Ostatni
dzień upałów tego lata. Podobno. Podobno mają być tylko epizody "upalne", podobno. Ale ranki są chłodne, to teraz
upał łatwiej znieść. Wody, deszczu, ulewy nam trzeba. Wczoraj
znów podlałam ogród wodą z węża. Nie mogę już patrzeć na te
przywiędłe rośliny. Serce boli. Muszę przesadzić hibiskusy,
które zasadziłam obok brzozy. Wydawało mi się, że jak mają
wystawę zachodnią, to słońce im nie dokuczy. Nie dość, że
słońce po południu praży najbardziej (wprost na nie) i
temperatura jest wysoka, to jeszcze brzoza spija im wodę. Przesadzę
je na wiosnę z nadzieją, że się przyjmą- są już dosyć duże.
Został
jeszcze jeden miesiąc lata, a już widzę zbliżającą się jesień.
Sosnowa zasypana suchymi listkami.
Połowa sosnowej tego ranka.
Na gałęziach też zaczyna się
złocić.
O tej porze zbierałam, na dole ogrodu (używam tego
określenia, bo dom stoi na stoku, a koniec ogrodu jest u jego
podstawy), grzyby. W tym roku tak sucho, że o grzybach nawet
pomarzyć się nie da. A grzybów w lasach podobno sporo.
Jaskółki
ćwiczą loty, a potem siadają gromadnie na drutach. One odlatują najpóźniej, jeszcze trochę nimi nacieszę się.
Podobno bociany
już sejmikują. Wilgi oraz drozdy odleciały. Jakoś tak robi się
nostalgicznie na myśl, że lato się kończy.
Oglądałam
do późna finały w Mistrzostwach Europy w LA. No super, są
sukcesy, są medale. A Beza urządziła sobie koncert o 4 rano- przez
15 minut poszczekiwała leżąc w sieni i w nosie miała moje groźne
miny oraz grożenie palcem, by się uspokoiła. Jak do psa
„przemówić”, kiedy nie słyszy, a hałasuje ponad miarę? W
końcu jednak uznała, że jestem zła i się uspokoiła. W zamian za trzymanie paszczęki zamkniętej, zrobiła mi pobudkę przed 6 rano.
Czekamy
na moment, kiedy temperatura unormuje się w okolicach 20 stopni- mamy
upatrzony pałacyk do obejrzenia niedaleko Kędzierzyna-Koźla.
Bardzo chciałabym go zobaczyć, bo zaczyna mi się historia
tutejszych właścicieli i ich pałaców ładnie splatać. Ten pałac, który chcemy obejrzeć, został wybudowany przez tutejszego potentata węglowego- tutejszego,
czyli cieszyńskiego. Na razie jest zbyt gorąco, żeby jeździć z Bezą, a i nam taka temperatura raczej nie odpowiada do zwiedzania.
Klima w samochodzie jest, ale po wyjściu z niego, to można się
ugotować. Dziękuję, nie dla nas łażenie w upale, a tym bardziej
dla „sercowego” psa.
Pamiętam
wyprawę z Bezą do Strzybnika- było dosyć zimno, padał deszcz, a
mimo to bardzo dobrze nam się łaziło po parku pałacowym i
oglądało to, co jeszcze w nim, z pałacu, zostało.
Wrzesień,
październik i może listopad, rezerwujemy sobie na wyjazdy z domu.
Gladiol
czy gladiola. Ponieważ nazwa pochodzi od łacińskiego słowa miecz,
wydawało mi się, że powinien być gladiol- ten miecz, ten gladiol,
a tu nadspodziewajka- po polsku „ten” mieczyk, ale „ta”
gladiola. No niech będzie (u nas w domu mówiło się wyłącznie na
te kwiaty-gladiole tak, jak na pierwiosnki- kluczyki). W każdym
razie gladiole, które zasadziłam późną wiosną, kwitną już od
pewnego czasu. Po kolei odkrywają kolory. Najpierw zakwitł jasno
kremowy, potem zakwitły czerwony oraz ceglasty, następnie
zakwitły fioletowe i żółty z białym środkiem. Ostatnie kępy są
mieszane kolorami- sadziłam cebule, które mi zostały z różnych
kolorów (na początku sadziłam po trzy cebule z jednego koloru,
potem mieszałam pozostałe- było po 5 cebul z 5 kolorów i moje
zeszłoroczne).
Rzadko
teraz piszę tutaj o polityce, dużo tego i takie jakieś mdławo-
gorzko- wrednawe- nie chce się komentować, ale to, co powiedział
ćpun dęty, przeszło granice mojej wyobraźni. Muszę odreagować.
Flaga- „Bóg, Honor, Ojczyzna”- jeszcze łyknęłam z trudem, bo
z trudem, ale łyknęłam, ale to, że Polacy bronili Monte Cassino,
to już mnie zatkało na dłuższą chwilę. Ano... no tak... no
doktor historii... tak, no...
Komentarze,
zamieszczone pod tym, zrekompensowały mi niesmak po „występie”
ćpuna dętego. Bezlitośnie go rozjechano, gdyby był obok, śmiechem
by go zabito.
Tu
można sobie poczytać i ubawić się nieco
https://www.facebook.com/PrzemyslawWiszniewski
„Dopóki
mnie nie widzą, nie każą mi być kimś innym”.
No
i przeszły te okropne upały. A deszcz? Tylko raz porządnie polało
ziemię i znów jest sucho. Co drugi dzień polewam ogród wodą z
węża. Trochę pomaga, ale ile można lać tej wody?
Podczas
porannego spaceru z Bezą w ogrodzie, słyszę gadulenie wilg,
siedzących w koronach brzóz. Czasem samiec gwizdnie, czasem samica
zaskrzeczy. Jest połowa sierpnia, niedługo wilgi odlecą. W tym
roku udało mi się zrobić tylko parę zdjęć.
Nad
polami słychać pokrzykiwania myszołowów. Nie widzę ich, bo ta
cholerna kukurydza na jednym i drugim polu, ogranicza mi widoczność
nawet na niebo. A kukurydza w tym roku jest dorodna, wybujała nad
miarę, gęsta, ciemnozielona i wkurzająca mnie na maksa. Będzie
sobie tak tkwiła, po obu stronach ogrodu, do listopada. Staram się
dostrzegać w jej zieleninie jakieś fajne akcenty. No kwitnie i ma
już malutkie kolby, które ozdobione są „wąsami” u góry.
Jak
byłam dziewczynką, to te wąsy zrywałam i zdobiłam nimi głowy
lalek- takie piękne świetliste włosy wtedy miały. Natomiast, na
jesień, rwało się kolby z rosnących na polu roślin, ściągało
się liście z wierzchołka kolb aż do ich nasady i wiązało całe
girlandy, po czym te sznury kukurydziane wieszało się na drutach na
stryszku nad oborą, by przeschły przed łuskaniem. Na ogół kolby
miały ziarno żółte ale zdarzały się i czerwone oraz lekko
fioletowe. Łodygi oraz resztę liści szatkowało się i wrzucało
do ocembrowanego zbiornika na kiszonkę. I co? No i deptało się
toto, deptało, ugniatało, i znów deptało, aż puściło sok. Tak
samo robiliśmy z liśćmi z buraków pastewnych. Wszystkie w tym
zbiorniku lądowały po czym znów naszym- dzieci- zadaniem było je
jak najbardziej udeptać. A zimą ojciec wyciągał widłami z tego
zbiornika paskudnie cuchnącą kiszonkę, którą krowy oraz świnie
wcinały z apetytem. I wszystko byłoby super, bo w sumie praca
niezbyt męcząca (oprócz tego udeptywania), gdyby nie odbywała się
w warunkach późnojesiennych, kiedy podczas wiązania liści palce
grabiały od zimna i wszystko trwało czasem po dwie trzy godziny.
Obrywanie kolb z łodyg też nie było przyjemne, bo trzeba było
przedzierać się między tymi łodygami a kolby ładować do kosza,
stawianego na ziemi, który potem, ciężki, niosło się na skraj
pola, by wysypać kolby na pryzmę lub na przyczepę.
No
i wyszedł mi cały elaborat o kukurydzy. Wcale niezamierzony, ale
takie fajne (?) wspomnienie się opisało przy okazji narzekania na
zasłaniającą świat kukurydzianą ścianę.
Pszenica
na polu za drogą została zżęta. Zdążyli przed ulewą, która
była potem.
Urzekają
mnie współczesne nowoczesne maszyny rolnicze. Zrobią na polu
wszystko od a do z- zetną, wymłócą, zszatkują słomę, ziarno
władują do worów. Kombajny kukurydziane robią to samo z kukurydzą
(i kombajny dedykowane zrobią to samo z burakami, ziemniakami,
rzepakiem)- ta tak w nawiązaniu do zbierania kiedyś kolb jeszcze na
polu i dalszego ciągu prac przy kukurydzy.
Na
grządkach Młodych, jak co roku, urodzaj ogórków i fasolki
szparagowej. Młoda przyniosła mi kilka misek tych dobroci. Najpierw
zrobiłam trzy słoje małosolnych, teraz zrobiłam duży słój i
chyba to już koniec.
Słoiki ogórków z obrazem w tle. Obraz malował jeden ze studentów mojej matki- prowadziła seminaria magisterskie na kierunku plastycznym UŚ. Kolorytu "martwej naturze" dodają płyny do dezynfekcji, które postawiłam podczas pandemii i od tego czasu pozostał mi nawyk dezynfekowania rąk po każdym kontakcie z pieniędzmi. Kontakt mam częsty, bo przecież mamy sklep.
Zrobiłam
sałatkę do słoików. Najprostszą z prostych. Pierwszą partię
zrobiłam trzymając się ściśle przepisu, dałam wszystkiego po
1/4 z całości. Wyszła za słodka.
Pierwsza partia słoików.
Drugą
partię zrobiłam z połowy składników, podanych w przepisie i nie
trzymałam się go ściśle przy doprawianiu. Sałatka wyszła lepsza
od pierwszej partii, ale octowa. Ostatnia partię zrobiłam, po prostu, doprawiając na bieżąco, kiedy się „przegryzała”.
Fajne
słowo- przegryzała. Do tej partii dałam mniej octu, mnie cukru,
(przecier pomidorowy jest słodki, więc po co tak dużo cukru dawać,
jak jest w przepisie), więcej pieprzu i papryki oraz więcej oleju.
I dopiero ta sałatka tak smakuje, jak lubię- ani za słodka, ani
zbyt kwaśna i w dodatku olej też zrobił swoje.
W sumie zrobiłam 14 słoików półlitrowych sałatki ogórkowo-fasolkowej.
Przepis:
Zimowa
sałatka z ogórków i fasolki szparagowej
Składniki (wyjdzie
około 7-8 litrów):
2
kg fasolki szparagowej
2
kg ogórków
0,5
kg cebuli białej
0,5
kg marchwi
pół
szklanki oleju
1
szklanka octu 10%
500
ml koncentratu pomidorowego
3
łyżki soli
1,5
szklanki cukru
pół
łyżeczki pieprzu
łyżka
słodkiej czerwonej papryki w proszku
Wykonanie:
Fasolkę
obrać, umyć i gotować w posolonej wodzie przez 20 minut (musi być
miękka ale sprężysta). Ja na tą ilość fasolki do 4 litrowego
garnka daje łyżkę soli. Odcedzić, pozwolić jej przestygnąć i
pokroić na kawałki o długości 3-4 cm.
Ogórki
obrać i poszatkować na cienkie plasterki. Jeżeli ogórki są
malutkie, to można zostawić je ze skórką. Marchew obrać i
zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Cebulę obrać i posiekać w
cienkie plasterki.
Wszystkie
składniki umieścić w dużym naczyniu – do warzyw dodać cukier,
ocet itd. Połączyć ze sobą i zostawić na 1-2 godziny do
przegryzienia. Co jakiś czas można przemieszać.
Tak
przygotowaną sałatkę nakładać do słoiczków, wlewając także
trochę sosu. Zakręcać i pasteryzować przez 10 minut we wrzącej
wodzie. Wystawić i chłodne zanieść do spiżarni ?
Ale jak napisałam- ja się nie pieszczę z przepisami- zazwyczaj zmniejszam proporcje, a potem doprawiam zalecanymi przyprawami, według mojego smaku. Poza tym, taka sałatka może być bazą, do której można dodawać dowolne składniki np. czerwoną paprykę, koperek, żurawinę, rodzynki, prażone pestki słonecznika itp.
Ja
tam się do robienia przetworów nie palę i jak nie muszę, to nie
robię. Już nie te czasy, kiedy przetwory robiło się, bo rodzina
duża, bo taniej, bo z własnego ogrodu. Dla dwóch osób naprawdę
nie warto się babrać, ale nie lubię, jak się żywność marnuje,
dlatego teraz przetwarzam ogórki i fasolkę. Część fasolki
zamroziłam. Zamroziłam też przetarte ogórki małosolne, które
zrobiły się „mocno solne”, czyli kiszone.
Rzutem
na taśmę sfotografowałam zaćmienie Słońca. Kompletnie o nim
zapomniałam a w dodatku sądziłam, że u nas nie będzie tak
spektakularne jak na zachodzie Europy. Gdyby nie Młoda, która ze
zdziwieniem zapytała: Nie oglądasz zaćmienia?- przeleciałoby mi
koło nosa. Zdjęcie zrobione na końcu naszej uliczki, która opada łagodnie w dół, dlatego Słońce jeszcze mogłam złapać nisko nad horyzontem.
Układu planet nie zobaczyłam- było zbyt jasno. Taki
układ- planety w jednym rzędzie- widziałam kilka lat temu na
nocnym niebie. Chyba nawet zdjęcia na blogu zamieściłam.
Trwają mistrzostwa Europy w LA oraz turniej tenisowy, w którym Iga nareszcie pokazuje na co ją stać. Prawdziwy maraton sportowy zaliczamy.
Dzisiaj spróbuję zobaczyć spadające gwiazdy. Na razie niebo jest bezchmurne.
„Patrząc
na zaprojektowane przez niego budynki, czujemy się, jakbyśmy wpadli
do baśni, w której mieszają się światy i kultury. Architektura
tworzona przez Gaudíego sprawia, że zaciera się granica między
wyobraźnią a rzeczywistością zdominowaną przez porządek, ostre
kąty i proste linie.
Ákos
Moravánszky, szwajcarsko- węgierski architekt i historyk, w
króciutkiej biografii Gaudíego stwierdził, że „początkowo
projektowane przez niego obiekty traktowano jako bezładne i
irracjonalne wymysły zwariowanego artysty żyjącego w świecie snu
i halucynacji”. Zabrzmiało jak krytyka, ale przypomina nieco
komplement, czyż nie?”
Gaudi,
to mój ulubiony architekt, artysta, twórca niesamowitych budowli.
Pewnie
nie tylko mnie zachwyca, dlatego myślę, że warto szerzej poznać
jego „twórczość”.
Ten
post jest pierwszym z kilku o nim, bo mam zamiar przedstawić główne
jego projekty, a omówienie ich wymaga więcej miejsca niż w jednym
poście.
W
zasadzie, powinnam na początku przedstawić życiorys Gaudiego, ale
raczej skupię się na jego dorobku, a zamiast nudnych wywodów typu
„urodził się...” polecam książkę.
I kto by się
spodziewał po „marnym studencie” takich sławnych dzieł
architektury. Egzamin na studia zaliczył z najniższą notą i ale udało mu się uzyskać dyplom ukończenia uczelni.
„Już
w trakcie studiów pierwsze szkice Gaudíego musiały budzić
zdziwienie. Zaprojektowana w ramach egzaminu aula uniwersytecka
zdradzała skłonność przyszłego architekta do mieszania stylów,
a także mnogości dekoracji i detali.
W projekcie uwagę przyciąga
centralna część budowli o kopułowatym kształcie, zwieńczona
daszkiem osadzonym na kolumnach, jakby wyjętych ze świata
starożytnej Grecji. Może to właśnie wymykanie się utartym
schematom powodowało, że Gaudí podczas pobytu na uniwersytecie
otrzymywał najniższe noty za swoje prace. Już na tym wczesnym
etapie sposób myślenia artysty i przekładania na papier pomysłów
rodzących się w jego wyobraźni zdradzał, że w przyszłości
wyprzedzi swoją epokę.”
Studiując dorabiał sobie jako pomocnik w pracowniach
architektonicznych i poznawał tajniki architektury od tej
prozaicznej, praktycznej strony.
Jako
człowiek dojrzały prowadził ascetyczny tryb życia, stronił od
ludzi, nigdy się też nie ożenił. Całe życie poświęcił
architekturze- ona wypełniała mu każdy dzień, zajmowała
wszystkie myśli.
„Po
nauce na uniwersytecie nie podążał szlakami wytyczonymi przez
innych architektów, niemniej wiedza zdobyta podczas studiów,
szeroka znajomość literatury i nurtów w sztuce stały się dla
niego źródłem inspiracji. W jego projektach dostrzegamy wpływy
gotyku, secesji, hiszpańskich tradycji ceramicznych, a nawet
budownictwa orientalnego.
Najistotniejszą
inspiracją była dla niego natura – wraz ze swoimi materiałami,
nieregularnościami, falującymi liniami, zaskakującymi formami i
bogactwem kolorów. Elementy przyrody można już dostrzec w
zaprojektowanym dla niego samego biurku, które wyróżniają duże
boczne nadstawki i wykończenia w postaci motywów zwierzęcych i
roślinnych.”
I
w tym momencie odsuniemy czas, w którym zaczynał wdrażać w życie
swoje pierwsze projekty, a skupimy się na jego największym dziele
jakim jest bazylika Sagrada Familia w Barcelonie.
Świątynia
ta była jego największym osiągnięciem.
„Historia
budowy tego kościoła rozpoczęła się w 1882 roku; zlecenie na jej
projekt otrzymał wówczas architekt diecezjalny Francisco de Paula
del Villar y Lozano, który jednak postanowił odstąpić to
zamówienie Gaudíemu. Architekt nie przewidywał, że prace nad
świątynią będą nie tylko towarzyszyć mu przez resztę życia,
ale trwać jeszcze przez dekady po jego śmierci. Ponad 140 lat
później od rozpoczęcia budowy Sagrada Família wciąż nie jest
ukończona.”
Kościół
zaplanowano jako pokutny, więc miał być budowany z datków. Z tego
powodu prace się opóźniały. Bywało, ze Gaudi chodził od domu do
domu, zbierając pieniądze na dalszą budowę.
Niżej, na zdjęciu kościół stoi w polu, obecnie jest otoczony miastem.
„Na
mozolny proces budowy Sagrada Família wpływa również sam koncept
Gaudíego. Jego projekt zakłada skomplikowane konstrukcje i liczne
zdobienia, które mają sprawiać wrażenie ukształtowanych przez
siły natury, wymagają więc niezwykłego kunsztu rzeźbiarskiego.
Gaudí zdawał sobie sprawę, że jego monumentalna wizja
architektoniczna wywrze wpływ na budownictwo w przyszłości. Gdy
pytano go, czy Sagrada Família jest jedną z wielkich katedr,
odpowiadał: „Nie, to pierwsza z serii zupełnie nowych”
Gaudi
temu projektowi poświęcił kilkanaście lat życia. Nie zrażał
się nawet wtedy, kiedy spotykał się z negatywnymi opiniami na
temat świątyni oraz jego pracy.
Po
śmierci pochowano go w krypcie niedokończonej bazyliki.
„„Technologie
zrewolucjonizowały nasze procesy operacyjne, w wielu przypadkach
realizując pomysły przewidziane bądź rozpoczęte przez Gaudíego”
- podkreśla Puig. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech jego
techniki jest geometria
wnętrza nawiązująca do kształtów występujących w naturze.
Efekt ten stworzony został z prostych linii, które zostały
umieszczone w taki sposób, że sprawiają wrażenie falowanych
kolumn i murów. „Do tworzenia tak wyszukanych projektów
geometrycznych Gaudíemu nie wystarczały plany dwuwymiarowe, musiał
pracować w trójwymiarze, wykorzystując do tego fizyczne makiety
stworzone z gipsu”. Obecnie modelowanie
cyfrowe za pomocą programów CAD i BIM
ułatwia projektowanie i etap wykonawczy.
Gaudí
rozpoczął budowę Sagrady Familii od krypty oraz muru apsydy,
stosując przy tym tradycyjne metody architektoniczne, czyli małe
kamienie ręcznie dopasowywane przez kamieniarzy. Jednakże na
ostatnim etapie swojego życia, który był poświęcony budowie
fasady „Narodzenia”, architekt wprowadził
nowatorskie, jak na tamte czasy, materiały, takie jak beton w
górnych częściach budowy
i wykorzystał elementy prefabrykowane. „Obecnie stosujemy tę samą
logikę, prefabrykując możliwie największą liczbę części, aby
ułatwić
pracę na wysokościach”
- potwierdza asystent architekta. Bazylika, w momencie zakończenia
budowy, będzie o 11 m wyższa od 161-metrowego kościoła w Ulm w
Niemczech, który jest obecnie
rekordzistą wysokości.
„
Jak
przebiegała cała budowa, jej etapy, jakie materiały
wykorzystywano, kto brał udział w „zdobieniu”, można
przeczytać w artykule „Logistyka kryjąca się za budową Sagrady
Familia w Barcelonie” – adres dałam w przypisach. Warto
przeczytać, bo opisane są w nim niesamowite rzeczy, dotyczące
budowania katedry. Artykuł jest z tego roku, więc informacje
dotyczą aktualnego stanu.
Od
początku budowy, przez 140 lat obiekt łączy funkcje religijną z
turystyczną z działalnością budowlaną. Równocześnie prowadzi
się prace renowacyjne oraz konserwatorskie. I to również wymaga
nie lada logistyki.
Jestem
przekonana, że większość, patrząc na katedrę (głównie z
zewnątrz), od razu stwierdziłaby- mnie się nie podoba, to taki
kicz. Pomijając kwestię gustu, takie bezpardonowe, bezrefleksyjne
podejście, zawsze skłania mnie nie tylko do zastanowienia się na
tymi słowami, ale również do zastanowienia się nad tym, co ma w
głowie człowiek tak beztrosko podchodzący do sztuki. A jeszcze
bardziej zastanawia mnie taki człowiek, który upiera się i nadal
twierdzi- no, nie podoba mi się, mam do tego prawo. Owszem, masz i
może ci się nie podobać, ale oprócz tego pierwszego odbioru,
należałoby się jednak zastanowić nad tym, kim był twórca danego
dzieła, jakie idee mu przyświecały, a przede wszystkim, ile trudu
włożył w pracę nad swoim dziełem. I nawet, jak to dzieło do nas
„nie przemawia”, to chyba należy docenić wysiłek twórczy jego
autora.
Nie
wiem, czy Sagrada Familia mi się podoba? No, po prostu nie wiem. Na
pewno nie traktuję jej jako całości oceniając: „podoba mi się-
nie podoba”. Ona jest tak różnorodna, że trudno to wszystko
ogarnąć. Jedne elementy są dla mnie nie do przyjęcia np. te
„kwiatki' na iglicach w kolorach lizaków cukrowych. Z kolei
płaskorzeźby, zielone drzwi z płaskorzeźbami fauny i flory,
witraże i gotycka strzelistość kolumn, gra światła, zachwycają
mnie aż do wstrzymania oddechu. Na pewno mój odbiór byłby
bogatszy, a ocena bardziej zdecydowana, gdybym zobaczyła budowlę, z
jej wszystkimi elementami, „na żywo”. Nie dane mi było i pewnie
już nie zobaczę jej tam na miejscu. Nie, nie jest mi jakoś
specjalnie żal.
Sagrada
Familia to dla mnie wyraz potęgi ludzkiego umysłu. Gaudi to
geniusz, to wizjoner, to człowiek wyprzedzający artystycznie,
architektonicznie swoją epokę. Jego pomysły są tak oryginalne,
niebanalne, odstające od tego, co przeciętne, że nie można tak
sobie ocenić jego dzieł na zasadzie „podoba mi się- nie podoba”,
bez uwzględnienia ogromu pracy i trudu włożonego, w swe dzieła,
przez Gaudiego.
One
zachwycają mnie także z innego względu- odniesienia się w
architekturze do przyrody. No bo, dlaczego by nie zamieścić
płaskorzeźb jaszczurek, chrząszczy, motyli, kwiatków, chwastów
pod rzeźbami np. pastuszków składających dary? Gdzieś jest
płaskorzeźba- głowa byka, gdzie indziej „siedzi zając”,
jeszcze gdzie indziej płaskorzeźby ptaków w locie. Czy zawsze to
muszą być elementy geometryczne, jakieś kwadraty, koła, kratki? A
te piękne drzwi w kolorze zieleni, niebieskości? Czyż nie piękne
w swoim „listowiu, zwierzątkach i kwiatach”? A sklepienie
katedry? Tak pięknego sklepienia- słoneczniki- chyba nigdzie nie ma
na świecie.
Sama
budowla, w całej okazałości jest niesamowita- „kopiec termitów”
jako obiekt sakralny przełamuje wszystkie dotychczasowe wizje jak ma
wyglądać kościół, katedra, bazylika.
I
tak, ta niezwykłość architektoniczna,to podejście „przyrodnicze”,
ten kunszt w detalach, to do mnie najbardziej przemawia w twórczości
Gaudiego. I na plan dalszy schodzi, u mnie, „podoba się- nie
podoba się”.
Zrobiłam
prezentację i , jak zwykle, polecam jej oglądanie na całym ekranie.
We
wtorek zamontowali (4 godziny), wczoraj uruchomili, dom nagrzany po
kokardy. W sam raz trafiło w te zimniejsze dni, kiedy rano było
tylko 15 stopni- a lipiec miał być według prognoz (jeszcze
majowych) taaaaaki gorący, fakt, że skończyło się u nas na dwóch
ulewach, podczas gdy wokół szalały burze i grad leciał. Ale wczoraj było już gorzej, bo na polu słonecznie, a w domu 24 na blacie.
Piec musiał się sam wygasić po spaleniu całego groszku-
niepotrzebnie wrzucili dwa wory-trochę to trwało.
Jest
wielki jak smok. Jeszcze na parkingu odkręcili wszystkie elementy,
które się dało, a i tak sam korpus waży 300 kilo. I ten korpus w
ciągu 15 minut wnieśli do piwnicy wąskim zejściem, po paskudnych
schodach, z zakrętem 90 stopni, by wejść w drzwi. Ułamali 1
centymetr deski kompozytowej (nie widać) i nadłupali trochę
posadzki przy drzwiach do piwnicy- widać, ale i tak musimy posadzkę
uzupełnić cementem. Podczas montażu nie poleciała ani jedna
„panienka”, panowie mówili do siebie cicho, nie krzyczeli, nie
było rubasznych żartów, puścili radio, ale grało cicho....
panowie tak w okolicach 40. Pełna kultura. Montaż bez awarii, bez
nerwów, bez biegania i kombinowania. Każdy wiedział, co miał
robić. No szacun dla tych panów.
A
przy uruchamianiu dokładne wyjaśnienie jak, gdzie, kiedy oraz co
„naciskać” ( na panelu), kontrolować, na co uważać, co
przypilnować- piec dosyć prosty w obsłudze, ale elektronika lubi
płatać figle. Na odchodnym podali numery swoich telefonów, by w
razie czego dzwonić, są do dyspozycji. Teraz trzeba zamówić
ekogroszek. Ponoć z Kazachstanu najlepszy, ale z podanych polskich
kopalni również. Ma być kaloryczny, dawać mało popiołu oraz ma
być suchy. No i w miarę tani. I pomyśleć, że np. w Kazachstanie
kopie się węgiel bez ograniczeń, podczas gdy u nas zamyka się
kopalnie. I może pogodziłabym się z taką polityką, gdyby ludzie
nie zostali na lodzie w wyborze sposobu ogrzewania domu. Ma być
ekologiczne ogrzewanie, bo TAK! W innych dziedzinach też są
przegięcia „ekologiczne”.
Mnie
nie wolno wyciąć marnego żywotnika we własnym ogrodzie, podczas
gdy wycina się całe aleje starodrzewu i połacie lasów.
Dzisiaj
dowiedziałam się, że jeżeli nie wrzucam resztek do kubła, to
muszę mieć kompostownik. Owszem, my mamy duże plastikowe
kompostowniki, ale wydawało mi się, że popularny kompostownik, to
pryzma chwastów przemieszana z resztkami żywności, leżąca na
ziemi. No nie.... no NIE, kompostownik dopiero wtedy jest „ważny”
i zwalnia z opłat, a raczej mogą ci odjąć od całości opłaty za
śmieci złotówkę (przepis krajowy, nie lokalny), kiedy
kompostownik ma co najmniej dwie ścianki- ano tak, właśnie TAK- po
prostu musi być ograniczony ściankami lub siatką. Formę dyktują
urzędy gminne, czyli przepisy lokalne. Jak nie masz takiego
kompostownika, nie odliczą ci złotówki od kwoty za śmieci. W
sumie zbytek łaski urzędniczej, a zabawy w budowanie kompostownika
wiele.
A
ja się pytam, czym różni się sama pryzma leżąca na ziemi od tej
ogrodzonej (oprócz ogrodzenia)- wszak i tak te odpadki oraz chwasty
mieszają się niezależnie od tego, czy są obudowane ściankami,
czy nie.
Następny
absurd- grill możesz sobie w ogródku odpalić i smrodzić nim, ile
wlezie (fuj te wszystkie rozpałki i brykieciki- śmierdzi gorzej niż
wydech ze starego Ursusa), ale drewna na ognisku już palić ci nie
wolno, jeżeli nie przestrzegasz bezpiecznych odległości i innych
ppoż. Bo tak- ogień z ogniska groźny, ale jak się grill wywróci,
to ogień z niego nie jest groźny (zwłaszcza jak węgielki spadną
na poduchy na fotelu lub ratanową kanapę).
Szamba
bezodpływowe (często stare)- nakaz posiadania oraz wypróżniania
co kwartał. Ludzie zużywają więcej wody, niż z tych szamb się
wybiera ścieków- nadmiar idzie potajemnie, ukrytymi rurami, w
glebę. Gdyby rozliczano na zasadzie, ile zużyjesz wody, tyle
płacisz za ścieki, to od razu czystsze byłyby wody gruntowe i
stawy oraz rzeczki.
Pompy
ciepła- ekologiczne, ale zżerają tyle prądu, że ekologia
wysiada- z czegoś ten prąd produkują- w Polsce z węgla.
Jednak chyba najbardziej upokarzające są kontrole UG i straszenie karami- nie mieliśmy, ale
są takie. Urzędas nachodzi ludzi w domu i sprawdza czy twoja
deklaracja jest zgodna ze stanem faktycznym. Zakładając, że
większość ludzi jest jednak uczciwa, to taka kontrola jest
wkurzająca, nawet, kiedy wiemy, że mamy wszystko w porządku..
I
tak po kolei, stosuje się w Polsce ograniczenia oraz narzuca różne
rzeczy ze względu na ekologię, a reszta świata ma to w nosie- tony
śmieci, dym z kominów wali w niebo, ścieki wprost do rzek....
Szczerze?
Ja to też zaczynam mieć w nosie- jedna Jaskółka świata nie
zbawi, a reszta ptasząt jakoś nie kwapi się, by żyć
ekologicznie.
Oczyszczalnia
ścieków, kompostowniki, segregacja śmieci, wysokie koszenie
trawników, mnóstwo zieleniny nasadzonej wokół domu, minimum
„betonu” na ziemi, łapanie deszczówki... piec CO jest ostatnim
z elementów mojego wkładu w ekologię. W więcej „ekologii” nie
mam zamiaru się bawić.
Dzisiaj
byliśmy z Bezą u wujka weta. Cisza, pusto, sielanka. Przycięto
pazurki, podgolono sierść między opuszkami w łapkach, wyciągnięto
mikroskopijnego kleszcza spomiędzy opuszek lewej przedniej łapki (coś podobnego- kleszcz w tym miejscu, do głowy by mi nie przyszło
tam szukać kleszcza), wygłaskano... full wypas serwis. Więcej nie
planowaliśmy, Beza się „unormowała”.
Ogród,
teraz floksy.
Odradzają
się powoli ich kępy, bo był czas, kiedy się „traciły” z
grządek. Zapach floksów trochę mnie drażni- zbyt słodki, ale
kojarzy mi się ze słonecznym letnim dniem.
Floksy lubią się kolorami mieszać. Z takiej mieszanki miałam jeszcze biały z fioletowym środkiem i jasnoróżowy z fioletowym środkiem. Ślimole je zeżarły w zeszłym roku.
Niezawodny dziurawiec- tnę jesienią do ziemi, a latem jest taki piękny krzew, kwitnący na trawniku. Pod płotem, koło kompostowników rośnie i kwitnie drugi.
Kwitnie fioletowa latria. Na grządkach są dwie kępy. Była również biała, wygniła chyba.
Dla tych, co lubią sobie drinknąć letnią upalną porą.