Wynik jeszcze nie końcowy- w sumie Jaskół przejechał ponad 80000 kilometrów w ciągu 20 lat. Początek.
Wszystkiemu
winien jest mój starszy brat Janusz. Odkąd pamiętam, miał
zamiłowanie do motocykli: to Iż, to Awok, to jakieś BMW R-35.... .
Pamiętam, zabrał mnie kiedyś na przejażdżkę „Wołkiem” do
Katowic. Najpierw zatrzymała nas Milicja, bo usłyszeli za duży
hałas i chcieli wlepić mandat za brak tłumika, ale jak zobaczyli
czym jedziemy, to pooglądali z ciekawością i puścili nas wolno.
Całe szczęście, bo gdyby nie ta przerwa w jeździe, to pewnie dupa
by mi odpadła. Dopiero wtedy zrozumiałem, co znaczy sztywna rama.
Potem brat wyprowadził się na Kaszuby. Na cały rok. Niby to
niedługo, ale zmienić można wiele. W ciągu tamtego roku odwiedził
mnie kilkakrotnie. Raz przyjechał i mówi, że zamienił motocykl na
lepszy. Pytam, co to znaczy, a on na to, że ma angielski motocykl,
Ariel jakiśtam. Nowszy od „Wołka”, bo z lat 60-tych.
-
To fajnie- mówię- że zmieniłeś. Super tak realizować swoje
marzenia.
Okazało
się, że zwycięstwo było połowiczne. Motocykl był, a jakby go
nie było. Prawnie nie istniał– nie miał papierów. W tym czasie
(lata 80-te) pracowałem „blisko” Urzędu Miasta. Poszedłem
zarejestrować motocykl na dobrze wyprane papiery ze starego Junaka.
Pani z Wydziału Komunikacji, widząc „znajomą” twarz, nie była
zbyt dociekliwa i wydała papiery na motocykl, który stał przed
Urzędem.
Jak
już mówiłem, po roku Janusz wrócił do naszego miasta. I jak to
niespokojna dusza, znalazł Nortona. Sprzedał więc Ariela i kupił
nowego Anglika. Podobno Ariel był 350, a Norton -500. Jechałem na
nim kilka razy w charakterze „plecaczka”. Nie powiem- fajnie
było.
Raz
jechaliśmy do znajomych 8 grudnia.
On-
motocyklista- ubrał się po swojemu- ja, żeby nie zmarznąć,
wsadziłem na siebie, co się dało. U znajomych rozebrałem się w
przedpokoju i przedpokój się wypełnił na full- ortalion, kufajka,
dres, buty po nartach- kompletny asortyment dobrze wyposażonego
turysty wysokogórskiego. Fajnie nam się razem jeździło. Pewnego
razu, ten wariat, wymyślił coś wybuchowego- znalazł dla mnie
motocykl. Piękny, tani......tylko, że w worku. NSU 250.....z
kurnika. Nie mam zacięcia technicznego, a tym bardziej do czegoś,
czego nie widzę. Zamiast jeździć musiałbym czyścić i składać.
Po dwóch miesiącach sprzedałem worek.
Minęło kilka lat.
Pracowałem sezonowo na basenie, gdzie mnie, któregoś brat
odwiedził. Zrobił to z pompą oraz paradą. W tamtych czasach
motocykle 4 suwowe nie były tak popularne, jak teraz. Junak, Avo-
pod koniec lat 80.- to jednak była rzadkość. Przeważały MZ-ki,
CZ-ki, Jawy. Młodzież przyjeżdżała na basen takimi właśnie
motocyklami. Stały na parkingu koło budki, w której sprzedawałem
lody i zimne napoje. Nagle zrobiło się cicho na basenie – prawie
cały męski ludek wyszedł z wody i zgromadził się przy bramie
wyjściowej. Będąc w środku budki, dopiero po chwili, usłyszałem
dziwny dźwięk- jakieś dziwne głośne i dudniące „mruczenie”.
Okazało się, że takie wrażenie, na płci męskiej, zrobił
Norton, wjeżdżający na wolnych obrotach przez bramę obiektu.
Wtedy pomyślałem, po raz pierwszy, że w tej miłości do motocykli
musi coś być.
Lata
mijały. Byłem ojcem 16-latka. Któregoś dnia znalazł w starych
szpargałach zdjęcia motocykli.
Tatuś,
co to?
Wiesz,
Stryj jeździł takimi motocyklami.....
Stało
się- zaczęły się rozmowy mojego syna z moim bratem.
Bez
mojego udziału, bo mnie motocykle nie interesowały. Po pewnym
czasie na biurku w pokoju syna stanął „Wołek” w ramce, po nim
Ariel oparty o płot na Kaszubach. Zaczęliśmy kupować „Świat
Motocykli”.
W
pewnym momencie brat zaczął opowiadać o motocyklu, który wzbudzał
jego zainteresowanie (był stałym czytelnikiem „Świata
Motocykli.”, „Motocykla”,”Classic Motocycles” i Bóg raczy
wiedzieć czego jeszcze).
Oczywiście
był to „anglik”, tyle, że produkowany w Indiach. Zachwycał się
nim przy każdym naszym spotkaniu. Próbowałem go od tego odwieść:
- Coś
Ty, motocykl produkowany w Indiach ?– zapomnij- Co Hindusi
potrafią?
A
On swoje:
- Technologia
angielska, a składany w Indiach to będzie tani.
Patrzyłem
na to sceptycznie, ale nie chciałem Mu sprawiać przykrości, cóż
mnie do tego, przecież nie kupuję motocykla.
W
2003 roku, w listopadzie, namówił mnie na wyjazd do Zamościa, do
człowieka, który jakoby najlepiej znał się na motocyklach, pisał
książki i artykuły do „Świata...”, a przy tym był dealerem
tego hinduskiego „anglika”. Miałem czas, więc wybrałem się z
bratem na wycieczkę- po raz pierwszy od wielu lat wyjechaliśmy
gdzieś razem. Warto było. Poznałem nową drogę z Frampola do
Zamościa (przez Gorajec zamiast Biłgoraj i Zwierzyniec). Piękna
widokowo i krótsza.
Ale,
przede wszystkim, poznałem Pana Tomasza. Szczupły, niewysoki, lekko
przygarbiony. Pooglądaliśmy motocykle stojące w warsztacie: Royal
Enfielda Bullet`a niebieskiego, takiego samego czarnego (ale de Lux)
i czerwonego Enfielda sixty five- solówkę.

Nie powiem, prezentowały
się imponująco. Pan Tomasz odpalił swoją maszynę, rzeczywiście,
głos miała piękny. Ten ton słyszałem kilkanaście lat wcześniej-
wydobywał się z Nortona. Jako, że listopad nie należy do gorących
miesięcy, poszliśmy na herbatkę. I zaczęło się: Janusz pytał,
a Pan Tomasz odpowiadał i opowiadał. Widać było, że wie, o czym
mówi. I czynił to z pasją. Siedziałem jak na tureckim... nie- jak
na hinduskim kazaniu. Dwa razy o coś zapytałem, zaznaczając, że
jestem laikiem, że przyjechałem z bratem do towarzystwa. Nasz
rozmówca nie zrażał się i odpowiadał mi równie wyczerpująco,
jak Januszowi, tylko bardziej przystępnie (chciał pewnie, żebym
rozumiał, co do mnie mówi). Stanęło na tym, że Janusz zamówił
jeden egzemplarz motocykla. Miał to być czarny Royal Enfield 500 de
Lux, z chromowanymi błotnikami. Zaczynał mi się podobać, ale cóż,
był tylko jeden. Wróciliśmy do domu. W grudniu Janusz zadzwonił,
że sytuacja finansowa nie pozwala mu na zaliczkowanie motocykla
(miał być do odbioru na Wielkanoc). Dałem pieniądze na zaliczkę,
coraz częściej myśląc o tym, że jak nie weźmie to może ja... ?
Wszystko wyjaśniło się w styczniu. Firma, w której mój brat
pracował, zaczęła podupadać. Wiadomo, że ktoś, kto ma na
utrzymaniu 5 osób, a w perspektywie utratę pracy, nie kupi
motocykla. Stanąłem przed nie lada dylematem. Byłem zdecydowany,
ale co na to moja Żona? Rozmowa o zakupie motocykla trwała 3
miesiące. Jestem jej wdzięczny za to, że się zgodziła**. Ale
najbardziej zadowolony z tego był mój syn. Miał już 17 lat i w
bliskiej perspektywie „prawko” na motocykl. Jednak największy wpływ
na moją decyzję miał fakt, który zaobserwowałem kilka lat
wcześniej- mój brat po sprzedaży motocykla (warunki ekonomiczne)
stał się innym człowiekiem. Stał się zgryźliwy, zgorzkniały i
taki szary- po prostu zdziadział.

Nie macie pojęcia, ile radochy
daje jazda motocyklem (podobno w drugiej ławce też). Mogę to
powiedzieć, bo sam doświadczyłem. Ale wrażenia z jazdy będą
potem. Teraz trzymajmy się chronologii. No więc przyspieszony kurs
podstawowej obsługi motocykla w Zamościu u Tomasza Sałka i
motocykl stanął w Tychach, w biurze firmy, na honorowym miejscu.
Z
miejsca stał się sensacją– nikt ze znajomych do tej pory nie
jeździł i patrzeli na mnie bardziej z politowaniem niż ze
zdziwieniem (zachciało się chłopu na starość). Ale ja mam
dopiero 48 lat. Wszyscy czekaliśmy, aż puszczą śniegi. Nareszcie.
Za radą Janusza zacząłem naukę jazdy na mało uczęszczanym
placyku. Kółeczko na jedynce w lewo- przerwa, jeszcze jedno i znów
przerwa. Gdy kółeczka wychodziły już bez podpórki, to zacząłem
kręcić w prawo. Potem to samo na dwójeczce. Trzeciego dnia
wyjechałem na drogę publiczną. Mały ruch (bo to poza miastem),
ale już można było wrzucić trójkę i czwórkę- taka pętla 3,5
km. No to potem dwie w lewo i dwie w prawo. A po tygodniu wyjazd do
miasta. Byłem lekko zdenerwowany- co zrobię jak zgaśnie na
skrzyżowaniu lub na światłach? No cóż, odpowiadam sobie, zepchnę
na pobocze albo na chodnik i odpalę znowu. Tak zrobiłem. Podczas
pierwszych jazd rzeczywiście kilka razy zadusiłem silnik. Ale
uwierzcie, nikt nie trąbił, nie mrugał światłami i nie pukał
się się w czoło. Czekali cierpliwie aż dwa „dziadki” odjadą
ze skrzyżowania (mam siwą brodę, kask nie pozwala ocenić
dokładnie wieku, a jak wygląda Royal Enfield- każdy wie). Pierwsze
jazdy wokół miasta nie przynoszą spodziewanych przyjemności i
radości z jazdy. Motocykl jest powolny, czasem kichnie, nie za
bardzo przyspiesza. Telefon do Pana Tomasza i już wszystko jasne–
ten rocznik trzeba dotrzeć, wyregulować i podczas kolejnych
wycieczek trzymać usta zamknięte. Dlaczego? Dobrze wiecie. No więc
czekało mnie kolejne zadanie. Wyjazd do Zamościa by wyregulować
moto. 400 km dla początkującego jeźdźca, w dodatku samotnie, to
już, według mnie, coś. Przedtem jednak był mały test. Jazda do
Krakowa i z powrotem miała być namiastką tego, co mnie mogło
czekać. Motocykl spisał się znakomicie podczas tej wyprawy.


Jadę,
zatem, do Zamościa! Spakowałem pełną torbę ciepłych ciuchów
(bo maj był zimny) i 22-go wyruszyłem w moją pierwszą poważną
podróż motocyklem. Słuchajcie, cudownie– słoneczko świeci po
raz pierwszy od tygodnia, a ja sobie powolutku, 60-70/h, pomykam na
Wschód. Pierwszy postój u brata w Krakowie- kawka, odpoczynek i
dalej do przodu. Następny w Zawidzy (za Osiekiem) przy trasie
sandomierskiej- obiad. W lesie jest Zajazd pod Dębami, gdzie można
dobrze i tanio zjeść- polecam. Słoneczko dalej świeci. Mijam
Tarnobrzeg, Stalową Wolę, Nisko i kieruję się na Janów Lubelski.
Na podróż motocyklem piękna trasa– mały ruch i dużo lasów po
drodze. Z Janowa na Frampol, Biłgoraj (wizyta na cmentarzu u
Dziadków i pod Pomnikiem Katyńskim) i przez Szczebrzeszyn do
Zamościa. Skończył się piątek a wraz z nim dobra pogoda. W
sobotę zaczęło padać- temperatura spadła do +10 stopni. Niestety
mam tylko 2 dni wolne– jeden na przegląd motocykla, drugi na
powrót do domu. Wbijam się w ciepłe ciuchy i zasuwam do warsztatu
Tomasza Sałka. Pan Tomasz to chodząca encyklopedia wiedzy o
jednośladach. I chyba pasjonat przez duże „P”. Przegląd
przebiega bardzo sprawnie: wymiana oleju, filtra, regulacja gaźnika,
zapłonu, rzut oka na sprzęgło. Wszystko gra. Jadę do Hrubieszowa
odpocząć przed powrotem do domu. Trzeba wyjechać rano, bo nie
wiadomo, co może cię spotkać po drodze. Poranek wita mnie
słoneczkiem. Gęba mi się uśmiecha na ten widok, jednak uśmiech
zamiera, gdy patrzę na termometr- +6 stopni. Dobrze, że na plusie,
nie? (tego dnia wieczorem- po powrocie do domu - stwierdziłem, że
motocykl to zabawka dla twardych mężczyzn). Ale komu w drogę.... .
Pakuję na siebie wszystko, co mam w torbie: podkoszulek, drugi z
długim rękawem, koszulę flanelową i wełniany golf. A na to
wszystko „skórę”. Wyglądam i poruszam się jak Ludzik
„Michelin”. Ale co mi tam, na motocyklu nie będę biegał, to
się nie spocę. Naiwny, siedzisz prawie bez ruchu, to marzniesz i
kwita. Motocykl, po przeglądzie, jakiś taki żwawszy, lżejszy,
bardziej „wyrywny” do jazdy. Tak jakby cieszył się razem ze
mną, że już mu więcej wolno. Ma rację, jedzie się przepysznie.
Pierwsze 70 km to poezja. Słońce świeci, „0” ruchu, bo to
niedziela rano, a ja sobie jadę. Beztrosko. Miał rację kochany
braciszek, że na motocyklu zapomnę o troskach i zmartwieniach –
rzeczywiście tak było. Ale tylko częściowo. W Szczebrzeszynie
skręcam na Frampol, droga tam wiedzie przez piękną widokowo
okolicę. Nie patrzę na mapę, ale mam wrażenie, że to granica
pomiędzy Roztoczem a Wyżyną Lubelską. I to wszystko, co było
piękne w tym dniu. Zaczyna padać deszcz, a ja w szczerym polu. Do
Frampola jakieś 10 km. Nie ma się gdzie schować więc pcham do
przodu. Zrobiło się zimno jak jasna cholera. Dojeżdżam do
Frampola i „dokuję” na Petrochemii. Ciepło, sucho – pierwszy
raz zauważam, że na stacji benzynowej może być tak pięknie.
Zrzucam z siebie 2 wierzchnie warstwy i zamawiam 3 herbaty. Boski
napój! Po pół godzinie jestem gotów do dalszych zmagań z naturą.
Rozgrzany i pokrzepiony wychodzę na słoneczko. Pięknie, ale
krótko. Do Janowa Lubelskiego dojeżdżam w beztroskim nastroju. Ale
w drodze do Niska (droga piękna, szeroka) znowu zaczyna padać.
Teraz muszę uważać na złośliwość kierowców jadących z
przeciwka. Na drodze potworzyły się kałuże i jadący z przeciwka
wjeżdżając w taką kałużę, robi falę, która może mnie
przewrócić. Jadę więc wolniej i prawie poboczem. Deszcz na
szczęście ustaje i mogę jechać spokojniej. Ale pogoda nadal nie
sprzyja motocyklistom- wieje silny i zimny wiatr. W takiej atmosferze
mijam Nisko, Stalową Wolę i Tarnobrzeg. Pora zatankować.
Zapomniałem powiedzieć, że jadąc na przegląd (powoli i bez
zrywów- 60-65km/h), mój motocykl spalił 2,45 l/100km. No więc
dojeżdżam do Łoniowa i skręcam na stację benzynową. Uzupełniam
paliwo, idę do kasy. Wiatr jest tak silny, że przewraca motocykl.
Pracownik na stacji mówi, że od kilku lat nie było tak silnego
wiatru. Pociechą dla mnie jest, że za parę chwil znowu wjadę do
Zajazdu Pod Dębami w Zawidzy. Przerwa w podróży to oddech i w tym
wypadku gorący obiad. Po godzinnym odpoczynku w „ciepełku”,
pełen optymizmu, ruszam w dalszą drogę. Do domu pozostało mi
tylko 230 km. Czyli połowa już za mną. I znowu, tak jak rano,
świeci słońce, z tą jednak różnicą, że teraz nie ma wiatru.
Radość moja nie trwa jednak długo. Po kilkunastu kilometrach tak
zaczyna lać tak mocno, że nie zastanawiając się wjeżdżam pod
parasole restauracji, w której odbywało się przyjęcie komunijne.
Za zdjęcia dzieci na motocyklu, jestem częstowany gorącą herbatą
i ciasteczkami. Podbudowany psychicznie i fizycznie wykonuję długi
skok do Krakowa. Tam znowu gorąca kawa na stacji benzynowej (bodajże
na ul. Włóczków) i ostatni już etap mojej podróży do Tychów.
Muszę stwierdzić, że podróż ta była moim chrztem bojowym.
Przyznaję, że zmarzłem w tym dniu jak cholera. Dwa razy zsiadałem
z maszyny tylko z tego powodu, aby z niej nie spaść. Ale było to
cenne doświadczenie– Polska to nie Kalifornia ani Floryda–
pogoda bywa u nas różna i teraz, po kilku miesiącach użytkowania
motocykla, mogę stwierdzić, że jazda w złych warunkach już mnie
nie przeraża, bo to doświadczenie mam już za sobą. Zaopatrzyłem
się tylko w akcesoria niezbędne do podróżowania przy różnej
pogodzie. Teraz– po zakończeniu sezonu motocyklowego– mojego
pierwszego!- mogę powiedzieć, że wdzięczny jestem bratu, iż
namówił mnie na tę przygodę. (A tak między nami – mój sezon
jeszcze się nie skończył. W suche dni wyjeżdżam na krótkie,
kilkudziesięciokilometrowe przejażdżki). JEST WSPANIALE


Historia w obrazkach.
Zamieściłam teraz tylko kilka zdjęć, bo w postach o naszych rajdach będzie ich sporo.
**
Ówczesna żona, ja nie miałabym w ogóle oporu, a wręcz piałabym
z zachwytu- taki piękny motocykl, to co to za wahanie się.