Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

21 czerwca 2026

Z Langwedocji na Śląsk.

 

 Pałac w Baranowicach po przebudowie na początku XIX wieku.

Po obejrzeniu pałacu w Boryni, wróciliśmy do weta, ale jak już pisałam, ludzi z psami było jeszcze więcej niż za naszym pierwszym podejściem. Zrezygnowaliśmy. Wróciliśmy do weta w sobotę, Beza została przebadana i po wizycie pojechaliśmy zobaczyć następny pałac, który znajduje się na obrzeżach Żor. 

Pałac w Baranowicach miał sporo właścicieli (do XIX wieku), a przy ich wypisywaniu, można się naprawdę podłamać, ech te nazwiska niemieckie, austriackie, czeskie i nawet francuskie (straszna pisownia).

W przeciwieństwie do historii pałacu w Boryni, historia tego pałacu jest lepiej udokumentowana, co wprawia mnie w lekką frustrację, jak zawsze, przy sporej ilości informacji oraz zdjęć- nigdy nie wiem, co wybrać, by wciągnęło i nie zanudziło. Dla mnie wszystko jest godne uwagi, ale to jest tylko blog, a jego czytelnicy mają różne zainteresowania, niekoniecznie historyczne, czy podróżnicze. W przypadku Baranowic, więcej informacji dotyczy współczesności, niż jego dawnych dziejów.

Tym razem wkleję cytat mówiący o tym, kto był w posiadaniu obiektu aż do XIX wieku.

„Zanim w Baranowicach powstał Pałac, tereny największej dzielnicy Żor należały do wielu właścicieli. Najwcześniej, bo już od XV wieku ich właścicielką była Helena Korybutówna, żona księcia Jana II. Księżna darowała ziemię rycerzowi Mikundey’owi. W 1436 roku wykupił je Mikołaj Szoszowski, by następnie sprzedać je Jerzemu Osińskiemu. Kolejnym właścicielem został Johann von Trach z Brzezia na Starych Gliwicach, który w 1556 roku za 4650 talarów wykupił majątek 
w Baranowicach i bezludne w tym czasie Szoszowy. Trachowie byli starym szlacheckim rodem i to dzięki nim w XVII wieku powstał tutaj pierwszy murowany dwór (zwany zamkiem). Pozostałości pierwszej budowli można znaleźć w trzech pomieszczeniach na parterze o krzyżowych sklepieniach, które stanowią najstarszą część pałacu.

Rodzina Trachów była właścicielami majątku aż do drugiej połowy XVII wieku. W okresie wojny trzydziestoletniej (1618-1648) dobra zostały poważnie zrujnowane. W późniejszych latach obiekt przechodził z rąk do rąk, a jego właścicielem byli między innymi baronowie Królestwa Czeskiego, cesarski administrator upraw tytoniowych czy też królewski zarządca żup solnych w Brunn. W latach 1803-1811 Pałac należał do Anny Heleny von Czarnetzkiej, po której śmierci posiadłość przeszła na córkę Joannę, wdowę po Henryku baronie von Durant de Sénégas, kapitanie wojsk pruskich. Okres ten zaczyna dzieje baranowickiej linii Durantów. W tym czasie w miejscowości żyło 209 osób.”

Rodzina von Durant pochodziła z Langwedocji. Drugi człon ich nazwiska,

„de Sénégas”, pochodzi od nazwy ich tamtejszych dóbr rodowych- Château de Sénégas w Bas Lanquedoc koło Nimes. Jej członkowie byli hugenotami (ewangelikami). Kiedy za Ludwika XIV, we Francji, zaczęły się prześladowania innych wiar niż katolicka, Durantowie uciekli do Brandenburgii, zostawiając we Francji dwie linie rodowe. W Niemczech ich posiadłością były dobra Strubenberg, a na Górnym Śląsku, od 1811 r. Baranowice, Szoszowy i Osiny, dziś dzielnice Żor. Majątki te, na drodze spadku, otrzymała od swojej matki owdowiała Joanna baronowa Durant de Senegas, z domu von Czarnecka. Oprócz wymienionych miejscowości, rodzina Durantów posiadała również majątki w Nowym Dworze oraz Wielowsi, Błażejowicach oraz Sierotach. W zasadzie główną siedzibą rodu- linii śląskiej, była Wielowieś i o tej linii zostało sporo informacji w dokumentach, które ocalały po wojnach.

Herb rodu von Durant de Sénégas
 

Baranowice wraz z okolicznymi ziemiami odkupił 11 listopada 1827 r. od Joanny von Durant, jej syn, Emil baron von Durant de Senegas. Miał dwóch synów: Hansa i młodszego Emila.

Durantowie byli właścicielami pałacu w Baranowicach około 100 lat. W tym czasie wpływali na życie okolicznych wiosek, ale również na życie miasteczka, jakim były Żory. Emil Henryk Erdmann Konrad von Durant de Sénégas, był jednym z najbardziej wpływowych ludzi rodu, którego król pruski mianował landratem powiatu rybnickiego. Za jego czasów majątek przeżywał koniunkturę i zajmował 6 miejsce w powiecie. To on zarządził przebudowanie dotychczasowego barokowego pałacyku w budynek klasycystyczny. W ramach rozbudowy dobudowano dwa jednopiętrowe skrzydła boczne. Wykonana została również sztukateria w stylu renesansu włoskiego. Wokół pałacu kazał założyć park w stylu angielskim.

Hans, jako pierworodny, odziedziczył po ojcu Baranowice i Szoszowy.

Baron Hans von Durant, drugi z „panów na Baranowicach”, też zasługuje na szczególną uwagę. Był oficerem w 3 gwardyjskim pułku ułanów w Poczdamie. Brał udział w wojnie z Francją. Za wyróżnienie się męstwem, w bitwie pod Sedanem, został odznaczony Żelaznym Krzyżem I klasy.

I tu dygresja- Pałac w Baranowicach był w granicach państwa pruskiego od wojen śląskich- to było normalnie funkcjonujące państwo z prawem pruskim i obywatelami pruskimi jako jego mieszkańcami na tych ziemiach. I to tu było normalne. Najczęściej właścicielami majątków byli Prusacy/Niemcy, a chłopi deklarowali się jako Ślązacy- to tak w uproszczeniu. Nie było jakichś ogromnych niesnasek narodowościowych, bo to funkcjonowało od 1742 roku. Czyli prawie 200 lat- do roku 1922 roku, powiat rybnicki leżał w państwie pruskim (gdzie tu mowa o jakich rzekomych ziemiach polskich?). 

 Hans von Durant, ze związku z baronówną Elly von Hahn, miał dwie córki i trzech synów. Pierworodną była Elsa (o niej napiszę na samym końcu posta, bo była niebanalną kobietą i warto ją bliżej poznać), młodsza miała na imię Frieda. Pomiędzy siostrami było trzech braci: Emil, Charles i Constantin.

Rodzina Durantów- od lewej: Frida, potem chłopcy, ale nie wiem, który jest którym, bo nie podpisano, Else, baronowa Elly i baron Hans.

Emil z marł w wieku 30 lat nie założywszy rodziny, Constantin także nie założył rodziny, natomiast Charles miał dwie córki. Spadkobiercą Hansa był najstarszy Emil, a po jego bezpotomnej śmierci jego młodszy brat Constantin (Charles wyjechał, jego żona była Szwajcarką). Ten w 1914 r. sprzedał majątek przedsiębiorstwu Bergwerksgesellschaft Georg von Giesche’s Erben AG.

Frida, wyszła za mąż, za swego kuzyna Harrego von Durant z linii Durantów, posiadających majątek w Wielowsi niedaleko Gliwic. Rodzina była przeciwna temu małżeństwu ze względu na bliskie pokrewieństwo. Młodzi zostali poddani trzyletniemu okresowi próbnemu. Przetrwali ten okres i zawarli ślub. Ani Frieda, ani Harry nie dziedziczyli rodzinnych posiadłości. Nabyli oni, na Dolnym Śląsku, majątki: Volfshayn (Wilczy Las) oraz Martinwaldau (Szczytnica).

Od czerwca 1914 roku majątek Durantów w Baranowicsch, był już własnością przedsiębiorstwa Bergwerksgesellschaft Georg von Giesche’s Erben AG. Tak, tak, spadkobierców tego Gische, który miała kopalnię „Gische”, a oni wybudowali w Katowicach Giszowiec- osiedle ogród, dla robotników.

I znów dygresja- w czasach, kiedy na ziemiach Kongresówki polscy panowie mieli majątki i niezbyt interesowali się losami chłopów (znów upraszczam), to na tych „okropnych” ziemiach pruskich (na tym okropnym Śląsku), przedsiębiorcy budowli dla robotników swych fabryk osiedla i jako bonus dawali im jeszcze małe ogródki.

Zarządzający przedsiębiorstwem nakazali zaadaptować pałac na ośrodek wczasowy dla pracowników kopalni „Gische”.


„W 1926 r. akcjonariat spółki akcyjnej Giesche w Katowicach, twierdząc, że władze polskie utrudniają jej działalność, sprzedał akcje koncernowi Silesian-American Corporation – SACo.” I tu widać jak polskie władze (poplebiscytowe) podchodziły nawet do tak, wydawałoby się, pozytywnych działań, jakimi było choćby utworzenie domu wczasowego dla robotników, w kontekście własności niemieckiej. W sumie to był trudny czas dla Ślązaków, deklarujących się po stronie albo jednego, albo drugiego państwa. Nigdy nie wiedzieli, z której strony dotkną ich represje.

„Po agresji III Rzeszy na na Polskę, 1940 r. zarząd spółki został usunięty przez okupacyjne władze niemieckie, a macierzysta firma Giesches Erben odkupiła amerykańskie udziały.”

A potem w pałacu się działo i to niekoniecznie fajnie. Zjeżdżali do niego na bibki hitlerowcy (oficerowie różnej rangi), działający w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu.

Podczas okupacji- hotel dla hitlerowców.
 

Czasem polskiej służbie pałacowej udawało się od nich wyciągać informacje na temat więźniów- kilkunastu ludzi ocalono.

Po zakończeniu wojny niemiecka spółkę „Gische” znacjonalizowano, a ziemię należącą do majątku Baranowice, rozparcelowano. Pałac wtedy przeznaczono na budynek kolonijny dla dzieci pracowników śląskich hut.

Od września 1951 roku, w pałacu działała szkoła podstawowa (no właśnie, kolejny pałac jako miejsce dobre na szkołę.) We wczesnych latach powojennych organizowano bardzo dużo tzw. czynów społecznych. Podczas tych czynów podnoszono kraj z ruiny, porządkowano, naprawiano, budowano. Tak też było w szkole w Baranowicach. Uczniowie sami doprowadzili park do porządku, wycinali krzewy, wysypywali ścieżki żwirkiem, stworzyli sobie boisko i posadzili nowe drzewa.

 Mimo dbałości o budynek przez konserwatora zabytków i dyrekcję szkoły, ten zaczął się bezczelnie, jakby na złość władzy ludowej, sypać. Kiedy zawalił się kawał sufitu w sali gimnastycznej, zadecydowano, że dalsza nauka w obiekcie jest niebezpieczna.

Przed remontem czasy współczesne.
 

W 1990 roku miasto wystawiło pałac na sprzedaż. Pierwszy właściciel zbankrutował, a kolejny o budynek nie dbał, pałac popadał w dalszą ruinę, zaczął się walić pałacowy dach i zaczęły pękać ściany. W 2007 roku Żory postanowiły odkupić obiekt, ruszyły prace remontowe w miarę możliwości finansowych miasta. Dopiero po dofinansowaniu z Unii, prace ruszyły na całość i w 2024 roku wyremontowany pałac został udostępniony mieszkańcom miasta oraz gminy. Jest on ośrodkiem kulturalnym, gdzie prowadzi się wiele zajęć w ramach różnych pracowni, a także kółek zainteresowań, organizuje imprezy kulturalne. W pałacu jest również restauracja Charlotta. Więcej o odremontowanym pałacu napiszę w kolejnym poście.

Odrestaurowano i urządzono również park pałacowy- jest on nadal w stylu angielskim.

Wracając do Durantów- Else, pierworodna córka rotmistrza, była koneserką sztuki i w swoich prywatnych zbiorach posiadała obrazy olejne: Vincenta van Gogha („L’Arlesienne, Madame Ginoux”), Paula Cézanne’a („Pejzaż”) i Paula Gauguina („Inwokacja”).

Wyszła za mąż za okulistę Rudolfa Tischnera i odtąd była znana w świecie artystycznym jako Else Tischner von Durant.

Else była artystką malarką- wykształcenie artystycznie zdobyła w Paryżu- tam poznała wielu przedstawicieli francuskiego impresjonizmu oraz studiowała w Monachium w Damen- Akademie. Jedne źródła podają, że na stałe osiadła w Paryżu, inne, że w Monachium (w 1901 roku). W latach 1911-1913 mieszkała we Fryzyndze. Tam urodziła córkę (1913 rok).

We Fryzyndze (Freising) została zapamiętana nie tylko jako malarka, ale również jako właścicielka cennych obrazów oraz promotorka młodych artystów. Francuska sztuka nowoczesna, cieszyła się ogromną popularnością wśród niemieckich koneserów, te dobra stanowiły ponoć ekskluzywny styl życia. Tegoż samego roku rodzina przeprowadziła się do Monachium i dwa lata później zbudowała dom w Icking.

Prawdopodobnie z matką- zdjęcie pochodzi z czasów, kiedy mieszkała jeszcze w Baranowicach.
 

Else była przedstawicielką artystycznej awangardy niemieckiej. Jej dorobek obejmuje około 130 prac malarskich, rysunkowych, graficznych oraz projektów tapiserii. Malowała portrety, pejzaże, martwe natury. Często w technice olejnej. Zachowały się zdjęcia obrazów z motywami Freisinga. Same obrazy spłonęły podczas II wojny. Else funkcjonowała w świadomości społecznej bardziej jako kolekcjonerka dzieł sztuki niż malarka, toteż nie katalogowano jej obrazów. W necie, mimo długich poszukiwań, znalazłam tylko jej dwa obrazy- martwą naturę (panel) oraz portret męża. 


 W życiu prywatnym nie była szczęśliwa. W 1917 roku rozwiodła się. Z powodów ekonomicznych została zmuszona do sprzedaży trzech obrazów ze swej cennej kolekcji. Podczas II wojny światowej, w 1944 roku, mieszkanie baronowej, w Monachium, zostało zbombardowane. W tym samym roku jej córka popełniła samobójstwo.

Po nieszczęściach dwóch wojen, rozwodzie, śmierci córki, na starość przeniosła się do Moosburga, gdzie zamieszkała w prymitywnej chacie z małym ogródkiem. Do samego końca jej życia, odwiedzali ją znani malarze.

W liście do znajomego (1954 rok) pisała: „Nigdy nie przypuszczałam, że stanę się tak biedna. Zmarła w 1958 roku. Obrazy z jej słynnej kolekcji, z roku na rok zyskiwały coraz większą cenę. Paradoksem jest to, że Elsa zmarła jako biedaczka, mając w posiadaniu tak cenne obrazy.

O Else von Durant dowiedziałam się więcej z zagranicznych wpisów w Necie niż z notki w izbie pamięci.

To przetłumaczona przez translator notka, którą znalazłam na stronie „manuskrypty”. Jest to list Franza Marca do Elsy von Durant. Z malarzem łączyła j przyjaźń, ale bardziej wystąpiła w jego życiu jako promotorka jego twórczości. Else kupowała jego dzieła oraz dzieła innych młodych artystów, zanim stali się sławni, wspomagając w ten sposób ich twórczość. W 1916 roku Marc zmarł, ale Else dalej promowała jego malarstwo

„ Z niemieckiego

Malarce i kolekcjonerce sztuki Elsie Tischner-von Durant (1876–1958), która właśnie kończyła swój pobyt w Paryżu, Marc przesyła swoje i Marie Schnür (1869–1934), którą poślubił kilka tygodni wcześniej, „najserdeczniejsze pozdrowienia dla wszystkich pięknych rzeczy, które tam są” i życzy „abyście przeprowadzili się na wieś niedaleko nas tego lata…”. W każdym razie, powinna odwiedzić Marców w ich domu przy Schellingstrasse w Monachium natychmiast po powrocie. Baronowa, urodzona we Wrocławiu, która spędziła pewien czas w Paryżu i uczęszczała do monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych, wyszła za mąż za okulistę Rudolfa Tischnera w 1909 roku, z którym w 1911 roku przeprowadziła się do Fryzyngi. Tischner-von Durant była znaną kolekcjonerką sztuki – posiadała dzieła między innymi Van Gogha, Cézanne'a i Gauguina – a sama była utalentowaną malarką, blisko związaną z Marcem, Schnürem i Jawlenskim. Jej twórczość została ponownie odkryta dopiero niedawno.” 

Po lewej oryginał listu Franza marca, po prawej tłumaczenia-niemieckie i angielskie. W źródłach adres strony, na której to znalazłam. 



Niedawno UM Żory wydał książkę poświęconą tej artystce. Na pewno w niej znajduje się wiele interesujących informacji o życiu tej malarki.

Jak wygląda pałac współcześnie, napiszę w następnym poście o Baranowicach.




https://palacbaranowice.zory.pl/historia/

https://sokoliszlak.cba.pl/?page_id=1163

https://www.facebook.com/wielowies/photos/durantowie-z-wielowsi-to-by%C5%82/1533045863389494/?locale=de_DE

http://www.manuscryptum.de/Kataloge/manuscryptum2021.pdf

https://www-merkur-de.translate.goog/lokales/freising/freising-ort28692/elsa-tischner-von-durant-eine-kuenstlerin-in-freising-9851519.html?_x_tr_sl=de&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://www.sueddeutsche.de/muenchen/freising/vortrag-beim-historischen-verein-van-gogh-in-freising-1.3959813

https://www.arcadja.com/auctions/en/lot/twe4cwlo/


19 czerwca 2026

Pomaluj mi świat...

 

Może znów o tym, co „tu i teraz”? Chociaż po prawdzie, wszystko dzieje się w normie. Czerwiec, zbliża się lato to i upały się zaczęły. W tym roku cieszę się, że będzie gorąco, bo ostatnio coś zbyt marznę. SKS- krew płynie wolniej, palce marzną, nos marznie... no i schudło się, to też sadełka mniej do grzania. 

Dzisiaj o 6 rano było +17 stopni ciepła. Po śniadaniu zdążyłam przyciąć wystające gałęzie za płotem przy bramie i potem musiałam wiać do domu, bo zrobiło się za ciepło. Gdy są takie upały, to w ogrodzie najlepiej pracować rano. Potem temperatura rośnie i po południu osiąga maksimum. Wtedy o pracy w ogrodzie nie ma mowy. Przynajmniej ja, w takiej wysokiej temperaturze, nie potrafię pracować.

Wieczorami, które są bardzo długo jasne, popiskują młode sowy uszatki. Ich cichutkie głosy już nie wzbudzają we mnie niepokoju, że w coraz większym mroku, coś złego się dzieje. Nawet „zawodzący”, w pobliskim zagajniku, puszczyk, teraz bardziej mnie cieszy niż wzbudza lęk.

W zeszłym tygodniu, na lipie, nad sklepem, siedziała płomykówka i darła się okropnie. Jeżeli ktoś choć raz słyszał płomykówkę (nie, nie jej popiskiwania, a krzyki) to wie, jakie może emocje wywolywać. Jakby kota obdzierali ze skóry. Straszny wrzask.

Ale zanim nastanie zmrok, w ogrodzie koncertują drozdy. To już ich ostatnie śpiewy. Przyjdzie lipiec i ptaki zamilkną. Jeszcze tylko zaganiacze, są w ogrodzie dwa, będą śpiewać. No i pewnie przeniosą się tutaj wilgi. Już parę razy gwizdały melodyjnie. A kosy to całe lato pogwizdują i koncertują, ale ciszej, mniej nachalnie.

W ogrodzie busz. Wszystko, co zielone postanowiło podwoić objętość. Zwłaszcza dzikie róże, takie z kiściami drobnych kwiatków, rozrastają się w tempie kosmicznym. Połowę wytnę do ziemi- jedne mogą plot zawalić, inne wrosły w krzewy ozdobne. 

 Te róże są śliczne, kiedy kwitną. Mają też ładne drobne owoce, których żaden ptak nie je. Owoce szybko czernieją i całość robi się smętna.

No i ślimole się ruszyły, ale ich jakby dużo mniej w tym roku. Wczoraj, przy tarasowych schodach, znalazłam trzy ogromne pomrowy. Te akurat są pożyteczne i nazywa się je czyścicielami środowiska- żrą tylko zwiędłe zieleniny oraz wyżerają jaja ślinnika luzytańskiego ( tej rudej cholery, co to w ciągu nocy potrafi pół ogrodu wyżreć). Pomrow jest czarny w cętki- taki lamparci ślimol i raczej nie można go pomylić ze ślinnikiem. Jak takie macie, to je zostawcie- rozprawią się z jajami rudych (w przyszłym roku będzie ich mniej).

A na czerwcowym niebie dzieje się. Różne koniunkcje odchodzą. Obie na zachodnim wieczornym niebie.

Wenus i Jowisz.


 Księżyc i Wenus.

 Zarzekałam się kiedyś, że tej paskudnej Kofoli nie tknę, bo ma chemiczny smak. Ostatnio idę przez market i co widzę? Kofola stoi sobie na półce i dumnie się pręży. Kofola w Polsce w podrzędnym markecie. Kupiłam. Ale albo zapomniałam smak tej czeskiej, albo ta jednak jest „podrabiana”, bo  smakuje inaczej niż w Czechach. A może z moim smakiem i kofolą jest podobnie jak z „okiem” u Wiecha, który podsumował niedowiarka- „Apteczne złudzenie ludzkiego oka”. 

Prywatny serial "Północ-Południe"

Skończyłam dziergać na krośnie dziewiarskim pasy, z których zszyję kocyk. Na razie pasy są kolorystycznie dobrane byle jak. Kolorowe elementy są nierówne, bo różne długości włoczki były w poszczególnych motkach. Chciałam te motki zużyć, dlatego niezbyt dbałam o to czy równe będą z nich elementy, czy nie. Trochę miejsca w koszu z włóczkami się zrobiło i o to chodziło.

 


Tkanie też postępuje- już są 2/3 gobelinu. Ale ostatnio nie chce mi się ani dziergać, ani haftować, ani szyć. A szycie mnie czeka dosyć porządne, bo kupiłam interesujący przyrząd do robienia pasków, by je potem zszywać w chodniki. Mam do diabła i trochę resztek różnych tkanin. Kiedyś myślałam, że będę szyła patchworki. Uszyłam dwa i stwierdziłam, że do tego trzeba mieć dobre akcesoria, i jeszcze lepszą maszyną. Mam nożyk, matę, linijki...jednak nie wydam forsy na kolejnego bzika, by mieć potrzebnego ustrojstwa więcej i w ogóle- może aplikacje, ale patchwork to też nie moja bajka. 

Przyrząd sprowadzony jest z Azji za malutkie pieniądze. W naszych sklepach takie cudo? Zapomnij. Tak, jak porządnych akcesoriów do tkania, haftu, czy innych robótek, w polskich sklepach, nie uświadczysz, tak i takich różnych fikuśnych bajerów do szycia też nie zobaczysz. Filmiki- instrukcje do szycia dywaników z pasków, są na YT. Mogłabym wprawdzie porwać tkaniny na paski (wystrzępione) i utkać z nich dywaniki, jednak na tkanie to ja mam inne pomysły, a tkanin trzeba się jakoś pozbyć, bo zawalają dwa kosze i pół kredensu.

W ogrodzie sister wielkie ucho zakwitł tulipanowiec. Dwa lata temu wichura złamała jego główny pień, ale został mniejszy i boczny, dosyć duży konar.

Bardzo podoba mi się zestaw kolorów na kwiatach, a zwłaszcza ten pomarańczowy pasek na kielichach. Bardzo to dekoracyjne
 

 Ciekawostka sklepowa- wybieram pieczarki z pudełka i nagle słyszę głos pani układającej serki w chłodni:

  • Niech pani powie przy kasie, że to są pieczarki przecenione.

  • A dlaczego są przecenione?- pytam.

  • No, bo... no bo...- zacukała się pani- Bo są trochę pomarszczone. Tam w chłodni ma pani w normalnej cenie

  • Dobrze, powiem- mówię i przyglądam się pieczarkom, owszem są mniejsze, ale jeszcze całkiem dobre, nie suche, nie ciemne, jędrne. Nie chce mi się wysypywać ich z powrotem do pudełka. Ustne info. o przecenie nie robi na mnie wrażenia. Pani poszła na zaplecze, a ja obchodzę pudełko z pieczarkami z jednej strony, potem z drugiej, szukam informacji o przecenie. Nie ma. Zresztą ceny tych pieczarek też nie było na pudełku. Jak myślicie, co mówią przy kasie klienci, którzy kupują te pieczarki? Ano nic, bo ich nikt nie informuje, że są przecenione. Ja miałam akurat szczęście, że ekspedientka wykładała serki, ale przecież nie robi tego przez cały dzień. Nie zdążyłam zapytać, o tę informację. A szkoda. Wkurzają mnie takie małe sklepowe szwindelki. A w tym sklepie to się często zdarza.

W lasku dojrzewają truskawki i trwa wyścig, kto pierwszy z nich skorzysta- ja czy ślimole. 


 

Nie ma jednak naporu, bo kupujemy truskawki od okolicznych plantatorów. Miska ze świeżymi stoi obok na biurku i nieziemsko z niej pachnie dojrzałymi owocami. Wiecie, takimi nagrzanymi słońcem. Zapach lata i wakacji. 

Tego "Brudnika" czyta teraz Jaskół. Tak się fajnie składa, że mamy zbliżone upodobania czytelnicze.

 A ja skończyłam przedostatnią (ze wszystkich napisanych przez niego), książkę (Brudnika książka, nie Jaskóła)- mam wszystkie jego pozycje. Oprócz kryminałów, Brudnik napisał dwie książki sensacyjno- kryminalne w stylu Cusslera, czy Folletta. Nie można ich dostać w księgarniach int.- wyprzedane. Kupiłam używane na Allegro.


Warto było. To się po prostu czyta jednym tchem. Przeczytałam „May- Day” i zabieram się do „Frachtu”. 

Beza- lubi kłaść się obok ławeczki na dole ogrodu i "wciągać wiatr".

Kochany pyszczor😊

Nie jestem sentymentalna, ale to wykonanie wzruszyło mnie bardzo.


 



16 czerwca 2026

Zamiast się zmuszać, lepiej dać sobie spokój.

 

Parking w Nowym Jiczinie- "royalek" Szprychy tuli się do motocykla Stefana.

Miałam wkleić post o następnym ślicznym pałacu, ale uznałam, że dwa pałace, jeden po drugim, mogą się „przejeść”. W końcu nie każdy lubi takie historyczne perełki, nawet jak jest o nich sporo interesujących informacji.

Poza tym... no, kto tu przyjedzie zwiedzić te pałace, no kto? Panie.... taki Rzym, Wenecja, Barcelona i inne wielkie miasta, gdzie zabytków po same uszy, panie, to jest atrakcja, no nie?

I ja to rozumiem, ale po to mamy Internet, by zamieszczać w nim, między innymi, teksty i zdjęcia naszych ”malutkich” zabytków. Ot tak, żeby ludzie wiedzieli, że my też mamy perełki architektury z interesującymi historiami. I to wcale nie gorszymi od tych wielkich światowych. Nasze białe oraz czarne damy, rycerze na czarnych ognistych rumakach, upiory i wampiry zamkowe, na pewno dorównują tym z wielkich zamczysk w różnych stronach świata. A ja na pewno nie chciałabym spotkać ani tych naszych, ani tych obcych na swojej drodze.

No dobra, to teraz dalszy ciąg opowieści motocyklowych- jeszcze ciągle jest nieopisanych kilka zlotów. Trochę info. o moim bziku motocyklowym powtórzę, by się tekst skleił z innymi moimi postami o tej tematyce.

Ja jestem z motocyklem oswojona od bardzo dawna. Moi rodzice mieli małe simsony (motorowery)- mama woziła mnie i brata na takim do przedszkola. Ja też dostałam simsona od dziadka- nie jeździłam na nim, nie zdążyłam, bo mi go buchnięto. Potem miałam chłopaka z WSKą. Jeździłam na WSce razem ze szwagrem- nawet spektakularną wywrotkę zaliczyliśmy. Następnie jeździłam z moim poprzednim mężem- najpierw na Panonii, potem na Kobuzie (WSK). 

Nigdy nie bałam się wsiąść na motocykl, ale rozumiem obawy innych. Jeżdżenie na motocyklu nie jest łatwe ani dla motocyklisty, ani dla plecaczka. Prowadzący musi całe to ustrojstwo trzymać „w pionie”, uważać na plecaczka (dodatkowe obciążenie) i jeszcze jechać zgodnie z zasadami ruchu drogowego. Plecaczek musi „wyczuwać” prowadzącego, umieć składać się przy zaliczaniu zakrętu, nie wychylać się, powstrzymywać od gwałtownych reakcji i w ogóle raczej nie brykać tam z tyłu. W tzw. "napinawych sytuacjach", trzymać  dziób zamknięty i nie komentować, a na pewno nie "doradzać".  Para- motocyklista i plecaczek- musi być zgrana. To jest tak samo, jak w samochodzie- jak nie masz zaufania do kierowcy, ciągle go strofujesz, pouczasz, to lepiej nie wsiadaj, albo po prostu zamknij się. Dla motocyklisty (dla kierowcy samochodu zresztą  też) nie ma nic gorszego, jak tego rodzaju plecaczek. 

Jaskół i Jaskółka na Enfieldzie.

I przesympatyczne małżeństwo- do teraz jeżdżą na motocyklu razem. W całej naszej grupie była jedna motocyklistka, która jeździła jako kierowca (miała pseudo "Szprycha") oraz od 4- 6 pań, które jeździły w charakterze "plecaczka".
 

A tu rodzinnie. Można? Można.

 Przy dłuższej jeździe, na tylnym siodle, zaczyna wszystko „ugniatać”, robi się niewygodnie. Nie zawsze można się zatrzymać wtedy, kiedy ma się potrzebę lub kaprys. Trzeba wytrzymać na dziurawych drogach, trzeba wytrzymać niepogodę, kiedy jest się w trasie. Z boku jazda na motocyklu wydaje się taka ot... jedzie sobie luzak. No a plecaczek to już w ogóle ma super. No i ma, jak to lubi, a ja lubiłam i te wszystkie minusy mi nie przeszkadzały. Czy się bałam? Chyba nie, raczej nie, ale czasem tak- były sytuacje, kiedy drętwiałam na siodełku (choćby wtedy, kiedy nam ogromny pies wystrzelił z pobocza i wpakował się w przednie koło). Ale Jaskół jest obcykany w jeździe na motocyklu i potrafił motocykl opanować w każdej nieciekawej sytuacji. Przynajmniej podczas naszych wspólnych jazd tak było. A mimo to, miał swoje wypadki. 

No dobra, czyli od czasów, kiedy miałam naście lat, motocykle (a jeszcze wcześniej również samochody) bardzo, ale to bardzo mnie kręcą.

Royal Enfield z bocznym wózkiem  w wojskowych barwach. 

 Kiedy okazało się, że nie mogę jeździć, to Jaskół zaproponował zamontowanie do naszego Enfielda bocznego wózka. No wiecie, taki boczny wózek to jest dla niektórych fajna sprawa. Wsiadasz w korytko, nie musisz niczego pilnować, nie musisz „trzymać pozycji”, jak na tylnym siodełku, może trochę się powiercić w trakcie jazdy. Siedzisz sobie wygodnie i nawet zdjęcia, bez ograniczeń, możesz robić – to było kuszące.

 Kolega wiezie w wózku swoją małą córeczkę- dla dziecka to bardzo fajna alternatywa.

A tu ten sam wózek z różowymi akcentami, wszak podróżowała nim mała dziewczynka.

 Z drugiej zaś strony, jazda w wózku sprowadza się do tego, że siedzisz niżej (prawie szorujesz d... po asfalcie), masz z lewej strony, na wysokości twarzy, but motocyklisty, masz z prawej strony migają ci na wysokości oczu słupki drogowe. Widoki? Zapomnij. Co zobaczysz, jak siedzisz dużo poniżej siodełka motocyklowego? Góry? Pola? Jeziora? Guzik, zobaczysz najwyżej źdźbła pszenicy, trawy i łodygi kukurydzy (i to od dołu) albo oddział mrówek, maszerujący poboczem. 

A jak motocykl wyprzedza np. TIRa, to masz na wysokości oczu wysokie, kręcące się z ogromną prędkością, koła tegoż. Wysiadłabym ze strachu podczas jazdy, o ile spaliny z rury wydechowej tego TIRa, nie zabiłyby mnie prędzej. Zdjęcia, bo ręce wolne i nie ograniczają cię plecy motocyklisty? A czego te zdjęcia, na tej wysokości, miałyby być?

Zamontowanie wózka i jazda w nim na chwilę mnie kusiły, ale potem stwierdziłam, że to nie dla mnie.

- No wiesz- powiedziałam do Jaskóła- Ja w wózku? Jak jakaś emerytka boleściwa mam jechać? Never. Naprawdę nie wyobrażałam siebie w takim miejscu i nawet myśl o wspólnych jazdach nie przebiła mojej niechęci do kosza.

A teraz zastanawiam się- teraz, kiedy jest już za późno, kiedy nie ma Enfielda, a do Szerszenia żadnego bocznego wózka nie da się zamontować, czy moje oburzenie było, w tamtej sytuacji, takie a courant.

Kompletnie wtedy zapomniałam, że to nie tylko mój kręgosłup był przeszkodą, ale i inne ważne okoliczności nie pozwalały mi na jeżdżenie na rajdy. Wtedy wózek znaczył dla mnie to samo, co „patrz babo na co ci przyszło, w wózku cię wożą, a nie na siodełku, co za porażka”. Przy czym obiektywnie patrząc na jazdę w wózku bocznym, to raczej są w niej same plusy, a nie minusy i wiele osób wybiera właśnie wózek, a nie tylne siodełko. No, ale jak się ma czasem, nomen omen, „niezdrowe” ambicje, to miewa się i zaćmienia w spojrzeniu na rzeczywistość. Wózka nie kupiliśmy, Enfielda sprzedaliśmy, Jaskół jeździ na Szerszeniu i jest wszystko OK. Tylko mnie czasem szczypnie na wspomnienie tych jazd.

Rozumiem też niechęć i obawy niektórych- nie będą jeździć, bo się boją i chętnie tej drugiej połowie też by zabroniły. Ja się boję wysokości i mam klaustrofobię, ktoś inny ma niechęć do motocykli (zwłaszcza wypasionych i ekstra szybkich). Nigdy nikogo nie przekonywałam na siłę i nadal nie zamierzam tego robić. I dodam- jeśli ktoś się boi, nie jest przekonany, niech raczej zrezygnuje. Nie ma nic gorszego dla motocyklisty od sztywnego ze strachu plecaczka. Nie wszyscy muszą zaliczać na motocyklu kilometry, by komuś coś, albo sobie na siłę udowadniać. Ja nie musiałam i tyle.

Jednak często denerwowały mnie takie gadki: „I ty też jeździsz? A nie boisz się? Ja bym się bała”- fajnie, tylko, że wypowiedziane jest to z takim dosyć złośliwym przekąsem, jakby jazda na motocyklu była czymś nagannym, nieprzystającym kobiecie. Inne: „I tak mu pozwalasz samemu jeździć? A nie boisz się?” i tu nie wiem, czy chodzi o Jaskóła, o jego bezpieczeństwo i zdrowie, czy o dawanie mu zbyt dużej porcji wolności, czy o moje bezpieczeństwo jako żony, bo przecież na tych zlotach samotny motocyklista... no wiecie.. ech... To jest mniej więcej tak samo, jak głupie chore wyobraźnie żon i matek oraz teściowych, które nie chcą puścić chłopa do sanatorium, bo pewnie się tam już w pierwszym dniu puści.

A ja byłam na zlotach i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że przeważnie tym panom motocyklistom tylko jedno wiruje po głowach- motocykle i jazda na nich. Żadne tam panienki... ale... no stop... a tak... Na takich ogromnych zlotach MC, to się rzeczywiście dzieje nieciekawie- wóda, panienki, ostra jazda i ostra muza. Jednak nie będę plotkowała na temat innych zlotów, bo ja wiem tylko to, co na naszych widziałam. Dobre poczciwe dżentelmeńskie towarzystwo. A i żony, narzeczone, i wręcz motocyklistki, też na nich bywały. 

Nigdy nie miałam problemu z zaakceptowaniem motocyklowej pasji Jaskóła i jego samotnych wyjazdów. Bardziej byłabym wkurzona, gdyby siedział w domu i marudził, bo nie wiedziałby, co z sobą począć. Każdy ma swoje pasje, każdy zasługuje na swoją wolność i chwilę wytchnienia od tej drugiej połówki. Zyskujemy na tym oboje.

Różne wózki boczne, zamontowane do klasycznych motocykli Royal Enfield.

 




Zdjęcia z Internetu.

13 czerwca 2026

Klasyczna elegancja- pałac w Boryni.

 

Front pałacu. Prowadzą do niego jednobiegowe schody wyłożone żółtym kamieniem. Nad drzwiami wejściowymi znajduje się łuk koszowy i  herb  rodu von Schlutterbach. 

 

Tak naprawdę, to planowaliśmy wyjazd tylko do weta, ale Jaskół, który lubi robić mi niespodzianki i wie, że moim konikiem są pałace w każdej postaci, przygotował plan „B”, gdyby wizyta u weta nie wypaliła. „A słowo.....” chciałoby się rzec słowami kolędy- stało się i zaczęliśmy realizować plan B.

Jest piątek, przedpołudnie- jesteśmy w Boryni.

Zatrzymujemy się przy bocznej bramie wjazdu do pałacu i szukamy informacji, czy można na teren wejść z psem. Nie ma zakazu, wjeżdżamy na parking.

I tu trochę o tym, jak wyglądają nasze wyprawy z Bezą od strony „technicznej”. Zawsze zabieramy miseczkę oraz butelkę z wodą, ekstra woreczki na psie kupska oraz rękawiczki dla mnie lub Jaskóła. No i paszport z ważnymi szczepieniami oraz numerem czipa a także miejscem jego rejestracji.

Ok, wysiadamy, Jaskół zapina Bezie smycz- tu nie ma biegania bez smyczy (zresztą Beza jest głucha i już jej w ogóle ze smyczy nie spuszczamy).

Na wszelki wypadek biorę do kieszeni akcesoria do kupnych psich spraw- no trudno, jak trzeba będzie to posprzątamy. Pałac pięknie utrzymany, a wokół jeszcze piękniej utrzymany park. No nie- mówię do Jaskóła- Chodźmy najpierw z Bezą gdzieś na bok, bo jak zrobi kupę na tym pięknym trawniku, to będzie naprawdę profanacja. Wychodzimy przez główną bramę poza teren parku i tam nasz super pies wie, o co chodzi. Robi, co trzeba, możemy wracać i spokojnie teraz obejrzeć obiekt. Ja wiem, że sprawy fizjologii naszego psa niezbyt są interesujące, ale uważam, że trzeba jednak pewne tematy omawiać bez ogródek. Sprzątnie po psie,w miejscach publicznych (chodniki, trawniki głównie w mieście, tam, gdzie ludzie często chodzą, itp.) powinien robić każdy właściciel i my nie wzbraniamy się przed tym. Już mi się zdarzyło- jest niezbyt fajnie, ale da się wytrzymać. Dzieciaki też się podcierało i rzygowinki po nich sprzątało. To są ludzkie i psie sprawy. Przynajmniej ja to traktuję jako: „No trudno, ma się psa, to ma się też drobne, związane z nim, nieprzyjemności”- to wchodzi w zakres odpowiedzialności za zwierzę, które bierzemy do domu.



Dobra- wracamy przez główną bramę, by obejść pałac dookoła i chociaż trochę zobaczyć park. Pałac z przodu i z tyłu ma podobny wygląd- tarasy ze schodami– z przodu na podjazd z gazonem, z tyłu na chodnik i trawnik. 

Borynia, w której jest pałac, to bardzo stara wieś (teraz dzielnica Jastrzębia- Zdroju)- pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1305 roku i znajduje się w księgach biskupstwa wrocławskiego. W tamtym okresie należała do księstwa raciborsko- rybnickiego. Borynia składa się z trzech części- Boryni Górnej, Boryni Średniej oraz Boryni Dolnej- ważna informacja, ponieważ części te dzieliły różne losy i miały, na przestrzeni wieków, różnych właścicieli. Nas interesuje, głównie, Borynia Górna, w której znajduje się pałac. 

Aż się w oczach troi od tego "Borynia, Boryni".

Wybudowano go w 1781 roku, gdy właścicielem dóbr wszystkich trzech części Boryni- od 1760 roku- był Herr Jan von Schlutterbach (tytuł Herr był w środku- między szlachtą nietytularną, a osobami z tytułem barona). Był szlachcicem pochodzenia austriackiego, a dobra, które nabył, należały wcześniej do Habsburgów, natomiast po wojnach śląskich, zostały włączone w państwo pruskie.

Baron był typowym przedstawicielem szlachty pruskiej, która miała, na Śląsku, majątki ziemskie, prowadziła życie towarzyskie i kulturalne.

Taka mała dygresja- podczas zbierania info. o pałacach, zamkach, ruinach, które oglądamy, szukam również wiadomości o właścicielach tych obiektów. Czasem było ich kilku, ale bardzo często obiekty te miały nawet kilkunastu właścicieli na przestrzeni np. 200 lat. A ponieważ nazwiska tych ludzi są takie, że można sobie język połamać (niemieckie, austriackie i czeskie na tych terenach), to mogą się nierzadko mylić. I tak jest w przypadku Boryni. Utrudnieniem przy określaniu właścicieli majątku był podział Boryni na trzy części (każda w różnych okresach zmieniała właściciela) oraz brak pisanych źródeł/ dokumentów- są tylko cząstkowe.

Nie będę tutaj przedstawiała całego rodu, ale wspomnę tylko, że baron miał dwóch synów- po jego śmierci majątek przejął starszy Ferdynand. Nie znalazłam informacji, jakie były losy młodszego Karola.

W 1820 roku Ferdynand, który odziedziczył majątek, przekazał włości swemu synowi Ferdynandowi Franciszkowi. Ten z kolei, w 1840 roku, część majątku- Borynię Dolną– sprzedał księciu pszczyńskiemu Ludwikowi de Anhalt Coethen, natomiast Borynię Górną i Średnią pozostawił swojej żonie oraz 12 dzieciom.

Od roku 1853 do 1899 roku majątek częśto przechodził z rąk do rąk. Najpierw jego właścicielem był baron Emil von Durant, następnie po jego śmierci, majątkiem zarządzała wdowa po nim- Martha Maria von Durant. Później, od roku 1904 właścicielem Boryni był Waldermar Schippan. W 1917 roku majątkiem zarządzał Kurt Dobers. Podczas zmiany właścicieli majątek, z różnych przyczyn, malał. 

Zdjęcie zrobione zaraz po II wojnie- tył pałacu.

Po I wojnie majątek rozparcelowano do tego stopnia*, że w całości pozostał tylko obszar dworski wraz z pałacem, a jego posiadacze utrzymywali się z upraw rolnych, produkcji mleczarskiej oraz z gorzelni.

W na krótko przed II wojną całość kupiła rodzina Ledóchowskich, po czym przeszedł on w ręce Elżbiety Siódmiok.

 Czasy współczesne, ale jeszcze przed utworzeniem gazonu przed wejściem.

II wojnę pałac przetrwał prawie w całości. Został tylko lekko uszkodzony podczas pożaru. Całe wyposażenie budynku wyszabrowali sowieccy żołdacy.

Podczas okupacji działało w pałacu przedszkole, a po wojnie... a jakże, przecież większość pałaców wtedy była adaptowana na szkoły, to i w pałacu, w Boryni, do roku 1985, roku funkcjonowała szkoła podstawowa.

Zdjęcie z roku 1936.
 

Potem pałacem zarządzała Jastrzębska Spółka Węglowa (niedaleko pałacu znajduje się KWK Borynia), by w 2010 roku sprzedać obiekt prywatnemu inwestorowi. No i dobrze sprzedano ten piękny obiekt, bo nowy właściciel szybko go wyremontował i umieścił w nim hotel oraz centrum konferencyjne.

Jak większość pałaców i ten w Boryni ma swoją legendę o białej damie. Ponoć zdarza się ją widywać spacerującą przed wejściem do budynku lub w parku. Białe damy to duchy kobiet, które zginęły śmiercią tragiczną- były mordowane, popełniały samobójstwo. Często ich historii towarzyszyła otoczka nieszczęśliwej miłości lub narzuconego małżeństwa. Kim jest biała dama w Boryni, nie wiadomo. Przypuszcza się, że chodzi o córkę Ferdynanda Schlutterbacha– Karolinę. Ma ona schodzić z jednego z obrazów i spacerować po alejkach parku, by spotkać się z tajemniczym jeźdźcem na czarnym koniu. Karolina ma na sobie białą, zwiewną suknię- no jasne, jeszcze nie spotkałam historii, w której występuje biała dama w jakimś ciężkim białym chałacie- zawsze ma na sobie białą zwiewną suknię, czasem dodatkowo delikatny welon lub szal.

Legenda ta oparta jest na ustnych przekazach, nie wiadomo jednak, co jest przyczyną ukazywania się białej damy w pałacowym parku. Nie wiadomo również, jakie były losy Karoliny.

Panowie z rodu Schlutterbach nie cieszyli się wśród chłopów estymą. Traktowali poddanych bardzo źle, karali ich chłostami, zakazami, nakazami oraz obciążali nadmierną pracą fizyczną, toteż w XVIII wieku chłopi podnieśli przeciw tym okrutnikom bunt. Spalili stodoły ze zbożem w Boryni oraz w pobliskiej Szerokiej. Co się dalej działo, nietrudno sobie wyobrazić, pewnie ukarano ich za to równie okrutnie, jak traktowano codziennie. Ale pałac podczas tych buntów ocalał, chłopi nie odważyli się go spalić.

Nie wiadomo też, kto był architektem pałacu. Znawcy architektury, na podstawie kształtów innych, niedalekich budowli z tamtych lat, mówią, że był nim Samuel Fryderyk Ilgner. Pałac w Boryni bryłą przypomina nieistniejący już pałac w Pawłowicach (zachowały się jego zdjęcia) oraz zamek i kościół w Rybniku. Inni twierdzą, również na tej samej podstawie, że twórcą pałacu w Boryni był Wilhelm Pusch, który zaprojektował pałac w Tychach, pałac w Porębie i „Ludwikówkę” w Pszczynie. Trudno będzie ten spór rozstrzygnąć, ponieważ wiele dokumentów pałacowych znikło bez śladu. 

 

Podoba mi się bryła budynku i ten mansardowy dach. Kolor ścian też jest fajnie dobrany- taka "brudna śmietana"- jest nienachalny i podkreśla elegancję bryły. Przy obu bocznych ścianach są zejścia do piwnic, zabezpieczone pięknymi kutymi barierkami.

Usytuowanie pałacu jest tradycyjne dla czasów, w których powstała budowla- stoi on na niewielkim pagórku i otoczony jest parkiem w stylu angielskim. Z jednej strony sąsiaduje z wsią, z drugiej z polami.

Pałac zbudowano z cegły z kamiennymi wstawkami. Jest podpiwniczony. Pierwotnie dach był pokryty łupkiem, potem dachówką, teraz jest pokryty blachą miedzianą. Wybudowano go w stylu klasycystycznym z elementami baroku. Z tyłu jest ogromny taras, na  który wiodą również jednobiegowe schody. Kiedyś były one dwubiegowe. 

Na tym zdjęciu widać, że kiedyś budynek był pomalowany w dwóch kolorach- łososiowe ściany, a zdobienia białe. Stosowanie dwóch (czasem więcej) kolorów w budynkach klasycystycznych czy neoklasycystycznych jest bardzo popularne podczas ich odnawiania. W Czechach co drugi pałac jest tak pomalowany (w Polsce też tak się maluje). Mnie się bardziej podoba aktualny kolor pałacu- bardzo naturalny i taki dystyngowany.  

 
Tył pałacu, ale nie znalazłam daty wykonania zdjęcia. Być może tak wyglądał pałac i jego otoczenie w czasach, kiedy była w nim szkoła.

Obecny wygląd tyłu pałacu. Dwubiegowe schody zlikwidowano, dobudowano taras z zejściem do parku. Nad drzwiami wejściowymi również znajduje się herb rodowy. 


 


Na elewacji, nad oknami górnego piętra, znajdują się pilastry, ozdobione elementami głowic korynckich. Wszystkie cztery elewacje posiadają charakterystyczne centralne ryzality. Zwieńczeniem elewacji są gzymsy.


Okna pałacu, na pierwszym piętrze są prostokątne, na drugim zwieńczone łukami. Okna są wykonane z nowoczesnego materiału, ale widać, że zachowano ich pierwotne zdobienia- ech ci konserwatorzy, dbają  o to, by zachował się każdy historyczny element danego obiektu. Dobrze, że to styl klasycystyczny, dosyć oszczędny w szczegółach zdobniczych. Przy barokowym, właściciel pewnie by zbankrutował podczas odnawiania budynku.

Okienka w lukarnach są oknami pokoi gościnnych, wyposażonych w indywidualne łazienki- to hotel 5 gwiazdkowy o wysokim standardzie.

W bardzo zadbanym parku, w pobliżu pałacu,  znajdują się:

dekoracyjna duża altana 

oraz przeszklony pawilon- miejsce spotkań, konferencji, szkoleń oraz wesel.


 A tu fragment starego ogrodzenia, okalającego park. Na starych zdjęciach widać to ogrodzenie dokładniej  (w innym miejscu obiektu). 

Perę zdjęć z wnętrza pałacu 



W piwnicach budynku znajdują się: restauracja, kawiarnia oraz zaplecze kuchenne.

Jest to hotel, dlatego nie weszłam do środka. Zresztą byliśmy z Bezą i nasz czas był ograniczony powrotem do weterynarza.

Więcej o tym, jak urządzono pałac w środku, można przeczytać tu:

https://www.tujastrzebie.pl/wiadomosci,ale-historia-o-palacu-w-boryni-slow-kilka,wia5-3266-14232.html

Zespół pałacowy (pałac i park) w Boryni wpisano do rejestru  zabytków w maju 1958 roku  (5.05.1958r., nr rej.: 567/58 oraz 5.02.1966r., nr rej.: 565/66).

 

* Zawsze uważnie śledzę losy pałaców, które oglądam. Z ich historii można wiele dowiedzieć się o historii politycznej, gospodarczej i obyczajowej regionu, a w którym dany pałac się znajduje.

Podczas czytania historii pałacu w Boryni, dowiedziałam się wiele o parcelacji majątków, na tym terenie, po I wojnie światowej. I nie była to parcelacja przymusowa, a często była dobrowolna, bo korzystna dla właścicieli majątków- ratowali oni w ten sposób część swoich dóbr. To, że zostały one mocno okrojone, nie miało dla nich wielkiego znaczenia, bo nierzadko groziło im bankructwo wskutek następstw wojennych.

Zazwyczaj słowo „parcelacja” kojarzy się z przymusowym dzieleniem ziemi, a w historii polskiej z przymusowym oddawaniem ziemi właścicieli ziemskich po II wojnie światowej. Wyrzucano ich z ich majątków, odbierano im ziemię, którą dzielono między chłopów, zaś część przydzielano PGRom.

Natomiast parcelacja, o której piszę, w związku z majątkiem w Boryni, przebiegała zupełnie na innych zasadach. Ponieważ całość była zadłużona, przejęło go państwo i następnie ziemię rozparcelowano. Zrobiono to zgodnie z prawem pruskim, bo ta część Śląska została w granicach państwa pruskiego. Po II wojnie całość przejęło państwo polskie na tych samych zasadach, co w reszcie Polski.

Źródła:

http://palacborynia.pl/historia/


https://pl.wikipedia.org/wiki/Pa%C5%82ac_Schlutterbach%C3%B3w_w_Jastrz%C4%99biu-Zdroju

https://sbc.org.pl/Content/607236/Nowiny_1995_51.pdf

https://www.palaceslaska.pl/index.php/indeks-alfabetyczny/j/124-jastrzebie-zdroj-borynia

Zdjęcia wnętrz z:

https://sokoliszlak.cba.pl/?page_id=13158

https://www.tujastrzebie.pl/wiadomosci,ale-historia-o-palacu-w-boryni-slow-kilka,wia5-3266-14232.html

https://sbc.org.pl/Content/94781/JZ_album_obrazy_z_przesz.pdf

Zdjęcia pałacu:


P.S. Minął  tydzień, kiedy obejrzeliśmy ten piękny zabytek. Potem była sobota- dzień również udany i zaliczona wizyta u weta. Co po niej obejrzeliśmy, napiszę jeszcze.

Wczoraj byliśmy z Bezą, po raz kolejny, u weta, by obciąć jej pazurki oraz zadecydować, co zrobić z tym jej moczeniem się. Śmiejemy się, że powinniśmy tam dostać abonament.  Doktor Lucyna stwierdziła- nie tylko wy jesteście tak często, mamy tutaj wiele takich pacjentów. Szczerze, to wolałabym zaliczać weta raz w miesiącu i tylko po to, by obcinać Bezie pazurki, ale ona coraz starsza to i choróbska się zaczynają.

Na moczenie się, u sterylizowanych suk, są tabletki, które wpływają na mięśnie zwieraczy. Niestety, Beza ma chore serce, a te tabletki bardzo sercu szkodzą. Zrezygnowaliśmy z nich. Na razie podłogi są suche. Może to jednak skutki uboczne pyralginy, którą Beza brała, były powodem, że lało się z niej okropnie? 

Czas tak szybko leci, już połowa czerwca, w ogrodzie kolejne kwiatowe kwitnienia. Dzieje się codzienność.