Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

wtorek, września 22, 2026

A kiedy opadł kurz, rozwiał się dym i można spokojnie napisać, co się myśli o....

 

 


Pierwszy odcinek odebrałam mniej więcej tak, jak pisze Dutka, kolejnych już nie obejrzałam, ale czytając recenzję (nawet prześmiewczą) pisarza, nic nie straciłam. Podczas czytania świetnie się bawiłam- to jest po prostu „satyra na”. I w sumie zastąpiło mi cały serial.

Oczywiście nikt tego nie musi czytać, nie musi się zgadzać i też nie musi burczeć po kątach, jak ma inne zdanie. Po prostu to jedna z wielu „recenzji”, jakie ostatnio ukazały się w Necie. A zapewniam, że takie spojrzenie na ten serial ma wielu poważnych pisarzy (choćby M. Kochanowicz) i krytyków.

Poza tym, na mnie już sypały się gromy Netowe, że ośmieliłam się skrytykować nową wersję „Chłopów” bez oglądania filmu... no jakże tak... no jakże można było...

Tak to już bywa, że ktoś musi obejrzeć całość, by móc się wypowiedzieć, a ja nie muszę i też mogę się wypowiedzieć.

Dlatego ośmielam się zgodzić z Dutką w krytyce „Lalki”, oglądając tylko pierwszy odcinek serialu, mając w „głębokim poważaniu”, kto, jak i kiedy mnie, z kolei, skrytykuje za to.

Wklejam po kolei dniami, w jakich mi się te wpisy ukazywały.

Niedziela.

"Wojciech Dutka pisarz

Oglądam pierwszy odcinek "Lalki" według Prusa (zresztą nie wiem już czy to jest Prus) na Netflixie.

Moim zdaniem ( satyrycznie)

Hrabia Łęcki wygląda jak przepity menel, jego córka klnie i wypowiada się równoważnikami zdań. Arystokraci to idioci i mam wrażenie, że jesteśmy w Polsce - informuje nas o tym narrator na początku. Przypominam to jest zabór rosyjski. Nie wiem co będzie dalej - ale Łęcka jest pisarką i rozmawia z Orzeszkową, która jednak jej nie lubi. Na mężczyznę Łęcka mówi...ty i tutaj jest wyraz zaczynający się na trzecią literę alfabetu (bez polskich znaków) i ósmą. Wydaje mi się, że jeśli wprowadza się bohatera do filmu lub rozdziału, to z jakimś kontekstem w opowiadanej historii. A tymczasem Łęcka wpada na niego na ulicy. Czy to jest jej kuzyn, wynalazca z powieści? Za bardzo nie wiadomo kim jest chudy facet, poza tym, że ona go sklęła na ulicy. Następna scena: Wokulski i Rzecki idą schlani przez nocną Warszawę. Absztyfikant Łęckiej, nazwany wyrazem odpowiednim, chce się teraz zastrzelić na przyjęciu, ale Wokulski go ratuje i strzelają razem w innego faceta. Interes w porcie starego Łęckiego spłonął, a Orzeszkowa okazuje się asystentka akuszerki i odbiera poród na przyjęciu, krojąc nożem brzuch arystokratki. Kobieta która kroi brzuch nożem jest ponoć lekarką, choć w Rosji (Warszawa to było wówczas największe miasto Kongresówki, ale z perspektywy Rosjan prowincjonalne miasto imperium rosyjskiego) lekarzy kobiet wtedy nie było. To nic. W scenie, jak w pierwszym odcinku pierwszego sezonu Rodu Smoka poród na zaszokować, zniesmaczyć, to jest tak grubymi nićmi szyte, że aż boli. To ma pokazać młodym dziewczynom jak okropne jest być w ciąży. I to jest bzdura ekranu, bo przepraszam, to jak rodziły chłopki? Fundamentalna rzecz! kobiety w ciąży nie brały udziału w bankietach, więc ta scena jest NIEPRAWDZIWA pod względem prawdy ekranu. Jest kilkanaście lat po zniesieniu przez Aleksandra II pańszczyzny ( w Polsce w 1864), ale klasowe i płciowe podziały istniały. Kobieta w ciąży ukrywała się w zacisku domowym, kiedy już było widać, że jest w stanie błogosławionym.

Odcinek II

Łęcki wchodzi do domu i mówi: Był pożar. Spaliło się. Kuzynka/Służąca Łęckiej (w książce i serialu z 1977 tę funkcję spełnia osoba z rodziny Łęckiej): Wiem co to jest pożar. Co to jest za dialog? Dziecko wie co to jest pożar. Łęccy mają służby jak Braniccy w Białymstoku, a przecież byli średnia szlachta. Kiedy się okazuje, że nie będzie pieniążków Łęcka kompulsywnie pożera serniki, makowce, ciastka i wydaje dźwięki, wyje, beczy. Potem kwestuje w barokowym kościele. Ładne zdjęcia wewnątrz. Wokulski potem gra w karty, a Łęcki w scenie z córką nalewa sobie wódkę z butelki i krzyczy do córki kupiłem s....la. Odcinek drugi i dialogi mnie powalają. Wszyscy piją wódkę i Łęcki wygrywa na wyścigach. Wokulski (w tej roli Schuchardt, to bardzo dobry aktor, ale nie ma kogo grać w tym serialu) ma mniej dialogów od Łęckiego. A Izebella robi dalej miny.

Odcinek 3. Łęccy bez kasy. Zwalniają służbę. Stary Łęcki krzyczy na łóżku, a Bela ciągle robi miny. Oglądam dalej. Czuję, że dopiero będzie się działo. To jest słuchajcie tak złe, że aż dobre. W sklepie Wokulskiego remont, ale Stach nie wie czy zdążą. Mówi do Rzeckiego "Oni czekają aż się wy....lę". I druga frapująca kwestia "Wokulski chciał, i się ze...ł". Ciocia (w tej roli Cielecka) do Beli: "Żeby kogoś wyciągnąć z cytadeli musisz znaleźć kogoś kto ma większe jaja". Oczywiście te jaja ma Wokulski bo on wyciąga akuszerke krojąca brzuch arystokratki z więzienia. Belcia lubi księcia staruszka w demencji który mówi "tak". Na wszystkie zapytania. Ale ta akuszerka to nie jest Orzeszkowa tylko ta, która kroiła kobiecie brzuch nożem. I wtedy dowiadujemy się, że jednak w Warszawie są Rosjanie. I do tego są przekupni i się śmieją. Bela pyta czy lampy są elektryczne, a Wokulski idąc na przyjęcie mówi "k...muszę się wstydzić za Polskę, kraj i świat".

To najgorsza ekranizacja ( każda adaptacja filmowa czy serialowa jest ekranizacją) jaką widziałem...najgorsze jest to, że ludzie, którzy to zrobili nie zrozumieli o czym jest Lalka i nie zrozumieli epoki. Aktorsko to wygląda bardzo słabo, tak samo dialogi, niczym z piosenki Budki Suflera z "dialogów wyszło dno, zero. czyli nic".

Czy żyjemy w epoce w której chamstwo i tandeta stały się sztuką? Obejrzałem trzy odcinki i to jest wstrząsające....

Opisałem też satyrycznie odcinek 4 i 5. Zapraszam naród do dyskusji o Lalce i jej adaptacji”

Poniedziałek rano.

„Byłbym nieuczciwy, gdybym porzucił dzieło Netflixa tylko na 5 odcinkach. Kończę satyryczny opis tej naj, naj, naprawdę naj... Szukam odpowiedniego słowa najbardziej z....j adaptacji "Lalki" w historii. Jestem pewny, że twórcy serialu otrzymają nagrodę.

Mamy ślub. Belcia i Ciocia wymieniają uwagi po angielsku, a tymczasem nasz Stach odparowuje w tym samym języku: nie będzie ślubu, po czym wychodzi. Co się dzieje dalej to na końcu, bo twórcy zrobili nam cliffhangera, żeby nas trochę pomęczyć akcją. Przez pierwsze pół odcinka do 30 minuty nie ma zasadniczo kontrowersji. Ale wtedy między ukochanymi wybucha awantura niemal jak z taniego, tandetnego spektaklu: ona do niego: ty po....y zboczeńcu, a on do niej: ty....zakłamana, zimna, wyrachowana p...o. Osiągamy emocjonalne katharsis, wulgarne decorum tej oryginalnej opowieści. Po czymś takim musi być: morderca! Stacho mówi, że nie ma nic, ma tylko długi. Ale wtedy jak rycerz zza progu komnaty wychodzi kuzyn Łęckiej i mówi władczo: mogłeś sobie kalosze sprzedawać, ty straganiarzu p....y. I wtedy kto przychodzi na pomoc: walcząca służąca, która niczym w tanim romansidle chwyta lichtarz i rozbija swojemu gwałcicielowi łeb. Ale dramat! Ale zemsta! Potem sie naradzają co zrobić. Rzecki mówi: Mogę iść do więzienia za tego s...la. Nasi bohaterowie oszukują Rosjan, którzy nie są dociekliwi co i jak. Okazuje się, że Wokulski wynalazł automobil. To nic, że Daimler i Benz stworzyli go w Cesarstwie Niemieckim, co tam, bo w ten sposób leczymy przecież kompleksy nasze, nieco tylko cyzelując w warstwie dramaturgicznej wywody k...ą. W ten sposób wracamy do początku, teraz mamy intrygę i pożar znów sklepu Wokulskiego. Stach sfingował swoją śmierć, podkładając trupa kuzyna Belci i jest jak w meksykańskim serialu Esmeralda, on zostawia jej połowę kasy. A Belcia wybiera klasztor i religię. Ale to tylko pozory, bo chodziło o to, żeby dokonać skoku na kasę, która na automobil wyłożyła idiotyczna arystokracja. Bonie i Clyde po polsku.”

Poniedziałekpo południu

„Jak się okazało mój satyryczny wpis i takim też językiem wpisany wywołał żywą reakcję narodu, któremu odbiera się "Lalkę" Prusa i wg. Netflixa i daje coś...nie wiem co. Postanowiłem obejrzeć całość i piszę tu o tym, choć boli mnie jak oglądam ten serial bardzo.

Odcinek 4. Zaczyna się od pojedynku, na którym arystokracja chla i Belcia przyjeżdża popatrzeć. Kobiety w XIX wieku nie mogły patrzeć na pojedynki, ale to szczegół. Szukam prawdy ekranu, ta jest ważniejsza. Bella łypie oczyma w jedną to w drugą stronę. Barona Krzeczowskiego (znów nie wiemy kim jest postać) gra Piotr Adamczyk. Baron krzyczy, że trafił go w zęby. Zuch, zuch, idiota woła. Człowiek strzela a kokaina kule nosi, Rzecki pyta czy celował w zamek, a Wokulski mówi: Ja pie....ę. Rzecki całuje kuzynkę Belci i ciągle pije wódkę. Rzecki przespał się z tą kobietą. Zastanawiające jest ile kwestii jest wypowiadanych przy alkoholu. Stach mówi do kolejnego faceta: Ciąg się Pan. Tamten dosiada się do wódki. Ciocia i Belcia palą fajkę z ziołem. Na przyjęciu u księżnej Belcia jest wstawiona i po ziele, więc się zatacza przy stole. A jej ojciec w podskokach mówi, że Rosjanie tłamszą go podatkami. Biedaczek. Geniusz przedsiębiorczości. Belcia jest pijana i na ucho pyta Stacha, dlaczego Pan jest taki poważny. Ciocia mówi Wokulskiemu, że nie umie uwodzić i ona może mu pokazać, bo się na tym zna. W międzyczasie schodzi na licytacji kamienica Łęckich, ale zostaje jeszcze 20 tysięcy długu. Kuzynka, w tym serialu służąca Belci przebiera się za nią i nakrywa ją facet, który się przysiadł do Wokulskiego (nie wiemy kim jest) i mówi do niej ty k....o. Gwałci ją i stęka przy tym obleśnie. Oszczędzę Państwu dalszego opisu, Stach dopada Łęckiego, trzeźwiejącego i mówi, że to są horrendalne długi k...a mać. Gwałciciel to chyba jest kuzyn Belci, który mówi jej o długach i Bella krzyczy won! Łęcki odbiera sobie życie

Odcinek 5

Po śmierci papy Bela ma trafić do klasztoru. Ciociu, ale jak ale co, mówi Belcia. Pijany Stach z Rzeckim nagabuję kelnera: jak to nie masz na co narzekać, jesteś k....kelnerem. Następuje wywód filozoficzny: k...za dużo podłości, ona nie powie na mnie Staszku, Następuje scena alkoholowego upojenia, Stach się przewraca i syczy. Tymczasem, żeby nie pójść do klasztoru Bela ucieka do półświatka Warszawy. I zamienia się w świecką matkę miłosierdzia, karmi zupą biednych. Żyje w nędzy i nikt jej nie szuka. Bela ma kumpelę i razem się szprycują kompotem. Ciocia szuka Beli i mówi Wokulskiemu, który stał się nafciarzem w zaborze rosyjskim i szuka ropy. Tymczasem Belcia szprycuje się teraz w nogę i odpływa. W końcu odnajduje się i budzi w łóżku, w którym krewni i ciocia nakłaniają ją do podpisania kontraktu małżeńskiego i wyzwolenia z kurateli księcia. Ale Belcia z nijakim wyrazem twarzy mówi nie kupisz mnie tak tanio. W powieści i serialu z Kamasem i Braunek to jest kluczowa scena, Braunek świetnie to zagrała. A ta aktorka nic, jak gdyby nie potrafiła tego pokazać. Wokulski zeźlił się na hrabinę i mówi do niej: wy....ć. Rzecki odkrywa przed Stachem prawdę: nic nie mamy, nawet nie wiesz w jakiej d...e jesteśmy. Co za wyznanie. Co za głębia intelektualna. Scena w teatrze - bo Bella musi już z Wokulskim iść do teatru. A tam jej kuzyn z damą, która mówi do niego: Co się tak gapisz jakbyś miał k...sy w oczach. Co za wykwintna maestria. Co za dialogi. Po czym okazuje się, że w teatrze występuje kto? Wokulski, który postanowił zrobić z siebie wała i zaśpiewać w teatrze pieśń miłosną. Wokulski się jej publicznie oświadcza przy wszystkich.

Ostatni odcinek dzieła opisze satyrycznie jutro wieczorem. Mam dość."

Wtorek. 

"Mamy ślub. Belcia i Ciocia wymieniają uwagi po angielsku, a tymczasem nasz Stach odparowuje w tym samym języku: nie będzie ślubu, po czym wychodzi. Co się dzieje dalej to na końcu, bo twórcy zrobili nam cliffhangera, żeby nas trochę pomęczyć akcją. Przez pierwsze pół odcinka do 30 minuty nie ma zasadniczo kontrowersji. Ale wtedy między ukochanymi wybucha awantura niemal jak z taniego, tandetnego spektaklu: ona do niego: ty po....y zboczeńcu, a on do niej: ty....zakłamana, zimna, wyrachowana p...o. Osiągamy emocjonalne katharsis, wulgarne decorum tej oryginalnej opowieści. Po czymś takim musi być: morderca! Stacho mówi, że nie ma nic, ma tylko długi. Ale wtedy jak rycerz zza progu komnaty wychodzi kuzyn Łęckiej i mówi władczo: mogłeś sobie kalosze sprzedawać, ty straganiarzu p....y. I wtedy kto przychodzi na pomoc: walcząca służąca, która niczym w tanim romansidle chwyta lichtarz i rozbija swojemu gwałcicielowi łeb. Ale dramat! Ale zemsta! Potem sie naradzają co zrobić. Rzecki mówi: Mogę iść do więzienia za tego s...la. Nasi bohaterowie oszukują Rosjan, którzy nie są dociekliwi co i jak. Okazuje się, że Wokulski wynalazł automobil. To nic, że Daimler i Benz stworzyli go w Cesarstwie Niemieckim, co tam, bo w ten sposób leczymy przecież kompleksy nasze, nieco tylko cyzelując w warstwie dramaturgicznej wywody k...ą. W ten sposób wracamy do początku, teraz mamy intrygę i pożar znów sklepu Wokulskiego. Stach sfingował swoją śmierć, podkładając trupa kuzyna Belci i jest jak w meksykańskim serialu Esmeralda, on zostawia jej połowę kasy. A Belcia wybiera klasztor i religię. Ale to tylko pozory, bo chodziło o to, żeby dokonać skoku na kasę, która na automobil wyłożyła idiotyczna arystokracja. Bonie i Clyde po polsku.

Kurtyna"

https://www.facebook.com/pisarzWojciechDutka


Odniosę się do pewnej kwestii- uważam, że twórcy tego serialu postąpili nieuczciwie wobec chętnych do obejrzenia go. Tytułując serial „Lalka”, niejako zwabili tych, co chcieli obejrzeć nową ekranizacje książki Prusa. Tych, którzy spodziewali się (a jednak, a jednak) dosyć wiernej treści książki, fabuły, a przynajmniej trzymania się głównych wątków i przekazu powieści. A tu kompletnie co innego widzą. I nie pomaga samooszukiwanie się, że fajnie, nie pamiętam treści, może być, w końcu licentia poetica reżysera..., że to Netfix, a Netfix, proszę państwa, pod publikę. Nic z tych rzeczy- jest to oszustwem, bo wykorzystując lotny temat, lotny tytuł i oczekiwania widzów, wpuścili ich w na manowce. Reżyser nawet nie wysilił się, by jakoś asekurancko (nawet drobnym druczkiem) dopisać np. „luźna adaptacja powieści B. Prusa. W wersjach starych jest przynajmniej dopisek: „Na podstawie powieści B. Prusa”, tutaj kompletnie nic. Maślona zagrywa- dam chwytliwy tytuł, ludzie tego oczekują, takie ekranizacje zawsze idą, a potem działam na zasadzie „co mi tam do głowy strzeli, byle się sprzedało...”. I skręcił serial taki, jaki skręcił, ale ludzi na tytuł nabrał. Czy rzeczywiście tak zmanipulował? Nie wiem, jednak ja to tak odbieram- czuję się nabrana na tytuł.

Obejrzałam pierwszy odcinek i stwierdziłam, że takiej szmiry dalej oglądać nie będę. I dziwię się zachwytom, bo czym tu się zachwycać- wulgarnym językiem, zakłamywaniem realiów epoki, zakłamywanie historii, drętwotą scen, brakiem dynamiki akcji, scenami oderwanymi, tym, że nic się tam nie klei? To taki „lalkowy” erzac dla niewybrednych widzów Netfixa (sorry, jeżeli ktoś za takiego się nie uważa, ale obgryzając paznokcie, ogląda kolejne głupawe tasiemce serialowe).

Serial dla młodzieży, bo taki „współczesny”, ale... przecież Prus opisywał realia końca XIX wieku, to co tu mówić o współczesności? Kobieta w ciąży na balu? Cesarka na stole obok sali balowej? Klnąca arystokratka? Kobiety oglądające w XIX wieku pojedynek? Łęcka z ciotunią palące zioło? I morze wódki wszędzie i przy każdej okazji? To ma być obraz XIX wieku opisany przez Prusa. Biedak chyba się zamienił w wirnik, w swoim grobie, ze zgryzoty.

A ja sobie zażartuję i oby to się nie ziściło- gdyby na maturze była „Lalka” a wiadomo, jaka jest młodzież, to ilu maturzystów padłoby ofiarą „Lalki” Maślony i położyłoby egzamin?

Scena z próbą samobójczą kuzyna była, mimo samej tragedii, tak komiczna, że się uśmiechnęłam (tragiczna recytacja przyszłego samobójcy, a potem Wokulski wijący się na podłodze jak ogromny czarny żuk), a przecież miało być tragicznie, „napinawo”, że ech, ach... dzieje się... DRAMAT. A powitanie Wokulskiego na dworcu, gdzie orkiestra kilka razy rozpoczynała grać, od razu skojarzyło mi się ze scenami z filmu „Kochaj, albo rzuć” (sceny w NY) i z Kabaretem Olgi Lipińskiej ze słynną frazą „Panie Janeczku mam grać?”

Żeby podkręcić atmosferę, już na wstępie, w oficjalnym zwiastunie filmu jest podkład piosenki „Only You”, jak z tandetnego romansidła. A może właśnie chodziło Maślonie o to, by pokazać „Lalkę” jako wulgarne romansidło z epoki, z podtekstem kryminalnym? Eeeee...nawet to mu chyba nie wyszło. I tylko należy się dziwić, jak tacy, skądinąd, dobrzy aktorzy, dali się wkręcić w taką ramotę.

Ale dobrze, są gusty, guściki i.... Niech sobie ludzie oglądają i takie ramoty, jak mają taką potrzebę. Nawet nie wiem, czy zechce mi się iść do kina na drugą wersję „Lalki”. W końcu Prus nie należał do moich ulubionych pisarzy, a czytanie tej powieści strasznie mnie nudziło. Poza tym, serial oglądany w domu mogę w każdym momencie wyłączyć, w kinie to już inna sprawa. Nie mam zamiaru ponownie się rozczarować. A przecież i przy serialu nie miałam jakichś wielkich oczekiwań. Po prostu chciałam zobaczyć kawałek dobrego kina. Nie zobaczyłam.

Zdjęcie lalki stąd:

https://www.magnific.com/pl/obraz-premium-ai/przerazajaca-porcelanowa-lalka_282991706.htm#fromView=detail&position=4&uuid=ae4684fa-19ab-4e32-8acb-dbe6f8301846&track=ais_hybrid&from_element=cross_selling__photo

sobota, września 19, 2026

Gdzie cysorz piechotą chodził.

 

Chcieliśmy obejrzeć NATO-DAY- coroczne pokazy militarne w Ostrawie. Są to pokazy sprzętu wojskowego oraz loty nowoczesnych natowskich samolotów. Szukaliśmy na mapie miejsca, w którym moglibyśmy przystanąć niedaleko lotniska (tam to się odbywa) i poobserwować samoloty, ale doszliśmy do wniosku, że nie ma co Bezy męczyć, najpierw prawie godzinnym dojazdem (trzeba zajechać za lotnisko), a potem jeszcze kazać jej stać lub dreptać prawie w miejscu i czekać (w samochodzie bez nas jej nie zostawiamy).

No to gdzie jechać w taki piękny (jeszcze) letni czas? Może na grzyby- tych po suszy mało jest, a może na lwywy (wzorem Starszych Panów)- Sahara się robi, a i lwów jednak brak. Ryby też odpadają. Jak, zatem, skorzystać z tak pięknej wrześniowej pogody? Teraz akurat jest ten czas, kiedy wycieczki są najprzyjemniejsze- nie pada i jest ciepło, a nie gorąco.

Jaskół znalazł, po stronie czeskiej, pomnik. Mnie nie trzeba dużo, by się byle pierdołą pozachwycać, bo ja lubię takie rzeczy- lubię i miejsca zielone, i starocie w postaci pomników, ruin oraz pałaców „zaklętych”, żeby nie powiedzieć- też często zamkniętych.

No dobra, jedziemy zobaczyć, gdzie to najjaśniejszy pón cysorz zaszczycił swą obecnością swych poddanych. 


 Przy zjeździe do Cieszyna są takie obłędne widoki.

Taka sobie granica gdzieś z dala od głównych szlaków.


Jaskół nie lubi polskich map, bo niedokładne, obstalował trasę na czeskiej mapie, włączył nawigację- jedziemy. I wszystko fajnie szło aż do pewnego rozwidlenia dróg. Hmmmm... dróg to ładnie powiedziane- dwóch wąskich asfaltowych wprawdzie, ale takich wiejskich dróg już po czeskiej stronie. Zatrzymaliśmy się, bo gdzie teraz? W prawo, czy w lewo? Jaskół zaczął studiować Google, a ja z Bezą na krótkie siusiu (Bezy nie moje). No nie powiem, spacerek krótki, nawet fajne krowy tam były- chciałam zrobić im zdjęcie, kiedy Jaskół zarządził- jedziemy w lewo. Ruszyliśmy, ale naszły go wątpliwości- może jednak w prawo należało? OK, zawracamy, jedziemy w prawo.

Jechaliśmy, jak to przeważnie w naszym przypadku bywa, drogą „od zaplecza”. Bardzo rzadko jeździmy, „jak ludzie”, porządnymi drogami, zawsze nas skusi jakiś skrót albo boczna trasa itp. (jest to wpisane, od dawna, w nasze wyprawy- nie denerwujemy się, mamy czas, nic nas nie goni), czyli taką, którą zapewne chodziłyby owce, muflony i kozice górskie, gdyby raczyły żyć na tych terenach. Była ona wprawdzie dosyć szeroka, ale bardzo stroma, a co jakiś kawałek, wystawał z niej niewielki uskok zrobiony z podmytego i ukruszonego asfaltu (kiedyś chyba była na niej warstwa asfaltu, teraz to kamole i kawały zrytego asfaltu). Miałam wrażenie, że albo wpadniemy w jakiś wądół i urwiemy koło, albo zahaczymy miską olejową o ten zryty asfalt. Najgorsze było to, że trzeba było jechać tylko do przodu („coś być musi, do cholery, za zakrętem”), bo cofanie nie wchodziło już w grę. Wyjechaliśmy na wzgórze i ukazał nam się pomnik. Pomnik, jak pomnik, jednak te widoki.... dech zapierało. 

Na polską stronę.


 
Na zdjęciu poniżej widać daleko Cieszyn, a za nim (w perspektywie) czeską elektrownię w Dziećmarowicach, a z lewej strony kopalnie w Karwinie. Bliżej kawałek Czech. Taki przekładaniec- Czechy, Polska, Czechy.
 Po czeskiej stronie


 

Na filmie idąc od lewej strony ( od granicy ze Słowacją) są szczyty Kozubowy, Ostry, Jaworowy Wierch albo Wielki Jaworowy- ten z wieżą, Podgruń, Krivy, Muchov Kopec. Widać też kawałek Trzyńca (w lewo od Jaworowego).

Przed nimi Przełęcz Jabłonkowska idzie od zachodu z Czechy na wschód do Słowacji- przełęcz jest w większości w Czechach.

Tu z dołu przyjechaliśmy- kawałek w dół jest w miarę fajna droga, potem stroma i zryta. 

 

No i aby dokończyć wątek drogi dojazdowej, to od pomnika dalej, wiodła droga asfaltowa, równiutka, która po 100 metrach, krzyżowała się z drogą dosyć szeroką, łączącą Trzyniec z Leszną Górną. Czy trzeba było nią od razu? No nie, ale NIE, przecież- hej przygoda woła nas. My lasami, dolinami, po strumieniach, wyrwach i stromo po zrytym asfalcie przecież musimy- taką ma Jaskół, a ja się przychylam, fantazję (serio to przecież Jaskół nie mógł nawet przypuszczać, że władujemy się na taki survivalowy trakt). Tą porządną drogą zjechaliśmy do Trzyńca, a potem przez Cieszyn do domu. 

Huta w Trzyńcu nadal pracuje.  


 


 

Teraz o pomniku. Znajduje się na teranie czeskiej wioski Kojkovice. Ta z kolei graniczy z Polską. Ale w czasach Franza Josefa żadnej granicy przecież tu nie było. Przyjeżdżał na inspekcję swoich ziem.

 

Zdjęcie współczesne.

Zdjęcie z 2014 roku.
 

„W 1908 roku Kojkowice, dziś będące dzielnicą Trzyńca, były samodzielną gminą. Jej władze postanowiły uczcić sześćdziesięciolecie panowania cesarza, który osobiście odwiedził miejscowość, poprzez ustawienie na tzw. Kojkowickiej Górce głazu z tablicą pamiątkową.

Jak informuje portal „fotokresy.pl”: Odsłonięty został we wtorek 8 września 1908 r. o godz. 14. Program uroczystości był następujący: 1. Powitanie, 2. Chór mieszany, 3. Odsłonięcie pomnika, 4. Odśpiewanie hymnu ludowego, 5. Wycieczka do pobliskiego lasku. Wieczorem miało miejsce odpalanie sztucznych ogni, a następnie zabawa taneczna w gospodzie gminnej przy współudziale hutniczej kapeli z Trzyńca. W uroczystości brało udział około 2 tys. osób.
Tego samego dnia wysłano do cesarza telegram o następującej treści: „Gmina Kojkowice przy Cieszynie składa przy odsłonięciu pomnika na pamiątkę pobytu Najjaśniej. Pana na manewrach w r. 1906 u stóp Tronu z powodu jubileuszu sławnych rządów wyrazy głębokiej czci z życzeniami: niech Bóg raczy Go nam jak najdłużej przy zdrowiu zachować.

Po I wojnie światowej na pomniku umieszczono tablicę z nazwiskami czterech obywateli Kojkowic, którzy zginęli w czasie wojny. Byli to: Józef Klimsza, Jerzy Stokłosa, Adam Trombik i Jan Cholewik. W późniejszym okresie tablica ta została przeniesiona do budynku polskiej szkoły. W 1950 r. pomnik ponownie otrzymał nową tablicę. Tym razem na mało czytelnej płycie z wyobrażeniem gołębia symbolizującego pokój pojawił się dwujęzyczny napis: „Za trvalý mír – Za trwały pokój – r. 1950″. 

W takiej postaci przetrwał do października 2010 r., kiedy staraniem Miejscowego Koła PZKO oraz dofinansowaniu przez  władze miasta Trzyńca został odnowiony.

Do szczegółów dotyczących historii pomnika dotarł też w 2007 roku (kiedy to tablica na wapiennym głazie mówiła o pokoju) Stanisław Zahradnik. Wyjaśniał on wówczas czytelnikom „Głosu Ludu” (nr 118 z 11 października 2007, s.3), że pomnik stanął na Kojkowickiej Górce, gdyż to z tego właśnie miejsca cesarz Franciszek Józef obserwował wraz ze swą świtą we wrześniu 1906 roku przebieg wielkich ćwiczeń wojskowych, tzw. manewrów cesarskich (które tak barwnie opisywał Gustaw Morcinek w „Czarnej Julce”). Widok stąd bowiem wspaniały na Puńców i Dzięgielów. Zahradnik zwraca też uwagę i podkreśla, że ówczesny wójt Paweł Kajzar cesarza witał po polsku.”

Tyle cytat z:

https://zwrot.cz/2018/06/spacery-ze-zwrotem-pomnik-cesarza-w-kojkowicach


Więcej o pobycie cesarza w Cieszynie oraz o manewrach, które odbyły się na puńcowskich wzgórzach, można przeczytać tu:

https://muzeumcieszyn.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=41&Itemid=152

Zastanawiam się, dlaczego napis na tablicy jest tylko w j. polskim. Wydawałoby się, że powinien być w dwóch językach. Tym bardziej, że przedstawiciele polscy- PZKOL oraz czescy- władze Trzyńca- finansowali jego renowację. Sam pomnik znajduje się w Czechach. Wygląda na to, że Czesi nie są małostkowi, a napis przecież rozumieją.


Zdjęcia moje i ze strony artykułu oraz ze stron

https://w.eksploratorzy.com.pl/viewtopic.php?t=3122&p=12534

https://www.visitcieszyn.com/dawny-pomnik-cesarza-franciszka-jozefa-i

Gdyby ktoś pytał :"Gdzie żeś to bywał czarny baranie?", mogę dać namiary na miejsce jego pobytu. 


 

wtorek, września 08, 2026

Planowane szaleństwo przed końcem świata.

 Taka śliczna ważka lata po ogrodzie. Jest duża ma około 10 centymetrów. Najpierw nie potrafiłam jej "upolować", bo lata bardzo szybko, a potem mi pięknie, przez parę minut, pozowała.


Powoli wraca codzienność, ale już nie w takich normach, jak przed półtora tygodniem. Trzeba trochę życie przemeblować, coś ująć, coś dodać, o czymś zapomnieć, a więcej zapamiętać. Trzeba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości.

Jednak nie ukrywam, że przeżyłam ogromny wstrząs emocjonalny. Po raz kolejny dotarło do mnie, że wszystko jest takie kruche- kruche i nieprzewidywalne. Wszystko toczy się normalnie, a tu nagle buch! Prosto w splot, w żołądek, w głowę, jak obuchem- świat się wali i już nic nie jest takie, jak wczoraj.

I tak jestem szczęśliwa, że zakończyło się (??) w miarę dobrze. Mogło być gorzej- tak, o wiele gorzej. I jeszcze raz los dał znać, że nic nie jest wieczne, że może w każdej chwili trzasnąć. Nie potrafię żyć w myśl zasady: „Żyj tak, jakby każdy dzień był ostatnim”. No niby jak ma to wyglądać? Co niby mam ekstra robić? Mogę cieszyć się słońcem, obecnością ludzi bliskich, mogę przytulać psa, mogę łazić po ogrodzie, podglądać pszczoły i ważki, mogę słuchać ptaków, obserwować ich loty, mogę obserwować samoloty (bardzo lubię), mogę- co tam jeszcze? Aha, mogę tkać, haftować, słuchać muzyki, wcinać lody bakaliowe lub z ciasteczkami, po prostu mogę sprawiać sobie drobne przyjemności, łapać te drobniutkie chwile radości i sklejać do kupy. Codziennie. Ale przecież ja to robię i wcale wtedy nie myślę o dniu ostatecznym. Maksyma, którą przytoczyłam jest dla mnie tym, czym trudny wiersz dla ucznia i postawione przez nauczyciela durne pytanie: ”Co autor miał na myśli”. No, co miał, tworząc taką maksymę? Przeciętny człowiek nie będzie codziennie sprawiał sobie przyjemności ponad możliwości, balował, szalał, bo to może być jego dzień ostatni. A na filozoficzne dumania też nie ma czasu. Owszem, może ograniczyć się w fundowaniu sobie ujemnych emocji, może nie zadzierać z ludźmi, może obudzić w sobie empatię itp. Może. Tylko, że te rzeczy powinny być w jego życiu również na porządku dziennym.

Ok, pofilozofowałam sobie, a życie i tak będzie szło swoim torem- jak zechce to znów los rąbnie, a my najczęściej nie będziemy mieli na to wpływu. Ot taki chichot losu.

A jednak, chociażby dzisiaj, w ramach: „Żyj tak, jakby jutro świat się miał skończyć”, opchałam się malinami z krzaka- sama przyjemność. Z nikim się nie podzieliłam- brzydka Jaskółka. To późno owocująca odmiana. Owoce ogromne, soczyste i jest ich na łodydze sporo. Dwa lata maliny nie potrafiły się pozbierać i na zasadzonych 20 krzaczków, przyjęło się parę, w zeszłym roku te parę zaczęło puszczać rozłogi, a w tym roku już jest na nich dosyć dużo owoców.

Ogród powoli szykuje się do jesieni. Martwiłam się o zimowity, a one postanowiły w tym roku zakwitnąć później i dopiero teraz pojawia się coraz więcej kwiatów. W dodatku, co mnie bardzo ucieszyło, wyrosła osobna kępka niedaleko głównej. Jak przekwitnie, przesadzę w bardziej widoczne miejsce. 


Zaczynają kwitnąć jadwiżki- u nas jadwiżki (w rodzinie tak je nazywamy), gdzie indziej marcinki lub michałki, a tak naprawdę to jest aster jesienny. Fajna bylina- łatwa w przesadzaniu, łatwa w utrzymaniu, mało wymagająca i kwitnie wtedy, kiedy inne kwiaty już przestają. 

 

Kiedyś miałam sporo gatunków chryzantem, ponieważ chciałam, by ogród kwitł aż do listopada. Jednak one nie polubiły tutejszej gleby- kilka lat rosły, a potem wymarzły. Ach, i anemony ciągle kwitną. Anemony, moje ulubione wczesno jesienne lub późno letnie kwiaty. Bardzo dekoracyjne i w sumie też łatwe w uprawie.




Kwitną również rozchodniki, które są uwielbiane przez pszczoły. Bardzo miododajny kwiat.


 

Upał przyszedł, kolejny. Tym razem jednak powietrze już inne, zimne ranki i wczesne wieczory łagodzą gorąco. Na tarasie 35 w słońcu, na oknie; w kuchni, w cieniu, tylko 23 stopnie. Szału nie ma.

Nadal bardzo brakuje porządnego deszczu. Podlałam dzisiaj ogród wodą z węża. I chociaż poranne rosy są obfite, a ulewa, dosyć porządna, która przeszła nad ogrodem tydzień temu, zasiliła glebę na tyle, że jeszcze jest wilgotna (w trawnikach i w grządkach, bo w lasku posucha), to po dzisiejszym upale rośliny oklapły. 


Nie ma również snujących się, o tej porze roku, nitek babiego lata. Coś się w przyrodzie pomerdało. Czekam z niecierpliwością na te babie nitki, które szczególnie w mglisty dzień operlone, są bardzo dekoracyjne. No i pajęczyny w kropelkach wymiatają. 

Barbula- w ogrodzie są dwie.




Jesień też czuć już w domu- muchy stały się ospałe, niektóre same padają na parapet martwe. Do domowego ciepełka pchają się myszy (dobrze, że nie gnomy i trolle). Zrobiliśmy ich odłów- za pierwszym razem do żywołapki weszły trzy w ciągu dwóch godzin. Po kolei, jak jedną Jaskół wyniósł do lasku, właziła druga i potem tak samo było z trzecią. W kolejnym dniu złapały się jeszcze dwie. Wydawałoby się, że to już końcówka, a okazało się, że po domu wędruje jeszcze jedna, a może dwie. I to już jest mysz- mądralińska. Z jednej łapki wyżarła przynęta, drzwiczki się nie zatrzasnęły. Po jakimś czasie sytuacja powtarza się- skwarek mamuciej wielkości zniknął, drzwiczki nie zatrzasnęły się. Mechanizmy w obu pułapkach działają. Stawiamy te łapki codziennie w różnych miejscach i codziennie stwierdzamy, że są puste, a ślady myszycy/myszora, pojawiają się tu i tam. Niefajnie jest, kiedy otwieram drzwi do schowka, a tam mysz sobie spaceruje po słoikach, kiedy mnie spostrzega, to wcale nie panikuje, tylko spokojnie schodzi na podłogę, po czym znika za regałem. Nie znoszę zapachu (smrodu) myszy, dostaję mdłości od niego i mysz wyczuję, jak tylko w domu się pojawi. Z tą przechera też sobie poradzimy- w końcu trafimy w jej gust i znęci ją do pułapki kawałek czegoś dobrego.

Tkam gobelinki na tamborkach. Ot, taki kaprys mnie naszedł, by spróbować utkać coś na okręgu, chociaż tkanie okrągłego dywanika na długi czas mnie do tego zniechęciło.

Taki jest pierwszy. Więcej zdjęć i treści o sposobie tkania na drugim moim blogu.


Nadal maszyna do szycia siedzi w szafie. Nie ma takiego miejsca, by wszystko rozłożyć i zostawić na parę dni. Inaczej- mam takie miejsce- zawsze szyję na stole w pokoju komputerowym, ale wkurza mnie zostawienie „rozbabranego” szycia na dłużej. Bo to i maszyna, i mata do cięcia, pudełko z przyborami, nożyce, igielnik, szpilki, linijki, szmatki, łatki, słonie, łonie i słasice latają po stole oraz okolicznych blatach. Do tego dochodzi deska do prasowania oraz żelazko, nie wspominając już o odstawionych od stołu krzesłach, postawionych w miejscach jeszcze wolnych, czyli w ciągach przelotowych i trzeba je omijać.... brrrrrr....

No i co mówić wtedy o życiu tu i teraz w perspektywie jutrzejszego końca świata? Zawracanie głowy- ja tu mam konkretne problemy do rozwiązania.

Puszczam bardzo fajną muzę.


https://pigletsddeepforest.com/en


sobota, września 05, 2026

Bloger strzelił- o narodowej blogowej tragedii i panice na blogach.


Napisałam post o AI, a w tzw. międzyczasie bloger spłatał figla. Ponieważ prawie nigdzie nie komentuję, napiszę tu, co o tej całej sprawie sądzę, a przy okazji trochę rozwinę temat, dotyczący mojego spojrzenia na blogowanie i komentowanie. Można się z moim zdaniem zgodzić, można nie zgodzić, można się zapluć ze złości, czytając mój post, można też shejtować mnie w blogosferze (wielu nie zna w tym umiaru). Wszystko można, proszę bardzo, czyńcie, co tam chcecie. Jednak nie można mnie obrazić i shejtować na moim blogu i to jest tzw. plus dodatni wyłączonych komentarzy. Zabawne...

No więc (więc i tylko więc, tu pasuje), bloger zablokował wczoraj komentowanie... naprawdę pozwolił sobie na takie faux pas wobec blogerów. Oj, zablokował komentowanie.... oj... i stała się tragedia blogowa... ale nie dla wszystkich, mówię uczciwie, bo są blogerzy, którzy piszą posty nie dlatego, by potem utonąć w komentarzach na ich temat, a dlatego, że mają potrzebę podzielić się z ludźmi czymś ciekawym. Nie tylko ja do nich należę. Jednak są blogerzy, którzy piszą posty po to, by pławić się w komentarzach pod nimi, żyją blogiem i komentarzami, przeżywają tragedię niemal narodową, kiedy coś się w blogerze schrzani.

Ech.... nie chcę się złośliwić i nie będę. Jednak trochę mnie zszokowało, kiedy zobaczyłam, że wstrzymanie przez blogera komentarzy, wywołało u wielu ataki paniki i niemal zatrzymanie akcji serca oraz stwierdzenie, jak teraz będzie blogosfera żyć... no jak blogerze żyć, jak żyć??????????!!. Może mogłabym wziąć za żartowanie, pokpiwanie z tej sytuacji, jednak, gdy na wielu blogach pojawił się ten temat, to uznałam, że blogerzy przeżywają "dramat" na serio. No nie, jeszcze teraz, kiedy to piszę, to śmiać mi się chce, bo naprawdę (o, naprawdę pisze się razem, prawda?) mnie takie podejście rozśmieszyło. Blogowanie uważam za dodatek do realnego życia i dwa dni poślizgu w blogowaniu czy komentowaniu nie zrobiłoby na mnie wrażenia. A tu okazało się, że mimo zarzekanie się blogerów, to jednak wyłączenie komentowania bardzo ich obeszło i zachwiało podstawą sensu ich blogowania. 

 Powtórzę jeszcze raz- wyłączyłam komentowanie z całą świadomością pewnej „straty”. A po czasie zauważyłam, że liczba wejść wcale się nie zmniejszyła, czasem jest większa, często przekracza 100 w danym dniu. Co znamienne, nie piszę też postów, by nabijać licznik- z nikim nigdy nie konkurowałam i sprawdzam tylko dlatego, by zobaczyć, jakie tematy są bardziej lub mnie chodliwe. Mam pewne założenia i kierunki, w jakich chcę mój blog prowadzić i na razie to się sprawdza.

Nie zawsze trzeba pisać o pierdołach, pisać o rzeczach oczywistych, które latają na innych blogach tak często, że aż mdli, pisać o zdrowiu (wiem, trzeba się bólem dzielić i to pomaga- rozumiem, jak pomaga to trzeba to napisać), nie trzeba uprawiać swoistego ekshibicjonizmu i co trzeci post pisać o ogromnym dole, nie trzeba kokietować oraz manipulować innymi, kiedy się jest klasycznym narcyzem i czytający to widzą- kiedy jakichś treści monotematycznych jest w nadmiarze, blog staje się nudny.

Nie trzeba, ale rozumiem ludzkie potrzeby i wiele osób potrafi tylko w ten sposób prowadzić swój blog, mają jakieś osobiste korzyści, w czymś im to pomaga. To jest w myśl hasła latającego w blogosferze: „To mój blog i mogę sobie pisać na nim, co chcę”. Tak, prawda, ale po pewnym czasie taki mono blog przestaje przyciągać, odrzuca swoją powtarzalnością, męczy.

Dlatego w myśl drugiej blogowej zasady- „Jak ci się nie podoba, to nie wchodź, nie czytaj” na takie blogi wchodzę bardzo rzadko, a najcześciej w ogóle wykreślam je z pamięci.

I poruszę sprawę słownictwa, języka używanego w postach. Ludzie, zlitujcie się, po co te zdrobnienia, po co te dziwnie wymyślane neologizmy, po co silenie się na „błędy ortograficzne”, silenie się na językową oryginalność, jakieś lingwistyczne szpanowanie aż do granic śmieszności, ten brak interpunkcji i często prawdziwe błędy ortograficzne, mylenie pojęć, używanie słów nieadekwatnych do sytuacji, język knajacki, że nie powiem wprost- grypsera, wulgaryzmy (znam takie, co najmniej, 4 blogi)? Po co? Prawdopodobnie ma to ubarwić tekst, ale nadużywane, stwarza, że tekst staje się sieczką słowną. Blogi piszą ludzie dorośli, nierzadko wykształceni, mający wiedzę, jak wzbogacić język. I nie czepiałabym się, znów w myśl zasady „mój blog...”, tylko, że ci sami ludzie mają pretensje do innych, że język ubożeje, że staje się chaotyczny, niechlujny. Ci sami ludzie przyzwalają w blogosferze na taki język. Jakiekolwiek próby protestu (między innymi mojego) napotykają na brutalny atak ze strony autorów tych blogów, oraz niewybredne teksty ze strony komentatorów. Gdzie jest granica obłudy? I wczoraj sobie pomyślałam- świetnie- nie będzie komentarzy, nie będzie popleczników, nie będzie hipokryzji, a blogerzy będą musieli się wysilić na dobre posty.

Może bloger powinien w ten sposób oczyścić blogową atmosferę?

Owszem, chcę się dzielić różnymi rzeczami, ale już nie chcę mieć wiedzy „komentatorskiej”. Da się bez niej dobrze funkcjonować, da się spokojnie bloga prowadzić. Ale żeby nie było, że ja jestem taka fajniutka bezkrytyczna w stosunku do siebie- kilka razy chciałam komenty włączyć, kilka razy za nimi zatęskniłam, kilka razy chciałam przeczytać zdanie innych ludzi na temat posta, żal mi też niektórych komentatorów- fajnie komentowali. Jednak czuję w sobie ogromny opór- nie włączę. Bardzo proszę, by moi byli komentatorzy nie odbierali tego jako mój brak zaufania oraz brak szacunku do nich.

Jak huknie cały bloger, odczuję tylko stratę tekstów, ale już nie zdjęć, bo te mam w plikach na dyskach. Już raz straciłam blog i założyłam nowy, dosyć gładko i bez bólu poszło.

Czytam ten tekst- hmmmmm..... tak, wiem, piszę w sposób nudny dla niektórych, zbyt poprawny, ale nie będę na siłę zmieniała mojego stylu pisania po to, by przypodobać się garstce blogerów. W realu mam ogromne poczucie humoru, próbowałam je przerzucić na blog, napisałam jeden tekst, potem drugi... Nie wiem czy pamiętacie taki blog z Pieprzem w tytule, albo inny blog z niepoprawną matką w tytule czy jakoś tak... i doszłam do wniosku, że nie mam takich umiejętności pisarskich, by pisać humorystyczne posty z życia wzięte. Pozostało mi pozostać przy moim stylu i poprawnym (ech niektórych to strasznie dziobie w oczy) słownictwie.

No dobra, Jakółka sobie napisała post niekoniecznie wesoły, a dla was jeszcze coś smutniejszego od mojego tekstu. Wysłuchać, a potem, jak mówił bardzo młody człowiek: „Nie smutać się”, idzie piękna kolorowa jesień (i podobno ma być długo ciepła)

PS. Przypomniało mi się trzecie zdanie krążące na blogach: "Nie mam wpływu na to, jak ktoś odbierze słowa pisane w poście, jak ktoś odbierze je do siebie, to jego sprawa".

Taka sytuacja:)