„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

04 czerwca 2026

Jaskół opowiada.

 

Wynik jeszcze nie końcowy- w sumie Jaskół przejechał ponad 80000 kilometrów w ciągu 20 lat.

 Początek.

Wszystkiemu winien jest mój starszy brat Janusz. Odkąd pamiętam, miał zamiłowanie do motocykli: to Iż, to Awok, to jakieś BMW R-35.... . Pamiętam, zabrał mnie kiedyś na przejażdżkę „Wołkiem” do Katowic. Najpierw zatrzymała nas Milicja, bo usłyszeli za duży hałas i chcieli wlepić mandat za brak tłumika, ale jak zobaczyli czym jedziemy, to pooglądali z ciekawością i puścili nas wolno. Całe szczęście, bo gdyby nie ta przerwa w jeździe, to pewnie dupa by mi odpadła. Dopiero wtedy zrozumiałem, co znaczy sztywna rama. Potem brat wyprowadził się na Kaszuby. Na cały rok. Niby to niedługo, ale zmienić można wiele. W ciągu tamtego roku odwiedził mnie kilkakrotnie. Raz przyjechał i mówi, że zamienił motocykl na lepszy. Pytam, co to znaczy, a on na to, że ma angielski motocykl, Ariel jakiśtam. Nowszy od „Wołka”, bo z lat 60-tych.

- To fajnie- mówię- że zmieniłeś. Super tak realizować swoje marzenia.

Okazało się, że zwycięstwo było połowiczne. Motocykl był, a jakby go nie było. Prawnie nie istniał– nie miał papierów. W tym czasie (lata 80-te) pracowałem „blisko” Urzędu Miasta. Poszedłem zarejestrować motocykl na dobrze wyprane papiery ze starego Junaka. Pani z Wydziału Komunikacji, widząc „znajomą” twarz, nie była zbyt dociekliwa i wydała papiery na motocykl, który stał przed Urzędem.

Jak już mówiłem, po roku Janusz wrócił do naszego miasta. I jak to niespokojna dusza, znalazł Nortona. Sprzedał więc Ariela i kupił nowego Anglika. Podobno Ariel był 350, a Norton -500. Jechałem na nim kilka razy w charakterze „plecaczka”. Nie powiem- fajnie było.

Raz jechaliśmy do znajomych 8 grudnia.

On- motocyklista- ubrał się po swojemu- ja, żeby nie zmarznąć, wsadziłem na siebie, co się dało. U znajomych rozebrałem się w przedpokoju i przedpokój się wypełnił na full- ortalion, kufajka, dres, buty po nartach- kompletny asortyment dobrze wyposażonego turysty wysokogórskiego. Fajnie nam się razem jeździło. Pewnego razu, ten wariat, wymyślił coś wybuchowego- znalazł dla mnie motocykl. Piękny, tani......tylko, że w worku. NSU 250.....z kurnika. Nie mam zacięcia technicznego, a tym bardziej do czegoś, czego nie widzę. Zamiast jeździć musiałbym czyścić i składać. Po dwóch miesiącach sprzedałem worek.

Minęło kilka lat. Pracowałem sezonowo na basenie, gdzie mnie, któregoś brat odwiedził. Zrobił to z pompą oraz paradą. W tamtych czasach motocykle 4 suwowe nie były tak popularne, jak teraz. Junak, Avo- pod koniec lat 80.- to jednak była rzadkość. Przeważały MZ-ki, CZ-ki, Jawy. Młodzież przyjeżdżała na basen takimi właśnie motocyklami. Stały na parkingu koło budki, w której sprzedawałem lody i zimne napoje. Nagle zrobiło się cicho na basenie – prawie cały męski ludek wyszedł z wody i zgromadził się przy bramie wyjściowej. Będąc w środku budki, dopiero po chwili, usłyszałem dziwny dźwięk- jakieś dziwne głośne i dudniące „mruczenie”. Okazało się, że takie wrażenie, na płci męskiej, zrobił Norton, wjeżdżający na wolnych obrotach przez bramę obiektu. Wtedy pomyślałem, po raz pierwszy, że w tej miłości do motocykli musi coś być.

Lata mijały. Byłem ojcem 16-latka. Któregoś dnia znalazł w starych szpargałach zdjęcia motocykli.

  • Tatuś, co to?

  • Wiesz, Stryj jeździł takimi motocyklami.....

    Stało się- zaczęły się rozmowy mojego syna z moim bratem.

    Bez mojego udziału, bo mnie motocykle nie interesowały. Po pewnym czasie na biurku w pokoju syna stanął „Wołek” w ramce, po nim Ariel oparty o płot na Kaszubach. Zaczęliśmy kupować „Świat Motocykli”.

W pewnym momencie brat zaczął opowiadać o motocyklu, który wzbudzał jego zainteresowanie (był stałym czytelnikiem „Świata Motocykli.”, „Motocykla”,”Classic Motocycles” i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze).

Oczywiście był to „anglik”, tyle, że produkowany w Indiach. Zachwycał się nim przy każdym naszym spotkaniu. Próbowałem go od tego odwieść:

- Coś Ty, motocykl produkowany w Indiach ?– zapomnij- Co Hindusi potrafią?

A On swoje:

- Technologia angielska, a składany w Indiach to będzie tani.

Patrzyłem na to sceptycznie, ale nie chciałem Mu sprawiać przykrości, cóż mnie do tego, przecież nie kupuję motocykla.

W 2003 roku, w listopadzie, namówił mnie na wyjazd do Zamościa, do człowieka, który jakoby najlepiej znał się na motocyklach, pisał książki i artykuły do „Świata...”, a przy tym był dealerem tego hinduskiego „anglika”. Miałem czas, więc wybrałem się z bratem na wycieczkę- po raz pierwszy od wielu lat wyjechaliśmy gdzieś razem. Warto było. Poznałem nową drogę z Frampola do Zamościa (przez Gorajec zamiast Biłgoraj i Zwierzyniec). Piękna widokowo i krótsza.

Ale, przede wszystkim, poznałem Pana Tomasza. Szczupły, niewysoki, lekko przygarbiony. Pooglądaliśmy motocykle stojące w warsztacie: Royal Enfielda Bullet`a niebieskiego, takiego samego czarnego (ale de Lux) i czerwonego Enfielda sixty five- solówkę. 

 


Nie powiem, prezentowały się imponująco. Pan Tomasz odpalił swoją maszynę, rzeczywiście, głos miała piękny. Ten ton słyszałem kilkanaście lat wcześniej- wydobywał się z Nortona. Jako, że listopad nie należy do gorących miesięcy, poszliśmy na herbatkę. I zaczęło się: Janusz pytał, a Pan Tomasz odpowiadał i opowiadał. Widać było, że wie, o czym mówi. I czynił to z pasją. Siedziałem jak na tureckim... nie- jak na hinduskim kazaniu. Dwa razy o coś zapytałem, zaznaczając, że jestem laikiem, że przyjechałem z bratem do towarzystwa. Nasz rozmówca nie zrażał się i odpowiadał mi równie wyczerpująco, jak Januszowi, tylko bardziej przystępnie (chciał pewnie, żebym rozumiał, co do mnie mówi). Stanęło na tym, że Janusz zamówił jeden egzemplarz motocykla. Miał to być czarny Royal Enfield 500 de Lux, z chromowanymi błotnikami. Zaczynał mi się podobać, ale cóż, był tylko jeden. Wróciliśmy do domu. W grudniu Janusz zadzwonił, że sytuacja finansowa nie pozwala mu na zaliczkowanie motocykla (miał być do odbioru na Wielkanoc). Dałem pieniądze na zaliczkę, coraz częściej myśląc o tym, że jak nie weźmie to może ja... ? Wszystko wyjaśniło się w styczniu. Firma, w której mój brat pracował, zaczęła podupadać. Wiadomo, że ktoś, kto ma na utrzymaniu 5 osób, a w perspektywie utratę pracy, nie kupi motocykla. Stanąłem przed nie lada dylematem. Byłem zdecydowany, ale co na to moja Żona? Rozmowa o zakupie motocykla trwała 3 miesiące. Jestem jej wdzięczny za to, że się zgodziła**. Ale najbardziej zadowolony z tego był mój syn. Miał już 17 lat i w bliskiej perspektywie „prawko” na motocykl. Jednak największy wpływ na moją decyzję miał fakt, który zaobserwowałem kilka lat wcześniej- mój brat po sprzedaży motocykla (warunki ekonomiczne) stał się innym człowiekiem. Stał się zgryźliwy, zgorzkniały i taki szary- po prostu zdziadział. 

 


Nie macie pojęcia, ile radochy daje jazda motocyklem (podobno w drugiej ławce też). Mogę to powiedzieć, bo sam doświadczyłem. Ale wrażenia z jazdy będą potem. Teraz trzymajmy się chronologii. No więc przyspieszony kurs podstawowej obsługi motocykla w Zamościu u Tomasza Sałka i motocykl stanął w Tychach, w biurze firmy, na honorowym miejscu.

Z miejsca stał się sensacją– nikt ze znajomych do tej pory nie jeździł i patrzeli na mnie bardziej z politowaniem niż ze zdziwieniem (zachciało się chłopu na starość). Ale ja mam dopiero 48 lat. Wszyscy czekaliśmy, aż puszczą śniegi. Nareszcie. Za radą Janusza zacząłem naukę jazdy na mało uczęszczanym placyku. Kółeczko na jedynce w lewo- przerwa, jeszcze jedno i znów przerwa. Gdy kółeczka wychodziły już bez podpórki, to zacząłem kręcić w prawo. Potem to samo na dwójeczce. Trzeciego dnia wyjechałem na drogę publiczną. Mały ruch (bo to poza miastem), ale już można było wrzucić trójkę i czwórkę- taka pętla 3,5 km. No to potem dwie w lewo i dwie w prawo. A po tygodniu wyjazd do miasta. Byłem lekko zdenerwowany- co zrobię jak zgaśnie na skrzyżowaniu lub na światłach? No cóż, odpowiadam sobie, zepchnę na pobocze albo na chodnik i odpalę znowu. Tak zrobiłem. Podczas pierwszych jazd rzeczywiście kilka razy zadusiłem silnik. Ale uwierzcie, nikt nie trąbił, nie mrugał światłami i nie pukał się się w czoło. Czekali cierpliwie aż dwa „dziadki” odjadą ze skrzyżowania (mam siwą brodę, kask nie pozwala ocenić dokładnie wieku, a jak wygląda Royal Enfield- każdy wie). Pierwsze jazdy wokół miasta nie przynoszą spodziewanych przyjemności i radości z jazdy. Motocykl jest powolny, czasem kichnie, nie za bardzo przyspiesza. Telefon do Pana Tomasza i już wszystko jasne– ten rocznik trzeba dotrzeć, wyregulować i podczas kolejnych wycieczek trzymać usta zamknięte. Dlaczego? Dobrze wiecie. No więc czekało mnie kolejne zadanie. Wyjazd do Zamościa by wyregulować moto. 400 km dla początkującego jeźdźca, w dodatku samotnie, to już, według mnie, coś. Przedtem jednak był mały test. Jazda do Krakowa i z powrotem miała być namiastką tego, co mnie mogło czekać. Motocykl spisał się znakomicie podczas tej wyprawy. 


 Jadę, zatem, do Zamościa! Spakowałem pełną torbę ciepłych ciuchów (bo maj był zimny) i 22-go wyruszyłem w moją pierwszą poważną podróż motocyklem. Słuchajcie, cudownie– słoneczko świeci po raz pierwszy od tygodnia, a ja sobie powolutku, 60-70/h, pomykam na Wschód. Pierwszy postój u brata w Krakowie- kawka, odpoczynek i dalej do przodu. Następny w Zawidzy (za Osiekiem) przy trasie sandomierskiej- obiad. W lesie jest Zajazd pod Dębami, gdzie można dobrze i tanio zjeść- polecam. Słoneczko dalej świeci. Mijam Tarnobrzeg, Stalową Wolę, Nisko i kieruję się na Janów Lubelski. Na podróż motocyklem piękna trasa– mały ruch i dużo lasów po drodze. Z Janowa na Frampol, Biłgoraj (wizyta na cmentarzu u Dziadków i pod Pomnikiem Katyńskim) i przez Szczebrzeszyn do Zamościa. Skończył się piątek a wraz z nim dobra pogoda. W sobotę zaczęło padać- temperatura spadła do +10 stopni. Niestety mam tylko 2 dni wolne– jeden na przegląd motocykla, drugi na powrót do domu. Wbijam się w ciepłe ciuchy i zasuwam do warsztatu Tomasza Sałka. Pan Tomasz to chodząca encyklopedia wiedzy o jednośladach. I chyba pasjonat przez duże „P”. Przegląd przebiega bardzo sprawnie: wymiana oleju, filtra, regulacja gaźnika, zapłonu, rzut oka na sprzęgło. Wszystko gra. Jadę do Hrubieszowa odpocząć przed powrotem do domu. Trzeba wyjechać rano, bo nie wiadomo, co może cię spotkać po drodze. Poranek wita mnie słoneczkiem. Gęba mi się uśmiecha na ten widok, jednak uśmiech zamiera, gdy patrzę na termometr- +6 stopni. Dobrze, że na plusie, nie? (tego dnia wieczorem- po powrocie do domu - stwierdziłem, że motocykl to zabawka dla twardych mężczyzn). Ale komu w drogę.... . Pakuję na siebie wszystko, co mam w torbie: podkoszulek, drugi z długim rękawem, koszulę flanelową i wełniany golf. A na to wszystko „skórę”. Wyglądam i poruszam się jak Ludzik „Michelin”. Ale co mi tam, na motocyklu nie będę biegał, to się nie spocę. Naiwny, siedzisz prawie bez ruchu, to marzniesz i kwita. Motocykl, po przeglądzie, jakiś taki żwawszy, lżejszy, bardziej „wyrywny” do jazdy. Tak jakby cieszył się razem ze mną, że już mu więcej wolno. Ma rację, jedzie się przepysznie. Pierwsze 70 km to poezja. Słońce świeci, „0” ruchu, bo to niedziela rano, a ja sobie jadę. Beztrosko. Miał rację kochany braciszek, że na motocyklu zapomnę o troskach i zmartwieniach – rzeczywiście tak było. Ale tylko częściowo. W Szczebrzeszynie skręcam na Frampol, droga tam wiedzie przez piękną widokowo okolicę. Nie patrzę na mapę, ale mam wrażenie, że to granica pomiędzy Roztoczem a Wyżyną Lubelską. I to wszystko, co było piękne w tym dniu. Zaczyna padać deszcz, a ja w szczerym polu. Do Frampola jakieś 10 km. Nie ma się gdzie schować więc pcham do przodu. Zrobiło się zimno jak jasna cholera. Dojeżdżam do Frampola i „dokuję” na Petrochemii. Ciepło, sucho – pierwszy raz zauważam, że na stacji benzynowej może być tak pięknie. Zrzucam z siebie 2 wierzchnie warstwy i zamawiam 3 herbaty. Boski napój! Po pół godzinie jestem gotów do dalszych zmagań z naturą. Rozgrzany i pokrzepiony wychodzę na słoneczko. Pięknie, ale krótko. Do Janowa Lubelskiego dojeżdżam w beztroskim nastroju. Ale w drodze do Niska (droga piękna, szeroka) znowu zaczyna padać. Teraz muszę uważać na złośliwość kierowców jadących z przeciwka. Na drodze potworzyły się kałuże i jadący z przeciwka wjeżdżając w taką kałużę, robi falę, która może mnie przewrócić. Jadę więc wolniej i prawie poboczem. Deszcz na szczęście ustaje i mogę jechać spokojniej. Ale pogoda nadal nie sprzyja motocyklistom- wieje silny i zimny wiatr. W takiej atmosferze mijam Nisko, Stalową Wolę i Tarnobrzeg. Pora zatankować. Zapomniałem powiedzieć, że jadąc na przegląd (powoli i bez zrywów- 60-65km/h), mój motocykl spalił 2,45 l/100km. No więc dojeżdżam do Łoniowa i skręcam na stację benzynową. Uzupełniam paliwo, idę do kasy. Wiatr jest tak silny, że przewraca motocykl. Pracownik na stacji mówi, że od kilku lat nie było tak silnego wiatru. Pociechą dla mnie jest, że za parę chwil znowu wjadę do Zajazdu Pod Dębami w Zawidzy. Przerwa w podróży to oddech i w tym wypadku gorący obiad. Po godzinnym odpoczynku w „ciepełku”, pełen optymizmu, ruszam w dalszą drogę. Do domu pozostało mi tylko 230 km. Czyli połowa już za mną. I znowu, tak jak rano, świeci słońce, z tą jednak różnicą, że teraz nie ma wiatru. Radość moja nie trwa jednak długo. Po kilkunastu kilometrach tak zaczyna lać tak mocno, że nie zastanawiając się wjeżdżam pod parasole restauracji, w której odbywało się przyjęcie komunijne. Za zdjęcia dzieci na motocyklu, jestem częstowany gorącą herbatą i ciasteczkami. Podbudowany psychicznie i fizycznie wykonuję długi skok do Krakowa. Tam znowu gorąca kawa na stacji benzynowej (bodajże na ul. Włóczków) i ostatni już etap mojej podróży do Tychów. Muszę stwierdzić, że podróż ta była moim chrztem bojowym. Przyznaję, że zmarzłem w tym dniu jak cholera. Dwa razy zsiadałem z maszyny tylko z tego powodu, aby z niej nie spaść. Ale było to cenne doświadczenie– Polska to nie Kalifornia ani Floryda– pogoda bywa u nas różna i teraz, po kilku miesiącach użytkowania motocykla, mogę stwierdzić, że jazda w złych warunkach już mnie nie przeraża, bo to doświadczenie mam już za sobą. Zaopatrzyłem się tylko w akcesoria niezbędne do podróżowania przy różnej pogodzie. Teraz– po zakończeniu sezonu motocyklowego– mojego pierwszego!- mogę powiedzieć, że wdzięczny jestem bratu, iż namówił mnie na tę przygodę. (A tak między nami – mój sezon jeszcze się nie skończył. W suche dni wyjeżdżam na krótkie, kilkudziesięciokilometrowe przejażdżki). JEST WSPANIALE 


Historia w obrazkach.
Zamieściłam teraz tylko kilka zdjęć, bo w postach o naszych rajdach będzie ich sporo.

** Ówczesna żona, ja nie miałabym w ogóle oporu, a wręcz piałabym z zachwytu- taki piękny motocykl, to co to za wahanie się.

01 czerwca 2026

Nadciągała apokalipsa, a skończyło się jak zawsze.

 Małe irysiki, które pachną suszonymi śliwkami.


I irysy syberyjskie.


Bardzo wcześnie rano koncertują w ogrodzie wilgi. W tym roku przyleciały do ogrodu już w maju. One przylatują do naszego kraju wiosną, a u nas zawsze początkiem lipca, w ogrodzie, się pojawiały? Tym razem jest inaczej. Cieszę się, bo bardzo lubię śpiew wilgi. Wprowadza w nastrój beztroskiego, gorącego lata. Na razie śpiewa samiec, skrzeków samicy nie słychać- znak, że nie będzie deszczu. Szkoda, bo ziemia znowu jest sucha. Zapowiadają burze pod koniec tygodnia, ale nie znaczy to, ze będą tutaj- pewnie znów nas ominą.

Wiosna zrobiła się prześliczna, jest bardzo ciepło, słonecznie. Wynagradza kwietniowe zimna. Za trzy tygodnie będzie już lato, które zapowiadają też gorące. Trochę za szybko teraz lecą dni, za szybko.

W środę o godzinie 9 rano, na południowym tarasie, było 48 stopni, a na termometrze od północnej strony 22 stopnie. 


 
Niesamowite, koniec maja i już takie upały. W ogrodzie można pracować już tylko po 17 a i wtedy jeszcze jest bardzo ciepło. Wprawdzie zostały mi już tylko kosmetyczne sprawy- podcinanie, wyrywanie trawy dokoła krzewów oraz wyrywanie chwastów, ale to fajna robota i nie ma naporu, by już, natychmiast trzeba było coś zrobić. Ot praca i przyjemność w jednym.

Wieczorami (coraz dłużej jasnymi), koncertują jeszcze żaby, pachnie bez palibin i jest tak, jak być powinno o tej porze roku.

A to jaśmin pachnący pusty. Czekam, kiedy rozkwitnie pełny mocno pachnący.

Szkoda, że zasadziłam go głęboko w ogrodzie- tam pięknie pachnie, a chciałoby się, by pachniał przy tarasie.
Powoli przekwitają azalie (zrobię zbiorówkę zdjęć tych, które są w ogrodzie- kiedyś:)). W tym roku niektóre kwitną słabo. W ogóle krzewy kwitną mniej obficie niż w zeszłym roku. Prawdopodobnie podczas tej jednej, jedynej nocy w kwietniu, kiedy było – 5 stopni, mróz uszkodził pąki kwiatowe.

W lasku przekwitają krzaczki truskawek. Tak, truskawki w lasku- kiedyś tam, gdzie teraz są dwa rzędy sosen, były dwa rzędy truskawek. Uprawiałam je na sprzedaż, by dorobić do marnej, nauczycielskiej pensji, ale to odrębna historia. Dwa lata bawiłam się w to, a potem stwierdziłam, że nie mam siły na uprawę tak dużego areału truskawek. A jeszcze później zasadziliśmy sosny, natomiast truskawki przetrwały do teraz, bo sprytnie, co roku, puszczały nowe rozłogi, z których wyrastały młode krzaczki. Kwitną, a potem owocują i jest ich dosyć sporo. 

 Od lat  truskawek nie uprawiam, ale na ich brak nie narzekam, bo każdej wiosny, przy okolicznych marketach, ustawiają swoje stoiska z truskawkami prywatni ogrodnicy i takie świeże owoce sprzedają. Kupujemy i jemy na bieżąco bez dodatków. Żadna śmietana, żaden cukier- naturalne saute.

 Bardzo lubimy sery z wszelkimi dodatkami. Na zdjęciu nowa dostawa świeżych serów, wyrabianych przez naszego klienta. Nie ma wśród nich sera z orzechami włoskimi. Tym razem nie ma, ale często bywa i przeważnie taki kupujemy również.

Nasza „deska serów polskich”.

 Byliśmy u producenta pieców CO- tym razem w ogóle nie namawiano nas na zainstalowanie pieca na pelet. No cóż, jego cena poszybowała w górę, jest on mniej kaloryczny, w sumie nie opłaca się teraz nim ogrzewać. I nie jest wcale taki ekologiczny, bo podczas palenia się też uwalnia związki chemiczne.

Zresztą, od pewnego czasu przestałam przejmować się ekologią w miniaturowym wydaniu, czyli naszym domowym. To, co możemy i mamy możliwości w tym temacie, to uskuteczniamy, ale opalania ekologicznego nie przeskoczymy. Albo ekologia i „dobro ludzkości”, a dla nas marznięcie oraz ewentualne wizyty u lejarza tudzież wydatki na leczenie, albo nasze zdrowie, dobrostan i w jakimś sensie mniejsze wydatki, ale przy mniejszym wkładzie ekologicznym. Zdecydowanie wolę to drugie wyjście. Na szantaż emocjonalny też już nie pozwalam i nie czuję się winna, kiedy różne takie rzeczy o ekologicznych truciach, podczas ogrzewania domów, czytam.

Wczoraj był monter, obejrzał miejsce instalacji pieca, nie będzie problemów- umówiliśmy się na montowanie w lipcu. Piec na ekogroszek będzie i to jest ostateczna nasza decyzja.

W piątek byliśmy oglądać pola inkarnatki, a w sobotę przeleciała nad domem burza. I jak to już od dawna bywa tutaj, przeleciała bokiem, a nas tylko musnęła. Za to jak musnęła. Przez 10 minut lało, żabami z nieba ciepało. Bardzo dobrze, wreszcie trochę więcej wody ziemia nabrała.

Taka piękna chmura szelfowa sunęła nad wieś (ale nie na nas). Kapitalne są te firany szarych chmur, coś niesamowitego.


Na filmie przesuwa się plama- sorry, chyba kupiliśmy aparat z lekkim defektem w obiektywie. Wymienić już nie możemy, bo to był ostatni egzemplarz w sklepie, a tego typu aparatów już się nie produkuje (teraz telefony robią za aparaty fot.). Ale myślę, że ta plama i tak zbyt mocno nie psuje wrażenia, jakie robi chmura szelfowa. Na zdjęciach w ogóle jej nie widać.
 
A niedziela była leniwa, słoneczna, wypełniona tkaniem wiosennego gobelinu. Ten kciuk nada utrudnia mi pracę. Podważanie tak gęstej osnowy palcami wskazującym i środkowym lewej ręki to nie jest to, co przyspiesza pracę. Jednak przecież nikt mnie nie pogania, terminy nie trzymają, mogę sobie tkać w takim tempie, jakie sobie sama narzucam. Jedynym dyskomfortem jest to, że już mi się ciągnie ten temat, chciałabym zacząć tkać coś nowego i na rzadszej osnowie.

Jaskół, na "Szerszeniu",  zaliczał trasę na zachód, by obejrzeć dwa pałace, czy warto tam się wybrać na wycieczkę samochodem. Warto. 

Dzisiaj przelotnie pada i jest stosunkowo ciepło. 

I jeszcze trochę orlików, których już zostało parę krzaków. Kiedyś miałam więcej tych pustych z ogonkami. Były różnokolorowe. No tak, pisałam już, że ogród kwiatowy "zwijam". Nie mam już siły, ani takiej, jak kiedyś ochoty grzebać w ziemi.




 


29 maja 2026

Krwawe pola.

 

Dzisiaj byliśmy zobaczyć „na żywo” pola inkarnatki. Na Facebooku co i rusz ludzie pokazują zdjęcia oraz filmiki z „krwawymi polami” na Podhalu. Śliczne, myślę sobie- chciałabym takie pole zobaczyć w realu. I nagle przewija się następny filmik, na którym pani pokazuje czerwoną koniczynę i mówi- Przybijajcie tutaj, do Owsiszcza, albo Tworkowa, zobaczcie sami te cuda”.

Owsiszcze? Pytam Jaskóła, jak długo tam się jedzie i przypominam sobie, że przez tę miejscowość, podczas naszych wypraw, co najmniej, dwa razy przejeżdżaliśmy. Ale wtedy mieliśmy wyprawy całodniowe i czas się dla nas nie liczył, a teraz jeździmy z Bezą i musimy brać jej starość pod uwagę. Okazuje się, że trasę powinna bez problemu wytrzymać. Owsiszcze to wioska granicząca z czeskim Pistem, a jedzie się do nich przez Chałupki, Krzyżanowice. No nieważne, ważne, że dojechaliśmy z małym postojem dla Bezy na siusiu i te krwawe pola zobaczyłam w naturze.

I był to ostatni moment, bo koniczyna wyraźnie przekwita, jej barwa traci moc i kwiaty szarzeją. Na mur w przyszłym tygodniu zostanie ścięta.

 

O inkarnatce czytałam w zeszłym roku- zastanawiałam się nawet, czy nie kupić paczki nasion i wysiać je do donic. Jest naprawdę dekoracyjna. Inną dekoracyjną roślina, uprawiana na dużych areałach jest facelia błękitna. Tę, z kolei, należy jechać podziwiać na polach niedaleko Kędzierzyna (o ile już jej nie ścięli). Inkarnatka jest doskonała na poplon, facelia jest bardzo miododajna. 

 

Na miejscu musieliśmy poszukać drogi do tych pól. Tylko w pobliżu jednego udało nam się zaparkować, inne były za domami i szukanie dojazdu do nich zajęłoby dużo czasu. Nie chcieliśmy też naruszać prywatności moimi kaprysami. Poprzestaliśmy na tym jednym.


 

Kiedy napatrzyliśmy się na pola inkarnatki do syta, zastanawialiśmy się, czy jechać przez Czechy- jechaliśmy rano, czy wracać po stronie polskiej. Zdecydowaliśmy się na Polskę, ale z postojem na parkingu w meandrach Odry w Zabełkowie. I bardzo dobrze, bo trafiła mi się następna fotograficzna gratka- pszczoła czarna. Przysiadła dosłownie na moment na maku i zanim zrobiłam jej drugie zdjęcie, zwiała. Gdy zobaczyłam takiego czarnego dużego owada, myślałam najpierw, że to jakiś gatunek trzmiela. Jednak potem pszczoła na chwilę „zawisła” nad makiem i poznałam ją. Pierwszy raz widziałam taką pszczołę w oranżeriach pałacu Raduń (Czechy). Tam też widziałam ją tylko przez chwilę, ale na tyle długo, by poznać, że to czarna pszczoła.


 

Cała nasza wyprawa trwała 3 godziny z kawałkiem. Całkiem udany piątkowy wypad, bo nawet upał nie był dokuczliwy- zresztą w samochodzie jest klima, ale te spacery, choć krótkie są już dla Bezy męczące.


Pola z inkarnatką ciągnęły się po obu stronach wsi.




26 maja 2026

Spojrzenie wstecz.

 

Od paru dni zastanawiam się nad tym, w jaki sposób opisywać nasze zloty motocyklowe. Parę już opisałam- zlot w Sztramberku oraz dwa u nas, ale tych zlotów było sporo, a ja czuję niedosyt w ich przedstawianiu. I chciałabym, by to, co piszę było interesujące, wciągające. 

Oczywiście, że opiszę tylko te zloty, w których brałam udział. Chodzi głównie o długie zloty, trwające od piątku do niedzieli- były one organizowane na Roztoczu oraz organizowane przez nas tutaj, na Ziemi Cieszyńskiej. Robiliśmy z Jaskółem również krótkie wypady, takie jednodniowe i one też są warte opisania. Jaskół jeździł i nadal jeździ na zloty organizowane przez kolegów w różnych częściach kraju. W sumie, jako plecaczek, przejeździłam pięć lat. Później się to skończyło. Pisałam już o moim kręgosłupie, który, niestety, nie pozwala mi na jazdę na motocyklu, ale i inne przyczyny, ważne przyczyny (chora matka, wymagająca stałej opieki, małe szczenię, sklep, który wtedy musiał jeszcze codziennie funkcjonować), spowodowały, że na motocykl mogłam i teraz też mogę sobie tylko popatrzeć i westchnąć do wspomnień.

A te są wspaniałe i dużo ich, bo dużo się na zlotach działo, bardzo dużo. Każdy z nich wymaga kilku postów, aby cały opisać wraz z fajnymi i niefajnymi chwilami, wrażeniami, by poczuć atmosferę, klimat tych motocyklowych spotkań.

Wiele rzeczy muszę sobie przypominać, porządkować zdjęcia, kolejność wydarzeń, drogę tam i z powrotem. Muszę przypomnieć sobie, kto na tych zlotach był, jak się zmieniały motocykle i priorytety zlotowe. Tak priorytety, bo formuła organizowanych przez nas zlotów tutaj, była prosta- trochę zwiedzania, dużo jazdy na motocyklach po fajnym terenie. Natomiast formuła zlotów na Roztoczu ewaluowała w stronę- mało jazdy, dużo zwiedzania. I program II zlotu, w tamtych stronach, był wręcz przeładowany. Nie narzekam, jednak taka ilość miejsc do zobaczenia spowodowała, że wszystko robiliśmy pod presją czasu. Na szczęście III i IV zloty pod tym względem były już o wiele spokojniejsze.

Do czego najbardziej tęsknię? Ano do atmosfery, jaka na naszych spotkaniach panowała. Była ona oparta na spontanie, uważności, serdeczności, oraz wzajemnym zaufaniu. W czasach, kiedy motocykle nie były jeszcze w takiej masie kupowane jak teraz, a modne były głównie ścigacze oraz grupy motocyklowe zarejestrowane w MC, naszą grupę, oprócz miłości do motocykla marki Royal Enfield, cechowało ogromne koleżeństwo (mimo czasem sporych różnic wieku) oraz chęć spotykania się, by wspólnie pojeździć.

No tak, tak było, a Jaskół, który corocznie spotyka się na zlotach z częścią tych ludzi (dochodzą nowi, ale już na różnych motocyklach), twierdzi, że już nie ma takiej atmosfery jak kiedyś. Owszem, jest koleżeńskość, ale brakuje tego czegoś, no nie wiem, jak to nazwać, chyba brakuje w nich Spiritus fraternitatis- ducha braterstwa, a może Spiritus communitatis- ducha wspólnoty?

Po prostu stara gwardia się wykrusza- część sprzedała Enfieldy, część choruje, w ogóle nie jeździ (SKS panie, SKS), paru zmieniło zainteresowania, już ich jazda na motocyklu nie rajcuje.

No trudno, nic nie jest wieczne, ale wspomnienia zostały, świetne wspomnienia i myślę, że warto je przelać na blog.

I jeszcze trochę o tym, jak zaczęła się cała historia zlotów. To, co teraz napiszę, to są wspomnienia Jaskóła. On kiedyś motocyklami interesował się średnio. Jego brat miał motocykle, zmieniał je co jakiś czas, a jego miłością były motocykle angielskie. Jaskół zrobił prawo jazdy na motocykl i na tym się jego zainteresowanie tymi pojazdami na długi czas skończyło. Owszem, podziwiał pasję brata, podziwiał jego maszyny, ale sam nie miał ochoty na coś takiego. W 2004 roku brat oznajmił, że ma na oku fajny angielski motocykl, jedzie go zobaczyć do Zamościa i zaprosił Jaskóła na wspólną wycieczkę. Motocykl obejrzeli, brat zdecydował się go kupić, ale coś mu się w życiu finansowo spaskudziło- musiał z kupna zrezygnować. Jaskółowi żal zrobiło się takiej fajnej maszyny- klasyk o pięknej linii, na kopa- czemu nie spróbować? No i tak kupił motocykl marki Royal Enfield. A potem już poleciało. Ponieważ Jaskół uznał, że to fajny motocykl oraz warto go popularyzować, pojechał do importera i podjął się sprzedawać te maszyny tutaj na Śląsku. Udało mu się sprzedać w jednym roku 3 motocykle. Tak powstał zalążek grupy miłośników motocykla tej marki. Mój mąż ma zdolności marketingowe, toteż wymyślił, że organizowanie rajdów dla posiadaczy tych pojazdów, będzie doskonałym sposobem na reklamę, a tym samym na podniesienie ich sprzedaży. Trzeba pamiętać, że w połowie dziesięciolecia XXI wieku, motocykli było stosunkowo mało i mało było różnych marek. A jak były, to były te najbardziej znane- Moto Guzzi, Harleye, „japońce”. Royal- Enfield to było coś nowego na rynku- ruszyła jego sprzedaż w całej Polsce. Jaskół miał umowę z Importerem, który go informował gdzie sprzedano każdy motocykl. Potem Jaskół nawiązywał kontakt z tymi ludźmi i tak zaczęła się rozrastać grupa miłośników tej marki. Każdego roku motocykliści przyjeżdżali na zlot, który organizował Jaskół (noclegi, wyżywienie, wycieczka w teren). Baza zlotowa była wówczas w Tychach. Kiedy Jaskół przyprowadził się do naszego domu, zloty przeniósł na ten teren. Potem spotkania royalistów zaczęli organizować inni motocykliści i tak każdego roku grupa (cyklicznie) zalicza spotkanie w różnych miejscach Polski. Średnio takich zlotów jest pięć. Jaskół założył również prywatną stronę internetową dla royalistów- Forum działa do dziś. Tam motocykliści mają możliwość podyskutować w różnych tematycznie działach.

Ja o mojej miłości do motocykli już pisałam- tak spotkały się dwa „waryjoty”, które pokochały ten piękny motocykl oraz motocyklowe wyprawy w teren.

No i na koniec powiem tak- wprawdzie w znanym powiedzonku to Niemiec płakał „jak go sprzedawał”, ale kiedy sprzedawaliśmy naszego Enfielda, to ja ryczałam i długo nie mogłam się z jego sprzedażą pogodzić. W sumie to jeszcze teraz mam ucisk na duszy, jak sobie przypomnę jego wygląd i ten kosmiczny klang to... ech..... Po 20 latach wzajemnej miłości- nasz się stosunkowo mało psuł- ze względów zdrowotnych, musieliśmy ten wspaniały motocykl, sprzedać.

Co jeszcze należy dodać? Ano to, że nasz Enfield produkowany był już w Indiach, ale jeszcze na podzespołach i w technologii angielskiej, potem, kiedy skończyła się angielska licencja, Hindusi zaczęli produkować swoje Enfieldy. Teraz trzepią masową produkcję, zmieniając często dizajn motocykla- jego piękny klasyczny wygląd dużo stracił. No i są na wtrysk (guziczek)- gdzież ten wymóg kopa, który stawiał motocyklistę przed dosyć trudnym zadaniem, ale stwarzający przeżycie przygody- zapali za pierwszym kopem, czy nie zapali. Te nowe modele cieszą się dosyć dużym powodzeniem w naszym kraju.

A Jaskół? No cóż był jednym z pierwszych popularyzatorów tej marki. W grupie został nazwany Komandorem, a kiedy sprzedaliśmy nasz motocykl, jeden z kolegów stwierdził: „Skończyła się pewna epoka”. I to jest fakt- skończyła.

Zaraz po kupnie.


 

No i jeszcze trochę o mnie w tej całej historii muszę jednak opowiedzieć. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz Enfielda normalnie zdębiałam- tak pięknego motocykla „na żywo” nigdy nie widziałam. I moja miłość do tej maszyny była dosłownie „od pierwszego spojrzenia”. Pierwsze jazdy zaliczyłam w normalnych ciuchach i w nowym kasku, bo ten od razu kupiliśmy, kiedy Jaskół upewnił się, że będę z nim jeździła. Kask powinien mieć spuszczaną szybę (uderzenie owada w twarz, przy dużej prędkości, jest bardzo bolesne, oczy też są tym zagrożone) i blendę. Nasi znajomi zainstalowali sobie interkom- my doszliśmy do wniosku, że każde z nas ma prawo do indywidualnego przeżywania jazdy i gadanie podczas niej, jest nam niepotrzebne.

Potem przyszła kolej na ciuchy ekstra motocyklowe oraz motocyklowe buty. Kurtka i spodnie ze specjalnymi wkładkami i z podpinkami, doskonale sprawdziły się podczas jazdy, zarówno w deszczu, tak i w upałach. Podczas upału po prostu wypinałam podpinki a pod spód ubierałam tylko lekkie rzeczy. Wierzcie mi, na motocyklu, w czasie jazdy, szybciej się zmarznie niż przegrzeje. Na plecach kurtek mamy naszywkę z napisem.

 Buty tylko raz mi przemokły, kiedy jechaliśmy podczas ulewy- i przemokły tylko dlatego, że wyprzedzające nas samochody ciągnęły za sobą fontanny wody na wysokości naszych stóp. Odpowiednie ubranie motocyklowe jest konieczne ze względu bezpieczeństwa. Nigdy też nie odważyłam się jeździć bez skórkowych rękawic- jeżeli ktoś widział zdartą skórę na dłoniach, ten przyzna mi rację, że taka ochrona jest potrzebna podczas każdej jazdy.

Motocykl zaliczył kilka przeróbek, ale nie naruszyło to jego ogólnego, klasycznego wyglądu.

Musieliśmy w naszym Enfieldzie podnieść tylne podnóżki oraz kolega dospawał, specjalnie dla, mnie oparcie. Potem były próby z siodłami, jednak tego ekstra dla mnie zrobionego już nie zdążyłam przetestować- uraz kręgosłupa był szybszy.

A w następnym poście będzie dokładna relacja Jaskóła o tym, jak dał się wciągnąć w przygodę z motocyklem, na punkcie którego oszalał- trwało to 20 lat.

Ja to napisałam tak płyciutko, ale jego wspomnienie ze szczegółami, warto przeczytać.

Trochę Indii- tam Enfieldy traktowane są jako narzędzie do przemieszczania się i wożenia dosłownie wszystkiego. Jest to tam popularny środek transportu, który wjedzie nawet na wysokie góry "bez zadyszki", a jest tak skonstruowany, że może go naprawić uliczny "mechanik" za pomocą śrubokręta i młotka. Mieć w Indiach Enfielda oznacza pewną nobilitację. 

Czwórka na Enfieldzie