Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

16 czerwca 2026

Zamiast się zmuszać, lepiej dać sobie spokój.

 

Parking w Nowym Jiczinie- "royalek" Szprychy tuli się do motocykla Stefana.

Miałam wkleić post o następnym ślicznym pałacu, ale uznałam, że dwa pałace, jeden po drugim, mogą się „przejeść”. W końcu nie każdy lubi takie historyczne perełki, nawet jak jest o nich sporo interesujących informacji.

Poza tym... no, kto tu przyjedzie zwiedzić te pałace, no kto? Panie.... taki Rzym, Wenecja, Barcelona i inne wielkie miasta, gdzie zabytków po same uszy, panie, to jest atrakcja, no nie?

I ja to rozumiem, ale po to mamy Internet, by zamieszczać w nim, między innymi, teksty i zdjęcia naszych ”malutkich” zabytków. Ot tak, żeby ludzie wiedzieli, że my też mamy perełki architektury z interesującymi historiami. I to wcale nie gorszymi od tych wielkich światowych. Nasze białe oraz czarne damy, rycerze na czarnych ognistych rumakach, upiory i wampiry zamkowe, na pewno dorównują tym z wielkich zamczysk w różnych stronach świata. A ja na pewno nie chciałabym spotkać ani tych naszych, ani tych obcych na swojej drodze.

No dobra, to teraz dalszy ciąg opowieści motocyklowych- jeszcze ciągle jest nieopisanych kilka zlotów. Trochę info. o moim bziku motocyklowym powtórzę, by się tekst skleił z innymi moimi postami o tej tematyce.

Ja jestem z motocyklem oswojona od bardzo dawna. Moi rodzice mieli małe simsony (motorowery)- mama woziła mnie i brata na takim do przedszkola. Ja też dostałam simsona od dziadka- nie jeździłam na nim, nie zdążyłam, bo mi go buchnięto. Potem miałam chłopaka z WSKą. Jeździłam na WSce razem ze szwagrem- nawet spektakularną wywrotkę zaliczyliśmy. Następnie jeździłam z moim poprzednim mężem- najpierw na Panonii, potem na Kobuzie (WSK). 

Nigdy nie bałam się wsiąść na motocykl, ale rozumiem obawy innych. Jeżdżenie na motocyklu nie jest łatwe ani dla motocyklisty, ani dla plecaczka. Prowadzący musi całe to ustrojstwo trzymać „w pionie”, uważać na plecaczka (dodatkowe obciążenie) i jeszcze jechać zgodnie z zasadami ruchu drogowego. Plecaczek musi „wyczuwać” prowadzącego, umieć składać się przy zaliczaniu zakrętu, nie wychylać się, powstrzymywać od gwałtownych reakcji i w ogóle raczej nie brykać tam z tyłu. W tzw. "napinawych sytuacjach", trzymać  dziób zamknięty i nie komentować, a na pewno nie "doradzać".  Para- motocyklista i plecaczek- musi być zgrana. To jest tak samo, jak w samochodzie- jak nie masz zaufania do kierowcy, ciągle go strofujesz, pouczasz, to lepiej nie wsiadaj, albo po prostu zamknij się. Dla motocyklisty (dla kierowcy samochodu zresztą  też) nie ma nic gorszego, jak tego rodzaju plecaczek. 

Jaskół i Jaskółka na Enfieldzie.

I przesympatyczne małżeństwo- do teraz jeżdżą na motocyklu razem. W całej naszej grupie była jedna motocyklistka, która jeździła jako kierowca (miała pseudo "Szprycha") oraz od 4- 6 pań, które jeździły w charakterze "plecaczka".
 

A tu rodzinnie. Można? Można.

 Przy dłuższej jeździe, na tylnym siodle, zaczyna wszystko „ugniatać”, robi się niewygodnie. Nie zawsze można się zatrzymać wtedy, kiedy ma się potrzebę lub kaprys. Trzeba wytrzymać na dziurawych drogach, trzeba wytrzymać niepogodę, kiedy jest się w trasie. Z boku jazda na motocyklu wydaje się taka ot... jedzie sobie luzak. No a plecaczek to już w ogóle ma super. No i ma, jak to lubi, a ja lubiłam i te wszystkie minusy mi nie przeszkadzały. Czy się bałam? Chyba nie, raczej nie, ale czasem tak- były sytuacje, kiedy drętwiałam na siodełku (choćby wtedy, kiedy nam ogromny pies wystrzelił z pobocza i wpakował się w przednie koło). Ale Jaskół jest obcykany w jeździe na motocyklu i potrafił motocykl opanować w każdej nieciekawej sytuacji. Przynajmniej podczas naszych wspólnych jazd tak było. A mimo to, miał swoje wypadki. 

No dobra, czyli od czasów, kiedy miałam naście lat, motocykle (a jeszcze wcześniej również samochody) bardzo, ale to bardzo mnie kręcą.

Royal Enfield z bocznym wózkiem  w wojskowych barwach. 

 Kiedy okazało się, że nie mogę jeździć, to Jaskół zaproponował zamontowanie do naszego Enfielda bocznego wózka. No wiecie, taki boczny wózek to jest dla niektórych fajna sprawa. Wsiadasz w korytko, nie musisz niczego pilnować, nie musisz „trzymać pozycji”, jak na tylnym siodełku, może trochę się powiercić w trakcie jazdy. Siedzisz sobie wygodnie i nawet zdjęcia, bez ograniczeń, możesz robić – to było kuszące.

 Kolega wiezie w wózku swoją małą córeczkę- dla dziecka to bardzo fajna alternatywa.

A tu ten sam wózek z różowymi akcentami, wszak podróżowała nim mała dziewczynka.

 Z drugiej zaś strony, jazda w wózku sprowadza się do tego, że siedzisz niżej (prawie szorujesz d... po asfalcie), masz z lewej strony, na wysokości twarzy, but motocyklisty, masz z prawej strony migają ci na wysokości oczu słupki drogowe. Widoki? Zapomnij. Co zobaczysz, jak siedzisz dużo poniżej siodełka motocyklowego? Góry? Pola? Jeziora? Guzik, zobaczysz najwyżej źdźbła pszenicy, trawy i łodygi kukurydzy (i to od dołu) albo oddział mrówek, maszerujący poboczem. 

A jak motocykl wyprzedza np. TIRa, to masz na wysokości oczu wysokie, kręcące się z ogromną prędkością, koła tegoż. Wysiadłabym ze strachu podczas jazdy, o ile spaliny z rury wydechowej tego TIRa, nie zabiłyby mnie prędzej. Zdjęcia, bo ręce wolne i nie ograniczają cię plecy motocyklisty? A czego te zdjęcia, na tej wysokości, miałyby być?

Zamontowanie wózka i jazda w nim na chwilę mnie kusiły, ale potem stwierdziłam, że to nie dla mnie.

- No wiesz- powiedziałam do Jaskóła- Ja w wózku? Jak jakaś emerytka boleściwa mam jechać? Never. Naprawdę nie wyobrażałam siebie w takim miejscu i nawet myśl o wspólnych jazdach nie przebiła mojej niechęci do kosza.

A teraz zastanawiam się- teraz, kiedy jest już za późno, kiedy nie ma Enfielda, a do Szerszenia żadnego bocznego wózka nie da się zamontować, czy moje oburzenie było, w tamtej sytuacji, takie a courant.

Kompletnie wtedy zapomniałam, że to nie tylko mój kręgosłup był przeszkodą, ale i inne ważne okoliczności nie pozwalały mi na jeżdżenie na rajdy. Wtedy wózek znaczył dla mnie to samo, co „patrz babo na co ci przyszło, w wózku cię wożą, a nie na siodełku, co za porażka”. Przy czym obiektywnie patrząc na jazdę w wózku bocznym, to raczej są w niej same plusy, a nie minusy i wiele osób wybiera właśnie wózek, a nie tylne siodełko. No, ale jak się ma czasem, nomen omen, „niezdrowe” ambicje, to miewa się i zaćmienia w spojrzeniu na rzeczywistość. Wózka nie kupiliśmy, Enfielda sprzedaliśmy, Jaskół jeździ na Szerszeniu i jest wszystko OK. Tylko mnie czasem szczypnie na wspomnienie tych jazd.

Rozumiem też niechęć i obawy niektórych- nie będą jeździć, bo się boją i chętnie tej drugiej połowie też by zabroniły. Ja się boję wysokości i mam klaustrofobię, ktoś inny ma niechęć do motocykli (zwłaszcza wypasionych i ekstra szybkich). Nigdy nikogo nie przekonywałam na siłę i nadal nie zamierzam tego robić. I dodam- jeśli ktoś się boi, nie jest przekonany, niech raczej zrezygnuje. Nie ma nic gorszego dla motocyklisty od sztywnego ze strachu plecaczka. Nie wszyscy muszą zaliczać na motocyklu kilometry, by komuś coś, albo sobie na siłę udowadniać. Ja nie musiałam i tyle.

Jednak często denerwowały mnie takie gadki: „I ty też jeździsz? A nie boisz się? Ja bym się bała”- fajnie, tylko, że wypowiedziane jest to z takim dosyć złośliwym przekąsem, jakby jazda na motocyklu była czymś nagannym, nieprzystającym kobiecie. Inne: „I tak mu pozwalasz samemu jeździć? A nie boisz się?” i tu nie wiem, czy chodzi o Jaskóła, o jego bezpieczeństwo i zdrowie, czy o dawanie mu zbyt dużej porcji wolności, czy o moje bezpieczeństwo jako żony, bo przecież na tych zlotach samotny motocyklista... no wiecie.. ech... To jest mniej więcej tak samo, jak głupie chore wyobraźnie żon i matek oraz teściowych, które nie chcą puścić chłopa do sanatorium, bo pewnie się tam już w pierwszym dniu puści.

A ja byłam na zlotach i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że przeważnie tym panom motocyklistom tylko jedno wiruje po głowach- motocykle i jazda na nich. Żadne tam panienki... ale... no stop... a tak... Na takich ogromnych zlotach MC, to się rzeczywiście dzieje nieciekawie- wóda, panienki, ostra jazda i ostra muza. Jednak nie będę plotkowała na temat innych zlotów, bo ja wiem tylko to, co na naszych widziałam. Dobre poczciwe dżentelmeńskie towarzystwo. A i żony, narzeczone, i wręcz motocyklistki, też na nich bywały. 

Nigdy nie miałam problemu z zaakceptowaniem motocyklowej pasji Jaskóła i jego samotnych wyjazdów. Bardziej byłabym wkurzona, gdyby siedział w domu i marudził, bo nie wiedziałby, co z sobą począć. Każdy ma swoje pasje, każdy zasługuje na swoją wolność i chwilę wytchnienia od tej drugiej połówki. Zyskujemy na tym oboje.

Różne wózki boczne, zamontowane do klasycznych motocykli Royal Enfield.

 




Zdjęcia z Internetu.

13 czerwca 2026

Klasyczna elegancja- pałac w Boryni.

 

Front pałacu. Prowadzą do niego jednobiegowe schody wyłożone żółtym kamieniem. Nad drzwiami wejściowymi znajduje się łuk koszowy i  herb  rodu von Schlutterbach. 

 

Tak naprawdę, to planowaliśmy wyjazd tylko do weta, ale Jaskół, który lubi robić mi niespodzianki i wie, że moim konikiem są pałace w każdej postaci, przygotował plan „B”, gdyby wizyta u weta nie wypaliła. „A słowo.....” chciałoby się rzec słowami kolędy- stało się i zaczęliśmy realizować plan B.

Jest piątek, przedpołudnie- jesteśmy w Boryni.

Zatrzymujemy się przy bocznej bramie wjazdu do pałacu i szukamy informacji, czy można na teren wejść z psem. Nie ma zakazu, wjeżdżamy na parking.

I tu trochę o tym, jak wyglądają nasze wyprawy z Bezą od strony „technicznej”. Zawsze zabieramy miseczkę oraz butelkę z wodą, ekstra woreczki na psie kupska oraz rękawiczki dla mnie lub Jaskóła. No i paszport z ważnymi szczepieniami oraz numerem czipa a także miejscem jego rejestracji.

Ok, wysiadamy, Jaskół zapina Bezie smycz- tu nie ma biegania bez smyczy (zresztą Beza jest głucha i już jej w ogóle ze smyczy nie spuszczamy).

Na wszelki wypadek biorę do kieszeni akcesoria do kupnych psich spraw- no trudno, jak trzeba będzie to posprzątamy. Pałac pięknie utrzymany, a wokół jeszcze piękniej utrzymany park. No nie- mówię do Jaskóła- Chodźmy najpierw z Bezą gdzieś na bok, bo jak zrobi kupę na tym pięknym trawniku, to będzie naprawdę profanacja. Wychodzimy przez główną bramę poza teren parku i tam nasz super pies wie, o co chodzi. Robi, co trzeba, możemy wracać i spokojnie teraz obejrzeć obiekt. Ja wiem, że sprawy fizjologii naszego psa niezbyt są interesujące, ale uważam, że trzeba jednak pewne tematy omawiać bez ogródek. Sprzątnie po psie,w miejscach publicznych (chodniki, trawniki głównie w mieście, tam, gdzie ludzie często chodzą, itp.) powinien robić każdy właściciel i my nie wzbraniamy się przed tym. Już mi się zdarzyło- jest niezbyt fajnie, ale da się wytrzymać. Dzieciaki też się podcierało i rzygowinki po nich sprzątało. To są ludzkie i psie sprawy. Przynajmniej ja to traktuję jako: „No trudno, ma się psa, to ma się też drobne, związane z nim, nieprzyjemności”- to wchodzi w zakres odpowiedzialności za zwierzę, które bierzemy do domu.



Dobra- wracamy przez główną bramę, by obejść pałac dookoła i chociaż trochę zobaczyć park. Pałac z przodu i z tyłu ma podobny wygląd- tarasy ze schodami– z przodu na podjazd z gazonem, z tyłu na chodnik i trawnik. 

Borynia, w której jest pałac, to bardzo stara wieś (teraz dzielnica Jastrzębia- Zdroju)- pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1305 roku i znajduje się w księgach biskupstwa wrocławskiego. W tamtym okresie należała do księstwa raciborsko- rybnickiego. Borynia składa się z trzech części- Boryni Górnej, Boryni Średniej oraz Boryni Dolnej- ważna informacja, ponieważ części te dzieliły różne losy i miały, na przestrzeni wieków, różnych właścicieli. Nas interesuje, głównie, Borynia Górna, w której znajduje się pałac. 

Aż się w oczach troi od tego "Borynia, Boryni".

Wybudowano go w 1781 roku, gdy właścicielem dóbr wszystkich trzech części Boryni- od 1760 roku- był Herr Jan von Schlutterbach (tytuł Herr był w środku- między szlachtą nietytularną, a osobami z tytułem barona). Był szlachcicem pochodzenia austriackiego, a dobra, które nabył, należały wcześniej do Habsburgów, natomiast po wojnach śląskich, zostały włączone w państwo pruskie.

Baron był typowym przedstawicielem szlachty pruskiej, która miała, na Śląsku, majątki ziemskie, prowadziła życie towarzyskie i kulturalne.

Taka mała dygresja- podczas zbierania info. o pałacach, zamkach, ruinach, które oglądamy, szukam również wiadomości o właścicielach tych obiektów. Czasem było ich kilku, ale bardzo często obiekty te miały nawet kilkunastu właścicieli na przestrzeni np. 200 lat. A ponieważ nazwiska tych ludzi są takie, że można sobie język połamać (niemieckie, austriackie i czeskie na tych terenach), to mogą się nierzadko mylić. I tak jest w przypadku Boryni. Utrudnieniem przy określaniu właścicieli majątku był podział Boryni na trzy części (każda w różnych okresach zmieniała właściciela) oraz brak pisanych źródeł/ dokumentów- są tylko cząstkowe.

Nie będę tutaj przedstawiała całego rodu, ale wspomnę tylko, że baron miał dwóch synów- po jego śmierci majątek przejął starszy Ferdynand. Nie znalazłam informacji, jakie były losy młodszego Karola.

W 1820 roku Ferdynand, który odziedziczył majątek, przekazał włości swemu synowi Ferdynandowi Franciszkowi. Ten z kolei, w 1840 roku, część majątku- Borynię Dolną– sprzedał księciu pszczyńskiemu Ludwikowi de Anhalt Coethen, natomiast Borynię Górną i Średnią pozostawił swojej żonie oraz 12 dzieciom.

Od roku 1853 do 1899 roku majątek częśto przechodził z rąk do rąk. Najpierw jego właścicielem był baron Emil von Durant, następnie po jego śmierci, majątkiem zarządzała wdowa po nim- Martha Maria von Durant. Później, od roku 1904 właścicielem Boryni był Waldermar Schippan. W 1917 roku majątkiem zarządzał Kurt Dobers. Podczas zmiany właścicieli majątek, z różnych przyczyn, malał. 

Zdjęcie zrobione zaraz po II wojnie- tył pałacu.

Po I wojnie majątek rozparcelowano do tego stopnia*, że w całości pozostał tylko obszar dworski wraz z pałacem, a jego posiadacze utrzymywali się z upraw rolnych, produkcji mleczarskiej oraz z gorzelni.

W na krótko przed II wojną całość kupiła rodzina Ledóchowskich, po czym przeszedł on w ręce Elżbiety Siódmiok.

 Czasy współczesne, ale jeszcze przed utworzeniem gazonu przed wejściem.

II wojnę pałac przetrwał prawie w całości. Został tylko lekko uszkodzony podczas pożaru. Całe wyposażenie budynku wyszabrowali sowieccy żołdacy.

Podczas okupacji działało w pałacu przedszkole, a po wojnie... a jakże, przecież większość pałaców wtedy była adaptowana na szkoły, to i w pałacu, w Boryni, do roku 1985, roku funkcjonowała szkoła podstawowa.

Zdjęcie z roku 1936.
 

Potem pałacem zarządzała Jastrzębska Spółka Węglowa (niedaleko pałacu znajduje się KWK Borynia), by w 2010 roku sprzedać obiekt prywatnemu inwestorowi. No i dobrze sprzedano ten piękny obiekt, bo nowy właściciel szybko go wyremontował i umieścił w nim hotel oraz centrum konferencyjne.

Jak większość pałaców i ten w Boryni ma swoją legendę o białej damie. Ponoć zdarza się ją widywać spacerującą przed wejściem do budynku lub w parku. Białe damy to duchy kobiet, które zginęły śmiercią tragiczną- były mordowane, popełniały samobójstwo. Często ich historii towarzyszyła otoczka nieszczęśliwej miłości lub narzuconego małżeństwa. Kim jest biała dama w Boryni, nie wiadomo. Przypuszcza się, że chodzi o córkę Ferdynanda Schlutterbacha– Karolinę. Ma ona schodzić z jednego z obrazów i spacerować po alejkach parku, by spotkać się z tajemniczym jeźdźcem na czarnym koniu. Karolina ma na sobie białą, zwiewną suknię- no jasne, jeszcze nie spotkałam historii, w której występuje biała dama w jakimś ciężkim białym chałacie- zawsze ma na sobie białą zwiewną suknię, czasem dodatkowo delikatny welon lub szal.

Legenda ta oparta jest na ustnych przekazach, nie wiadomo jednak, co jest przyczyną ukazywania się białej damy w pałacowym parku. Nie wiadomo również, jakie były losy Karoliny.

Panowie z rodu Schlutterbach nie cieszyli się wśród chłopów estymą. Traktowali poddanych bardzo źle, karali ich chłostami, zakazami, nakazami oraz obciążali nadmierną pracą fizyczną, toteż w XVIII wieku chłopi podnieśli przeciw tym okrutnikom bunt. Spalili stodoły ze zbożem w Boryni oraz w pobliskiej Szerokiej. Co się dalej działo, nietrudno sobie wyobrazić, pewnie ukarano ich za to równie okrutnie, jak traktowano codziennie. Ale pałac podczas tych buntów ocalał, chłopi nie odważyli się go spalić.

Nie wiadomo też, kto był architektem pałacu. Znawcy architektury, na podstawie kształtów innych, niedalekich budowli z tamtych lat, mówią, że był nim Samuel Fryderyk Ilgner. Pałac w Boryni bryłą przypomina nieistniejący już pałac w Pawłowicach (zachowały się jego zdjęcia) oraz zamek i kościół w Rybniku. Inni twierdzą, również na tej samej podstawie, że twórcą pałacu w Boryni był Wilhelm Pusch, który zaprojektował pałac w Tychach, pałac w Porębie i „Ludwikówkę” w Pszczynie. Trudno będzie ten spór rozstrzygnąć, ponieważ wiele dokumentów pałacowych znikło bez śladu. 

 

Podoba mi się bryła budynku i ten mansardowy dach. Kolor ścian też jest fajnie dobrany- taka "brudna śmietana"- jest nienachalny i podkreśla elegancję bryły. Przy obu bocznych ścianach są zejścia do piwnic, zabezpieczone pięknymi kutymi barierkami.

Usytuowanie pałacu jest tradycyjne dla czasów, w których powstała budowla- stoi on na niewielkim pagórku i otoczony jest parkiem w stylu angielskim. Z jednej strony sąsiaduje z wsią, z drugiej z polami.

Pałac zbudowano z cegły z kamiennymi wstawkami. Jest podpiwniczony. Pierwotnie dach był pokryty łupkiem, potem dachówką, teraz jest pokryty blachą miedzianą. Wybudowano go w stylu klasycystycznym z elementami baroku. Z tyłu jest ogromny taras, na  który wiodą również jednobiegowe schody. Kiedyś były one dwubiegowe. 

Na tym zdjęciu widać, że kiedyś budynek był pomalowany w dwóch kolorach- łososiowe ściany, a zdobienia białe. Stosowanie dwóch (czasem więcej) kolorów w budynkach klasycystycznych czy neoklasycystycznych jest bardzo popularne podczas ich odnawiania. W Czechach co drugi pałac jest tak pomalowany (w Polsce też tak się maluje). Mnie się bardziej podoba aktualny kolor pałacu- bardzo naturalny i taki dystyngowany.  

 
Tył pałacu, ale nie znalazłam daty wykonania zdjęcia. Być może tak wyglądał pałac i jego otoczenie w czasach, kiedy była w nim szkoła.

Obecny wygląd tyłu pałacu. Dwubiegowe schody zlikwidowano, dobudowano taras z zejściem do parku. Nad drzwiami wejściowymi również znajduje się herb rodowy. 


 


Na elewacji, nad oknami górnego piętra, znajdują się pilastry, ozdobione elementami głowic korynckich. Wszystkie cztery elewacje posiadają charakterystyczne centralne ryzality. Zwieńczeniem elewacji są gzymsy.


Okna pałacu, na pierwszym piętrze są prostokątne, na drugim zwieńczone łukami. Okna są wykonane z nowoczesnego materiału, ale widać, że zachowano ich pierwotne zdobienia- ech ci konserwatorzy, dbają  o to, by zachował się każdy historyczny element danego obiektu. Dobrze, że to styl klasycystyczny, dosyć oszczędny w szczegółach zdobniczych. Przy barokowym, właściciel pewnie by zbankrutował podczas odnawiania budynku.

Okienka w lukarnach są oknami pokoi gościnnych, wyposażonych w indywidualne łazienki- to hotel 5 gwiazdkowy o wysokim standardzie.

W bardzo zadbanym parku, w pobliżu pałacu,  znajdują się:

dekoracyjna duża altana 

oraz przeszklony pawilon- miejsce spotkań, konferencji, szkoleń oraz wesel.


 A tu fragment starego ogrodzenia, okalającego park. Na starych zdjęciach widać to ogrodzenie dokładniej  (w innym miejscu obiektu). 

Perę zdjęć z wnętrza pałacu 



W piwnicach budynku znajdują się: restauracja, kawiarnia oraz zaplecze kuchenne.

Jest to hotel, dlatego nie weszłam do środka. Zresztą byliśmy z Bezą i nasz czas był ograniczony powrotem do weterynarza.

Więcej o tym, jak urządzono pałac w środku, można przeczytać tu:

https://www.tujastrzebie.pl/wiadomosci,ale-historia-o-palacu-w-boryni-slow-kilka,wia5-3266-14232.html

Zespół pałacowy (pałac i park) w Boryni wpisano do rejestru  zabytków w maju 1958 roku  (5.05.1958r., nr rej.: 567/58 oraz 5.02.1966r., nr rej.: 565/66).

 

* Zawsze uważnie śledzę losy pałaców, które oglądam. Z ich historii można wiele dowiedzieć się o historii politycznej, gospodarczej i obyczajowej regionu, a w którym dany pałac się znajduje.

Podczas czytania historii pałacu w Boryni, dowiedziałam się wiele o parcelacji majątków, na tym terenie, po I wojnie światowej. I nie była to parcelacja przymusowa, a często była dobrowolna, bo korzystna dla właścicieli majątków- ratowali oni w ten sposób część swoich dóbr. To, że zostały one mocno okrojone, nie miało dla nich wielkiego znaczenia, bo nierzadko groziło im bankructwo wskutek następstw wojennych.

Zazwyczaj słowo „parcelacja” kojarzy się z przymusowym dzieleniem ziemi, a w historii polskiej z przymusowym oddawaniem ziemi właścicieli ziemskich po II wojnie światowej. Wyrzucano ich z ich majątków, odbierano im ziemię, którą dzielono między chłopów, zaś część przydzielano PGRom.

Natomiast parcelacja, o której piszę, w związku z majątkiem w Boryni, przebiegała zupełnie na innych zasadach. Ponieważ całość była zadłużona, przejęło go państwo i następnie ziemię rozparcelowano. Zrobiono to zgodnie z prawem pruskim, bo ta część Śląska została w granicach państwa pruskiego. Po II wojnie całość przejęło państwo polskie na tych samych zasadach, co w reszcie Polski.

Źródła:

http://palacborynia.pl/historia/


https://pl.wikipedia.org/wiki/Pa%C5%82ac_Schlutterbach%C3%B3w_w_Jastrz%C4%99biu-Zdroju

https://sbc.org.pl/Content/607236/Nowiny_1995_51.pdf

https://www.palaceslaska.pl/index.php/indeks-alfabetyczny/j/124-jastrzebie-zdroj-borynia

Zdjęcia wnętrz z:

https://sokoliszlak.cba.pl/?page_id=13158

https://www.tujastrzebie.pl/wiadomosci,ale-historia-o-palacu-w-boryni-slow-kilka,wia5-3266-14232.html

https://sbc.org.pl/Content/94781/JZ_album_obrazy_z_przesz.pdf

Zdjęcia pałacu:


P.S. Minął  tydzień, kiedy obejrzeliśmy ten piękny zabytek. Potem była sobota- dzień również udany i zaliczona wizyta u weta. Co po niej obejrzeliśmy, napiszę jeszcze.

Wczoraj byliśmy z Bezą, po raz kolejny, u weta, by obciąć jej pazurki oraz zadecydować, co zrobić z tym jej moczeniem się. Śmiejemy się, że powinniśmy tam dostać abonament.  Doktor Lucyna stwierdziła- nie tylko wy jesteście tak często, mamy tutaj wiele takich pacjentów. Szczerze, to wolałabym zaliczać weta raz w miesiącu i tylko po to, by obcinać Bezie pazurki, ale ona coraz starsza to i choróbska się zaczynają.

Na moczenie się, u sterylizowanych suk, są tabletki, które wpływają na mięśnie zwieraczy. Niestety, Beza ma chore serce, a te tabletki bardzo sercu szkodzą. Zrezygnowaliśmy z nich. Na razie podłogi są suche. Może to jednak skutki uboczne pyralginy, którą Beza brała, były powodem, że lało się z niej okropnie? 

Czas tak szybko leci, już połowa czerwca, w ogrodzie kolejne kwiatowe kwitnienia. Dzieje się codzienność.



08 czerwca 2026

A życie wcale nie zwalnia.

 

Taki gość wprosił nam się do sypialni. Pisałam już, że powoli mieszkańcy ogrodu wyprą nas nawet z domu. Sikora latała po pokoju, potem siadła na parapecie. Więcej zdjęć nie robiłam, by jej jeszcze bardziej nie sfrustrować.

Cały miniony tydzień był „aktywny”. Najpierw szybkie ogarnianie ogrodu przed zapowiedzianymi deszczami, a w piątek i w sobotę wyjazdy (takie troszkę "na wariata").

W środę spadło tyle deszczu, co normalnie przez miesiąc się sumuje. Istne deszczowe szaleństwo. We wszystkich rowkach odwaniających wody na full. Na dole ogrodu, w rowku, wartki strumień. Lało, wiało, burze chodziły dokoła, ale ani jedna o nas nie zahaczyła. Pod naporem gwałtownych strumieni wody z góry, krzewy się przygięły, kępy kwiatów „rozpizdrzyły” na wszystkie strony, piwonie połamały... no bida, panie, bida... teraz wszystko się powoli podnosi do stanu sprzed deszczu. Miałam nosa z tymi podstawkami pod donice na tarasie. Kiedy zaczęło mocno lać, podstawki z donicami, bez jakiegokolwiek większego wysiłku, zjechały pięknie pod dach i pelargonie ocalały. 

Piwonie- w ogrodzie jest parę krzaków jasnoróżowych, jeden krzak czerwonej (mały) i jeden krzak ciemnoróżowej. W tym roku słabo kwitły.


 

W piwnicy, oczywiście, woda. Jednak nie na tyle, by dramatyzować. Trochę pompowaliśmy, by następne deszcze nie dołożyły swojego do tego, co już jest.

Facelia- dwie roślinki wyrosły z nasion, które były w karmie dla ptaków. Podobają mi się i jej kolor, i kształt jej kwiatów z długimi pręcikami. Coraz bardziej rośnie we mnie ochota na kupienie nasion facelii oraz inkarnatki i wysianie ich w donicach.

 

Fajne jest to, że każdy kwiatek jest w innym odcieniu fioletu. Kolory przechodzą od ciemnego fioletu, przez ten bzowy, aż po odcienie niebieskiego. Świetnie to wygląda przy większej ilości kwiatów. 
Niżej zdjęcie poglądowe (z Internetu)- nie mogłam się oprzeć, by pokazać, o co mi chodzi. Gdyby takie pola były w zasięgu naszych wypadów, to namówiłabym Jaskóła na następne szaleństwo- pojechać tylko po to, by zobaczyć takie pole. A tak nawiasem, wczoraj Jaskół pokazał mi zdjęcie kolegi motocyklisty- jego motocykl a w tle ogromne pole kwitnących na czerwono polnych maków (to jest dopiero 'krwawe pole"). Niestety, pole znajduje się obok Góry św. Anny. Trochę daleko.

Żółte pola rzepaku to już taka norma, że nie ma czym się specjalnie zachwycać. W dodatku uczula mnie jak diabli. No nie kocham kwitnącego rzepaku i już. 


Od kiedy zabieramy Bezę na wycieczki, zmniejszył nam się teren do zwiedzania (tak około 1,5 godziny jazdy w jedną stronę). Bałam się, że już nic interesującego nie zobaczymy, bo wiele ciekawych miejsc mamy  zaliczone. A tu nadspodziewajka- okazało się, że najbliższa okolica ciągle ma do zaoferowania wiele z tego, co lubimy. Ech... nie dalekie kraje, nie wichry północy i piaski pustyni, ale tu jest bardzo, ale to bardzo interesująco.

Mieszkasz w danym miejscu, wydaje ci się, że już wiele wiesz o bliższej i dalszej „okolicy”, a jednak- ciągle coś nowego odkrywamy i ta wiedza, te wrażenia, te mgnienia, zachwyty oraz przemyślenia, wskakują jak puzzle w ogólną historię całego, dosyć dużego regionu, nas otaczającego.

Moje ulubione irysy. Są tak niebieskie, że aż oczy bolą. Niebieskie samą głębią niebieskości. I ten kolor jest urzekający, ale na zdjęciu tego nie widać. Były jeszcze białe, bieluteńkie. "Umarły ze starości"- po prostu w zeszłym roku, na wiosnę się nie pojawiły. Wszystkie stare kwiaty, w naszym ogrodzie, tak się zachowują- są a potem znikają. 

Beza miała być w piątek u wujka weta- szczepienie coroczne, obcinanie pazurków i konsultacje w sprawie psiego moczenia się. W czwartek lało się z niej jak z kranu, nie nadążyłam wycierać podłóg. W piątek ani kropelki, sucho, normalnie. Bardzo pilnuję, by psiny nie było czuć moczem. Od czasu do czasu podcieram ją mokrymi chusteczkami. Nie chcę też, by się zaparzyła w tamtych miejscach. Ale Beza „na starość” coraz częściej „nie życzy sobie”. Przy tym, co kiedyś znosiła ze spokojem, teraz ostro protestuje. A my psa na siłę nie będziemy do niczego zmuszać, póki to nie zagraża jej zdrowiu a nawet życiu. Trzeba podstępem i sposobem „zdobywać” Bezkę. Nawet pod prysznic nie chce już wchodzić. Od kiedy ogłuchła, stała się bardziej ostrożna, bo ufać, to raczej ufa nam nadal. Problemem jest to, by granicy jej zaufania nie przekroczyć, tylko gdzie ona jest?  

Jesteśmy jeszcze „w piątku”- podjeżdżamy pod weterynarię i widzimy parking zapchany samochodami oraz dwa auta stojące na chodniku. No jasne, dużo ludzi wzięło sobie w piątek wolne, to ze zwierzakami zaliczają weterynarza na spokojnie. Chwilę stoimy i zastanawiamy się- czekamy, czy odwracamy kolejność punktów w planie. Robimy to drugie. Jedziemy, zatem, na krótką wycieczkę do niedalekiego pałacu, który jakimś cudem, nie został jeszcze przez nas obejrzany.

O pałacu w Boryni będzie w następnym poście- zawsze takie posty są obszerne- nie chcę teraz zanudzać zbyt długim wpisem. Ten mówi tylko o zeszłym tygodniu, który był bardzo bogaty w różne wydarzenia.

Czyli jest jeszcze piątkowe południe.

Kiedy obeszliśmy pałac dokoła, zaczął padać deszcz, decydujemy się wracać z Bezą do weterynarza. Może kolejka będzie mniejsza, a może nie będzie jej w ogóle? O naiwności ludzka, przecież to piątek po dniu wolnym i przed dniami wolnymi- potwierdza się to, co wyżej napisałam- ludziska sobie zaplanowali wykorzystać ten dzień na wizytę u weta. Kiedy podjeżdżamy pod weterynarię, parking jest jeszcze bardziej zapchany, a właściciele spacerują z psami po nim oraz po chodnikach przy ulicy. No nic, wchodzę do środka i pytam, czy w sobotę (w tę sobotę- długi weekend)- pracują- owszem, pracują. Ok, przyjedziemy, zatem, w sobotę. A w sobotę też się działo- będzie kilka postów.

Na koniec taka sobie serowa historia- przestroga, by patrzeć dokładnie, co się kupuje.

Od razu zaznaczam- ceny tych serów są prawie takie same.

Widać, że pudełka różnią się wielkością, ale nie tak bardzo, by od razu to zauważyć.
Interesujące jest to, że w tym większym jest mniej sera, niż w tym mniejszym. Ja nie zorientowałam się, Jaskół zauważył. Czy warto się szarpać o 20g? Nie o nie chodzi, ale o manewry producentów- taka sama cena za mniej towaru. Już to przerabialiśmy na maśle, na butelkach z napojami i czort wie na czym jeszcze przerobimy. Takie cichuteńkie podwyżki. Dotychczas zwracałam uwagę, głównie, na datę przydatności, teraz dochodzi sprawdzanie gramatury, która podczas gotowania ma jednak znaczenie. 
 

 


04 czerwca 2026

Jaskół opowiada.

 

Wynik jeszcze nie końcowy- w sumie Jaskół przejechał ponad 80000 kilometrów w ciągu 20 lat.

 Początek.

Wszystkiemu winien jest mój starszy brat Janusz. Odkąd pamiętam, miał zamiłowanie do motocykli: to Iż, to Awok, to jakieś BMW R-35.... . Pamiętam, zabrał mnie kiedyś na przejażdżkę „Wołkiem” do Katowic. Najpierw zatrzymała nas Milicja, bo usłyszeli za duży hałas i chcieli wlepić mandat za brak tłumika, ale jak zobaczyli czym jedziemy, to pooglądali z ciekawością i puścili nas wolno. Całe szczęście, bo gdyby nie ta przerwa w jeździe, to pewnie dupa by mi odpadła. Dopiero wtedy zrozumiałem, co znaczy sztywna rama. Potem brat wyprowadził się na Kaszuby. Na cały rok. Niby to niedługo, ale zmienić można wiele. W ciągu tamtego roku odwiedził mnie kilkakrotnie. Raz przyjechał i mówi, że zamienił motocykl na lepszy. Pytam, co to znaczy, a on na to, że ma angielski motocykl, Ariel jakiśtam. Nowszy od „Wołka”, bo z lat 60-tych.

- To fajnie- mówię- że zmieniłeś. Super tak realizować swoje marzenia.

Okazało się, że zwycięstwo było połowiczne. Motocykl był, a jakby go nie było. Prawnie nie istniał– nie miał papierów. W tym czasie (lata 80-te) pracowałem „blisko” Urzędu Miasta. Poszedłem zarejestrować motocykl na dobrze wyprane papiery ze starego Junaka. Pani z Wydziału Komunikacji, widząc „znajomą” twarz, nie była zbyt dociekliwa i wydała papiery na motocykl, który stał przed Urzędem.

Jak już mówiłem, po roku Janusz wrócił do naszego miasta. I jak to niespokojna dusza, znalazł Nortona. Sprzedał więc Ariela i kupił nowego Anglika. Podobno Ariel był 350, a Norton -500. Jechałem na nim kilka razy w charakterze „plecaczka”. Nie powiem- fajnie było.

Raz jechaliśmy do znajomych 8 grudnia.

On- motocyklista- ubrał się po swojemu- ja, żeby nie zmarznąć, wsadziłem na siebie, co się dało. U znajomych rozebrałem się w przedpokoju i przedpokój się wypełnił na full- ortalion, kufajka, dres, buty po nartach- kompletny asortyment dobrze wyposażonego turysty wysokogórskiego. Fajnie nam się razem jeździło. Pewnego razu, ten wariat, wymyślił coś wybuchowego- znalazł dla mnie motocykl. Piękny, tani......tylko, że w worku. NSU 250.....z kurnika. Nie mam zacięcia technicznego, a tym bardziej do czegoś, czego nie widzę. Zamiast jeździć musiałbym czyścić i składać. Po dwóch miesiącach sprzedałem worek.

Minęło kilka lat. Pracowałem sezonowo na basenie, gdzie mnie, któregoś brat odwiedził. Zrobił to z pompą oraz paradą. W tamtych czasach motocykle 4 suwowe nie były tak popularne, jak teraz. Junak, Avo- pod koniec lat 80.- to jednak była rzadkość. Przeważały MZ-ki, CZ-ki, Jawy. Młodzież przyjeżdżała na basen takimi właśnie motocyklami. Stały na parkingu koło budki, w której sprzedawałem lody i zimne napoje. Nagle zrobiło się cicho na basenie – prawie cały męski ludek wyszedł z wody i zgromadził się przy bramie wyjściowej. Będąc w środku budki, dopiero po chwili, usłyszałem dziwny dźwięk- jakieś dziwne głośne i dudniące „mruczenie”. Okazało się, że takie wrażenie, na płci męskiej, zrobił Norton, wjeżdżający na wolnych obrotach przez bramę obiektu. Wtedy pomyślałem, po raz pierwszy, że w tej miłości do motocykli musi coś być.

Lata mijały. Byłem ojcem 16-latka. Któregoś dnia znalazł w starych szpargałach zdjęcia motocykli.

  • Tatuś, co to?

  • Wiesz, Stryj jeździł takimi motocyklami.....

    Stało się- zaczęły się rozmowy mojego syna z moim bratem.

    Bez mojego udziału, bo mnie motocykle nie interesowały. Po pewnym czasie na biurku w pokoju syna stanął „Wołek” w ramce, po nim Ariel oparty o płot na Kaszubach. Zaczęliśmy kupować „Świat Motocykli”.

W pewnym momencie brat zaczął opowiadać o motocyklu, który wzbudzał jego zainteresowanie (był stałym czytelnikiem „Świata Motocykli.”, „Motocykla”,”Classic Motocycles” i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze).

Oczywiście był to „anglik”, tyle, że produkowany w Indiach. Zachwycał się nim przy każdym naszym spotkaniu. Próbowałem go od tego odwieść:

- Coś Ty, motocykl produkowany w Indiach ?– zapomnij- Co Hindusi potrafią?

A On swoje:

- Technologia angielska, a składany w Indiach to będzie tani.

Patrzyłem na to sceptycznie, ale nie chciałem Mu sprawiać przykrości, cóż mnie do tego, przecież nie kupuję motocykla.

W 2003 roku, w listopadzie, namówił mnie na wyjazd do Zamościa, do człowieka, który jakoby najlepiej znał się na motocyklach, pisał książki i artykuły do „Świata...”, a przy tym był dealerem tego hinduskiego „anglika”. Miałem czas, więc wybrałem się z bratem na wycieczkę- po raz pierwszy od wielu lat wyjechaliśmy gdzieś razem. Warto było. Poznałem nową drogę z Frampola do Zamościa (przez Gorajec zamiast Biłgoraj i Zwierzyniec). Piękna widokowo i krótsza.

Ale, przede wszystkim, poznałem Pana Tomasza. Szczupły, niewysoki, lekko przygarbiony. Pooglądaliśmy motocykle stojące w warsztacie: Royal Enfielda Bullet`a niebieskiego, takiego samego czarnego (ale de Lux) i czerwonego Enfielda sixty five- solówkę. 

 


Nie powiem, prezentowały się imponująco. Pan Tomasz odpalił swoją maszynę, rzeczywiście, głos miała piękny. Ten ton słyszałem kilkanaście lat wcześniej- wydobywał się z Nortona. Jako, że listopad nie należy do gorących miesięcy, poszliśmy na herbatkę. I zaczęło się: Janusz pytał, a Pan Tomasz odpowiadał i opowiadał. Widać było, że wie, o czym mówi. I czynił to z pasją. Siedziałem jak na tureckim... nie- jak na hinduskim kazaniu. Dwa razy o coś zapytałem, zaznaczając, że jestem laikiem, że przyjechałem z bratem do towarzystwa. Nasz rozmówca nie zrażał się i odpowiadał mi równie wyczerpująco, jak Januszowi, tylko bardziej przystępnie (chciał pewnie, żebym rozumiał, co do mnie mówi). Stanęło na tym, że Janusz zamówił jeden egzemplarz motocykla. Miał to być czarny Royal Enfield 500 de Lux, z chromowanymi błotnikami. Zaczynał mi się podobać, ale cóż, był tylko jeden. Wróciliśmy do domu. W grudniu Janusz zadzwonił, że sytuacja finansowa nie pozwala mu na zaliczkowanie motocykla (miał być do odbioru na Wielkanoc). Dałem pieniądze na zaliczkę, coraz częściej myśląc o tym, że jak nie weźmie to może ja... ? Wszystko wyjaśniło się w styczniu. Firma, w której mój brat pracował, zaczęła podupadać. Wiadomo, że ktoś, kto ma na utrzymaniu 5 osób, a w perspektywie utratę pracy, nie kupi motocykla. Stanąłem przed nie lada dylematem. Byłem zdecydowany, ale co na to moja Żona? Rozmowa o zakupie motocykla trwała 3 miesiące. Jestem jej wdzięczny za to, że się zgodziła**. Ale najbardziej zadowolony z tego był mój syn. Miał już 17 lat i w bliskiej perspektywie „prawko” na motocykl. Jednak największy wpływ na moją decyzję miał fakt, który zaobserwowałem kilka lat wcześniej- mój brat po sprzedaży motocykla (warunki ekonomiczne) stał się innym człowiekiem. Stał się zgryźliwy, zgorzkniały i taki szary- po prostu zdziadział. 

 


Nie macie pojęcia, ile radochy daje jazda motocyklem (podobno w drugiej ławce też). Mogę to powiedzieć, bo sam doświadczyłem. Ale wrażenia z jazdy będą potem. Teraz trzymajmy się chronologii. No więc przyspieszony kurs podstawowej obsługi motocykla w Zamościu u Tomasza Sałka i motocykl stanął w Tychach, w biurze firmy, na honorowym miejscu.

Z miejsca stał się sensacją– nikt ze znajomych do tej pory nie jeździł i patrzeli na mnie bardziej z politowaniem niż ze zdziwieniem (zachciało się chłopu na starość). Ale ja mam dopiero 48 lat. Wszyscy czekaliśmy, aż puszczą śniegi. Nareszcie. Za radą Janusza zacząłem naukę jazdy na mało uczęszczanym placyku. Kółeczko na jedynce w lewo- przerwa, jeszcze jedno i znów przerwa. Gdy kółeczka wychodziły już bez podpórki, to zacząłem kręcić w prawo. Potem to samo na dwójeczce. Trzeciego dnia wyjechałem na drogę publiczną. Mały ruch (bo to poza miastem), ale już można było wrzucić trójkę i czwórkę- taka pętla 3,5 km. No to potem dwie w lewo i dwie w prawo. A po tygodniu wyjazd do miasta. Byłem lekko zdenerwowany- co zrobię jak zgaśnie na skrzyżowaniu lub na światłach? No cóż, odpowiadam sobie, zepchnę na pobocze albo na chodnik i odpalę znowu. Tak zrobiłem. Podczas pierwszych jazd rzeczywiście kilka razy zadusiłem silnik. Ale uwierzcie, nikt nie trąbił, nie mrugał światłami i nie pukał się się w czoło. Czekali cierpliwie aż dwa „dziadki” odjadą ze skrzyżowania (mam siwą brodę, kask nie pozwala ocenić dokładnie wieku, a jak wygląda Royal Enfield- każdy wie). Pierwsze jazdy wokół miasta nie przynoszą spodziewanych przyjemności i radości z jazdy. Motocykl jest powolny, czasem kichnie, nie za bardzo przyspiesza. Telefon do Pana Tomasza i już wszystko jasne– ten rocznik trzeba dotrzeć, wyregulować i podczas kolejnych wycieczek trzymać usta zamknięte. Dlaczego? Dobrze wiecie. No więc czekało mnie kolejne zadanie. Wyjazd do Zamościa by wyregulować moto. 400 km dla początkującego jeźdźca, w dodatku samotnie, to już, według mnie, coś. Przedtem jednak był mały test. Jazda do Krakowa i z powrotem miała być namiastką tego, co mnie mogło czekać. Motocykl spisał się znakomicie podczas tej wyprawy. 


 Jadę, zatem, do Zamościa! Spakowałem pełną torbę ciepłych ciuchów (bo maj był zimny) i 22-go wyruszyłem w moją pierwszą poważną podróż motocyklem. Słuchajcie, cudownie– słoneczko świeci po raz pierwszy od tygodnia, a ja sobie powolutku, 60-70/h, pomykam na Wschód. Pierwszy postój u brata w Krakowie- kawka, odpoczynek i dalej do przodu. Następny w Zawidzy (za Osiekiem) przy trasie sandomierskiej- obiad. W lesie jest Zajazd pod Dębami, gdzie można dobrze i tanio zjeść- polecam. Słoneczko dalej świeci. Mijam Tarnobrzeg, Stalową Wolę, Nisko i kieruję się na Janów Lubelski. Na podróż motocyklem piękna trasa– mały ruch i dużo lasów po drodze. Z Janowa na Frampol, Biłgoraj (wizyta na cmentarzu u Dziadków i pod Pomnikiem Katyńskim) i przez Szczebrzeszyn do Zamościa. Skończył się piątek a wraz z nim dobra pogoda. W sobotę zaczęło padać- temperatura spadła do +10 stopni. Niestety mam tylko 2 dni wolne– jeden na przegląd motocykla, drugi na powrót do domu. Wbijam się w ciepłe ciuchy i zasuwam do warsztatu Tomasza Sałka. Pan Tomasz to chodząca encyklopedia wiedzy o jednośladach. I chyba pasjonat przez duże „P”. Przegląd przebiega bardzo sprawnie: wymiana oleju, filtra, regulacja gaźnika, zapłonu, rzut oka na sprzęgło. Wszystko gra. Jadę do Hrubieszowa odpocząć przed powrotem do domu. Trzeba wyjechać rano, bo nie wiadomo, co może cię spotkać po drodze. Poranek wita mnie słoneczkiem. Gęba mi się uśmiecha na ten widok, jednak uśmiech zamiera, gdy patrzę na termometr- +6 stopni. Dobrze, że na plusie, nie? (tego dnia wieczorem- po powrocie do domu - stwierdziłem, że motocykl to zabawka dla twardych mężczyzn). Ale komu w drogę.... . Pakuję na siebie wszystko, co mam w torbie: podkoszulek, drugi z długim rękawem, koszulę flanelową i wełniany golf. A na to wszystko „skórę”. Wyglądam i poruszam się jak Ludzik „Michelin”. Ale co mi tam, na motocyklu nie będę biegał, to się nie spocę. Naiwny, siedzisz prawie bez ruchu, to marzniesz i kwita. Motocykl, po przeglądzie, jakiś taki żwawszy, lżejszy, bardziej „wyrywny” do jazdy. Tak jakby cieszył się razem ze mną, że już mu więcej wolno. Ma rację, jedzie się przepysznie. Pierwsze 70 km to poezja. Słońce świeci, „0” ruchu, bo to niedziela rano, a ja sobie jadę. Beztrosko. Miał rację kochany braciszek, że na motocyklu zapomnę o troskach i zmartwieniach – rzeczywiście tak było. Ale tylko częściowo. W Szczebrzeszynie skręcam na Frampol, droga tam wiedzie przez piękną widokowo okolicę. Nie patrzę na mapę, ale mam wrażenie, że to granica pomiędzy Roztoczem a Wyżyną Lubelską. I to wszystko, co było piękne w tym dniu. Zaczyna padać deszcz, a ja w szczerym polu. Do Frampola jakieś 10 km. Nie ma się gdzie schować więc pcham do przodu. Zrobiło się zimno jak jasna cholera. Dojeżdżam do Frampola i „dokuję” na Petrochemii. Ciepło, sucho – pierwszy raz zauważam, że na stacji benzynowej może być tak pięknie. Zrzucam z siebie 2 wierzchnie warstwy i zamawiam 3 herbaty. Boski napój! Po pół godzinie jestem gotów do dalszych zmagań z naturą. Rozgrzany i pokrzepiony wychodzę na słoneczko. Pięknie, ale krótko. Do Janowa Lubelskiego dojeżdżam w beztroskim nastroju. Ale w drodze do Niska (droga piękna, szeroka) znowu zaczyna padać. Teraz muszę uważać na złośliwość kierowców jadących z przeciwka. Na drodze potworzyły się kałuże i jadący z przeciwka wjeżdżając w taką kałużę, robi falę, która może mnie przewrócić. Jadę więc wolniej i prawie poboczem. Deszcz na szczęście ustaje i mogę jechać spokojniej. Ale pogoda nadal nie sprzyja motocyklistom- wieje silny i zimny wiatr. W takiej atmosferze mijam Nisko, Stalową Wolę i Tarnobrzeg. Pora zatankować. Zapomniałem powiedzieć, że jadąc na przegląd (powoli i bez zrywów- 60-65km/h), mój motocykl spalił 2,45 l/100km. No więc dojeżdżam do Łoniowa i skręcam na stację benzynową. Uzupełniam paliwo, idę do kasy. Wiatr jest tak silny, że przewraca motocykl. Pracownik na stacji mówi, że od kilku lat nie było tak silnego wiatru. Pociechą dla mnie jest, że za parę chwil znowu wjadę do Zajazdu Pod Dębami w Zawidzy. Przerwa w podróży to oddech i w tym wypadku gorący obiad. Po godzinnym odpoczynku w „ciepełku”, pełen optymizmu, ruszam w dalszą drogę. Do domu pozostało mi tylko 230 km. Czyli połowa już za mną. I znowu, tak jak rano, świeci słońce, z tą jednak różnicą, że teraz nie ma wiatru. Radość moja nie trwa jednak długo. Po kilkunastu kilometrach tak zaczyna lać tak mocno, że nie zastanawiając się wjeżdżam pod parasole restauracji, w której odbywało się przyjęcie komunijne. Za zdjęcia dzieci na motocyklu, jestem częstowany gorącą herbatą i ciasteczkami. Podbudowany psychicznie i fizycznie wykonuję długi skok do Krakowa. Tam znowu gorąca kawa na stacji benzynowej (bodajże na ul. Włóczków) i ostatni już etap mojej podróży do Tychów. Muszę stwierdzić, że podróż ta była moim chrztem bojowym. Przyznaję, że zmarzłem w tym dniu jak cholera. Dwa razy zsiadałem z maszyny tylko z tego powodu, aby z niej nie spaść. Ale było to cenne doświadczenie– Polska to nie Kalifornia ani Floryda– pogoda bywa u nas różna i teraz, po kilku miesiącach użytkowania motocykla, mogę stwierdzić, że jazda w złych warunkach już mnie nie przeraża, bo to doświadczenie mam już za sobą. Zaopatrzyłem się tylko w akcesoria niezbędne do podróżowania przy różnej pogodzie. Teraz– po zakończeniu sezonu motocyklowego– mojego pierwszego!- mogę powiedzieć, że wdzięczny jestem bratu, iż namówił mnie na tę przygodę. (A tak między nami – mój sezon jeszcze się nie skończył. W suche dni wyjeżdżam na krótkie, kilkudziesięciokilometrowe przejażdżki). JEST WSPANIALE 


Historia w obrazkach.
Zamieściłam teraz tylko kilka zdjęć, bo w postach o naszych rajdach będzie ich sporo.

** Ówczesna żona, ja nie miałabym w ogóle oporu, a wręcz piałabym z zachwytu- taki piękny motocykl, to co to za wahanie się.