„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

26 kwietnia 2026

Drewniany kościół w Pielgrzymowicach- zabytek z pięknym wnętrzem.

W 1937 roku.

W 1930 roku. 

Obecnie.


W naszej okolicy są  trzy zabytkowe drewniane kościoły. Był jeszcze jeden, ale spłonął w 1972 roku i na jego miejscu zbudowano kościół z cegły.

Obiekty sakralne interesują mnie o tyle, o ile są interesującym obiektem architektonicznym, mają jakąś niezwykłą historię, albo są właśnie bardzo stare.

W sąsiedniej wiosce- Pielgrzymowicach, jest jeden z najstarszych drewnianych kościołów na Śląsku Cieszyńskim. Został zbudowany w 1675 roku.



 

Jest jednonawowy, pokryty gontem, a jego wystrój jest barokowy. Akurat do środka nie weszłam, bo Jaskół i Beza czekali na mnie w samochodzie.


Pierwsze zapiski o parafii pielgrzymowickiej pochodzą z XIV wieku, czyli przypuszczalnie stał już w niej niewielki kościółek. Od połowy XVI wieku do połowy XVII wieku kościół był ewangelicki. Został prawdopodobnie ufundowany przez protestanta Karola Henryka Paczyńskiego. Później został ewangelikom odebrany i oddany w ręce katolików. Niedługo potem wzniesiono nową drewnianą budowlę. Na początku XX wieku kościół odnowiono i powiększono.

Zniszczenia wojenne wymogły zrobienie kamiennej podmurówki i odbudowanie wieży. Nawę i węższe prezbiterium zbudowano na zrąb, a wieżę na słup (sposoby łączenia drewna).  Od północy dostawiono do głównego budynku pojedyncze ramie transeptu, a od południa dobudowano wieżę kolatorską z zewnętrznymi schodami przy prezbiterium  i kruchtę przy nawie. Wieża dobudowana od zachodniej strony, pochodzi z 1746 roku. Na początku pokryta była cebulastym hełmem z latarnią, obecnie jest zakończona dachem namiotowym. Na dachu znajduje się też mała sygnaturka, a cały budynek obiegają soboty (niskie podcienia z dachem wspartym na słupach).

   

Trochę żałuję, że nie weszłam do środka, ale była Wielkanoc, a do kościoła wchodzili ludzie. Głupio byłoby tak w święto ganiać po nim i robić zdjęcia. Wklejam parę zdjęć z Internetu.

W środku, który jest w stylu barokowym, zachowała się zabytkowa ambona. 

 


Boczne ołtarze są późno barokowe z obrazami z XVII i XVIII wieku. 

 




W ołtarzu głównym znajduje się portret patronki- św. Katarzyny Polichromie i witraże zaprojektował Paweł Steller, zwany „śląskim Skoczylasem” lub wręcz „śląskim Dürerem”. Ozdobą chóru są organy z XIX wieku. 

Z niektórych zdjęć wycięłam fragmenty polichromii, by je przybliżyć- są przepiękne. 


 


 



 


Na terenie cmentarza znajdują się dwa krzyże, wyrzeźbione z piaskowca w XIX wieku. Jeden z nich.

 

Kościółek stoi na pagórku, toteż z dwóch stron prowadzą do niego kamienne schody. Wokół kościoła jest cmentarz.


 

Pielgrzymowice są piękne usytuowane. Wieś leży na pagórkach, a w jarach znajdują się liczne stawy. Ponieważ kościół znajduje się na pagórku, jest widoczny już z dala, a jego drewniana bryła wspaniale komponuje się z okolicznym krajobrazem.

I ciekawostka. Drewniany kościół zabezpieczono przed pożarem w ten sposób- w razie pożaru tworzy się kurtyna wodna (zdjęcie ze strony parafii).

 W Pielgrzymowicach urodził się Karol Miarka (starszy), polski działacz społeczny, działający na terenie Śląska. Osoba na Górnym Śląsku znana i ciesząca się ogromnym szacunkiem.

Jeżeli kogoś to interesuje ta postać, to może dalszą część przeczytać choćby TU.

Pielgrzymowicki kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej, który szybciutko sfotografowałam, znajduje się na Szlaku Architektury Drewnianej województwa śląskiego.

W 1964 roku został wpisany do Wojewódzkiego Rejestru Zabytków w Katowicach. 


Źródła:

https://www.slaskie.travel/poi/3098/drewniany-kosciol-pw-sw-katarzyny-aleksandryjskiej-w-pielgrzymowicach

https://kosciolydrewniane.my.wiara.pl/2015/01/13/Pielgrzymowice-Kosciol-pw-sw-Katarzyny

https://fotopolska.eu/Pielgrzymowice_Kosciol_sw._Katarzyny

 http://www.pielgrzymowice.parafia.info.pl/?p=main&what=47

Zdjęcia z wnętrza zrobiły różne osoby

 http://www.kosciolydrewniane.pl/pages/drewniane/pielgrz.html

22 kwietnia 2026

A chór żabich głosów niesie się daleko.

 


Zielono, zielono, zielono, coraz bardziej zielono robi się wokół. Brzozy powoli przekwitają i okryły się delikatnymi, drobnymi listeczkami. Jeszcze przez ich gałęzie widać niebo, ale już niedługo zasłonią jego solidną część. 


Zieleń zasłoni również te wszystkie graty i bałagany, na tyłach domów, które ujawniają się jesienią i straszą przez całą zimę. I to jest piękne, idziesz obok ładnego domku, podziwiasz okazały krzew bzu i nawet nie wiesz, że za nim stroi wrak samochodu, po którym drepczą kury. Dopiero późną jesienią doznasz wstrząsu estetycznego, kiedy to całe żelastwo i ukaże.

Wykluły się pierwsze pisklaki. W różnych miejscach ogrodu słychać delikatne popiskiwania. 

 Skorupka jajka kosa. Leży sobie na miedzy blisko krzewów irgi, ale gniazdo na pewno jest w innej części ogrodu. Ptaki często wynoszą daleko od gniazda skorupki, by zmylić ewentualnego amatora piskląt.


Nadal nie wiem, czy mój jeż przeżył i nadal nie mam odwagi rozgrzebać miejsca, gdzie mu zrobiłam zimową norkę. Nie spotkałam też innych jeży, choć ostatnio przez kilka wieczorów przeprowadzam kontrolę kwiatów ze względu na pojawienie się malutkich ślimoli. Włażą te dziady w ledwo rozwijające się liście hortensji i żrą je na potęgę. Miesiąc temu znalazłam pod czereśnią zeschniętą skórkę jeżową z igiełkami. Jeż był średni- był- coś go upolowało i zostawiło tylko skórę. Być może był to mój jeż. No trudno, taka jest przyroda. Myślę od czasu do czasu o tym jeżu i sama sobie się dziwię, dlaczego tak się nim przejęłam. Chyba dlatego, że jak go jesienią podnosiłam z ziemi, takiego skulonego, zupełnie bez świadomości, co się z nim dzieje, bo już hibernującego, wydawał mi się taki bezbronny, taki podatny na każde niebezpieczeństwo. Kto wie, czy gdybym go wtedy nie podniosła i nie umieściła w tej zbudowanej przeze mnie norce, to rano, być może, znalazłabym już jego rozszarpane zwłoki? Wiem, że w naszym ogrodzie biorę, w pewnym senie, odpowiedzialność za te wszystkie dzikie istoty w nim żyjące. Chcę im zapewnić bezpieczeństwo w miarę możliwości. I wiem też, że przyroda ma swoje prawa, pewne rzeczy są w ogrodzie nieuchronne. Choćby to, że jednak drapol poluje na kosy, których nijak nie ustrzegę. Znów zalazłam w lasku kępkę czarnych piór i kawałek ptasiej nogi. Kolejny kos został śniadaniem drapieżnika- ptaka, być może kuny albo tchórza.


Kosiarki- dwie stare- jedna duża z napędem i druga mała bez napędu, za to zgrabna, zaraz się rozsypią. Duża ma 20 lat, mała około 12. Były już naprawiane, mają pospawane korpusy, ale podczas koszenia jest ciągła obawa, że jedna albo druga, wysiądą. A trawa rośnie i słychać jak szumi. Zmniejszamy areał do koszenia, kosimy rzadziej i na wyższym poziomie cięcia jednak kosić ogród trzeba.

Kupiliśmy nową małą, z elektrycznym zapłonem i z napędem. Najpierw wybraliśmy taką, która miała i elektryczny zapłon i taki na cięgno. Stare kosiarki uruchamialiśmy ciągnąc za sznurek. Niby fajne, ale jak sznurek się gdzieś zahaczył to ciągniecie było drogą przez mękę (raz szarpnięcie, potem drugi, trzeci...), a jak nagle popuścił, to można było takim nagle gwałtownie puszczonym sznurkiem, a raczej plastikowym uchwytem na jego końcu, dostać po ręce. Ból nieprzeciętny. No i nie wiem, czy jeszcze chciałabym się męczyć z tym szarpaniem za sznurek- wielokrotnym- zanim kosiarka odpali. Ale nie to ostatecznie zadecydowało, że kupiliśmy lepszą kosiarkę, bez sznurka i tylko elektronicznie zapalaną. Nie uwierzycie- po pierwsze ta druga była lżejsza o 4 kilo, a 4 kilo to jest przy kosiarkach duża różnica, a po drugie kółka bez „bieżnika” (głębokich rowków na powierzchni koła). I ten brak rowków zadecydował. No tak, można się śmiać, ale jak ktoś kosi, a zwłaszcza kosi soczystą trawę, to wie, że potrafi ona przylepiać się do kół, podczas jazdy ubijać się, włazić w te rowki i ciężar pchanej kosiarki rośnie, opór przy jej pchaniu też (mówię o takiej bez napędu, czyli naszej małej, która była najczęściej używana). A podczas czyszczenia można dostać zawału ze złości, kiedy tę trawę z rowków trzeba patykiem wygrzebywać. Nie wiem, jak wy, ale ja zwracam przy kupnie nowego urządzenia uwagę nawet na takie duperele, by potem nie wkurzać się, kiedy pracę mam utrudnioną. Kosiarka znanego, dobrego producenta, ale nie tego mojego ulubionego, od którego mam większość narzędzi ogrodowych.

Dwie stare zabrał pan sprzedawca i będzie miał z nich części.


W ciągu dwóch tygodni przeczytałam wszystkie pozycje Brudnika (nie zaniedbując wszystkich prac domowo- ogrodowych i wykańczania gobelinów). Dwie książki z Łezką i trzy z Lichym. A dzisiaj doszła następna- czwarta- część o komisarzu Lichym. 

Tylko jeszcze obszerne „Księgi Jakubowe” przeczytałam w takim tempie- w 4 dni, ale byłam chora i leżałam w łóżku plackiem.

Brudnika się po prostu czyta jednym tchem.

Kawałek gobelinu, przy którym utknęłam.


 Kwitną tawuły. Pierwsze te, które mają kwiaty w kłosach.

 


Później zakwitną te, które mają kwiaty w baldachach

Zakwitł też pigwowiec o pomarańczowych kwiatach.

Rozkwitają magnolie.
 
Czeremchy są w pełnym rozkwicie. Na dole ogrodu kwitnie ogromna, którą chciał nasz drwal wyciąć, bo ponoć jest dudława- fajna nazwa- dudława. Schnie po prostu. Nie zdecydowaliśmy się- na razie nie wycinamy. Pięknie kwitnie, ale zdjęć nie zrobię, bo nie mam dojścia do niej z odkrytej strony. 

Dwie kwitną przy parkingu. Tylko jedna jest do sfotografowania w pełnej krasie. 


 Pachnie gorzko, ale lubię ten zapach. 


 A wieczorami zaczynają się żabie koncerty. Ponieważ pełno stawów w okolicy, to  chór żabi jest bardzo głośny.


19 kwietnia 2026

Gdy brakuje kawałka kciuka...

 

Jeden ze wschodów słońca. 

A tu inny.


 I jeszcze inny.


 Poranek w alejce sosnowej.

Oraz w lasku. Forsycje jeszcze kwitną. Tej wiosny dosyć długo kwitną. 

W tym roku, kiedy idziemy z Bezą na poranny obchód ogrodu (zwykle około 6 rano), często słyszę krzyki żurawi. Nie przypuszczałam, że się zadomowią tutaj. Zwykle wiosną przelatywały nad domem i leciały dalej na północ. Wygląda na to, że w tym roku, a może i już w zeszłym, parę zostało na tych terenach. Tutaj mnóstwo stawów, niedaleko zbiornik goczałkowicki- mają gdzie żerować i zakładać gniazda. Coraz więcej ptaków, których tutaj nie mieliśmy, pojawia się i zostaje na lęgi. Tak było z kormoranami. Chyba z 20 lat temu pojawiły się nad jeziorem, potem zaczęły zakładać gniazda nad stawami, a potem stały się plagą i horrorem właścicieli stawów hodowlanych.

Łabędzi też kiedyś było mniej. Obecnie prawie na każdym stawie można je zobaczyć. Widzę jak zmienia się przyroda wokół nas. Te ptaki, które odlatywały na południe, teraz zimują na stawach. Choćby takie dzikie gęsi. Kiedyś ich nie było, teraz są nawet w zimie i jest ich coraz więcej.

No więc.... no więc, naszym porannym spacerom towarzyszą krzyki żurawi. Żuraw to mój ulubiony ptak. Do tego stopnia ulubiony, że w mojej kolekcji haftów z ptakami, jest parę właśnie z żurawiami. 



Ten złoty tańczący poszedł "do ludzi".

 Ten poniżej był pierwszy
A ten turecki to nie wiem, czy to żuraw, czy czapla, ale chyba jednak żuraw. Też poszedł "do ludzi".


 Cała kolekcja haftów z ptakami (41 sztuk) wisi na ścianie. Dwa jeszcze poszły na licytację WOŚP. O ile dobrze liczę to wyhaftowałam 46 ptaków.

Gdzieś przeczytałam, że wieszać swoje prace w domu na ścianach to obciach. Hmmmm.... no to, po co ja to sobie robię? Tak dużo idzie do pudełka, ale sporo właśnie wisi ich na ścianach i ręczę, że nikt nie ma tak oryginalnych dekoracji w domu, jak my. 


Rozpoczął się czas, kiedy świat kwitnie na biało. Kwitną drzewa owocowe (oprócz jabłoni- te trochę później), kwitną czeremchy. W ogrodach kwitną magnolie i tawuły. W naszym zakwitły też pigwowce- te wcześniejsze. 


 


Po kolei rozkwitają różne gatunki narcyzów. W tym roku niektóre słabo kwitną, parę kęp nie zakwitło w ogóle. Nie mam pojęcia dlaczego, bo liście są dorodne. 

Pojawiły się malutkie ślimole, które usiłują mi zeżreć trochę roślin. Widziałam też dużego pomrowa (czarny, podobny do ślinika, ale on żre ogrodową padlinę typu zdechła dżdżownica itp.)- jednego na razie i ani jednego ślinika (to te rude harpie, zżerające wszystko na co się natkną). 

Te spektakularne, pełne.

Białe. 

Z żółtym środkiem

Czekam na kwitnienie pełnego z różowym środkiem i tych, które mają kilka kwiatów na jednej łodydze. Pozostałych nie pokazuję. W sumie jest w ogrodzie kilkanaście gatunków narcyzów. Zbiorę kiedyś ich zdjęcia do kupy i zrobię sobie prezentację.

A tu taki ładny z rozetą. Jest jeszcze w ogrodzie drugi gatunek takich z różową rozetą. Te na zdjęciu są bardzie pomarańczowe.


Jaskół pojechał, na „Szerszeniu”, na zlot, a ja powoli dopracowuję gobeliny. Problem z doborem frędzli, rozterki- dodać te frędzle czy nie. Jak nie, to jakieś takie ubogie te gobeliny, jak dodam, to nadmiar czegoś. A jak dodać to w jakim kolorze i jak długie, by zachować proporcję... do kitu. Szczerze? Nie lubię tego wykańczania robótek wszelakich- tego podszywania, przyszywania, naciągania, wymyślania sposobu zawieszenia...tu za dużo, tam za mało...

Próbuję dalej tkać wiosenny gobelin, ale idzie mi to jak krew z nosa. Następny zrobię na ramie z szeroką osnową i będę tkała grubaśną przędzą, bo mnie to dziubdzianie przy tym obecnym zabije.

Przeszkadza mi jeszcze plaster na kciuku- ani igły nawlec, ani wątku przytrzymać, ani frędzla przewlec bez złorzeczenia, nie da się.

Rację miał lekarz, który ratował palec i starannie przyszywał opuszek do reszty- kciuk spełnia 90% roboty podczas chwytania czegokolwiek. Wprawdzie nauczyłam się chwytać palcami wskazującym i środkowym, ale to jest tylko połowa tej precyzji, co przy chwycie wskazujący- kciuk.

No i już mnie wkurza to długie mrowienie w opuszku.

Za główną drogą są ogromne pola. Często pasie się na nich stado saren. Potem sarny gdzieś sobie idą, a na polu dosyć często zostaje on- samotny sarniok.

Popatrzeć w stronę prawego górnego rogu- na zielonym.

W dużym przybliżeniu.
 

Zdjęcie zrobiłam z głównej szosy. Miałam tę nieprzyjemność iść do i od fryzjera główną drogą. Obok mnie śmigały TIRy, osobówki, a ja robiłam zdjęcia sarniokowi, bo bardzo chciałam jego zdjęcie mieć. Trochę się udało, ale był naprawdę bardzo daleko.