„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

01 kwietnia 2026

A tymczasem o kciuku, kangurach w Beskidach i beznadziejnej książce.

 Forsycje w sosnowej alejce.

Nareszcie nastąpił koniec „przygody” oraz przymusowych odwiedzin w przyszpitalnej poradni ortopedycznej. KONIEC! Ale zanim to szczęście mnie dopadło, musiałam przeżyć skrobanie wierzchołka kciuka z warstwy twardej skóry oraz resztek krwiaków, które powstały w miejscach zszycia. FUJ! Najpierw czyściła przemiła pielęgniarka- delikatnie, z wyczuciem, a potem pojawił się mój ulubiony czarnoskóry doktor Verdi i on, nie patyczkując się i nie zwracając uwagi na moje posykiwania, po prostu zdarł cały twardy „czepek” z wierzchołka kciuka. A wszystko to przy żartach i śmiechach. No, i było, nie powiem, całkiem miło, ale i trochę jednak bolało. Na koniec doktor przeprowadził sprawdzian czucia w palcu, pocierając oraz lekko nakłuwając skórę pęsetą. Poczułam straszne łaskotanie i stanowczo prosiłam, żeby przestał, bo zaraz zacznę płakać ze śmiechu. Jakby nie było- mrowienie, czy nie- czucie w palcu wraca. I dobrze, bo manewrowanie tylko czterema palcami w lewej ręce podczas jakichkolwiek robótek oraz prac domowych, już mnie wkurzało. Czas 7 tygodni całej hecy z kciukiem, zaliczyłam jedno dobowy pobyt na szpitalnym oddziale i 5 wizyt w przyszpitalnej poradni. Wystarczy. Muszę jednak przyznać, że oprócz dwóch chamskich lekarzy, którzy mnie zlekceważyli (w poradni, na początku), wszystkie inne sprawy- leczenie, czasy oczekiwania na wejście do gabinetu (maksimum 1,5 godziny), traktowanie przez rejestratorki, pielęgniarki, czy innych lekarzy, było na przyzwoitym poziomie. Ani razu nie spotkałam się ze zniecierpliwieniem, lekceważeniem czy przedłużaniem czasu czekania. Inna rzecz, że ja, kiedy idę do lekarza, to biorę pod uwagę, że będzie się długo czekało, a podejście lekarza też może być różne- najczęściej nie ma zgrzytów. Natomiast widywałam różnych pacjentów- ech....

Dzisiaj Prima Aprilis- nie wiadomo jak się „ustawić” do różnych informacji. Najbardziej ubawiło mnie zdjęcie z Wisły. Ale... jakby tak klimat nadal się ocieplał to, być może, i kangury kiedyś będą zamieszkiwały beskidzkie gronie.

 Czytam, a raczej przestałam czytać, koszmarną książkę z tych obyczajowych. 

 

Już dawno czegoś tak durnego nie czytałam. Durnego i im bardziej w głąb treści, tym bardziej nudnego. Miało być wesoło, miało być niebanalnie, ale naprawdę nie mam pojęcia z czego się tu śmiać i co jest w treści niebanalnego. Książka zachwalana, niby pomysł oryginalny- kolejny mąż (a doszło ich ponoć do 200- info bohaterki, wplatane w fabułę, bo nie ma przecież opisywanych tych 200 po kolei)- bohaterki wchodzi na strych, po czym ze strychu schodzi zupełnie inny- i tak na okrągło. Za każdym razem bohaterka musi zgadywać, na jakim etapie życia jest, co dzieje się z rzeczywistością wkoło, jej bliskimi, gdzie pracuje, jaki był ślub z tym kolejnym, zmienia się też wystrój jej mieszkania, wygląd i przyzwyczajenia tych mężów. Z tyłu książki, na okładce, taki wpis: „Błyskotliwa refleksja o współczesnych związkach”. Jednak ja w treści żadnej błyskotliwej refleksji nie dostrzegłam, owszem bohaterka zastanawia się, czego oczekuje w związku, ale wychodzi na to, że wszystko się jej nie podoba, ponieważ odsyła tych mężów na strych już po pierwszym „ale”, chociaż nawet pół godziny nie minie od zejścia męża ze strychu. Odbieram ją jako znudzoną facetami singelkę, która „chciałaby i boi się”, a w ogóle to właściwie woli być singelką. Facetów zaś traktuje instrumentalnie, choć stara się być idealną żoną i w duchu wiecznie kaprysi nad ich cechami. Wiem, jaki jest finał- mnie nie przekonuje- trzeba było to zrobić już w połowie fabuły (gdzieś w okolicach 300. strony), a tak to rozwinęła się nuda, panie nuda, No ale ja mam ponoć spaczony gust czytelniczy, nie idący w parze z „oczekiwaniami społecznymi”.

I jak biedną Szczupaczyńską odstawiłam, o zgrozo jak mogłam (nie znasz się Jaskółko- ignorantko na prawdziwej literaturze), po przeczytaniu pierwszego rozdziału książki, to przy tej dotarłam do dwóch trzecich fabuły- zostało jeszcze 150 stron do końca, ale nie, ale NIE, nie będę się zmuszała do dalszego czytania. A tak na marginesie, po raz kolejny, po przeczytaniu blogowej rekomendacji, okrutnie się nacięłam.

Jak ktoś chce, niech czyta, ja nie zachęcam.

Robiąc sobie przerwy czytaniu o kolejnych strychowych mężach, by nie trzepnąć tą książką po 100. stronie (naprawdę wykazywałam dobrą wolę, by ją dokończyć), czytałam inną, bardziej sensowną, a na pewno bardzo interesującą książkę „To nie jest raj” Michała Zabłockiego. Parę reportaży o współczesnych Czechach. I faktycznie to, co opisuje Zabłocki to nie jest raj czeski, jakim sobie wyobrażają ten kraj choćby Polacy. My po II wojnie mieliśmy swoiste socjalistyczne piekiełko, ale Czesi mieli straszne, komunistyczne piekło. Tak, tam rozwijał się ten okrutny, sowiecki komunizm. Pamiętam, że kiedy byłam w Czechach (a raczej tu na Morawsko- Czeskim Śląsku- Karwina, Cz. Cieszyn, Ostrawa- już po wejściu do Schengen- na budynkach użyteczności publicznej, na dworcach kolejowych wisiały jeszcze radzieckie gwiazdy. Gwiazdy były namalowane na autobusach i pociągach, na szybach kopalni itp. Sami Czesi byli niesamowicie wyciszeni, choć pogodni.


Tę książkę polecam ogromnie, jeżeli kogoś interesują Czechy.

A teraz zabieram się do czytania książki W. Myśliwskiego: „Kamień na kamieniu”. Przeczytałam już „Ucho igielne” oraz „Traktat o łuskaniu fasoli”. Chyba się przy „kamieniach” nie zawiodę.


 
Przed dużym tarasem

Przed oknem "komputerowego".

Kwitną forsycje. U nas mówi się na nie „złoty deszcz”. Niedawno dowiedziałam się, że „złotym deszczem” nazywa się również trujący złotokap. W ogrodzie rósł i kwitł jeden, jednak zniszczyła go choroba. 



 W ogrodzie rośnie kilkanaście krzewów forsycji.- w lasku, na parkingu, przy bramce, przy sklepie, przed tarasami, przy kompostowniku. Większość z nich to stare krzewy i trzeba było je mocno przyciąć, by się odrodziły. Dlatego w trym roku są takie bardziej mizernie. Niemnie tworzą piękne żółte kępy. 
Zaczęłam znowu więcej tkać, bo mi już opatrunek nie przeszkadza. Poza tym nauczyłam się łapać osnowę bez pomocy kciuka- ciekawe doświadczenie- idzie mi to coraz sprawniej. 

 Gobelin miał być skończony na Wielkanoc, bo temat jest pasujący do tego święta- nie jest specjalnie robiony jako świąteczny, ale jest taki cudnie wiosenny. Niestety, nie zdążę. Pewnie ukończę go dopiero w maju- została jeszcze połowa do utkania.

Równolegle dziergam na krośnie następny kawałek do koca i haftuję (etapami) bluzkę.  Powoli, powoli i się będzie kończyło wszystko. 



29 marca 2026

Małe, brzydkie i cudnie świeci.

 

Ostatnio, na Facebooku, przeczytałam taki tekst.

„100 milionów lat sygnału. Jedno pokolenie wystarczy, żeby go wygasić.

Świetlik świętojański (Lampyris noctiluca) to nie owad dekoracyjny. Larwa przez 2–4 lata poluje w glebie na ślimaki — spożywa 30–70 osobników przez cały swój rozwój. To najbardziej efektywny naturalny środek na ślimaki w ogrodzie, produkowany bezpłatnie przez samą glebę. ?

Zielone światełka w czerwcowej trawie to samice przywabiające samce w locie. Nie latają — siedzą na źdźbłach i świecą. Samce szukają ich z powietrza. Całe zdarzenie trwa kilka tygodni. Zanieczyszczenie świetlne skutecznie je udaremnia.

Jak sprawić, żeby wróciły:

Wyłącz zewnętrzne oświetlenie między 22:00 a 6:00 od maja do września. Jedno jasne zewnętrzne źródło światła wystarczy, żeby samiec nie znalazł samicy w promieniu kilkudziesięciu metrów.

Zostaw pas trawy o szerokości 1 metra nieskoszony — to podpora dla samic i siedlisko larw.

Nie zbieraj liści spod żywopłotu — to łowisko larw i zimowisko jaj.

Zero pestycydów na ślimaki. Larwa świetlika to chrząszcz — ginie razem z celem.

Suche kamienie i wilgotna gleba w cieniu = strefa składania jaj. Murki z kamieni polnych i nietratkowane narożniki ogrodu to najcenniejsze biotopy. ?

Każde zielone światełko w czerwcowej trawie to sygnał stary o 100 milionów lat. Przywrócenie go wymaga tylko wygaszenia jednej żarówki.”

I nagle dotarło do mnie, że już od nastu lat nie widuję w ogrodzie świetlików, a kiedyś w nim były. Wprawdzie nie było ich dużo, ale były. Nie sądzę, że światło zewnętrzne je zniszczyło. Pewnie zadziałało coś innego na ich niekorzyść.

Ale, jak już o świetlikach, to pamiętam, że w lesie przy leśniczówce były ich całe chmary. Coś pięknego- kiedy nocą szło się przez zalesiony kawałek ogrodu, widać tam było pełno „iskierek”,' pływających w powietrzu. Oczywiście, że chcieliśmy je złapać, ale one były nieuchwytne. A kiedy udało się taką iskierkę złapać, to rozczarowanie było wielkie- na dłoni leżał mały szary „motylek”- a tak naprawdę chrząszcz, bo świetlik jest chrząszczem, bez światełka. Żadna atrakcja, dlatego raczej zostawialiśmy je w spokoju.

W dzieciństwie bywałam, na wakacjach, u babci, a babcia, czytała nam książki- przeważnie wieczorem, albo wtedy, gdy zaraz po obiedzie, braliśmy koc i szliśmy „zawiązać sadełko” pod ogromną czereśnią, rosnącą na miedzy przy dziadkowym polu. Były to książki różne- bajki, legendy, klechdy- raczej za nimi nie przepadałam. Od wczesnego dzieciństwa miałam opór przed tego typu fantazjami- baśni oraz bajek, jako dziecko, nie czytałam, legendy niektóre, a fantastyki nie lubię. Jedna z książek, którą przeczytała nam babcia, była o świetlikach. Musiała być na tyle fascynująca, bo nawet tytuł pamiętam-”Świetliki"*. Przypominam sobie też zarys fabuły- to były perypetie rodziny świetlików a na końcu jakieś przesłanie, ponieważ to była książka z tych „moralnie chrześcijańskich”,zaś akcja toczyła się również w kościółku. Przesłania nie zapamiętałam, ale zapamiętałam, że świetliki były przedstawione jako motylki z latarenkami. I to mi tak utkwiło w głowie, że potem, kiedy tylko miałam okazję, leciałam „po ćmoku” oglądać świetliki w naszym lesie oraz na zegrodzie* u dziadków.

Bo na zegrodzie u babci też było pełno świetlików. Wychodzi na to, że w tamtych latach był to owad bardzo często występujący w miejscach zadrzewionych.

I tak teraz sobie myślę, że moja babcia fajną rzecz dla nas robiła- wciągała nas w czytelnictwo. A przecież ona była z pokolenia (urodziła się w pierwszych latach XX wieku), co to raczej prawiło bery i bojki dzieciom, niż czytało im książki.

Trochę wiedzy o tym sympatycznym owadzie.


 

Świetlik świętojański (Lampyris noctiluca) – jeden z trzech gatunków świetlika występujących na terenie Polski, szczególnie na skrajach lasów obficie porośniętych krzewami, zbiorowiskach wysokich bylin, pobrzeżach żywopłotów i parkach. Osobniki obu płci bardzo różnią się wyglądem. Samiec ma ok. 1 cm długości i jest uskrzydlony, podczas gdy przypominająca larwę samica osiąga długość 1,5–2 cm i nie jest uskrzydlona. Płeć żeńska ma na spodzie odwłoka narządy świetlne. 

 


Dorosłe osobniki żyją krótko i nie pobierają żadnego pokarmu. W lipcowe noce świetliki latają, poszukując samic, które, siedząc na roślinach, wabią świeceniem potencjalnych partnerów. Zapłodnione samice składają jaja do ziemi. 


Larwy płci żeńskiej, które potrafią wytwarzać światło, przebywają na powierzchni ziemi, gdzie polują na ślimaki. Przed przepoczwarczeniem zimują dwukrotnie.

Światło wytwarzane przez świetlika świętojańskiego powstaje w wyniku chemiluminescencji dzięki enzymowi lucyferazie. Świetliki mogą dowolnie światło „włączać i wyłączać”. Światłu, które wytwarzają, nie towarzyszy ciepło, a więc ciało chrząszcza nie ulega nagrzaniu.



"Kwiat paproci" (W noc świętojańską), Witold Pruszkowski (1875).
 

Świetlik świętojański posiada bogatą tradycję kulturową, szczególnie w Polsce, gdzie jest utożsamiany z Nocą Świętojańską, obchodzoną w okolicach przesilenia letniego. Jego blask jest często interpretowany jako symbol magii i tajemnicy dodający wyjątkowy urok letnim wieczorom. W wielu regionach organizowane są specjalne spacery czy festiwale, podczas których obserwacja migotliwego światła staje się atrakcją dla mieszkańców i turystów[2]."

 

Okazuje się, że to samice, które mają postać larwy i nie fruwają, świecą mocnej. 

Dla mnie, dziecka, które nie miało wiedzy o świetlikach, było wszystko jedno, jaka płeć świeci w ciemnościach. We mnie budziło zachwyt samo zjawisko. Pełna magia.

 

 

* Poszukałam w Internecie i znalazłam- "Świetliki", autor Jan Karafiat (czeski duchowny kościoła ewangelickiego-reformowanego).

Książka została opublikowana po raz pierwszy na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku (czeski tytuł  Broučci ). O treści książeczki można przeczytać TU. 

No to teraz wiem, skąd brały się u babci takie umoralniające książeczki dla dzieci. Przez całe moje dzieciństwo babcia próbowała mnie skłonić ku wierze- robiła to delikatnie, nienachalnie, małymi krokami. Nie udało się jej. Kiedy miałam 15 urodziny, podarowała mi zegarek i westchnęła- Miałaś dostać na Konfirmację.... I tu zawiesiła głos, a potem dodała- Noś go na szczęście- taką fajną babcię miałam (tylko ją jedną, niestety miałam).

 

** Zegroda- w gwarze cieszyńskiej sad- u babci rósł na stoku. Był to stary sad, wiosną kwitło w nim pełno żółtych kluczyków (pierwiosnków) i kępy narcyzów.

Napisałam "na zegrodzie", bo to słowo najbardziej mi pasuje do opowieści o moich dziadkach, wakacjach u nich  i do wspomnień z tamtych miejsc. 

Zresztą, zauważyłam, że wplatanie słów z gwary śląskiej czy cieszyńskiej nadaje tekstom kolorytu, robi je pełniejszymi no i bliższymi rzeczywistości opisywanej.  

No, bo jak napiszę: W czasie wielkiej powodzi, kiedy Olza wylała, cały dół dziadkowej zegrody był w wodzie, a my na tej wodzie próbowaliśmy pływać na wasztroku- to chyba lepiej zabrzmi niż poprawnie: W czasie wielkiej powodzi, kiedy Olza wylała,  cały dół dziadkowego sadu był zalany wodą, a my na tej wodzie próbowaliśmy pływać w drewnianej balii do prania. Eeeeee... to drugie w ogóle nie brzmi.

Wasztrok, to wasztrok i zegroda, to zegroda...😁😁😁 

 

Zdjęcia są z podanych stron.

Źródła: 

https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awietlik_%C5%9Bwi%C4%99toja%C5%84ski

https://www.facebook.com/GorkiCzechowskieWZ/posts/kiedy-ostatni-raz-widzieli%C5%9Bcie-%C5%9Bwietliki-czy-wiecie-%C5%BCe-gin%C4%85-w-zastraszajacym-tem/754324113584521/

https://www.gov.pl/web/wiorin-koszalin/swietliki-na-skraju-wyginiecia#:~:text=Bioluminescencja%20%C5%9Bwietlik%

C3%B3w%20jest%20wynikiem%20reakcji,r%C3%B3%C5%

BCnym%20nat%C4%99%C5%BCeniu%2C%20barwie%20i%20cz%

C4%99stotliwo%C5%9Bci.

27 marca 2026

Oszczędziło nas.

 

I stało się, mój kciuk został pozbawiony podpory- szpilki. Kiedy ją bezboleśnie wyjęto (czarujący czarnoskóry doktor Verdi), to przez chwilę miałam wrażenie, że opuszek palca klapnie. Dziwne uczucie. Teraz ciągle czuję mrowienie na linii przecięcia, a góra kciuka słabo reaguje na dotyk. Opuchlizna zeszła, potrafię nawet go zgiąć. Nie dostałam jednak żadnych wskazówek czy go masować, smarować jakąś maścią (skóra sucha, spierzchnięta, popękana), będę sama musiała pokombinować nad przywróceniem go do stanu „używalności” i przyzwoitego wyglądu. 

I to nie był ostatni mój pobyt w tamtej przychodni. W poniedziałek pójdę palec prześwietlić. Trochę to dziwne, bo wydawało mi się, że prześwietlenie powinno być przed wyjęciem szpilki, no ale ja się nie znam. Nie zakładam, że tam coś jest nie w porządku, jednak jakby było, to co by robili? Łamali? Cięli? Na nowo wkręcali szpilkę? Wydaje mi się, że to prześwietlenie jest pro forma- procedura (kasa) musi się zgadzać.

Beza wraca do formy po antybiotyku, ale wyniki badań wątroby są dosyć niepokojące. Jeszcze nie jest to groźne, jednak trzeba zrobić USG. Na razie czekamy, aż znów jej pazurki odrosną, to za jednym zamachem zrobimy i USG, i obcinanie pazurków.

Przyroda zaczyna wiosennie się rozkręcać. Wczoraj słyszałam nawoływania żurawi. Do ogrodu wróciła para wędrownych gołębi,kosy budują gniazda, drozdy drą się już od 5 rano, a wiewiórki (trzy) urządzają wyścigi dookoła pni. Fajne są, ale dlaczego obżerają pąki magnolii rosnącej naprzeciwko tarasu? Ta magnolia jest coraz słabsza, coraz mniej kwitnie, a paskudy rude wcale jej nie pomagają tym obżeraniem.

Po prawie całym miesiącu pięknej słonecznej pogody oraz temperatury mocno powyżej 10 stopni (w środę było jeszcze 18), spadł przedwczoraj, w nocy, deszcz. Nie były to intensywne opady, nie padał śnieg, jak zapowiadano- padał  jednostajny, średniej gęstości deszcz. I bardzo dobrze, bo już było sucho. Czytam, że w górach napadało śniegu, w Bielsku-Białej jest biało. Wyższe partie gór cały czas były białe, to śniegu tylko dopadało. 

Od Skrzycznego w stronę Baraniej Góry.
Wieża na Skrzycznem.  

A wczoraj  popadywało tak sobie, dzisiaj już nie pada. Ulewy i śniegi nas ominęły ale jest paskudnie zimno. Zaledwie 5 stopni.  Niby nie było tego deszczu dużo, a w mauzerze zebrało się 300 litrów wody, co jest dosyć dobrym wynikiem. Dla mnie jest ważne, że temperatury nie schodzą poniżej zera nawet w nocy. Teraz mróz, to dla roślin tragedia.

Zdążyłam, przed deszczem, zrobić w ogrodzie to, co sobie zaplanowałam. W sumie jest zrobionych 90% prac wiosennych. Potrzebne tylko porządki w dwóch niedużych fragmentach i potem już zostanie koszenie, jakieś niewielkie przesadzanie oraz odchwaszczanie. Jeszcze nigdy nie miałam tak wyprowadzonego ogrodu pod koniec marca.

Dom zostawiam na „po świętach”. W tym roku okna są zadziwiająco mało brudne, mogą jeszcze poczekać. Inne porządki robię na bieżąco. 

Każdej wiosny kępy czosnku niedźwiedziego rozrastają się coraz bardziej. Teraz jest najlepszy czas, by rwać liście na sałatki. Młodzi mają używanie, ja raczej nie jestem amatorką tego typu zieleniny. Za dwa tygodnie kępy zakwitną białymi kwiatami i będzie pachnieć czosnkiem.



 Przekwitają drzewka dereniowe.
To na bocznej miedzy kwitło obficie. To w lasku miało mniej kwiatów i chyba nie będzie z nich owoców. 
Fiołki, fiołki, wszędzie fiołki. Sieją się wszędzie i pełno ich w trawniku,  pod drzewami oraz krzewami. Pojedyncze rośliny, kępy, całe łany fiołków zdobią ogród i lasek.

Są też na grządkach.  




Wilcze łyko. Ten krzaczek wyhodowałam z jednej gałązki lichutkiej. Jeszcze jest nieduże, jednak już dosyć mocno wiosną kwitnie. Był też duży krzak, ale zmarniał. Zastanawiam się, dlaczego niektóre krzewy marnieją- mają dogodne warunki, a jednak ni stąd, ni zowąd taki krzew pada i nic nie jest go w stanie uratować.

Śnieżyczki już przekwitły, ale zanim to się stało, dopadłam takie cudo. Nawet nie wiedziałam, że pośród tylu śnieżyczek, rośnie sobie taka o pełnym kwiatku. W dodatku zakamuflowała się w samym środku gęstego bluszczu- tylko przypadkiem odkryłam jej inność.



Pora na narcyzy. Pierwszy zakwitł dosyć mocno. Pozostałe albo mają po parę pąków, albo wcale. Tylko te pełne zapowiadają obfite kwitnienie. 

Za to szczypiorek nie zawiódł. Posadzony w donicach dobrze przezimował
Dobrze przezimowały również kępy krwawnika. Posadziłam je w donicach w akcie rozpaczy, bo kupiłam roślinki, a potem okazało się, że nie ma dla nich miejsca na grządkach. Już w zeszłym roku zakwitły, a teraz widać, że to miejsce im służy. Jest jeszcze obok jedna wolna donica, w której sadziłam kwiaty sezonowe. Zasadzę w niej dwa inne kolory krwawnika, skoro to miejsce jest dla niego dobre. A pierwszy pęczek szczypiorku poszedł do białego serka. Poczułam wiosnę "w gębie".
Nasze kochane czupiradło. Nie mam pojęcia czy w ogóle kiedykolwiek uporam się z jej niesfornym futrem. Na razie kupiłam mały trymer, by wycia kępki futerka spomiędzy opuszków łapek. 
Uśmiecha się do was uśmiechem numer 3 (już pełniejszy, ale jeszcze nie całym pyskiem- to numer 5). 

24 marca 2026

Kozak i dziewczyna

 Jest wiele wersji tej pieśni. Mnie się najbardziej podoba popowa.

"Topola"

Słowa Taras Szewczenko. 
 

"Topola” to muzyczna reinterpretacja jednego z najbardziej tragicznych 
i poetyckich utworów Tarasa Szewczenki – ballady o tym samym tytule 
autorstwa Kobzara, w nowoczesnym brzmieniu autorstwa SenseMinistry.

W centrum tej opowieści znajduje się młody Taras Szewczenko w postaci 
Kozaka, który zmuszony jest pożegnać się z narzeczoną, aby stanąć 
u boku braci w obronie ojczyzny przed najeźdźcami. 
Ich spotkanie jest czułe i krótkie. Ich miłość szczera i głęboka. 
Ale wojna nie daje mu prawa do długiego szczęścia.

Udaje się tam, gdzie grzmi bitwa, gdzie dym, ziemia i stal łączą się 
w jedną straszną chwilę. 
I tam, w samym wirze walki, umiera jak wojownik, który bronił swoich 
do ostatniego tchnienia.
 
To historia nie tylko o miłości, ale także o stracie, lojalności i pamięci. 
O dziewczynie, która czekała. 
O Kozaku, który nie wrócił. O bólu, który narasta z czasem, niczym samotna 
topola pośrodku bezkresnego pola.
 
Klip jest częściowo wygenerowany cyfrowo.