Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

05 września 2026

Bloger strzelił- o narodowej blogowej tragedii i panice na blogach.


Napisałam post o AI, a w tzw. międzyczasie bloger spłatał figla. Ponieważ prawie nigdzie nie komentuję, napiszę tu, co o tej całej sprawie sądzę, a przy okazji trochę rozwinę temat, dotyczący mojego spojrzenia na blogowanie i komentowanie. Można się z moim zdaniem zgodzić, można nie zgodzić, można się zapluć ze złości, czytając mój post, można też shejtować mnie w blogosferze (wielu nie zna w tym umiaru). Wszystko można, proszę bardzo, czyńcie, co tam chcecie. Jednak nie można mnie obrazić i shejtować na moim blogu i to jest tzw. plus dodatni wyłączonych komentarzy. Zabawne...

No więc (więc i tylko więc, tu pasuje), bloger zablokował wczoraj komentowanie... naprawdę pozwolił sobie na takie faux pas wobec blogerów. Oj, zablokował komentowanie.... oj... i stała się tragedia blogowa... ale nie dla wszystkich, mówię uczciwie, bo są blogerzy, którzy piszą posty nie dlatego, by potem utonąć w komentarzach na ich temat, a dlatego, że mają potrzebę podzielić się z ludźmi czymś ciekawym. Nie tylko ja do nich należę. Jednak są blogerzy, którzy piszą posty po to, by pławić się w komentarzach pod nimi, żyją blogiem i komentarzami, przeżywają tragedię niemal narodową, kiedy coś się w blogerze schrzani.

Ech.... nie chcę się złośliwić i nie będę. Jednak trochę mnie zszokowało, kiedy zobaczyłam, że wstrzymanie przez blogera komentarzy, wywołało u wielu ataki paniki i niemal zatrzymanie akcji serca oraz stwierdzenie, jak teraz będzie blogosfera żyć... no jak blogerze żyć, jak żyć??????????!!. Może mogłabym wziąć za żartowanie, pokpiwanie z tej sytuacji, jednak, gdy na wielu blogach pojawił się ten temat, to uznałam, że blogerzy przeżywają "dramat" na serio. No nie, jeszcze teraz, kiedy to piszę, to śmiać mi się chce, bo naprawdę (o, naprawdę pisze się razem, prawda?) mnie takie podejście rozśmieszyło. Blogowanie uważam za dodatek do realnego życia i dwa dni poślizgu w blogowaniu czy komentowaniu nie zrobiłoby na mnie wrażenia. A tu okazało się, że mimo zarzekanie się blogerów, to jednak wyłączenie komentowania bardzo ich obeszło i zachwiało podstawą sensu ich blogowania. 

 Powtórzę jeszcze raz- wyłączyłam komentowanie z całą świadomością pewnej „straty”. A po czasie zauważyłam, że liczba wejść wcale się nie zmniejszyła, czasem jest większa, często przekracza 100 w danym dniu. Co znamienne, nie piszę też postów, by nabijać licznik- z nikim nigdy nie konkurowałam i sprawdzam tylko dlatego, by zobaczyć, jakie tematy są bardziej lub mnie chodliwe. Mam pewne założenia i kierunki, w jakich chcę mój blog prowadzić i na razie to się sprawdza.

Nie zawsze trzeba pisać o pierdołach, pisać o rzeczach oczywistych, które latają na innych blogach tak często, że aż mdli, pisać o zdrowiu (wiem, trzeba się bólem dzielić i to pomaga- rozumiem, jak pomaga to trzeba to napisać), nie trzeba uprawiać swoistego ekshibicjonizmu i co trzeci post pisać o ogromnym dole, nie trzeba kokietować oraz manipulować innymi, kiedy się jest klasycznym narcyzem i czytający to widzą- kiedy jakichś treści monotematycznych jest w nadmiarze, blog staje się nudny.

Nie trzeba, ale rozumiem ludzkie potrzeby i wiele osób potrafi tylko w ten sposób prowadzić swój blog, mają jakieś osobiste korzyści, w czymś im to pomaga. To jest w myśl hasła latającego w blogosferze: „To mój blog i mogę sobie pisać na nim, co chcę”. Tak, prawda, ale po pewnym czasie taki mono blog przestaje przyciągać, odrzuca swoją powtarzalnością, męczy.

Dlatego w myśl drugiej blogowej zasady- „Jak ci się nie podoba, to nie wchodź, nie czytaj” na takie blogi wchodzę bardzo rzadko, a najcześciej w ogóle wykreślam je z pamięci.

I poruszę sprawę słownictwa, języka używanego w postach. Ludzie, zlitujcie się, po co te zdrobnienia, po co te dziwnie wymyślane neologizmy, po co silenie się na „błędy ortograficzne”, silenie się na językową oryginalność, jakieś lingwistyczne szpanowanie aż do granic śmieszności, ten brak interpunkcji i często prawdziwe błędy ortograficzne, mylenie pojęć, używanie słów nieadekwatnych do sytuacji, język knajacki, że nie powiem wprost- grypsera, wulgaryzmy (znam takie, co najmniej, 4 blogi)? Po co? Prawdopodobnie ma to ubarwić tekst, ale nadużywane, stwarza, że tekst staje się sieczką słowną. Blogi piszą ludzie dorośli, nierzadko wykształceni, mający wiedzę, jak wzbogacić język. I nie czepiałabym się, znów w myśl zasady „mój blog...”, tylko, że ci sami ludzie mają pretensje do innych, że język ubożeje, że staje się chaotyczny, niechlujny. Ci sami ludzie przyzwalają w blogosferze na taki język. Jakiekolwiek próby protestu (między innymi mojego) napotykają na brutalny atak ze strony autorów tych blogów, oraz niewybredne teksty ze strony komentatorów. Gdzie jest granica obłudy? I wczoraj sobie pomyślałam- świetnie- nie będzie komentarzy, nie będzie popleczników, nie będzie hipokryzji, a blogerzy będą musieli się wysilić na dobre posty.

Może bloger powinien w ten sposób oczyścić blogową atmosferę?

Owszem, chcę się dzielić różnymi rzeczami, ale już nie chcę mieć wiedzy „komentatorskiej”. Da się bez niej dobrze funkcjonować, da się spokojnie bloga prowadzić. Ale żeby nie było, że ja jestem taka fajniutka bezkrytyczna w stosunku do siebie- kilka razy chciałam komenty włączyć, kilka razy za nimi zatęskniłam, kilka razy chciałam przeczytać zdanie innych ludzi na temat posta, żal mi też niektórych komentatorów- fajnie komentowali. Jednak czuję w sobie ogromny opór- nie włączę. Bardzo proszę, by moi byli komentatorzy nie odbierali tego jako mój brak zaufania oraz brak szacunku do nich.

Jak huknie cały bloger, odczuję tylko stratę tekstów, ale już nie zdjęć, bo te mam w plikach na dyskach. Już raz straciłam blog i założyłam nowy, dosyć gładko i bez bólu poszło.

Czytam ten tekst- hmmmmm..... tak, wiem, piszę w sposób nudny dla niektórych, zbyt poprawny, ale nie będę na siłę zmieniała mojego stylu pisania po to, by przypodobać się garstce blogerów. W realu mam ogromne poczucie humoru, próbowałam je przerzucić na blog, napisałam jeden tekst, potem drugi... Nie wiem czy pamiętacie taki blog z Pieprzem w tytule, albo inny blog z niepoprawną matką w tytule czy jakoś tak... i doszłam do wniosku, że nie mam takich umiejętności pisarskich, by pisać humorystyczne posty z życia wzięte. Pozostało mi pozostać przy moim stylu i poprawnym (ech niektórych to strasznie dziobie w oczy) słownictwie.

No dobra, Jakółka sobie napisała post niekoniecznie wesoły, a dla was jeszcze coś smutniejszego od mojego tekstu. Wysłuchać, a potem, jak mówił bardzo młody człowiek: „Nie smutać się”, idzie piękna kolorowa jesień (i podobno ma być długo ciepła)

PS. Przypomniało mi się trzecie zdanie krążące na blogach: "Nie mam wpływu na to, jak ktoś odbierze słowa pisane w poście, jak ktoś odbierze je do siebie, to jego sprawa".

Taka sytuacja:)
 

04 września 2026

Coś za coś.

 


 


 Myłam okna, kiedy zastanowił mnie głos wokalistki. Najpierw wysłuchałam utworu, który przewinął się mi na liście w YT jako kolejny. Potem zajrzałam, by zobaczyć kto to jest i  jak ona wygląda. Doznałam lekkiego szoku. Tego się nie spodziewałam. Wprawdzie imię i nazwisko sugerują, że pochodzi ona ze Wschodu, jednak coś innego mnie zaintrygowało. Wokalistka często występuje w kebaji i chuście na głowie, wiązanej na modłę arabską.

W dodatku te oczy, z oczami coś nie tak. Poszukałam o niej więcej informacji.

Putri Ariani ma 21 lat i pochodzi z Indonezji. W info. napisano, że śpiewa pop, ale i utwory hard rockowe też ma na swoim koncie.

Wada wzroku wzięła się stąd, że dziewczynka urodziła się w 6 miesiącu ciąży, po czym długo przebywała w inkubatorze. Kiedy opuściła inkubator stwierdzono i niej zaćmę (tę zaraz usunięto) oraz retinopatię wcześniaka, czyli ciężką wadę wzroku. Wprawdzie przeprowadzono operację prawego oka, ale się nie udała i uznano dziewczynkę za całkowicie ślepą.


Jak mówiła moja babcia: „W życiu zawsze jest coś za coś”. Putri Ariani nie widzi, za to jest fenomenalnie uzdolniona muzycznie i ma genialny głos.

Dodatkowo, w trakcie śpiewania, akompaniuje sobie na fortepianie


 

Pierwszy raz publicznie wystąpiła, kiedy miała 7 lat. W świat muzyki i śpiew wprowadziła ją babcia, która pochodziła z Sumatry Zachodniej.

Potem zaczęła uczęszczać do szkoły muzycznej, ale jako specjalność wybrała grę na flecie.

Kiedy miała 17 lat, wystąpiła w amerykańskim „Mam talent” i dotarła do półfinału. Ale to nie był jej pierwszy sukces – wcześnie, kiedy miała 8 lat, wystąpiła w indonezyjskim „Mam talent”, który wygrała. 

 

Podczas amerykańskiej edycji stwierdziła: „Moim największym problemem jest to, że ludzie patrzą na mnie jak na osobę niewidomą, a nie jak na muzyka. Ale kiedy śpiewam, czuję się jak supergwiazda”. Zresztą jej inność powodowała, że w szkole czuła się zastraszana. Nie tylko z powodu braku wzroku, ale i z powodu sylwetki.

W 2024 roku rozpoczęła studia wyższe na Wydziale Prawa w Gadjah Mada University, na kierunku Sztuki wokalne.

 Desert Rose najlepiej śpiewa chyba Sting, przynajmniej mnie się ta piosenka najbardziej podoba  w jego wykonaniu, ale wykonanie Putri Ariani też jest świetne. Urzeka mnie ten niezwykle czysty głos o orientalnym brzmieniu oraz  skala w jakiej operuje wokalistka. 

 Putri Ariani śpiewa w kilku językach, komponuje i jest producentką. Działa również charytatywnie- daje datki na budowę meczetu oraz wspomaga finansowo sieroty oraz ludzi ubogich. Finanse czerpie ze sprzedaży każdego wydanego jej albumu.

To bardzo nowoczesna, otwarta osoba, można obserwować ją na Facebooku. 

https://www.facebook.com/putriarianni/

https://tvn24.pl/kultura-i-styl/americas-got-talent-niewidoma-putri-ariani-w-polfinale-simon-cowell-wcisnal-zloty-przycisk-st7166320

https://en.wikipedia.org/wiki/Putri_Ariani

Zdjęcia z Internetu

PS. Tak na marginesie ta uwaga.  Niektórym wydaje się, że jak ktoś napisze rzetelną informację to jest to robota AI. No cóż, dobrze, że tylko wydaje im się i dobrze, że tylko niektórym. Jakieś ogólnospołeczne przewrażliwienie występuje na punkcie AI, a żeby było śmiesznej to ci obłudnicy sami się nią, cichcem, milczkiem, posługują.

Chyba napiszę post na temat AI, ale nie o notkach info., tworzonych przez AI, tylko  jak ja to widzę ogólnie.

Halo, więcej wiary w ludzki umysł, wykształcenie, erudycję i znajomości tematu. Nie wszyscy są głąbami, którzy muszą się posiłkować AI albo z braku wiedzy, albo z braku rozumowania, albo po prostu ze zwykłego lenistwa. 


02 września 2026

"Jutro o tym pomyślę"

 


Mój instynkt samozachowawczy jest niezawodny. Instynkt, dotyczący oszczędzania nerwów, a może to nie tyle instynkt, co lata doświadczenia w pokonywaniu ogromnych stresów i radzeniu sobie, by nie zaliczyć tego najgłębszego dna. A już blisko do niego było kilka razy.

W zasadzie od dziecka rozładowuję stresy aktywnością, głównie fizyczną. Moje bieganie po lesie, włóczenie się po nim, sprzątanie pokoju, „nadprogramowe” granie na pianinie na full (tak, trzeba było ćwiczyć do lekcji), czy pranie ręczne- sama sobie prałam lżejsze ciuchy, nawet rąbanie drewna oraz oporządzanie zwierząt, to wszystko pomagało mi poradzić sobie z lękami, bólem duszy, niepewnością, poczuciem zagrożenia czy niesprawiedliwości.

I biegiem lat, mój organizm tak się wytresował, że jak tylko był problem, to brałam się do roboty, by poradzić sobie ze stresem, a problem zamieniał się w zadanie do wykonania. Poza tym- na początku z tych słów się śmiałam- spostrzegłam, że ten mechanizm działa i to pozytywnie. Pamiętacie Scarlett O'Hara z „Przeminęło z wiatrem”? Otóż ona, kiedy napotykała na trudności, mówiła spokojnie: „Jutro też jest dzień, zastanowię się jutro”. A przez noc przecież tyle się zmienia, zmieniają się myśli, nastawienie, człowiek inaczej patrzy na świat po przebudzeniu. Często, kiedy nawiedzają mnie czarne myśli, mówię sobie spokojnie: nie teraz,  teraz nie chcę o tym myśleć i szukam w głowie wesołego tematu, pogodnych myśli, jasnych obrazów. Tak samo podchodzę do problemów- nic na siłę, pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł, jutro też jest dzień. I to działa, oba sposoby działają. Nie znaczy to, że uciekam od problemu, po prostu, po nawet krótkim czasie, wygląda on zupełnie inaczej. I jest czas na podejście zadaniowe, wymyślenie wariantów działania. Ale nie zawsze tak było, walka z ujemnymi emocjami jest cholernie trudna i zanim się tego nauczyłam, spaliłam się prawie na węgiel. Niestety mocne osady pozostały, jest tylko pilnowanie, by znów nie dopuścić do pożaru.

I teraz tak samo staram się pokonać stres- od poniedziałku wymyłam wszystkie okna, wykosiłam trawniki, wyprasowałam pranie, wymyłam krzesła i nogi stołu w kuchni- Beza włazi pod stół, a że ma futerko jakie ma, to po pewnym czasie nogi krzeseł i stołu są czarne. Kurcze, wymyłam nawet ściany w sieni do wysokości 50 centymetrów, które też miały smugi w miejscach, gdzie przechodzi Beza. To samo z narożnikami ścian i futryn oraz drzwiami. Wyprałabym również firanki, ale obiecałam solennie "wybyłym" domownikom, że jak będę sama w domu, to nie ma: po pierwsze łażenia po drabinie i po drugie cięcia mechanicznym sekatorem (tu uważam jak diabli, ale go raczej nie odstawiam).

W sumie mają rację, ale wpędziło mnie to w jakąś fobię, bo łażę wszędzie z telefonem, by w razie co....

Niby już jest dobrze, wszystko wraca do normy, ale ten cholerny niepokój, gdzieś tam targa podświadomością.


W ogrodzie przekwitają kwiaty. Zakwitły ostatnie gladiole- biała, która od razu deszcz połamał oraz ciemnobordowa- piękna.




 

Kwitną wrzosy i czekam na zimowity. Już powinny zakwitnąć, a tu ciągle puste miejsce na grządce. Mam nadzieję, że susza ich nie zniszczyła. Dziwna roślina- na wiosnę ma liście ogromne, potem iście usychają, a jesienią zimowit zakwita już bez liści.



Od paru dni snują się wokół domu dymy, takie dymy, które od razu przywołują wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to palono na polach łęty, a w ogniskach piekły się ziemniaki. Wdycham ten dym z przyjemnością, jest nienachalny, pachnie przyjemnie. Na razie nie zauważyłam babiego lata- nitek pajęczych, snujących się wszędzie. A przecież już czas na nie. Jeszcze dwa tygodnie i rozpocznie się jesień. Najpiękniejsza kolorystycznie pora roku. Urodziłam się jesienią, jestem jesienna, w kolorytach też. Lubię jesień w każdej postaci. Nawet w tej z deszczem albo z mgłami.

Taka przypominajka


 


01 września 2026

Chrzanienie nie tylko o chrzanie.

 


Napisałam post o krótkiej wyprawie w teren, by zobaczyć stary słup graniczny, postawiony kiedyś na granicy Prus i Austrii. No i post wcięło, zanim go zamieściłam.

A wycieczka była półtora tygodnia temu- w piątek.

Na razie ten temat odstawiam, jak będzie wena, to napiszę, o co chodzi z tymi słupami granicznymi.

A teraz to, co dzieje się na bieżąco. Sobota- jedziemy Bezie obciąć pazurki (bardzo szybko jej rosną, a może to ten czas tak leci? Niedawno przecież byliśmy.). Zong, przed weterynarią kupa samochodów, Beza 7 w kolejce, a czynne do 13. Nie czekamy, naszym zwyczajem zaliczamy krótki wypad w teren. A teren to dokładnie staw w sąsiedniej wiosce. Nieplanowany. W sumie to nie wiem, co Jaskół planował mi pokazać. Na pewno chciał mi pokazać nowe rondo, ale naburczałam na niego, że rondo nie jest dla mnie interesujące, niech mnie zawiezie gdzieś „w przyrodę”. Trochę się spiął, bo rondo miało być pokazane dlatego, żebym wiedziała, jak z niego korzystać w drodze do Jastrzębia. Przyznać jednak muszę, że uważnie skanowałam całą trasę, a w obecnej sytuacji akurat mi się przyda. Normalnie do Jastrzębia jeździmy inną drogę, ale aktualnie trwa przebudowa torów pod szybką kolej i jest szaleństwo z drogami (kolejny most w przebudowie, kolejna droga zamknięta i same objazdy). Ta normalna trasa ma objazdy, ta z „rondem” jest nowa, ale omija całe to szaleństwo. Teraz jak znalazł.

Ok, no cóż, ja tam wolę jednak teren „niezabudowany”. Zatem zatrzymaliśmy się przy ogromnym stawie, na którym siedziało stado mew. Dla mnie choćby kawałek takiego widoku to frajda. Nasz pobyt nad stawem był krótki, ale udało mi się zrobić kilka fotek i nakręcić film. 

To jest jedna trzecia stawu- on jest ogromny, ale tylko w jednym miejscu siedziały na wodzie mewy.


 

A w domu się chrzani. W niedzielę przeżyłam niefajne déjà vu- to z tych, których zakończenia nie chciałabym przeżyć jeszcze raz. A dzisiaj już lepiej, niemniej trochę nerwów mi strzeliło. Ja wiem, że wkurzają czytających takie niedomówienia, ale nie mam w zwyczaju dokładnie opisywać, jakie nieszczęścia chodzą po moich bliskich, czy po mnie samej.

Przez kilka dni jestem zdana tylko sama na siebie. Mam na szczęście zapasy jedzenia. A w razie posuchy, ładuję psa do samochodu i robię zakupy. Boję się tylko, że jak na chwilę zostawię Bezę w aucie, to zaraz znajdzie się jakiś obrońca zwierząt i gotów wybić w samochodzie szybę. Z jednej strony sama jestem za tym, by nie zostawiać zwierząt w samochodzie samych, a z drugiej strony, są sytuacje, kiedy nie ma innego wyjścia. Problem jest w zbyt narwanych ludziach, którzy chcą zgrywać bohaterów, zanim pomyślą, jak wyglądać może sytuacja. No ale, na razie, nie ma potrzeby ruszać się z domu.

Mam jeszcze brata do pomocy i dzisiaj mi konkretnie pomógł- jednak tylko w sytuacji kompletnie bez wyjścia, będę go prosić. Sister wielkie ucho w sytuację nie chcę wprowadzać, a jak nie chcę tego, to i o pomoc nie poproszę. Zresztą ona sama mi konkretnie nie pomoże, a szwagier.... tu spada zasłona milczenia.

No dobra, byliśmy nad ogromnym stawem, sfilmowałam ptaszory. Muszę popracować nad robieniem filmów. Nie potrafię opanować nowego aparatu. Już wydawało mi się, że przesuwam powoli obiektyw i trzymam rękę, by nie drżała, a tu ciągle na filmie wahnięcia i obraz leci szybko. Trzeba też popracować nad obrazem przy dużych zbliżeniach. Stary aparat był łatwiejszy w prowadzeniu, nowy Canon płata mi figle.

 


Porobiłam zdjęcia.

 



 Przed samym wyjazdem, pogadałam z właścicielem, który przyjechał badać stopień napowietrzenia wody. Podczas tak długotrwałych wysokich temperatur trzeba pompować powietrze w wodę, by ryby miały czym oddychać. Stawy hodowlane są płytkie. Zastanawialiśmy się z Jaskółem, dlaczego nie są głębsze. Doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie chodzi o zapełnianie ich wodą po zimie. Na zimę woda z tych stawów jest spuszczana. Cieki wodne zanikają, ziemia wysycha, stawy coraz trudniej napełnić. Hodowca skarżył się też, że karpie męczy jakaś choroba. Faktycznie sporo niedużych śniętych ryb pływało przy brzegu. Przykre.

Ławica malutkich rybek. Dwa razy pytałam pana co to za gatunek, dwa razy podał nazwę szybko oraz  lekceważąco no i nie zapamiętałam. Sprawiał wrażenie, jakby te drobne rybki nie liczyły się w stawie. Nie rozwijał tematu, więcej nie pytałam. Widocznie uznaje zasadę "Nie ciekawić się".


 Przeszłam z Bezą kawałek groblą, stronę małego stawu
, za którym, na łące, pasły się konie. Niesamowicie wiejski obrazek. I ten spokój nad stawami, kiedy tylko mewy latają i popiskują, a ciche szumy cywilizacji są w dalekim tle, jest kojący. Lubię takie klimaty. Beza wyraźnie się tym krótkim spacerem zmęczyła, trzeba było wracać.

Zaczyna się wrzesień. Po głowie chodzą tylko urywki myśli- szkoła, szkoła się zaczyna i nic więcej, zero, nul rozważań o tym, jak się pracowało w oświacie oraz w nauce. Tak dawno, tak odległe czasy i nawet długi staż pedagogiczny, przynoszący różne momenty, zaginął w czasie. Po co? Na co teraz dywagacje o tym, co było? A to, co jest, to w sumie mnie mało interesuje- jakieś przepychanki, pretensje, jojczenia, skarżenia się, obwinianie jedni drugich, głupie decyzje.... beznadzieja.... nie mam wpływu, odstawiam

Nadal robię ogórki małosolne. Ale jest problem- w sklepach nie ma już zestawów: koper+ korzeń chrzanu + czosnek. Nie ma, bo jak twierdzą ekspedientki- sezon się skończył. Gdzie, jak to się skończył- teraz właśnie kisi się ogórki, bo późne odmiany teraz dojrzały. No to radzę sobie inaczej- koper zielony, czosnek- zawsze jest, bo go sprzedajemy, a chrzan kupiłam w płatkach suszony. Do tego liście winorośli i powinno się udać. W tych tutejszych sklepach to czasem porażka zaopatrzeniowa- chleb tylko do określonej godziny, w jednym paskudne warzywa, w innym mały wybór. Człowiek tylko jeździ od „marketu” do „marketu” różnych sieci i „składa” te zakupy do kupy- w jednym warzywa, w drugim mięso i sery, jeszcze w innym ryby świeże. Niby mamy to połapane, ale kilometry uciekają. Chrzan suszony w płatku kupiłam w Internecie. Już mnie męczy to wieczne poszukiwanie korzenia chrzanu w okresie, kiedy kisi się ogórki. Bez chrzanu cała sprawa się nie uda.

Był kiedyś w ogrodzie posadzony i nawet ładnie się rozrastał, a potem zaginął. Zamówiłam  dwie sadzonki w Internecie i dzisiaj przyszły- posadzę je pod płotem. Jak się przyjmą, dokupię następne. A może nie dokupię, bo jeżeli się sprawdzi suszony i inne zamienniki, to nie warto sadzić, podlewać itp.

Zamienniki przypraw do małosolnych:

  • świeży korzeń chrzanu- chrzan suszony w płatkach, dawać mniej, bo jest bardziej aromatyczny,

  • świeże liście chrzanu- liść czarnej porzeczki albo liście winorośli, albo liście wiśni,

  • suchy koper, łodygi, baldachy- świeży zielony koper, albo suszony estragon- szczypta na litr zalewy, łodyżka świeżego estragonu, suszone nasiona kopru, (nie dodawać suszonego koperku, bo jest gorzki w zalewie), można dodać lubczyk- świeże łodyżki lub listki.

Wyhaftowałam pawia na szarym gobelinie. Więcej o moich zmaganiach, z tym projektem, na drugim blogu (prawa strona, zakładka- drugi blog).

Tak się niespodziewanie złożyło, że dokończyłam jeszcze dwa hafty z pawiami, a trzeci czeka w kolejce- wzór naniesiony na materiał rok temu sobie leży i dojrzewa. Pawie, pawie, pełno pawi, "zapawiło" się w moich robótkach.