
Jaskół
pojechał na zlot motocyklowy. Umówmy się, że motocyklowy, bo w
obliczu zbliżającego się armagedonu deszczowego, wybrał się
samochodem. Ale kilka Enfieldów na miejsce przybyło, choć koledzy
w drodze zmokli. Te zloty mają swoją tradycję i są organizowane
przez kilku motocyklistów w stałych, od lat, porach roku. Pierwszy
to kwietniowy w centrum Polski, potem ten majowy na Kielecczyźnie.
Następnie był nasz, pod koniec czerwca, ale od kilku lat nie
organizujemy już zlotów tutaj, we wrześniu są Bieszczady, a
jeszcze przedtem, pod koniec sierpnia, jest na Roztoczu. Koledzy
motocykliści- Enfieldowcy- stara gwardia zlotowa- idą w „siłę
wieku”, chorują, zmieniają motocykle i tak powoli została nas
niewielka grupka przyjaciół, których połączyła miłość do
motocykla marki Royal- Enfield. Zresztą ten gaźnikowiec „na
kopa”, to już stary klasyk. Teraz Hindusi produkują nowe
Enfieldy, uruchamiane „na guzik”, ich dizajn zmieniają co chwila
i to już nie jest to- elegancja, szyk starego klasyka, jakim był
nasz Royal- Enfield 500. Nawet nie wiem, gdzie nasz motocykl
wylądował. Kupił go ktoś, kto sprawiał wrażenie, że będzie
kochał ten motocykl, ale ponoć go sprzedał. Trudno. Powoli
przyzwyczajam się do „Szerszenia”.
I
mam ochotę wsiąść znowu na maszynę i boję się, że ten
dziadowski kręgosłup znowu się zbuntuje. Jak sobie przypomnę
jazdę na motocyklu, to aż mi się dusza śmieje. Nie ma porównania
z jazdą w samochodzie. Ten pęd powietrza na twarzy, ta przestrzeń
wokoło, ten brak ograniczenia karoserią (krajobrazy, światło,
zapachy...) no i wolność wyboru miejsca parkowania- cudo. Jedziesz
którędy chcesz, stajesz gdzie jest kawałek dobrego podłoża.
Niestety, pewne dobroci dla mnie się już skończyły i to wcale nie
z powodu wieku, a z powodów zdrowotnych- przecież młodzi ludzie
też mają chore kręgosłupy, nie tylko starzy. Ale staramy się
ruszać w teren, kiedy tylko nadarzy się okazja i szukamy
interesujących miejsc niedaleko nas- Beza nie zostanie sama w domu,
a ostatnio nawet bez nas w domu czuje się nieswojo. Od kiedy
ogłuchła tylko w naszym towarzystwie czuje się pewnie.
Przyzwyczajamy ją do dalszych wycieczek i to się udaje, ale musimy
liczyć się z jej chorym sercem oraz z jej zmęczeniem, spowodowanym
pobytem poza domem. Na razie udało nam się zrobić wypad do miejsca
oddalonego o 2 godziny jazdy z przerwami. Dobre i to.
No
i nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło- poznajemy bardzo
interesujące miejsca w regionie (Morawy, Śląsk), miejsca
historyczne, interesujące ze względu na kulturę, tradycje. I tak
sobie myślę, że ta „okolica” wcale nie jest gorsza od reszty
świata. W każdym razie na emeryturze nie siedzimy w domu, wgapiając
się w ekrany, pijąc ziołowe herbatki. A przecież jeszcze
prowadzimy nasz sklep. Mnie wciągnęło tkanie, haftowanie, szycie.
Jest jeszcze ogród do ogarnięcia, co lubię. Często czasu nam
brakuje nawet na kichnięcie.
A
ogromnego deszczu w nocy nie było, burzy zresztą też. Dzisiaj pada
sobie, z przerwami, spokojny deszczyk. I dobrze, niech woda spokojnie
wsiąka w ziemie, że nie gwałtownie po niej spływa. Deszczu trzeba
było, ziemia nadal sucha. Jest dosyć zimno. Tylko 12 stopni.
Czekam na ciepełko i na wygrzewanie się na tarasie.
O
właśnie, kupiłam pod donice na tarasie podstawki na kółkach.
Pomalowałam je na kolor taki, w jakim są schody. Może te podstawki
nie są urokliwe, ale bardzo praktyczne. Kiedy zapowiadają ulewy,
przeciągam je pod dach i kwiaty nie toną w wodzie, co im raczej w
tych donicach szkodzi. Kiedy w zeszłym roku robiłam, przed
deszczami to samo, przenosiłam duże donice w rękach, czułam
wtedy, że mi kręgosłup strzeli. Teraz tylko przeciągam podstawki
i w kilka chwil jest wszystko gotowe, a kręgosłup (kolana i ręce
również) nie cierpi. Czasem muszę poświęcić tzw. „dobry
widok” oraz „dobrze wygląda”, na rzecz swojego zdrowia.
Te
wszystkie nasze ograniczenia ruchowe, bo moje, ale Jaskóła również,
wzięły się z czynnego uprawiania sportu. Kiedyś wierzyłam w
powiedzonko „Sport to zdrowie”, teraz wiem, że owszem daje
zdrowie, ale nie sport wyczynowy. Amatorsko uprawiać sport jak
najbardziej można, wyczyn jest wielkim zagrożeniem dla organizmu.
Ale skąd, na początku lat 70 XX wieku, mieliśmy o tym wiedzieć?
My rwący się do uzyskiwania jak najlepszych wyników i trenujący
ponad siły? Nasi trenerzy też nas nie oszczędzali z różnych
powodów. Nie mieliśmy fizjoterapeutów, odżywek, porządnego
sprzętu (dostałam stare kolce i w nich całą moją karierę
średniaczki przebiegałam)- płotki były drewniane, na metalowych
rurkach, bloki startowe metalowe albo z deseczkami- podpórkami na
nogę zakroczną- stare trupy często rozregulowane. No i teraz cały
nasz wyczyn (Jaskół -koszykarz) czujemy w kościach. Poza tym, nie
czarujmy się, jak się ma w tych kościach sporo dekad, to organizm
jest zmęczony sam z siebie. Pewnych rzeczy człowiek nie przeskoczy.
Nie zawsze silenie się na „bycie ciągle młodym”, jest dla
organizmu i samopoczucia dobre. Ta walka, by się utrzymać na
powierzchni młodości, sama w sobie jest wyczerpująca. I po co się
tak męczyć, robić rzeczy ponad siły, eksploatować organizm,
który chciałby w końcu wypocząć, odreagować lata pracy,
wysiłku, zregenerować się na tyle, na ile jeszcze może. Jakieś
szalone wypady, ekstra kosmetyki (ach te „okłamujące” nas
lustra- to ja (?)- impossible), ciuchy, które wcale nie są
twarzowe, ale sprawiają, że ma się namiastkę „młodego
wyglądu”, jedzenie niby zdrowe, ale niekoniecznie zdrowe....bycie
w ciągłej gotowości, napięciu, utrzymywanie się w biegu, byle
nie wypaść poza nawias tzw. młodości. Popłoch, że się nie
zdąży czegoś zrobić, zobaczyć, przeżyć... Realy- wszystko
musimy?
A
ziemia (ogień) i tak całokształt wciągnie.
Niestety,
po 60., procesy starzenia przyspieszają- na jak długo je
powstrzymamy? Rok, dwa? Jakim kosztem zaciągamy ten hamulec przed
starością? Stres, obawy, depresje....panika, bo nas też to
dopadło- te zmarszczki, siwiejące włosy, twarde stawy, bezsenność,
coraz słabsze wzrok i słuch, a przecież tak się staraliśmy, na
uszach stawaliśmy, by te objawy starości odsunąć. A im więcej
staraliśmy się, tym bardziej są one widoczne później. Bo tego
nie da się oszukać i już.
Dbać
o siebie, dbać o organizm, fundować sobie przyjemności, nie
eksploatować siebie ponad siły w imię imponowania (na granicy
śmieszności) rówieśnikom oraz osobom młodszym– patrzcie, na co
mnie jeszcze stać- mieć swoje hobby, spotykać się z ludźmi,
ubierać się swobodnie, zgodnie ze swoim gustem, a nie na pokaz- to
chyba wystarczy, by nie czuć się starym i nie wyglądać, w miarę
możliwości, staro.
Kiedyś
sobie przyrzekłam, że już więcej nie będę robiła kuku swojemu
własnemu organizmowi i staram się przyrzeczenie wypełniać. Nic na
siłę.
Takie
„Nie chcem, ale muszem”, niekoniecznie służy samopoczuciu w tym
wieku. I co to znaczy „muszem”? Dla siebie, to chyba nic nie
muszę, dla kogoś? No tak, to może być argument, czyli w tym
przypadku żegnaj moja wolności od „muszę”. A może chodzi nie
o „muszę”, a o „powinnam”? Chociaż to raczej nic nie
zmienia. Tak, czy siak, rygor paraliżuje i psuje humor. No i ten
strach przed starością pewnie skutecznie przeszkadza w drodze do
osobistego „nic nie muszę”. Fakt, trudno pogodzić się z
ograniczeniami, ale przecież ”jak się nie ma, co się lubi, to
się lubi, co się ma”. Naprawdę wygodna filozofia i bardzo
ułatwiająca godzenie się z rzeczywistością. I da się podejście
do wieku przemeblować, unikając minimalizmu egzystencjalnego.
Nie
miałam czasu na takie wymuszone staranie się, by zachować młodość.
Owszem z tyłu głowy kołatało- boże, już siwy włos, a przy buzi
robi się rowek... co działać, co zastosować- ale życie tak
zapier..ło, tyle zawsze było problemów, tyle roboty, że chęci
starczało na podstawowe zabiegi. Zresztą nigdy nie robiłam dramatu
z tego, że w końcu się zestarzeję. Poszło naturalnie, bez
napinki, bez wstrząsów.
A
w ogóle, to prasuję (kiedyś tego nie lubiłam, teraz owszem, nawet
tak, a parownica nie wszystko ładnie wyprasuje) i taki sobie w
głowie prowadzę monolog. I nie trzeba się ze mną zgadzać lub nie
zgadzać. Przemyślenia są przemyśleniami, a ja sobie codziennie
prowadzę całkiem fajne życie już emeryta- jeszcze nie emeryta i
na starość nie narzekam.
I
właśnie zeżarłam ogromną drożdżówkę z makiem, polaną
lukrem. A może powinnam zmusić się do rezygnacji z niej? Przecież
to obciążenie dla organizmu no i tyle kalorii- „powinnam”
schudnąć, bo „muszę” wyglądać szczupło i młodo. A figa:)
Muszę
się- o, tu właśnie muszę bezapelacyjnie- w końcu zmobilizować i
opisać resztę naszych zlotów motocyklowych.
Wszystko
kwitnie i szybko przekwita.
Kasztan
w ogrodzie sister wielkie ucho. Jak ścięli bożodrzew, to odsłoniło
się całe kasztanowe drzewo i taki widok bardzo mi się podoba. Widzę go przez okno, kiedy siedzę przy kompie.
Głóg, który do pewnego momentu przycinałam, a potem odpuściłam przycinanie na kulkę. Całkiem fajnie się uformował.
Uroczy śmierdziuch- berberys pięknie kwitnący i niemiłosiernie cuchnący. Kwitną też pigwy.
Ładnie kwitnie kłokoczka syberyjska, chociaż rośnie w półcieniu. Potem ma fajne owoce.
Nasza śliczna ogrodowa miotła- tamaryszek. W zeszłym roku przycięłam go trochę, by tak nie leciał w górę, ale on sobie nic z tego cięcia nie robi i nadal upiera się przy kształcie wiechy.
Kwitną również azalie oraz rododendron, ale to już w następnym poście.