna do piwnicy i ładować do pieca ciężki węgiel, a potem wynosić wiadrami popiół do kubła. Takie niby małe coś, a jak pięknie zrobiło życie ładniejszym.

Niemniej mam teraz problem z doborem ciuchów domowych- w zeszłym roku, przy grzaniu starym piecem, nosiłam bluzy polarowe i ciepłe skarpety, klapki z zakrytymi palcami. Teraz kombinuję- bluzka bawełniana, dosyć cienka, skarpetki bawełniane, klapki otwarte- gorąco. Bluzka letnia, bez skarpet, trochę chłodno....zestawów może być sporo. Wolę, jak jest ciepło, niż wiele warstw ciuchów na siebie wkładać.

Zdążyłyśmy przed deszczami przyciąć trawniki i zastanawiam się, czy to było ostatnie koszenie czy, jak przyjdzie w przyszłym tygodniu, ciepły czas,a ma ponoć przyjść, to trawa buchnie w górę i będzie trzeba jeszcze raz przykosić przed zimą. Zobaczymy. Na razie po deszczach zrobiło się zielono tylko dołem, bo górą drzewa już łapią kolory, a brzozy zaczynają tracić liście. 

Takie piękne gazanie ciągle kwitną na dużym tarasie. 



 

Niesamowite kolory. Ta z zielonymi obwódkami na płatkach kwitła najmniej obficie.

 


Chyba już wyrzucę pelargonie z tarasu. Zrobiły się brzydkie i raczej nie zakwitną. Powoli, po kolei, wszystkie kwiaty i tak trzeba będzie posprzątać. Robią się, po prostu, nieładne.

Pigwowiec w deszczu.

I kalina obok dużego tarasu.


 


Wyjęłam maszynę do szycia-nareszcie- i zaczynam działać. Muszę poszyć nowe obrusiki na stół do kuchni- jest żelazna zasada w naszym domu, nie jada się na gołym blacie żadnego stołu. Że drobnomieszczański zwyczaj? A w nosie to mam, nauczono mnie kultury jedzenia przy stole, kultury nakrywania stołu i tego się trzymam. Jak nie obrus, to przynajmniej serwetki pod filiżanki z kawą czy talerzyki z ciastkami. Brzmi to czasem śmiesznie- „a u państwa nas na obrusach jadano”- a przecież nawet babcia, u której w kuchni, na stole, był obrus ceratowy i nie zdejmowała go nawet, kiedy robiła na stole kluski, przecierała wilgotną ściereczka ten obrus, by był czysty, zanim położyła na nim talerze. Odbieram to jako szacunek dla biesiadników- czysty obrus, czysta zastawa, podawanie na półmiskach, a nie w rondlach. Z tym ostatnim u nas różnie bywa, bo ziemniaki od razu nakładamy, z garnka, na talerze i też nie ma zgrzytu.

Zatem, zabieram się do szycia nowych obrusów, bo stare już się sprały- zmieniam dosyć często, nie znoszę, jak są poplamione, o co jest łatwo, kiedy się codziennie na nich je.

Sprane obrusy wędrują do przytuliska dla zwierząt i tam są, według potrzeb, wykorzystane.

"Firanka" na cisie, a w środku tkacz.



 

Muszę też wymienić firanki w oknach. Tak mam firanki w oknach, ale latem nie wszędzie- nie ma ich na drzwiach tarasowych, mam piękne widoki na ogród i nie przeszkadzają, kiedy są drzwi na tarasy otwarte. Natomiast zimą wieszam wszędzie, bo stanowią doskonałą barierę przed zimnem, bijącym od wielkich tafli szkła. Dlatego latem wieszam długie firanki tylko na oknach tam, gdzie są pod nimi kaloryfery- zasłaniam nieładne żeberka, a zimą wieszam krótkie, by odsłonić kaloryfery i nie zatrzymywać idącego od nich ciepła. I znów stwierdzę- mam firanki i nie zawaham się ich powiesić, chociaż bardzo wielu kręci nosem, że to przeżytek i panie dzieju, kto to widział mieć firanki w oknach we współczesnych czasach. Była, na moim nieistniejącym już blogu, dyskusja na temat firanek. Komentarze takie autorytarne, że jeszcze teraz strach się bać- a to, że kurz, a to, że zasłaniają widok, a to, że ograniczają światło, a to, że „nie lubię”, a to, że obciach, a to, że „u mnie nie będą nigdy wisiały” (Rejtan firankowy- po moim trupie zawieszą)- powodów tysiąc pięćset na NIE. A jakoś żadna z komentujących nie zajarzyła, że to, co jej nie odpowiada, to innym już tak. I jak to bywa, w takich dyskusjach, komentujące podzieliły się na dwa obozy- omal rozdzielać by je trzeba było, bo to nie była już wymiana opinii, a zażarta wojna personalna. Tak się zawzięcie kłóciły, jakby moje firanki były sprawą państwową najwyższej rangi. Kłótnia z powodu głupich firanek, które u mnie w domu wiszą i ośmieliłam się o tym napisać- niesamowite.

Takie to sobie wścibianie nosa i krytykanctwo krąży we wszechświecie. Obrusy? Firanki? Ble!

Hm... chyba nawet popełnię jakieś świętokradztwo stylistyczne, ponieważ skuszę się na kupno nowych. Może takich strojnych z wielką koronkową koroną na dole, albo gipiurowe? A może kupię tzw. makarony? O... makarony... a może jeszcze jakieś strojne takie podpinane i spinane kokardkami? Ech.... no właśnie, kupię najnormalniejsze gładkie i tyle. Nie wyśmiewam tych wymienionych, są wnętrza do których one idealnie pasują, są ludzie, którzy takie lubią np. moja bratowa. Ma tak urządzony dom i mnie nic do niego tak, jak innym nic do mojego domu i robienie wielkich oczu, buźki w wielkie „O” oraz krytykowania firan w oknach kogokolwiek.


Beza złapała zapalenie lewego ucha. Dostała serię lekarstwa do wkraplania. Po kontroli dostała drugą. Na początku o mało nas pogryzła, bo nie chciała sobie dać ucha zakroplić. Musiało ją to bardzo boleć. Teraz już nie ma problemu z zakraplaniem, ucho jest w o wiele lepszym stanie. 


 

Co jeszcze u nas? Ano toczy się normalnie, wychodzimy z kryzysu zdrowotnego, który pozostanie już nie kryzysem, ale stanem wzmożonej uwagi.

Włączyliśmy już lampki w holiku- taka inauguracja początku jesieni- zrobił się wieczorem fajny nastrój. Lampki kojarzą się, przede wszystkim, ze świętami BN, ale my ich nie obchodzimy, a lampki wieszam, bo lubię kolorowe światła. Może jeszcze dokupię więcej?

Wrażeń, zdziwień i radości nie brakuje, i nie trzeba jakichś specjalnych bodźców, by uznać, że jest dobrze. Kiedyś chciałam, by moje życie nie było nudne, monotonne, by było interesujące. I takie było aż nadto. Teraz już mam tego dość. Wystarczy mi tych emocjonalnych huśtawek i nadmiaru bodźców. Cenię sobie to spokojne, normalne życie, nie narzekam na nudę i tyle.