„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

01 czerwca 2026

Nadciągała apokalipsa, a skończyło się jak zawsze.

 Małe irysiki, które pachną suszonymi śliwkami.


I irysy syberyjskie.


Bardzo wcześnie rano koncertują w ogrodzie wilgi. W tym roku przyleciały do ogrodu już w maju. One przylatują do naszego kraju wiosną, a u nas zawsze początkiem lipca, w ogrodzie, się pojawiały? Tym razem jest inaczej. Cieszę się, bo bardzo lubię śpiew wilgi. Wprowadza w nastrój beztroskiego, gorącego lata. Na razie śpiewa samiec, skrzeków samicy nie słychać- znak, że nie będzie deszczu. Szkoda, bo ziemia znowu jest sucha. Zapowiadają burze pod koniec tygodnia, ale nie znaczy to, ze będą tutaj- pewnie znów nas ominą.

Wiosna zrobiła się prześliczna, jest bardzo ciepło, słonecznie. Wynagradza kwietniowe zimna. Za trzy tygodnie będzie już lato, które zapowiadają też gorące. Trochę za szybko teraz lecą dni, za szybko.

W środę o godzinie 9 rano, na południowym tarasie, było 48 stopni, a na termometrze od północnej strony 22 stopnie. 


 
Niesamowite, koniec maja i już takie upały. W ogrodzie można pracować już tylko po 17 a i wtedy jeszcze jest bardzo ciepło. Wprawdzie zostały mi już tylko kosmetyczne sprawy- podcinanie, wyrywanie trawy dokoła krzewów oraz wyrywanie chwastów, ale to fajna robota i nie ma naporu, by już, natychmiast trzeba było coś zrobić. Ot praca i przyjemność w jednym.

Wieczorami (coraz dłużej jasnymi), koncertują jeszcze żaby, pachnie bez palibin i jest tak, jak być powinno o tej porze roku.

A to jaśmin pachnący pusty. Czekam, kiedy rozkwitnie pełny mocno pachnący.

Szkoda, że zasadziłam go głęboko w ogrodzie- tam pięknie pachnie, a chciałoby się, by pachniał przy tarasie.
Powoli przekwitają azalie (zrobię zbiorówkę zdjęć tych, które są w ogrodzie- kiedyś:)). W tym roku niektóre kwitną słabo. W ogóle krzewy kwitną mniej obficie niż w zeszłym roku. Prawdopodobnie podczas tej jednej, jedynej nocy w kwietniu, kiedy było – 5 stopni, mróz uszkodził pąki kwiatowe.

W lasku przekwitają krzaczki truskawek. Tak, truskawki w lasku- kiedyś tam, gdzie teraz są dwa rzędy sosen, były dwa rzędy truskawek. Uprawiałam je na sprzedaż, by dorobić do marnej, nauczycielskiej pensji, ale to odrębna historia. Dwa lata bawiłam się w to, a potem stwierdziłam, że nie mam siły na uprawę tak dużego areału truskawek. A jeszcze później zasadziliśmy sosny, natomiast truskawki przetrwały do teraz, bo sprytnie, co roku, puszczały nowe rozłogi, z których wyrastały młode krzaczki. Kwitną, a potem owocują i jest ich dosyć sporo. 

 Od lat  truskawek nie uprawiam, ale na ich brak nie narzekam, bo każdej wiosny, przy okolicznych marketach, ustawiają swoje stoiska z truskawkami prywatni ogrodnicy i takie świeże owoce sprzedają. Kupujemy i jemy na bieżąco bez dodatków. Żadna śmietana, żaden cukier- naturalne saute.

 Bardzo lubimy sery z wszelkimi dodatkami. Na zdjęciu nowa dostawa świeżych serów, wyrabianych przez naszego klienta. Nie ma wśród nich sera z orzechami włoskimi. Tym razem nie ma, ale często bywa i przeważnie taki kupujemy również.

Nasza „deska serów polskich”.

 Byliśmy u producenta pieców CO- tym razem w ogóle nie namawiano nas na zainstalowanie pieca na pelet. No cóż, jego cena poszybowała w górę, jest on mniej kaloryczny, w sumie nie opłaca się teraz nim ogrzewać. I nie jest wcale taki ekologiczny, bo podczas palenia się też uwalnia związki chemiczne.

Zresztą, od pewnego czasu przestałam przejmować się ekologią w miniaturowym wydaniu, czyli naszym domowym. To, co możemy i mamy możliwości w tym temacie, to uskuteczniamy, ale opalania ekologicznego nie przeskoczymy. Albo ekologia i „dobro ludzkości”, a dla nas marznięcie oraz ewentualne wizyty u lejarza tudzież wydatki na leczenie, albo nasze zdrowie, dobrostan i w jakimś sensie mniejsze wydatki, ale przy mniejszym wkładzie ekologicznym. Zdecydowanie wolę to drugie wyjście. Na szantaż emocjonalny też już nie pozwalam i nie czuję się winna, kiedy różne takie rzeczy o ekologicznych truciach, podczas ogrzewania domów, czytam.

Wczoraj był monter, obejrzał miejsce instalacji pieca, nie będzie problemów- umówiliśmy się na montowanie w lipcu. Piec na ekogroszek będzie i to jest ostateczna nasza decyzja.

W piątek byliśmy oglądać pola inkarnatki, a w sobotę przeleciała nad domem burza. I jak to już od dawna bywa tutaj, przeleciała bokiem, a nas tylko musnęła. Za to jak musnęła. Przez 10 minut lało, żabami z nieba ciepało. Bardzo dobrze, wreszcie trochę więcej wody ziemia nabrała.

Taka piękna chmura szelfowa sunęła nad wieś (ale nie na nas). Kapitalne są te firany szarych chmur, coś niesamowitego.


Na filmie przesuwa się plama- sorry, chyba kupiliśmy aparat z lekkim defektem w obiektywie. Wymienić już nie możemy, bo to był ostatni egzemplarz w sklepie, a tego typu aparatów już się nie produkuje (teraz telefony robią za aparaty fot.). Ale myślę, że ta plama i tak zbyt mocno nie psuje wrażenia, jakie robi chmura szelfowa. Na zdjęciach w ogóle jej nie widać.
 
A niedziela była leniwa, słoneczna, wypełniona tkaniem wiosennego gobelinu. Ten kciuk nada utrudnia mi pracę. Podważanie tak gęstej osnowy palcami wskazującym i środkowym lewej ręki to nie jest to, co przyspiesza pracę. Jednak przecież nikt mnie nie pogania, terminy nie trzymają, mogę sobie tkać w takim tempie, jakie sobie sama narzucam. Jedynym dyskomfortem jest to, że już mi się ciągnie ten temat, chciałabym zacząć tkać coś nowego i na rzadszej osnowie.

Jaskół, na "Szerszeniu",  zaliczał trasę na zachód, by obejrzeć dwa pałace, czy warto tam się wybrać na wycieczkę samochodem. Warto. 

Dzisiaj przelotnie pada i jest stosunkowo ciepło. 

I jeszcze trochę orlików, których już zostało parę krzaków. Kiedyś miałam więcej tych pustych z ogonkami. Były różnokolorowe. No tak, pisałam już, że ogród kwiatowy "zwijam". Nie mam już siły, ani takiej, jak kiedyś ochoty grzebać w ziemi.




 


29 maja 2026

Krwawe pola.

 

Dzisiaj byliśmy zobaczyć „na żywo” pola inkarnatki. Na Facebooku co i rusz ludzie pokazują zdjęcia oraz filmiki z „krwawymi polami” na Podhalu. Śliczne, myślę sobie- chciałabym takie pole zobaczyć w realu. I nagle przewija się następny filmik, na którym pani pokazuje czerwoną koniczynę i mówi- Przybijajcie tutaj, do Owsiszcza, albo Tworkowa, zobaczcie sami te cuda”.

Owsiszcze? Pytam Jaskóła, jak długo tam się jedzie i przypominam sobie, że przez tę miejscowość, podczas naszych wypraw, co najmniej, dwa razy przejeżdżaliśmy. Ale wtedy mieliśmy wyprawy całodniowe i czas się dla nas nie liczył, a teraz jeździmy z Bezą i musimy brać jej starość pod uwagę. Okazuje się, że trasę powinna bez problemu wytrzymać. Owsiszcze to wioska granicząca z czeskim Pistem, a jedzie się do nich przez Chałupki, Krzyżanowice. No nieważne, ważne, że dojechaliśmy z małym postojem dla Bezy na siusiu i te krwawe pola zobaczyłam w naturze.

I był to ostatni moment, bo koniczyna wyraźnie przekwita, jej barwa traci moc i kwiaty szarzeją. Na mur w przyszłym tygodniu zostanie ścięta.

 

O inkarnatce czytałam w zeszłym roku- zastanawiałam się nawet, czy nie kupić paczki nasion i wysiać je do donic. Jest naprawdę dekoracyjna. Inną dekoracyjną roślina, uprawiana na dużych areałach jest facelia błękitna. Tę, z kolei, należy jechać podziwiać na polach niedaleko Kędzierzyna (o ile już jej nie ścięli). Inkarnatka jest doskonała na poplon, facelia jest bardzo miododajna. 

 

Na miejscu musieliśmy poszukać drogi do tych pól. Tylko w pobliżu jednego udało nam się zaparkować, inne były za domami i szukanie dojazdu do nich zajęłoby dużo czasu. Nie chcieliśmy też naruszać prywatności moimi kaprysami. Poprzestaliśmy na tym jednym.


 

Kiedy napatrzyliśmy się na pola inkarnatki do syta, zastanawialiśmy się, czy jechać przez Czechy- jechaliśmy rano, czy wracać po stronie polskiej. Zdecydowaliśmy się na Polskę, ale z postojem na parkingu w meandrach Odry w Zabełkowie. I bardzo dobrze, bo trafiła mi się następna fotograficzna gratka- pszczoła czarna. Przysiadła dosłownie na moment na maku i zanim zrobiłam jej drugie zdjęcie, zwiała. Gdy zobaczyłam takiego czarnego dużego owada, myślałam najpierw, że to jakiś gatunek trzmiela. Jednak potem pszczoła na chwilę „zawisła” nad makiem i poznałam ją. Pierwszy raz widziałam taką pszczołę w oranżeriach pałacu Raduń (Czechy). Tam też widziałam ją tylko przez chwilę, ale na tyle długo, by poznać, że to czarna pszczoła.


 

Cała nasza wyprawa trwała 3 godziny z kawałkiem. Całkiem udany piątkowy wypad, bo nawet upał nie był dokuczliwy- zresztą w samochodzie jest klima, ale te spacery, choć krótkie są już dla Bezy męczące.


Pola z inkarnatką ciągnęły się po obu stronach wsi.




26 maja 2026

Spojrzenie wstecz.

 

Od paru dni zastanawiam się nad tym, w jaki sposób opisywać nasze zloty motocyklowe. Parę już opisałam- zlot w Sztramberku oraz dwa u nas, ale tych zlotów było sporo, a ja czuję niedosyt w ich przedstawianiu. I chciałabym, by to, co piszę było interesujące, wciągające. 

Oczywiście, że opiszę tylko te zloty, w których brałam udział. Chodzi głównie o długie zloty, trwające od piątku do niedzieli- były one organizowane na Roztoczu oraz organizowane przez nas tutaj, na Ziemi Cieszyńskiej. Robiliśmy z Jaskółem również krótkie wypady, takie jednodniowe i one też są warte opisania. Jaskół jeździł i nadal jeździ na zloty organizowane przez kolegów w różnych częściach kraju. W sumie, jako plecaczek, przejeździłam pięć lat. Później się to skończyło. Pisałam już o moim kręgosłupie, który, niestety, nie pozwala mi na jazdę na motocyklu, ale i inne przyczyny, ważne przyczyny (chora matka, wymagająca stałej opieki, małe szczenię, sklep, który wtedy musiał jeszcze codziennie funkcjonować), spowodowały, że na motocykl mogłam i teraz też mogę sobie tylko popatrzeć i westchnąć do wspomnień.

A te są wspaniałe i dużo ich, bo dużo się na zlotach działo, bardzo dużo. Każdy z nich wymaga kilku postów, aby cały opisać wraz z fajnymi i niefajnymi chwilami, wrażeniami, by poczuć atmosferę, klimat tych motocyklowych spotkań.

Wiele rzeczy muszę sobie przypominać, porządkować zdjęcia, kolejność wydarzeń, drogę tam i z powrotem. Muszę przypomnieć sobie, kto na tych zlotach był, jak się zmieniały motocykle i priorytety zlotowe. Tak priorytety, bo formuła organizowanych przez nas zlotów tutaj, była prosta- trochę zwiedzania, dużo jazdy na motocyklach po fajnym terenie. Natomiast formuła zlotów na Roztoczu ewaluowała w stronę- mało jazdy, dużo zwiedzania. I program II zlotu, w tamtych stronach, był wręcz przeładowany. Nie narzekam, jednak taka ilość miejsc do zobaczenia spowodowała, że wszystko robiliśmy pod presją czasu. Na szczęście III i IV zloty pod tym względem były już o wiele spokojniejsze.

Do czego najbardziej tęsknię? Ano do atmosfery, jaka na naszych spotkaniach panowała. Była ona oparta na spontanie, uważności, serdeczności, oraz wzajemnym zaufaniu. W czasach, kiedy motocykle nie były jeszcze w takiej masie kupowane jak teraz, a modne były głównie ścigacze oraz grupy motocyklowe zarejestrowane w MC, naszą grupę, oprócz miłości do motocykla marki Royal Enfield, cechowało ogromne koleżeństwo (mimo czasem sporych różnic wieku) oraz chęć spotykania się, by wspólnie pojeździć.

No tak, tak było, a Jaskół, który corocznie spotyka się na zlotach z częścią tych ludzi (dochodzą nowi, ale już na różnych motocyklach), twierdzi, że już nie ma takiej atmosfery jak kiedyś. Owszem, jest koleżeńskość, ale brakuje tego czegoś, no nie wiem, jak to nazwać, chyba brakuje w nich Spiritus fraternitatis- ducha braterstwa, a może Spiritus communitatis- ducha wspólnoty?

Po prostu stara gwardia się wykrusza- część sprzedała Enfieldy, część choruje, w ogóle nie jeździ (SKS panie, SKS), paru zmieniło zainteresowania, już ich jazda na motocyklu nie rajcuje.

No trudno, nic nie jest wieczne, ale wspomnienia zostały, świetne wspomnienia i myślę, że warto je przelać na blog.

I jeszcze trochę o tym, jak zaczęła się cała historia zlotów. To, co teraz napiszę, to są wspomnienia Jaskóła. On kiedyś motocyklami interesował się średnio. Jego brat miał motocykle, zmieniał je co jakiś czas, a jego miłością były motocykle angielskie. Jaskół zrobił prawo jazdy na motocykl i na tym się jego zainteresowanie tymi pojazdami na długi czas skończyło. Owszem, podziwiał pasję brata, podziwiał jego maszyny, ale sam nie miał ochoty na coś takiego. W 2004 roku brat oznajmił, że ma na oku fajny angielski motocykl, jedzie go zobaczyć do Zamościa i zaprosił Jaskóła na wspólną wycieczkę. Motocykl obejrzeli, brat zdecydował się go kupić, ale coś mu się w życiu finansowo spaskudziło- musiał z kupna zrezygnować. Jaskółowi żal zrobiło się takiej fajnej maszyny- klasyk o pięknej linii, na kopa- czemu nie spróbować? No i tak kupił motocykl marki Royal Enfield. A potem już poleciało. Ponieważ Jaskół uznał, że to fajny motocykl oraz warto go popularyzować, pojechał do importera i podjął się sprzedawać te maszyny tutaj na Śląsku. Udało mu się sprzedać w jednym roku 3 motocykle. Tak powstał zalążek grupy miłośników motocykla tej marki. Mój mąż ma zdolności marketingowe, toteż wymyślił, że organizowanie rajdów dla posiadaczy tych pojazdów, będzie doskonałym sposobem na reklamę, a tym samym na podniesienie ich sprzedaży. Trzeba pamiętać, że w połowie dziesięciolecia XXI wieku, motocykli było stosunkowo mało i mało było różnych marek. A jak były, to były te najbardziej znane- Moto Guzzi, Harleye, „japońce”. Royal- Enfield to było coś nowego na rynku- ruszyła jego sprzedaż w całej Polsce. Jaskół miał umowę z Importerem, który go informował gdzie sprzedano każdy motocykl. Potem Jaskół nawiązywał kontakt z tymi ludźmi i tak zaczęła się rozrastać grupa miłośników tej marki. Każdego roku motocykliści przyjeżdżali na zlot, który organizował Jaskół (noclegi, wyżywienie, wycieczka w teren). Baza zlotowa była wówczas w Tychach. Kiedy Jaskół przyprowadził się do naszego domu, zloty przeniósł na ten teren. Potem spotkania royalistów zaczęli organizować inni motocykliści i tak każdego roku grupa (cyklicznie) zalicza spotkanie w różnych miejscach Polski. Średnio takich zlotów jest pięć. Jaskół założył również prywatną stronę internetową dla royalistów- Forum działa do dziś. Tam motocykliści mają możliwość podyskutować w różnych tematycznie działach.

Ja o mojej miłości do motocykli już pisałam- tak spotkały się dwa „waryjoty”, które pokochały ten piękny motocykl oraz motocyklowe wyprawy w teren.

No i na koniec powiem tak- wprawdzie w znanym powiedzonku to Niemiec płakał „jak go sprzedawał”, ale kiedy sprzedawaliśmy naszego Enfielda, to ja ryczałam i długo nie mogłam się z jego sprzedażą pogodzić. W sumie to jeszcze teraz mam ucisk na duszy, jak sobie przypomnę jego wygląd i ten kosmiczny klang to... ech..... Po 20 latach wzajemnej miłości- nasz się stosunkowo mało psuł- ze względów zdrowotnych, musieliśmy ten wspaniały motocykl, sprzedać.

Co jeszcze należy dodać? Ano to, że nasz Enfield produkowany był już w Indiach, ale jeszcze na podzespołach i w technologii angielskiej, potem, kiedy skończyła się angielska licencja, Hindusi zaczęli produkować swoje Enfieldy. Teraz trzepią masową produkcję, zmieniając często dizajn motocykla- jego piękny klasyczny wygląd dużo stracił. No i są na wtrysk (guziczek)- gdzież ten wymóg kopa, który stawiał motocyklistę przed dosyć trudnym zadaniem, ale stwarzający przeżycie przygody- zapali za pierwszym kopem, czy nie zapali. Te nowe modele cieszą się dosyć dużym powodzeniem w naszym kraju.

A Jaskół? No cóż był jednym z pierwszych popularyzatorów tej marki. W grupie został nazwany Komandorem, a kiedy sprzedaliśmy nasz motocykl, jeden z kolegów stwierdził: „Skończyła się pewna epoka”. I to jest fakt- skończyła.

Zaraz po kupnie.


 

No i jeszcze trochę o mnie w tej całej historii muszę jednak opowiedzieć. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz Enfielda normalnie zdębiałam- tak pięknego motocykla „na żywo” nigdy nie widziałam. I moja miłość do tej maszyny była dosłownie „od pierwszego spojrzenia”. Pierwsze jazdy zaliczyłam w normalnych ciuchach i w nowym kasku, bo ten od razu kupiliśmy, kiedy Jaskół upewnił się, że będę z nim jeździła. Kask powinien mieć spuszczaną szybę (uderzenie owada w twarz, przy dużej prędkości, jest bardzo bolesne, oczy też są tym zagrożone) i blendę. Nasi znajomi zainstalowali sobie interkom- my doszliśmy do wniosku, że każde z nas ma prawo do indywidualnego przeżywania jazdy i gadanie podczas niej, jest nam niepotrzebne.

Potem przyszła kolej na ciuchy ekstra motocyklowe oraz motocyklowe buty. Kurtka i spodnie ze specjalnymi wkładkami i z podpinkami, doskonale sprawdziły się podczas jazdy, zarówno w deszczu, tak i w upałach. Podczas upału po prostu wypinałam podpinki a pod spód ubierałam tylko lekkie rzeczy. Wierzcie mi, na motocyklu, w czasie jazdy, szybciej się zmarznie niż przegrzeje. Na plecach kurtek mamy naszywkę z napisem.

 Buty tylko raz mi przemokły, kiedy jechaliśmy podczas ulewy- i przemokły tylko dlatego, że wyprzedzające nas samochody ciągnęły za sobą fontanny wody na wysokości naszych stóp. Odpowiednie ubranie motocyklowe jest konieczne ze względu bezpieczeństwa. Nigdy też nie odważyłam się jeździć bez skórkowych rękawic- jeżeli ktoś widział zdartą skórę na dłoniach, ten przyzna mi rację, że taka ochrona jest potrzebna podczas każdej jazdy.

Motocykl zaliczył kilka przeróbek, ale nie naruszyło to jego ogólnego, klasycznego wyglądu.

Musieliśmy w naszym Enfieldzie podnieść tylne podnóżki oraz kolega dospawał, specjalnie dla, mnie oparcie. Potem były próby z siodłami, jednak tego ekstra dla mnie zrobionego już nie zdążyłam przetestować- uraz kręgosłupa był szybszy.

A w następnym poście będzie dokładna relacja Jaskóła o tym, jak dał się wciągnąć w przygodę z motocyklem, na punkcie którego oszalał- trwało to 20 lat.

Ja to napisałam tak płyciutko, ale jego wspomnienie ze szczegółami, warto przeczytać.

Trochę Indii- tam Enfieldy traktowane są jako narzędzie do przemieszczania się i wożenia dosłownie wszystkiego. Jest to tam popularny środek transportu, który wjedzie nawet na wysokie góry "bez zadyszki", a jest tak skonstruowany, że może go naprawić uliczny "mechanik" za pomocą śrubokręta i młotka. Mieć w Indiach Enfielda oznacza pewną nobilitację. 

Czwórka na Enfieldzie
 


23 maja 2026

I jak tu nie lubić tego, co się ma?

 

Dwa dni temu szpaki opanowały ogród. Całe stado latało z drzewa na drzewo, wydeptywało trawniki, skwircząc niemiłosiernie.

Na zdjęciu widać piękne ubarwienie starego szpaka.
 

Hałas trwał od rana do wieczora. Milkł tylko wtedy, kiedy strażnicy podnieśli alarm, widząc kogoś z nas lub Bezę- na Bezę to raczej ptaszydła nie zwracają uwagi- wtedy cała chmara leciała w głąb ogrodu. Po kilkunastu minutach stado znów się darło się w okolicach tarasu.

W pewnym momencie ptasie skwirzenie wydawało mi się podejrzanie blisko- byłam w sypialni, a ptaki darły się, jakby były w pokoju obok. Zajrzałam tam po cichu no i zobaczyłam, co się dzieje i skąd taki hałas.

Otóż ptaszory upatrzyły sobie naszą tarasową fontannę na miejsce kąpieli. Jedne się pluskały w wodzie, inne dreptały po tarasie, a taki jeden podlot koniecznie chciał się dostać do pokoju. Nie wiedział jednak, że wejście jest obok, więc walił dziobem w szybę i nie miał zamiaru przestać. Inny smark podszedł pod sam próg i już miał wejść do środka, jednak zrezygnował.

 

I masz, nie dość, że wiewiórki łażą po parapetach i młócą łapkami w szyby okien, gapią się na nas przez nie, to teraz ptaszydła nabrały ochoty z nami zamieszkać. Był czas, że w domu mieszkały myszy, a teraz ostały się jeno pająki- tych nie ruszam.


 

Filmy kręciłam „na jednej” nodze, stojąc w niewygodnej pozycji, dlatego nie zawsze są czyste technicznie.

Taras też nie był dopracowany (już raz, po zimie, był myty karcherem), bo spływająca deszczówka porobiła zacieki. O... a majster miał taką piękną poziomicę. Chciałoby się rzec- ”amerykańską”. „Patrz pani, laserowa, wystarczy pstryknąć (tu następowała demonstracja cudownej poziomicy) i czerwony promień pokazuje poziom”- przechwalał się. No i co? Za pomocą tej cudownej poziomicy ułożył płytki w takim „poziomie”, że woda spływa w stronę drzwi balkonowych (robiąc zacieki) zamiast w stronę brzegu tarasu. Po każdej ulewie mamy zaciekową koronkę. Jeżeli deszcz jest czysty, to zacieków nie ma, jeżeli jest zanieczyszczony kurzem lub pyłkami, jak to teraz miało miejsce (kwitnące brzozy, sosny, rzepaki), to zacieki są brudno żółte.

Bezczelne szpaczory zabrudziły wodę w fontannie, zabrudziły taras odchodami- jakby nie było, płytki od razu musiałam umyć. Przy okazji wymyłam karcherem też wycieraczkę. Tak, że taras na moich filmach jest jeszcze nieumyty.

Widok pluszczących się szpaków w tarasowej fontannie, wynagradza wszystko. I ten hałas, i to zabrudzenie płytek.

Szpaki są bardzo czujne, płochliwe- ja powoli, krok po kroku, przemieszczałam się w stronę drzwi, filmując, a one nic, jakby mnie nie było. Nie zwracały na mnie uwagi, tylko dreptały wokoło misy i kąpały się w niej. Były na wyciągnięcie ręki- dosłownie. A takie toto żwawe, takie ruchliwe, zaaferowane nowym miejscem i możliwościami, ciągle przemieszczające się z miejsca na miejsce- trudno było kręcić film bez przesuwania aparatu.

Powiedzcie, jak często komuś się taka frajda przydarzy? I czy to nie jest taki malutki kawałeczek szczęścia, jaki się ma? Taki na wyciągnięcie ręki, osobisty niemal.


 Ten drugi film jest dosyć długi, ale dopiero w połowie zaczyna "dziać się" naprawdę.


Ostatni film nakręciłam na tarasie, siedząc na krześle- miałam nadzieję, że ptaki wrócą, ale one wolały wydzierać się na katalpie. A jak zobaczyłam, że szpaczyca dokarmia podlota, to zrozumiałam, dlaczego taki rwetes stado robi. Szpaki wyprowadziły młode i uczą je latać. Widocznie robią to stadnie, bo tych podlotów sporo było.

 

Kosy uczą młode latać bez takiej wrzaskliwej otoczki. Inne ptaki też, a szpaki z pompą i paradą obwieszczają całemu światu, że oto młode pokolenie opuściło gniazda.

Jeszcze tylko podczas szabrowania czereśni, robią taki rejwach.

Wczoraj sroki zachowywały się podobnie. Na brzozie usiadły dwie stare i trzy młode. Jednak długo nie siedziały na miejscu, ciągle przylatywały z gałęzi na gałąź i coś tam do siebie skrzeczały. Widocznie też uczyły młode latania i zachowywania się poza gniazdem. Nie miałam aparatu pod ręką- sadziłam gladiole. Chwilę tak rozrabiały na najbliższej brzozie, a potem było je jeszcze, przez paręnaście minut, słychać w ogrodzie. Dzisiaj ani szpaków, ani srok nie słychać. Wyniosły się gdzieś dalej. Za to, jak co dzień (o 5,30 lub 6. chodzimy z Bezą na ogrodowy obchód), poranny koncert uskutecznia zięba. Siedzi na wierzchołku świerka i wyśpiewuje trele.