wtorek, 11 maja 2021

Co ma joik do bluesa

Kusiło mnie, by zrobić zdjęcie stron książki, ale nie. Jakoś tak chyba nie wypada, kiedy chce się przekazać czytelnikom coś ważnego, interesującego. A taki tekst znalazłam w książce: „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć” Wioletty Ozimkowskiej. Autorka zamieściła w niej, między innymi,  wspomnienia Wojciecha Karolaka, o swojej żonie Marii Czubaszek. Jednak tekst, który tutaj zacytuję, jest na temat muzyki i bluesa. Wojciech Karolak, znakomity jazzman, gra, przede wszystkim, utwory bluesowe. Już dawno nie czytałam tak świetnie przedstawionej, w wielkim skrócie, historii powstania bluesa.

Mówi Wojciech Karolak:

”Joik Lapończyków

Muzyka to są dźwięki posegregowane według ustalonego od wielu wieków porządku estetycznego. Trudno to zdefiniować, bo po pierwsze, trzeba być muzykologiem, a po drugie, mieć zacięcie teoretyczne. A po trzecie, to jest wysoko nieprecyzyjne, dlatego, że muzyka jest najbardziej abstrakcyjnym przejawem sztuki. Jeżeli malarz namaluje obraz, to na tym obrazie będzie widać coś, co on chciał namalować, jeżeli poeta napisze wiersz, to mniej więcej wiadomo, o czym jest ten wiersz, chyba,  że ktoś w ogóle nie rozumie poezji.

To się czasem zdarza.

Wielu kompozytorów w czasie pracy rzuca kurwami. Potem wymyśla jakąś melodię i od razu osadzają ją w kontekście harmonicznym. Harmonia nadaje melodii charakter. Można wymyślić melodię, która będzie neutralna, a do niej dorobić harmonię, która osadzi ją w kontekście smutnym lub radosnym.

Weźmy na przykład blues. To w ogóle nie jest konkretna melodia, blues to jest muzyka, która wprowadzili w Stanach Afroamerykanie, ona wyrosła w dziewiętnastym wieku z ich podśpiewywań przy zbieraniu bawełny…

( Nie do wiary śmiejesz się z cotton pickerów? Pozbierałabyś sobie tak bawełnę, to byś sama zaczęła bluesy śpiewać o swojej niedoli).

To jest tak, jak u Lapończyków. Taki Lapończyk idzie wysoko nad kołem podbiegunowym, idzie i potrafi iść tak parę dni i nie spotyka nikogo, nawet ptaszka. W dodatku, jak jest zima, to tam nie ma nawet kawałka dnia. I wpada w ciężką depresję. A wtedy taki Lapończyk sobie siada i śpiewa, w zasadzie to się nie mówi, że on śpiewa, tylko po szwedzku się mówi, że on joika, ponieważ jest takie szwedzkie słowo” joik” i to oznacza krzyk człowieka, który jest w depresji i jest mu strasznie źle, wtedy on jest den norlandsk joiken. Po polsku: on po prostu…jojczy.

Takim joikiem Afroamerykanów na południu Stanów w dziewiętnastym wieku były pieśni robotniczo- chłopskie. Oni się przenieśli do miasta i zaczęli sobie po prostu śpiewać. I ta fraza, ta ekspresja, i to jakieś zdołowanie, to był początek bluesa. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że to śpiew czarnego człowieka w Stanach, na początku dziewiętnastego wieku, który mieszka jedną nogą w dużym mieście, a ciągle jest potwornie biedny.

(Trzeba jeszcze dodać, że oni są strasznie muzykalne sukinsyny).

Nie wiadomo, kiedy te przyśpiewki zaczęły mieć 12 taktów. Struktura 12-taktówki polega na tym, że utwór dzieli się na cztery, cztery i cztery. Najpierw jest stwierdzenie jakiegoś faktu, to są te pierwsze cztery takty, drugie cztery to jest jakby potwierdzenie tego, albo czasem nawet powtórzenie, a ostatnie cztery takty to jest jakby komentarz, wyjaśnienie, dlaczego tak jest, albo do czego to prowadzi.

Struktura bluesa w sensie literackim bardzo się pokrywa z formą muzyczną, bo są dwa zawołania i jedna odpowiedź, na przykład: wyszedłem dzisiaj na miasto bez telefonu, wyszedłem dzisiaj na miasto bez telefonu i będę w dupie, jeżeli nie spotkam Wioli.

Muzyki nie ma we Wszechświecie. To jest pomysł ludzki, jakaś fanaberia.

Ptaki nie muzykują. Śpiew ptaków może być wykorzystany jako element dzieła muzycznego, ale sam w sobie nie jest muzyką. Mogłyby sobie ptaki istnieć sto milionów lat na ziemi i śpiewać, ale to nie byłaby muzyka, tylko śpiew ptaków.

To człowiek wymyślił sobie w jakimś momencie, że można wytworzyć pewne zjawiska dźwiękowe, które nie istnieją w sposób normalny w przyrodzie. I z biegiem czasu stawało się to coraz bardziej wyrafinowane, coraz bogatsze. Wyobraźnia ludzka spowodowała, że dźwięki uszeregowane w pewien sposób, uporządkowane w pewien sposób, wyeksponowane w pewien sposób, stały się wartością samą w sobie.

Trudno to inaczej wytłumaczyć.

Praprzyczyną uporządkowania dźwięków była chęć wyrażania emocji. Carlos Santana powiedział: Gdy cię własna matka odrzuci, to jest blues”.

To w dużym skrócie historia joiku murzyńskich niewolników.”*

To tyle o muzyce i bluesie, ale sama książka jest do „połknięcia”, bo czyta się ją jednym tchem. Narracja nienachalna, wspomnienia różnych ludzi, związane z Czubaszek, naszpikowane humorem, przytaczane są jej słowa, wywiady z nią no i przepiękne wspomnienia Karolaka, dotyczące ich niebanalnego związku. Wszystko wzbogacone zabawnymi rysunkami  oraz „liścikami” Karolaka do Czubaszek oraz vice versa.

 

* V. Ziomkowska: „Maria Czubaszek, w coś trzeba nie wierzyć”, Prószyński i S-ka Warszawa 2021, s. 125

 

Trochę „czarnego bluesa”, skoro już o joikowaniu niewolników na plantacjach bawełny mowa.


 


Współczesny blues w wykonaniu Wojciecha Karolaka

(gra na organach Hammonda)


 


piątek, 7 maja 2021

I nawet deszcz nie był straszny ( Rajdy i wycieczki motocyklowe 3)

 

Royal Enfield Meeting 2009 (IV organizowany przez Jaskóła, a u nas drugi)

 


W 2009roku postanowiliśmy zmienić miejsce noclegowe. I to był bardzo dobry pomysł, ponieważ podczas tych trzech  dni zlotu,  mocno padał deszcz (z niewielkimi przerwami) i było zimno. Zarezerwowaliśmy domek noclegowy w niedalekim gospodarstwie agroturystycznym. 


 Takie ulewy przelatywały w tych dniach.
Przed zlotem sporo ludzi odwołało swój udział ze względu na pogodę. Było osoby, które jednak przyjechały. Na przykład Ela z Dankiem, z odległego Zamościa, przyjechali na motocyklu, przemoknięci do skóry. Wszyscy przyjechali na miejsce w piątek wieczorem. W sumie pojawiło się 5 Enfieldów.

Kiedy cała ekipa trochę się podsuszyła, zabrała się do dyskusji na temat motocykli. Zawsze tak jest po przyjeździe na miejsce. Uczestnicy zlotów są spragnieni nowinek technicznych i w ogóle wieści o motocyklistach. 



W sobotę nadal padało, postanowiliśmy, że zabierzemy uczestników zlotu do  naszego dużego samochodu i zrobimy nim przejażdżkę, by pokazać gościom chociaż trochę Ziemi Cieszyńskiej. Mieliśmy również zarezerwowany obiad w uroczej restauracji o mrocznej nazwie „Straszny dwór” i trzeba było gości tam zawieźć. Dojazd na motocyklach narażał ich na ponowne przemoczenie, a przecież w niedzielę wracali do domów, nie mogli robić tego w mokrych ciuchach. Z widoków nic nie wyszło, bo mżawka, bo mgła, bo szaro buro- góry przysłonięte mglistą zasłoną. Mimo paskudnej pogody, świetnie się bawiliśmy. Do restauracji dojechało zaprzyjaźnione małżeństwo motocyklistów. Przyjechali samochodem, ponieważ chcieli się, mimo złej pogody, z wszystkimi zobaczyć. Humory dopisywały- dla nas spotkanie było ważne. 

 


Do agroturystyki wróciliśmy późnym popołudniem. Tam odbyły się "nocne rodaków rozmowy", jak to na zlotach jest w zwyczaju. Potem wróciliśmy z Jaskółem do domu. W niedzielę już nigdzie nie pojechałam. Nie pożegnałam się z przyjaciółmi. Nad ranem zmarł, w szpitalu, mój ojciec.

 

niedziela, 2 maja 2021

Pisowskiego draństwa ciąg dalszy

 

Nie będzie o następnym majowym święcie, które jest dla mnie mocno kontrowersyjne. Jest o kolejnym draństwie, na jakie sobie pozwolił pisowski rząd względem polskich kobiet. Mnie się to wszystko, co w temacie aborcji wyczynia kaczystowski rząd, przestaje w głowie mieścić. Nienawiść do własnych obywatelek jest u niego tak ogromna, że nie waha się  apelować (czytaj żądać) o ograniczenie ich praw nawet poza granicami kraju.  Kolejne skurwysyństwo tych cholernych drani.

 

Czeskie media: ambasada Polski w Czechach prosi Ministerstwo Zdrowia, by nie pomagało Polkom w aborcjach

"Dwustronicowy list z polskiej ambasady dotarł do czeskiego ministerstwa 10 marca. Został podpisany przez polskiego dyplomatę Antoniego Wręgę, a jego treść dotyczy poprawki czeskiego Senatu do ustawy o aborcji, która jest obecnie przedmiotem dyskusji w izbie wyższej parlamentu - informuje czeski portal Respekt.cz. Onet wysłał pytania do polskiej ambasady oraz czeskiego Ministerstwa Zdrowia, czekamy na odpowiedź.

Nowelizacja czeskiej ustawy ma na celu doprecyzowanie warunków, na jakich cudzoziemki mogą poddawać się aborcji w Czechach. Obecnie pytanie dotyczy w szczególności Polek, które szukałyby tu szansy po prawie całkowitym zakazie aborcji w ich kraju - czytamy na portalu Respekt.cz.

Wręga w liście miał zapewnić, że Polska szanuje suwerenność Republiki Czeskiej, proces legislacyjny i opinię większości czeskiego społeczeństwa na temat aborcji. "Ale takiej postawy i szacunku dla procesów demokratycznych i wartości kulturowych oczekujemy również od strony czeskiej" - pisze Polak. Jego zdaniem te "demokratyczne procesy" obejmują orzeczenie polskiego Trybunału Konstytucyjnego, który jesienią ubiegłego roku orzekł o aborcji, a także prawo europejskie, które pozwala poszczególnym państwom członkowskim na ustalanie takiej polityki.

Według Wręgi cytowanego przez czeski portal, przyjęcie propozycji Senatu doprowadziłoby do "rozkwitu turystyki aborcyjnej w Czechach", pozwoliłoby obywatelom polskim na "łamanie praw ich własnego kraju", a także "zakłóciłoby relacje czesko-polskie".

"Dlatego z punktu widzenia stosunków polsko-czeskich uważamy za niefortunne, jeśli propozycje legislacyjne legalizujące komercyjną turystykę aborcyjną są otwarcie usprawiedliwione chęcią obejścia polskiego ustawodawstwa chroniącego nienarodzone życie ludzkie, a propozycje te mają zachęcić polski obywateli do naruszania polskiego prawa. Przyjęcie tak umotywowanej legislacji wydaje nam się krokiem niezgodnym z doskonałymi stosunkami między naszymi krajami"- piszą czeskie media, cytując polskiego Chargé d'affaires.

Czeski minister zdrowia Jan Blatný odpowiedział na to pismo 30 marca. Z jednej strony zwrócił uwagę polskim dyplomatom, że jest to projekt Senatu, na który jego kancelaria ma niewielki wpływ. W szczególności jednak w swojej odpowiedzi podkreślił, że zgodnie z aktualną interpretacją ministerstwa przeprowadzanie aborcji przez cudzoziemki z krajów UE, w tym z Polski, jest zgodne z prawem krajowym i europejskim.

Zgłaszający nowelizację z Klubu SEN 21 i Piratów, a także niektórzy inni senatorowie mają zastrzeżenia co do treści i tonu listu. - Nie widzę powodu, dla którego ta ustawa miałaby zakłócać stosunki. Myślę, że mogą komentować prawo, ale to wszystko. Ich opinia nie powinna wpływać na postawę władz czeskich - mówi Alena Dernerová, wiceprzewodnicząca komisji lekarskiej.

- Kwestia aborcji to w dzisiejszej Polsce ogromny i bardzo emocjonalny temat - mówi Václav Láska, szef klubu SEN 21 i Piraci, który przedstawił nowelizację. - Ton jest stosunkowo ostry i nie odpowiada temu, z czym mamy do czynienia - mamy do czynienia z kwestią aborcji na naszym terytorium, mamy do czynienia z prawem krajowym i przepisami dotyczącymi naszych lekarzy - zaznacza.

Wysłaliśmy pytania do ambasady polskiej w Czechach, a także czeskiego ministerstwa zdrowia z prośbą o potwierdzenie treści listu i jej skomentowanie."

https://wiadomosci.onet.pl/swiat/czeskie-media-ambasada-polski-w-czechach-prosi-ministerstwo-zdrowia-by-nie-pomagalo/zqjjzh2?utm_source=wiadomosci.onet.pl_viasg_wiadomosci&utm_medium=referal&utm_campaign=leo_automatic&srcc=ucs&utm_v=2


 

sobota, 1 maja 2021

Cześć i szacunek

Jedni nie wiedzą, inni zapomnieli, jeszcze inni chcą zafałszować, a wszyscy powinni liczyć się z historią i jej faktami.


 

„1 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy zwany Świętem Pracy. Od pierwszych pochodów i strajków w czasie zaborów, przez burzliwe świętowanie w II RP i propagandowe defilady w okresie komunizmu po pielgrzymki ludzi pracy na Jasną Górę - tak międzynarodowe święto klasy robotniczej obchodzono w Polsce na przestrzeni lat.

Obchody Międzynarodowego Dnia Solidarności Ludzi Pracy są związane z rozwojem ruchu robotniczego w ostatnich dekadach XIX wieku. W 1886 roku policja stłumiła strajk robotników w Chicago. Powodem protestu McCormick Harvester Co. nie było łamanie praw pracowników, lecz planowana modernizacja fabryki, która oznaczała zwolnienie dużej części załogi. 1 maja rozpoczęły się starcia z policją. 4 maja jeden z robotników rzucił w funkcjonariuszy bombą. Zginęło jedenastu robotników i siedmiu policjantów. Sąd skazał siedmiu przywódców zamieszek na kary śmierci (wyrok wykonano wobec czterech).

 


Trzy lata później kongres II Międzynarodówki uznał rocznicę rozpoczęcia tych krwawych zamieszek za Święto Funkcjonariuszy Pracy. Socjaliści określali skazanych jako męczenników bitwy o prawa robotnicze. Ogłoszony przy tej okazji hymn "Na dzień 1 maja" wykorzystywał melodię "Warszawianki" Wacława Święcickiego (później nazywanej "Warszawianką 1905").


Ruch socjalistyczny na ziemiach polskich odradzał się w tym czasie po klęsce I Proletariatu. Pierwsze pochody i strajki organizowały II Proletariat i Związek Robotników Polskich. W 1891 roku w Łodzi i Żyrardowie doszło do starć z wojskiem, a następnie do represji władz carskich. Z późniejszych demonstracji największe rozmiary przybrały wystąpienia w okresie rewolucji 1905 roku. Na 1 maja wydawano też specjalne ulotki i jednodniówki.

Największy autorytet polskiej lewicy niepodległościowej Bolesław Limanowski z perspektywy Paryża w kolportowanej w Warszawie odezwie podsumowywał dotychczasowe efekty rewolucji: "Ten niespodziewany w swej potędze przejaw woli ludowej zatrwożył i najeźdźców, i wyzyskiwaczy. Najeźdźcy zaczęli przemawiać do ludu w jego ojczystym języku, który przedtem pogardliwie psim nazywali. Wyzyskiwacze spostrzegli, iż trzeba poczynić robotnikom ustępstwa, pomiarkować nieco swoją chciwość".

 

1 maja w II Rzeczypospolitej był obchodzony burzliwie. Gorąca atmosfera polityczna sporów między ugrupowaniami lewicowymi a narodową demokracją sprzyjała ulicznemu demonstrowaniu siły własnych ugrupowań. Na ulicach walczyli także zwolennicy lewicy niepodległościowej i agenturalnej Komunistycznej Partii Polski. Oddzielne pochody organizowała też żydowska partia Bund. W niektórych regionach własne uroczystości miały również środowiska chłopskie. Były one wyjątkowo okazałe ze względu na udział orkiestr ludowych. Wszystkie pochody i wiece były chronione przez uzbrojone (czasami w broń palną) bojówki partyjne.

W największych ośrodkach przemysłowych – Warszawie, Łodzi i na Górnym Śląsku – robotnicy zbierali się w fabrykach lub dzielnicach i wspólnie dołączali do wielkiego marszu w centrum miasta.

Niekiedy w pochodach z tamtego czasu niesiono portrety teoretyków socjalizmu - Karola Marksa i Fryderyka Engelsa - oraz Ignacego Daszyńskiego i zamordowanego przez włoskich faszystów przywódcę socjalistów Giacoma Matteottiego. Od wieców odbywających się w innych krajach Europy te organizowane przez polską lewicę niepodległościową odróżniały też śpiewane pieśni: "Międzynarodówkę" zastępowano "Czerwonym sztandarem" i "Warszawianką 1905". Stołeczne zgromadzenia PPS kończyły się z reguły na placu Dąbrowskiego, gdzie przywódcy formacji wygłaszali płomienne przemówienia.

Po II wojnie światowej, mimo że stolica była w gruzach, 1 maja pierwsza defilada w Polsce rządzonej przez komunistów przeszła od placu Teatralnego, przez Krakowskie Przedmieście do skrzyżowania z alejami Jerozolimskimi. Poza powtarzającymi się "rytualnymi" przemówieniami podkreślającymi wagę przyjaźni ze Związkiem Sowieckim i "przemian demokratycznych" przedstawiciele nowej władzy ostrzegali "wrogów ludu". Co charakterystyczne dla pierwszego okresu istnienia "Polski ludowej", obok informacji o obchodach 1 maja zamieszczano zapowiedzi uroczystości w rocznicę Konstytucji 3 maja.

W kolejnych latach wraz z umacnianiem się nowego systemu obchody 1 maja stawały się coraz bardziej masowe i przymusowe. Oficjalne ogłoszenie 1 maja świętem państwowym było tylko tego formalnym potwierdzeniem. Propaganda komunistyczna w okresie stalinizmu wydaje się dokładnym odzwierciedleniem zapisów ustawy z kwietnia 1950 roku. Podczas wielkiego pochodu 1 maja 1950 roku szczególnie wiele transparentów i słów poświęcono "współpracy i przyjaźni" ze Związkiem Sowieckim.

Po przełomie 1956 roku ideologiczne natężenie propagandy nieco zelżało. Zniknęło wiele "rekwizytów" epoki stalinowskiej – portrety przywódców ZSRS (poza "wodzem rewolucji" Włodzimierzem Leninem) i hołubieni przez propagandę przodownicy pracy. Brak uczestnictwa w pochodzie nie wiązał się też z dużym ryzykiem utraty pracy. W przemówieniu Władysława Gomułki nie pojawiały się wątki dotyczące konieczności nasilenia walki z "krajami imperialistycznymi", ale raczej podjęcia współzawodnictwa.

Rozczarowanie rządami Gomułki i wydarzenia 1968 roku skłoniły środowiska studenckie do protestu przeciw represjom. Do najbarwniejszego doszło we Wrocławiu, gdzie studenci przemaszerowali przed trybuną honorową z hasłami: "Prawdę dziś mówi Miś" i "Czytajcie 'Świerszczyk', bo nie kłamie". Ironicznie skandowano też imię pierwszego sekretarza, naśladując zwyczaje partyjne. Podobnie było w maju 1971 roku, kilka miesięcy po masakrach na Wybrzeżu.

Atmosfera 1 maja w latach 70. miała być w zamierzeniu władz partii swobodna. Polska Kronika Filmowa ukazywała święto 1 maja raczej jako radosny dzień skupiający przedstawicieli wszystkich profesji. Szczególnie okazale wyglądał warszawski pochód 1 maja 1975 roku – u szczytu okresu gierkowskiej prosperity. Propagandowa narracja PKF niemal całkowicie pomijała ideologiczny wymiar święta. Przypominano jedynie o sukcesach ostatniego czterolecia.

W 1981 roku do oficjalnych obchodów przyłączali się działacze "Solidarności". Biuro Polityczne KC PZPR odnotowało wiele przypadków "nacjonalizmu i antyradzieckości". Od 1982 roku wiele świąt 1 maja przeradzało się w zamieszki. W 1985 r. oficjalny pochód w Gdańsku został niemal całkowicie rozbity nie przez "Solidarność", która zorganizowała niewielki marsz prowadzony przez Lecha Wałęsę, lecz anarchistyczny Ruch Społeczeństwa Alternatywnego. W 1986 roku opozycji udało się zmniejszyć frekwencję na pochodach dzięki akcji telefonów do zakładów pracy – rozmówcy podszywali się pod działaczy miejscowych komitetów partyjnych i zawiadamiali, że z powodu katastrofy w Czarnobylu obchody odwołano. W latach 80. ciężar autentycznego święta pracy przejęły organizowane przez ks. Jerzego Popiełuszkę pielgrzymki ludzi pracy na Jasną Górę.

Wyjątkowy wymiar miały obchody z 1 maja 1989 roku. W atmosferze pierwszej w dziejach PRL prawdziwej kampanii wyborczej ulicami Warszawy przeszedł legalny pochód opozycji, który wyruszył sprzed grobu ks. Popiełuszki. Skandowano hasła: "Precz z komuną" i "Nie stój z boku, chodź na pochód". Niezwykle blado wypadł przy tym zorganizowany przez władze wiec na placu Zwycięstwa. W 1989 roku tradycję pochodów, które były już tylko cieniem dawnych uroczystości, udało się podtrzymać m.in. w Bydgoszczy, Poznaniu i Szczecinie. Gdzie indziej ograniczano się do wieców i festynów.

Ustawa o Święcie Pracy obowiązywała ponad pół wieku. W 2007 roku Sejm uchwalił jej nowelizację. "W hołdzie wszystkim tym, którzy swoją pracą tworzyli wielkość Naszej Ojczyzny, wspierali jej rozwój i budowali przyszłość dla następnych pokoleń, dla podkreślenia wartości pracy ludzkiej – rozumianej jako moralny obowiązek człowieka, ale też jako doskonalenie świata nas otaczającego – dokonującej się poprzez wszechstronny rozwój osoby ludzkiej, w trosce o zachowanie godności pracy ludzkiej i wiążącej się z tym wolności i mądrości" – brzmi nowa preambuła uzasadniająca zachowanie Święta.

Po 1989 roku widoczny w sferze publicznej stał się też religijny wymiar obchodów tego dnia. 1 maja jest także Świętem Józefa Rzemieślnika. Proklamował je papież Pius XII 1 maja 1955 roku. W nauczaniu Kościoła kształtowanym od pontyfikatu Leona XIII znaczenie pracy jest jednym z najistotniejszych elementów rozważań o społeczeństwie. Najważniejszym ośrodkiem kultu św. Józefa w Polsce jest Narodowe Sanktuarium pod jego wezwaniem w Kaliszu. 1 maja przybywa tam Ogólnopolska Pielgrzymka Pracowników i Pracodawców, organizowana przez NSZZ "Solidarność".”

Za: https://tvn24.pl/polska/1-maja-swieto-pracy-jak-swietowano-w-polsce-5082664


 

 Czerwony sztandar - pieśń, powstała w 1877, jako pieśń szwajcarskich anarchistów. Tekst napisał Paul Brousse, a muzykę skomponował Jacques Vogt. Muzyka została zaadoptowana przez Polskie socjalistyczne środowiska w 1881, a rok później stała się hymnem polskiego proletariatu. Polskie tłumaczenie jest autorstwa Bolesława Czerwieńskiego, a muzyka Jana Kozakiewicza.

 Zawsze czułam sentyment do tego święta. Można  na nie pluć, ośmieszać, można zaczerniać historię, nie umniejsza to jednak faktu, że tamci robotnicy walczyli o swoje prawa, walczyli z wyzyskiem, nie bali się za prawa wszystkich oraz za swoje ideały ginąć. Należy się im szacunek. To on wzięli sprawy robotnicze w swoje ręce  i doprowadzili je do takiego punktu, że teraz większość rządów i posiadaczy liczy się z prawami pracowniczymi.

 Wiem, że wielu ludziom obchody 1 maja kojarzą się z masowymi spędami i pochodami "ku czci". Tak było i nie da się tego ukryć. Jednak równocześnie sporo ludzi ogranicza się tylko do wyśmiania tej formy świętowania, nie zastanawiając się, skąd w ogóle to święto się wzięło. Dla mnóstwa ludzi partia socjalistyczna to to samo, co partia komunistyczna, a to przecież Rosja, Lenin, Stalin Putin. Coraz mniej Polaków wie, że pierwsze ruchy robotnicze w obronie praw ludzi pracy, pierwsze strajki i pierwsze rewolucje robotnicze miały miejsce na zachodzie Europy. Tam się zrodziły Międzynarodówki.  Ludzie czerpią garściami z przywilejów pracowniczych, ale nie kwapią się, by poznać, komu je zawdzięczają, bo przecież nie XIX. i XX. wiecznym burżujom. 

Miłego świętowania

 

 

 

piątek, 30 kwietnia 2021

O domowych czystkach i różnych przypadłościach.

Po zeszłorocznym szoku, związanym z chorobą, którą przeszliśmy z Jaskółem niezbyt ciekawie, związanym z pandemią, z obostrzeniami i z ogólnym rozbiciem po chorobie, postanowiłam, że tej wiosny po prostu się nie dam wrednym nastrojom. Trochę mi w tym pomogło oswojenie się z sytuacją i chyba pierwsza dawka szczepionki. Poza tym, bliscy, na razie, a mam nadzieję i później, też jakoś przystosowali się do pandemicznego życia.

Co w domu, w zawiązku z tym postanowieniem, podziało się? Przede wszystkim, zrobiłam przegląd książek. Pozbyłam się wszystkich związanych z moim zawodem. Część oddałam do gminnej biblioteki, część do prywatnego przedszkola. Niech służą nauczycielom, a  także rodzicom.

Przetrzepałam (po raz kolejny) wszystkie szafy z ubraniami i bezlitośnie pozbyłam się ciuchów, czekających na „na pewno jeszcze schudnę”, albo „może trafi się okazja”. Buty również wylądowały w reklamówkach. Głównie te na wysokich obcasach. No cóż…. Hmmmm…. Tym razem ciuchy znalazły się w kontenerze PCK (mam nadzieję, że Kempa się do nich nie dobierze). Zwykle oddawałam do parafii ewangelickiej, ale w związku z pandemią, punkt odbioru jest na razie nieczynny. Potem miałam zamiar skorzystać z pomocy fundacji, która działa przy schronisku ”Na Paluchu”, w Warszawie. Fundacja ta zbiera w całej Polsce rzeczy używane (nawet kuriera posyła po paczkę). Ubrania sprzedaje ciucholandom (ma kilka swoich sklepów również), a darczyńca przekazuje pieniądze 1 złoty za 1 kilogram ciuchów, na rzecz wskazanej fundacji. Jest lista z fundacjami, jednak trzeba się rejestrować, zakładać konto, wypełniać formularze z danymi, by zobaczyć, jakie fundacje są na tej liście. I to przestało mi się podobać. Daję i nie zawracajcie mi głowy wyciąganiem danych poza konkretnie potrzebnymi. Ja wiem, że oni muszą mieć różne „podkładki”, jednak według mnie, wystarczyło by imię, nazwisko, adres, ilość kilogramów i pokwitowanie bez zakładania konta. Zrezygnowałam. W ten sposób w kontenerze PCK (szybko sprawnie, anonimowo) przybyło- też darowizna, a mnie w szafach ubyło.

Teraz robię porządki w ogrodzie. Nadrabiam wszystko to, co miało być zrobione w zeszłym roku. I jak co roku, mam nadzieję, że to już będzie jego ostateczny wygląd chociaż na następne kilkanaście lat. A potem już po mnie „potop”. Dziwnie się poczułam, pisząc ostatnie zdanie. Czasem mnie gdzieś dziubnie myśl o tym, jak długo jeszcze będzie mi dane oglądać ten świat. Mam do tego, na razie, stosunek ambiwalentny. No sama nie wiem, co tak naprawdę czuję myśląc o śmierci- strach? Raczej nie. Spokój? No nie bardzo. Żal? Może. Nie uciekam od tych myśli, ale też nie zadręczam się nimi. Bardziej boję się,  jak chyba każdy, utraty sprawności umysłowej i fizycznej, ubezwłasnowolnienia, bycia roślinką.

Do diabła, za oknem słońce, +18 stopni, a mnie tu coś mrocznego przeleciało przez łepetynę. A sio, a kysz, do ogrodu marsz.

Czwartek

Pierwszą cześć napisałam we wtorek i poszłam do ogrodu przecinać róże po zimie. Trach… nawet nie poczułam kiedy, bo nic mnie nie bolało, wieczorem palec spuchnięty. Palec serdeczny…w prawej ręce… no tak…A obrączka między spuchniętym stawem i dłonią tkwiła. Ułła, jak opuchlizna się powiększy, to może obrączka zablokować dopływ krwi do palca. Altacet w żelu i na całą noc pod opatrunek. Rano patrzę, trochę pomogło. No to co jeszcze zadziała, kiedy palec się zgina, nawet bez bólu, zasinienie zeszło, czyli nie złamany? Jakoś czas temu kupiłam olej żywokostowy z gojnikiem. Ponoć świetny właśnie na zapalenia stawów, odbudowę chrząstki i takie podobne rzeczy. Dawaj olej na palec, pod opatrunek. Zabandażowałam, ale z pracy w ogrodzie nici. Jak pech, to pech. Zmieniałam dwa razy opatrunek. Było lepiej. Na noc znowu altacet. Dzisiaj jeszcze jest lekka opuchlizna, niemniej dużo lepiej to wygląda. Tylko tej obrączki jeszcze nie potrafię zdjąć. Chciałabym, bo  cała historia uświadomiła mi, że jednak nie należy  nosić żadnych pierścionków, kiedy pracuje się np. w ogrodzie. Wiem, wiem, obrączki ponoć nie ściąga się w ogóle (oprócz konieczności np. w szpitalu), ale ten strach, że mi „palec odpadnie” w razie zamartwicy, coś mi powiedział.

A jak już jesteśmy przy domowych sposobach leczenia się, czy też profilaktyki, to powiem o jeszcze jednej fajnej rzeczy. Tylko bez śmiechu, bo to działa. Inaczej nie pisałabym  o tym.

Olej, olej kokosowy nierafinowany ma cudowne właściwości. Było tak, po tamtej paskudnej chorobie długo nie mogłam dojść do siebie- osłabienie, bóle kręgosłupa, zniechęcenie, ogólne rozbicie. Pozbierałam się dopiero na jesień, ale wtedy przyplątało mi się jakieś paskudne zapalenie jamy ustnej. Łykam witaminy, dużo witaminy C, jem zieleninę, dlatego nie była to jakaś awitaminoza. Od maseczki też raczej nie, bo naprawdę noszę ją sporadycznie- zakupy robi głównie Jaskół. Żadnych nalotów, pleśniawek, bąbli, nic, a bolało strasznie pod językiem przy śliniankach. Ogień, po prostu ogień. Ha! Nic tylko pokarało Jaskółkę za ten paskudny jęzor. Dzwonię do lekarza, konsultacja- szukanie przyczyny- diagnoza- pewnie to na bananie, którego skórę odgryzłam, coś było i zapaskudziło mi buzię. Ok. Jakieś dwa płyny do płukania, tabletki do popchnięcia skuteczności- przeszło. Niedawno draństwo powróciło, czyli nie banan. I znowu konsultacja, znowu płyn z antybiotykiem do płukania. Pomogło o tyle, że nie miałam już ognia w buzi, ale ciągle mnie bolało. Dawno temu czytałam o właściwościach oleju kokosowego i odtąd używam go do smażenia. Przy okazji przeczytałam też o jego właściwościach leczniczych, a potem zapomniałam o tym. Rozmawiałam niedawno z synem o  moim bólu i on mi przypomniał o tym oleju. A co mi szkodziło spróbować? Nic. Od dwóch tygodni codziennie biorę jedną łyżeczkę oleju, trzymam go w buzi przez 10 minut (robiąc płukankę wokół dziąseł), potem wypluwam i biorę drugą porcję na 10 minut (można dużą łychę od razu na 20 minut). Wypluwam, przepłukuję usta ciepłą wodą (nie należy tego oleju łykać, bo są w nim bakterie z płukania) i to wszystko. Po paru dniach było po bólu, a teraz mam uczucie, jakbym miała nowe zęby, mocne dziąsła i świeżo w buzi. Olej jest bielutki, pachnie kokosem i ma smak kokosu- sama przyjemność. Tylko za pierwszym razem jest kłopot, bo chce się go przełknąć, albo wypluć. Kwestia przyzwyczajenia. Podobno po pewnym czasie takiego "płukania" znika kamień nazębny. Zobaczymy😀😀

O Oleju kokosowym choćby tu: https://www.poradnikzdrowie.pl/diety-i-zywienie/co-jesz/olej-kokosowy-wlasciwosci-i-zastosowanie-aa-Upj6-Lm62-CYNC.html

No i wieści z ogrodu. Udało mi się sfilmować takie pierzaste cudo.




 


I jeszcze: w gniazdach piszczy, zaskrońce się wygrzewają pod ścianą, obok kurka z wodą, krogulec okupuje dół ogrodu, a chwasty rosną jak szalone.

Miłego dnia😀

 

środa, 28 kwietnia 2021

Najmniej liczy się dziecko, o "miłosierdziu" braci w "jedynej wierze".

Artykuł, który pobudził mnie do refleksji, przedstawionych w poście o "krzyżach".

 

„W czasie pandemii nasze dzieci są narażone na tak wiele negatywnych czynników pogarszających ich stan psychiczny, że psychologowie i psychiatrzy nie nadążają z apelami o konieczności ochrony ich dobrostanu.

Z okresu wielkanocnego najlepiej pamiętam Wielki Post, a konkretnie pewną Środę Popielcową sprzed lat, gdy wchodząc z babcią do kościoła, zostałam prawie stratowana przez chłopca mniej więcej w moim wieku, na oko może 7-letniego, który z obłędem w oczach biegł przez kruchtę, ścigany przez swoją zawstydzoną wydarzeniem matkę i wołał na cały głos: ja nie chcę się w proch obrócić, ja nie chcę!

Ludzie wokół głównie śmiali się półgębkiem, ktoś prychał, utyskując nad źle wychowanym bachorem, babcia wzruszyła tylko ramionami. Ja początkowo zachowałam względny spokój, stanęłam z babcią w kolejce po swoją porcję popiołu, którym sypnięto mi na włosy, ale wkrótce metafizyczny lęk, który wzbudził we mnie wrzask biegnącego przez kościół dziecka, zaczął przybierać na sile. Gdy masz 7 lat, ostatnia rzecz, o której chcesz wiedzieć, to fakt, że w proch się obrócisz. Ta historia przypominała mi się za każdym razem, gdy słyszałam różne opowieści znajomych o ich dzieciach, które – po dziecięcemu usiłujące dojść prawdy i sensu – zaczynały swoje serie pytań okołoreligijnych. Żyjąc w Polsce, nawet w ateistycznych rodzinach, nie sposób ustrzec dzieci przed widokiem Jezusów na krzyżach, zapełniających przecież wspólną przestrzeń instytucji publicznych, szkół, szpitali, rozstajów wiejskich dróg itp. Niektóre dzieci pytają więc o nie, na różne sposoby szukając wytłumaczenia, dlaczego martwe, umęczone torturami ciało mężczyzny ozdabia tak wiele miejsc. Pamiętam przecież pytanie o to, czy gdyby wtedy, zamiast krzyżować, wieszano, mielibyśmy wszędzie wokół małe szubienice. No cóż, drogie dzieci, najpewniej. I też by nam się opatrzyły, dziwiłyby tylko początkowo, gdy tak zaciekle szuka się sensu w świecie, a potem – nie znalazłszy go – odpuszcza się. Poważne dyskusje o wszechobecności krzyża w przestrzeni publicznej w Polsce nie mają chyba w obecnej chwili żadnego sensu, byłoby to działanie w duchu kopania się z koniem, ale wszystkim, którzy mają jeszcze jakąś wyporność i siłę na takie rzeczy, polecam ogromnie ciekawą – i dobrze pasującą do Wielkanocy – lekturę książki „The Cross: History, Art and Controversy” profesora Robina Jensena, który analizuje ten mocarny symbol na wielu płaszczyznach, umożliwiając czytelnikowi przyjęcie optyki nieco odmiennej od tej, w której nurzani jesteśmy od dnia narodzin w Polsce, gdy ze szpitalnej ściany nad łóżkiem spogląda na nas ukrzyżowany Jezus.

I właśnie w tym kontekście – przywykania, oswajania się i ostatecznego wzruszenia ramionami – chcę przywołać akcję „Dzieci czują” – czyli inicjatywę dr Agnieszki Kossowskiej, dr Anny Bereś i dr Joanny Ławickiej, które założyły razem na Facebooku stronę skupiającą ludzi, którzy nie zgadzają się na to, by wspólna przestrzeń była zawłaszczana przez drastyczne treści, czyli antyaborcyjne plakaty wiszące już w całej Polsce, na których widnieją powiększone do gigantycznych rozmiarów usunięte zakrwawione płody.

Autorki inicjatywy głośno i stanowczo sprzeciwiają się temu, nazywając rzecz po imieniu – to przemoc wobec NARODZONYCH już dzieci, które absolutnie nie powinny być narażone na kontakt z tak drastycznymi treściami.

Agnieszka Kossowska jest matką chłopca z autyzmem, który na widok tych plakatów doznał silnego wstrząsu – i to właśnie jego reakcja lękowa na plakaty spowodowała, że postanowiła zacząć protestować przeciwko tym treściom. Ale przecież nie tylko dzieci w spektrum autyzmu reagują na takie przemocowe obrazy szokiem. Nie jesteśmy w stanie uchronić naszych dzieci przed tym widokiem, to nie internet, na którym zakładamy rodzicielskie filtry, by nie dopuszczać do dzieci niepożądanych informacji, to nie telewizja, którą możemy wyłączyć, to nasze miasta i nasze ulice, po których chodzimy w drodze do szkoły, przedszkola i parku, to nasza wspólna przestrzeń, która powinna być nam przyjazna i bezpieczna, taka, by nikt z nas nie musiał z duszą na ramieniu nadkładać drogi na plac zabaw, tak by nie narazić dziecka na widok monstrualnych zakrwawionych szczątków.

Autorki inicjatywy piszą na swojej stronie na Facebooku „Rozumienie tego, z czym musimy się zmierzyć, jest zależne od naszego wieku i etapu rozwojowego, dlatego tak ważne jest, aby to rodzice/opiekunowie mogli zdecydować, kiedy ich dziecko jest gotowe na trudne tematy.

W przypadku treści drastycznych małe dzieci nie są w stanie zrozumieć ich znaczenia i kontekstu, co często wywołuje u nich reakcje somatyczne, emocjonalne i behawioralne, które potrafią długofalowo modyfikować ich rozwój we wszystkich sferach psychicznych i somatycznych. Co więcej, ekspozycja na obrazy drastyczne zwiększa również prawdopodobieństwo agresywnego zachowania oraz reakcji lękowych u dzieci, zwłaszcza u chłopców. To dlatego, że małe dzieci mają wciąż słabo rozwiniętą zdolność do samoregulacji emocjonalnej oraz ograniczone umiejętności rozumienia abstrakcji czy symboli, w efekcie czego wiele rzeczy biorą bardzo konkretnie”.

W czasie pandemii nasze dzieci są narażone na tak wiele negatywnych czynników pogarszających ich stan psychiczny, że psychologowie i psychiatrzy nie nadążają z apelami o konieczności ochrony ich dobrostanu. Skoro więc twórcy tych kampanii nazywają siebie ludźmi stojącymi „za życiem”, to nie wiem, co to za życie jest, za którym tak gardłują. Chyba wyłącznie życie wieczne. Które – przypomnę – niekoniecznie jest dla wszystkich ważniejsze niż doczesne. Amen.”

Anna Dziewit- Meller 


Polityka 14.2021 (3306) z dnia 30.03.2021; Felietony; s. 103

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/2110851,1,droga-krzyzowa.read

 

Anna Dziewit‑Meller

Anna Dziewit‑Meller

Pisarka, dziennikarka, felietonistka. Opublikowała trzy powieści: „Disko” (2012), „Górę Tajget” (2016) i „Od jednego Lucypera” (2020). Z kolei w 2017 r. wydała książkę „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy”. Prowadzi stronę popularyzującą czytanie bukbuk.pl.

 Może warto całej piosenki wysłuchać?