czwartek, 20 stycznia 2022

Ale była zadyma

 Do południa było słonecznie, pięknie. Tylko silny zachodni wiatr  dawał się we znaki.

A w południe zrobiło się tak

I tak

Po dwóch godzinach pokazało się słońce.



środa, 12 stycznia 2022

Rudasomyślenie

 Znalazłam ją dwa lata temu na Facebooku. Bardzo mi się podoba


Coś kombinuje.

Jakieś sugestie?

wtorek, 11 stycznia 2022

Słodki chrust

Nie jestem miłośniczką przesiadywania w kuchni ani miłośniczką gotowania tudzież pieczenia. Jedzenie traktuję jako potrzebę, by przeżyć i nie rozczulam się nad ekstra potrawami, chociaż od czasu do czasu, lubię zjeść coś nowego. Zawsze bardziej lubiłam piec ciasta, niż gotować. A gotować zaczęłam, kiedy miałam 12 lat. Gosposia wyszła za mąż, następne bywały krótko, jednak ponoć „się nie nadawały’” (jakkolwiek by to zrozumieć), mama pracowała (ach te spotkania rodzicielskie, dyżury oraz konferencje) i studiowała, starsza siostra więcej przesiadywała u ciotki, bo była w liceum i „musiała mieć spokój”, dlatego większość gotowania spadła na mnie.

Uczyłam się gotować na zasadzie: jutro ugotujesz to i to, przepis znajdziesz w książce. Koniec, kropka. Ponieważ od małego dziecka uczono nas podchodzić do problemów zadaniowo, toteż sama główkowałam, jak to ugotować, by zadanie wykonać dobrze. Jakoś szło do przodu, chociaż niekiedy ojciec krzywił się i sarkał, że breji jeść nie będzie- należy to wywalić do wiadra z żarciem dla świniaków. Nieraz się poryczałam, buntowałam, wrzeszczałam, że mogą sobie sami gotować, jak się nie podoba, niemniej robiłam to dalej z większym zaparciem, że ja im jeszcze ugotuję (z podtekstem- dosypię trutki na szczury), jak to zbuntowana smarkula miewa w zwyczaju. Ojciec bardziej dokuczał matce, że sobie studiuje, a on musi takie obiady jadać, ale na zwolnienie mnie z gotowania nie miało to wpływu. Matka wzruszała ramionami i kwitowała krótko- „Poradzi sobie”, albo „Przyzwyczaisz się”.

No to gotowałam zaraz po przyjściu ze szkoły. Najczęściej były to obiady jednodaniowe, proste, ponieważ ja też miałam jeszcze inne obowiązki- ćwiczenie na lekcje pianina, zadania domowe oraz prace około domowe, które nam ojciec przydzielał.

Najpierw nauczyłam się gotować zupy proste, zabielane śmietaną z mąką. Potem te ze zasmażkami. Te pierwsze najczęściej bywały za rzadkie, te drugie często były mączną breją. Cholerne zasmażki do dzisiaj mi nie wychodzą i jak nie muszę, to nie robię z nimi dań. No taki mam feler, że nie trafiam z proporcją zasmażkową. Potem nauczyłam się piec mięso. Owszem, rolady śląskie  też wtedy zaczęłam robić, ale to był hit mojej mamy i ona sama się nimi bawiła. Tych wszystkich surówek, mizerii, sałatek nauczyłam się „po drodze”, a nie było z nich zwolnienia, bo u nas do każdego drugiego dania obowiązkowo była jakaś „zielenina’  i kompot. No i bigos, bigos, który lubię robić, a który też rewelacyjnie przyrządzała moja mama. Ona  robiła prawdziwe myśliwskie bigosy, bo miała do dyspozycji dziczyznę różnego rodzaju.

Ja takich możliwości już nie mam, ale kiedy gotuję bigos trzymam się jej wskazówek: więcej kiszonej kapusty niż surowej, szklanka wytrawnego czerwonego wina na koniec gotowania, dużo suszonych grzybów szlachetnych, dużo zmiażdżonych  owoców jałowca, co najmniej trzy różne gatunki mięs (wołowina, wieprzowina, drób a jak się da, to dziczyzna), dwa gatunki kiełbas (tych bardziej szlachetnych), boczek i słonina (przesmażone w kostce), niezbyt dużo przecieru pomidorowego (by bigos nie był zbyt słodki), pieprz, sól i to wszystko przez cały tydzień, po kilka godzin, przegotowywać na wolnym ogniu pilnując, aby się nie przypaliło. To tak w skrócie o bigosie. Tak, torty i bigos moja mama robiła rewelacyjne.

Ciasta zaczęłam piec również w, mniej więcej, tym samym czasie. Tego nauczyła mnie też ona. Mogę o matce różne rzeczy pisać, ale jedno muszę przyznać- piekła ciasta genialne, a jej torty robiły furorę. Potem ja piekłam torty dla całej rodziny, a teraz torty piecze Młoda i  też ma do tego talent.

Przez wszystkie lata moich kulinarnych zmagań, korzystałam głównie z jednej starej książki kucharskiej. Kiedy wyprowadziłam się do "swoich domów", wyprosiłam tę książkę od mamy i towarzyszy mi ona do teraz.

Książka bardzo sfatygowana. Matka pewnie używała jej wiele razy. Sama przyznawała, że kiedy wychodziła za mąż, umiała tylko parzyć kawę. Nie ma się co dziwić, bo wychodziła za mąż, mając 18 lat, zaraz po maturze, a w domu moich dziadków zawsze była pomoc domowa, która zajmowała się gotowaniem i innymi prozaicznymi domowymi czynnościami. Skąd, zatem, miała umieć gotować?

Tę książkę dostała, kiedy była już 7 lat mężatką, ale i w jej domu, jak to bywało na leśniczówkach, miała do pomocy gosposię oraz gajowego. Książka jest nagrodą za zagospodarowanie obejścia leśniczówki. O tak, takie rzeczy moja mama uwielbiała- remontować, urządzać, zakładać ogrody. Leśniczówkę tę, dostał mój tata, zaraz po ślubie z mamą (1950 rok). Budynek byl do remontu, a obejście zaniedbane.

Cały czas trzymam w książce różne karteczki i opakowania. Te są po proszku do pieczenia. Nie mam pojęcia, skąd mama miała niemiecki proszek w czasach głębokiego stalinizmu w Polsce. Może od wujka z Niemiec, który słał paczki „biednym” krewnym? Matka biegle władała językiem niemieckim, ale tej umiejętności już nam nie przekazała. Szkoda.

Są też kartki z przepisami na ciasta, pisane ręcznie przez mamę. Ten jest na fajne ciasto orzechowe

I przepis, z którego korzystam, aby upiec chrust- chrust, nie faworki, bo u nas mówi się na ten rodzaj ciastek chrust.

Tak podaje się, według autora książki, chrust ( jedno z nielicznych zdjęć zamieszczonych w książce)


 
Zawsze ściśle trzymam proporcje i zawsze używam do ciasta spirytusu 90%.

Robię ciasto, a potem tłukę je dosyć długo wałkiem do ciasta. Moja mama robiła ciasto, formowała je w wałek, chwytała za koniec i tłukła ciastem o stół bardzo mocno. Wszystko po to, by je napowietrzyć. Im dłużej i mocniej się tłucze, tym bardzie kruche wychodzą ciastka.

Potem ciasto wałkuję na bardzo cienki plaster (na 2/3 milimetry), kroję paski- 2 cm szerokości, te paski kroję na części– wychodzą paseczki pięciocentymetrowe ( ostatnio mniej przykładam wagi do tych wszystkich długości i szerokości, byle nie były zbyt duże), w środku każdego robię nacięcie i przewlekam róg przez to nacięcie.

Smażę na bardzo gorącym oleju rzepakowym (moja mama smażyła na smalcu wieprzowym lub na Ceresie- kto pamięta Ceres?). Ciastka wrzucam małymi partiami, smażę krótko z jednej strony (złoty kolor), potem szpikulcem przewracam na drugą stronę, bardzo krótko trzymam i cedzakiem wyjmuję na talerz. Posypuję jeszcze gorące cukrem pudrem.

Tak wyszły w Sylwestra- tradycyjnie piekę chrust w Sylwestra oraz w Tłusty Czwartek

Bukiet goździków to nasza tegoroczna choinka. Goździki kupiłam, przed B.N. i jeszcze się pięknie (3. tydzień) trzymają w wazonie.


 A takie śliczne pierniczki otrzymaliśmy od wnuków z Anglii. Syn z synową pozwalają swoim chłopakom uczestniczyć we wszelkich pracach kuchennych, głównie w gotowaniu oraz pieczeniu. Super sprawa.


 

 

Miłego dnia.



 

 

 

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Pytanie

Najbardziej mnie zastanawia, bo nie bawi, stwierdzenie- nie byłam na twoim blogu, nie czytam twoich postów, ale pewnie piszesz tam tak samo głupio, jak tu, dlatego cię nie lubię.

 Słowa skierowano do mnie

Zapytam- głupio? To znaczy jak?

 

P.S. Czyż nie jest rozczulający taki sposób budowania opinii o danej osobie- nie znam cię, ale cię nie lubię?

P.S.2 A może ja się czepiam?  Może powinnam z pokorą przyjąć taką ocenę mojej osoby? Wszak stwierdzenie- głupio piszesz ma bardzo szeroki zakres, a piszący może cię obrazić z niewinną minką i nic się nie stało, Polsko, nic się nie stało.

Może mi jakiś mądry troll wytłumaczy mechanizm takich wpisów? Tylko niech sobie tytułowanie daruje, już wszyscy wiedzą, nie trzeba ciągle podkreślać tego.

 

P.S.3 Nawet jak to odbieracie jako przewrażliwienie, to coś je spowodowało. Nikt nie jest przewrażliwiony ot tak sobie i nikt nie będzie mówił, że nie, och nie, na pewno nie, jak ono istnieje. 

Nie będę hipokrytką, jak mnie coś boli, to boli, jak czuję się obrażona, to jestem obrażona ( w tym przypadku nie o obrażenie chodzi- nie jestem obrażona), jak chcę coś zrozumie to dążę do tego (tę sytuację/wpis chcę zrozumieć) i nie owijam w bawełnę.