„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

04 kwietnia 2026

Jare gody czyli Wielkanoc:)



Wszystkim odwiedzającym  mój blog, życzymy spokojnych, zdrowych Świąt Wielkanocnych, spędzonych w gronie życzliwych, uśmiechniętych ludzi.


 

 

03 kwietnia 2026

"Samoistne twory, zawieszone w przestrzeni..."

 

Magdalena Abakanowicz jest dla mnie artystką- „tajemnicą”. Niby sporo o niej wiem, znam jej różne dzieła, ale zawsze, kiedy o niej myślę, to zastanawiam się nad jej postrzeganiem świata, przedmiotów, ludzi.

Mogłabym tak powiedzieć o większości znanych mi artystów, a jednak dziedzina, w której artystycznie poruszała się Abakanowicz jest niejednoznaczna. Tu się nie da tak wyrazić swego przesłania, jak np. w malarstwie, czy rzeźbie (nie piszę tu teraz o sztuce abstrakcyjnej). Oczywiście można teraz zaprotestować, bo w sztuce przeważnie spotykamy się z brakiem jednoznaczności, z brakiem wyraźnego przesłania, o ile artysta dokładnie nie nazwie swojego dzieła lub dzieło nie jest tak realistyczne, że bez jakiegoś wielkiego wysiłku i domysłów, wiemy o co chodzi.,

Piszę o tkactwie Abakanowicz,które mnie zafascynowało. Ta dziedzina twórczości jest mi coraz bliższa i coraz więcej o niej wiem. Dlatego zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką artystką trzeba być, by tworzyć tkane dzieła sztuki, które zyskały międzynarodową sławę. A nie są to tylko kilimy czy gobeliny, ale dzieła wielowymiarowe o dużej kubaturze.

Ale po kolei.

Magdalena Abakanowicz urodziła się w 1930 roku w Falentach niedaleko Warszawy. Mówiła o sobie, że była inna, była samotnym dzieckiem

„Taka się urodziłam – wyjaśniała Jakubowi Janiszewskiemu w wywiadzie radiowym udzielonym TOK FM. Zanim nauczyłam się posługiwać sprawnie palcami, brałam w dłonie jakieś przedmioty i wiązałam je ze sobą. Tylko ja wiedziałam, dlaczego ten patyk z tym kawałkiem gliny są jedną rzeczą. Bez przerwy grzebałam w ziemi, zajmowałam się lepieniem i tworzeniem przedmiotów o mnie tylko wiadomych znaczeniach. Robiłam w pokoju dziecinnym straszny bałagan, więc rodzice podczas porządków to wszystko wyrzucali, a ja wygrzebywałam ze śmietnika co ważniejsze rzeczy”.

Po ukończeniu szkoły podstawowej zdawała do liceum plastycznego, gdzie już na wstępie powiedziano jej, że na rzeźbę to ona się nie nadaje. Zajęła się malarstwem. Malowała obrazy surrealistyczne.

Na studiach często głodowała, ale trzymała wewnętrzną dyscyplinę, która wpoili jej rodzice i nie myślała, by w tych trudnych warunkach studia przerwać. O sztuce wyrażała się, że jest stanem psychicznym, stanem ducha, przypadłością, z którą trzeba żyć. Traktowała sztukę jako wręcz przywarę, z którą trzeba sobie radzić. Powinna dawać do myślenia, ale nie może być użyteczna.

„Sztuka pozostanie najbardziej zdumiewającą działalnością człowieka, zrodzoną z bezustannych zmagań rozumu z szaleństwem, marzenia z rzeczywistością…” - brzmiał jej artystyczny manifest.

Kiedy wyszła za mąż i zamieszkała z mężem w małej kawalerce, zaczęła malować duże obrazy, między którymi się przechadzała- dawało jej to poczucie przestrzeni. To w tych latach zatęskniła za wielowymiarowością, bo obrazy wydawały jej się zbyt płaskie. Zaczęła tkać i zszywać kawałki utkanych tkanin. Powstawały miękkie rzeźby- „antyrzeźby” jak je nazywała.

Te reliefowe płótna nazwała „abakanami” i uważała je za doskonałą przestrzeń do kontemplacji. Była to sztuka innowacyjna- nikt wtedy takich rzeźb nie wykonywał. I te tkane formy przestrzenne, jej artystyczne oryginalne odkrycie, przyjęło nazwę od niej nazwę.

„Abakan jest wymagający. Potrzebuje szczególnej troskliwości i szczególnej ekspozycji. Nie nadaje się na ścianę, do dekoracji. Do niczego się nie nadaje” -twierdziła artystka.

W katalogu jednej z wystaw Magdaleny Abakanowicz, Ewa Hornowska napisała o Abakanach tak: „To samoistne twory, zawieszone swobodnie w przestrzeni, bez ścian w roli tła bądź podpory, zapętlone w środku, a przy tym otwarte, dostępne zmysłom ze wszystkich stron, również od wewnątrz”

Abakany (i inne prace- rzeźby) artystki były wystawiane na wielu wystawach oraz biennale. Jednym, z pierwszych, w których Abakanowicz uczestniczyła, odbyło się w Lozannie w 1962 roku. Zaprezentowała wtedy „Kompozycję białych form”. Były to jeszcze płaskie gobeliny, jednak miały one już elementy reliefowe. Prace wzbudziły zachwyt ale i kontrowersje. Zachwycała nie tylko forma prac, ale również ich kolorystyka- odcienie bieli, beżu, szarości oraz sepii.

Trzy lata później na wystawie w São Paulo, formy przestrzenne Abakanowicz wzbudziły sensacje, a ona sama zdobyła za nie złoty medal. Tym samym otworzyły się przed nią drzwi światowych sal wystawienniczych. Sama zaś stała się artystką rozpoznawalną.

Po okresie tworzenia abakanów, artystka zajęła się tworzenie rzeźb, głównie postaci ludzkich. A po tym etapie tworzyła rzeźby głównie z konarów i pni drzew ściętych przez drogowców. Wykonywała również formy przestrzenne z odlewów żeliwnych.

Na prośbę mieszkańców Hiroszimy, wykonała 40 postaci, odlanych z brązu. Postawiono je na wzgórzu, jako pomnik upamiętniający ofiary wybuchu bomby jądrowej.

Zajęła się także tworzeniem choreografii dla tancerzy polskich oraz japońskich, którzy specjalizowali się w tańcu butoh. I to jeszcze nie koniec działalności Abakanowicz na niwie artystycznej- w ramach uczestnictwa w konkursie, dotyczącym zaplanowania jednej z dzielnic Paryża, zaproponowała nowatorską wówczas koncepcję wybudowania kilku 25 piętrowych budynków, które miałyby kształty nawiązujące do drzew i oplecione byłyby od dołu do góry bujną roślinnością, posadzoną na różnych poziomach fasad. Stąd wzięła się nazwa tej koncepcji- architektura arborealna. Projektu nie zrealizowano z braku pieniędzy, ale jego wizjonerski charakter porównuje się do wizji Gaudiego.

Doceniam w niej tę artystyczną wszechstronność, mnie jednak najbardziej zainteresowała jej twórczość tkacka.

Już na początku zaprezentowania się pierwszych abakanów, powstał problem nazewnictwem, dotyczącym tych form artystycznych.

„W recepcji twórczości Magdaleny Abakanowicz od samego początku powracał ten sam problem – jak właściwie nazwać jej prace. Krytycy prześcigali się w tworzeniu określeń, które pozwoliłyby umieścić jej dzieła poza granicami tradycyjnego tkactwa. Pisano o „anty-tkaninach”, „rzeźbach w tkaninie”, „tkanych obrazach”. Przydawano im kolejne przymiotniki, próbowano uczynić z jej prac obiekty z kategorii „wielkiej sztuki” – obrazy, później rzeźby – ale abakany, choć zapożyczały niekiedy wyrazy z języka rzeźby czy malarstwa, pozostawały tkaninami. Wyjątkowymi, na wskroś nowatorskimi – ale tkaninami. Tylko i aż.

„Sama artystka chciała przede wszystkim uniknąć miana „tkaczki” – z czasem coraz bardziej. Pytana o definicje, unikała jednoznacznych odpowiedzi. W ten sposób otwierała pole do interpretacji – i do dyskusji, która miała ciągnąć się przez następne lata. Abakany były zbyt monumentalne, zbyt cielesne, zbyt przestrzenne, by pozostać w obrębie tkaniny – ale zbyt organiczne, by całkowicie wpisać je w rzeźbę. W tym wszystkim często odmawiano tkaninie prawa do samodzielności – jakby mogła istnieć tylko poprzez odniesienie do innych dziedzin. Abakanowicz była jedną z pierwszych artystek, które tę hierarchię odwróciły. W pewnym momencie problem ten się jednak skończył, o co zadbała sama artystka, zwracając się w połowie lat 70. ku pracom, które już bez cienia wątpliwości odbierane i opisywane mogły być jako rzeźby. (…)

(…) Na początku drogi twórczej Abakanowicz była więc głównie „tkaczką–malarką”, przynajmniej w recepcji krytycznej. Miała jednak uwolnić tkaninę od „niewzruszonej zależności od malarstwa”. Im dalej, odważniej artystka wychodzi w przestrzeń ze swoimi pracami, tym bardziej staje się „tkaczką–rzeźbiarką”.

I trochę o technice tworzenia abakanów.

„Abakan to wyjątkowa forma rzeźbiarska, połączenie tkaniny i rzeźby. Abakany nie są wykonane z twardych materiałów jak klasyczna rzeźba. Nie są również płaskie jak dzieło wykonane z tkaniny. Abakan, potocznie określany jako miękka rzeźba, wykonany jest z grubo tkanych sizalowych splotów. Abakanowicz, przy tworzeniu, dzieliła włókna na cieńsze pasma, następnie barwiła je i suszyła. Potem, tkała z nich na krośnie swoje abakany. Cały ten proces sprawiał, że w trakcie tworzenia przypominały one kształtem gobeliny, czyli płaskie tkaniny. Sposób prowadzenia włókna jest poziomy, równoległy. Wszelkie łączenia materiału są niewidoczne. Po zszyciu wszystkich elementów, Abakanowicz nadawała im przestrzenną formę.

O ile technika tkacka jest dosyć prosta, to nie wyobrażam sobie tkania wątku przędzą sizalową. No nie wiem, w sumie to nie miałam przędzy sizalowej w ręce. Kojarzy mi się ona z przędzą konopną lub jutową, a te są raczej szorstkie. Na pewno sznurek jest nieprzyjemny w dotyku. A z drugiej strony, coraz częściej czytam o ubraniach z tkaniny konopnej, czyli nici powinny być miękkie. A może spróbować?



P.S. Na blogu robótkowym ten sam post.


https://www.tygodnikprzeglad.pl/sztuka-moj-swiat-wyobrazni/

https://niezlasztuka.net/o-sztuce/magdalena-abakanowicz-artystka-osobna/

https://culture.pl/pl/artykul/nieznosny-ciezar-abakanow

https://www.abakanowicz3d.pl/modele-3d/abakan/


01 kwietnia 2026

A tymczasem o kciuku, kangurach w Beskidach i beznadziejnej książce.

 Forsycje w sosnowej alejce.

Nareszcie nastąpił koniec „przygody” oraz przymusowych odwiedzin w przyszpitalnej poradni ortopedycznej. KONIEC! Ale zanim to szczęście mnie dopadło, musiałam przeżyć skrobanie wierzchołka kciuka z warstwy twardej skóry oraz resztek krwiaków, które powstały w miejscach zszycia. FUJ! Najpierw czyściła przemiła pielęgniarka- delikatnie, z wyczuciem, a potem pojawił się mój ulubiony czarnoskóry doktor Verdi i on, nie patyczkując się i nie zwracając uwagi na moje posykiwania, po prostu zdarł cały twardy „czepek” z wierzchołka kciuka. A wszystko to przy żartach i śmiechach. No, i było, nie powiem, całkiem miło, ale i trochę jednak bolało. Na koniec doktor przeprowadził sprawdzian czucia w palcu, pocierając oraz lekko nakłuwając skórę pęsetą. Poczułam straszne łaskotanie i stanowczo prosiłam, żeby przestał, bo zaraz zacznę płakać ze śmiechu. Jakby nie było- mrowienie, czy nie- czucie w palcu wraca. I dobrze, bo manewrowanie tylko czterema palcami w lewej ręce podczas jakichkolwiek robótek oraz prac domowych, już mnie wkurzało. Czas 7 tygodni całej hecy z kciukiem, zaliczyłam jedno dobowy pobyt na szpitalnym oddziale i 5 wizyt w przyszpitalnej poradni. Wystarczy. Muszę jednak przyznać, że oprócz dwóch chamskich lekarzy, którzy mnie zlekceważyli (w poradni, na początku), wszystkie inne sprawy- leczenie, czasy oczekiwania na wejście do gabinetu (maksimum 1,5 godziny), traktowanie przez rejestratorki, pielęgniarki, czy innych lekarzy, było na przyzwoitym poziomie. Ani razu nie spotkałam się ze zniecierpliwieniem, lekceważeniem czy przedłużaniem czasu czekania. Inna rzecz, że ja, kiedy idę do lekarza, to biorę pod uwagę, że będzie się długo czekało, a podejście lekarza też może być różne- najczęściej nie ma zgrzytów. Natomiast widywałam różnych pacjentów- ech....

Dzisiaj Prima Aprilis- nie wiadomo jak się „ustawić” do różnych informacji. Najbardziej ubawiło mnie zdjęcie z Wisły. Ale... jakby tak klimat nadal się ocieplał to, być może, i kangury kiedyś będą zamieszkiwały beskidzkie gronie.

 Czytam, a raczej przestałam czytać, koszmarną książkę z tych obyczajowych. 

 

Już dawno czegoś tak durnego nie czytałam. Durnego i im bardziej w głąb treści, tym bardziej nudnego. Miało być wesoło, miało być niebanalnie, ale naprawdę nie mam pojęcia z czego się tu śmiać i co jest w treści niebanalnego. Książka zachwalana, niby pomysł oryginalny- kolejny mąż (a doszło ich ponoć do 200- info bohaterki, wplatane w fabułę, bo nie ma przecież opisywanych tych 200 po kolei)- bohaterki wchodzi na strych, po czym ze strychu schodzi zupełnie inny- i tak na okrągło. Za każdym razem bohaterka musi zgadywać, na jakim etapie życia jest, co dzieje się z rzeczywistością wkoło, jej bliskimi, gdzie pracuje, jaki był ślub z tym kolejnym, zmienia się też wystrój jej mieszkania, wygląd i przyzwyczajenia tych mężów. Z tyłu książki, na okładce, taki wpis: „Błyskotliwa refleksja o współczesnych związkach”. Jednak ja w treści żadnej błyskotliwej refleksji nie dostrzegłam, owszem bohaterka zastanawia się, czego oczekuje w związku, ale wychodzi na to, że wszystko się jej nie podoba, ponieważ odsyła tych mężów na strych już po pierwszym „ale”, chociaż nawet pół godziny nie minie od zejścia męża ze strychu. Odbieram ją jako znudzoną facetami singelkę, która „chciałaby i boi się”, a w ogóle to właściwie woli być singelką. Facetów zaś traktuje instrumentalnie, choć stara się być idealną żoną i w duchu wiecznie kaprysi nad ich cechami. Wiem, jaki jest finał- mnie nie przekonuje- trzeba było to zrobić już w połowie fabuły (gdzieś w okolicach 300. strony), a tak to rozwinęła się nuda, panie nuda, No ale ja mam ponoć spaczony gust czytelniczy, nie idący w parze z „oczekiwaniami społecznymi”.

I jak biedną Szczupaczyńską odstawiłam, o zgrozo jak mogłam (nie znasz się Jaskółko- ignorantko na prawdziwej literaturze), po przeczytaniu pierwszego rozdziału książki, to przy tej dotarłam do dwóch trzecich fabuły- zostało jeszcze 150 stron do końca, ale nie, ale NIE, nie będę się zmuszała do dalszego czytania. A tak na marginesie, po raz kolejny, po przeczytaniu blogowej rekomendacji, okrutnie się nacięłam.

Jak ktoś chce, niech czyta, ja nie zachęcam.

Robiąc sobie przerwy czytaniu o kolejnych strychowych mężach, by nie trzepnąć tą książką po 100. stronie (naprawdę wykazywałam dobrą wolę, by ją dokończyć), czytałam inną, bardziej sensowną, a na pewno bardzo interesującą książkę „To nie jest raj” Michała Zabłockiego. Parę reportaży o współczesnych Czechach. I faktycznie to, co opisuje Zabłocki to nie jest raj czeski, jakim sobie wyobrażają ten kraj choćby Polacy. My po II wojnie mieliśmy swoiste socjalistyczne piekiełko, ale Czesi mieli straszne, komunistyczne piekło. Tak, tam rozwijał się ten okrutny, sowiecki komunizm. Pamiętam, że kiedy byłam w Czechach (a raczej tu na Morawsko- Czeskim Śląsku- Karwina, Cz. Cieszyn, Ostrawa- już po wejściu do Schengen- na budynkach użyteczności publicznej, na dworcach kolejowych wisiały jeszcze radzieckie gwiazdy. Gwiazdy były namalowane na autobusach i pociągach, na szybach kopalni itp. Sami Czesi byli niesamowicie wyciszeni, choć pogodni.


Tę książkę polecam ogromnie, jeżeli kogoś interesują Czechy.

A teraz zabieram się do czytania książki W. Myśliwskiego: „Kamień na kamieniu”. Przeczytałam już „Ucho igielne” oraz „Traktat o łuskaniu fasoli”. Chyba się przy „kamieniach” nie zawiodę.


 
Przed dużym tarasem

Przed oknem "komputerowego".

Kwitną forsycje. U nas mówi się na nie „złoty deszcz”. Niedawno dowiedziałam się, że „złotym deszczem” nazywa się również trujący złotokap. W ogrodzie rósł i kwitł jeden, jednak zniszczyła go choroba. 



 W ogrodzie rośnie kilkanaście krzewów forsycji.- w lasku, na parkingu, przy bramce, przy sklepie, przed tarasami, przy kompostowniku. Większość z nich to stare krzewy i trzeba było je mocno przyciąć, by się odrodziły. Dlatego w trym roku są takie bardziej mizernie. Niemnie tworzą piękne żółte kępy. 
Zaczęłam znowu więcej tkać, bo mi już opatrunek nie przeszkadza. Poza tym nauczyłam się łapać osnowę bez pomocy kciuka- ciekawe doświadczenie- idzie mi to coraz sprawniej. 

 Gobelin miał być skończony na Wielkanoc, bo temat jest pasujący do tego święta- nie jest specjalnie robiony jako świąteczny, ale jest taki cudnie wiosenny. Niestety, nie zdążę. Pewnie ukończę go dopiero w maju- została jeszcze połowa do utkania.

Równolegle dziergam na krośnie następny kawałek do koca i haftuję (etapami) bluzkę.  Powoli, powoli i się będzie kończyło wszystko. 



29 marca 2026

Małe, brzydkie i cudnie świeci.

 

Ostatnio, na Facebooku, przeczytałam taki tekst.

„100 milionów lat sygnału. Jedno pokolenie wystarczy, żeby go wygasić.

Świetlik świętojański (Lampyris noctiluca) to nie owad dekoracyjny. Larwa przez 2–4 lata poluje w glebie na ślimaki — spożywa 30–70 osobników przez cały swój rozwój. To najbardziej efektywny naturalny środek na ślimaki w ogrodzie, produkowany bezpłatnie przez samą glebę. ?

Zielone światełka w czerwcowej trawie to samice przywabiające samce w locie. Nie latają — siedzą na źdźbłach i świecą. Samce szukają ich z powietrza. Całe zdarzenie trwa kilka tygodni. Zanieczyszczenie świetlne skutecznie je udaremnia.

Jak sprawić, żeby wróciły:

Wyłącz zewnętrzne oświetlenie między 22:00 a 6:00 od maja do września. Jedno jasne zewnętrzne źródło światła wystarczy, żeby samiec nie znalazł samicy w promieniu kilkudziesięciu metrów.

Zostaw pas trawy o szerokości 1 metra nieskoszony — to podpora dla samic i siedlisko larw.

Nie zbieraj liści spod żywopłotu — to łowisko larw i zimowisko jaj.

Zero pestycydów na ślimaki. Larwa świetlika to chrząszcz — ginie razem z celem.

Suche kamienie i wilgotna gleba w cieniu = strefa składania jaj. Murki z kamieni polnych i nietratkowane narożniki ogrodu to najcenniejsze biotopy. ?

Każde zielone światełko w czerwcowej trawie to sygnał stary o 100 milionów lat. Przywrócenie go wymaga tylko wygaszenia jednej żarówki.”

I nagle dotarło do mnie, że już od nastu lat nie widuję w ogrodzie świetlików, a kiedyś w nim były. Wprawdzie nie było ich dużo, ale były. Nie sądzę, że światło zewnętrzne je zniszczyło. Pewnie zadziałało coś innego na ich niekorzyść.

Ale, jak już o świetlikach, to pamiętam, że w lesie przy leśniczówce były ich całe chmary. Coś pięknego- kiedy nocą szło się przez zalesiony kawałek ogrodu, widać tam było pełno „iskierek”,' pływających w powietrzu. Oczywiście, że chcieliśmy je złapać, ale one były nieuchwytne. A kiedy udało się taką iskierkę złapać, to rozczarowanie było wielkie- na dłoni leżał mały szary „motylek”- a tak naprawdę chrząszcz, bo świetlik jest chrząszczem, bez światełka. Żadna atrakcja, dlatego raczej zostawialiśmy je w spokoju.

W dzieciństwie bywałam, na wakacjach, u babci, a babcia, czytała nam książki- przeważnie wieczorem, albo wtedy, gdy zaraz po obiedzie, braliśmy koc i szliśmy „zawiązać sadełko” pod ogromną czereśnią, rosnącą na miedzy przy dziadkowym polu. Były to książki różne- bajki, legendy, klechdy- raczej za nimi nie przepadałam. Od wczesnego dzieciństwa miałam opór przed tego typu fantazjami- baśni oraz bajek, jako dziecko, nie czytałam, legendy niektóre, a fantastyki nie lubię. Jedna z książek, którą przeczytała nam babcia, była o świetlikach. Musiała być na tyle fascynująca, bo nawet tytuł pamiętam-”Świetliki"*. Przypominam sobie też zarys fabuły- to były perypetie rodziny świetlików a na końcu jakieś przesłanie, ponieważ to była książka z tych „moralnie chrześcijańskich”,zaś akcja toczyła się również w kościółku. Przesłania nie zapamiętałam, ale zapamiętałam, że świetliki były przedstawione jako motylki z latarenkami. I to mi tak utkwiło w głowie, że potem, kiedy tylko miałam okazję, leciałam „po ćmoku” oglądać świetliki w naszym lesie oraz na zegrodzie* u dziadków.

Bo na zegrodzie u babci też było pełno świetlików. Wychodzi na to, że w tamtych latach był to owad bardzo często występujący w miejscach zadrzewionych.

I tak teraz sobie myślę, że moja babcia fajną rzecz dla nas robiła- wciągała nas w czytelnictwo. A przecież ona była z pokolenia (urodziła się w pierwszych latach XX wieku), co to raczej prawiło bery i bojki dzieciom, niż czytało im książki.

Trochę wiedzy o tym sympatycznym owadzie.


 

Świetlik świętojański (Lampyris noctiluca) – jeden z trzech gatunków świetlika występujących na terenie Polski, szczególnie na skrajach lasów obficie porośniętych krzewami, zbiorowiskach wysokich bylin, pobrzeżach żywopłotów i parkach. Osobniki obu płci bardzo różnią się wyglądem. Samiec ma ok. 1 cm długości i jest uskrzydlony, podczas gdy przypominająca larwę samica osiąga długość 1,5–2 cm i nie jest uskrzydlona. Płeć żeńska ma na spodzie odwłoka narządy świetlne. 

 


Dorosłe osobniki żyją krótko i nie pobierają żadnego pokarmu. W lipcowe noce świetliki latają, poszukując samic, które, siedząc na roślinach, wabią świeceniem potencjalnych partnerów. Zapłodnione samice składają jaja do ziemi. 


Larwy płci żeńskiej, które potrafią wytwarzać światło, przebywają na powierzchni ziemi, gdzie polują na ślimaki. Przed przepoczwarczeniem zimują dwukrotnie.

Światło wytwarzane przez świetlika świętojańskiego powstaje w wyniku chemiluminescencji dzięki enzymowi lucyferazie. Świetliki mogą dowolnie światło „włączać i wyłączać”. Światłu, które wytwarzają, nie towarzyszy ciepło, a więc ciało chrząszcza nie ulega nagrzaniu.



"Kwiat paproci" (W noc świętojańską), Witold Pruszkowski (1875).
 

Świetlik świętojański posiada bogatą tradycję kulturową, szczególnie w Polsce, gdzie jest utożsamiany z Nocą Świętojańską, obchodzoną w okolicach przesilenia letniego. Jego blask jest często interpretowany jako symbol magii i tajemnicy dodający wyjątkowy urok letnim wieczorom. W wielu regionach organizowane są specjalne spacery czy festiwale, podczas których obserwacja migotliwego światła staje się atrakcją dla mieszkańców i turystów[2]."

 

Okazuje się, że to samice, które mają postać larwy i nie fruwają, świecą mocnej. 

Dla mnie, dziecka, które nie miało wiedzy o świetlikach, było wszystko jedno, jaka płeć świeci w ciemnościach. We mnie budziło zachwyt samo zjawisko. Pełna magia.

 

 

* Poszukałam w Internecie i znalazłam- "Świetliki", autor Jan Karafiat (czeski duchowny kościoła ewangelickiego-reformowanego).

Książka została opublikowana po raz pierwszy na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku (czeski tytuł  Broučci ). O treści książeczki można przeczytać TU. 

No to teraz wiem, skąd brały się u babci takie umoralniające książeczki dla dzieci. Przez całe moje dzieciństwo babcia próbowała mnie skłonić ku wierze- robiła to delikatnie, nienachalnie, małymi krokami. Nie udało się jej. Kiedy miałam 15 urodziny, podarowała mi zegarek i westchnęła- Miałaś dostać na Konfirmację.... I tu zawiesiła głos, a potem dodała- Noś go na szczęście- taką fajną babcię miałam (tylko ją jedną, niestety miałam).

 

** Zegroda- w gwarze cieszyńskiej sad- u babci rósł na stoku. Był to stary sad, wiosną kwitło w nim pełno żółtych kluczyków (pierwiosnków) i kępy narcyzów.

Napisałam "na zegrodzie", bo to słowo najbardziej mi pasuje do opowieści o moich dziadkach, wakacjach u nich  i do wspomnień z tamtych miejsc. 

Zresztą, zauważyłam, że wplatanie słów z gwary śląskiej czy cieszyńskiej nadaje tekstom kolorytu, robi je pełniejszymi no i bliższymi rzeczywistości opisywanej.  

No, bo jak napiszę: W czasie wielkiej powodzi, kiedy Olza wylała, cały dół dziadkowej zegrody był w wodzie, a my na tej wodzie próbowaliśmy pływać na wasztroku- to chyba lepiej zabrzmi niż poprawnie: W czasie wielkiej powodzi, kiedy Olza wylała,  cały dół dziadkowego sadu był zalany wodą, a my na tej wodzie próbowaliśmy pływać w drewnianej balii do prania. Eeeeee... to drugie w ogóle nie brzmi.

Wasztrok, to wasztrok i zegroda, to zegroda...😁😁😁 

 

Zdjęcia są z podanych stron.

Źródła: 

https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awietlik_%C5%9Bwi%C4%99toja%C5%84ski

https://www.facebook.com/GorkiCzechowskieWZ/posts/kiedy-ostatni-raz-widzieli%C5%9Bcie-%C5%9Bwietliki-czy-wiecie-%C5%BCe-gin%C4%85-w-zastraszajacym-tem/754324113584521/

https://www.gov.pl/web/wiorin-koszalin/swietliki-na-skraju-wyginiecia#:~:text=Bioluminescencja%20%C5%9Bwietlik%

C3%B3w%20jest%20wynikiem%20reakcji,r%C3%B3%C5%

BCnym%20nat%C4%99%C5%BCeniu%2C%20barwie%20i%20cz%

C4%99stotliwo%C5%9Bci.