Wszyscy
w tym siedzimy, to nie będę podkreślać, że u nas też gorąco
ponad normę.
W
sobotę o 11 rano, na wschodnim tarasie, było tak.
W
niedzielę tak
Dzisiaj nie zrobiłam
zdjęcia, bo jest tak samo jak wczoraj. Podobno jeszcze jutro ma być
ponad 30 stopni, a potem będzie spadek temperatury i jakieś burze
wróżą.
W
domu da się wytrzymać, ale coraz trudniej. Przez te parę dni
solidnego upału, wzrosła temperatura nocami i już nie można
rankiem schłodzić domu. Cały czas są zasunięte rolety,
zasunięte zasłony, by zatrzymać gorące powietrze za szybami.
W
takie upały widzimy, że dom jest dobrze izolowany. Przynajmniej
parter, bo piętro nagrzewa się szybciej od dachu, mimo, iż jest
wysoki strych oraz gruba izolacja na stropie. Strych działa również
jak izolacja, a jednak rozgrzana blacha robi swoje.
Siedzimy
w domu i przeczekujemy- książki, tkanie, sport, drzemki- nawet
sprzątać mi się nie chce choćby tak pobieżnie... Przeglądam na
YT filmiki z szyciem na maszynie. Coś we mnie dojrzewa- pewnie już
za moment wyjmę ją z szafy i zacznę coś tworzyć. Ale na razie to
gorąco mnie zniechęca do działania.
Trochę
czuję upał w sercu. Nie żeby coś drastycznego, ale taki lekki
ucisk.
Piję
wodę przegotowaną i jem lody- dużo lodów i o dziwo nie tyję, a
wręcz odwrotnie schudłam o 1,5 kilo. Cuda, panie, cuda:) Obiady
lekkie czyli takie na zasadzie- cokolwiek, byle z głodu nie paść-
ziemniaki z maślanką, sałatka z zieleniny i jajka sadzone, czasem
tylko pizza lub frytki. Styknie.
Na
kościach letnie kolorowe sukienki- w to lato nareszcie je noszę, a jest ich
sporo.
Nie
kosimy, na razie, trawników. Trawę skosimy po deszczu i na wysoko.
A ona rośnie i szumi. W takim upale na pewno nie należy kosić, bo
trawa trzyma chłód i wilgoć, a poza tym, trochę żywiny jednak w
niej żyje.
Codziennie
przeżywam małe radości. Tak, dla mnie to są niesamowite
przeżycia, choć innym wydawałoby się, że: „co w tym dziwnego i
radosnego?”
Wczoraj
widziałam małą mysz, przebijającą się przez gęstą trawę. To
znaczy najpierw widziałam, jak rusza się trawa, a gdy ją rozchyliłam, to zobaczyłam tego małego śmiesznego futrzaka.
A
po południu rozległ się nad parkingiem straszny hałas. To sroki
grzechotały na całego. Nauczona tym, że one lubią młode
wiewióreczki (jedną z takiego rozbitego przez sroki gniazda
uratowaliśmy- gdzieś w historii jest post w zakładce „Wiewiórki”)
wybierać z gniazda (tudzież pisklaki), poleciałam je pogonić.
Dotarłam do furtki na parking i co zobaczyłam? Sześć albo siedem
(szybko liczyłam) młodych srok siedziało na kablu elektrycznym, a
dwie stare latały nad nimi. Po raz kolejny rodzinka srok odwiedziła
nasz ogród w takiej grupie. Oczywiście, że jak mnie zobaczyły, to
poderwały się z wrzaskiem i poleciały robić rejwach na brzozy.
Nie zdążyłam zabrać aparatu w tym galopie by ratować młode
obojętnie co i nie mam zdjęć, ale mam zdjęcia inne, ze srokami w
roli głównej.
Z
domu ruszam się tylko bardzo wczesnym rankiem na poranny spacer z
Bezą- powietrze rześkie, pachnące, jeszcze da się wytrzymać.
Potem uzupełniam wodę w poidłach dla ptaków i na cały długi
dzień znikam w domu. Chociaż nie, co jakiś czasy wychodzę z Bezą
na trawnik, by zrobiła siusiu. Odkąd ma kłopoty ze zwieraczami,
pilnujemy jej jak szczeniaka, by opróżniała pęcherz co jakiś
czas. Już załapała o co chodzi i nie robi trudności ale ma jedno
wdzimisię. Na siusianie, w ciągu dnia, schodzi tylko schodami z
dużego tarasu. Nie wyjdzie normalnie wyjściem głównym, nie
wyjdzie schodami z małego tarasu, tylko tymi z dużego. Ciekawe.
Myślimy, że to betonowe, pewne i stabilne schody, na których czuje
się bezpieczne, są przyczyną takiego zachowania. Ale dlaczego nie
wychodzi głównymi drzwiami, gdzie ma tylko jeden stopień na
chodnik? Beza ma swoje muchy w nosie i różne dziwne pomysły. A my
staramy się dostosować, bo to ona najlepiej wie, co potrzebuje.
Kwiaty
w donicach podlewam zazwyczaj wieczorami, ale teraz też wtedy, kiedy tylko osłoni
je cień.
Małe
sowy oddalają się od domu. Wieczorami słychać je w głębi ogrodu.
Uspokoiłam się, bo ostatnio stara przysiadła na czeremsze, co
przekonało mnie, że czuwa i młode są pod opieką. Próbowałam
robić zdjęcia. Niestety było już zbyt ciemno i wyszły marnie. To stara uszatka.
Wieczorami
śpiewa pan wilga. Pani wilga na razie nie skrzeczy, czyli z deszczu
nici, a tak bardzo przydałoby się solidne nawodnienie ziemi.
Nareszcie
(po 4 miesiącach) zdjęłam opatrunek z kciuka. Trochę czuję się
nieswojo i ciągle mam wrażenie, że złamię paznokieć. A na palcu
wszystko trzyma i nawet powoli wraca czucie, tylko opuszek mrowi
boleśnie i akurat w nim nie mam czucia. Teraz staram się uaktywnić
kciuk, co jest trudne. Kiedy miałam go w opatrunku, nauczyłam się
palec odchylać i łapać wszystko palcami środkowym oraz
wskazującym. Weszło mi to w nawyk do tego stopnia, że ciągle ten
kciuk odchylam i łapię nadal tymi dwoma palcami chociaż już nie
muszę.
W
gobelinie kończę tkać ostatni główny element. Ja pierdykam, to
mi się jeszcze nie zdarzyło, żeby gobelin tkać ponad pół roku.
A wszystko przez ten kciuk.
Zaczęły
się wakacje, napisałam post o nauczycielach, ale go skasowałam.
Uznałam, że jestem na emeryturze i w sumie ta praca przestała mnie
obchodzić. Tylko to ich wieczne narzekanie mnie wkurza. Niemniej,
jak postanowiłam o tym nie pisać, to już przestaję.
Trwają
mistrzostwa świata w piłce nożnej- Jaskół ogląda, ja słucham.
Trwają turnieje siatkówki- z nami to samo. No i motoGP na różnych torach leci.
Dzisiaj
zaczyna się Wimbledon. Jakoś nie widzę Igi nawet w półfinale, a
Maja? Bardzo mi jej żal- ma sportowego ducha, podziwiam, grała do końca, ale ta kontuzja.... no niefajnie, niefajnie. Szkoda.
Linette gra z Andriejewą, a French z Kalinską.
I tu jest problem- obie rywalki Polek są bardzo mocne.
Hurkacz wygrał..
W tym roku lipy kwitną tylko w górnych partiach. Pierwszy raz coś takiego widzę. No, ale jak połowa kwiatów i połowa krzewów nie zakwitła, a reszta kwitnie słabo, to może i drzewa to samo teraz mają (np. akacje też tylko na wierzchołkach kwitły)? Ale co? Czyżby ta jedna mroźna noc w kwietniu załatwiła rośliny? Kwitną górą i nie czuć ich zapachu.
Nie zawiódł prusznik, rosnący przy wschodnim tarasie. Nie zawiódł, a nawet zaskoczył- tak pięknie kwitnie.
Zdjęcie z góry, z tarasu.
I jeszcze drapol, który wieczorem przysiadł na brzozie.
Czytając
moje posty o motocyklach, o mojej miłości do nich, o tym, jak
jeździłam na rajdy, jak trzeba się zachowywać na motocyklu w roli
plecaczka itp, można sobie pomyśleć, że ja to tak sobie a muzom
piszę. No nie.... no NIE. To nie są teksty tylko dla rozrywki.
Jeżeli ktoś uważnie czyta, to widzi, że na serio dzielę się
swoimi doświadczeniami pasażerki na motocyklu. Jazda w roli
plecaczka wymaga wielu umiejętności oraz, co tu dużo mówić,
trochę wiedzy na ten temat.
Niektórym
wydaje się, że siadam na tylnym siodełku i jadę.... ach jak
romantycznie.... ach...wiozą mnie...jejku, jejku!
Guzik
prawda- najpierw trochę poczytaj, jak to ma wyglądać, co cię
czeka, gdzie są miłe niespodzianki, a gdzie jest do d.... Co możesz, a czego nie powinieneś robić, a potem ewentualnie decyduj się, czy
wsiadasz z tyłu czy nie.
No
i plecaczek nie jest zwolniony od odpowiedzialności za bezpieczeństwo
kierującego, jak to się ogólnie myśli. Takie rzeczy to tylko
w samochodzie. Na motocyklu oboje jesteście odpowiedzialni za
bezpieczeństwo.
I jeszcze raz dla tych, co im wiedza opornie wchodzi do głowy, a uważają, że jazda na motocyklu jako pasażer to bułeczka z masełkiem polewana miodkiem.
DEKALOG PLECACZKA
1. Nawet jeśli jest bardzo gorąco i perspektywa nałożenia na
siebie skórzanej kurtki i grubych spodni przyprawia cię o zawrót
głowy, nałóż je. Przewiewne biodrówki i buty na obcasie to nie
jest najlepszy pomysł. Zapewne wyglądasz w nich ślicznie, ale
pomyśl, jak będą wyglądać twoje zgrabne nóżki po spotkaniu z
asfaltem.
2. Drogi "plecaczku", wiercić możesz się na kanapie w
domu lub w samochodzie. Siedząc na motocyklu nie wykonuj żadnych
nieprzemyślanych i nagłych ruchów. Kierowca ma za zadanie utrzymać
w ryzach 300-kg "potwora". Nie pomagasz mu jeśli twoje 60
kg wprowadza zamęt na pokładzie.
3. Jeśli motocykl jest na zakręcie, zawsze utrzymuj ten sam kąt
nachylenia co kierowca. Nie staraj się , na miłość boską,
wychylać w druga stronę! Ty, motocykl i kierowca tworzycie jedna
całość, zachowuj się więc jak jej wspólna cześć.
4. Z motocykla wcale nie jest łatwo spaść! Brzmi niewiarygodnie,
ale to fakt. Nie trzymaj się zatem kurczowo, przylepiając do pleców
kierowcy niczym miś koala, ponieważ to bardzo ogranicza jego
płynność ruchów. Usiądź wygodnie, znajdź pozycje
najwygodniejszą dla siebie. Możesz przytrzymać się ręką za
uchwyt z tyłu motocykla (jeśli takowy jest), możesz wesprzeć się
o bak motocykla , okalając ręką kierowcę. Trzymaj się nogami.
5. Jeśli kierowca przechyla się mocno do przodu , kładąc się na
bak, oznacza to tyle ze należy zrobić dokładnie tak samo.
6. Nie stukaj swoim kaskiem w kask kierującego! Twoja głowa powinna
być na tyle daleko, aby oszczędzić mu tych "dzięciołowych"
atrakcji.
7. Zanim wsiądziesz na motocykl, uprzedź o tym kierowcę. Jeśli
nie będzie przygotowany na nagłe obciążenie z jednej strony
możesz go niemile zaskoczyć. Ta sama zasada obowiązuje podczas
zsiadania.
8. Jeśli jedziecie zbyt szybko, nie podoba ci się to i boisz się
takiej jazdy, powiedz o tym po zatrzymaniu motocykla. Nie wal
pięściami w plecy kierowcy! to nie pomoże, a może zaszkodzić.
Porozmawiaj z nim na spokojnie i wytłumacz. "Sceny"
podczas jazdy to najgorszy pomysł z możliwych.
9. Podstawowa zasada i najczęściej, niestety, popełniany błąd:
gdy motocykl hamuje, nie kładź się całą sobą na plecach
kierowcy! Przytrzymaj się wspomnianego wyżej uchwytu usytuowanego z
tyłu lub oprzyj się ręką o bak motocykla.. nie dokładaj
kierującemu dodatkowego ciężaru. To wszystko idzie na jego ręce i
kierownicę, a od tego jak sobie z nią poradzi, zależy wasze
zdrowie, a nawet życie.
10. Na koniec najważniejsza rada -zaufaj kierowcy. Razem tworzycie
zespól. On prowadzi, i wie co robi. Jeśli uważasz, że jest
inaczej, nie wsiadaj z nim na motocykl.
"UWAGI DLA PASAŻERÓW MOTOCYKLI
Zajmując miejsce za kierowcą motocykla pamiętaj bezwzględnie o kilku zasadach:
bez cienia przesady — powierzasz w czyjeś ręce swoje życie i zdrowie
statystycznie rzecz biorąc — w razie wypadku, to ty ucierpisz bardziej niż kierowca
nie wolno ci zająć miejsca pasażera, jeśli masz na sobie odzież,
która nie zapewnia poziomu bezpieczeństwa równego ubiorowi kierowcy
nigdy, ale to nigdy nie wolno ci wsiąść na motocykl, jeśli nie masz zaufania do kierowcy i jego umiejętności
trzymaj się obejmując mocno kierowcę — uchwyty z tyłu to tylko dekoracja"
Kiedyś...
kiedyś w czasach, kiedy po drogach jeździły WSKi i Junaki, albo
MZTki czy inne klasyki, co to pyrkały sobie z prędkością do 120
km/h, zakładało się do jazdy na nich to, co nosiło się
codziennie. Były to zwykłe kurtki, grube swetry, buty jak popadło-
szpanerzy zakładali oficerki lub męskie kozaki. Kaski jak jajo, bez
szyb, byle chroniły łepetynę, spodnie codzienne, znów
szpanerzy- dżinsy. Kto był bogatszy, to szył sobie ramoneskę na
wzór ramonesek Steva Mc Queen, Marlona Brando czy Jamesa Deana. Och tak, Triumphy, Harleye i
amerykańscy bohaterzy filmowi na nich... To był odlot. Ja też na
początku byłam zapatrzona w taki obrazek, a głównie w Harleye. A
potem zobaczyłam Royal Enfielda i przepadłam.
Pamiętam,
jak mój poprzedni mąż wkładał pod kurtkę gazety, żeby nie
zmarznąć podczas jazdy na motocyklu. Śmieszne? Teraz wydaje się
śmieszne, nierzeczywiste, ale w latach 80 tak się motocykliści
zabezpieczali przez zimnem.
Ubranie
motocyklowe dla mnie, kupiliśmy w 2008 roku. Pamiętam, że był
kłopot z jego dopasowaniem, bo ja jestem niska, a spodnie do teraz
mam ciut przydługie. O ile dla mężczyzn był już duży wybór
takich ubrań, to dla kobiet oferta była jeszcze mizerna. No i
materiały jeszcze były sztywne, twarde, wprawdzie były już Gore-
Texy (leciutkie, wygodne), ale cena była zaporowa, a na mnie w ogóle
takich ubranek nie było. Z czasem pojawiały się coraz cieńsze i
bardziej odporne, na skutki upadku motocykla, tkaniny.
Moje
ubranie jest sztywne, ma wszystkie ochraniacze i wypinane podpinki- w
spodniach i w kurtce. Trochę trudno było się w nim poruszać, ale
podczas jazdy czułam się w nim bezpieczna. Gdy było gorąco-
wypinałam podpinki, ale tylko w duże upały w tym ubraniu było za
ciepło. Podczas jazdy na motocyklu nawet jak jest dosyć wysoka
temperatura, to powietrza sprawia, że tego gorąca się nie czuje.
Na krótkie trasy ubierałam tylko kurtkę motocyklową, normalne
sportowe spodnie, a na kolana zakładałam ochraniacze- kolana można
bardzo szybko „przeziębić”.
No i buty motocyklowe oraz
rękawiczki, w których, również w wielkie upały, jeździłam.
Prawdziwy
wysyp różnorodnych ciuchów motocyklowych wystąpił w drugim
dziesięcioleciu XXI wieku, a teraz to już szał motocyklowych ciał-
można oczopląsu dostać, jak się widzi tyle różnorodnych ubranek
na motocykl. Pojawiły się ubrania z kevlaru, covecu, z cordury,
siateczki mesh, różnego rodzaju membrany. Są ubrania termoaktywne,
które można założyć pod ubranie motocyklowe. Są również
ubrania motocyklowe ze skóry, ale....One są odporne na tarcie i
szpanersko wyglądają, ale....są niepraktyczne no i ta skóra-
budzi to teraz we mnie opór. Jaskół ma porządne ubranie
z grubej skóry- dał je sobie uszyć na początku swojej przygody
motocyklowej.
Moja kurtka motocyklowa (S- no tak właśnie tak😁 i pasuje nadal)
Na plecach naszywka- taką wszyscy w naszym nieformalnym klubie mieli naszyte na ciuchy motocyklowe. Piszę w nieformalnym, bo to był klub przyjaciół motocykla marki Royal Enfield, niezrzeszony, nierejestrowany- nie chcieliśmy takich ograniczeń: składki, statut, obowiązkowe rejestracje, jakieś zgłoszenia, milion formalności. Jednak chcieliśmy podkreślić, że taka grupa istnieje, stąd naszywki, proporczyki, naklejki itp. A na każdym zlocie jakieś pamiątki z logo klubu i takim napisem.
Na rękawie kurtki logo naszego klubu
Spodni nie demonstruję- - normalne spodnie z tego samego materiału z ochraniaczami. Mają tylko różnego rodzaju zapinki i paski, by je dopasować.
Jaskół na bieżąco
kupuje sobie różne wygodne, dostosowane do temperatury ciuchy.
Gdybym dalej jeździła, pewnie też zmieniłabym ciuchy na lżejsze,
wygodniejsze, ale z tymi wszystkimi zabezpieczaniami. Ochraniacze
mają teraz nawet stylizowane dżinsy motocyklowe. Fajne czasy dla
motocyklistów nastały.
Gdybym dalej jeździła, to na pewno zmieniłabym ubranie na nowocześniejsze, choć mojemu niczego nie brakuje oprócz lekkości.
Moja
pierwsza jazda, jako plecaczek, była na rozpoczęcie sezonu
motocyklowego w Częstochowie (2009 rok).
To
impreza cykliczna, która odbywa się w kwietniu.
Wyjechaliśmy
około 7 rano- dzień zapowiadał się piękny, ale kwietniowy
poranek był wręcz zimny. Powietrze było lodowate. Jechaliśmy
wzdłuż Jeziora Goczałkowickiego, od wody wiało ziąbem. Miałam
na sobie porządne ubranie motocyklowe i wcale nie było mi w nim
zbyt ciepło. Twarz zasłoniłam szybą z kasku, pod tą szybą
miałam na twarzy kominiarkę, a i tak czułam jak mi marzną
policzki. Nie lepiej było podczas jazdy przez Puszczę Pszczyńską,
o tej porze dnia jeszcze mroczną, wilgotną i mroźną. Potem było
coraz lepiej. Wstało słońce i na otwartych przestrzeniach zrobiło
cię cieplej. Za Katowicami zaczęły wyprzedzać nas ścigacze-
wtedy była na nie moda. Jeden nas mija i co widzę? Z tyłu, na
siodełku, prawie leżąca na motocykliście dziewczyna- na
ścigaczach tak się jeździ- prawie na leżąco), nogi w cieniutkich
leginsach, całe nerki odsłonięte, widać pasek gołej skóry
między brzegiem kurteczki i gumą leginsów. Na nogach półbuty na
małym obcasie. A ścigacz zapier... jak to ścigacz- ledwo zdążyłam
zarejestrować ten widok. Wyobrażam sobie, jak jej było zimno. I te
biedne nerki wystawione na lodowaty wiatr. Zrobiło mi się normalnie
zimno od samego patrzenia.
Jasne,
że na motocyklu można we wszystkim jeździć. Nierzadko widuję
panów w tenisówkach, adidaskach, czy wręcz w klapkach, w krótkich
spodenkach, letniej koszulce, pędzących na motocyklach. Pewnie oni
tak na szybko, na krótko, tylko kawałek... po co się ubierać?
Można,
oczywiście, że można. Ale wystarczy kamień wystrzelony spod opony
przejeżdżającego samochodu i d... blada. Chyba nie trzeba mówić,
z jaką siłą ten kamień ląduje np. na gołej łydce, goleni czy
ramieniu motocyklisty. Nawet zderzenie z lecącą muchą albo
pszczołą jest bolesne. A i oparzenia spowodowane dotknięciem gołej łydki rozpalonej rury wydechowej też są częste.
Co prawda buzię widzę w tej łydce,
ale nadal tłumik 1 ja 0
To motocyklista, ale pasażer też może mocno nogę spalić o rurę wydechową.
No,
a jak się zdarzy wywrotka? Już widzę tę, do mięsa, zdartą skórę
czy otwarte złamania kości. Nie przesadzam. Jaskół miał
wywrotkę, był w ubraniu motocyklowym, a i tak miał otwarte
złamanie kości przedramienia i żebro złamane, bo miał klucze w
kieszeni, które pod wpływem siły uderzenia złamały żebro.
Podczas drugiego wypadku- baba w niego wjechała- wszystko przy
małych prędkościach, prawie zerowych- doznał przebicia płuca
przez żebro i miał pogruchotaną łopatkę- miał na sobie porządne
ubranie motocyklowe, a jednak.... To jak to będzie wyglądało,
kiedy gościu w koszulce, bermudkach i klapkach, z motocyklem wywali
się na asfalt?
Przy
decydowaniu się na kupno motocykla, należy liczyć się z tym, że
trzeba mieć odpowiednie ubranie do jazdy. Wprawdzie takie
ubranie nie zawsze chroni na 100%, ale minimalizuje skutki wypadku.
Gdyby Jaskół nie miał ochraniaczy na kolanach, wszytych w spodnie,
pewnie i kolana poszłyby w drzazgi.
Buty-
widuję motocyklistów w różnych butach- kozakach, oficerkach,
adidasach, ale najbezpieczniejsze są buty dedykowane do jazdy na
motocyklu. Są one z grubego materiału, z usztywniaczami oraz często
nieprzemakalne. Ważne, by buty tak, jak u dziecka, „trzymały
kostki” (ochraniały je) i były na tyle wygodne, by dobrze się w
nich prowadziło motocykl. Plecaczek nie prowadzi motocykla, ale buty powinien mieć stricte przeznaczone do jazdy na motocyklu. Mam (nadal) bardzo wygodne buty.
Zresztą
teraz wybór ubrań oraz butów motocyklowych jest ogromny- od tych z
przeznaczeniem do jazdy letniej, po te z przeznaczeniem do jazdy
zimowej. Rękawice są niezbędne nawet latem (chronią skórę przed
zdarciem w razie ewentualnego upadku). Ja mam skórkowe (sztuczne- to
info dla tych oburzających się), dosyć cienkie, ale każdy
motocyklista może sobie dobrać różne w zależności od potrzeb.
Jaskół jeździ dużo i mam tych rękawic sporo.
Można
kupić nawet podgrzewane rękawice, zasilane przez bateryjki wewnętrzne
lub podłączane za pomocą USB do motocykla. A jeszcze lepiej jest
zamontować sobie w motocyklu podgrzewane manetki- właśnie się
przymierzamy do czegoś takiego.
O
kaskach nie będę pisała dużo- ich wybór jest też ogromny
(no i ceny czasem zaporowe)- ja mam kask dołem otwarty, z szybą i
blendą, ale kiedyś miałam COBRĘ- kask szczękowy. Tamta chroniła
szczęki, ale nie miała blendy, a blenda jest naprawdę doskonała
podczas jazdy pod słońce. Teraz można kupić kaski szczękowe
również z blendą oraz różnymi innymi bajerami.
Najważniejsze,
by przy zakupie kask ściśle przylegał do głowy, a gąbka
okalająca (ta na brzegach kasku) powinna również ściśle
przylegać do twarzy (nawet jak czujemy lekki dyskomfort na
początku)- podczas użytkowania wszystko się dopasuje i poluźni
(gąbka się ugniecie). Luźny kask (nawet ściśle zapięty pod
brodą) podczas wypadku może się przesunąć i nie ochroni głowy,
nie zamortyzuje uderzenia. Poza tym.... jak pęd powietrza dostaje
się, między gąbkę a twarz, pod kask, to chyba można ogłuchnąć-
dobry kask chroni również przed hałasem.
Kask,
tak jak motocyklowe ubranie, ma zabezpieczać głowę w razie upadku, a nie
„wyglądać”. Można sobie dobrać dobry, nieduży (czasza) kask,
ale im więcej w nim bajerów, tym czasza musi być większa (gdzieś
te bajery trzeba zamocować).
W
ogóle, te wszystkie szczuplutkie babeczki na ścigaczach w opiętych
skórach, to raczej tak na reklamę, a nie by bezpiecznie dojechać.
Oczywiście,
że można zrobić rewię mody tak samo, jak na plaży, czy na trasie
do Morskiego Oka (klapeczki, krótkie spodenki, szerokie galoty,
które mogą się wkręcić w koło- a one w tym roku takie modne
są), ale motocykliści, którzy podchodzą poważnie do
bezpieczeństwa jazdy, będą bardziej zwracali uwagę na rodzaj
tkaniny- jej ścieralność, nieprzepuszczalność wody lub
oddychanie, grubość, ochraniacze, a dopiero potem na to, jak w tym
wyglądają.
A jak ktoś nie wie, co kupić, to w salonach z odzieżą motocyklową są kompetentni sprzedawcy, którzy dobrze doradzą
Tak to tylko w filmach lub clipach.
P.S.
Do tych wszystkich, co to na motocykl mówią motor, motór, motur
itp. motor to jest w pralce szanowni państwo, jeździ się na
MOTOCYKLACH!
Pałac w Baranowicach po przebudowie na początku XIX wieku.
Po obejrzeniu pałacu w Boryni, wróciliśmy do weta, ale jak już pisałam, ludzi z psami było jeszcze więcej niż za naszym pierwszym podejściem. Zrezygnowaliśmy. Wróciliśmy do weta w sobotę, Beza została przebadana i po wizycie pojechaliśmy zobaczyć następny pałac, który znajduje się na obrzeżach Żor.
Pałac
w Baranowicach miał sporo właścicieli (do XIX wieku), a przy ich
wypisywaniu, można się naprawdę podłamać, ech te nazwiska
niemieckie, austriackie, czeskie i nawet francuskie (straszna
pisownia).
W
przeciwieństwie do historii pałacu w Boryni, historia tego pałacu
jest lepiej udokumentowana, co wprawia mnie w lekką frustrację,
jak zawsze, przy sporej ilości informacji oraz zdjęć- nigdy nie
wiem, co wybrać, by wciągnęło i nie zanudziło. Dla mnie wszystko
jest godne uwagi, ale to jest tylko blog, a jego czytelnicy mają
różne zainteresowania, niekoniecznie historyczne, czy podróżnicze.
W przypadku Baranowic, więcej informacji dotyczy współczesności,
niż jego dawnych dziejów.
Tym
razem wkleję cytat mówiący o tym, kto był w posiadaniu obiektu aż
do XIX wieku.
„Zanim
w Baranowicach powstał Pałac, tereny największej dzielnicy Żor
należały do wielu właścicieli. Najwcześniej, bo już od XV wieku
ich właścicielką była Helena Korybutówna, żona księcia Jana
II. Księżna darowała ziemię rycerzowi Mikundey’owi. W 1436 roku
wykupił je Mikołaj Szoszowski, by następnie sprzedać je Jerzemu
Osińskiemu. Kolejnym właścicielem został Johann von Trach z
Brzezia na Starych Gliwicach, który w 1556 roku za 4650 talarów
wykupił majątek w Baranowicach i bezludne w tym czasie Szoszowy.
Trachowie byli starym szlacheckim rodem i to dzięki nim w XVII wieku
powstał tutaj pierwszy murowany dwór (zwany zamkiem). Pozostałości
pierwszej budowli można znaleźć w trzech pomieszczeniach na
parterze o krzyżowych sklepieniach, które stanowią najstarszą
część pałacu.
Rodzina
Trachów była właścicielami majątku aż do drugiej połowy XVII
wieku. W okresie wojny trzydziestoletniej (1618-1648) dobra zostały
poważnie zrujnowane. W późniejszych latach obiekt przechodził z
rąk do rąk, a jego właścicielem byli między innymi baronowie
Królestwa Czeskiego, cesarski administrator upraw tytoniowych czy
też królewski zarządca żup solnych w Brunn. W latach 1803-1811
Pałac należał do Anny Heleny von Czarnetzkiej, po której śmierci
posiadłość przeszła na córkę Joannę, wdowę po Henryku baronie
von Durant de Sénégas, kapitanie wojsk pruskich. Okres ten zaczyna
dzieje baranowickiej linii Durantów. W tym czasie w miejscowości
żyło 209 osób.”
Rodzina
von Durant pochodziła z Langwedocji. Drugi człon ich nazwiska,
„de
Sénégas”, pochodzi od nazwy ich tamtejszych dóbr rodowych-
Château de Sénégas w Bas Lanquedoc koło Nimes. Jej członkowie
byli hugenotami (ewangelikami). Kiedy za Ludwika XIV, we Francji,
zaczęły się prześladowania innych wiar niż katolicka, Durantowie
uciekli do Brandenburgii, zostawiając we Francji dwie linie rodowe.
W Niemczech ich posiadłością były dobra Strubenberg, a na Górnym
Śląsku, od 1811 r. Baranowice, Szoszowy i Osiny, dziś dzielnice
Żor. Majątki te, na drodze spadku, otrzymała od swojej matki
owdowiała Joanna baronowa Durant de Senegas, z domu von Czarnecka.
Oprócz wymienionych miejscowości, rodzina Durantów posiadała
również majątki w Nowym Dworze oraz Wielowsi, Błażejowicach oraz
Sierotach. W zasadzie główną siedzibą rodu- linii śląskiej,
była Wielowieś i o tej linii zostało sporo informacji w
dokumentach, które ocalały po wojnach.
Herb rodu von Durant de Sénégas
Baranowice
wraz z okolicznymi ziemiami odkupił 11 listopada 1827 r. od Joanny
von Durant, jej syn, Emil baron von Durant de Senegas. Miał dwóch
synów: Hansa i młodszego Emila.
Durantowie
byli właścicielami pałacu w Baranowicach około 100 lat. W tym
czasie wpływali na życie okolicznych wiosek, ale również na życie
miasteczka, jakim były Żory. Emil Henryk Erdmann Konrad von Durant
de Sénégas, był jednym z najbardziej wpływowych ludzi rodu,
którego król pruski mianował landratem powiatu rybnickiego. Za
jego czasów majątek przeżywał koniunkturę i zajmował 6 miejsce
w powiecie. To on zarządził przebudowanie dotychczasowego
barokowego pałacyku w budynek klasycystyczny. W ramach rozbudowy
dobudowano dwa jednopiętrowe skrzydła boczne. Wykonana została
również sztukateria w stylu renesansu włoskiego. Wokół pałacu
kazał założyć park w stylu angielskim.
Hans,
jako pierworodny, odziedziczył po ojcu Baranowice i Szoszowy.
Baron
Hans von Durant, drugi z „panów na Baranowicach”, też zasługuje
na szczególną uwagę. Był oficerem w 3 gwardyjskim pułku ułanów
w Poczdamie. Brał udział w wojnie z Francją. Za wyróżnienie się
męstwem, w bitwie pod Sedanem, został odznaczony Żelaznym Krzyżem
I klasy.
I
tu dygresja- Pałac w Baranowicach był w granicach państwa
pruskiego od wojen śląskich- to było normalnie funkcjonujące
państwo z prawem pruskim i obywatelami pruskimi jako jego
mieszkańcami na tych ziemiach. I to tu było normalne. Najczęściej
właścicielami majątków byli Prusacy/Niemcy, a chłopi deklarowali
się jako Ślązacy- to tak w uproszczeniu. Nie było jakichś
ogromnych niesnasek narodowościowych, bo to funkcjonowało od 1742
roku. Czyli prawie 200 lat- do roku 1922 roku, powiat rybnicki leżał
w państwie pruskim (gdzie tu mowa o jakich rzekomych ziemiach
polskich?).
Hans
von Durant, ze związku z baronówną Elly von Hahn, miał dwie córki
i trzech synów. Pierworodną była Elsa (o niej napiszę na samym
końcu posta, bo była niebanalną kobietą i warto ją bliżej
poznać), młodsza miała na imię Frieda. Pomiędzy siostrami było
trzech braci: Emil, Charles i Constantin.
Rodzina Durantów- od lewej: Frida, potem chłopcy, ale nie wiem, który jest którym, bo nie podpisano, Else, baronowa Elly i baron Hans.
Emil z marł w wieku 30
lat nie założywszy rodziny, Constantin także nie założył
rodziny, natomiast Charles miał dwie córki. Spadkobiercą Hansa był
najstarszy Emil, a po jego bezpotomnej śmierci jego młodszy brat
Constantin (Charles wyjechał, jego żona była Szwajcarką). Ten w
1914 r. sprzedał majątek przedsiębiorstwu Bergwerksgesellschaft
Georg von Giesche’s Erben AG.
Frida,
wyszła za mąż, za swego kuzyna Harrego von Durant z linii
Durantów, posiadających majątek w Wielowsi niedaleko Gliwic.
Rodzina była przeciwna temu małżeństwu ze względu na bliskie
pokrewieństwo. Młodzi zostali poddani trzyletniemu okresowi
próbnemu. Przetrwali ten okres i zawarli ślub. Ani Frieda, ani
Harry nie dziedziczyli rodzinnych posiadłości. Nabyli oni, na
Dolnym Śląsku, majątki: Volfshayn (Wilczy Las) oraz Martinwaldau
(Szczytnica).
Od
czerwca 1914 roku majątek Durantów w Baranowicsch, był już
własnością przedsiębiorstwa Bergwerksgesellschaft Georg von
Giesche’s Erben AG. Tak, tak, spadkobierców tego Gische, który
miała kopalnię „Gische”, a oni wybudowali w Katowicach
Giszowiec- osiedle ogród, dla robotników.
I
znów dygresja- w czasach, kiedy na ziemiach Kongresówki polscy
panowie mieli majątki i niezbyt interesowali się losami chłopów
(znów upraszczam), to na tych „okropnych” ziemiach pruskich (na
tym okropnym Śląsku), przedsiębiorcy budowli dla robotników swych
fabryk osiedla i jako bonus dawali im jeszcze małe ogródki.
Zarządzający
przedsiębiorstwem nakazali zaadaptować pałac na ośrodek wczasowy
dla pracowników kopalni „Gische”.
„W
1926 r. akcjonariat spółki akcyjnej Giesche w Katowicach,
twierdząc, że władze polskie utrudniają jej działalność,
sprzedał akcje koncernowi Silesian-American Corporation – SACo.”
I tu widać jak polskie władze (poplebiscytowe) podchodziły nawet
do tak, wydawałoby się, pozytywnych działań, jakimi było choćby
utworzenie domu wczasowego dla robotników, w kontekście własności
niemieckiej. W sumie to był trudny czas dla Ślązaków,
deklarujących się po stronie albo jednego, albo drugiego państwa.
Nigdy nie wiedzieli, z której strony dotkną ich represje.
„Po
agresji III Rzeszy na na Polskę, 1940 r. zarząd spółki został
usunięty przez okupacyjne władze niemieckie, a macierzysta firma
Giesches Erben odkupiła amerykańskie udziały.”
A
potem w pałacu się działo i to niekoniecznie fajnie. Zjeżdżali
do niego na bibki hitlerowcy (oficerowie różnej rangi), działający
w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu.
Podczas okupacji- hotel dla hitlerowców.
Czasem
polskiej służbie pałacowej udawało się od nich wyciągać
informacje na temat więźniów- kilkunastu ludzi ocalono.
Po
zakończeniu wojny niemiecka spółkę „Gische” znacjonalizowano,
a ziemię należącą do majątku Baranowice, rozparcelowano. Pałac
wtedy przeznaczono na budynek kolonijny dla dzieci pracowników
śląskich hut.
Od
września 1951 roku, w pałacu działała szkoła podstawowa (no
właśnie, kolejny pałac jako miejsce dobre na szkołę.) We
wczesnych latach powojennych organizowano bardzo dużo tzw. czynów
społecznych. Podczas tych czynów podnoszono kraj z ruiny,
porządkowano, naprawiano, budowano. Tak też było w szkole w
Baranowicach. Uczniowie sami doprowadzili park do porządku, wycinali
krzewy, wysypywali ścieżki żwirkiem, stworzyli sobie boisko i posadzili nowe drzewa.
Mimo
dbałości o budynek przez konserwatora zabytków i dyrekcję szkoły,
ten zaczął się bezczelnie, jakby na złość władzy ludowej,
sypać. Kiedy zawalił się kawał sufitu w sali gimnastycznej,
zadecydowano, że dalsza nauka w obiekcie jest niebezpieczna.
Przed remontem czasy współczesne.
W
1990 roku miasto wystawiło pałac na sprzedaż. Pierwszy właściciel
zbankrutował, a kolejny o budynek nie dbał, pałac popadał w
dalszą ruinę, zaczął się walić pałacowy dach i zaczęły pękać
ściany. W 2007 roku Żory postanowiły odkupić obiekt, ruszyły
prace remontowe w miarę możliwości finansowych miasta. Dopiero po
dofinansowaniu z Unii, prace ruszyły na całość i w 2024 roku
wyremontowany pałac został udostępniony mieszkańcom miasta oraz
gminy. Jest on ośrodkiem kulturalnym, gdzie prowadzi się wiele
zajęć w ramach różnych pracowni, a także kółek zainteresowań,
organizuje imprezy kulturalne. W pałacu jest również restauracja
Charlotta. Więcej o odremontowanym pałacu napiszę w kolejnym
poście.
Odrestaurowano i
urządzono również park pałacowy- jest on nadal w stylu
angielskim.
Wracając
do Durantów- Else, pierworodna córka rotmistrza, była koneserką
sztuki i w swoich prywatnych zbiorach posiadała obrazy olejne:
Vincenta van Gogha („L’Arlesienne, Madame Ginoux”), Paula
Cézanne’a („Pejzaż”) i Paula Gauguina („Inwokacja”).
Wyszła
za mąż za okulistę Rudolfa Tischnera i odtąd była znana w
świecie artystycznym jako Else Tischner von Durant.
Else
była artystką malarką- wykształcenie artystycznie zdobyła w
Paryżu- tam poznała wielu przedstawicieli francuskiego
impresjonizmu oraz studiowała w Monachium w Damen- Akademie. Jedne
źródła podają, że na stałe osiadła w Paryżu, inne, że w
Monachium (w 1901 roku). W latach 1911-1913 mieszkała we Fryzyndze.
Tam urodziła córkę (1913 rok).
We
Fryzyndze (Freising) została zapamiętana nie tylko jako malarka,
ale również jako właścicielka cennych obrazów oraz promotorka
młodych artystów. Francuska sztuka nowoczesna, cieszyła się
ogromną popularnością wśród niemieckich koneserów, te dobra
stanowiły ponoć ekskluzywny styl życia. Tegoż samego roku rodzina
przeprowadziła się do Monachium i dwa lata później zbudowała dom
w Icking.
Prawdopodobnie z matką- zdjęcie pochodzi z czasów, kiedy mieszkała jeszcze w Baranowicach.
Else
była przedstawicielką artystycznej awangardy niemieckiej. Jej
dorobek obejmuje około 130 prac malarskich, rysunkowych, graficznych
oraz projektów tapiserii. Malowała portrety, pejzaże, martwe
natury. Często w technice olejnej. Zachowały się zdjęcia obrazów
z motywami Freisinga. Same obrazy spłonęły podczas II wojny. Else
funkcjonowała w świadomości społecznej bardziej jako
kolekcjonerka dzieł sztuki niż malarka, toteż nie katalogowano jej
obrazów. W necie, mimo długich poszukiwań, znalazłam tylko jej dwa obrazy-
martwą naturę (panel) oraz portret męża.
W
życiu prywatnym nie była szczęśliwa. W 1917 roku rozwiodła się.
Z powodów ekonomicznych została zmuszona do sprzedaży trzech
obrazów ze swej cennej kolekcji. Podczas II wojny światowej, w 1944
roku, mieszkanie baronowej, w Monachium, zostało zbombardowane. W
tym samym roku jej córka popełniła samobójstwo.
Po
nieszczęściach dwóch wojen, rozwodzie, śmierci córki, na starość
przeniosła się do Moosburga, gdzie zamieszkała w prymitywnej
chacie z małym ogródkiem. Do samego końca jej życia, odwiedzali
ją znani malarze.
W
liście do znajomego (1954 rok) pisała: „Nigdy nie przypuszczałam,
że stanę się tak biedna. Zmarła w 1958 roku. Obrazy z jej słynnej
kolekcji, z roku na rok zyskiwały coraz większą cenę. Paradoksem
jest to, że Elsa zmarła jako biedaczka, mając w posiadaniu tak
cenne obrazy.
O
Else von Durant dowiedziałam się więcej z zagranicznych wpisów w
Necie niż z notki w izbie pamięci.
To
przetłumaczona przez translator notka, którą znalazłam na stronie
„manuskrypty”. Jest to list Franza Marca do Elsy von Durant. Z
malarzem łączyła j przyjaźń, ale bardziej wystąpiła w jego
życiu jako promotorka jego twórczości. Else kupowała jego dzieła
oraz dzieła innych młodych artystów, zanim stali się sławni,
wspomagając w ten sposób ich twórczość. W 1916 roku Marc zmarł,
ale Else dalej promowała jego malarstwo
„ Z
niemieckiego
Malarce i kolekcjonerce sztuki Elsie Tischner-von Durant (1876–1958), która właśnie kończyła swój pobyt w Paryżu, Marc przesyła swoje i Marie Schnür (1869–1934), którą poślubił kilka tygodni wcześniej, „najserdeczniejsze pozdrowienia dla wszystkich pięknych rzeczy, które tam są” i życzy „abyście przeprowadzili się na wieś niedaleko nas tego lata…”. W każdym razie, powinna odwiedzić Marców w ich domu przy Schellingstrasse w Monachium natychmiast po powrocie. Baronowa, urodzona we Wrocławiu, która spędziła pewien czas w Paryżu i uczęszczała do monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych, wyszła za mąż za okulistę Rudolfa Tischnera w 1909 roku, z którym w 1911 roku przeprowadziła się do Fryzyngi.Tischner-von Durant była znaną kolekcjonerką sztuki – posiadała dzieła między innymi Van Gogha, Cézanne'a i Gauguina – a sama była utalentowaną malarką, blisko związaną z Marcem, Schnürem i Jawlenskim. Jej twórczość została ponownie odkryta dopiero niedawno.”
Po lewej oryginał listu Franza marca, po prawej tłumaczenia-niemieckie i angielskie. W źródłach adres strony, na której to znalazłam.
Niedawno
UM Żory wydał książkę poświęconą tej artystce. Na pewno w
niej znajduje się wiele interesujących informacji o życiu tej
malarki.
Jak
wygląda pałac współcześnie, napiszę w następnym poście o
Baranowicach.
Może
znów o tym, co „tu i teraz”? Chociaż po prawdzie, wszystko
dzieje się w normie. Czerwiec, zbliża się lato to i upały się
zaczęły. W tym roku cieszę się, że będzie gorąco, bo ostatnio
coś zbyt marznę. SKS- krew płynie wolniej, palce marzną, nos
marznie... no i schudło się, to też sadełka mniej do grzania.
Dzisiaj o 6 rano było +17 stopni ciepła. Po śniadaniu zdążyłam
przyciąć wystające gałęzie za płotem przy bramie i potem
musiałam wiać do domu, bo zrobiło się za ciepło. Gdy są takie
upały, to w ogrodzie najlepiej pracować rano. Potem temperatura
rośnie i po południu osiąga maksimum. Wtedy o pracy w ogrodzie nie
ma mowy. Przynajmniej ja, w takiej wysokiej temperaturze, nie potrafię
pracować.
Wieczorami,
które są bardzo długo jasne, popiskują młode sowy uszatki. Ich
cichutkie głosy już nie wzbudzają we mnie niepokoju, że w coraz
większym mroku, coś złego się dzieje. Nawet „zawodzący”, w
pobliskim zagajniku, puszczyk, teraz bardziej mnie cieszy niż wzbudza lęk.
W
zeszłym tygodniu, na lipie, nad sklepem, siedziała płomykówka i
darła się okropnie. Jeżeli ktoś choć raz słyszał płomykówkę
(nie, nie jej popiskiwania, a krzyki) to wie, jakie może emocje
wywolywać. Jakby kota obdzierali ze skóry. Straszny wrzask.
Ale
zanim nastanie zmrok, w ogrodzie koncertują drozdy. To już ich
ostatnie śpiewy. Przyjdzie lipiec i ptaki zamilkną. Jeszcze tylko
zaganiacze, są w ogrodzie dwa, będą śpiewać. No i pewnie
przeniosą się tutaj wilgi. Już parę razy gwizdały melodyjnie. A
kosy to całe lato pogwizdują i koncertują, ale ciszej, mniej
nachalnie.
W
ogrodzie busz. Wszystko, co zielone postanowiło podwoić objętość.
Zwłaszcza dzikie róże, takie z kiściami drobnych kwiatków,
rozrastają się w tempie kosmicznym. Połowę wytnę do ziemi- jedne
mogą plot zawalić, inne wrosły w krzewy ozdobne.
Te róże są śliczne, kiedy kwitną. Mają też ładne drobne owoce, których żaden ptak nie je. Owoce szybko czernieją i całość robi się smętna.
No i ślimole się
ruszyły, ale ich jakby dużo mniej w tym roku. Wczoraj, przy
tarasowych schodach, znalazłam trzy ogromne pomrowy. Te akurat są
pożyteczne i nazywa się je czyścicielami środowiska- żrą tylko
zwiędłe zieleniny oraz wyżerają jaja ślinnika luzytańskiego (
tej rudej cholery, co to w ciągu nocy potrafi pół ogrodu wyżreć).
Pomrow jest czarny w cętki- taki lamparci ślimol i raczej nie można
go pomylić ze ślinnikiem. Jak takie macie, to je zostawcie-
rozprawią się z jajami rudych (w przyszłym roku będzie ich mniej).
A
na czerwcowym niebie dzieje się. Różne koniunkcje odchodzą. Obie na zachodnim wieczornym niebie.
Wenus i Jowisz.
Księżyc i Wenus.
Zarzekałam
się kiedyś, że tej paskudnej Kofoli nie tknę, bo ma chemiczny
smak. Ostatnio idę przez market i co widzę? Kofola stoi sobie na
półce i dumnie się pręży. Kofola w Polsce w podrzędnym
markecie. Kupiłam. Ale albo zapomniałam smak tej czeskiej, albo ta
jednak jest „podrabiana”, bo smakuje inaczej niż w
Czechach. A może z moim smakiem i kofolą jest podobnie jak z
„okiem” u Wiecha, który podsumował niedowiarka- „Apteczne
złudzenie ludzkiego oka”.
Prywatny serial "Północ-Południe"
Skończyłam
dziergać na krośnie dziewiarskim pasy, z których zszyję kocyk. Na razie pasy są kolorystycznie dobrane byle jak. Kolorowe elementy są nierówne, bo różne długości włoczki były w poszczególnych motkach. Chciałam te motki zużyć, dlatego niezbyt dbałam o to czy równe będą z nich elementy, czy nie. Trochę miejsca w koszu z włóczkami się zrobiło i o to chodziło.
Tkanie też
postępuje- już są 2/3 gobelinu. Ale ostatnio nie chce mi się ani
dziergać, ani haftować, ani szyć. A szycie mnie czeka dosyć
porządne, bo kupiłam interesujący przyrząd do robienia pasków,
by je potem zszywać w chodniki. Mam do diabła i trochę resztek
różnych tkanin. Kiedyś myślałam, że będę szyła patchworki.
Uszyłam dwa i stwierdziłam, że do tego trzeba mieć dobre
akcesoria, i jeszcze lepszą maszyną. Mam nożyk, matę,
linijki...jednak nie wydam forsy na kolejnego bzika, by mieć
potrzebnego ustrojstwa więcej i w ogóle- może aplikacje, ale
patchwork to też nie moja bajka.
Przyrząd sprowadzony jest z Azji
za malutkie pieniądze. W naszych sklepach takie cudo? Zapomnij. Tak,
jak porządnych akcesoriów do tkania, haftu, czy innych robótek, w
polskich sklepach, nie uświadczysz, tak i takich różnych fikuśnych
bajerów do szycia też nie zobaczysz. Filmiki- instrukcje do szycia
dywaników z pasków, są na YT. Mogłabym wprawdzie porwać tkaniny
na paski (wystrzępione) i utkać z nich dywaniki, jednak na tkanie
to ja mam inne pomysły, a tkanin trzeba się jakoś pozbyć, bo
zawalają dwa kosze i pół kredensu.
W ogrodzie sister wielkie ucho zakwitł tulipanowiec. Dwa lata temu wichura złamała jego główny pień, ale został mniejszy i boczny, dosyć duży konar.
Bardzo podoba mi się zestaw kolorów na kwiatach, a zwłaszcza ten pomarańczowy pasek na kielichach. Bardzo to dekoracyjne
Ciekawostka
sklepowa- wybieram pieczarki z pudełka i nagle słyszę głos pani
układającej serki w chłodni:
Niech
pani powie przy kasie, że to są pieczarki przecenione.
A
dlaczego są przecenione?- pytam.
No,
bo... no bo...- zacukała się pani- Bo są trochę pomarszczone.
Tam w chłodni ma pani w normalnej cenie
Dobrze,
powiem- mówię i przyglądam się pieczarkom, owszem są mniejsze,
ale jeszcze całkiem dobre, nie suche, nie ciemne, jędrne. Nie chce
mi się wysypywać ich z powrotem do pudełka. Ustne info. o
przecenie nie robi na mnie wrażenia. Pani poszła na zaplecze, a ja
obchodzę pudełko z pieczarkami z jednej strony, potem z drugiej,
szukam informacji o przecenie. Nie ma. Zresztą ceny tych pieczarek
też nie było na pudełku. Jak myślicie, co mówią przy kasie
klienci, którzy kupują te pieczarki? Ano nic, bo ich nikt nie
informuje, że są przecenione. Ja miałam akurat szczęście, że
ekspedientka wykładała serki, ale przecież nie robi tego przez
cały dzień. Nie zdążyłam zapytać, o tę informację. A szkoda.
Wkurzają mnie takie małe sklepowe szwindelki. A w tym sklepie to
się często zdarza.
W
lasku dojrzewają truskawki i trwa wyścig, kto pierwszy z nich
skorzysta- ja czy ślimole.
Nie ma jednak naporu, bo kupujemy
truskawki od okolicznych plantatorów. Miska ze świeżymi stoi obok
na biurku i nieziemsko z niej pachnie dojrzałymi owocami. Wiecie,
takimi nagrzanymi słońcem. Zapach lata i wakacji.
Tego "Brudnika" czyta teraz Jaskół. Tak się fajnie składa, że mamy zbliżone upodobania czytelnicze.
A ja skończyłam
przedostatnią (ze wszystkich napisanych przez niego), książkę (Brudnika książka, nie Jaskóła)- mam wszystkie jego pozycje. Oprócz kryminałów, Brudnik
napisał dwie książki sensacyjno- kryminalne w stylu Cusslera, czy
Folletta. Nie można ich dostać w księgarniach int.- wyprzedane.
Kupiłam używane na Allegro.
Warto
było. To się po prostu czyta jednym tchem. Przeczytałam „May- Day”
i zabieram się do „Frachtu”.
Beza- lubi kłaść się obok ławeczki na dole ogrodu i "wciągać wiatr".
Kochany pyszczor😊
Nie jestem sentymentalna, ale to wykonanie wzruszyło mnie bardzo.