Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

piątek, października 02, 2026

Morze, a może jednak to nie morze, ale warto było.

 

Ta droga na dole po lewej prowadzi od parkingów, nad zbiornik- tędy szliśmy. W tle Beskidy- po lewej polskie, po prawej morawskie, w środku Przełęcz Jabłonkowska.

 

Byliśmy nad morzem, nie ściemniam, naprawdę tak się nazywa, chociaż jego powierzchnia liczy 32 hektary, a głębokie jest na 22 metry. Na brzegach są plaże, pomosty i można się w nim kąpać. Jest niezwykle popularne, a Polacy przyjeżdżają nad nie bardzo licznie.

Karwińskie Morze (inna nazwa Darkowskie Morze) powstało na terenach pokopalnianych- zapadliskach. Kiedyś blisko kopalń w Stonawie i w Darkowie były wioski, łąki pola uprawne. Kiedy wydobycie węgla z kopalń przyspieszyło, ludzi wysiedlono, a na miejscu pól i łąk usypano hałdy zaczęły również powstawać zapadliska poeksploatacyjne.

„„Morze”, oficjalnie znane jako Darkovské, powstało na obszarze dotkniętym wydobyciem węgla kamiennego. Od 1991 roku teren zaczął się znacznie obniżać w wyniku podmywania – miejscami nawet o 1,5 metra rocznie. Sytuacja ta dotknęła wówczas około 300 domów jednorodzinnych. Niektórzy mieszkańcy otrzymali odszkodowania, inni przeprowadzili się do nowych domów w Albrechticach lub przy ulicy Žižkova.

Firma OKD, która została zobowiązana do naprawy szkód górniczych, rozpoczęła ukierunkowaną rekultywację. Część techniczna trwała w latach 1997–2009, a następnie część biologiczna, która trwała do 2014 roku. W 2016 roku obszar został oficjalnie zatwierdzony. W rezultacie powstał akwen o powierzchni 35 hektarów i głębokości do 22 metrów. Podczas ostatniego pomiaru w 2014 roku widoczność w wodzie sięgała pięciu metrów.

Na dno jeziora zrzucono 5,5 miliona m³ odpadów poflotacyjnych pochodzących wyłącznie z kopalni Darkov – ilość odpowiadająca około 2200 basenom olimpijskim. To właśnie te odpady przyczyniają się do wysokiej jakości wody. Drugim powodem jest jednak konsekwentne usuwanie pierwotnej zabudowy – do jeziora nigdy nie wpłynęły żadne ścieki.

Kształt morza nie został pozostawiony przypadkowi – projektant inż. Beneš nadał mu kształt liścia lipy. Łagodne wejście do wody znajduje się od strony plaży, natomiast strome brzegi po przeciwnej stronie pozostawiono naturze. Co ciekawe, gdyby nie sztuczna regulacja powierzchni wody, jezioro byłoby dziś większe, ale znacznie płytsze – co doprowadziłoby do powstania bagien i mokradeł.

Nieco za plażą pozostawiono odpady poflotacyjne – ponownie celowo. Biolodzy odnotowali tu bogate występowanie owadów i drobnych zwierząt. Zakładano również, że grunt nieco się obniży, a odpady znajdą się nieco poniżej powierzchni – ale ostatecznie tak się nie stało.”


Wprawdzie hałdy rekultywowano i obsadzano zielenią, ale zapadlisk, jakie równocześnie powstawały nie dało się tak zagospodarować. Toteż postanowiono je wykorzystać w inny sposób. Ogromny zbiornik wody oraz tereny wokół niego, uznano za doskonały teren rekreacyjny. 10 lat temu władze Karwiny postarały się o państwowe dotacje, trochę grosza sypnęły kopalnie i tak to się zaczęło. Cały rekultywowany teren wynosi 120 hektarów. Wyrównano teren wokół akwenu, zbudowano dokoła 3 kilometrową asfaltową ścieżkę, oraz wyasfaltowano dojścia do niej z parkingów. Zbudowano pomosty, wyrównano teren pod trawiasta plażę, zamontowano drabinki, ułatwiające zejście do wody, utworzono parkingi. A potem systematycznie uzupełniano małą architekturę. Jest tam również mała gastronomia toalety oraz wzdłuż tras kosze na śmieci. Corocznie mieszkańcy urządzają akcje sprzątania całego obszaru i trzeba przyznać, ze jest tam czysto. Woda również jest czysta, a akwen zamieszkują różne gatunki ryb. 



W 2025 roku, na brzegu, postawiono posąg Neptuna. Jest to dzieło karwińskiego rzeźbiarza Karla Buchty. Karwiński Neptun waży 1,2 tony i mierzy 3,4 metra.


„– Stworzyłem posąg z myślą o strażniku pewnego terenu. Neptun jest władcą wody, więc należy do Karwińskiego Morza. Chciałbym, żeby strzegł ludzi, którzy tu przychodzą i pływają, a także sprawiał radość dzieciom, turystom i wędkarzom – stwierdził Buchta.” I dodaje: „Chciałem stworzyć coś, co będzie wyglądało majestatycznie, niemal nieziemsko. Spędziłem dużo czasu, patrząc na rzeźbę, myśląc o wyrazie jej twarzy. Inspiracją były dla mnie różne rzymskie posągi, epickie filmy i filmiki w internecie, głównie po to, aby uchwycić odpowiednią energię i ekspresję”.


Już raz planowaliśmy zobaczyć ten zbiornik. W zeszłym roku, jesienią, wybraliśmy się nad wodę, ale musieliśmy zrezygnować, bo był tam straszliwy ruch. Była sobota, a może niedziela i choć wczesna pora, bo do południa, ale pieszych, rowerów oraz ludzi z psami było multum już w okolicach parkingu. Nie, nie dla nas takie atrakcje. Wtedy pojechaliśmy nad stawy w pobliżu Bohumina i nie żałowaliśmy tej decyzji. Odbyliśmy piękny jesienny spacer.

Tym razem wybraliśmy się w poniedziałek do południa, zakładając, że ludzie w pracy, to i nad zbiornikiem będzie ich mało.

Kiedy wysiedliśmy z samochodu, na sąsiednim parkingu stało kilka aut, obok nas może cztery, pięć. Było spokojnie, ruch pieszy i rowerowy, na drodze do jeziora, mały. Wszystko na razie było zgodne z naszymi założeniami.

 

Od parkingu do samego jeziora jest 100 metrów pod lekką górkę, asfaltową drogą (zakaz wjazdu dla samochodów). Szliśmy prawie sami. Kiedy doszliśmy na brzeg, ciągle ludzi było mało, kilka rowerów, żadnego psa. Ale po piętnastu minutach nagle zrobiło się rojno. Rowery, rolki, ludzie zaczęli się mnożyć na tej drodze (asfaltowa wąska droga dookoła zbiornika, nad samym jego brzegiem) jak króliki, pojawiły się również psy różne- małe, duże. No po prostu zrobiło się tłoczno. 

Stawek po prawej stronie drogi wzdłuż zbiornika.

Zszokowało nas to trochę, bo nie spodziewaliśmy się aż takiej ciżby w poniedziałkowe przedpołudnie. Owszem, trochę ludzi tak, ale nie taki ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Postanowiliśmy, że nie idziemy dalej, wracamy. Zresztą droga biegnie w pełnym słońcu, zrobiło się gorąca. Beza też już chyba miała dosyć, bo co chwilę przystawała. A ja, chcąc zrobić kilka zdjęć, ciągle czułam oddech rowerzystów na karku i trzeba było mocno uważać, by nie znaleźć się w ruchu kolizyjnym z rolkarzem, czy wrotkarzem. Psów też przybywało, jakby ten czas był specjalnie dla nich spacerowy. A może jest, bo rzeczywiście świetny to wybieg dla psów z blokowisk. Nawiasem, mogą one być na terenie tylko na smyczy i mają zakaz wstępu na plażę. Cały teren jest monitorowany a regulaminy dla użytkowników dosyć surowe. 

Lilie wodne (grzybienie, nenufary) na małym stawku.

Zawróciliśmy. Nie żałujemy, mimo (jednak) stresu pod koniec spaceru, bo już wiemy, jak to wygląda. Tyle razy przejeżdżaliśmy obok i myśleliśmy, że to zwykłe zbiorniki pokopalniane, a potem przeczytaliśmy, że władze Karwiny urządziły tam miejsce rekreacyjne. W zeszłym roku parkowaliśmy na placu ledwo wysypanym cienko żużlem, a teraz są już dwa porządne duże parkingi i pracownicy właśnie robili następny. Czyli sprawa jest mocno rozwojowa. No i miejsce popularne, sądząc po ilości ludzi, chętnych do spacerowania.

Szyb nieczynnej już kopalni Darkow.

Na drugiej stronie zbiornika mnóstwo ptactwa wodnego.


Za zbiornikiem kopalnia w Stonawie. Do maja była ostatnią czynną kopalnią węgla kamiennego w Zagłębiu Ostrawsko- Karwińskim. W maju kopalnię zamknięto. Tym sposobem w Czechach nie ma już ani jednej czynnej kopalni węgla kamiennego. Jednak Czesi są mądrzejsi od Polaków. Polacy, kiedy zamykają kopalnie, zalewają je lub zasypują wszystko to, co jest na dole (tak np, postąpiono z kopalnią w Kaczycach). Czesi pozostawili swoje kopalnie w takim stanie, by je uruchomić od razu w razie potrzeby. 
Kilka lat temu, Czesi planowali postawić elektrownię atomową w Stonawie. Byłoby to w kontekście tego zbiornika dosyć racjonalne- woda do schładzania reaktorów już jest. Wtedy mocno protestowali Polacy, bo to bardzo blisko naszej granicy. Odstąpiono, ale na jak długo? Podobno Czesi mają budować taką elektrownię bliżej Ostrawy.

W drodze powrotnej, już w Karwinie, zobaczyliśmy takie cudo. 

Kultowa czeska Śkoda Felicja w wersji cabrio.
 

Podobno odlatują żurawie. Jaskółki też już odleciały. Dosyć wcześnie w tym roku. Czekam na klucze gęsi, ale to chyba później i nie mam pewności, czy tędy polecą. Kiedyś leciały, a potem ich już nie widziałam ani odlatujących, ani przylatujących. Sporo gęsi zostaje teraz na zimę w Polsce. U nas na zbiorniku goczałkowickim.

A w ogrodzie sroki zaczęły jesienne koncerty.

Ciągle dzieje się i jestem spóźniona z wklejaniem postów- dwa następne gotowe, a tu jeszcze ten z opóźnieniem.

 

https://glos.live/Wiadomosci_region/d/neptun_nad_karwinskim_morzem

https://nakarvinskemmori.cz/pl/aktualnosci/sekret-morza-karwinskiego/

https://nakarvinskemmori.cz/pl/cat/aktualnosci/

Niektóre zdjęcia saz podanych stron. 

sobota, września 26, 2026

„Nudne” jesienne życie „otulone” firanami.

 

W pierwszy dzień jesieni, prawdziwie jesienny z ulewnym deszczem oraz wiatrem, uruchomiliśmy nowy piec CO. I zrobiło się w domu przytulnie, ciepło, sucho. Nasz dom nie jest jakoś specjalnie wilgotny, nie siedzi w nim wilgoć, ale jak zaczyna się czas chłodów i deszczów jesiennych to powietrze w nim jednak jest inne niż latem. Zmieniło się kiedy kupiliśmy suszarkę, bo suszenie na suszkach powodowało lekkie zawilgocenie powietrza, gdzieś ta woda z ubrań musiała przecież zaistnieć.

Piec na razie sprawuje się dobrze, jest mało obsługowy i nie wymaga wielkiego wysiłku- raz na jakiś czas wsypie się do zasypnika węgiel i to wszystko. Idzie na niskiej temperaturze, a i tak to wystarczy. Niższej już nie należy ustawiać, bo przestaje się opłacać grzanie. Tak więc idzie z 50 stopniach temperatury w piecu a w domu są 23 stopnie. Oczywiście trzeba go pilnować i kontrolować co jakiś czas, czy wszystko gra, ale to mały Pikuś. Testujemy pierwszą tonę groszku- o najniższej kaloryczności- na ile wystarczy i jaki daje popiół. Nie macie pojęcia, jak to fajnie teraz rano wstawać w ciepłym domu i nie trzeba po południu lecieć do piwnicy składać ogień. Nie trzeba nosić drewna do piwnicy i ładować do pieca ciężki węgiel, a potem wynosić wiadrami popiół do kubła. Takie niby małe coś, a jak pięknie zrobiło życie ładniejszym.

Niemniej mam teraz problem z doborem ciuchów domowych- w zeszłym roku, przy grzaniu starym piecem, nosiłam bluzy polarowe i ciepłe skarpety, klapki z zakrytymi palcami. Teraz kombinuję- bluzka bawełniana, dosyć cienka, skarpetki bawełniane, klapki otwarte- gorąco. Bluzka letnia, bez skarpet, trochę chłodno....zestawów może być sporo. Wolę, jak jest ciepło, niż wiele warstw ciuchów na siebie wkładać.

Zdążyłyśmy przed deszczami przyciąć trawniki i zastanawiam się, czy to było ostatnie koszenie czy, jak przyjdzie w przyszłym tygodniu, ciepły czas,a ma ponoć przyjść, to trawa buchnie w górę i będzie trzeba jeszcze raz przykosić przed zimą. Zobaczymy. Na razie po deszczach zrobiło się zielono tylko dołem, bo górą drzewa już łapią kolory, a brzozy zaczynają tracić liście. 

Takie piękne gazanie ciągle kwitną na dużym tarasie. 



 

Niesamowite kolory. Ta z zielonymi obwódkami na płatkach kwitła najmniej obficie.

 


Chyba już wyrzucę pelargonie z tarasu. Zrobiły się brzydkie i raczej nie zakwitną. Powoli, po kolei, wszystkie kwiaty i tak trzeba będzie posprzątać. Robią się, po prostu, nieładne.

Pigwowiec w deszczu.

I kalina obok dużego tarasu.


 


Wyjęłam maszynę do szycia-nareszcie- i zaczynam działać. Muszę poszyć nowe obrusiki na stół do kuchni- jest żelazna zasada w naszym domu, nie jada się na gołym blacie żadnego stołu. Że drobnomieszczański zwyczaj? A w nosie to mam, nauczono mnie kultury jedzenia przy stole, kultury nakrywania stołu i tego się trzymam. Jak nie obrus, to przynajmniej serwetki pod filiżanki z kawą czy talerzyki z ciastkami. Brzmi to czasem śmiesznie- „a u państwa nas na obrusach jadano”- a przecież nawet babcia, u której w kuchni, na stole, był obrus ceratowy i nie zdejmowała go nawet, kiedy robiła na stole kluski, przecierała wilgotną ściereczka ten obrus, by był czysty, zanim położyła na nim talerze. Odbieram to jako szacunek dla biesiadników- czysty obrus, czysta zastawa, podawanie na półmiskach, a nie w rondlach. Z tym ostatnim u nas różnie bywa, bo ziemniaki od razu nakładamy, z garnka, na talerze i też nie ma zgrzytu.

Zatem, zabieram się do szycia nowych obrusów, bo stare już się sprały- zmieniam dosyć często, nie znoszę, jak są poplamione, o co jest łatwo, kiedy się codziennie na nich je.

Sprane obrusy wędrują do przytuliska dla zwierząt i tam są, według potrzeb, wykorzystane.

"Firanka" na cisie, a w środku tkacz.



 

Muszę też wymienić firanki w oknach. Tak mam firanki w oknach, ale latem nie wszędzie- nie ma ich na drzwiach tarasowych, mam piękne widoki na ogród i nie przeszkadzają, kiedy są drzwi na tarasy otwarte. Natomiast zimą wieszam wszędzie, bo stanowią doskonałą barierę przed zimnem, bijącym od wielkich tafli szkła. Dlatego latem wieszam długie firanki tylko na oknach tam, gdzie są pod nimi kaloryfery- zasłaniam nieładne żeberka, a zimą wieszam krótkie, by odsłonić kaloryfery i nie zatrzymywać idącego od nich ciepła. I znów stwierdzę- mam firanki i nie zawaham się ich powiesić, chociaż bardzo wielu kręci nosem, że to przeżytek i panie dzieju, kto to widział mieć firanki w oknach we współczesnych czasach. Była, na moim nieistniejącym już blogu, dyskusja na temat firanek. Komentarze takie autorytarne, że jeszcze teraz strach się bać- a to, że kurz, a to, że zasłaniają widok, a to, że ograniczają światło, a to, że „nie lubię”, a to, że obciach, a to, że „u mnie nie będą nigdy wisiały” (Rejtan firankowy- po moim trupie zawieszą)- powodów tysiąc pięćset na NIE. A jakoś żadna z komentujących nie zajarzyła, że to, co jej nie odpowiada, to innym już tak. I jak to bywa, w takich dyskusjach, komentujące podzieliły się na dwa obozy- omal rozdzielać by je trzeba było, bo to nie była już wymiana opinii, a zażarta wojna personalna. Tak się zawzięcie kłóciły, jakby moje firanki były sprawą państwową najwyższej rangi. Kłótnia z powodu głupich firanek, które u mnie w domu wiszą i ośmieliłam się o tym napisać- niesamowite.

Takie to sobie wścibianie nosa i krytykanctwo krąży we wszechświecie. Obrusy? Firanki? Ble!

Hm... chyba nawet popełnię jakieś świętokradztwo stylistyczne, ponieważ skuszę się na kupno nowych. Może takich strojnych z wielką koronkową koroną na dole, albo gipiurowe? A może kupię tzw. makarony? O... makarony... a może jeszcze jakieś strojne takie podpinane i spinane kokardkami? Ech.... no właśnie, kupię najnormalniejsze gładkie i tyle. Nie wyśmiewam tych wymienionych, są wnętrza do których one idealnie pasują, są ludzie, którzy takie lubią np. moja bratowa. Ma tak urządzony dom i mnie nic do niego tak, jak innym nic do mojego domu i robienie wielkich oczu, buźki w wielkie „O” oraz krytykowania firan w oknach kogokolwiek.


Beza złapała zapalenie lewego ucha. Dostała serię lekarstwa do wkraplania. Po kontroli dostała drugą. Na początku o mało nas pogryzła, bo nie chciała sobie dać ucha zakroplić. Musiało ją to bardzo boleć. Teraz już nie ma problemu z zakraplaniem, ucho jest w o wiele lepszym stanie. 


 

Co jeszcze u nas? Ano toczy się normalnie, wychodzimy z kryzysu zdrowotnego, który pozostanie już nie kryzysem, ale stanem wzmożonej uwagi.

Włączyliśmy już lampki w holiku- taka inauguracja początku jesieni- zrobił się wieczorem fajny nastrój. Lampki kojarzą się, przede wszystkim, ze świętami BN, ale my ich nie obchodzimy, a lampki wieszam, bo lubię kolorowe światła. Może jeszcze dokupię więcej?

Wrażeń, zdziwień i radości nie brakuje, i nie trzeba jakichś specjalnych bodźców, by uznać, że jest dobrze. Kiedyś chciałam, by moje życie nie było nudne, monotonne, by było interesujące. I takie było aż nadto. Teraz już mam tego dość. Wystarczy mi tych emocjonalnych huśtawek i nadmiaru bodźców. Cenię sobie to spokojne, normalne życie, nie narzekam na nudę i tyle.





wtorek, września 22, 2026

A kiedy opadł kurz, rozwiał się dym i można spokojnie napisać, co się myśli o....

 

 


Pierwszy odcinek odebrałam mniej więcej tak, jak pisze Dutka, kolejnych już nie obejrzałam, ale czytając recenzję (nawet prześmiewczą) pisarza, nic nie straciłam. Podczas czytania świetnie się bawiłam- to jest po prostu „satyra na”. I w sumie zastąpiło mi cały serial.

Oczywiście nikt tego nie musi czytać, nie musi się zgadzać i też nie musi burczeć po kątach, jak ma inne zdanie. Po prostu to jedna z wielu „recenzji”, jakie ostatnio ukazały się w Necie. A zapewniam, że takie spojrzenie na ten serial ma wielu poważnych pisarzy (choćby M. Kochanowicz) i krytyków.

Poza tym, na mnie już sypały się gromy Netowe, że ośmieliłam się skrytykować nową wersję „Chłopów” bez oglądania filmu... no jakże tak... no jakże można było...

Tak to już bywa, że ktoś musi obejrzeć całość, by móc się wypowiedzieć, a ja nie muszę i też mogę się wypowiedzieć.

Dlatego ośmielam się zgodzić z Dutką w krytyce „Lalki”, oglądając tylko pierwszy odcinek serialu, mając w „głębokim poważaniu”, kto, jak i kiedy mnie, z kolei, skrytykuje za to.

Wklejam po kolei dniami, w jakich mi się te wpisy ukazywały.

Niedziela.

"Wojciech Dutka pisarz

Oglądam pierwszy odcinek "Lalki" według Prusa (zresztą nie wiem już czy to jest Prus) na Netflixie.

Moim zdaniem ( satyrycznie)

Hrabia Łęcki wygląda jak przepity menel, jego córka klnie i wypowiada się równoważnikami zdań. Arystokraci to idioci i mam wrażenie, że jesteśmy w Polsce - informuje nas o tym narrator na początku. Przypominam to jest zabór rosyjski. Nie wiem co będzie dalej - ale Łęcka jest pisarką i rozmawia z Orzeszkową, która jednak jej nie lubi. Na mężczyznę Łęcka mówi...ty i tutaj jest wyraz zaczynający się na trzecią literę alfabetu (bez polskich znaków) i ósmą. Wydaje mi się, że jeśli wprowadza się bohatera do filmu lub rozdziału, to z jakimś kontekstem w opowiadanej historii. A tymczasem Łęcka wpada na niego na ulicy. Czy to jest jej kuzyn, wynalazca z powieści? Za bardzo nie wiadomo kim jest chudy facet, poza tym, że ona go sklęła na ulicy. Następna scena: Wokulski i Rzecki idą schlani przez nocną Warszawę. Absztyfikant Łęckiej, nazwany wyrazem odpowiednim, chce się teraz zastrzelić na przyjęciu, ale Wokulski go ratuje i strzelają razem w innego faceta. Interes w porcie starego Łęckiego spłonął, a Orzeszkowa okazuje się asystentka akuszerki i odbiera poród na przyjęciu, krojąc nożem brzuch arystokratki. Kobieta która kroi brzuch nożem jest ponoć lekarką, choć w Rosji (Warszawa to było wówczas największe miasto Kongresówki, ale z perspektywy Rosjan prowincjonalne miasto imperium rosyjskiego) lekarzy kobiet wtedy nie było. To nic. W scenie, jak w pierwszym odcinku pierwszego sezonu Rodu Smoka poród na zaszokować, zniesmaczyć, to jest tak grubymi nićmi szyte, że aż boli. To ma pokazać młodym dziewczynom jak okropne jest być w ciąży. I to jest bzdura ekranu, bo przepraszam, to jak rodziły chłopki? Fundamentalna rzecz! kobiety w ciąży nie brały udziału w bankietach, więc ta scena jest NIEPRAWDZIWA pod względem prawdy ekranu. Jest kilkanaście lat po zniesieniu przez Aleksandra II pańszczyzny ( w Polsce w 1864), ale klasowe i płciowe podziały istniały. Kobieta w ciąży ukrywała się w zacisku domowym, kiedy już było widać, że jest w stanie błogosławionym.

Odcinek II

Łęcki wchodzi do domu i mówi: Był pożar. Spaliło się. Kuzynka/Służąca Łęckiej (w książce i serialu z 1977 tę funkcję spełnia osoba z rodziny Łęckiej): Wiem co to jest pożar. Co to jest za dialog? Dziecko wie co to jest pożar. Łęccy mają służby jak Braniccy w Białymstoku, a przecież byli średnia szlachta. Kiedy się okazuje, że nie będzie pieniążków Łęcka kompulsywnie pożera serniki, makowce, ciastka i wydaje dźwięki, wyje, beczy. Potem kwestuje w barokowym kościele. Ładne zdjęcia wewnątrz. Wokulski potem gra w karty, a Łęcki w scenie z córką nalewa sobie wódkę z butelki i krzyczy do córki kupiłem s....la. Odcinek drugi i dialogi mnie powalają. Wszyscy piją wódkę i Łęcki wygrywa na wyścigach. Wokulski (w tej roli Schuchardt, to bardzo dobry aktor, ale nie ma kogo grać w tym serialu) ma mniej dialogów od Łęckiego. A Izebella robi dalej miny.

Odcinek 3. Łęccy bez kasy. Zwalniają służbę. Stary Łęcki krzyczy na łóżku, a Bela ciągle robi miny. Oglądam dalej. Czuję, że dopiero będzie się działo. To jest słuchajcie tak złe, że aż dobre. W sklepie Wokulskiego remont, ale Stach nie wie czy zdążą. Mówi do Rzeckiego "Oni czekają aż się wy....lę". I druga frapująca kwestia "Wokulski chciał, i się ze...ł". Ciocia (w tej roli Cielecka) do Beli: "Żeby kogoś wyciągnąć z cytadeli musisz znaleźć kogoś kto ma większe jaja". Oczywiście te jaja ma Wokulski bo on wyciąga akuszerke krojąca brzuch arystokratki z więzienia. Belcia lubi księcia staruszka w demencji który mówi "tak". Na wszystkie zapytania. Ale ta akuszerka to nie jest Orzeszkowa tylko ta, która kroiła kobiecie brzuch nożem. I wtedy dowiadujemy się, że jednak w Warszawie są Rosjanie. I do tego są przekupni i się śmieją. Bela pyta czy lampy są elektryczne, a Wokulski idąc na przyjęcie mówi "k...muszę się wstydzić za Polskę, kraj i świat".

To najgorsza ekranizacja ( każda adaptacja filmowa czy serialowa jest ekranizacją) jaką widziałem...najgorsze jest to, że ludzie, którzy to zrobili nie zrozumieli o czym jest Lalka i nie zrozumieli epoki. Aktorsko to wygląda bardzo słabo, tak samo dialogi, niczym z piosenki Budki Suflera z "dialogów wyszło dno, zero. czyli nic".

Czy żyjemy w epoce w której chamstwo i tandeta stały się sztuką? Obejrzałem trzy odcinki i to jest wstrząsające....

Opisałem też satyrycznie odcinek 4 i 5. Zapraszam naród do dyskusji o Lalce i jej adaptacji”

Poniedziałek rano.

„Byłbym nieuczciwy, gdybym porzucił dzieło Netflixa tylko na 5 odcinkach. Kończę satyryczny opis tej naj, naj, naprawdę naj... Szukam odpowiedniego słowa najbardziej z....j adaptacji "Lalki" w historii. Jestem pewny, że twórcy serialu otrzymają nagrodę.

Mamy ślub. Belcia i Ciocia wymieniają uwagi po angielsku, a tymczasem nasz Stach odparowuje w tym samym języku: nie będzie ślubu, po czym wychodzi. Co się dzieje dalej to na końcu, bo twórcy zrobili nam cliffhangera, żeby nas trochę pomęczyć akcją. Przez pierwsze pół odcinka do 30 minuty nie ma zasadniczo kontrowersji. Ale wtedy między ukochanymi wybucha awantura niemal jak z taniego, tandetnego spektaklu: ona do niego: ty po....y zboczeńcu, a on do niej: ty....zakłamana, zimna, wyrachowana p...o. Osiągamy emocjonalne katharsis, wulgarne decorum tej oryginalnej opowieści. Po czymś takim musi być: morderca! Stacho mówi, że nie ma nic, ma tylko długi. Ale wtedy jak rycerz zza progu komnaty wychodzi kuzyn Łęckiej i mówi władczo: mogłeś sobie kalosze sprzedawać, ty straganiarzu p....y. I wtedy kto przychodzi na pomoc: walcząca służąca, która niczym w tanim romansidle chwyta lichtarz i rozbija swojemu gwałcicielowi łeb. Ale dramat! Ale zemsta! Potem sie naradzają co zrobić. Rzecki mówi: Mogę iść do więzienia za tego s...la. Nasi bohaterowie oszukują Rosjan, którzy nie są dociekliwi co i jak. Okazuje się, że Wokulski wynalazł automobil. To nic, że Daimler i Benz stworzyli go w Cesarstwie Niemieckim, co tam, bo w ten sposób leczymy przecież kompleksy nasze, nieco tylko cyzelując w warstwie dramaturgicznej wywody k...ą. W ten sposób wracamy do początku, teraz mamy intrygę i pożar znów sklepu Wokulskiego. Stach sfingował swoją śmierć, podkładając trupa kuzyna Belci i jest jak w meksykańskim serialu Esmeralda, on zostawia jej połowę kasy. A Belcia wybiera klasztor i religię. Ale to tylko pozory, bo chodziło o to, żeby dokonać skoku na kasę, która na automobil wyłożyła idiotyczna arystokracja. Bonie i Clyde po polsku.”

Poniedziałekpo południu

„Jak się okazało mój satyryczny wpis i takim też językiem wpisany wywołał żywą reakcję narodu, któremu odbiera się "Lalkę" Prusa i wg. Netflixa i daje coś...nie wiem co. Postanowiłem obejrzeć całość i piszę tu o tym, choć boli mnie jak oglądam ten serial bardzo.

Odcinek 4. Zaczyna się od pojedynku, na którym arystokracja chla i Belcia przyjeżdża popatrzeć. Kobiety w XIX wieku nie mogły patrzeć na pojedynki, ale to szczegół. Szukam prawdy ekranu, ta jest ważniejsza. Bella łypie oczyma w jedną to w drugą stronę. Barona Krzeczowskiego (znów nie wiemy kim jest postać) gra Piotr Adamczyk. Baron krzyczy, że trafił go w zęby. Zuch, zuch, idiota woła. Człowiek strzela a kokaina kule nosi, Rzecki pyta czy celował w zamek, a Wokulski mówi: Ja pie....ę. Rzecki całuje kuzynkę Belci i ciągle pije wódkę. Rzecki przespał się z tą kobietą. Zastanawiające jest ile kwestii jest wypowiadanych przy alkoholu. Stach mówi do kolejnego faceta: Ciąg się Pan. Tamten dosiada się do wódki. Ciocia i Belcia palą fajkę z ziołem. Na przyjęciu u księżnej Belcia jest wstawiona i po ziele, więc się zatacza przy stole. A jej ojciec w podskokach mówi, że Rosjanie tłamszą go podatkami. Biedaczek. Geniusz przedsiębiorczości. Belcia jest pijana i na ucho pyta Stacha, dlaczego Pan jest taki poważny. Ciocia mówi Wokulskiemu, że nie umie uwodzić i ona może mu pokazać, bo się na tym zna. W międzyczasie schodzi na licytacji kamienica Łęckich, ale zostaje jeszcze 20 tysięcy długu. Kuzynka, w tym serialu służąca Belci przebiera się za nią i nakrywa ją facet, który się przysiadł do Wokulskiego (nie wiemy kim jest) i mówi do niej ty k....o. Gwałci ją i stęka przy tym obleśnie. Oszczędzę Państwu dalszego opisu, Stach dopada Łęckiego, trzeźwiejącego i mówi, że to są horrendalne długi k...a mać. Gwałciciel to chyba jest kuzyn Belci, który mówi jej o długach i Bella krzyczy won! Łęcki odbiera sobie życie

Odcinek 5

Po śmierci papy Bela ma trafić do klasztoru. Ciociu, ale jak ale co, mówi Belcia. Pijany Stach z Rzeckim nagabuję kelnera: jak to nie masz na co narzekać, jesteś k....kelnerem. Następuje wywód filozoficzny: k...za dużo podłości, ona nie powie na mnie Staszku, Następuje scena alkoholowego upojenia, Stach się przewraca i syczy. Tymczasem, żeby nie pójść do klasztoru Bela ucieka do półświatka Warszawy. I zamienia się w świecką matkę miłosierdzia, karmi zupą biednych. Żyje w nędzy i nikt jej nie szuka. Bela ma kumpelę i razem się szprycują kompotem. Ciocia szuka Beli i mówi Wokulskiemu, który stał się nafciarzem w zaborze rosyjskim i szuka ropy. Tymczasem Belcia szprycuje się teraz w nogę i odpływa. W końcu odnajduje się i budzi w łóżku, w którym krewni i ciocia nakłaniają ją do podpisania kontraktu małżeńskiego i wyzwolenia z kurateli księcia. Ale Belcia z nijakim wyrazem twarzy mówi nie kupisz mnie tak tanio. W powieści i serialu z Kamasem i Braunek to jest kluczowa scena, Braunek świetnie to zagrała. A ta aktorka nic, jak gdyby nie potrafiła tego pokazać. Wokulski zeźlił się na hrabinę i mówi do niej: wy....ć. Rzecki odkrywa przed Stachem prawdę: nic nie mamy, nawet nie wiesz w jakiej d...e jesteśmy. Co za wyznanie. Co za głębia intelektualna. Scena w teatrze - bo Bella musi już z Wokulskim iść do teatru. A tam jej kuzyn z damą, która mówi do niego: Co się tak gapisz jakbyś miał k...sy w oczach. Co za wykwintna maestria. Co za dialogi. Po czym okazuje się, że w teatrze występuje kto? Wokulski, który postanowił zrobić z siebie wała i zaśpiewać w teatrze pieśń miłosną. Wokulski się jej publicznie oświadcza przy wszystkich.

Ostatni odcinek dzieła opisze satyrycznie jutro wieczorem. Mam dość."

Wtorek. 

"Mamy ślub. Belcia i Ciocia wymieniają uwagi po angielsku, a tymczasem nasz Stach odparowuje w tym samym języku: nie będzie ślubu, po czym wychodzi. Co się dzieje dalej to na końcu, bo twórcy zrobili nam cliffhangera, żeby nas trochę pomęczyć akcją. Przez pierwsze pół odcinka do 30 minuty nie ma zasadniczo kontrowersji. Ale wtedy między ukochanymi wybucha awantura niemal jak z taniego, tandetnego spektaklu: ona do niego: ty po....y zboczeńcu, a on do niej: ty....zakłamana, zimna, wyrachowana p...o. Osiągamy emocjonalne katharsis, wulgarne decorum tej oryginalnej opowieści. Po czymś takim musi być: morderca! Stacho mówi, że nie ma nic, ma tylko długi. Ale wtedy jak rycerz zza progu komnaty wychodzi kuzyn Łęckiej i mówi władczo: mogłeś sobie kalosze sprzedawać, ty straganiarzu p....y. I wtedy kto przychodzi na pomoc: walcząca służąca, która niczym w tanim romansidle chwyta lichtarz i rozbija swojemu gwałcicielowi łeb. Ale dramat! Ale zemsta! Potem sie naradzają co zrobić. Rzecki mówi: Mogę iść do więzienia za tego s...la. Nasi bohaterowie oszukują Rosjan, którzy nie są dociekliwi co i jak. Okazuje się, że Wokulski wynalazł automobil. To nic, że Daimler i Benz stworzyli go w Cesarstwie Niemieckim, co tam, bo w ten sposób leczymy przecież kompleksy nasze, nieco tylko cyzelując w warstwie dramaturgicznej wywody k...ą. W ten sposób wracamy do początku, teraz mamy intrygę i pożar znów sklepu Wokulskiego. Stach sfingował swoją śmierć, podkładając trupa kuzyna Belci i jest jak w meksykańskim serialu Esmeralda, on zostawia jej połowę kasy. A Belcia wybiera klasztor i religię. Ale to tylko pozory, bo chodziło o to, żeby dokonać skoku na kasę, która na automobil wyłożyła idiotyczna arystokracja. Bonie i Clyde po polsku.

Kurtyna"

https://www.facebook.com/pisarzWojciechDutka


Odniosę się do pewnej kwestii- uważam, że twórcy tego serialu postąpili nieuczciwie wobec chętnych do obejrzenia go. Tytułując serial „Lalka”, niejako zwabili tych, co chcieli obejrzeć nową ekranizacje książki Prusa. Tych, którzy spodziewali się (a jednak, a jednak) dosyć wiernej treści książki, fabuły, a przynajmniej trzymania się głównych wątków i przekazu powieści. A tu kompletnie co innego widzą. I nie pomaga samooszukiwanie się, że fajnie, nie pamiętam treści, może być, w końcu licentia poetica reżysera..., że to Netfix, a Netfix, proszę państwa, pod publikę. Nic z tych rzeczy- jest to oszustwem, bo wykorzystując lotny temat, lotny tytuł i oczekiwania widzów, wpuścili ich w na manowce. Reżyser nawet nie wysilił się, by jakoś asekurancko (nawet drobnym druczkiem) dopisać np. „luźna adaptacja powieści B. Prusa. W wersjach starych jest przynajmniej dopisek: „Na podstawie powieści B. Prusa”, tutaj kompletnie nic. Maślona zagrywa- dam chwytliwy tytuł, ludzie tego oczekują, takie ekranizacje zawsze idą, a potem działam na zasadzie „co mi tam do głowy strzeli, byle się sprzedało...”. I skręcił serial taki, jaki skręcił, ale ludzi na tytuł nabrał. Czy rzeczywiście tak zmanipulował? Nie wiem, jednak ja to tak odbieram- czuję się nabrana na tytuł.

Obejrzałam pierwszy odcinek i stwierdziłam, że takiej szmiry dalej oglądać nie będę. I dziwię się zachwytom, bo czym tu się zachwycać- wulgarnym językiem, zakłamywaniem realiów epoki, zakłamywanie historii, drętwotą scen, brakiem dynamiki akcji, scenami oderwanymi, tym, że nic się tam nie klei? To taki „lalkowy” erzac dla niewybrednych widzów Netfixa (sorry, jeżeli ktoś za takiego się nie uważa, ale obgryzając paznokcie, ogląda kolejne głupawe tasiemce serialowe).

Serial dla młodzieży, bo taki „współczesny”, ale... przecież Prus opisywał realia końca XIX wieku, to co tu mówić o współczesności? Kobieta w ciąży na balu? Cesarka na stole obok sali balowej? Klnąca arystokratka? Kobiety oglądające w XIX wieku pojedynek? Łęcka z ciotunią palące zioło? I morze wódki wszędzie i przy każdej okazji? To ma być obraz XIX wieku opisany przez Prusa. Biedak chyba się zamienił w wirnik, w swoim grobie, ze zgryzoty.

A ja sobie zażartuję i oby to się nie ziściło- gdyby na maturze była „Lalka” a wiadomo, jaka jest młodzież, to ilu maturzystów padłoby ofiarą „Lalki” Maślony i położyłoby egzamin?

Scena z próbą samobójczą kuzyna była, mimo samej tragedii, tak komiczna, że się uśmiechnęłam (tragiczna recytacja przyszłego samobójcy, a potem Wokulski wijący się na podłodze jak ogromny czarny żuk), a przecież miało być tragicznie, „napinawo”, że ech, ach... dzieje się... DRAMAT. A powitanie Wokulskiego na dworcu, gdzie orkiestra kilka razy rozpoczynała grać, od razu skojarzyło mi się ze scenami z filmu „Kochaj, albo rzuć” (sceny w NY) i z Kabaretem Olgi Lipińskiej ze słynną frazą „Panie Janeczku mam grać?”

Żeby podkręcić atmosferę, już na wstępie, w oficjalnym zwiastunie filmu jest podkład piosenki „Only You”, jak z tandetnego romansidła. A może właśnie chodziło Maślonie o to, by pokazać „Lalkę” jako wulgarne romansidło z epoki, z podtekstem kryminalnym? Eeeee...nawet to mu chyba nie wyszło. I tylko należy się dziwić, jak tacy, skądinąd, dobrzy aktorzy, dali się wkręcić w taką ramotę.

Ale dobrze, są gusty, guściki i.... Niech sobie ludzie oglądają i takie ramoty, jak mają taką potrzebę. Nawet nie wiem, czy zechce mi się iść do kina na drugą wersję „Lalki”. W końcu Prus nie należał do moich ulubionych pisarzy, a czytanie tej powieści strasznie mnie nudziło. Poza tym, serial oglądany w domu mogę w każdym momencie wyłączyć, w kinie to już inna sprawa. Nie mam zamiaru ponownie się rozczarować. A przecież i przy serialu nie miałam jakichś wielkich oczekiwań. Po prostu chciałam zobaczyć kawałek dobrego kina. Nie zobaczyłam.

Zdjęcie lalki stąd:

https://www.magnific.com/pl/obraz-premium-ai/przerazajaca-porcelanowa-lalka_282991706.htm#fromView=detail&position=4&uuid=ae4684fa-19ab-4e32-8acb-dbe6f8301846&track=ais_hybrid&from_element=cross_selling__photo