Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

19 czerwca 2026

Pomaluj mi swiat...

 

Może znów o tym, co „tu i teraz”? Chociaż po prawdzie, wszystko dzieje się w normie. Czerwiec, zbliża się lato to i upały się zaczęły. W tym roku cieszę się, że będzie gorąco, bo ostatnio coś zbyt marznę. SKS- krew płynie wolniej, palce marzną, nos marznie... no i schudło się, to też sadełka mniej do grzania. 

Dzisiaj o 6 rano było +17 stopni ciepła. Po śniadaniu zdążyłam przyciąć wystające gałęzie za płotem przy bramie i potem musiałam wiać do domu, bo zrobiło się za ciepło. Gdy są takie upały, to w ogrodzie najlepiej pracować rano. Potem temperatura rośnie i po południu osiąga maksimum. Wtedy o pracy w ogrodzie nie ma mowy. Przynajmniej ja, w takiej wysokiej temperaturze, nie potrafię pracować.

Wieczorami, które są bardzo długo jasne, popiskują młode sowy uszatki. Ich cichutkie głosy już nie wzbudzają we mnie niepokoju, że w coraz większym mroku, coś złego się dzieje. Nawet „zawodzący”, w pobliskim zagajniku, puszczyk, teraz bardziej mnie cieszy niż wzbudza lęk.

W zeszłym tygodniu, na lipie, nad sklepem, siedziała płomykówka i darła się okropnie. Jeżeli ktoś choć raz słyszał płomykówkę (nie, nie jej popiskiwania, a krzyki) to wie, jakie może emocje wywolywać. Jakby kota obdzierali ze skóry. Straszny wrzask.

Ale zanim nastanie zmrok, w ogrodzie koncertują drozdy. To już ich ostatnie śpiewy. Przyjdzie lipiec i ptaki zamilkną. Jeszcze tylko zaganiacze, są w ogrodzie dwa, będą śpiewać. No i pewnie przeniosą się tutaj wilgi. Już parę razy gwizdały melodyjnie. A kosy to całe lato pogwizdują i koncertują, ale ciszej, mniej nachalnie.

W ogrodzie busz. Wszystko, co zielone postanowiło podwoić objętość. Zwłaszcza dzikie róże, takie z kiściami drobnych kwiatków, rozrastają się w tempie kosmicznym. Połowę wytnę do ziemi- jedne mogą plot zawalić, inne wrosły w krzewy ozdobne. 

 Te róże są śliczne, kiedy kwitną. Mają też ładne drobne owoce, których żaden ptak nie je. Owoce szybko czernieją i całość robi się smętna.

No i ślimole się ruszyły, ale ich jakby dużo mniej w tym roku. Wczoraj, przy tarasowych schodach, znalazłam trzy ogromne pomrowy. Te akurat są pożyteczne i nazywa się je czyścicielami środowiska- żrą tylko zwiędłe zieleniny oraz wyżerają jaja ślinnika luzytańskiego ( tej rudej cholery, co to w ciągu nocy potrafi pół ogrodu wyżreć). Pomrow jest czarny w cętki- taki lamparci ślimol i raczej nie można go pomylić ze ślinnikiem. Jak takie macie, to je zostawcie- rozprawią się z jajami rudych (w przyszłym roku będzie ich mniej).

A na czerwcowym niebie dzieje się. Różne koniunkcje odchodzą. Obie na zachodnim wieczornym niebie.

Wenus i Jowisz.


 Księżyc i Wenus.

 Zarzekałam się kiedyś, że tej paskudnej Kofoli nie tknę, bo ma chemiczny smak. Ostatnio idę przez market i co widzę? Kofola stoi sobie na półce i dumnie się pręży. Kofola w Polsce w podrzędnym markecie. Kupiłam. Ale albo zapomniałam smak tej czeskiej, albo ta jednak jest „podrabiana”, bo  smakuje inaczej niż w Czechach. A może z moim smakiem i kofolą jest podobnie jak z „okiem” u Wiecha, który podsumował niedowiarka- „Apteczne złudzenie ludzkiego oka”. 

Prywatny serial "Północ-Południe"

Skończyłam dziergać na krośnie dziewiarskim pasy, z których zszyję kocyk. Na razie pasy są kolorystycznie dobrane byle jak. Kolorowe elementy są nierówne, bo różne długości włoczki były w poszczególnych motkach. Chciałam te motki zużyć, dlatego niezbyt dbałam o to czy równe będą z nich elementy, czy nie. Trochę miejsca w koszu z włóczkami się zrobiło i o to chodziło.

 


Tkanie też postępuje- już są 2/3 gobelinu. Ale ostatnio nie chce mi się ani dziergać, ani haftować, ani szyć. A szycie mnie czeka dosyć porządne, bo kupiłam interesujący przyrząd do robienia pasków, by je potem zszywać w chodniki. Mam do diabła i trochę resztek różnych tkanin. Kiedyś myślałam, że będę szyła patchworki. Uszyłam dwa i stwierdziłam, że do tego trzeba mieć dobre akcesoria, i jeszcze lepszą maszyną. Mam nożyk, matę, linijki...jednak nie wydam forsy na kolejnego bzika, by mieć potrzebnego ustrojstwa więcej i w ogóle- może aplikacje, ale patchwork to też nie moja bajka. 

Przyrząd sprowadzony jest z Azji za malutkie pieniądze. W naszych sklepach takie cudo? Zapomnij. Tak, jak porządnych akcesoriów do tkania, haftu, czy innych robótek, w polskich sklepach, nie uświadczysz, tak i takich różnych fikuśnych bajerów do szycia też nie zobaczysz. Filmiki- instrukcje do szycia dywaników z pasków, są na YT. Mogłabym wprawdzie porwać tkaniny na paski (wystrzępione) i utkać z nich dywaniki, jednak na tkanie to ja mam inne pomysły, a tkanin trzeba się jakoś pozbyć, bo zawalają dwa kosze i pół kredensu.

W ogrodzie sister wielkie ucho zakwitł tulipanowiec. Dwa lata temu wichura złamała jego główny pień, ale został mniejszy i boczny, dosyć duży konar.

Bardzo podoba mi się zestaw kolorów na kwiatach, a zwłaszcza ten pomarańczowy pasek na kielichach. Bardzo to dekoracyjne
 

 Ciekawostka sklepowa- wybieram pieczarki z pudełka i nagle słyszę głos pani układającej serki w chłodni:

  • Niech pani powie przy kasie, że to są pieczarki przecenione.

  • A dlaczego są przecenione?- pytam.

  • No, bo... no bo...- zacukała się pani- Bo są trochę pomarszczone. Tam w chłodni ma pani w normalnej cenie

  • Dobrze, powiem- mówię i przyglądam się pieczarkom, owszem są mniejsze, ale jeszcze całkiem dobre, nie suche, nie ciemne, jędrne. Nie chce mi się wysypywać ich z powrotem do pudełka. Ustne info. o przecenie nie robi na mnie wrażenia. Pani poszła na zaplecze, a ja obchodzę pudełko z pieczarkami z jednej strony, potem z drugiej, szukam informacji o przecenie. Nie ma. Zresztą ceny tych pieczarek też nie było na pudełku. Jak myślicie, co mówią przy kasie klienci, którzy kupują te pieczarki? Ano nic, bo ich nikt nie informuje, że są przecenione. Ja miałam akurat szczęście, że ekspedientka wykładała serki, ale przecież nie robi tego przez cały dzień. Nie zdążyłam zapytać, o tę informację. A szkoda. Wkurzają mnie takie małe sklepowe szwindelki. A w tym sklepie to się często zdarza.

W lasku dojrzewają truskawki i trwa wyścig, kto pierwszy z nich skorzysta- ja czy ślimole. 


 

Nie ma jednak naporu, bo kupujemy truskawki od okolicznych plantatorów. Miska ze świeżymi stoi obok na biurku i nieziemsko z niej pachnie dojrzałymi owocami. Wiecie, takimi nagrzanymi słońcem. Zapach lata i wakacji. 

Tego "Brudnika" czyta teraz Jaskół. Tak się fajnie składa, że mamy zbliżone upodobania czytelnicze.

 A ja skończyłam przedostatnią (ze wszystkich napisanych przez niego), książkę (Brudnika książka, nie Jaskóła)- mam wszystkie jego pozycje. Oprócz kryminałów, Brudnik napisał dwie książki sensacyjno- kryminalne w stylu Cusslera, czy Folletta. Nie można ich dostać w księgarniach int.- wyprzedane. Kupiłam używane na Allegro.


Warto było. To się po prostu czyta jednym tchem. Przeczytałam „May- Day” i zabieram się do „Frachtu”. 

Beza- lubi kłaść się obok ławeczki na dole ogrodu i "wciągać wiatr".

Kochany pyszczor😊

Nie jestem sentymentalna, ale to wykonanie wzruszyło mnie bardzo.


 



16 czerwca 2026

Zamiast się zmuszać, lepiej dać sobie spokój.

 

Parking w Nowym Jiczinie- "royalek" Szprychy tuli się do motocykla Stefana.

Miałam wkleić post o następnym ślicznym pałacu, ale uznałam, że dwa pałace, jeden po drugim, mogą się „przejeść”. W końcu nie każdy lubi takie historyczne perełki, nawet jak jest o nich sporo interesujących informacji.

Poza tym... no, kto tu przyjedzie zwiedzić te pałace, no kto? Panie.... taki Rzym, Wenecja, Barcelona i inne wielkie miasta, gdzie zabytków po same uszy, panie, to jest atrakcja, no nie?

I ja to rozumiem, ale po to mamy Internet, by zamieszczać w nim, między innymi, teksty i zdjęcia naszych ”malutkich” zabytków. Ot tak, żeby ludzie wiedzieli, że my też mamy perełki architektury z interesującymi historiami. I to wcale nie gorszymi od tych wielkich światowych. Nasze białe oraz czarne damy, rycerze na czarnych ognistych rumakach, upiory i wampiry zamkowe, na pewno dorównują tym z wielkich zamczysk w różnych stronach świata. A ja na pewno nie chciałabym spotkać ani tych naszych, ani tych obcych na swojej drodze.

No dobra, to teraz dalszy ciąg opowieści motocyklowych- jeszcze ciągle jest nieopisanych kilka zlotów. Trochę info. o moim bziku motocyklowym powtórzę, by się tekst skleił z innymi moimi postami o tej tematyce.

Ja jestem z motocyklem oswojona od bardzo dawna. Moi rodzice mieli małe simsony (motorowery)- mama woziła mnie i brata na takim do przedszkola. Ja też dostałam simsona od dziadka- nie jeździłam na nim, nie zdążyłam, bo mi go buchnięto. Potem miałam chłopaka z WSKą. Jeździłam na WSce razem ze szwagrem- nawet spektakularną wywrotkę zaliczyliśmy. Następnie jeździłam z moim poprzednim mężem- najpierw na Panonii, potem na Kobuzie (WSK). 

Nigdy nie bałam się wsiąść na motocykl, ale rozumiem obawy innych. Jeżdżenie na motocyklu nie jest łatwe ani dla motocyklisty, ani dla plecaczka. Prowadzący musi całe to ustrojstwo trzymać „w pionie”, uważać na plecaczka (dodatkowe obciążenie) i jeszcze jechać zgodnie z zasadami ruchu drogowego. Plecaczek musi „wyczuwać” prowadzącego, umieć składać się przy zaliczaniu zakrętu, nie wychylać się, powstrzymywać od gwałtownych reakcji i w ogóle raczej nie brykać tam z tyłu. W tzw. "napinawych sytuacjach", trzymać  dziób zamknięty i nie komentować, a na pewno nie "doradzać".  Para- motocyklista i plecaczek- musi być zgrana. To jest tak samo, jak w samochodzie- jak nie masz zaufania do kierowcy, ciągle go strofujesz, pouczasz, to lepiej nie wsiadaj, albo po prostu zamknij się. Dla motocyklisty (dla kierowcy samochodu zresztą  też) nie ma nic gorszego, jak tego rodzaju plecaczek. 

Jaskół i Jaskółka na Enfieldzie.

I przesympatyczne małżeństwo- do teraz jeżdżą na motocyklu razem. W całej naszej grupie była jedna motocyklistka, która jeździła jako kierowca (miała pseudo "Szprycha") oraz od 4- 6 pań, które jeździły w charakterze "plecaczka".
 

A tu rodzinnie. Można? Można.

 Przy dłuższej jeździe, na tylnym siodle, zaczyna wszystko „ugniatać”, robi się niewygodnie. Nie zawsze można się zatrzymać wtedy, kiedy ma się potrzebę lub kaprys. Trzeba wytrzymać na dziurawych drogach, trzeba wytrzymać niepogodę, kiedy jest się w trasie. Z boku jazda na motocyklu wydaje się taka ot... jedzie sobie luzak. No a plecaczek to już w ogóle ma super. No i ma, jak to lubi, a ja lubiłam i te wszystkie minusy mi nie przeszkadzały. Czy się bałam? Chyba nie, raczej nie, ale czasem tak- były sytuacje, kiedy drętwiałam na siodełku (choćby wtedy, kiedy nam ogromny pies wystrzelił z pobocza i wpakował się w przednie koło). Ale Jaskół jest obcykany w jeździe na motocyklu i potrafił motocykl opanować w każdej nieciekawej sytuacji. Przynajmniej podczas naszych wspólnych jazd tak było. A mimo to, miał swoje wypadki. 

No dobra, czyli od czasów, kiedy miałam naście lat, motocykle (a jeszcze wcześniej również samochody) bardzo, ale to bardzo mnie kręcą.

Royal Enfield z bocznym wózkiem  w wojskowych barwach. 

 Kiedy okazało się, że nie mogę jeździć, to Jaskół zaproponował zamontowanie do naszego Enfielda bocznego wózka. No wiecie, taki boczny wózek to jest dla niektórych fajna sprawa. Wsiadasz w korytko, nie musisz niczego pilnować, nie musisz „trzymać pozycji”, jak na tylnym siodełku, może trochę się powiercić w trakcie jazdy. Siedzisz sobie wygodnie i nawet zdjęcia, bez ograniczeń, możesz robić – to było kuszące.

 Kolega wiezie w wózku swoją małą córeczkę- dla dziecka to bardzo fajna alternatywa.

A tu ten sam wózek z różowymi akcentami, wszak podróżowała nim mała dziewczynka.

 Z drugiej zaś strony, jazda w wózku sprowadza się do tego, że siedzisz niżej (prawie szorujesz d... po asfalcie), masz z lewej strony, na wysokości twarzy, but motocyklisty, masz z prawej strony migają ci na wysokości oczu słupki drogowe. Widoki? Zapomnij. Co zobaczysz, jak siedzisz dużo poniżej siodełka motocyklowego? Góry? Pola? Jeziora? Guzik, zobaczysz najwyżej źdźbła pszenicy, trawy i łodygi kukurydzy (i to od dołu) albo oddział mrówek, maszerujący poboczem. 

A jak motocykl wyprzedza np. TIRa, to masz na wysokości oczu wysokie, kręcące się z ogromną prędkością, koła tegoż. Wysiadłabym ze strachu podczas jazdy, o ile spaliny z rury wydechowej tego TIRa, nie zabiłyby mnie prędzej. Zdjęcia, bo ręce wolne i nie ograniczają cię plecy motocyklisty? A czego te zdjęcia, na tej wysokości, miałyby być?

Zamontowanie wózka i jazda w nim na chwilę mnie kusiły, ale potem stwierdziłam, że to nie dla mnie.

- No wiesz- powiedziałam do Jaskóła- Ja w wózku? Jak jakaś emerytka boleściwa mam jechać? Never. Naprawdę nie wyobrażałam siebie w takim miejscu i nawet myśl o wspólnych jazdach nie przebiła mojej niechęci do kosza.

A teraz zastanawiam się- teraz, kiedy jest już za późno, kiedy nie ma Enfielda, a do Szerszenia żadnego bocznego wózka nie da się zamontować, czy moje oburzenie było, w tamtej sytuacji, takie a courant.

Kompletnie wtedy zapomniałam, że to nie tylko mój kręgosłup był przeszkodą, ale i inne ważne okoliczności nie pozwalały mi na jeżdżenie na rajdy. Wtedy wózek znaczył dla mnie to samo, co „patrz babo na co ci przyszło, w wózku cię wożą, a nie na siodełku, co za porażka”. Przy czym obiektywnie patrząc na jazdę w wózku bocznym, to raczej są w niej same plusy, a nie minusy i wiele osób wybiera właśnie wózek, a nie tylne siodełko. No, ale jak się ma czasem, nomen omen, „niezdrowe” ambicje, to miewa się i zaćmienia w spojrzeniu na rzeczywistość. Wózka nie kupiliśmy, Enfielda sprzedaliśmy, Jaskół jeździ na Szerszeniu i jest wszystko OK. Tylko mnie czasem szczypnie na wspomnienie tych jazd.

Rozumiem też niechęć i obawy niektórych- nie będą jeździć, bo się boją i chętnie tej drugiej połowie też by zabroniły. Ja się boję wysokości i mam klaustrofobię, ktoś inny ma niechęć do motocykli (zwłaszcza wypasionych i ekstra szybkich). Nigdy nikogo nie przekonywałam na siłę i nadal nie zamierzam tego robić. I dodam- jeśli ktoś się boi, nie jest przekonany, niech raczej zrezygnuje. Nie ma nic gorszego dla motocyklisty od sztywnego ze strachu plecaczka. Nie wszyscy muszą zaliczać na motocyklu kilometry, by komuś coś, albo sobie na siłę udowadniać. Ja nie musiałam i tyle.

Jednak często denerwowały mnie takie gadki: „I ty też jeździsz? A nie boisz się? Ja bym się bała”- fajnie, tylko, że wypowiedziane jest to z takim dosyć złośliwym przekąsem, jakby jazda na motocyklu była czymś nagannym, nieprzystającym kobiecie. Inne: „I tak mu pozwalasz samemu jeździć? A nie boisz się?” i tu nie wiem, czy chodzi o Jaskóła, o jego bezpieczeństwo i zdrowie, czy o dawanie mu zbyt dużej porcji wolności, czy o moje bezpieczeństwo jako żony, bo przecież na tych zlotach samotny motocyklista... no wiecie.. ech... To jest mniej więcej tak samo, jak głupie chore wyobraźnie żon i matek oraz teściowych, które nie chcą puścić chłopa do sanatorium, bo pewnie się tam już w pierwszym dniu puści.

A ja byłam na zlotach i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że przeważnie tym panom motocyklistom tylko jedno wiruje po głowach- motocykle i jazda na nich. Żadne tam panienki... ale... no stop... a tak... Na takich ogromnych zlotach MC, to się rzeczywiście dzieje nieciekawie- wóda, panienki, ostra jazda i ostra muza. Jednak nie będę plotkowała na temat innych zlotów, bo ja wiem tylko to, co na naszych widziałam. Dobre poczciwe dżentelmeńskie towarzystwo. A i żony, narzeczone, i wręcz motocyklistki, też na nich bywały. 

Nigdy nie miałam problemu z zaakceptowaniem motocyklowej pasji Jaskóła i jego samotnych wyjazdów. Bardziej byłabym wkurzona, gdyby siedział w domu i marudził, bo nie wiedziałby, co z sobą począć. Każdy ma swoje pasje, każdy zasługuje na swoją wolność i chwilę wytchnienia od tej drugiej połówki. Zyskujemy na tym oboje.

Różne wózki boczne, zamontowane do klasycznych motocykli Royal Enfield.

 




Zdjęcia z Internetu.

13 czerwca 2026

Klasyczna elegancja- pałac w Boryni.

 

Front pałacu. Prowadzą do niego jednobiegowe schody wyłożone żółtym kamieniem. Nad drzwiami wejściowymi znajduje się łuk koszowy i  herb  rodu von Schlutterbach. 

 

Tak naprawdę, to planowaliśmy wyjazd tylko do weta, ale Jaskół, który lubi robić mi niespodzianki i wie, że moim konikiem są pałace w każdej postaci, przygotował plan „B”, gdyby wizyta u weta nie wypaliła. „A słowo.....” chciałoby się rzec słowami kolędy- stało się i zaczęliśmy realizować plan B.

Jest piątek, przedpołudnie- jesteśmy w Boryni.

Zatrzymujemy się przy bocznej bramie wjazdu do pałacu i szukamy informacji, czy można na teren wejść z psem. Nie ma zakazu, wjeżdżamy na parking.

I tu trochę o tym, jak wyglądają nasze wyprawy z Bezą od strony „technicznej”. Zawsze zabieramy miseczkę oraz butelkę z wodą, ekstra woreczki na psie kupska oraz rękawiczki dla mnie lub Jaskóła. No i paszport z ważnymi szczepieniami oraz numerem czipa a także miejscem jego rejestracji.

Ok, wysiadamy, Jaskół zapina Bezie smycz- tu nie ma biegania bez smyczy (zresztą Beza jest głucha i już jej w ogóle ze smyczy nie spuszczamy).

Na wszelki wypadek biorę do kieszeni akcesoria do kupnych psich spraw- no trudno, jak trzeba będzie to posprzątamy. Pałac pięknie utrzymany, a wokół jeszcze piękniej utrzymany park. No nie- mówię do Jaskóła- Chodźmy najpierw z Bezą gdzieś na bok, bo jak zrobi kupę na tym pięknym trawniku, to będzie naprawdę profanacja. Wychodzimy przez główną bramę poza teren parku i tam nasz super pies wie, o co chodzi. Robi, co trzeba, możemy wracać i spokojnie teraz obejrzeć obiekt. Ja wiem, że sprawy fizjologii naszego psa niezbyt są interesujące, ale uważam, że trzeba jednak pewne tematy omawiać bez ogródek. Sprzątnie po psie,w miejscach publicznych (chodniki, trawniki głównie w mieście, tam, gdzie ludzie często chodzą, itp.) powinien robić każdy właściciel i my nie wzbraniamy się przed tym. Już mi się zdarzyło- jest niezbyt fajnie, ale da się wytrzymać. Dzieciaki też się podcierało i rzygowinki po nich sprzątało. To są ludzkie i psie sprawy. Przynajmniej ja to traktuję jako: „No trudno, ma się psa, to ma się też drobne, związane z nim, nieprzyjemności”- to wchodzi w zakres odpowiedzialności za zwierzę, które bierzemy do domu.



Dobra- wracamy przez główną bramę, by obejść pałac dookoła i chociaż trochę zobaczyć park. Pałac z przodu i z tyłu ma podobny wygląd- tarasy ze schodami– z przodu na podjazd z gazonem, z tyłu na chodnik i trawnik. 

Borynia, w której jest pałac, to bardzo stara wieś (teraz dzielnica Jastrzębia- Zdroju)- pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1305 roku i znajduje się w księgach biskupstwa wrocławskiego. W tamtym okresie należała do księstwa raciborsko- rybnickiego. Borynia składa się z trzech części- Boryni Górnej, Boryni Średniej oraz Boryni Dolnej- ważna informacja, ponieważ części te dzieliły różne losy i miały, na przestrzeni wieków, różnych właścicieli. Nas interesuje, głównie, Borynia Górna, w której znajduje się pałac. 

Aż się w oczach troi od tego "Borynia, Boryni".

Wybudowano go w 1781 roku, gdy właścicielem dóbr wszystkich trzech części Boryni- od 1760 roku- był Herr Jan von Schlutterbach (tytuł Herr był w środku- między szlachtą nietytularną, a osobami z tytułem barona). Był szlachcicem pochodzenia austriackiego, a dobra, które nabył, należały wcześniej do Habsburgów, natomiast po wojnach śląskich, zostały włączone w państwo pruskie.

Baron był typowym przedstawicielem szlachty pruskiej, która miała, na Śląsku, majątki ziemskie, prowadziła życie towarzyskie i kulturalne.

Taka mała dygresja- podczas zbierania info. o pałacach, zamkach, ruinach, które oglądamy, szukam również wiadomości o właścicielach tych obiektów. Czasem było ich kilku, ale bardzo często obiekty te miały nawet kilkunastu właścicieli na przestrzeni np. 200 lat. A ponieważ nazwiska tych ludzi są takie, że można sobie język połamać (niemieckie, austriackie i czeskie na tych terenach), to mogą się nierzadko mylić. I tak jest w przypadku Boryni. Utrudnieniem przy określaniu właścicieli majątku był podział Boryni na trzy części (każda w różnych okresach zmieniała właściciela) oraz brak pisanych źródeł/ dokumentów- są tylko cząstkowe.

Nie będę tutaj przedstawiała całego rodu, ale wspomnę tylko, że baron miał dwóch synów- po jego śmierci majątek przejął starszy Ferdynand. Nie znalazłam informacji, jakie były losy młodszego Karola.

W 1820 roku Ferdynand, który odziedziczył majątek, przekazał włości swemu synowi Ferdynandowi Franciszkowi. Ten z kolei, w 1840 roku, część majątku- Borynię Dolną– sprzedał księciu pszczyńskiemu Ludwikowi de Anhalt Coethen, natomiast Borynię Górną i Średnią pozostawił swojej żonie oraz 12 dzieciom.

Od roku 1853 do 1899 roku majątek częśto przechodził z rąk do rąk. Najpierw jego właścicielem był baron Emil von Durant, następnie po jego śmierci, majątkiem zarządzała wdowa po nim- Martha Maria von Durant. Później, od roku 1904 właścicielem Boryni był Waldermar Schippan. W 1917 roku majątkiem zarządzał Kurt Dobers. Podczas zmiany właścicieli majątek, z różnych przyczyn, malał. 

Zdjęcie zrobione zaraz po II wojnie- tył pałacu.

Po I wojnie majątek rozparcelowano do tego stopnia*, że w całości pozostał tylko obszar dworski wraz z pałacem, a jego posiadacze utrzymywali się z upraw rolnych, produkcji mleczarskiej oraz z gorzelni.

W na krótko przed II wojną całość kupiła rodzina Ledóchowskich, po czym przeszedł on w ręce Elżbiety Siódmiok.

 Czasy współczesne, ale jeszcze przed utworzeniem gazonu przed wejściem.

II wojnę pałac przetrwał prawie w całości. Został tylko lekko uszkodzony podczas pożaru. Całe wyposażenie budynku wyszabrowali sowieccy żołdacy.

Podczas okupacji działało w pałacu przedszkole, a po wojnie... a jakże, przecież większość pałaców wtedy była adaptowana na szkoły, to i w pałacu, w Boryni, do roku 1985, roku funkcjonowała szkoła podstawowa.

Zdjęcie z roku 1936.
 

Potem pałacem zarządzała Jastrzębska Spółka Węglowa (niedaleko pałacu znajduje się KWK Borynia), by w 2010 roku sprzedać obiekt prywatnemu inwestorowi. No i dobrze sprzedano ten piękny obiekt, bo nowy właściciel szybko go wyremontował i umieścił w nim hotel oraz centrum konferencyjne.

Jak większość pałaców i ten w Boryni ma swoją legendę o białej damie. Ponoć zdarza się ją widywać spacerującą przed wejściem do budynku lub w parku. Białe damy to duchy kobiet, które zginęły śmiercią tragiczną- były mordowane, popełniały samobójstwo. Często ich historii towarzyszyła otoczka nieszczęśliwej miłości lub narzuconego małżeństwa. Kim jest biała dama w Boryni, nie wiadomo. Przypuszcza się, że chodzi o córkę Ferdynanda Schlutterbacha– Karolinę. Ma ona schodzić z jednego z obrazów i spacerować po alejkach parku, by spotkać się z tajemniczym jeźdźcem na czarnym koniu. Karolina ma na sobie białą, zwiewną suknię- no jasne, jeszcze nie spotkałam historii, w której występuje biała dama w jakimś ciężkim białym chałacie- zawsze ma na sobie białą zwiewną suknię, czasem dodatkowo delikatny welon lub szal.

Legenda ta oparta jest na ustnych przekazach, nie wiadomo jednak, co jest przyczyną ukazywania się białej damy w pałacowym parku. Nie wiadomo również, jakie były losy Karoliny.

Panowie z rodu Schlutterbach nie cieszyli się wśród chłopów estymą. Traktowali poddanych bardzo źle, karali ich chłostami, zakazami, nakazami oraz obciążali nadmierną pracą fizyczną, toteż w XVIII wieku chłopi podnieśli przeciw tym okrutnikom bunt. Spalili stodoły ze zbożem w Boryni oraz w pobliskiej Szerokiej. Co się dalej działo, nietrudno sobie wyobrazić, pewnie ukarano ich za to równie okrutnie, jak traktowano codziennie. Ale pałac podczas tych buntów ocalał, chłopi nie odważyli się go spalić.

Nie wiadomo też, kto był architektem pałacu. Znawcy architektury, na podstawie kształtów innych, niedalekich budowli z tamtych lat, mówią, że był nim Samuel Fryderyk Ilgner. Pałac w Boryni bryłą przypomina nieistniejący już pałac w Pawłowicach (zachowały się jego zdjęcia) oraz zamek i kościół w Rybniku. Inni twierdzą, również na tej samej podstawie, że twórcą pałacu w Boryni był Wilhelm Pusch, który zaprojektował pałac w Tychach, pałac w Porębie i „Ludwikówkę” w Pszczynie. Trudno będzie ten spór rozstrzygnąć, ponieważ wiele dokumentów pałacowych znikło bez śladu. 

 

Podoba mi się bryła budynku i ten mansardowy dach. Kolor ścian też jest fajnie dobrany- taka "brudna śmietana"- jest nienachalny i podkreśla elegancję bryły. Przy obu bocznych ścianach są zejścia do piwnic, zabezpieczone pięknymi kutymi barierkami.

Usytuowanie pałacu jest tradycyjne dla czasów, w których powstała budowla- stoi on na niewielkim pagórku i otoczony jest parkiem w stylu angielskim. Z jednej strony sąsiaduje z wsią, z drugiej z polami.

Pałac zbudowano z cegły z kamiennymi wstawkami. Jest podpiwniczony. Pierwotnie dach był pokryty łupkiem, potem dachówką, teraz jest pokryty blachą miedzianą. Wybudowano go w stylu klasycystycznym z elementami baroku. Z tyłu jest ogromny taras, na  który wiodą również jednobiegowe schody. Kiedyś były one dwubiegowe. 

Na tym zdjęciu widać, że kiedyś budynek był pomalowany w dwóch kolorach- łososiowe ściany, a zdobienia białe. Stosowanie dwóch (czasem więcej) kolorów w budynkach klasycystycznych czy neoklasycystycznych jest bardzo popularne podczas ich odnawiania. W Czechach co drugi pałac jest tak pomalowany (w Polsce też tak się maluje). Mnie się bardziej podoba aktualny kolor pałacu- bardzo naturalny i taki dystyngowany.  

 
Tył pałacu, ale nie znalazłam daty wykonania zdjęcia. Być może tak wyglądał pałac i jego otoczenie w czasach, kiedy była w nim szkoła.

Obecny wygląd tyłu pałacu. Dwubiegowe schody zlikwidowano, dobudowano taras z zejściem do parku. Nad drzwiami wejściowymi również znajduje się herb rodowy. 


 


Na elewacji, nad oknami górnego piętra, znajdują się pilastry, ozdobione elementami głowic korynckich. Wszystkie cztery elewacje posiadają charakterystyczne centralne ryzality. Zwieńczeniem elewacji są gzymsy.


Okna pałacu, na pierwszym piętrze są prostokątne, na drugim zwieńczone łukami. Okna są wykonane z nowoczesnego materiału, ale widać, że zachowano ich pierwotne zdobienia- ech ci konserwatorzy, dbają  o to, by zachował się każdy historyczny element danego obiektu. Dobrze, że to styl klasycystyczny, dosyć oszczędny w szczegółach zdobniczych. Przy barokowym, właściciel pewnie by zbankrutował podczas odnawiania budynku.

Okienka w lukarnach są oknami pokoi gościnnych, wyposażonych w indywidualne łazienki- to hotel 5 gwiazdkowy o wysokim standardzie.

W bardzo zadbanym parku, w pobliżu pałacu,  znajdują się:

dekoracyjna duża altana 

oraz przeszklony pawilon- miejsce spotkań, konferencji, szkoleń oraz wesel.


 A tu fragment starego ogrodzenia, okalającego park. Na starych zdjęciach widać to ogrodzenie dokładniej  (w innym miejscu obiektu). 

Perę zdjęć z wnętrza pałacu 



W piwnicach budynku znajdują się: restauracja, kawiarnia oraz zaplecze kuchenne.

Jest to hotel, dlatego nie weszłam do środka. Zresztą byliśmy z Bezą i nasz czas był ograniczony powrotem do weterynarza.

Więcej o tym, jak urządzono pałac w środku, można przeczytać tu:

https://www.tujastrzebie.pl/wiadomosci,ale-historia-o-palacu-w-boryni-slow-kilka,wia5-3266-14232.html

Zespół pałacowy (pałac i park) w Boryni wpisano do rejestru  zabytków w maju 1958 roku  (5.05.1958r., nr rej.: 567/58 oraz 5.02.1966r., nr rej.: 565/66).

 

* Zawsze uważnie śledzę losy pałaców, które oglądam. Z ich historii można wiele dowiedzieć się o historii politycznej, gospodarczej i obyczajowej regionu, a w którym dany pałac się znajduje.

Podczas czytania historii pałacu w Boryni, dowiedziałam się wiele o parcelacji majątków, na tym terenie, po I wojnie światowej. I nie była to parcelacja przymusowa, a często była dobrowolna, bo korzystna dla właścicieli majątków- ratowali oni w ten sposób część swoich dóbr. To, że zostały one mocno okrojone, nie miało dla nich wielkiego znaczenia, bo nierzadko groziło im bankructwo wskutek następstw wojennych.

Zazwyczaj słowo „parcelacja” kojarzy się z przymusowym dzieleniem ziemi, a w historii polskiej z przymusowym oddawaniem ziemi właścicieli ziemskich po II wojnie światowej. Wyrzucano ich z ich majątków, odbierano im ziemię, którą dzielono między chłopów, zaś część przydzielano PGRom.

Natomiast parcelacja, o której piszę, w związku z majątkiem w Boryni, przebiegała zupełnie na innych zasadach. Ponieważ całość była zadłużona, przejęło go państwo i następnie ziemię rozparcelowano. Zrobiono to zgodnie z prawem pruskim, bo ta część Śląska została w granicach państwa pruskiego. Po II wojnie całość przejęło państwo polskie na tych samych zasadach, co w reszcie Polski.

Źródła:

http://palacborynia.pl/historia/


https://pl.wikipedia.org/wiki/Pa%C5%82ac_Schlutterbach%C3%B3w_w_Jastrz%C4%99biu-Zdroju

https://sbc.org.pl/Content/607236/Nowiny_1995_51.pdf

https://www.palaceslaska.pl/index.php/indeks-alfabetyczny/j/124-jastrzebie-zdroj-borynia

Zdjęcia wnętrz z:

https://sokoliszlak.cba.pl/?page_id=13158

https://www.tujastrzebie.pl/wiadomosci,ale-historia-o-palacu-w-boryni-slow-kilka,wia5-3266-14232.html

https://sbc.org.pl/Content/94781/JZ_album_obrazy_z_przesz.pdf

Zdjęcia pałacu:


P.S. Minął  tydzień, kiedy obejrzeliśmy ten piękny zabytek. Potem była sobota- dzień również udany i zaliczona wizyta u weta. Co po niej obejrzeliśmy, napiszę jeszcze.

Wczoraj byliśmy z Bezą, po raz kolejny, u weta, by obciąć jej pazurki oraz zadecydować, co zrobić z tym jej moczeniem się. Śmiejemy się, że powinniśmy tam dostać abonament.  Doktor Lucyna stwierdziła- nie tylko wy jesteście tak często, mamy tutaj wiele takich pacjentów. Szczerze, to wolałabym zaliczać weta raz w miesiącu i tylko po to, by obcinać Bezie pazurki, ale ona coraz starsza to i choróbska się zaczynają.

Na moczenie się, u sterylizowanych suk, są tabletki, które wpływają na mięśnie zwieraczy. Niestety, Beza ma chore serce, a te tabletki bardzo sercu szkodzą. Zrezygnowaliśmy z nich. Na razie podłogi są suche. Może to jednak skutki uboczne pyralginy, którą Beza brała, były powodem, że lało się z niej okropnie? 

Czas tak szybko leci, już połowa czerwca, w ogrodzie kolejne kwiatowe kwitnienia. Dzieje się codzienność.



08 czerwca 2026

A życie wcale nie zwalnia.

 

Taki gość wprosił nam się do sypialni. Pisałam już, że powoli mieszkańcy ogrodu wyprą nas nawet z domu. Sikora latała po pokoju, potem siadła na parapecie. Więcej zdjęć nie robiłam, by jej jeszcze bardziej nie sfrustrować.

Cały miniony tydzień był „aktywny”. Najpierw szybkie ogarnianie ogrodu przed zapowiedzianymi deszczami, a w piątek i w sobotę wyjazdy (takie troszkę "na wariata").

W środę spadło tyle deszczu, co normalnie przez miesiąc się sumuje. Istne deszczowe szaleństwo. We wszystkich rowkach odwaniających wody na full. Na dole ogrodu, w rowku, wartki strumień. Lało, wiało, burze chodziły dokoła, ale ani jedna o nas nie zahaczyła. Pod naporem gwałtownych strumieni wody z góry, krzewy się przygięły, kępy kwiatów „rozpizdrzyły” na wszystkie strony, piwonie połamały... no bida, panie, bida... teraz wszystko się powoli podnosi do stanu sprzed deszczu. Miałam nosa z tymi podstawkami pod donice na tarasie. Kiedy zaczęło mocno lać, podstawki z donicami, bez jakiegokolwiek większego wysiłku, zjechały pięknie pod dach i pelargonie ocalały. 

Piwonie- w ogrodzie jest parę krzaków jasnoróżowych, jeden krzak czerwonej (mały) i jeden krzak ciemnoróżowej. W tym roku słabo kwitły.


 

W piwnicy, oczywiście, woda. Jednak nie na tyle, by dramatyzować. Trochę pompowaliśmy, by następne deszcze nie dołożyły swojego do tego, co już jest.

Facelia- dwie roślinki wyrosły z nasion, które były w karmie dla ptaków. Podobają mi się i jej kolor, i kształt jej kwiatów z długimi pręcikami. Coraz bardziej rośnie we mnie ochota na kupienie nasion facelii oraz inkarnatki i wysianie ich w donicach.

 

Fajne jest to, że każdy kwiatek jest w innym odcieniu fioletu. Kolory przechodzą od ciemnego fioletu, przez ten bzowy, aż po odcienie niebieskiego. Świetnie to wygląda przy większej ilości kwiatów. 
Niżej zdjęcie poglądowe (z Internetu)- nie mogłam się oprzeć, by pokazać, o co mi chodzi. Gdyby takie pola były w zasięgu naszych wypadów, to namówiłabym Jaskóła na następne szaleństwo- pojechać tylko po to, by zobaczyć takie pole. A tak nawiasem, wczoraj Jaskół pokazał mi zdjęcie kolegi motocyklisty- jego motocykl a w tle ogromne pole kwitnących na czerwono polnych maków (to jest dopiero 'krwawe pole"). Niestety, pole znajduje się obok Góry św. Anny. Trochę daleko.

Żółte pola rzepaku to już taka norma, że nie ma czym się specjalnie zachwycać. W dodatku uczula mnie jak diabli. No nie kocham kwitnącego rzepaku i już. 


Od kiedy zabieramy Bezę na wycieczki, zmniejszył nam się teren do zwiedzania (tak około 1,5 godziny jazdy w jedną stronę). Bałam się, że już nic interesującego nie zobaczymy, bo wiele ciekawych miejsc mamy  zaliczone. A tu nadspodziewajka- okazało się, że najbliższa okolica ciągle ma do zaoferowania wiele z tego, co lubimy. Ech... nie dalekie kraje, nie wichry północy i piaski pustyni, ale tu jest bardzo, ale to bardzo interesująco.

Mieszkasz w danym miejscu, wydaje ci się, że już wiele wiesz o bliższej i dalszej „okolicy”, a jednak- ciągle coś nowego odkrywamy i ta wiedza, te wrażenia, te mgnienia, zachwyty oraz przemyślenia, wskakują jak puzzle w ogólną historię całego, dosyć dużego regionu, nas otaczającego.

Moje ulubione irysy. Są tak niebieskie, że aż oczy bolą. Niebieskie samą głębią niebieskości. I ten kolor jest urzekający, ale na zdjęciu tego nie widać. Były jeszcze białe, bieluteńkie. "Umarły ze starości"- po prostu w zeszłym roku, na wiosnę się nie pojawiły. Wszystkie stare kwiaty, w naszym ogrodzie, tak się zachowują- są a potem znikają. 

Beza miała być w piątek u wujka weta- szczepienie coroczne, obcinanie pazurków i konsultacje w sprawie psiego moczenia się. W czwartek lało się z niej jak z kranu, nie nadążyłam wycierać podłóg. W piątek ani kropelki, sucho, normalnie. Bardzo pilnuję, by psiny nie było czuć moczem. Od czasu do czasu podcieram ją mokrymi chusteczkami. Nie chcę też, by się zaparzyła w tamtych miejscach. Ale Beza „na starość” coraz częściej „nie życzy sobie”. Przy tym, co kiedyś znosiła ze spokojem, teraz ostro protestuje. A my psa na siłę nie będziemy do niczego zmuszać, póki to nie zagraża jej zdrowiu a nawet życiu. Trzeba podstępem i sposobem „zdobywać” Bezkę. Nawet pod prysznic nie chce już wchodzić. Od kiedy ogłuchła, stała się bardziej ostrożna, bo ufać, to raczej ufa nam nadal. Problemem jest to, by granicy jej zaufania nie przekroczyć, tylko gdzie ona jest?  

Jesteśmy jeszcze „w piątku”- podjeżdżamy pod weterynarię i widzimy parking zapchany samochodami oraz dwa auta stojące na chodniku. No jasne, dużo ludzi wzięło sobie w piątek wolne, to ze zwierzakami zaliczają weterynarza na spokojnie. Chwilę stoimy i zastanawiamy się- czekamy, czy odwracamy kolejność punktów w planie. Robimy to drugie. Jedziemy, zatem, na krótką wycieczkę do niedalekiego pałacu, który jakimś cudem, nie został jeszcze przez nas obejrzany.

O pałacu w Boryni będzie w następnym poście- zawsze takie posty są obszerne- nie chcę teraz zanudzać zbyt długim wpisem. Ten mówi tylko o zeszłym tygodniu, który był bardzo bogaty w różne wydarzenia.

Czyli jest jeszcze piątkowe południe.

Kiedy obeszliśmy pałac dokoła, zaczął padać deszcz, decydujemy się wracać z Bezą do weterynarza. Może kolejka będzie mniejsza, a może nie będzie jej w ogóle? O naiwności ludzka, przecież to piątek po dniu wolnym i przed dniami wolnymi- potwierdza się to, co wyżej napisałam- ludziska sobie zaplanowali wykorzystać ten dzień na wizytę u weta. Kiedy podjeżdżamy pod weterynarię, parking jest jeszcze bardziej zapchany, a właściciele spacerują z psami po nim oraz po chodnikach przy ulicy. No nic, wchodzę do środka i pytam, czy w sobotę (w tę sobotę- długi weekend)- pracują- owszem, pracują. Ok, przyjedziemy, zatem, w sobotę. A w sobotę też się działo- będzie kilka postów.

Na koniec taka sobie serowa historia- przestroga, by patrzeć dokładnie, co się kupuje.

Od razu zaznaczam- ceny tych serów są prawie takie same.

Widać, że pudełka różnią się wielkością, ale nie tak bardzo, by od razu to zauważyć.
Interesujące jest to, że w tym większym jest mniej sera, niż w tym mniejszym. Ja nie zorientowałam się, Jaskół zauważył. Czy warto się szarpać o 20g? Nie o nie chodzi, ale o manewry producentów- taka sama cena za mniej towaru. Już to przerabialiśmy na maśle, na butelkach z napojami i czort wie na czym jeszcze przerobimy. Takie cichuteńkie podwyżki. Dotychczas zwracałam uwagę, głównie, na datę przydatności, teraz dochodzi sprawdzanie gramatury, która podczas gotowania ma jednak znaczenie.