Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

05 lipca 2026

Codzienność też jest interesująca.

 

Zrobiło się normalne fajne lato. Temperatura znośna, opady znośne, tylko kwiatów w tym roku mniej.

Udało mi się wykosić trawniki przed deszczem. Aktualnie pada. Kosiłam na wysokich kołach- trawa ma 15 centymetrów- to info. dla tych, co to uważają za grzech śmiertelny koszenie trawników. Na temat koszenia pisałam kilka razy i nie będę do tego wracać. U nas się kosi na wysoko, a tam, gdzie w ogrodzie „dzikie lasy i przestrzenie”, nie wykaszamy oraz zostawiamy bujnie rosnące pokrzywy oraz inne chwasty (najwięcej siewek dzikiej róży i z nią jednak muszę zrobić porządek). Taki mam kaprys i fantazję- niech sobie dla żywiny rozmaitej stanowią dziki mały świat.

Wycięłam przekwitnięte kwiaty- jedne rośliny zakwitną na nowo, inne już zupełnie zakończyły kwitnienie.

Na kopcu rozsączającym zrobił się busz nie do opanowania. Zresztą zostawiam go teraz na dziko i w tym dzikim chaosie jest piękny- różne iglaki, smotrawa, clematis...i gdzieniegdzie dorodne pokrzywy, do których, na razie, nie mogę się przez tę gęstwinę dobrać.

 Bezę przyzwyczailiśmy- jak szczeniaka- do wychodzenia na siusiu. Ona sama już nie czuje, że musi. Idzie nam to coraz lepiej, coraz mniej mokrych śladów. Nie robi już problemów i wchodzi pod prysznic, by jej umyć pupę (z siuśków, kiedy się jej w domu przydarzy), gdy tylko zobaczy, że biorę jej ręcznik. Ona zawsze wchodziła pod prysznic bez oporów, ale przez ostatnie trzy miesiące tylko podstępem ją tam zwabialiśmy. I nie wiemy dlaczego nagle przestała wchodzić do łazienki z własnej woli, i nie wiemy, dlaczego znów to, bez protestu, robi. Może coś jej dokuczało? Coś, co wiązało się z myciem? Ale ja zawsze ją delikatnie tratowałam, spokojnie i woda była ciepła. Ale teraz jest dobrze, mądra Bezunia, bardzo mądra, zawsze szybko się uczyła i robi to nadal.

 Przywieźli piec CO- ogromny grzmot. Na razie stoi na parkingu przykryty plandeką i czeka na montaż. Kiedy to będzie? Ponoć w lipcu, taka była wstępna umowa. Zobaczymy. Już się cieszę na nowy rodzaj grzania- bez czyszczenia pieca, wynoszenia popiołu i tych wszystkich prac przy utrzymywaniu ognia. Nie były one jakoś mocno uciążliwe, ale jednak noszenie opału do piwnicy wymagało wysiłku i czasu. Ten nowy załaduje się raz na dobę i grzeje, wszystko robi automatyka. W starym rozpalałam (ja, bo to lubiłam i wiedziałam co i jak przy nim robić, opał znosili domowi panowie) po południu, a potem piec powoli wygaszał się przez noc. W związku z tym rano i do południa w domu było chłodno. Nowy piec CO będzie trzymał stałą temperaturę, w całym domu, na okrągło.

Rano będzie ciepło. Ja do porannego wychłodzonego domu jestem przyzwyczajona. Zimą, w leśniczówce, kiedy były jeszcze piece, jak się budziliśmy, to w pokoju było nie więcej niż 10 stopni, a wydaje mi się, że czasami (przy wielkich mrozach) mniej. Pamiętam, że ubrania były lodowate i często ubierałam się pod pierzyną, by się nie wychłodzić. W łazience lodowato, bo komu by się chciało rano rozpalać piecyk, w kuchni grzał tylko piec z blachą. Woda do mycia lodowata... no i znam, no i wiem, no i nie chcę tego więcej, ale poranne zimno mi nie straszne. Nawet, kiedy w leśniczówce założono centralne ogrzewanie, to i tak rano było w pokojach chłodno, bo piec nie trzymał temperatury, jak się do niego, co jakiś czas, nie dokładało węgla. Ale już było lepiej.

Najlepiej było, kiedy mieszkaliśmy w bloku. jednak to był blok budowany za komuny i okna w nim były nieszczelne, ciepło szybko uciekało- upychałam w te szpary gazety. Niemnie kaloryfery grzały cały czas.

Oczywiście, że można było dokładać opał w starym piecu CO cały czas, ale po jednym sezonie takiego grzania, poszlibyśmy z torbami. Bardzo drogie jest takie całodobowe grzanie przy starym typie pieca. Opalanie groszkiem w piecu nowej generacji mieści się cenowo w granicach przeciętnych kosztów ogrzewania domu takiego, jak nasz. Każdy inny sposób ogrzewania- pompa (żre prąd), gaz, czy nawet pelet- staje się kosmicznie drogi.

Przyznam się do czegoś, co może niektórych lekko bulwersować- nawet w największe upały, kiedy była taka lampa, że wszystko w mig schło, robiłam suszenie prania w suszarce. Trochę miałam wyrzut, bo... no, wiem, że pranie zdjęte ze sznura pachnie i jest takie podszyte wiatrem, ale to pranie wyjęte z suszarki wcale nie jest gorsze. A wręcz przeciwnie, jeszcze dodatkowo jest miękkie. Zachwycona jestem ręcznikami, kiedy wyjmę je z suszarki- mięciutkie, puchate, pachnące.

Suszenie na sznurze wymaga trzymania, przy wieszaniu każdej sztuki prania, rąk w górze, a tu już mnie kręgosłup nie puszcza. Myślałam, że może tylko pościel będę suszyła na sznurach, ale i na to odeszła mi ochota. I tak sobie myślę, jak to się wszystko zmienia- kiedyś tęskniłam za dobrą pogodą, kiedy będę mogła wywiesić pranie na sznury w ogrodzie, teraz cieszę się, że po dwóch godzinach suszenia, mam wszystko, oprócz prania do prasowania, ułożone w szafach i nie muszę latać do ogrodu. I to niezależnie od pogody- mogę prać kilka prań nawet jak na dworze leje.

Kończą się czereśnie, owoce morwy dojrzewają tylko na jej wierzchołku, a na dole ich, w tym roku, nie ma.

 

Dojrzewają maliny- żółte i czerwone, porzeczki- żółte i czerwone, 




borówki amerykańskie,

 malinojeżyny. 

Owoce porzeczek jeszcze w normie, ale owoce malinojeżyny malutkie i suche. Natomiast owoce borówek twarde i kwaśne. Brak wody daje się we znaki. 
W misce wydaje się ich mało, ale dobry kilogram obrałam.

Ugotowałam  z nich kompot. By przełamać kwaskowaty smak porzeczek oraz by nie był zbyt słodki, dałam tylko dwie łyżki cukru. Taki kompot, wyjęty z lodówki, to pychota w letnie dni. 

Natomiast owoce poziomki indyjskiej są dorodne, wabią swą czerwienią. Ładne są, ale to paskudztwo- bardzo szybko zadarnia ogromne połacie ogrodu, kwitnie malutkimi żółtymi kwiatami, a potem ma takie piękne owoce. Jest jadalna, ma podobno mdły smak, bez aromatu, ale ja wolę nie próbować. Niestety, muszę z tymi poziomkami zrobić porządek- wyrwać i na kompost. 

 Kwitnie katalpa (surmia). Piękna jest jej korona, wyglądająca jakby była oblepiona bitą śmietaną.

Widok z tarasu.



Na dużym tarasie zakwitły dwa amarylisy. 


Iga.... no tak... napisałam, że jakoś nie widzę jej nawet w półfinale. Hmmmm.... jest mi przykro, bo jednak to paskudna porażka, jakby nie było, dobrej tenisistki. Co ja mówię, do pewnego czasu najlepszej... ale ona po, wydałoby się chwilowym, załamaniu formy, powinna grać coraz lepiej. Wszak zmieniła po to trenera, a tu.... ech....Rozmawiamy z Jaskółem o grze różnych tenisistek, o przebiegu meczy, typujemy. Co do Igi jesteśmy zgodni, ale nie będę tu o tym pisać, wszak w Internetach pełno jest znawców wszystkiego. Nie będę się mądrzyć, a jednak nasze spostrzeżenia potwierdza gra Igi. Naprawdę przykre. Smutne jest również to, ze Iga zaczyna zachowywać się na korcie arogancko. I to się powtarza.

Nasz kolega motocyklista „rzeźbi” świetne rzeczy z drutu. Ostatnio głównym motywem jego rzeźb, były szczury. To jednak jest temat na osobny post. Gdzieś w czeluściach zakładki tkwią jeszcze nieopisane do końca Cziczmany, a jeszcze głębiej tkwi niedokończony post o wołoskim skansenie w Rożnowie na Morawach i jeszcze do opisania zloty motocyklowe, na których się „działo”. Świat jest piękny z tą niesamowitą ilością interesujących tematów do poznania oraz, być może, do opisania tutaj. Jednak jako następny, będzie post o damach: białej oraz czarnej- duchach pałacu w Baranowicach.

03 lipca 2026

Nie poszedł na zmarnowanie.

 


Pałac w Baranowicach został pięknie odnowiony i jak to się ładnie określa, służy społeczeństwu. Jest w nim ośrodek kultury i dużo się pod tym względem w nim dzieje.

Na ogół, gdy jesteśmy z Bezą, to nie zwiedzamy pałaców w środku- oczywiście tych, które są udostępnione. Tym razem Jaskół poszedł z psem do parku, a ja kurcgalopkiem przeleciałam się po wnętrzu. 

I tak- wchodzi się do niewielkiego holiku z przeszklonymi drzwiami, na wprost wejścia, do dalszej części holu i na klatkę schodową. Po prawej stronie znajduje się sala muzealna, po lewej zejście do restauracji Charlotta. Wstęp do sali muzealnej kosztuje jedyne 5 złotych. Kupiłam bilet, recepcjonistka otworzyła mi drzwi do sali, objaśniła jak korzystać z tablic interaktywnych i poszła do swoich zajęć. Taaaaa... są tablice interaktywne, ale by zobaczyć, co mają w sobie, trzeba czasu. Każda z nich opowiada o jakiejś historii: o historii wsi i losie chłopów, o historii pałacu, o historii miejscowości, o szkolnictwie w Baranowicach i okolicznych wsiach oraz o historii i życiu rodu von Durant. Niestety musiałam z nich zrezygnować. 

 


Natomiast bardzo interesujący zabieg zrobiono ze zdjęciami- na ścianach umieszczone są małe drzwiczki- otwierasz je, a tam zdjęcie, a po wewnętrznej stronie drzwiczek, lub nad nimi, informacja, co zdjęcie przedstawia. 

 


Oprócz zdjęć „za drzwiczkami”, na ścianach wiszą normalnie zdjęcia w ramkach. Nim pani poszła, zdążyłam zapytać, czy meble, które zauważyłam w holu i w izbie, są oryginalne z pałacu. Nie są- to zbieranina, co kto daruje. A jakże, jak mogłam, zapomnieć, że ta swołocz ruska, jak tylko zalazła się w pałacu, to wszystko rozkradła, zniszczyła lub spaliła. Bo to niemieckie przecież było, a jakby było śląskie to i tak było niemieckie.


 
Części kafelek i ścian z polichromią ze starego pałacu.


W izbie znajdowało się kilka mebli oraz pianola. Należy nacisnąć oznaczony klawisz i pianola wygrywa melodię.

 

Po obejrzeniu zdjęć i eksponatów w izbie muzealnej, poszłam na piętro schodami, których oryginalna konstrukcja zachowała się w całości. 

 Na klatce ściany z polichromią, wiernie odtworzoną ze starego pałacu.



Na pierwszym piętrze  obejrzałam kilka sal ( jedne puste, inne z meblami) z bardzo ładnymi secesyjnymi polichromiami oraz salę, w której są duże regały z książkami, grami- tu można przyjść, posiedzieć, pograć w gry i poczytać książkę. Wystrój sali (oprócz stołów i krzeseł wyraźnie świetlicowych) jest taki, jaki był za baronostwa- kominek, zegar, zdjęcia rodziny von Durant oraz trofea myśliwskie na ścianach. 

 



 


 

W innej sali stały: sekretarzyk, pianino i fortepian z małym skrzydłem.

 

Na tym piętrze są nowoczesne, obszerne i bardzo czyste ubikacje i duża szatnia. Obok ubikacji jest przeszklony szyb, w którym kursuje nowoczesna winda. Na drugim piętrze sale były zamknięte, a mnie poniosło na poddasze, na którym była wystawa malarstwa współczesnego. 

 


Nie weszłam, nie obejrzałam, zobaczyłam plakat i zdecydowałam, że nie, raczej to nie to, co mnie interesuje. Schodami wyszłam na górę, schodami zeszłam.

Już o tym pisałam, ale jeszcze raz powtórzę- zawsze, kiedy jestem w muzeum albo w takich izbach muzealnych, albo w skansenie, po prostu w miejscach, gdzie nagromadzono sporo rzeczy wartych pamięci i wartych, by o nich opowiedzieć, czuję się przytłoczona- wpadam w frustrację, bo wszystko mi się podoba, o wszystkim chciałabym opowiedzieć, a tu jednak ograniczenia są. I tak samo było tym razem. Izba muzealna niby nieduża, tych eksponatów było kilka, ale zdjęć z opisami dużo no i te tablice zawierające mnóstwo fajnej wiedzy. Może gdybym miała więcej czasu, to wybrałabym to, co najbardziej interesujące, a tak przeleciałam, pooglądałam, trochę zdjęć zrobiłam, mając nadzieję, że resztę sobie w Necie znajdę. A w Necie posucha i te same informacje powielane na różnych stronach. I jak na ironię, w tej izbie było sporo informacji na temat życia na wsi w XIX i na początku XX wieku, czyli to, co też bardzo mnie interesuje, ale ja skupiłam się na życiu „pałacu”, bo na nic innego czasu mi nie starczyło. Bo jak ma być o pałacu, to piszę o pałacu. A o wsi pszczyńskiej też kiedyś napiszę post przy okazji opisu naszego pobytu w skansenie w Pszczynie.

W sumie pałac zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie- czysto, świeżo, przestronnie. Ludzi o tej porze mało, sporo fajnych rzeczy do zobaczenia.  

A teraz wróćmy do momentu, kiedy weszłam do środka budynku. Weszłam i dech mi zaparło- tak pięknej secesji dawno nie widziałam.Poza tym nie spodziewałam się czegoś takiego w tym pałacu. Chodzi mi o to, że nie zawsze, podczas odnawiania starych pałaców, zachowuje się jego wygląd, wystój, elementy w takiej postaci, w jakiej były przed popadnięciem w ruinę. Nie czarujmy się, bywa, że konserwator przymyka oko z jakichś wiadomych tylko jemu i właścicielowi powodów. A tu starano się odnowić wszystko z zachowanie tego, co było kiedyś charakterystyczne dla budynku. A i tak konserwator zgodził się dobudować oszklony taras dla restauracji, chociaż pierwotnie był tylko balkon. Na szczęście jest on świetnie wkomponowany w budynek i nie razi.

Spójrzcie na te ściany z przepięknymi polichromiami. Mnie urzekły nie tylko ich wzory, ale i kolorystyka.

Na górnym zdjęciu fragment oryginalnej ściany z polichromią ze starego pałacu. Na dolnym polichromia, która zdobi ściany na pierwszym piętrze. 

 
Zdjęcie oryginalnej ściany, zrobione podczas remontu.

Poniżej, z lewej- polichromia panel między drzwiami do WC. Po prawej fragment polichromii na ścianie korytarza na pierwszym piętrze.

Korytarz na pierwszym piętrze

 
Po lewej ten sam panel między drzwiami, po prawej fragment ściany w holu przy wejściu do pałacu.
Wchodzisz do pałacu i po lewej widzisz na ścianie to piękne secesyjne malowidło.
A na suficie to. 

 

W salach

 Polichromia na ścianie w  recepcji 


Kiedy zobaczyłam polichromie w recepcji, zaraz na początku zwiedzania pałacu, zapytałam, czy to oryginalne polichromie.

  • Część tak, a większość ścian starano się odnowić z zachowaniem ich wyglądu za czasów baronostwa. Jak pani pójdzie na piętro i wyżej, to zobaczy pani tego więcej.- Odparła recepcjonistka i spojrzała na mnie z zainteresowaniem.

  • Na pewno pójdę, a teraz proszę otworzyć mi salę muzealną.

Nie chciałam rozwijać gadki o moich zainteresowaniach i o tym, że ze wszystkich stylów najbardziej lubię i najbardziej podoba mi się właśnie ten.

I tak ciągle przeglądam zdjęcia z tymi „malunkami”, i zastanawiam się, gdzie można by je wykorzystać- do haftu? Do gobelinów?

Budynek pałacu reprezentuje dwa style architektoniczne- elewacja frontowa jest przebudowana w stylu późnego renesansu północnego, pozostałe części budynku są w stylu klasycystycznym. Pierwszy pałac był w stylu barokowym, dopiero von Durant przebudował go w tych dwóch stylach. 

Pocztówka z rysunkiem pałacu barokowego ( rysunek w okręgu).

Wewnątrz pałacu są pozostałości po starym budynku- sklepienia łukowe. Oprócz części zachowanych polichromii, zachowały się również posadzki. Podczas renowacji ruiny, do głównego budynku dobudowano oszkloną przybudówkę pod pierwotnym balkonem- obecnie część restauracji.

Budynek pomalowano na stonowany kremowy kolor- dla mnie super. Już przy opisywaniu pałacu w Boryni, mówiłam, że takie stonowane kolory sprawiają, iż pałace są eleganckie, dystyngowane. W pałacu,w Baranowicach, pomalowane na zielono gzymsy oraz inne elementy elewacji, dodają budynkowi uroku i nadają mu lekkości.

 

Nawet ta nowoczesna, szklana przybudówka restauracji nie razi, bo kolorystycznie nie odbiega od ściany budynku.

Wokół pałacu zrobione są chodniki wysypane żwirkiem, a na ich obrzeżu, od strony pałacu, ciągną się wąskie rabaty, obsadzone niskimi krzaczkami róż herbacianych. Bardzo to stylowe.
 

Zdjęcia z podanych źródeł i własne.

https://sokoliszlak.cba.pl/?page_id=11633

https://www.slaskie.travel/culturalheritage/15734/palac-w-zorach-baranowicach

https://palacbaranowice.zory.pl/

https://www.polskieszlaki.pl/palac-baranowice-w-zorach/

29 czerwca 2026

Ostatnie dni czerwca.

 


 

Wszyscy w tym siedzimy, to nie będę podkreślać, że u nas też gorąco ponad normę.

W sobotę o 11 rano, na wschodnim tarasie, było tak.


 

W niedzielę tak



Dzisiaj nie zrobiłam zdjęcia, bo jest tak samo jak wczoraj. Podobno jeszcze jutro ma być ponad 30 stopni, a potem będzie spadek temperatury i jakieś burze wróżą. 


 

W domu da się wytrzymać, ale coraz trudniej. Przez te parę dni solidnego upału, wzrosła temperatura nocami i już nie można rankiem schłodzić domu. Cały czas są zasunięte rolety, zasunięte zasłony, by zatrzymać gorące powietrze za szybami.

W takie upały widzimy, że dom jest dobrze izolowany. Przynajmniej parter, bo piętro nagrzewa się szybciej od dachu, mimo, iż jest wysoki strych oraz gruba izolacja na stropie. Strych działa również jak izolacja, a jednak rozgrzana blacha robi swoje.

Siedzimy w domu i przeczekujemy- książki, tkanie, sport, drzemki- nawet sprzątać mi się nie chce choćby tak pobieżnie... Przeglądam na YT filmiki z szyciem na maszynie. Coś we mnie dojrzewa- pewnie już za moment wyjmę ją z szafy i zacznę coś tworzyć. Ale na razie to gorąco mnie zniechęca do działania.

Trochę czuję upał w sercu. Nie żeby coś drastycznego, ale taki lekki ucisk.

Piję wodę przegotowaną i jem lody- dużo lodów i o dziwo nie tyję, a wręcz odwrotnie schudłam o 1,5 kilo. Cuda, panie, cuda:) Obiady lekkie czyli takie na zasadzie- cokolwiek, byle z głodu nie paść- ziemniaki z maślanką, sałatka z zieleniny i jajka sadzone, czasem tylko pizza lub frytki. Styknie.

Na kościach letnie kolorowe sukienki- w to lato nareszcie je noszę, a jest ich sporo.

Nie kosimy, na razie, trawników. Trawę skosimy po deszczu i na wysoko. A ona rośnie i szumi. W takim upale na pewno nie należy kosić, bo trawa trzyma chłód i wilgoć, a poza tym, trochę żywiny jednak w niej żyje.

Codziennie przeżywam małe radości. Tak, dla mnie to są niesamowite przeżycia, choć innym wydawałoby się, że: „co w tym dziwnego i radosnego?”

Wczoraj widziałam małą mysz, przebijającą się przez gęstą trawę. To znaczy najpierw widziałam, jak rusza się trawa, a gdy ją rozchyliłam, to zobaczyłam tego małego śmiesznego futrzaka.

A po południu rozległ się nad parkingiem straszny hałas. To sroki grzechotały na całego. Nauczona tym, że one lubią młode wiewióreczki (jedną z takiego rozbitego przez sroki gniazda uratowaliśmy- gdzieś w historii jest post w zakładce „Wiewiórki”) wybierać z gniazda (tudzież pisklaki), poleciałam je pogonić. Dotarłam do furtki na parking i co zobaczyłam? Sześć albo siedem (szybko liczyłam) młodych srok siedziało na kablu elektrycznym, a dwie stare latały nad nimi. Po raz kolejny rodzinka srok odwiedziła nasz ogród w takiej grupie. Oczywiście, że jak mnie zobaczyły, to poderwały się z wrzaskiem i poleciały robić rejwach na brzozy. Nie zdążyłam zabrać aparatu w tym galopie by ratować młode obojętnie co i nie mam zdjęć, ale mam zdjęcia inne, ze srokami w roli głównej.



 

Z domu ruszam się tylko bardzo wczesnym rankiem na poranny spacer z Bezą- powietrze rześkie, pachnące, jeszcze da się wytrzymać. Potem uzupełniam wodę w poidłach dla ptaków i na cały długi dzień znikam w domu. Chociaż nie, co jakiś czasy wychodzę z Bezą na trawnik, by zrobiła siusiu. Odkąd ma kłopoty ze zwieraczami, pilnujemy jej jak szczeniaka, by opróżniała pęcherz co jakiś czas. Już załapała o co chodzi i nie robi trudności ale ma jedno wdzimisię. Na siusianie, w ciągu dnia, schodzi tylko schodami z dużego tarasu. Nie wyjdzie normalnie wyjściem głównym, nie wyjdzie schodami z małego tarasu, tylko tymi z dużego. Ciekawe. Myślimy, że to betonowe, pewne i stabilne schody, na których czuje się bezpieczne, są przyczyną takiego zachowania. Ale dlaczego nie wychodzi głównymi drzwiami, gdzie ma tylko jeden stopień na chodnik? Beza ma swoje muchy w nosie i różne dziwne pomysły. A my staramy się dostosować, bo to ona najlepiej wie, co potrzebuje. 


Kwiaty w donicach podlewam zazwyczaj wieczorami, ale teraz też wtedy, kiedy tylko osłoni je cień.

Małe sowy oddalają się od domu. Wieczorami słychać je w głębi ogrodu. Uspokoiłam się, bo ostatnio stara przysiadła na czeremsze, co przekonało mnie, że czuwa i młode są pod opieką. Próbowałam robić zdjęcia. Niestety było już zbyt ciemno i wyszły marnie. To stara uszatka.

Wieczorami śpiewa pan wilga. Pani wilga na razie nie skrzeczy, czyli z deszczu nici, a tak bardzo przydałoby się solidne nawodnienie ziemi.

Nareszcie (po 4 miesiącach) zdjęłam opatrunek z kciuka. Trochę czuję się nieswojo i ciągle mam wrażenie, że złamię paznokieć. A na palcu wszystko trzyma i nawet powoli wraca czucie, tylko opuszek mrowi boleśnie i akurat w nim nie mam czucia. Teraz staram się uaktywnić kciuk, co jest trudne. Kiedy miałam go w opatrunku, nauczyłam się palec odchylać i łapać wszystko palcami środkowym oraz wskazującym. Weszło mi to w nawyk do tego stopnia, że ciągle ten kciuk odchylam i łapię nadal tymi dwoma palcami chociaż już nie muszę.

W gobelinie kończę tkać ostatni główny element. Ja pierdykam, to mi się jeszcze nie zdarzyło, żeby gobelin tkać ponad pół roku. A wszystko przez ten kciuk.

Zaczęły się wakacje, napisałam post o nauczycielach, ale go skasowałam. Uznałam, że jestem na emeryturze i w sumie ta praca przestała mnie obchodzić. Tylko to ich wieczne narzekanie mnie wkurza. Niemniej, jak postanowiłam o tym nie pisać, to już przestaję.

Trwają mistrzostwa świata w piłce nożnej- Jaskół ogląda, ja słucham. Trwają turnieje siatkówki- z nami to samo. No i motoGP na różnych torach leci.

Dzisiaj zaczyna się Wimbledon. Jakoś nie widzę Igi nawet w półfinale, a Maja? Bardzo mi jej żal- ma sportowego ducha, podziwiam, grała do końca, ale ta kontuzja.... no niefajnie, niefajnie. Szkoda.

Linette gra z Andriejewą, a French z Kalinską. I tu jest problem- obie rywalki Polek są bardzo mocne.

Hurkacz wygrał..

W tym roku lipy kwitną tylko w górnych partiach. Pierwszy raz coś takiego widzę. No, ale jak połowa kwiatów i połowa krzewów nie zakwitła, a reszta kwitnie słabo, to może i drzewa to samo teraz mają (np. akacje też tylko na wierzchołkach kwitły)? Ale co? Czyżby ta jedna mroźna noc w kwietniu załatwiła rośliny? Kwitną górą i nie czuć ich zapachu.



 Nie zawiódł prusznik, rosnący przy wschodnim tarasie. Nie zawiódł, a nawet zaskoczył- tak pięknie kwitnie.

Zdjęcie z góry, z tarasu. 



I jeszcze drapol, który wieczorem przysiadł na brzozie.