Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

26 lipca 2026

Co tu wypić w taki upał? A poza tym... ekologia? No nie, ja wysiadam.

 


We wtorek zamontowali (4 godziny), wczoraj uruchomili, dom nagrzany po kokardy. W sam raz trafiło w te zimniejsze dni, kiedy rano było tylko 15 stopni- a lipiec miał być według prognoz (jeszcze majowych) taaaaaki gorący, fakt, że skończyło się u nas na dwóch ulewach, podczas gdy wokół szalały burze i grad leciał. Ale wczoraj było już gorzej, bo na polu słonecznie, a w domu 24 na blacie. Piec musiał się sam wygasić po spaleniu całego groszku- niepotrzebnie wrzucili dwa wory-trochę to trwało.

Jest wielki jak smok. Jeszcze na parkingu odkręcili wszystkie elementy, które się dało, a i tak sam korpus waży 300 kilo. I ten korpus w ciągu 15 minut wnieśli do piwnicy wąskim zejściem, po paskudnych schodach, z zakrętem 90 stopni, by wejść w drzwi. Ułamali 1 centymetr deski kompozytowej (nie widać) i nadłupali trochę posadzki przy drzwiach do piwnicy- widać, ale i tak musimy posadzkę uzupełnić cementem. Podczas montażu nie poleciała ani jedna „panienka”, panowie mówili do siebie cicho, nie krzyczeli, nie było rubasznych żartów, puścili radio, ale grało cicho.... panowie tak w okolicach 40. Pełna kultura. Montaż bez awarii, bez nerwów, bez biegania i kombinowania. Każdy wiedział, co miał robić. No szacun dla tych panów.

A przy uruchamianiu dokładne wyjaśnienie jak, gdzie, kiedy oraz co „naciskać” ( na panelu), kontrolować, na co uważać, co przypilnować- piec dosyć prosty w obsłudze, ale elektronika lubi płatać figle. Na odchodnym podali numery swoich telefonów, by w razie czego dzwonić, są do dyspozycji. Teraz trzeba zamówić ekogroszek. Ponoć z Kazachstanu najlepszy, ale z podanych polskich kopalni również. Ma być kaloryczny, dawać mało popiołu oraz ma być suchy. No i w miarę tani. I pomyśleć, że np. w Kazachstanie kopie się węgiel bez ograniczeń, podczas gdy u nas zamyka się kopalnie. I może pogodziłabym się z taką polityką, gdyby ludzie nie zostali na lodzie w wyborze sposobu ogrzewania domu. Ma być ekologiczne ogrzewanie, bo TAK! W innych dziedzinach też są przegięcia „ekologiczne”.

Mnie nie wolno wyciąć marnego żywotnika we własnym ogrodzie, podczas gdy wycina się całe aleje starodrzewu i połacie lasów.

Dzisiaj dowiedziałam się, że jeżeli nie wrzucam resztek do kubła, to muszę mieć kompostownik. Owszem, my mamy duże plastikowe kompostowniki, ale wydawało mi się, że popularny kompostownik, to pryzma chwastów przemieszana z resztkami żywności, leżąca na ziemi. No nie.... no NIE, kompostownik dopiero wtedy jest „ważny” i zwalnia z opłat, a raczej mogą ci odjąć od całości opłaty za śmieci złotówkę (przepis krajowy, nie lokalny), kiedy kompostownik ma co najmniej dwie ścianki- ano tak, właśnie TAK- po prostu musi być ograniczony ściankami lub siatką. Formę dyktują urzędy gminne, czyli przepisy lokalne. Jak nie masz takiego kompostownika, nie odliczą ci złotówki od kwoty za śmieci. W sumie zbytek łaski urzędniczej, a zabawy w budowanie kompostownika wiele.

A ja się pytam, czym różni się sama pryzma leżąca na ziemi od tej ogrodzonej (oprócz ogrodzenia)- wszak i tak te odpadki oraz chwasty mieszają się niezależnie od tego, czy są obudowane ściankami, czy nie.

Następny absurd- grill możesz sobie w ogródku odpalić i smrodzić nim, ile wlezie (fuj te wszystkie rozpałki i brykieciki- śmierdzi gorzej niż wydech ze starego Ursusa), ale drewna na ognisku już palić ci nie wolno, jeżeli nie przestrzegasz bezpiecznych odległości i innych ppoż. Bo tak- ogień z ogniska groźny, ale jak się grill wywróci, to ogień z niego nie jest groźny (zwłaszcza jak węgielki spadną na poduchy na fotelu lub ratanową kanapę).

Szamba bezodpływowe (często stare)- nakaz posiadania oraz wypróżniania co kwartał. Ludzie zużywają więcej wody, niż z tych szamb się wybiera ścieków- nadmiar idzie potajemnie, ukrytymi rurami, w glebę. Gdyby rozliczano na zasadzie, ile zużyjesz wody, tyle płacisz za ścieki, to od razu czystsze byłyby wody gruntowe i stawy oraz rzeczki.

Pompy ciepła- ekologiczne, ale zżerają tyle prądu, że ekologia wysiada- z czegoś ten prąd produkują- w Polsce z węgla.

Jednak chyba najbardziej upokarzające są kontrole UG i straszenie karami- nie mieliśmy, ale są takie. Urzędas nachodzi ludzi w domu i sprawdza czy twoja deklaracja jest zgodna ze stanem faktycznym. Zakładając, że większość ludzi jest jednak uczciwa, to taka kontrola jest wkurzająca, nawet, kiedy wiemy, że mamy wszystko w porządku..

I tak po kolei, stosuje się w Polsce ograniczenia oraz narzuca różne rzeczy ze względu na ekologię, a reszta świata ma to w nosie- tony śmieci, dym z kominów wali w niebo, ścieki wprost do rzek....

Szczerze? Ja to też zaczynam mieć w nosie- jedna Jaskółka świata nie zbawi, a reszta ptasząt jakoś nie kwapi się, by żyć ekologicznie.

Oczyszczalnia ścieków, kompostowniki, segregacja śmieci, wysokie koszenie trawników, mnóstwo zieleniny nasadzonej wokół domu, minimum „betonu” na ziemi, łapanie deszczówki... piec CO jest ostatnim z elementów mojego wkładu w ekologię. W więcej „ekologii” nie mam zamiaru się bawić.

Dzisiaj byliśmy z Bezą u wujka weta. Cisza, pusto, sielanka. Przycięto pazurki, podgolono sierść między opuszkami w łapkach, wyciągnięto mikroskopijnego kleszcza spomiędzy opuszek lewej przedniej łapki (coś podobnego- kleszcz w tym miejscu, do głowy by mi nie przyszło tam szukać kleszcza), wygłaskano... full wypas serwis. Więcej nie planowaliśmy, Beza się „unormowała”.

 

Ogród, teraz floksy.

 

Odradzają się powoli ich kępy, bo był czas, kiedy się „traciły” z grządek. Zapach floksów trochę mnie drażni- zbyt słodki, ale kojarzy mi się ze słonecznym letnim dniem. 

Floksy lubią się kolorami mieszać. Z takiej mieszanki miałam jeszcze biały z fioletowym środkiem i jasnoróżowy z fioletowym środkiem. Ślimole je zeżarły w zeszłym roku. 
 

Niezawodny dziurawiec- tnę jesienią do ziemi, a latem jest taki piękny krzew, kwitnący na trawniku. Pod płotem, koło kompostowników rośnie i kwitnie drugi.


Kwitnie fioletowa latria. Na grządkach są dwie kępy. Była również biała, wygniła chyba.


 

 Dla tych, co lubią sobie drinknąć letnią upalną porą.


 

18 lipca 2026

A może borówki do sera?


 

Naleśniki z serem na letnie upały to jest to. A do sera na słodko, którym nadziewam naleśniki, dodałam gniecione borówki amerykańskie. Wyszło razem z naleśnikami super- nie za słodkie, lekko kwaskowate. Aha, no i naleśniki moje to nie są takie typowe cieniutkie placki, tylko ja robię naleśniki z gęstego ciasta, które wylewam na patelnię z dużą ilością oleju (warstwa tak około 1 cm)- wychodzi naleśnik grubszy, z postrzępionymi, chrupiącymi brzegami

I tak sobie myślę, że ser na słodko razem z borówkami amerykańskimi jest także świetnym deserem.

Ser robię tak- oczywiście, jak zawsze wszystko „na oko”

  • jeden klinek sera (25 dag, wszystko jedno o jakiej zawartości tłuszczu)

  • 1 żółtko

  • duża łyżka cukru (można dać więcej, ale ja chcę jak najmniej słodkie)

  • cukier wanilinowy do smaku

  • gniecione borówki- ilość według uznania

Wszystko razem wymieszać i można stosować do czego się tam tylko chce.

Mam zamiar zrobić takie nadzienie do kopert z ciasta francuskiego.

Robię porządki z dziką różą w ogrodzie. Tnę bez litości, strasznie wszędzie się rozpleniła, a przyrosty ma ponad metrowe i bardzo szybko rośnie.Dwa ogromne krzaczory poszły na kompost. Zrobiło się od razu jaśniej i ziemia się suszy.

Wczoraj, do południa wilgi robiły raban. Siedziały dwie samice na wierzchołkach brzóz i przekrzykiwały się, skrzecząc bardzo głośno. Wprawdzie samiec próbował przebić się przez ten skrzek swoim melodyjnym pogwizdywaniem, ale zapomnij, nie dał rady. A wieczorem lunęło. Burze, na szczęście, przeszły bokiem. Niesamowite, jak wilgi przeczuwają deszcz. Znacznie lepiej niż rzegotki, choć te się też wydzierały.

Montowanie pieca CO przeniesiono na ten tydzień, co będzie (chyba). Niemniej już posprzątaliśmy i przygotowaliśmy piwnicę pod montaż. Przy okazji prawie zalaliśmy drugą piwnicę, bo sprawdzając do czego służy jeden z zaworów, odkręciliśmy go no i usłyszeliśmy jak w piwnicy obok chlusnęło wodą. Co się okazało? Mój brat, melepeta jedna, kiedy zmieniał instalację wodną, odciął rurkę od bojlera przy piecu CO, ale jej nie zaślepił. Zostawił po prostu otwartą rurkę. Odkręciliśmy zawór przy bojlerze, a woda poszła tamtędy wprost na podłogę. Można się wściec. My pilnujemy, żeby piwnicę osuszać, a tu lekki potop. Na szczęście szybko podstawiliśmy wiadro i większych szkód nie ma.

 

Zaczytałam się w serii kryminałów Camilli Lackberg. Lubię takie łączenie fabuły obyczajowej z kryminałem.

Kupiliśmy serię o pracy służb specjalnych, oczywiście zbeletryzowaną. Muszę poczekać, bo teraz Jaskół czyta pierwszą, z pięciu, część. 

A może coś lżejszego? Na przykład te. 


Przeczytam, ale potem żadnych filmów, wolę pozostać przy wersjach książkowych. Cenię swoją wyobraźnię i nie lubię, gdy potem następuje rozczarowanie wizją reżyserską.

Juki.

Też nie kwitły tak obficie, jak w minionych latach.


 

Juka na zdjęciu poniżej, została posadzona dwa lata temu. W tym roku zakwitła pierwszy raz. Juki też dobrze czują się w naszym ogrodzie. Rozsadzone, przyjmują się bez problemu, potem tworzą duże kępy, no i nie lubią ich ślimaki.


 Budleja kompaktowa- kwitnie obficie od połowy lipca do końca sierpnia.

I jeszcze drapol na słupie.


 


14 lipca 2026

Ptak ptakowi wrogiem.

 

W lasku, pod jodłami, spora kupka piór i pierza. Z dużego ptaka została. Nie mam pojęcia, co zeżarło ptaka i co zostało pożarte. Może zjedzona została uszatka, może krogulec, a może wręcz jastrząb. Może żarłokiem okazał się właśnie jastrząb- nie, chyba nie, to się stało w nocy, a jastrzębie w nocy nie polują (ale mógł zapolować o brzasku). Prawdopodobnie myśliwym była kuna. A z drugiej strony, mogła to być inna sowa. Między gatunkami sów wcale nie ma miłości. Sowy uszatki padają ofiarą puchacza, puszczyka- a puszczyki przecież rezydują w pobliskich zagajnikach. W głowie mi się nie mieści, by sowa zeżarła drugą sowę. No cóż. Na razie mogę się tylko domyślać, co było myśliwym, a co jego ofiarą. Nadal popiskują młode uszatki. Aż strach pomyśleć, że ofiarą mogło być któreś z rodziców. A z drugiej strony, te młode są z wiosennego lęgu, czyli powinny już się powoli usamodzielniać. Brakuje im może tygodnia, a może dwóch, by samodzielnie zaczęły polować. Natura zmusi ich do wcześniejszego stania się dorosłym ptaszorem. Bywa.

W zeszłym roku o tej porze młode uszatki były takie. Ta siedziała na krzaku bzu.


 

Jakieś niemrawe to lato. Więcej teraz siedzę w domu i na tarasie, niż w ogrodzie. Nie chce mi się w nim pracować. W sumie to tej pracy jest coraz mniej. No może przecinanie znowu się szykuje i to duże, ale  z tym się nie spieszy. I pocieszające jest, że rudych ślimoli, bez skorupy, jest mało w tym roku. Natomiast namnożyło się tych małych z kolorową skorupą na grzbiecie. Są mniej żarłoczne i jakby „przyjemniej” usuwa się je z roślin.

Pojawiły się, w ogrodzie, żaby łąkowe i jest więcej rzegotek zielonych.

A ogród zamilkł- nie śpiewa żaden ptak oprócz zięb i „gruchotów” gołębi. Tak milczącego ogrodu, o tej porze roku, nie znam. Nigdy takiego nie było, zawsze coś się odzywało. A teraz nawet wilgi są rzadkością. Częściej słychać skrzek srok- może to jest przyczyną milczenia innych ptaków.

Ale często pojawia się on- dzięcioł zielony, a jego szatański chichot niesie się po ogrodzie. Zdjęcia robiłam przez szybę, trzymając w lewej ręce telefon- rozmawiałam z Jaskółem- w prawej aparat. Całkiem nieźle wyszły.

 




Po dwudniowych ulewach, ziemia jest mokra, ale bez przesady. Rośliny odżyły, znów nabrały masy.

Moja ulubiona wiązówka różowa (jest  też biała, dziko rosnąca nad ciekami wodnymi). W ogrodzie rośnie kilka kęp i mam zamiar jeszcze ją rozsadzić, bo to taka niekłopotliwa, bardzo dekoracyjna, zapchajdziura. A najważniejsze, że ślimole w niej nie gustują.


 

Mój hit ogrodowy- trytomia. Nie spodziewałam się, że tak pięknie, obficie zakwitnie. W zeszłym roku puściła liście gęsto tak, że nie potrafiłam wydostać spomiędzy nich ślimaków, które uwielbiają jej pączki kwiatowe. Jesienią zaryzykowałam i ścięłam wszystko do ziemi, a potem okryłam włókniną. Wiosną długo nie puszczała liści i już się z nią żegnałam, gdy w ciągu kilku dni wystrzeliła w górę. Ślimole też ją w tym roku oszczędziły, bo ich po prostu nie ma. No i zakwitła pięknie.


 

I jeszcze niska oraz wysoka- pysznogłówki.




W Internecie ciągle pokazują się reklamy sklepów ogrodniczych, które kusza pięknymi zdjęciami różnych roślin (nie dajcie się zwieść, te sprzedawane rośliny nigdy nie będą takie piękne, jak te na zdjęciach reklamowych, stworzonych przez AI).

A tu jest „oszustwo sklepowe”. To sklep, w którym kupuję rośliny od lat i zawsze byłam zadowolona. W zeszłym roku zmówiłam hortensję, która miała być taka.

A otrzymałam taką.

Ta nowa jest śliczna, jednak wolałabym taką, którą już mam. Nowa tworzy kwiatowe kule, które wymagają podpórek, bo się pod ciężarem kładą. Nie chciałam kombinować z podporami. Może nie wyrośnie wielka i kwiaty się jakoś w pionie utrzymają. Docelowo ma mieć 1,20 m.

 Na zdjęciu biała, rosnąca przy dużym tarasie, ma z czterech stron ażurowe ścianki, które tworzą ograniczenia dla kwiatów i są podpórkami dla nich.

Jednak, zanim wpadłam na taki sposób podpierania (4 niskie pergole, pospinane zipami, tworzą klatkę na hortensję), przez dwa lata próbowałam różnych podpórek. Wszystkie były do bani.

 

Ta stara, która była wzorem do zakupu takiej samej, tworzy baldachy i pięknie trzyma kwiaty na sztywno.

W tym samym sklepie kupiłam jeszcze dwie hortensje o kwiatach w baldachach, ale one są małe i nawet pąków kwiatowych nie wypuściły w tym roku. Zobaczymy, jakie kwiaty będą miały.

Walczę ze sobą, obiecałam sobie, że już żadnej rośliny nie będę kupowała, że nadal będę ograniczała miejsca do plewienia. 

Obok mniejszego tarasu.


Powoli- a jednak to tempo nie jest zadowalające- kończę tkanie wiosennego gobelinu. Jeszcze tylko zarobienie i utkanie nowego sposobu zawieszenia gobelinu na drążku. Muszę sama wykombinować, jak to zrobić. Widziałam tylko zdjęcie, ale sposobu wykonania już nie ma.