„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

06 lutego 2026

Śląska Katanga czyli o tym, co zatajano o życiu na Śląsku.

 

Od dłuższego czasu nie oglądam seriali i raczej mnie do ich oglądania nie ciągnie. Jednak ten obejrzę. Temat serialu jest mi znany, czytałam o tych dzieciach w paru publikacjach. Jest to kolejna część porażającej historii Śląska, historii, którą chciano wymazać, którą przed resztą Polski skrzętnie ukrywano.

Ukrywali ją nie Ślązacy, a Polscy, którzy przyjechali na Śląsk po wojnie i się kokosili, spychając Ślązaków na margines.

To nie jest, mam nadzieję, spojler. Ten artykuł należy potraktować jako wstęp do trudnego tematycznie serialu.

„Kto nie zna Śląska, "Ołowiane dzieci" odbierze dosłownie, jak opowieść o ratowaniu dzieci przed ołowicą. Na Śląsku - jestem pewien - serial będzie ważnym świadectwem, jak nieuczciwie polskie władze traktowały ten region.

Leonid Breżniew, pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego w 1974 roku odwiedzał Górny Śląsk. W opowieść o tym, jak doniosła dla naszego kraju była ta wizyta, zaprzęgnięto wtedy cały aparat propagandy. Wszystko miało być dopięte na ostatni guzik, czuwał nad tym sam Edward Gierek, który rządził Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą.


 

Prasa, radio i telewizja drobiazgowo relacjonowały przebieg wizyty. Breżniew odwiedził Hutę Katowice w Dąbrowie Górniczej, a w Czeladzi kopalnie "Czerwona Gwardia" i "Milowice-Czeladź", gdzie gensek usłyszał prośbę o "przekazanie jak najserdeczniejszych życzeń górnikom radzieckim". Potem był przejazd przez Siemianowice Śląskie do Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, gdzie spędzono ponad 15 tys. harcerek i harcerzy.

Tłumy obstawiły ulice, którymi podążała kolumna z Breżniewem. Z Chorzowa do Bytomia. Tam, na Placu Tadeusza Kościuszki, cztery ładne dziewczyny "spontanicznie" podbiegły do samochodu i wręczyły radzieckiemu przywódcy bukiety kwiatów, a tłum równie "spontanicznie" wzniósł okrzyk "niech żyje i zwycięża pokojowa polityka Związku Radzieckiego i państw wspólnoty socjalistycznej".

Dzieci zbadamy po cichu

Szopienice Breżniew ominął. W tej katowickiej dzielnicy toczy się inna historia. Młoda lekarka Jolanta Wadowska-Król od niedawna pracuje w miejscowej przychodni. Od dłuższego czasu próbuje leczyć małego chłopca, który mieszka z rodzicami w pobliżu huty. Objawy wskazują na anemię, ale stan zdrowia dziecka się nie poprawia. Lekarka wysyła go do szpitali, najpierw w Janowie, potem do Kliniki Pediatrii w Zabrzu. Profesor Bożena Hager-Małecka, która prowadzi klinikę, zleca szczegółowe badania krwi małego pacjenta. Wyniki są jednoznaczne – dziecko ma ołowicę. Hager-Małecka jest konsultantką w dziedzinie pediatrii w czterech województwach, prosi Wadowską-Król, żeby przebadała wszystkie dzieci, które mieszkają w pobliżu huty Szopienice. Tylko po cichu!

W świecie, w którym rządzi klasa robotnicza, państwo musi przynajmniej zachowywać pozory, że troszczy się o pracowników wielkich zakładów przemysłowych. Dzieci robotników nie mogą zapadać na choroby zawodowe! Gdyby ktoś się dowiedział, że umierają z powodu działań wielkiej huty w Szopienicach, byłby skandal. I co by na to powiedział towarzysz Breżniew!? Taka informacja to wizerunkowa katastrofa.

Tak zaczynają się "Ołowiane dzieci", nowy serial Netfliksa. Zbudowany na konflikcie interesów, który polega na tym, że władza robi wszystko, by nikt nie dowiedział się o ołowicy, na którą chorują dzieci hutników, a Wadowska-Król robi co może, żeby wszystkich o tym poinformować, a przede wszystkim sprawić, żeby dzieci już nie umierały.

Żeby tylko dzieciom nie "poszło na gowa"

Działacze partyjni żyją w lepszym świecie. Zajmują się nowoczesnymi Katowicami, budują dobrze zaprojektowane osiedla Tysiąclecia, "gwiazdy", halę Spodka czy Koszutkę. Wadowska-Król ogląda stare, brudne, zagrzybione domy z czerwonej cegły, bez łazienek, z ubikacjami na podwórkach. Widzi dzieci bawiące się na placach, wdychające pył, który unosi się z pozbawionej zieleni ziemi. Cierpi, gdy dowiaduje się, że wszyscy tam jedzą warzywa z przydomowych ogródków. Słucha opowieści, np. żółtej mazi, która nocą, gdy huta wypuszcza dym z kominów, pokrywa osiedle.

Huta Szopienice lata 40 XX wieku.
 

Ludzie chętnie dzielą się z nią historiami o zwierzętach, np. ktoś kupił szczeniaka, a po kilku tygodniach pies zaczął tłuc łbem o podłogę. Weterynarz nic nie mógł zrobić. A kanarki? Żyją najdłużej dwa-trzy dni. Nie ma tu wałęsających się psów ani kotów, tylko szczurów pełno. Mniej są wylewni, gdy chodzi o dzieci. Matki martwią się, żeby tylko ich potomstwu "nie poszło na gowa".

Bo w Szopienicach mnóstwo dzieci choruje. Można przeboleć, że mają zepsute zęby czy koślawe nogi, ale jak choroba "idzie na gowa", to jest nieszczęście. Wiele dzieci spod huty i tak ma obniżony iloraz inteligencji, szkołę specjalną w dzielnicy trzeba było otworzyć jeszcze przed wojną. W "Ołowianych dzieciach" przepaść między tymi dwoma światami podkreślają zdjęcia. Jasne, czyste, pełne energii centrum miasta, a przed hutą brudne osiedle w kolorach ochry jak z „Germinala" Zoli.

Huta jest nieludzką maszyną, Mordorem, który sięga domów, żeby za chwilę je pożreć. Ludzie żyją tu codziennym, stałym rytmem, bez nadziei na zmianę losu, pogodzeni z nim. Każdy, kto chce zburzyć ten ustalony porządek, jest traktowany jak intruz.

Huta była, jest i będzie

Wadowska-Król musi się zmierzyć z powszechnym na hutniczym osiedlu myśleniem, że dziecko można stracić, tak się bowiem zdarza, ale świata bez huty wyobrazić sobie nie sposób. Ona była, jest i będzie. To ich dobrodziejka, która karmi, daje dach nad głową. Centrum ich wszechświata. Lekarka wkłada wiele wysiłku, by przekonać mieszkańców osiedla, że nie mogą ufać hucie. Nie wie, że aby wygrać tę bitwę, hutnicy muszą stoczyć walkę sami ze sobą. Te zmagania są bardzo wartościową i przejmującą częścią serialu.


 

Niektórzy nazywają Wadowską-Król "Matką Boską Szopienicką", ja wolę określenie „śląska Erin Brockovich". Reżyser Maciej Pieprzyca obsadził w tej roli Joannę Kulig, która budując postać, mogła z powodzeniem skopiować Julię Roberts, i nikt nie miałby do niej o to pretensji. A jednak "śląska Brockovich" Joanny Kulig jest inna – mniej przebojowa, bardziej ostrożna, poukładana życiowo. Kalkuluje, bo wie, że za swoje działania konsekwencje dotkną nie tylko ją, ale i jej rodzinę. Może dlatego wydaje się mniej odważna, choć potem okaże się, że to tylko wrażenie.

Obie bohaterki działają w innych czasach i realiach. Brockovich bezpardonowo walczy z koncernem, który zatruwa wodę. Wadowska-Król musi działać inaczej, bo staje przeciwko państwu z całym jego aparatem przemocy.

Na szczęście w tej walce ma sojuszników. Po hutniczym osiedlu jej przewodniczką jest pielęgniarka Wiesława Wilczek (w tej roli Kinga Preis), wspiera ją także prof. Hager-Małecka. Szkoda, że w serialu została zastąpiona fikcyjną postacią profesor Krystyną Berger (w tej roli świetna Agata Kulesza), a przecież jej nazwisko powinno tu wybrzmieć!

W serialu (podobnie jak w rzeczywistości) największym sojusznikiem lekarki jest jednak gen. Jerzy Ziętek (Marian Dziędziel), na Śląsku zwany Jorgiem. Znali się dobrze z mężem prof. Hager-Małeckiej jeszcze z III Powstania Śląskiego.

Fantastycznie w "Ołowianych dzieciach" została pokazana relacja między starym Jorgiem, a Zdzisławem Grudniem, sekretarzem wojewódzkim PZPR w Katowicach, nazywanym "Cysorzem" (w tej roli Zbigniew Zamachowski). Grudzień był próżny, miał kompleksy, był chorobliwie zazdrosny o pozycję gen. Ziętka. Nienawidził go. Ziętek nie był mu dłużny.


 

"Cysorz" nie był zbyt lotny, ale ten brak nadrabiał sprytem. Podejrzliwy, zadufany, od nikogo nie przyjmował rad, chętnie za to słuchał plotek o współpracownikach, a szczególnie o konkurentach. Doskonałe są sceny w "Ołowianych dzieciach", gdy obydwaj władcy Śląska podglądają się zza firanek swoich gabinetów, a "Cysorz" mierzy ze strzelby w okna konkurenta.

Nareszcie kobieta jest bohaterką śląskiej opowieści

Świetnie poprowadzony jest także wątek innej relacji – między Hubertem Niedzielą, oficerem Służby Bezpieczeństwa (świetna rola Michała Żurawskiego), a Wadowską-Król. Ubek jest zaufanym Grudnia, podlega mu bezpośrednio. Ma za wszelką cenę uciszyć lekarkę. Niedziela próbuje wszystkiego, by omotać Wadowską-Król. Próbuje ją przekupić, zauroczyć, w końcu zastraszyć. Dociera do jej przyjaciół i współpracowników, szantażuje ich i robi z nich donosicieli, wie wszystko. SB nie zawsze musiała stosować drastyczne środki, żeby kontrolować niepokornych. Czasami wystarczył lekki nacisk. Obietnica awansu, korzyści materialnych, lepsze stanowisko też potrafią czynić cuda. Koniunkturalizm i wtedy, i dzisiaj miewa się doskonale.

Wielką wartością serialu jest wiarygodne przedstawienie realiów życia w PRL-u. Objawia się to w kostiumach, kolorach, wystroju mieszkań, muzyce, widokach ulic, a nawet w oparach tytoniowego dymu, którym tamta Polska była przesiąknięta.

Mieszkańcowi Śląska dobrze ogląda się "Ołowiane dzieci", bo od razu rozpozna miejsca, w których toczy się akcja. Poczucia swojskości dodaje także obecność katowickich aktorów, m.in. Grażyny Bułki, Grzegorza Przybyła czy Roberta Talarczyka.

I cieszy, że bohaterką tej historii jest kobieta. To ważne, bo do tej pory śląska historia była opowiadana głównie przez mężczyzn i niemal wyłącznie z ich perspektywy.

Kto nie zna Śląska, odbierze serial dosłownie - jak opowieść o ratowaniu dzieci przed ołowicą. Na Śląsku – jestem pewien – zostanie odebrany inaczej, nie tylko z powodów sentymentalnych. Dla wielu Ślązaków będzie świadectwem, z jakim wyrachowaniem i jak brutalnie polskie władze traktowały Górny Śląsk.

Cena życia w Katandze

Katanga – tak się w Polsce mówiło o tej ziemi. Jak o obfitującej w bogactwa naturalne prowincji Konga. Komuniści wiedzieli, jakim skarbem dysponują. Związek Radziecki żądał coraz większej produkcji. Żeby ją zapewnić, Gierek musiał sobie kupić spokój. Rozszerzył karty górnika i hutnika. To ogromne przywileje: wcześniejsze emerytury, dłuższe urlopy, możliwość kupienia towarów niedostępnych na rynku w specjalnych sklepach za żółtymi firankami. Gierek pilnował, żeby sklepy na Śląsku, zwłaszcza mięsne, były lepiej zaopatrzone niż w reszcie kraju. Mieszkanie – niemal od ręki. Zwabieni przywilejami przyjeżdżały na Śląsk werbusy, zasilały załogi kopalń i hut. Władze zacierały ręce, bo rosło wydobycie węgla i produkcja stali. Zakłady pracy za wykonanie planów rozdawały talony na kolorowe telewizory, pralki, zagraniczne wczasy, meble i samochody.

Konsumpcja, ale i trujące wyziewy z niemodernizowanych od lat, jeszcze poniemieckich hut. A na dole albo przy wielkich piecach jak w obozach pracy. W kopalniach system czterobrygadowy, robota w świątek-piątek. Ministerstwo żądało wyników, opieprzało tych ze zjednoczenia, a ci ze zjednoczenia ochrzaniali dyrektorów kopalń. Dyrektorzy wyżywali się na dozorze, a dozór na górnikach. Krzyki, chamstwo, upodlenie.

Polska o tym nie wiedziała, Polska zazdrościła. Na węglarkach, które wracały puste znad morza na Śląsk, napisy: "Masz zabić świniaka, lepiej zabij Ślązaka". Pogarda to niewielka cena życia w Katandze.

Kto słyszał o Jolancie Wadowskiej-Król?

Na Śląsku trwa właśnie dyskusja, czy TVP powinna wznawiać popularny w latach 90. serial "Święta wojna". Głównym bohaterem był Bercik – górnik, który stracił pracę w zlikwidowanej kopalni. Naiwny, a nawet głupkowaty, żyje wymyślaniem kolejnych "biznesów", które nie kończą się dobrze. Dla jednych serial to "tylko komedia", której nie warto brać na poważnie. Dla innych utrwalanie szkodliwego stereotypu. Dlatego cieszę się, że Netflix po "Wielkiej wodzie" i "Heweliuszu" daje nam "Ołowiane dzieci" – wielką i wzruszającą opowieść o malutkim wycinku śląskich losów.

Tych dwóch seriali nawet nie wypada porównywać. Kto obejrzy, przekona się, że Śląsk to nie tylko krupnioki, orkiestry dęte, kiepskie szlagry i nieogarnięci górnicy. To ważny i niezwykle ciekawy region jak każde pogranicze. Naznaczony historią niemiecką, polską, czeską i żydowską, pokaleczony, cierpiący na zerwaną pamięć, którą z mozołem odtwarza. Opowieść, którą zobaczymy w "Ołowianych dzieciach", jest smutna i niełatwa, ale pouczająca, bo pokazuje prawdziwy fragment życia w regionie przez resztę kraju uznawanym za niesprawiedliwie uprzywilejowany.  

Jednego żałuję - że serialu nie zobaczy Jolanta Wadowska-Król. Za swoje uczynki zapłaciła karierą naukową – nigdy nie obroniła pracy doktorskiej. Po latach w wolnej Polsce Uniwersytet Śląski uhonorował ją doktoratem honoris causa, od Śląskiego Uniwersytetu Medycznego dostała medal. Została honorową obywatelką Katowic, powstały o niej reportaże, książki, słuchowiska radiowe i przedstawienie teatralne. Jest bohaterką muralu w katowickim Załężu. A mimo to nawet na Śląsku wciąż nie jest powszechnie znana. Kto o niej słyszał w Polsce?

No to teraz usłyszy o niej cały świat.


 

"Ołowiane dzieci", reżyseria Maciej Pieprzyca, scenariusz Jakub Korolczuk, zdjęcia Witold Płóciennik. W rolach głównych: Joanna Kulig, Agata Kulesza, Kinga Preis, Marian Dziędziel, Michał Żurawski, Zbigniew Zamachowski, Grzegorz Przybył, Sebastian Pawlak, Robert Talarczyk. Premiera 11 lutego, Netflix.”


https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35063,32575616,slask-znalazl-bohaterke-ktora-moze-pochwalic-sie-swiatu-olowiane.html?_gl=1*1iytpu2*_gcl_au*MTgwOTgxMzc1MC4xNzY5ODQ1NzgyLjIwMTEzODU5MTAuMTc3MDE5MzY5Mi4xNzcwMTkzNjkx*_ga*MTUyMzIwMDg4My4xNzY5ODQ1Nzgy*_ga_6R71ZMJ3KN*czE3NzAyMTcyMzEkbzMkZzEkdDE3NzAyMTc0MjgkajU5JGwwJGgw#s=S.TD-K.C-B.6-L.1.duzy


Zdjęcia z artykułu

04 lutego 2026

Co tam, pani, na się włożyć?

 

 


Kupiłam puchówkę. Nie znoszę tego typu kurtek, ale tym razem złamałam się. Po ostatniej wyprawie na nowy most nad Olzą, stwierdziłam, że gruby polar i na wierzch porządny ocieplany sztormiak, to jednak za mało przy mrozach AŻ -6 stopni. No za mało. Nie zmarzłam, ale było mi chłodno.

Jest dopiero początek lutego, ma być cieplej, taka puchówka to nie jednorazówka, będzie służyła mi, mam nadzieję, przez kilka następnych zim. Bo ja jestem przekonana, że na naszej szerokości geograficznej, mimo ocieplenia, takie zimy, jak teraz- mroźne i śnieżne- będą często. Zresztą przecież nie musi być taka cała zima. Wystarczy parę dni, kiedy jest mróz – 10 stopni w dzień i minus kilkanaście w nocy (u nas tutaj takich nawet teraz nie ma), a świat zamiera, kurczy się z zimna.

Puchówka jest w ładnym ciemnozielonym kolorze (ciemna mięta). Była jeszcze czarna do wyboru. Od czasów żałoby po poprzednim mężu (cały tok chodziłam tylko w czerni- taka „porządna” we wsi byłam), nie noszę czarnych rzeczy. Nawet podczas żałoby po rodzicach nie założyłam nic czarnego oprócz spodni. Bo z kolei spodnie lubię nosić czarne, ewentualne klasyczne dżinsy. Nie jestem przekonana do spodni w jasnych kolorach. Nawet nie mam pojęcia dlaczego. Nie podobają mi się np. bawełniane (popelinka?)jasne portki, za kolano, na pupach starszych pań. Są szerokie, marszczą się w okolicach pupy i bioder. Często pod nimi odcinają się majty. Taki nieapetyczny widok. Tak samo nie podobają mi się wyłażące ramiączka spod wąskich ramiączek letnich koszulek. Wiele pan ma obfite ramiona, obfite biusty i nosi koszulki bez rękawów albo koszulki na wąskich ramiączkach. No nie. Te podwójne ramiączka też powodują, że coś we mnie się buntuje.

Ale mnie nic do tego, bo większość starszych i nie tylko starszych pań preferuje wygodę i na swój własny wygląd, w tym kontekście, ma wydmuchane. Ale to mój osąd, a teraz tak modnie, asertywnie zwraca się uwagę: „Nie musisz patrzeć”. Otóż to, odwracam wzrok, myślę swoje i idę własnymi ścieżkami dalej. Tylko w głowie mi kołacze taka natarczywa myśl: „Rany, naprawdę nie wygląda to dobrze”. I mam mocne postanowienie: „Nigdy w życiu tak nie wyglądać, nie tak”.

A swoją drogą, czy to tak trudno połączyć wygodę z fajnym wyglądem, nie stwarzającym innym dyskomfortu estetycznego?

W kolorze czarnym ładnie jest młodym kobietom, paniom powyżej 60. niekoniecznie czarny służy. Nie wiem, czy zauważyliście, że bluzka/sweterek/ żakiet/ sukienka, w czarnym kolorze, kładzie cień na skórę twarzy- twarz robi się szara, brak jej naturalnego rozświetlenia. Wystarczy założyć na czarną górę kolorową apaszkę, szal i już robi się jaśniej. Tak samo z czarnymi rajstopami (od tamtej żałoby nie założyłam w tym kolorze ani razu). Co jest z tymi paniami nie tak, że nie widzą, iż czarne (lub mocno"opalone") rajstopy do jasnej sukienki, w ogóle nie pasują. A ubierają się w ten sposób.

Unikam również białego koloru. Po prostu jest mi w nim niedobrze. Dodatkowo przez białe materiały przebija się to, co nosi się pod spodem. Niefajny widok.

Oczywiście nie jestem wyrocznią modową, ani wizażystką, ale chyba nie mylę się, kiedy twierdzę, że w czerniach, szarościach, brudnych buraczkach, zgaszonych granatach czy zszarzałych zieleniach, starsze panie wyglądają smętnie, nijako, ponuro. A jakby się uparły, właśnie takie kolory zakładają, kiedy przekroczą 60 (ciut młodsze też się tak noszą). To wygląda tak, jakby weszły w jakąś smugę cienia, chcą być niewidoczne czy co? Nie generalizuję, bo jest coraz więcej pań chodzących w „odważnych” kolorach, ale jednak wciąż przeważają te w szarościach. Widuję takie zjawisko tutaj na wsiach i w miasteczkach.

Lubię kolory wyraziste, lubię kolorowe printy, ale nie założę pstrokatych spodni (nie mam takich i nie będę miała) oraz pstrokatej góry równocześnie. Jedna z tych części musi być jednokolorowa. A cały zestaw w pasującej tonacji (nigdy np. niebieski z czerwonym- gdzieś tam resztki rozsądku, w kwestii gustu, jeszcze we mnie są). Chyba nie grozi mi być niegustowną „papugą”.  


Za to bardzo lubię, co bardzo mnie samą zaskakuje, oglądać modę haute cuture- „przeładowaną” w kolory, czy detale”, modę barokową, tę współczesną, na wybiegach- suknie haftowane bogato, z błyszczącą nicią, perełkami, kolorowymi printami, niebanalnym krojem itp. Jak by ją określić wyrazem będącym teraz na topie- modę epicką- bogatą w formie oraz w przekazie.  W tym się widzi artyzm, mnóstwo fantazji i mrówczej pracy.

Kilimki w stylu crazy patchwork.


Sama tworzę, co bardzo mi się podoba, crazy patchworki czy hafty jakobińskie- kolorowe, z różnymi ściegami hafciarskimi, naszywkami koronkami itp. Takie haftowane opowieści (epika w hafcie). Lubię, kiedy w moich pracach coś się „dzieje”.


Lubię też oglądać na wybiegach ubiory zachwycające w swej prostocie, w typie Chanel i sama ubieram się w podobnej formie. Nawet biżuterii nie zakładam. Jedynym wyjątkiem w łamaniu tej prostoty są haftowane własnoręcznie bluzki czy sukienki.

Gdyby ta puchówka była w niebieskim, żółtym lub czerwonym kolorze, od razu wybrałabym jeden z nich. Najpewniej czerwony. A co! Wściekle żółtą oraz mocno niebieską- mam wiosenne, a w indyjskim różu (jaki śliczny kolor) przejściówkę. Mam też kurtkę w kolorowe maziaje... no trochę tych kurtek jest, bo to mój słaby punkt. Mam też słabość do butów. Ale kurcze, gdzie w nich chodzić, kiedy zapotrzebowanie na ruszenie się z domu wyraźnie spadło?

No dobra. Dość smędzenia modowego.

Dzisiaj ma być ostatni dzień mrozów. U nas od trzech dni, w dzień jest – 5 stopni, nocami – 8 stopni. Dzisiaj temperatura idzie w górę, były – 2 stopnie w nocy i słupek leci na plusową. 

W lasku zaczynają nieśmiało „dzwonić” sikorki.

PS. O wyglądzie mężczyzn wolę się nie wypowiadać (w każdym razie nie teraz), bo napisałabym post bardzo krytyczny, bardzo.

Często wygląda to tak. 


 

01 lutego 2026

A mnie się podoba:):):):)

 To miało być na końcu

 

Nie mam pojęcia, co Bloger zrobił z tekstem. W brudnopisie jest normalna czcionka Tahoma, w wersji oficjalnej jakaś drukowana. Fatalnie to wygląda, ale nie wiem jak to zmienić.

 

Nie mam oporów nazwać rzeczy „epickimi”, jak mi to określenie akurat pasuje. Słowo „epicki” automatycznie przypisuje się gatunkowi literackiemu. Definicja mówi, że do epiki zaliczamy utwory OPISUJĄCE świat. Opisujące, czyli przedstawiające świat za pomocą bogatego języka. Jest to rozległa narracja, nasycona opisami, plastycznością, dokładnością w prezentowaniu rzeczywistości. I te cechy epiki, według mnie, można z powodzeniem przenieść na różne rzeczy. Kto wie czym charakteryzuje się utwór epicki, ten bez problemów będzie wiedział, co chcę wyrazić przez stwierdzenie np. epicka sukienka (haftowana z mnóstwem ozdobnych detali, bogata kolorystycznie itp.). Przy czym określenie "epicki" użyję raczej, by zobrazować coś jako bogate, rozbudowane, a nie jako wyraz oceniający tak, jak to robi teraz młodzież. 


 

Cieszę się, że wyrazy nabierają nowego sensu, że określają coraz więcej. Bardzo to wzbogaca nasz język. Mowa się zmienia, mowa jest płynna, upieranie się przy skostniałych zasadach, czy znaczeniach danych wyrazów, nie ma sensu.

Natomiast zawsze i niezmiennie jestem zdegustowana, kiedy w tekstach czytam wulgaryzmy, kiedy dany tekst jest pisany bez trzymania się zasad interpunkcji oraz ortografii, kiedy występują w nim jakieś durne zdrobnienia, infantylizmy, idiotyczne neologizmy (tworzone na siłę i pod publikę) oraz „roztrzepana składnia”.

Oczywiście, każdy odbiera świat, jak chce. Jeżeli mu jakiś wyraz nie pasuje, „zgrzyta” w wypowiedziach, to jego broszka. Jeżeli ktoś nadużywa jakiegoś wyrazu, to też jego broszka. I mamy, jak to przeważnie bywa, fifty-fifty.

A na podstawie artykułów, każdy sobie wnioski wyciągnie.

„Epicki neosemantyzm

Ryszard Kuźma, 11 marca 2022

Wśród słów modnych od jakiegoś czasu pojawia się przymiotnik „epicki”. Występuje w tak różnych kontekstach, że wzbudza ciekawość. Epickie są już nie tylko utwory literackie, filmy, ale też spotkania biznesowe, imprezy towarzyskie, rozgrywki sportowe, a nawet buty. Wobec tego, co to słowo znaczy?

Dotychczasowe znaczenie

Zgodnie ze Słownikiem języka polskiego PWN, przymiotnik epicki (greckie epikós) pochodzi od rzeczownika: epika, zaś słowo epika to: ‘jeden z trzech rodzajów literackich (obok liryki i dramatu) obejmujący utwory, których podstawową formę wypowiedzi stanowi narracja’. Wyraz pochodzi od gr. épos – czyli ‘słowo’, ‘poezja epicka’ (w języku francuskim – epique, a w łacińskim – epicus). W słownikuwidnieją jeszcze definicje: poemat epicki – ‘utwór poetycki z wyraziście zarysowaną fabułą, zwykle o jednym wątku’ oraz teatr epicki – ‘jedna z odmian dramatu współczesnego, zrywająca z tradycją realistycznego dramatu mieszczańskiego’.

Przymiotnikowi epicki  poza znaczeniem: ‘charakterystyczny dla epiki’ przypisuje się także znaczenie: ‘opisowy, opowiadający’. Doroszewski, definiując ten wyraz, pisze, że: epicki znaczy ‘należący do rodzaju literackiego – epiki, właściwy, charakterystyczny dla epiki, rozlegle ujmujący temat, opisujący, opowiadający.

Wobec tego nasuwa się pytanie: Jak należy rozumieć sformułowania: „epicka impreza”, „epicki mecz”, „epicki film”, „epicka porażka”, „epickie buty”?

Nowe znaczenia słowa epicki

Zacznijmy od „epickiego filmu”. Jeżeli osobie opisującej film chodzi o to, że stanowi on pełen rozmachu i złożony narracyjnie obraz ukazywanej na ekranie rzeczywistości, to wszystko jest zrozumiałe, ale wątpliwości pojawiają się, gdy z kontekstu wynika, że przymiotnik „epicki” został użyty w znaczeniu: ‘fantastyczny, wspaniały’ lub ‘okropny, druzgocący’.

W sformułowaniach: „epicka impreza”, „epicki mecz”, „epicki film”, „epicka porażka”, „epickie buty” słowo „epicki” oznacza: ‘wyjątkowy, wspaniały, cudowny, fantastyczny, fajny, niesamowity’ lub ‘fatalny, okropny, zły, druzgocący’.

Skąd wzięły się te znaczenia? W jaki sposób istniejący od lat przymiotnik „epicki” uzyskał nowy sens i stał się neosemantyzmem, czyli wyrazem, który otrzymał nowe znaczenie?

Źródło neosemantyzmu

Interesujący nas neosemantyzm „epicki” w polszczyźnie pojawił się pod wpływem języka angielskiego. W angielszczyźnie słowo epic ma szerszy zakres znaczeniowy. Znaczy nie tylko ‘związany z epiką, epicki – opisowy, opowiadający’, ale także ‘imponujący, epokowy, heroiczny, wyjątkowy, spektakularny, totalny, wspaniały, cudowny, fantastyczny’. Prawdopodobnie internauci i miłośnicy gier komputerowych upowszechnili nowe znaczenie przymiotnika epicki pod wpływem sformułowań: epic win i epic fail. Wyrażenie epic win znaczy ‘wielkie, wspaniałe zwycięstwo’, a powiedzenie epic fail  (skrót od epic failure) używane jest w znaczeniu ‘totalna porażka, wielka wpadka, katastrofa’. Przy czym warto dodać, że fail to czasownik o znaczeniu ‘nie powieść się, doznać niepowodzenia’. Co ciekawe, angielskie słowo epic już kilkanaście lat temu było przetłumaczone na język polski w nowym znaczeniu. Na przykład tytuł amerykańskiego filmu z 2007 roku „Epic Movie” (w reżyserii Jasona Friedberga i Aarona Seltzera), polscy dystrybutorzy przetłumaczyli jako „Wielkie kino”. Jak pisze Maciej Malinowski, „była to parodia największych przebojów kinowych lat wcześniejszych. Jak widać, już wtedy sięgnięto po słowo epicki w nowej definicji, wcześniej nieznanej”.

Reasumując

Jestem przekonana, że obecnie niektóre neosemantyzmy, na przykład „epicki”, są zbędne, bo mamy wiele polskich słów o charakterze oceniającym. Ale – żeby nie wpaść w zbyt poważny ton –  z przymrużeniem oka zatytułowałam ten artykuł „Epicki neosemantyzm”. A odpowiedź na pytanie, co w tym kontekście znaczy słowo epicki (‘wspaniały’ czy ‘fatalny’?), pozostawiam Drogim Czytelnikom. J

Barbara Ellwart”

„„Epicki” to jedno z ulubionych określeń współczesnej młodzieży. Warto wiedzieć, że używany przez nastolatków przymiotnik nie ma nic wspólnego z rodzajem literackim, z którym wiąże go większość użytkowników polszczyzny.

– Dziś w języku młodzieżowym „epicki” znaczy: „niezwykły”, „fantastyczny”, „cudowny”, „godny pozazdroszczenia”. To wyraz bardzo modny i chętnie używany przez młodych ludzi, ale ponieważ dla wielu użytkowników języka przymiotnik ten odnosi się do epiki, czyli rodza-ju literackiego, jego użycie czasem powoduje konsternację – tłumaczy dr hab. Piotr Zbróg, prof. UJK.

Jak dodaje, to pod wpływem języka angielskiego i wyrażenia „epic fail”, odnoszącego się do gier i oznaczającego totalną porażkę, przymiotnik „epicki” poszerzył swoje znaczenie. Dlatego gdy dziś młodzi użytkownicy polszczyzny mówią, że coś jest „epickie”, to raczej nie chodzi im o literaturę, ale o gry i filmy.”


To są gobeliny Fridy Hansen- nazywam je epickimi, bo każdy z nich coś opowiada. Zwarte jest w nich bogactwo barw, detali. 





Arrasy wawelskie- te także mogę spokojnie nazwać epickimi. Jakie piękne, rozbudowane opowieści ktoś utkał, jakie bogactwo szczegółów, kolorów, "ruchu".


 





Twórczość Gaudiego- przecież to sama epika w architekturze.Można patrzeć i "czytać" tę architektoniczną narrację.



 


 

https://solidarnosc.gda.pl/po-godzinach-z-solidarnoscia/na-koncu-jezyka/epicki-neosemantyzm/

https://kielce.tvp.pl/43744980/epicki-czyli-fantastyczny-polszczyzna-zmienia-sie-wraz-z-kolejnymi-pokoleniami

 

30 stycznia 2026

A tymczasem trup wroga spłynął w dół rzeki.

 


Tym razem styczeń bardzo mi się dłużył. Na szczęście już się kończy. Powietrze się zmienia, naświetlenie się zmienia, dzień się wydłuża. Nie będę narzekać na zimno, bo u nas i tak jeszcze łagodnie jest. Najniższa temperatura w styczniu wyniosła -9 stopni w nocy (parę razy). W dzień temperatury, bardzo często, były trochę powyżej zera, ale słonecznych dni w tym miesiącu było mało. Śniegu tez spadło niewiele w porównaniu z zimami, kiedy potrafiło napadać po 30 centymetry i więcej. Teraz przeczekać jeszcze te parę dni, w których mają być mrozy do – 11 stopni i potem prognozy są już bardziej optymistyczne. Tak, czyli dyżurny pogodowy temat chyba wyczerpałam.

Wczoraj zobaczyłam wychodzące z ziemi narcyzy. Mają już 2 centymetry wysokości. Narcyzy wychodzą, ale śnieżyczek jeszcze nie widać. Oczar też jeszcze uśpiony. I kalina pachnąca również.

Próbowała kwitnąć już w grudniu, a teraz nie jestem pewna, czy nie przemarzała. Oglądałam pączki, ale mało można po nich wyrokować, czy zakwitną jeszcze. Ciekawa jestem, czy jeż, któremu zrobiłam zimową norę, przeżyje. Mogłabym w marcu sprawdzić, rozgrzebując stosik, ale nie mam ochoty na to. Boję się, co tam mogę zobaczyć. Może lepiej zostawić to wszystko naturze. Co się stanie, to się stanie i znów muszę stwierdzić- generalnie nie mam wpływu na to, co wyczynia natura.

Zatęskniłam za haftem. Wygrzebałam rozpoczęty haft na dżinsowej bluzce i mam zamiar trochę popracować nad dalszą częścią. Jeden ptaszor już jest, teraz wyhaftuję jakiś badylek, a potem następnego ptaszora. Motyw ptaka znalazłam na Pintereście. Bardzo mi się spodobał, jest lekki, niebanalny. Był częścią innego haftu, ale ja sobie sama opracuję swój projekt na bluzkę.

Czytam biografię Żeleńskiego-Boya. Czy ja wiem? Nie powala, ale sporo interesujących rzeczy o epoce, w której żył, można przeczytać. Choćby te o Tetmajerach czy Przybyszewskich. Dawno temu czytałam pozycje i o Przybyszewskim, i o Dagny Przybyszewskiej. Ich życie to istne szaleństwo, zwłaszcza jego. Zresztą niemal cała ówczesna bohema wiodła życie nietuzinkowe.

A dzisiaj uśmiałam się serdecznie. Diabeł we mnie zachichotał i rzekł- Widzisz- to jej prawdziwa natura, choćby się nie wiem jak zarzekała, awantury i dokopywanie innym, to jej specjalność

Śledzę na Facebooku opowiadania pewniej pani, która dzierga czapki. Czapki są śliczne, pani fajnie opowiada. Ma na Facebooku swoje prywatne konto, nie jest to grupa, dlatego ten, kto tam komentuje ma wybór- słuchać, albo tam nie wchodzić. Jeżeli ktoś komentuje to dobrowolnie i świadomie.

Dzisiaj pani opowiadała, jakie to komentarze są pod jej filmikami. I nie zgadniecie, kto tam się kąśliwie wypowiedział. 

Poznajecie tę buźkę? No tę w niebieskiej otoczce?

 


Zobaczcie, gdzie nasza półgwiazda robi teraz zadymy. Blogi jej nie wystarczyły, to trzeba bezinteresownie dokopywać kobiecie, która nikomu nic złego nie robi, jest uprzejma i nadzwyczaj cierpliwa wobec tych komentarzy. 

Komentarz basieńki czepliwy, zjadliwy, z pretensją, z nutą ordynarnej wyższości. Wlazła na konto kobiecie i bezinteresownie, bez jakiegokolwiek powodu, hejtuje.

Tu jest dalsza część dyskusji. No i po co to wymądrzanie się basieńki?

Barbara Anna Serwin

Boże co za łopatologia. Czy Pani naprawdę uważa obserwujących za idiotów, którym trzeba po 2, 3 razy powtórzyć, żeby zrozumieli?

Maria Nowacka

Barbara Anna Serwin sądząc po wpisach niektórzy jeszcze nie rozumieją ....

Autor

Czapki Uli

Proszę mnie nie pouczać i nie obrażać, skoro się pani nudzi, proszę nie oglądać

Jo von Boch

Barbara Anna Serwin czemu ten komentarz ma służyć?Dla jednych jest to oczywiste a innym otwiera oczy.Inni są jak widać po komentarzu jak puszka Pandory.Nic miłego po otwarciu nie wyjdzie.

Aneta Szatkowska

Barbara Anna Serwin poczytaj komentarze... Mimo że łopatologicznie to i tak wciąż są tacy którzy nie rozumieją

Susan Stalenka

Barbara Anna Serwin tak, bo wiele osób nie rozumie, skąd się bierze wysoka cena.

Barbara Anna Serwin

Susan Stalenka ja nie mam nic do ceny, bo to wyłączna decyzja dziewiarki i kupującego. Co prawda dziwi mnie trochę wliczanie ciepła w domu do ceny produktu, ale reszta jest ok. Ale powtarzanie po kilka razy tej samej informacji jest dość irytujące, bo dziewiarki nie są ograniczone umysłowo, żeby nie wiedzieć, że jeżeli jeden motek wełny kosztuje 70 zł to 3 motki będą kosztowały 210 zł, że jeżeli czapka jest z 2 10 dkg motków to waży 20 dkg. Po co więc mówić i mówić jedno i to samo, szkoda czasu. Słuchając autorki czułam się jak nierozgarnięty przedszkolak w zerówce i z trudem dobrnęłam do końca, bo jednak temat mnie interesował. Myślę, że wiele dziewiarek oglądających rolkę miało podobne odczucia tylko uzbroiły się w cierpliwość i nie poruszyły tego tematu. Gdybym była na miejscu autorki to chciałabym wiedzieć jak to co robię odbierają moje widzki, chociażby po to, żeby robić coraz lepsze materiały.”


No proszę, pani „wiem lepiej” nie odpuści, musi mieć ostatnie zdanie i nadal pouczać- mega czepialska.

Ja rozumiem, że mogła na własnym blogu zdechnąć z nudów, bo mało kto tam komentuje- zgasła naczelna gwiazda, nie ma kto podburzać głównej blogowej „adwokatki”, ale po co od razu zadyma na fejsie? Po prostu ta pani ma naturę awanturnicy i koniecznie musi komuś dokopywać. Blogerki się przyzwyczaiły do jej wyskoków personalnych, nie dają się prowokować, to poszukała sobie do robienia awantur inne poletko. Screen zrobi swoje- nie wyprze się swojej wredoty.

I nie mam żadnych obiekcji, że to wsadzam. Za te wszystkie jazdy, jakie mi urządziły, za te kłamstwa na mój temat, za te wszystkie niewybredne epitety pod moim kątem, za oczerniania mnie w blogosferze. A wiele blogerek dobrze wie, że taką jazdę nie tylko mnie zrobiła.

Chińskie przysłowie mówi „Usiądź na brzegu rzeki i poczekaj, aż trupy twoich wrogów spłyną z prądem".

Właśnie jeden popłynął w siną dal.