Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

niedziela, października 18, 2026

Piękny pałac lecz bez duchów.

 

Co się odwlecze, to nie uciecze. O tym pałacu miałam już dawno napisać. Stoi on bardzo blisko naszego domu, niespełna 3 kilometry w stronę granicy czeskiej, w Kończycach Wielkich. To pół godziny marszu z domu, przez pola i las. Pałac blisko, historia pałacu i jego mieszkańców bogata, a jednak, a jednak.... dopiero teraz postanowiłam to opisać. Pod koniec września przejeżdżając obok pałacu, zatrzymałam się, by sfotografować pomnik Sobieskiego. Kiedy za pierwszym razem robiłam zdjęcia pałacu (oczywiście z zamiarem opisania go zaraz, natychmiast)- chyba to było w zeszłym roku, o tym pomniku nie było jeszcze mowy. Nie było też mowy o alei starych dębów. Wygląda na to, że odwlekanie jednak na dobre wyszło- opis będzie pełniejszy i prawdopodobnie poświęcę temu tematowi więcej postów. Ten o pomniku Sobieskiego będzie następnym, ponieważ działo się, oj działo i przed wiekami, i teraz.

Najpierw o pałacu i jego historii.

Dwór obronny w Kończycach Wielkich, które wtedy nazywały się Kończycami Książęcymi, wraz z wsią i folwarkiem, był własnością rodu Korniców, co zostało odnotowane w 1305 roku, w księgach biskupstwa wrocławskiego. Sama zaś wieś została zasiedlona pod koniec XIII wieku i należała do Piastów Cieszyńskich. Od 1526 roku Kończyce należały do Habsburgów. A następnie zamek należał do Mniszków, Karwińskich z Karwiny oraz Bludowskich z Błędowic. Od XVII wieku należał do rodu Wilczków (młody Wilczek poślubił młodą Bludowską i osiedli w Kończycach Wielkich).

Ja tutaj wymieniam miejscowości, które należały kiedyś do Księstwa Cieszyńskiego, potem Śląska Austriackiego, a obecnie są w granicach Czech, ale to kiedyś był jeden region o wspólnej kulturze, języku, nie przedzielony granicą na Olzie. Frydek, Karwina, Błędowice.... znajdują się bardzo blisko Kończyc Wielkich.

Zamek obronny przebudowano na początku XVII wieku na pałac- zrobiono to na polecenie Mikołaja Wilczka (ród Wilczków pochodził z Zimnicy, obecnie dzielnica Frydka- Mistka). Wilczek ufundował też przylegającą do zamku drewnianą kaplicę p. w. Opatrzności Bożej. Zamek stanowił rodową siedzibą. A ród Wilczków był jednym z najznamienitszych rodów ówczesnego Księstwa Cieszyńskiego. Wnuk Mikołaja Wilczka, baron Jerzy Fryderyk Wilczek, przebudował zamek na pałac w stylu barokowym z elementami klasycyzmu.

Pałac w Kończycach Wielkich był w posiadaniu tego rodu do połowy XVIII wieku. Następnymi właścicielami majątku oraz pałacu była rodzina Harasowskich. Dokonali oni przebudowy kaplicy na murowaną (w niej mieszczą się ich groby), oraz przebudowali niektóre fragmenty pałacu w stylu rokoko i barokowym. 

Kaplica obecnie


Więcej informacji o historii kaplicy będzie w następnym poście, dotyczącym pałacu w Kończycach Wielkich.
 

Na początku XIX wieku pałac kupił Jan Józef Antoni, hrabia Larisch von Mönnich. Historia rodu Larischów (linia Mönnich), jest związana z Ziemią Cieszyńską i jest bogata w przeróżne zdarzenia.

Budynek pałacowy przebudowano oraz zrobiono go w stylu neorenesansowej toskańskiej willi. W tym czasie, na polecenie hrabiny Larischowej, złożono wokół pałacu park w stylu angielskim. 

 


Pałac znajduje się na platformie- na południe od niego jest stok, który opada w ku stawom i rzeczce Piotrówce, z kolei, za tylną ścianą budynku, znajduje się wysoki stok, porośnięty starodrzewiem.

Dzisiaj już po parku, w stylu angielskim, nie ma śladu, na stokach obecny właściciel założył winnice, nie ma ozdobnych krzewów, alejek itp. Niemniej miejsce jest bardzo malownicze, a sam pałac nadal robi ogromne wrażenie.

Ostatnimi właścicielami pałacu byli Gabriela z rodu Larischa von Mönnich (dostała pałac w spadku) oraz jej mąż Felix Leopold Graf von Thun und Hohenstein.

Mimo, iż mogli zostać w Wiedniu- Feliks był adiutantem cesarza Franciszka Józefa zaś Gabriela była damą dworu cesarzowej i jej ulubienicą- wybrali życie w Kończycach, gdzie osiedli na stałe. 


 

Gabriela była niezwykłą postacią, nazwano ją „Dobrą panią” i to o niej, do dzisiaj, ludność Kończyc Wielkich oraz Cieszyna pamięta, i jej stawia pomniki. Ale o niej to napiszę innym razem.

Po raz kolejny budynek pałacowy został przebudowany oraz zmodernizowany. Tym razem w stylu francuskim barokowo- klasycystycznym.

Dobudowane drugie piętro nad głównym korpusem budynku, całość nakryto mansardowym dachem. Fasadę ozdobiono ryzalitem ujętym pilastrami. Nad podjazdem wybudowano obszerny taras, podparty kolumnami, na który wychodzi się z dużej sali balowej. Poszerzono wieżę zegarową- łączy dwie części pałacu i nakryto ją hełmem. Również kaplica, w tych latach, uzyskała swój klasycystyczny wygląd.

 Park utrzymano w stylu angielskim. Dodatkowo spiętrzono wody na Piotrówce- w ten sposób powstał sztuczny staw z wyspą pośrodku. 


 

 

Na starych pocztówkach widać zadbany park w stylu angielskim.
 

 Pałac, po II wojnie, stał się własnością państwa- mieściły się tu różne instytucje oraz Państwowy Dom Dziecka (do 2006 roku). Budynek miał jednak szczęście, bo nie został zdewastowany, utrzymał swój kształt z XIX wieku. 


 



 




Tył pałacu- we wnęce znajduje się mały herb. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie na tej ścianie jest on umieszczony. A ponieważ mam więcej pytań dotyczących pałacu, będę musiała je sobie spisać na kartce i w wolnej chwili podejść do właścicieli by uzyskać odpowiedzi na nie. O ile się da, o ile oni będą znali na tyle historię pałacu, by na bardzie szczegółowe pytania odpowiedzieć.

Tył pałacu- widok od strony zalesionego kopca. Zawsze staram się obfotografować obiekt ze wszystkich stron. Tutaj akurat widok jest mało interesujący. W pałacu mieszkają jego właścieciele, toteż i "gospodarski bałagan" przy nim też jest.
Bok i tył pałacu- widok z alei 100 dębów. Winnica zasadzona przez obecnych właścicieli.

Obecnie właścicielem jest rodzina Lipskich, która założyła winnicę Chateau Kończyce Wielkie, a w budynku mają swoje siedziby: Stowarzyszenie Cieszyński Szlak Wina oraz Fundacja im. Dobrej pani, kontynuująca dziedzictwo hrabiny Gabrieli von Thun und Hohenstein. Pałac jest na bieżąco remontowany, tylko park, według mnie, jest mizerny i ciut zaniedbany. Myślę, że niedługo i on będzie porządnie odnawiany. 


Jednak daleka jestem od krytyki, bo utrzymać taki budynek w świetności, a w ogóle wyremontować taki budynek to jest ogromny wysiłek finansowy. Najważniejsze, że pałac nie popada w ruinę, a było już tak blisko tego, bo kiedy starostwo powiatowe zdecydowało się go sprzedać, budynek nadawał się do generalnego remontu. Najpierw kupili go ludzie z Mazowsza za śmieszną cenę, bodaj za 2,5 miliona. Mieli zamiar zrobić w nim hotel. Przeprowadzili częściowy remont i forsy im zabrakło na dalszy. Parę lat pałac stał pusty i niszczał. Znów wystawiono go do sprzedaży. I tym razem trafił w dobre ręce. Żyje, organizuje się w nim różne imprezy, powoli staje się znów rozpoznawalny nie tylko w regionie, ale i w kraju.

 Chciałam przejść na wyspę, ale wejście było zastawione stoliczkiem. Nie zaryzykowałam.

Herby rodowe.




Herb rodu Thun und Hohenstein: austriacko- czeski ród pochodzi z Tyrolu. Na ziemiach czeskich pojawił się w XVII wieku, gdzie ich główną siedzibą i majątkiem było miasto Děčín. Od 1911 roku uzyskał prawa do tytułu książęcego, które to nadał im cesarz Franciszek Józef.



Herb rodu Larisch von Mönnich

Pod spodem herb Larischów na tylnej ścianie pałacu w Kończycach Wielkich.


 


W tym pałacu nie ma duchów, nie ma nawiedzonych istot, nic nie straszy, nie błąka się po nim ani biała, ani czarna dama, upiorów i strzyg też nie ma. W każdym razie żadnych takich ekscesów okoliczna ludność dawniej jaki obecnie nie spostrzegła. Szkoda.

Stare zdjęcia z podanych artykułów.
https://www.cieszy.pl/niesamowita-historia-rodu-thun-hohenstein-i-ich-palacu-w-konczycach-wielkich/
https://www.chateau-konczycewielkie.pl/historia/

https://www.ruinyizamki.pl/palace%20widok/konczyce%20wielkie.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Thun-Hohenstein

https://zamkilubuskie.pl/8242/

https://zwrot.cz/2019/04/spacery-ze-zwrotem-palac-w-konczycach-wielkich/



poniedziałek, października 12, 2026

Dramat w jednym akcie.

 

Był ptasi dramat. Zawsze nie wiem, jak się ustawić do tego typu historii. Z jednej strony drapol, który jeść musi, z drugiej strony ptasia ofiara, która chętnie pożyłaby jeszcze.

Siedzę przed kompem i słyszę trzask zamykanych drzwiczek samochodowych. Oho, myślę sobie, znów jakiś klient nie potrafi czytać tablic na bramie i pewnie zaraz nachalnie zadzwoni na domowy dzwonek, bo on by chciał... Poza godzinami pracy sklepu, oczywiście, by chciał. Dosyć często mamy takich klientów. Wydaje im się, że jak mieszkamy blisko sklepu, to jesteśmy na każde ich zawołanie.

Nie, to nie tym razem taka sytuacja. Jednak patrzę przez drzwi tarasowe, pomiędzy pniaczkami czerwonego bzu widzę, że coś się na parkingu szamocze. Patrzę uważnie, może to kura od sąsiada przeszła jakimś cudem przez płot. To nie kura- drapol siedzi i dziobem szarpie ptasią ofiarę. 

Dobra, myślę sobie, ptaka już nie uratuję, ale może jakąś ciekawą fotkę strzelę. Ubrałam się, chcę wychodzić, Beza włazi mi pod nogi- ona też...ona też... Nie tym razem. Zamknęłam jej drzwi przed nosem, zostawiając w sieni. Jeszcze na parkingu słyszałam jej głośne pyskowanie. A ja, kiedy podeszłam bliżej, jednak spłoszyłam drapola. Odleciał, ale ptaka nie wypuścił ze szponów.

 


Podleciał kawałek w stronę sosnowej, usiadł i czeka.

 


 Zrobiłam fotkę- był jakieś 15 metrów ode mnie- poderwał się i przysiadł na początku sosnowej, zaczął konsumpcję. Zrobiłam znów fotkę. 

 


Ptak się poderwał- na pewno mnie nie słyszał, a ponieważ nie robiłam gwałtownych ruchów, to coś innego go spłoszyło. I tak rzeczywiście było.

 


 Kot, wielkie czarne kocisko pojawiło mi się w obiektywie. Poniuchało chwilę w miejscu, gdzie siedział ptak i zaczęło zajadać- pewnie to, co zostawił krogulec, bo to był krogulec. Szlag, myślę sobie, drapol się nie najadł, a tłuste kocisko, które ma myszy full wypas, zeżarło mu obiad. Kot w końcu mnie spostrzegł, polazł przez płot w kukurydzę. Z tym niedojedzonym obiadem myliłam się- krogulec dokończył ucztę w połowie sosnowej- znalazłam resztki pierza.

Rozpoczął się jesienny wysyp grzybów w naszym ogrodzie. Ostatnio przeczytałam, że w lasach są dwa wysypy grzybów. Pierwszy letni- od czerwca do końca lipca, drugi jesienny- od września do listopada.

W tym roku u nas letniego nie było z powodu totalnej suszy. A teraz pojawiły się grzyby z wysypu jesiennego. Najpierw znalazłam dosyć dużo maślaków  i od tygodnia, każdego dnia, znajduję, po dwa średni kozoki. Był też większy wysyp tych grzybów. Zdjęcia dotyczą różnych zbiorów.

 




 

Poza tym jest sporo innych grzybów, tych nie trujących, ale niepopularnych na talerzu.

Nadal owocują maliny. Okazało się, że są dwa gatunki- jeden o mniejszych owocach i drugi o owocach dużych. O tym drugim to nawet nie wiedziałam, dopóki nie zaczęły w tym roku owocować. Maliny w połowie października to jest to. 

W miseczce są te większe.


 

Blog

Od pewnego czasu nie mam ochoty na pisanie postów. Może inaczej, nie mam ochoty na wklejanie nowych postów, a kilka już czeka w kolejce.

Jakby mniej mój własny blog mnie absorbuje. Wklejam post, wklejam zdjęcia i na tym kończy się moje zainteresowania tematem.

Przyczyną nie jest również to, że nie mam o czym pisać, bo dzieje się ciągle u nas na okrągło, dzieje. Ale nie będę pisać o „tu mnie boli, tu mnie rzgo, tu mi świerszczyk w d... gro”, jak mawiała moja świetna ciotka cieszynianka, kiedy ktoś się żalił i wywlekał swoje bolączki na forum. Ciotka to była aparatka, która na wszystko miała różne ludowe powiedzonka, a mówiła je z takim prześmiechem, że nie pozostawało nic innego tylko się pośmiać, a potem zaniechać narzekania.

Bardzo dużo teraz czytam. Dokupiłam książkę Chmielarza do serii o bezimiennym- tom 5. (4 tomy już za mną) i kupiłam trylogię grecką Siembiedy.  

No i wyhaftowałam 3 pawie. Ptaszory leżały rok odłogiem to należało im się wykończenie. 

Paw szampański (od nóżki podobniej do nóżki kielicha do szampana)

Mały pawik. Jakiś cień kładzie się pod haftem okręgu. Normalnie jest niewidoczny. 
Kolorowy Paw, największy.

Jest w planie jeszcze jeden haft z pawiem. 

W sumie wyhaftowałam już 52 ptaszory (na tamborkach). Kolekcja domowa liczy 46 haftów, 6 haftów poszło "do ludzi".  

A teraz tkam rybę. Po prostu rybę. Mam ochotę na gobelin z rybą toi będzie gobelin z rybą. 




środa, października 07, 2026

Kiedy daje się zbyt dużo wolności.

 



To był krótki wypad. Szkoda nam było tak pięknego dnia na siedzenie w domu. W piątek wzięliśmy Bezę i pojechaliśmy nad znajomy staw.


W zeszłym roku w lipcu na tym stawie roiło się od ptactwa wodnego. Pełno było na nim dzikich gęsi, kaczek oraz czapli. 

 

Nie byliśmy w tym roku, w lipcu, dlatego nie mam pojęcia, czy też było tyle ptactwa wtedy. Teraz staw jest pusty. Na wodzie pływało kilka kaczek, trzy rybitwy i to wszystko.

 



 Przy brzegach stało kilka czapli siwych, które co chwilę zrywały się z łopotem, by majestatyczne przelecieć nad taflą i wylądować w innym miejscu. Jedna zdecydowała się usiąść na konarze dębu- stamtąd cały czas nas obserwowała. 


Chyba przeszkodziliśmy jej w polowaniu na ryby, a miała co łowić- co i rusz nad wodę wyskakiwały karpie.

 


Nad stawem było cicho, nie odzywało się żadne ptactwo. Tylko od strony lasu, od czasu do czasu, słuchać było wystrzał.

Piątek, prawie południe i polowanie? Byłam zdziwiona, ale potem do mnie dotarło, że przecież niedaleko, na skraju lasu myśliwi mają swoją strzelnicę. No i wkurzyłam się- na skraju lasu, na łęgach, w miejscu, gdzie niedaleko gniazdują orły i bocian czary. Idioci, po prostu szkoda słów. No, ale ta strzelnica istnieje tam, co najmniej, od 30 lat. Przynajmniej ja wiem, tyle lat, ze tam jest, a dopiero teraz jakby mnie olśniło, że jej usytuowanie jest jakąś kpiną. A z drugiej strony, skoro orły i bocian czarny postanowiły tam zakładać gniazda, to znaczy, że im ta strzelnica nie przeszkadza. Chyba? W zeszłym roku na brzegach niektórych stawów ustawiono armatki hukowe, by płoszyć ptactwo, które hodowcom wyżerało ryby. Już wtedy zauważyliśmy, że ptaki chyba się przyzwyczaiły, bo huki hukami, a one siedziały spokojnie na tafli lub na brzegach stawu. To raczej Beza, która jeszcze wtedy słyszała, była bardzo zaniepokojona tymi hukami i chciała wracać do samochodu, co też dosyć szybko zrobiliśmy. Żadna przyjemność w takich warunkach spacerować. W tym roku armatek nie słychać.


 


Nad stawem nie byliśmy długo. Przeszliśmy ocienioną groblą do jego końca i stwierdziliśmy, że dalej, w słońcu, nie będziemy szli. No to zawróciliśmy. Wszystko było fajnie do momentu, kiedy naszej niesfornej psinie włączył się szwendacz i dała szpulę w dół grobli (tak w jej połowie długości), ku rowowi wypełnionemu rudym świństwem.

 


 Nie zdążyliśmy zareagować, kiedy „taka stareńka, taka schorowana, takie ma serducho zmęczone” odbiła się od brzegu i fruuuu przez ten rów na drugą stronę. A że rów jest dosyć szeroki, a Beza chyba źle oceniła swoje siły, to chlapnęła całym zadeczkiem w tę rudawą ciecz. Szybko wystrzeliła (wygramoliła się raczej) na brzeg tak, że tylko tylne łapska zamoczyła dokładnie. Ogon i reszta ocalały w stanie suchym. No, ale ja za nią przez ten rów ani dudu. Za szeroki i nawet rozpędu nie było gdzie wziąć. A Beza już na drodze dojazdowej stoi i nic sobie z nas nie robi, zresztą ona nas przecież nie słyszała. 

 To było w połowie tej długiej grobli- my na grobli, Beza za rowem, na drodze, a do rowu dosyć stroma skarpa.


Nie pozostało mi nic innego, tylko truchtem, pędem zaliczyć resztę grobli i łapać psa na tej drodze. Na szczęście nic nią nie jechało. Zresztą, przejechać tam mógłby tylko jakiś desperat. Już dawno nie widziałam takich głębokich, gęsto rozmieszczonych i zalanych dziur na drodze. Jak mnie piesa zobaczyła, to bez wahania slalomem, między tymi dziurami, truchcikiem przybiegła. Złapałam ją za szelki- smyczy nie zdążyłam od Jaskóła wziąć- w krzakach niedaleko zauważyłam czarnego kota. Gdyby go zobaczyła, to mielibyśmy przechlapane. Co, jak co, ale kotów, zwłaszcza czarnych, Beza nie toleruje. Niedawno przegoniła takiego z alejki sosnowej, a leciała za nim rozciągnięta, jak zając w ucieczce. Tylko brzuchem szorowała po igliwiu. Naprawdę miałam obawę, że mi zaraz padnie na to chore serce. 

Tak sobie jestem niewinna, po prostu węszę sobie i tyle. 

A nad stawem? No, mówiłam, że nie należy jej ze smyczy spuszczać, mówiłam... och... niech piesek trochę wolności poczuje. I poczuła, a ja odbyłam trening w szybkim marszu na 60 metrów. A drugi zaliczyłam w domu, gimnastykując się podczas mycia Bezy pod prysznicem. Ależ brudna woda się z niej lała i jeszcze taki drobny czarny piaseczek. I mogłabym się wkurzać, ale jak sobie przypomnę ten jej skok przez rów, to mi się śmiać chce. Taka zmęczona życiem, a tu niespodzianka kondycyjna.

 Zrobiłam kilka jesiennych zdjęć.


 



Liście dębu omszonego.