„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

18 lutego 2026

"Pogranicza".

 

Taka ładna wczoraj zima była. Była, bo już się spsiła. Wiatr śnieg strzepał  z gałęzi i zrobiło się ponuro.

 Fotkę strzeliłam na okoliczność. Opatrunek ma być luźny to i wyszła taka gruba kukieła.

 

Jeden szpital, różne oddziały, różne traktowanie pacjenta. Na SORZE super- sprawnie, szybko. Na oddziale świetnie- spokojnie, życzliwie, bez napinki. W przychodni uraz-ort. porażka. Nie chce mi się w ogóle o tym pisać. Dość, że palca nie obejrzano i gdyby nie to, że mam jakieś pojęcie o wyglądzie zamartwicy, to szukałabym pomocy w innej. Ale nie boli, tylko kawałek czubka jest ciemniejszy, to może być siniak tylko. W piątek pójdę do innej przychodni, by się upewnić, że wszystko goi się, jak należy. Nabrałam wprawy w zmianie opatrunku. Niby nie muszę go zmieniać codziennie, ale chcę mieć pewność, że nic złego się nie dzieje, to obserwuję  i zmieniam.

Życie z wyłączonym kciukiem lewej ręki, jest nawet interesujące. Okazuje się, że pozostałe 9 palców też sobie jakoś radzi. JAKOŚ. No dobra, wkurzające jest to główkowanie, jak przytrzymać i pilnowanie, by nie urazić.

Człowiek ma  wkomponowane atawistyczne kombinowanie, jak sobie w trudnych warunkach radzić i teraz to we mnie się odzywa. No jak małpa, po prostu jak małpa- za krótka ręka, to „kijkiem” może; nie przytrzymam lewą, to może przysunąć do ściany i zaszprajcować na sztywno- słoik nie lata. Głowę jedną ręką umyję i gary też mi się udało. Dzisiaj będzie próba prasowania. Dzierganie na krośnie opanowałam, ale tkanie muszę poćwiczyć. Tu jest gorzej- bandażowa kukiełka przeszkadza.

Nie będę ciągle wołała Jaskóła do pomocy, jeżeli nie ma konkretnej potrzeby. Tym bardziej, że on już wcześniej lewą rękę miał wyłączoną z pełnego obiegu. Teraz się mu poprawia, ale też niektórych ruchów jeszcze nie potrafi, bez bólu, zrobić.

I tak sobie trwamy, takie dwa boroki, z wyautowanymi, na pół gwizdka, lewymi rękami. W sumie to odbywa się tu domowa tragifarsa. Każe z nas chce temu drugiemu pomagać, a nie bardzo sam potrafi koło siebie zrobić wszystko jak trzeba (najgorsze jest ubieranie się).

Odpuściłam, na razie, oglądanie „Ołowianych dzieci”. Czytam recenzje, czytam opinie, czytam wypowiedzi Ślązaków i odchodzi mi ochota na zobaczenie serialu. Wygląda na to, że znów poświęcono prawdę na rzecz netfliksowej rozrywki. Jaskół ogląda, trochę mówi. No nie wiem, jak znajdę czas to obejrzę. Wolę czytać (jest książka „Ołowiane dzieci”, na podstawie której nakręcono serial). 

Właśnie skończyłam kapitalną „Odrzanię” Rokity, a teraz czytam jego inną książkę „Aglo. Banką po Śląsku” (banka- tramwaj, w tym przypadku nr „7”). 

 „Odrzania”- doskonały opis ziem wyzyskanych, jak słusznie określa je Rokita, „Aglo...” charakterystyka „przystanków”, które mija tramwaj nr 7, pod kątem ciekawych zdarzeń, postaci, architektury i historii.

Obie czyta się lekko- Rokita ma dar gawędziarza, który nie przynudza, a jego opisy oparte są o konkretną wiedzę historyczną oraz wywiady z historykami specjalizującymi się w historii danego miejsca, a także na rozmowach ze starszymi mieszkańcami (ich wspomnieniach). Tam nie ma gdybania i ściemy, nie ma również radykalnych opinii i wniosków- jest dużo miejsca na własne przemyślenia.

I nadal twierdzę, że nie jestem zafiksowana Śląskiem, chociaż z boku może tak to wyglądać. Po prostu nareszcie mam dostęp do jego historii, nareszcie ktoś opisuje to wszystko, co chciałam wiedzieć, nareszcie jest dostęp do różnych źródeł. Dla równowagi czytam wszystko, co dostępne o Śląsku Cieszyńskim (Śląsku Austriackim, Księstwie Cieszyńskim) no i o Czechach. Wygląda na to, że jestem „człowiekiem pogranicza” (matka prusoczka, ojciec cesarok, i prawie całe życie mieszkam kilometr od granicy prusko- cesarskiej, jak nie z jednej to z drugiej strony)- nie tylko pogranicza między Śląskami, ale i pogranicza polsko- czeskiego. A historia, tych trzech ziem, jest bogata, pokręcona i niesamowicie interesująca.

Natomiast blog służy mi do porządkowania tego wszystkiego, co teraz poznaję na temat "trzech ziem". Mniej mnie interesuje polska Polska.

Przedwczoraj obejrzeliśmy konkurs skoków w parach. Bardzo, bardzo się cieszę, że nasi zdobyli srebrny medal. I cieszę się, jakkolwiek paskudnie to zabrzmi, że medal wygrali młodzi zawodnicy z Beskidów. Ale dalej nie rozumiem, dlaczego komentatorzy upierają się mówić, że Tomasiak pochodzi z Beskidu Wysokiego, kiedy on jest Bielszczaninem, a konkretnie mieszka w Bystrej, trenuje w Szczyrku. To przecież jest ogromna różnica. Natomiast Wąsek jest z Ustronia. Nie ma Beskidu Wysokiego, jest Beskid Wyspowy. Kiedy słucham sprawozdawców sportowych, to zastanawiam się, kto tak niedouczone, mówiące tragicznie po polsku osoby, dopuszcza do prowadzenia transmisji.

I to ciągłe dziwienie się, że Wąsek to ewangelik. Noż patrzajta i dziwujta sie- wanielik a skacze i medale zdobywa, kto by pomyślał. Tak samo traktowano Piotra Żyłę i Małysza. Ohoho, ohoho.... wanielicy, a potrafią. Cholera może człowiekiem trzepnąć.  

Zdumiała mnie porażka faworyta męskiej jazdy figurowej Malinina. Aż żal było oglądać, jak często trzepał pupą o lód, a przecież, od paru lat, nie ma sobie równych.

Tenis- dziewczyny w końcu się zbuntowały. I słusznie, jak długo można je traktować jak maszyny do zarabiania pieniędzy dla kogoś- organizatorów i WTA. One też zarabiają i to bardzo dobrze, ale mają swoje granice wytrzymałości i granice zdrowotne. Ciekawa jestem, co dalej z tym będzie.

To jest regał na książki.

 Czeka na złożenie i chyba długo poczeka, bo Jaskół ma rękę niesprawną, no a ja.... też.

Najpierw wybrałam zamykaną witrynę, bo chcę chronić książki przed kurzem. Ale wszystkie witryny, które mi się podobały i były w potrzebnym wymiarze, miały szklane półki. Nie o to chodzi, by postawić trzy egzemplarze, a o to, by regał zapełnić, bo z innych półek książki już "wychodzą".  Regał ma stać w sypialni- wybrałam kolor typowy- dąb sonomę, ponieważ może się zdarzyć, iż będę miała kaprys postawić regał w pokoju z dużym tarasem i wtedy musi pasować do tamtych mebli. One nie są w sonomie, ale bardzo kolorem zbliżone. Nie będzie widać różnicy. Eksperymentowanie z meblowymi stylami mam już za sobą. Teraz ma dominować kolor jasny, funkcjonalność oraz  prostota. I ma wszystko do siebie pasować.

W domu wiosennie. Tydzień temu nacięłam i już rozkwitła.

Pogoda? Czasem słońce, czasem śnieg. Dzisiaj już plusowo, jutro i pojutrze ponoć powrót mrozów. Dwie noce, po niedzieli mocne ocieplenie. Da się wytrzymać, chociaż już chciałoby się otworzyć szeroko drzwi na tarasy i wpuścić do domu słońce oraz wiosenny wiatr. Jak będą wyglądały prace wiosenne w ogrodzie? No nie wiem, prawa ręka sprawna, może da się coś zrobić. Przez 6 tygodni lewa wyłączona będzie- jeden już mija.

15 lutego 2026

Kiedy Anioł Stróż zaśnie na moment.

 

Uszkodziłam się. Mam wyłączony kciuk w lewej ręce co najmniej na 6 tygodni- jak dobrze pójdzie. Nie będę opisywała co i jak, bo nie jest w moim zwyczaju pisać o własnych słabościach na publicznych forach. Może troszeczkę, ale o tym akurat nie mam zamiaru. W każdym razie stało się, bo działanie było konieczne, a to był wypadek przy pracy.

Kciuk unieruchomiony- szpila, szycie, jedna doba w szpitalu. No i super. Przeżyłam. Pobyt na SORZE dosyć krótki, przyjęcie szybkie. Miałam do wyboru- robimy paluch na miejscu, czy decyduję się na oddział. Wybrałam to drugie. Musiałam mieć pewność, że przynajmniej przez noc będę pod opieką i nie będziemy kursowali, jakby się coś działo (nie działo się nic złego, ale ryzyko było, a sprawa dosyć poważna).

W szpitalu lekarze i cały personel na wysokim poziomie. Uśmiechnięci, życzliwi- wszystko sprawnie, ale jednak bolesne. Zachwyciło mnie podejście do kwestii bólu- domagać się przeciwbólówki, jak tylko zaboli. Nie skorzystałam, bo byłam nimi nafaszerowana po kokardy.

W domu, wczoraj, z pomocą Jaskóła, sama zmieniłam sobie opatrunek. Przydało się szkolenie sanitarne na „wojsku”, na studiach oraz dokładna instrukcja przemiłej pielęgniarki. Sam widok rany nieprzyjemny, ale ratujemy palec, to nie ma się co rozczulać. Przemyłam, zdezynfekowałam, otuliłam taką fajną otuliną w bandażu, zabandażowałam kłosowym i wszystko gra. Czy boli? Jasne, że boli, ale mam dosyć silne przeciwbólowe i kiedy nie potrafię wytrzymać, to łykam. Nie chcę nadużywać, bo jeszcze antybiotyk, a żołądek mam dosyć wrażliwy.

Teraz uczę się życia, pracując prawą ręką. Nie ma tragedii, ale niektóre momenty mnie wkurzają.

No dobra. Jak to w dowcipie było? Aha- „Znów spadło to białe kurestwo...”.



 


Chyba z 15 centymetrów spadło białego puchu. Świat wygląda ślicznie, taki czyściutki, biało-opatrunkowy. Na razie temperatura jest plusowa, ale dzisiaj w nocy ma być bardzo ujemna. Bardzo. Liczę na to, że jednak nie będzie to – 12 stopni.

Drapol przylatuje od czasu do czasu i siada teraz na gałęzi orzecha. Jego ulubiony bożodrzew został ścięty. 

Ten nie odleci- sister wielkie ucho lubi ozdabiać ogród "wisielcami" różnego asortymentu. One sobie wiszą latami, murszeją, tracą kolory, czasem spadną, częściej straszą.

A tu ciekawostka. 

 


Ciasteczka bez cukru. Sęk w tym, że kiedy zrobiłam pierwszy gryz, to poczułam, że są mega słodkie. Bez cukru i przesłodzone, taka sytuacja. No to do etykietki z tyłu a tam...
 

Substancja słodząca -maltitol. Czy to cukier?

Za AI " Maltitol to popularny, naturalny zamiennik cukru (poliol) otrzymywany ze skrobi, o słodkości 75–90% sacharozy i smaku bardzo do niej zbliżonym. Dostarcza ok. 2,4 kcal/g (o połowę mniej niż cukier) i ma niższy indeks glikemiczny (

), co czyni go odpowiednim dla diabetyków, choć nadmierne spożycie może wywołać efekt przeczyszczający.

06 lutego 2026

Śląska Katanga czyli o tym, co zatajano o życiu na Śląsku.

 

Od dłuższego czasu nie oglądam seriali i raczej mnie do ich oglądania nie ciągnie. Jednak ten obejrzę. Temat serialu jest mi znany, czytałam o tych dzieciach w paru publikacjach. Jest to kolejna część porażającej historii Śląska, historii, którą chciano wymazać, którą przed resztą Polski skrzętnie ukrywano.

Ukrywali ją nie Ślązacy, a Polacy, którzy przyjechali na Śląsk po wojnie i się kokosili, spychając Ślązaków na margines.

To nie jest, mam nadzieję, spojler. Ten artykuł należy potraktować jako wstęp do trudnego tematycznie serialu.

„Kto nie zna Śląska, "Ołowiane dzieci" odbierze dosłownie, jak opowieść o ratowaniu dzieci przed ołowicą. Na Śląsku - jestem pewien - serial będzie ważnym świadectwem, jak nieuczciwie polskie władze traktowały ten region.

Leonid Breżniew, pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego w 1974 roku odwiedzał Górny Śląsk. W opowieść o tym, jak doniosła dla naszego kraju była ta wizyta, zaprzęgnięto wtedy cały aparat propagandy. Wszystko miało być dopięte na ostatni guzik, czuwał nad tym sam Edward Gierek, który rządził Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą.


 

Prasa, radio i telewizja drobiazgowo relacjonowały przebieg wizyty. Breżniew odwiedził Hutę Katowice w Dąbrowie Górniczej, a w Czeladzi kopalnie "Czerwona Gwardia" i "Milowice-Czeladź", gdzie gensek usłyszał prośbę o "przekazanie jak najserdeczniejszych życzeń górnikom radzieckim". Potem był przejazd przez Siemianowice Śląskie do Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, gdzie spędzono ponad 15 tys. harcerek i harcerzy.

Tłumy obstawiły ulice, którymi podążała kolumna z Breżniewem. Z Chorzowa do Bytomia. Tam, na Placu Tadeusza Kościuszki, cztery ładne dziewczyny "spontanicznie" podbiegły do samochodu i wręczyły radzieckiemu przywódcy bukiety kwiatów, a tłum równie "spontanicznie" wzniósł okrzyk "niech żyje i zwycięża pokojowa polityka Związku Radzieckiego i państw wspólnoty socjalistycznej".

Dzieci zbadamy po cichu

Szopienice Breżniew ominął. W tej katowickiej dzielnicy toczy się inna historia. Młoda lekarka Jolanta Wadowska-Król od niedawna pracuje w miejscowej przychodni. Od dłuższego czasu próbuje leczyć małego chłopca, który mieszka z rodzicami w pobliżu huty. Objawy wskazują na anemię, ale stan zdrowia dziecka się nie poprawia. Lekarka wysyła go do szpitali, najpierw w Janowie, potem do Kliniki Pediatrii w Zabrzu. Profesor Bożena Hager-Małecka, która prowadzi klinikę, zleca szczegółowe badania krwi małego pacjenta. Wyniki są jednoznaczne – dziecko ma ołowicę. Hager-Małecka jest konsultantką w dziedzinie pediatrii w czterech województwach, prosi Wadowską-Król, żeby przebadała wszystkie dzieci, które mieszkają w pobliżu huty Szopienice. Tylko po cichu!

W świecie, w którym rządzi klasa robotnicza, państwo musi przynajmniej zachowywać pozory, że troszczy się o pracowników wielkich zakładów przemysłowych. Dzieci robotników nie mogą zapadać na choroby zawodowe! Gdyby ktoś się dowiedział, że umierają z powodu działań wielkiej huty w Szopienicach, byłby skandal. I co by na to powiedział towarzysz Breżniew!? Taka informacja to wizerunkowa katastrofa.

Tak zaczynają się "Ołowiane dzieci", nowy serial Netfliksa. Zbudowany na konflikcie interesów, który polega na tym, że władza robi wszystko, by nikt nie dowiedział się o ołowicy, na którą chorują dzieci hutników, a Wadowska-Król robi co może, żeby wszystkich o tym poinformować, a przede wszystkim sprawić, żeby dzieci już nie umierały.

Żeby tylko dzieciom nie "poszło na gowa"

Działacze partyjni żyją w lepszym świecie. Zajmują się nowoczesnymi Katowicami, budują dobrze zaprojektowane osiedla Tysiąclecia, "gwiazdy", halę Spodka czy Koszutkę. Wadowska-Król ogląda stare, brudne, zagrzybione domy z czerwonej cegły, bez łazienek, z ubikacjami na podwórkach. Widzi dzieci bawiące się na placach, wdychające pył, który unosi się z pozbawionej zieleni ziemi. Cierpi, gdy dowiaduje się, że wszyscy tam jedzą warzywa z przydomowych ogródków. Słucha opowieści, np. żółtej mazi, która nocą, gdy huta wypuszcza dym z kominów, pokrywa osiedle.

Huta Szopienice lata 40 XX wieku.
 

Ludzie chętnie dzielą się z nią historiami o zwierzętach, np. ktoś kupił szczeniaka, a po kilku tygodniach pies zaczął tłuc łbem o podłogę. Weterynarz nic nie mógł zrobić. A kanarki? Żyją najdłużej dwa-trzy dni. Nie ma tu wałęsających się psów ani kotów, tylko szczurów pełno. Mniej są wylewni, gdy chodzi o dzieci. Matki martwią się, żeby tylko ich potomstwu "nie poszło na gowa".

Bo w Szopienicach mnóstwo dzieci choruje. Można przeboleć, że mają zepsute zęby czy koślawe nogi, ale jak choroba "idzie na gowa", to jest nieszczęście. Wiele dzieci spod huty i tak ma obniżony iloraz inteligencji, szkołę specjalną w dzielnicy trzeba było otworzyć jeszcze przed wojną. W "Ołowianych dzieciach" przepaść między tymi dwoma światami podkreślają zdjęcia. Jasne, czyste, pełne energii centrum miasta, a przed hutą brudne osiedle w kolorach ochry jak z „Germinala" Zoli.

Huta jest nieludzką maszyną, Mordorem, który sięga domów, żeby za chwilę je pożreć. Ludzie żyją tu codziennym, stałym rytmem, bez nadziei na zmianę losu, pogodzeni z nim. Każdy, kto chce zburzyć ten ustalony porządek, jest traktowany jak intruz.

Huta była, jest i będzie

Wadowska-Król musi się zmierzyć z powszechnym na hutniczym osiedlu myśleniem, że dziecko można stracić, tak się bowiem zdarza, ale świata bez huty wyobrazić sobie nie sposób. Ona była, jest i będzie. To ich dobrodziejka, która karmi, daje dach nad głową. Centrum ich wszechświata. Lekarka wkłada wiele wysiłku, by przekonać mieszkańców osiedla, że nie mogą ufać hucie. Nie wie, że aby wygrać tę bitwę, hutnicy muszą stoczyć walkę sami ze sobą. Te zmagania są bardzo wartościową i przejmującą częścią serialu.


 

Niektórzy nazywają Wadowską-Król "Matką Boską Szopienicką", ja wolę określenie „śląska Erin Brockovich". Reżyser Maciej Pieprzyca obsadził w tej roli Joannę Kulig, która budując postać, mogła z powodzeniem skopiować Julię Roberts, i nikt nie miałby do niej o to pretensji. A jednak "śląska Brockovich" Joanny Kulig jest inna – mniej przebojowa, bardziej ostrożna, poukładana życiowo. Kalkuluje, bo wie, że za swoje działania konsekwencje dotkną nie tylko ją, ale i jej rodzinę. Może dlatego wydaje się mniej odważna, choć potem okaże się, że to tylko wrażenie.

Obie bohaterki działają w innych czasach i realiach. Brockovich bezpardonowo walczy z koncernem, który zatruwa wodę. Wadowska-Król musi działać inaczej, bo staje przeciwko państwu z całym jego aparatem przemocy.

Na szczęście w tej walce ma sojuszników. Po hutniczym osiedlu jej przewodniczką jest pielęgniarka Wiesława Wilczek (w tej roli Kinga Preis), wspiera ją także prof. Hager-Małecka. Szkoda, że w serialu została zastąpiona fikcyjną postacią profesor Krystyną Berger (w tej roli świetna Agata Kulesza), a przecież jej nazwisko powinno tu wybrzmieć!

W serialu (podobnie jak w rzeczywistości) największym sojusznikiem lekarki jest jednak gen. Jerzy Ziętek (Marian Dziędziel), na Śląsku zwany Jorgiem. Znali się dobrze z mężem prof. Hager-Małeckiej jeszcze z III Powstania Śląskiego.

Fantastycznie w "Ołowianych dzieciach" została pokazana relacja między starym Jorgiem, a Zdzisławem Grudniem, sekretarzem wojewódzkim PZPR w Katowicach, nazywanym "Cysorzem" (w tej roli Zbigniew Zamachowski). Grudzień był próżny, miał kompleksy, był chorobliwie zazdrosny o pozycję gen. Ziętka. Nienawidził go. Ziętek nie był mu dłużny.


 

"Cysorz" nie był zbyt lotny, ale ten brak nadrabiał sprytem. Podejrzliwy, zadufany, od nikogo nie przyjmował rad, chętnie za to słuchał plotek o współpracownikach, a szczególnie o konkurentach. Doskonałe są sceny w "Ołowianych dzieciach", gdy obydwaj władcy Śląska podglądają się zza firanek swoich gabinetów, a "Cysorz" mierzy ze strzelby w okna konkurenta.

Nareszcie kobieta jest bohaterką śląskiej opowieści

Świetnie poprowadzony jest także wątek innej relacji – między Hubertem Niedzielą, oficerem Służby Bezpieczeństwa (świetna rola Michała Żurawskiego), a Wadowską-Król. Ubek jest zaufanym Grudnia, podlega mu bezpośrednio. Ma za wszelką cenę uciszyć lekarkę. Niedziela próbuje wszystkiego, by omotać Wadowską-Król. Próbuje ją przekupić, zauroczyć, w końcu zastraszyć. Dociera do jej przyjaciół i współpracowników, szantażuje ich i robi z nich donosicieli, wie wszystko. SB nie zawsze musiała stosować drastyczne środki, żeby kontrolować niepokornych. Czasami wystarczył lekki nacisk. Obietnica awansu, korzyści materialnych, lepsze stanowisko też potrafią czynić cuda. Koniunkturalizm i wtedy, i dzisiaj miewa się doskonale.

Wielką wartością serialu jest wiarygodne przedstawienie realiów życia w PRL-u. Objawia się to w kostiumach, kolorach, wystroju mieszkań, muzyce, widokach ulic, a nawet w oparach tytoniowego dymu, którym tamta Polska była przesiąknięta.

Mieszkańcowi Śląska dobrze ogląda się "Ołowiane dzieci", bo od razu rozpozna miejsca, w których toczy się akcja. Poczucia swojskości dodaje także obecność katowickich aktorów, m.in. Grażyny Bułki, Grzegorza Przybyła czy Roberta Talarczyka.

I cieszy, że bohaterką tej historii jest kobieta. To ważne, bo do tej pory śląska historia była opowiadana głównie przez mężczyzn i niemal wyłącznie z ich perspektywy.

Kto nie zna Śląska, odbierze serial dosłownie - jak opowieść o ratowaniu dzieci przed ołowicą. Na Śląsku – jestem pewien – zostanie odebrany inaczej, nie tylko z powodów sentymentalnych. Dla wielu Ślązaków będzie świadectwem, z jakim wyrachowaniem i jak brutalnie polskie władze traktowały Górny Śląsk.

Cena życia w Katandze

Katanga – tak się w Polsce mówiło o tej ziemi. Jak o obfitującej w bogactwa naturalne prowincji Konga. Komuniści wiedzieli, jakim skarbem dysponują. Związek Radziecki żądał coraz większej produkcji. Żeby ją zapewnić, Gierek musiał sobie kupić spokój. Rozszerzył karty górnika i hutnika. To ogromne przywileje: wcześniejsze emerytury, dłuższe urlopy, możliwość kupienia towarów niedostępnych na rynku w specjalnych sklepach za żółtymi firankami. Gierek pilnował, żeby sklepy na Śląsku, zwłaszcza mięsne, były lepiej zaopatrzone niż w reszcie kraju. Mieszkanie – niemal od ręki. Zwabieni przywilejami przyjeżdżały na Śląsk werbusy, zasilały załogi kopalń i hut. Władze zacierały ręce, bo rosło wydobycie węgla i produkcja stali. Zakłady pracy za wykonanie planów rozdawały talony na kolorowe telewizory, pralki, zagraniczne wczasy, meble i samochody.

Konsumpcja, ale i trujące wyziewy z niemodernizowanych od lat, jeszcze poniemieckich hut. A na dole albo przy wielkich piecach jak w obozach pracy. W kopalniach system czterobrygadowy, robota w świątek-piątek. Ministerstwo żądało wyników, opieprzało tych ze zjednoczenia, a ci ze zjednoczenia ochrzaniali dyrektorów kopalń. Dyrektorzy wyżywali się na dozorze, a dozór na górnikach. Krzyki, chamstwo, upodlenie.

Polska o tym nie wiedziała, Polska zazdrościła. Na węglarkach, które wracały puste znad morza na Śląsk, napisy: "Masz zabić świniaka, lepiej zabij Ślązaka". Pogarda to niewielka cena życia w Katandze.

Kto słyszał o Jolancie Wadowskiej-Król?

Na Śląsku trwa właśnie dyskusja, czy TVP powinna wznawiać popularny w latach 90. serial "Święta wojna". Głównym bohaterem był Bercik – górnik, który stracił pracę w zlikwidowanej kopalni. Naiwny, a nawet głupkowaty, żyje wymyślaniem kolejnych "biznesów", które nie kończą się dobrze. Dla jednych serial to "tylko komedia", której nie warto brać na poważnie. Dla innych utrwalanie szkodliwego stereotypu. Dlatego cieszę się, że Netflix po "Wielkiej wodzie" i "Heweliuszu" daje nam "Ołowiane dzieci" – wielką i wzruszającą opowieść o malutkim wycinku śląskich losów.

Tych dwóch seriali nawet nie wypada porównywać. Kto obejrzy, przekona się, że Śląsk to nie tylko krupnioki, orkiestry dęte, kiepskie szlagry i nieogarnięci górnicy. To ważny i niezwykle ciekawy region jak każde pogranicze. Naznaczony historią niemiecką, polską, czeską i żydowską, pokaleczony, cierpiący na zerwaną pamięć, którą z mozołem odtwarza. Opowieść, którą zobaczymy w "Ołowianych dzieciach", jest smutna i niełatwa, ale pouczająca, bo pokazuje prawdziwy fragment życia w regionie przez resztę kraju uznawanym za niesprawiedliwie uprzywilejowany.  

Jednego żałuję - że serialu nie zobaczy Jolanta Wadowska-Król. Za swoje uczynki zapłaciła karierą naukową – nigdy nie obroniła pracy doktorskiej. Po latach w wolnej Polsce Uniwersytet Śląski uhonorował ją doktoratem honoris causa, od Śląskiego Uniwersytetu Medycznego dostała medal. Została honorową obywatelką Katowic, powstały o niej reportaże, książki, słuchowiska radiowe i przedstawienie teatralne. Jest bohaterką muralu w katowickim Załężu. A mimo to nawet na Śląsku wciąż nie jest powszechnie znana. Kto o niej słyszał w Polsce?

No to teraz usłyszy o niej cały świat.


 

"Ołowiane dzieci", reżyseria Maciej Pieprzyca, scenariusz Jakub Korolczuk, zdjęcia Witold Płóciennik. W rolach głównych: Joanna Kulig, Agata Kulesza, Kinga Preis, Marian Dziędziel, Michał Żurawski, Zbigniew Zamachowski, Grzegorz Przybył, Sebastian Pawlak, Robert Talarczyk. Premiera 11 lutego, Netflix.”


https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35063,32575616,slask-znalazl-bohaterke-ktora-moze-pochwalic-sie-swiatu-olowiane.html?_gl=1*1iytpu2*_gcl_au*MTgwOTgxMzc1MC4xNzY5ODQ1NzgyLjIwMTEzODU5MTAuMTc3MDE5MzY5Mi4xNzcwMTkzNjkx*_ga*MTUyMzIwMDg4My4xNzY5ODQ1Nzgy*_ga_6R71ZMJ3KN*czE3NzAyMTcyMzEkbzMkZzEkdDE3NzAyMTc0MjgkajU5JGwwJGgw#s=S.TD-K.C-B.6-L.1.duzy


Zdjęcia z artykułu