Od 10 lat nie uczestniczę już w rajdach motocyklowych. Wysiadł mi kręgosłup po jednym z nich, kiedy to cały rajd (około 1000 kilometrów) przejechałam na bardzo twardym, nieodpowiednim siodle (aha- siodło w slangu motocyklowym- siedzisko). Oryginalne w naszym Enfieldzie było raczej niewygodne. Ale zaliczyłam na nim 5 zlotów, zorganizowanych przez nas i 4 zloty zorganizowane w okolicach Zamościa oraz liczne wycieczki po Czechach, Słowacji oraz w naszej okolicy. I na ten ostatni zlot, na który pojechałam, przykręciliśmy siodło, podarowane przez kumpla motocyklistę. Oryginalne do Enfielda, ale młodszego rocznika. Nie będę wnikała w szczegóły- nie pomogła nawet poduszka, którą kupiliśmy już jadąc na zlot, bo siodło było za mało wypełnione, za miękkie i na nierównościach czułam, jak mi się kręgosłup obija oraz kurczy, a na udach robią siniaki. Po przyjeździe do domu długo nie mogłam uspokoić bólu, a uraz pozostał mi do teraz. Wprawdzie kolega zrobił inne siodło specjalnie dla mnie, jednak nie zdążyliśmy go wypróbować, ponieważ z kolei, Jaskół popadł w tarapaty z kolanami. I tak na koniec sprzedaliśmy Enfielda i kupiliśmy Szerszenia (maksi skuter), do którego z trudem się przekonuję. Ale żeby nie było, do samych motocykli nie zraziłam się, nadal je kocham miłością ogromną, nadal chciałabym jeszcze pojeździć jako plecaczek i absolutnie nie boję się jazdy na motocyklu, zwłaszcza z Jaskółem.
Taki przydługi nieco wstęp mi wyszedł, a to dlatego, że zostało mi do przedstawianie na blogu trochę rajdów, w których brałam udział. Szkoda ich zostawić sobie a muzom i nie pokazać, jak wyglądały. Nie będą one w chronologicznej kolejności, ponieważ muszę, na podstawie zdjęć oraz z pomocą Jaskóła, przypomnieć sobie dużo rzeczy, ale wrażenia nadal we mnie są ogromne. To były naprawdę fajne chwile.
Na starym blogu opisywałam te rajdy systematycznie, ale jak usunęłam blog, to automatyczne poleciały one w kosmos. Szkoda.
Parę postów o naszym Enfieldzie i naszych wyjazdach na nim, już tu opisałam (etykieta- rajdy i wycieczki motocyklowe), jednak jest tego niewiele.
OK.
Jest rok 2011, planujemy rajd u nas. Chcemy pokazać, jak zawsze, fajne okolice i interesujące miejsca do zwiedzania. Trochę opornie nam to idzie, ponieważ te najciekawsze, naszym zdaniem, nie mieszczą się w zaplanowanym czasie, a te bliższe już zaliczyliśmy. No i nasz kolega Adaś wybawia nas z kłopotu
Słuchajcie, niedaleko na Morawach jest super miasteczko. Jest co zobaczyć, jest gdzie połazić, a i w okolicy są też ciekawe miejsca. Jak chcecie, to załatwię noclegi, bo mam znajomą Czeszkę, u której już nocowaliśmy.
No dobra, niech będzie Sztramberk (Štramberk).
Zbiórkę zrobiliśmy u nas w domu, w piątek po południu. Do Sztramberka jest tylko 60 kilometrów, a do nas docierali cały dzień motocykliści z dalszych stron Polski, którzy nie znali drogi do tego morawskiego miasteczka.
Jaskółka- kosmitka. Wtedy jeszcze nie było takich fajnych ubranek motocyklowych, jakie są teraz- lekkie i spełniające wszystkie wymogi bezpieczeństwa. Moja kurtka i spodnie były dosyć ciężkie, ale dobrze ochraniały w razie upadku. Tak samo bezpieczne miałam buty motocyklowe, a rękawic nie ściągałam nawet w czasie wielkiego upału. Czy ktoś wie, jak goi się zdarta skóra na dłoniach? No właśnie.
Wyjeżdżamy na rajd.
Do Sztramberka dojechaliśmy późnym popołudniem, odnaleźliśmy dom, w którym mieliśmy nocować i tu nadspodziewajka- nie ma Adasia i Agnieszki, a przecież to oni nocleg organizowali- mieli na nas czekać na miejscu.
Narada na parkingu, co dalej. W zlocie brało udział 11 Enfieldów oraz dwie Yamahy
Konfuzja na całego, obchodzimy budynek dookoła, wszystko pozamykane. My ciut zmęczeni dniem i głodni, a tu głucho i żywej duszy. Zeszliśmy trochę niżej do czynnego sklepu- tam nam powiedziano, gdzie mieszka właścicielka- oczywiście po czesku. No dobra, panowie dotarli do właścicielki, przyszła, otworzyła, przydzieliła pokoje i nareszcie mogliśmy zdjąć ciuchy motocyklowe, a te jednak trochę ważą. Adaś z Agnieszką, radośni jak skowronki zameldowali się późnym wieczorem. No... ja tam nie wnikam, ale niektórzy byli ciut wkurzeni.
Nasz hotelik, widok z truby.
W sobotę pojechaliśmy do Pribora i Koprzywnicy (opiszę w dalszych częściach) i wróciliśmy do Sztramberka, by zwiedzić rynek oraz starą część miasta, wejść na trubę, kupić słynne sztramberskie uszi no i zaliczyć morawską kolację.
Kiedy wchodziliśmy na rynek, minęła nas kawalkada weselnych samochodów. Para młoda przyjechała takim czerwonym cudem.
Trochę o miasteczku.
Pierwsza osada powstała 100 lat p.n.e. a artefakty, jakie znaleziono w Sztamberku zalicza się do kultury puchowskiej. Ale okolice Sztramberka były zamieszkałe dużo, dużo wcześniej. W Jaskini Šipka znaleziono atrefakty (ślady ogniska, przedmioty z epoki brązu,kawałek żuchwy dziecka neandertalskiego, a także mnóstwo kości zwierzęcych), które świadczą o tym, że ludzie żyli tam już około 40 tysięcy lat temu.
Sztramberk to urocze miasteczko położone na stromych stokach Beskidów. Wygląda jakby skryło się przed światem i otuliło się stokami Wierzchowiny Sztramberskiej.
Stare domki przylepione są wręcz do skał. Uliczki między nimi są bardzo strome, a idąc uliczką „górną” ma się z jednej strony normalnej wielkości domy, a z drugiej strony przeważnie dachy domów stojących przy równoległej uliczce, biegnącej poniżej.
Cała grupa- Jaskół i ja robimy zdjęcia.
Byliśmy tam pod koniec czerwca i domki dosłownie tonęły w zieleni oraz w kwiatach. Klimat nie do opisania. Tam po prostu trzeba latem być i przejść się tymi uliczkami.
Rynek jest trochę pochyły, otoczony barokowymi kamieniczkami. Przy rynku stoi duży barokowy kościół św. Jana Nepomucena, zbudowany w XVII wieku.
Na środku rynku jest stara fontanna z Hygieją, grecką boginią zdrowia.
Na przeciwległej do kościoła pierzei rynku, znajduje się mały browar, gdzie podają piwo piernikowe. W tym browarze jedliśmy kolację, ale nie pamiętam, jakie dania (prawdopodobnie prażony hermelin, prażeny syr), natomiast pamiętam, że Agnieszka, która zna Morawy, opowiadała o morawskim winie i wtedy pierwszy raz dowiedziałam się, że na Morawach wyrabia się świetne wina np. Morawskie zelene, które dosyć często gościło u nas w domu (od tamtej pory). Od tego czasu kupujemy również prażony syr, za którym raczej nie przepadam. Ponieważ w Sztramberku waży się dobre piwo, jest też możliwość skorzystać z kąpieli piwnych w hotelu, także mieszczącym się na rynku.
Charakterystycznym zapachem, który unosi się nad sztramberskim rynkiem jest zapach pieczonego piernika. W miasteczku jest sporo cukierni oraz piekarni, w których wypieka się kultowe „rożki”- cynamonowe sztramberskie uszi.
Gdzieś już pisałam, skąd się wzięła tradycja wypiekania uszi, ale przypomnę, bo historia jest super. Otóż wypieka się je od 1241 roku, kiedy to na miasteczko napadli Tatarzy. Mieszkańcy ukryli się na jednym ze wzgórz, na które przytaszczyli ogromny zbiornik wody, by zatopić obóz tatarski. Ponoć cała operacja udała się. Tatarzy uciekli, a w ich obozie mieszkańcy Sztramberka znaleźli cały worek uszu. Były to uszy niewiernych (chrześcijan) i miały stanowić dowód dla chana tatarskiego, że jego wojska ich zwyciężyły.
Inna wersja historii uszi, mówi, że ich kształt nawiązuje do zamkowej wieży (truby).
Oryginalne uszi robi się z ciasta, które musi być o takiej konsystencji, by je rozwałkować. Podobno niektóre ciastkarnie idą na łatwiznę i pieką uszi jak naleśniki, a potem je zwijają. Jest też stara piekarnia z tradycją pieczenia uszi tak, jak to się od dawna robiło. Tam można zobaczyć cały proces powstawania tych aromatycznych ciastek, bo właściciele piekarni przygotowują je „ na widoku”. Ciasto się wałkuje, potem wycina się z niego okrągłe placuszki jak na pierogi, następnie się te placuszki podpieka i jeszcze ciepłe wkłada do rożków, by nabrały kształtu ucha. Tyle zdołałam się dowiedzieć i zobaczyć. Przepis na ciasto jest tajemnicą, a produkt jest objęty znakiem regionalnym, mogą je wypiekać wyłącznie producenci miejscy.
Piekarnia, w której piecze się uszi tradycyjnie.
W starej części Sztramberka zachowały się drewniane domy. Są to zrębowe wołoskie domy, które zbudowano na przełomie XVIII i XIX wieku. O Wołochach, którzy przywędrowali na Morawy pisałam już w paru postach. Domy wołoskie w Sztramberku są zamieszkałe. Stara część miasta, przypomina wołoski skansen.
Charakterystycznym znakiem rozpoznawczym Sztramberka jest wysoka wieża (truba) którą widać z bardzo daleka. Stoi ona na wzgórzu zamkowym i jest pozostałością po zabudowaniach zamkowych. Zamek zbudowano od koniec XII wieku, ale nic z niego nie pozostało oprócz murów obronnych. Prawdopodobnie był to jeden z zamków, z którego strzeżono szlak handlowy biegnący przez Bramę Morawską. Samo miasteczko zostało założone w połowie XIV wieku i w tym samym czasie nadano mu prawa miejskie. Zamek i miasteczko, zostały zniszczone podczas wojny trzydziestoletniej. Zachowała się jedynie gotycka obronna truba. Ma ona kształt walca i jest 40 metrów wysokości. Oczywiście wyszliśmy na podest widokowy po stromych metalowych, potem drewnianych schodach i na koniec po drabinach. Swój lęk wysokości zadusiłam w zarodku jeszcze na dole, ale chyba nie do końca wyszło mi to duszenie, bo od czasu do czasu wychylał łeb z kieszeni i warczał – zaraz spadniesz, zaraz zlecisz, zaraz się zabijesz... mimo to wyszłam dzielnie na samą górę. I warto było- widoki na okolicę nieziemskie.
Już na górze- moja głowa z lewej strony. Fryzura taka bardziej wichrowa.
Sam widok Sztramberka położonego między wzgórzami zapiera dech.
A w oddali wzgórza i doliny między nimi dorównuję pięknością miasteczku. Po zejściu z truby, poszliśmy na łąkę obok niej (jesteśmy dalej na wzgórzu) i tam zrobiliśmy sobie mały piknik, a potem zaliczyliśmy starą część miasteczka z domami wołoskimi, obejrzeliśmy jak piecze się uszi, kupiliśmy sobie ich kilka rodzajów (z orzechami, z kokosem itp.) i poszliśmy na kolację ze smażenym syrem oraz morawskim zelenym, tudzież piwem warzonym w browarze sztramberskim. Była jeszcze propozycja, by odbyć leczniczo-relaksacyjną kąpiel w piwie, ale zrobiło się późno, a na drugi dzień wracaliśmy do domów- niektórzy mieli przed sobą trasę około 400 kilometrową.
Nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji turystycznych w Sztraberku, bo nasze zloty polegały głównie na jeździe po interesujących terenach. Na tym zlocie (sobota) zaliczyliśmy jeszcze Pribor i Koprzywnicę.
A wracając do atrakcji w Sztramberku, to można jeszcze zwiedzić: muzeum, Jaskinię Šipka, arboretum, kościół św. Jana Nepomucena z XVIII wieku, miejski browar, zaliczyć kąpiel w piwie (hotel na rynku), ścieżkę edukacyjną- Słoneczny Szlak.
Widoki ze Sztramberka zamieściłam w prezentacji- są na niej nasze zdjęcia oraz zdjęcia z Internetu.
Muzyka: Giowani Marradi, "For You"
zdjęcia- zasoby własne oraz
https://www.facebook.com/odkryjczechy001/photos/-%C5%A1tramberk-nat%C4%99%C5%BCenie-pi%C4%99kna-odkryj-ba%C5%9Bniowe-miasteczko-kt%C3%B3re-jakby-zatrzyma%C5%82o-cz/1161454012444217/?_rdr
https://www.beskydyportal.cz/pl/objekt/podgorskie-miasteczko-stramberk#
https://stock.adobe.com/pl/search?k=stramberk&asset_id=73684749 https://rozmusiaki.pl/stramberk/
To jest przejście- przesmyk do ostatniego rzędu domków wybudowanych pod stromą skałą, Na drugiej stronie ulicy mieliśmy widok na dachy rzędu domków pod nami.
Stroma uliczka, która prowadzi do rynku. Tu jest pokazane zejście- do rynku idzie się w górę




















