Nie
ukrywam, że fascynują mnie wyścigi motocyklowe w najcięższej
kategorii maszyn.
Najpierw
oglądałam torowe wyścigi motocyklowe z przerażeniem, chociaż
mocno mnie fascynowały. Każdy wyścig wywoływał u mnie napięcie-
wywróci się czy nie, a jak wywróci, to przeżyje, czy nie, czy zostanie
kaleką? Sama zaś widziałam, że przewraca się taki, szoruje po
ziemi z motocyklem kilkanaście metrów, lub koziołkuje, a motocykl
obok też koziołkuje, albo wali z impetem w barierę, po czy, po
chwili motocyklista jednak wstaje, zbiera kości, zbiera motocykl i usiłuje
jechać dalej, to trochę się uspokoiłam. Oczywiście nie zawsze
upadek tak się kończy, często motocyklistę zabierają służby
ratunkowe, a motocykl służby techniczne. Niemniej stosunkowo mało
jest, na torach, wypadków śmiertelnych. Motocykliści uczą się
„upadać” na motocyklu przy ogromnej prędkości, wiedzą jak się
zachować w sytuacjach niebezpiecznych podczas jazdy, mają bardzo
dobre, bezpieczne kombinezony, a same motocykle też maja
zabezpieczenia na wypadek upadku.
Jednak
upadków na torze jest sporo, bo ten sport jest oparty na ryzyku,
pewnego rodzaju bezczelności i przebojowości motocyklistów. I musi
być w nim ogromne zaufanie zawodników do konstruktorów maszyn, do
obsługi technicznej oraz obsługi taktycznej -”trenerów”. Wielu
zawodników z górnej półki ma również talent do jeżdżenia po
torze- po prostu czują jazdę, czują maszynę, mają instynkt
motocyklowy.
Zaczęłam
też poznawać liderów, stajnie, a teraz oglądam wyścigi z
emocjami- jak jadą, który lideruje, kto wygrywa..
Niesamowite,
jak przy takiej prędkości niektórzy rozgrywają całą trasę
taktycznie. Zawodnicy muszą łączyć technikę jazdy na torze z
odwagą oraz z umiejętnościami radzenia sobie z ogromnymi
przeciążeniami, a także z prędkością (do 350km/h). A wszystko
rozgrywają na torach z masą ostrych zakrętów i o różnej
nawierzchni oraz długości.
Zobaczcie, jakie spektakularne upadki zaliczają i jak z nich „wychodzą”.
Są poturbowani, ale motocyklista to twardziel- leczy kontuzję,
naprawiają mu maszynę i znów można zobaczyć go na torze. Kiedy
oglądam piłkarzy, co to zostają kopnięci lub popchnięci, padają
na trawę, „wiją się w bólach”, to śmiać mi się chce. Robią
takie cyrki, jakby za chwilę mieli umrzeć. Potem kulejąc schodzą
z boiska i tyle ich widział. Nie twierdzę, że nie czują
ogromnego bólu, ale w porównaniu z motocyklistami to pajacują.
Najlepsi
światowi motocykliści torowi:
Marc
Márquez: Hiszpan uważany za jednego z najwybitniejszych
motocyklistów w historii, wielokrotny mistrz świata MotoGP (siódmy
tytuł zdobyty w 2025 roku, m.in. na Ducati).
Valentino
Rossi:
Włoska legenda, nazywany "Doktorem", dziewięciokrotny
mistrz świata, powszechnie uznawany za jednego z najlepszych w
historii.
Jorge
Lorenzo:
Wielokrotny mistrz świata MotoGP, znany z precyzyjnej jazdy.
Casey
Stoner:
Australijczyk wyróżniający się naturalnym talentem i szybkością.
Joey
Dunlop:
Legenda wyścigów ulicznych i torowych, uznawany za jednego z
największych.
Marc
Marquez
pozostaje w ścisłej czołówce po zdobyciu kolejnego tytułu
mistrzowskiego w 2025 roku.
W
rywalizacji liczą się także tacy zawodnicy jak Jorge
Martin
oraz Marco
Bezzecchi,
którzy walczą o najwyższe lokaty.
Zawodnicy
rywalizują na maszynach takich marek jak Ducati, Yamaha, Honda czy
KTM, osiągając na torach prędkości przekraczające 350 km/h
Ten
sport to wielki biznes. To kilka motocyklowych „stajen” -
producentów motocykli torowych.
Ducati:
Włoska marka uznawana za lidera w zaawansowanej technologii
torowej. Modele takie jak Panigale
V4 R
bezpośrednio wykorzystują rozwiązania z MotoGP. Ducati słynie z
doskonałego prowadzenia, potężnych silników V4 i zaawansowanej
elektroniki.
Yamaha:
Japoński gigant, którego model YZF-R1
(oraz mniejsza R6) jest kultowym wyborem na tory wyścigowe na całym
świecie. Yamaha stawia na balans, precyzję prowadzenia i
niezawodność, osiągając sukcesy w WSBK.
Kawasaki:
Znana z serii Ninja
ZX-10RR,
która przez wiele lat dominowała w mistrzostwach World Superbike.
To motocykle o bardzo wysokiej mocy, idealne do szybkiej jazdy
torowej.
Honda:
Producent modelu CBR1000RR-R
Fireblade,
który jest uosobieniem wyścigowej technologii Hondy (technologia
MotoGP przeniesiona do motocykla seryjnego). Honda to synonim
wysokich obrotów i doskonałej trakcji.
Aprilia:
Włoska marka, która z modelu RSV4
stworzyła jeden z najlepiej prowadzących się motocykli torowych
na rynku. Aprilia RS 660 jest również popularnym wyborem do nauki
jazdy torowej.
BMW
Motorrad:
Seria S
1000 RR
oraz M
1000 RR
to zaawansowane niemieckie konstrukcje, które oferują niesamowitą
elektronikę i moc, będąc stałym bywalcem torowych track dayów.
KTM:
Austriacki producent, który stawia na filozofię "Ready to
Race". Model RC
8C
to wyczynowa maszyna stworzona wyłącznie na tor, natomiast RC 390
to popularna platforma do mniejszych wyścigów.
Suzuki:
Choć wycofało się z MotoGP, model GSX-R
1000
oraz mniejsza 600-tka to legendarne, solidne i bardzo szybkie
motocykle torowe, cenione przez zawodników.
Stajnie
wyścigowe wystawiają swoje motocykle na prestiżowe wyścigi np.
MotoGP czy World Superbike (WSBK). Podczas wyścigów zbierają
doświadczenia do ciągłego udoskonalania swoich maszyn. Motocykle
udoskonalane są pod kątem szybkości, aerodynamiki i niskiej wagi.
Stajnie
zatrudniają najlepszych torowych motocyklistów.
Najważniejsze
tory motocyklowe na świecie
Tory
te są uznawane za liderów pod względem prestiżu, trudności
technicznej i historii w kalendarzu MotoGP:
Mugello
(Włochy):
Znany z najdłuższej prostej, gdzie motocykle osiągają prędkości
przekraczające 360 km/h, oraz niesamowitej atmosfery tworzonej
przez fanów.
Phillip
Island (Australia):
Uważany za jeden z najbardziej malowniczych i najszybszych torów,
płynny i wymagający ogromnej odwagi od zawodników.
Circuit
of the Americas (USA):
Wyjątkowo nowoczesny i wymagający technicznie obiekt z ogromną
różnicą poziomów i słynnym podjazdem do pierwszego zakrętu.
Assen
(Holandia):
Nazywany „Katedrą Motocyklizmu”, jedyny tor, który od początku
gościł mistrzostwa świata (z wyjątkiem roku 2020).
Nürburgring
Nordschleife (Niemcy):
Choć nie gości już MotoGP, pozostaje legendarnym „Zielonym
Piekłem” i najdłuższym torem wyścigowym świata (ponad 20 km),
będącym ostatecznym testem dla każdej maszyny.
W
sobotę rano, w drugi dzień rajdu, pojechaliśmy do Koprzywnicy, w
której znajduje się muzeum Tatry. Wtedy mieściło się ono w
jednym budynku, przed którym stały stare parowozy. W tym
budynku mieściła się również izba poświęcona czeskiemu
sportowcowi Zatopkowi.
Prawdopodobnie nie można było wtedy robić zdjęć, bo nie mamy z tego muzeum ani jednego. Kolega zrobił parę, chyba po kryjomu.
Nie mam pojęcia, gdzie wcięło nasze zdjęcia z tamtego zwiedzania, bo nawet sprzed muzeum nie mamy ani jednego.
To zrobił inny kolega.
Kiedy
zwiedzaliśmy to muzeum, już tylko z Jaskółem, kilka lat temu,
wszystko się kompletnie zmieniło. Obecnie eksponaty znajdują się
w trzech miejscach Koprzywnicy, a tam, gdzie pierwszy raz byliśmy,
jest tylko muzeum samochodów osobowych. I nie ma już przed
budynkiem parowozów oraz nie ma izby poświęconej Zatopkowi (jest w innym
miejscu). Przyznam, że za pierwszym razem muzeum Tatry zrobiło na
mnie ogromne wrażenie (za drugim razem zresztą też). Nigdy nie
widziałam nagromadzonych w jednym miejscu tylu starych samochodów-
osobowych, ciężarowych. Jednej marki. Pobyt w tym muzeum opisałam w kilku postach- zakładka Muzeum Tatry.
Po obejrzeniu naprawdę interesujących motoryzacyjnych eksponatów, pojechaliśmy do Příbora na obiad. Mieliśmy również planach zobaczyć dom i Muzeum Freuda.
O Freudzie można dużo i namiętnie pisać. Jego koncepcje, w czasach, kiedy żył były nowatorskie, wzbudzały wiele kontrowersji. A i we współczesnych czasach mają one zwolenników oraz przeciwników.
Urodził się w połowie XIX wieku, w Priborze. Właściwie nazywał się Sigismund Schlomo Freud. Był on austriackim lekarzem
żydowskiego pochodzenia. Specjalizował się w neurologii. Stworzył
psychoanalizę. Freudowska koncepcje funkcjonowania umysłu
ludzkiego, odrzucające racjonalność ludzkich wyborów i zachowań
na rzecz czynników irracjonalnych oraz emocjonalnych, miały ogromny
wpływ na filozofów, uczonych i artystów przełomu XIX i XX wieku.
Koncepcje Freuda znalazły również odzwierciedlenie w naukach o
kulturze, religioznawstwie i innych naukach społecznych.
Rodzice
Freuda byli Żydami, ale nie przywiązywali wagi do praktyk
religijnych. Podobno wieśniaczka przepowiedziała matce Sigismunda,
że urodzi wielkiego człowieka. Dziecko przyszło na świat w
czepku, co uznano za dobrą wróżbę.
W
1872 roku Freud skrócił swoje imię z Sigismund do Sigmund, a
drugim, które nadano mu po dziadku – Szlomo, nigdy się nie
posługiwał. Ukończył medycynę na Uniwersytecie Wiedeńskim i
został zatrudniony w Laboratorim Fizjologii i Neurologii tej
uczelni. Potem studiował w Paryżu i zajął się leczeniem zaburzeń
psychicznych. W 1899 opublikował „Objaśnienie marzeń sennych”,
gdzie wyjaśnił założenia psychoanalizy
Nie
chcę tutaj przedstawiać całej kariery Freuda to można sobie
przeczytać w Necie. Koncepcje Freuda miały tyluż zwolenników, co
przeciwników. Był chwalony, krytykowany, odsądzany od czci, ale
jego teorie zaczęły być omawiane na wielu kongresach,
konferencjach, uczeni zaczęli zajmować się ich różnymi
aspektami.
Freud
cale życie czuł się niedoceniony, a jedyną nagroda jaką
otrzymał, była nagroda literacka. Natomiast był wielokrotnie
nominowany do Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny oraz literackiej,
ostatecznie Nobla nie otrzymał.
Po
zajęciu Austrii przez hitlerowców, Freud musiał uciekać z
Wiednia- przez Francję, wraz z rodziną, dostał się do Londynu,
gdzie mieszkał aż do śmierci. Zmarł na nowotwór jamy ustnej we
wrześniu 1939 roku. W cierpieniu ulżył mu przyjaciel, który
zaaplikował mu trzy zastrzyki z trzech centymetrów morfiny.
Po trzech dniach śpiączki Freud zmarł. O spuściznę po zmarłym
psychoanalityku dbała jego żona.
Freud
był związany z Marthą Bernays i miał z nią trzy córki oraz
trzech synów.
Zachowało
się około 900 listów korespondencji jaką wymieniał z Marthą w
okresie narzeczeństwa. Freud palił najpierw papierosy, potem cygara
oraz miewał częste migreny. Migreny leczył kokainą.
Przed domem, w którym się urodził jest pomnik- kanapa. Nawiązuje on do seansów terapeutycznych, jakie przeprowadzał Freud. Od tego czasu terapie kojarzą się z "kanapą- kozetką"
Nie było silnych, trzeba było kozetkę freudowską zaliczyć (mnie na zdjęciu nie ma).
Příbor
jest najstarszym miasteczkiem w północno- wschodnich Morawach.
Prawa miejskie otrzymało już w 1251, a prawa te nadał Frank z
Hückeswagenu. Nazwa miasta brzmiała w tamtych czasach Vriburch
(później Freiberg i czeski Przybor).
Bardzo
wcześnie władze miasta postawiły na na edukację. Parafialna
szkoła podstawowa istniała już od 1541 roku. W 1694 przybyli do
miasteczka Pijarzy i założyli w nim gimnazjum. Wykształcenie
średnie było w tamtych latach dostępne również dla uczniów klas
niższych.
„Poprzez założenie
czeskiego instytutu pedagogicznego w 1875 roku miasto zyskało status
centrum edukacji północno-wschodnich Moraw. Instytut wykształcił
w czasach swojego istnienia – tj. do 1938 roku- szereg wybitnych
pedagogów i specjalistów w dziedzinie szkolnictwa i kultury. Příbor
słusznie nazywano wtedy ‚morawskim Litomyšlem‘.Příbor jest
miejscem narodzin oraz działalności wielu ważnych osobistości,
które sprawiły, że stał się znany. Mieszkał tutaj wraz z matką,
a potem także chodził tu do szkoły parafialnej św. Jan Sarkander.
W lokalnym gimnazjum uczył się, a następnie, jako ksiądz spędził
tutaj jedenaście lat późniejszy arcybiskup Antonín Cyril Stojan.
Urodził się tu znany historyk, założyciel morawskiej topografii
Řehoř Wolný; patriota i filozof Bonifác Buzek; twórca
psychoanalizy, honorowy obywatel miasta Příbora dr Zygmunt Freud;
rzeźbiarz František Juraň; pisarz Josef Kresta i wielu innych.”
Ekipa w drodze na obiad.
My sobie wcinaliśmy obiadek, gadu, gadu, a tymczasem na parkingu...
Motocykl Ewy ( w naszej grupie Ewa jeździła na swoim Enfieldzie), wtulił się w motocykl Stefana. Aż strach pomyśleć, gdyby zielonego nie było, upadek motocykla Ewy mógłby mieć nieciekawe konsekwencje.
Po obiedzie wróciliśmy do Sztramberka, zaliczyliśmy rynek, trubę, et cetera, et cetera- zobacz poprzedni post.
A w niedzielę rano obudził nas stukot młotków, to dekarze pokrywali na nowo dach na sąsiednim domu. Żadne tak kościółki, dzwony, świętowanie- była robota do zrobienia, to kończyli w niedzielę.
Po śniadaniu, które zrobiliśmy sobie w hoteliku, ekipa rozjechała się do domów.
Od
10 lat nie uczestniczę już w rajdach motocyklowych. Wysiadł mi
kręgosłup po jednym z nich, kiedy to cały rajd (około 1000
kilometrów) przejechałam na bardzo twardym, nieodpowiednim siodle
(aha- siodło w slangu motocyklowym- siedzisko). Oryginalne w naszym
Enfieldzie było raczej niewygodne. Ale zaliczyłam na nim 5 zlotów,
zorganizowanych przez nas i 4 zloty zorganizowane w okolicach
Zamościa oraz liczne wycieczki po Czechach, Słowacji oraz w naszej
okolicy. I na ten ostatni zlot, na który pojechałam, przykręciliśmy
siodło, podarowane przez kumpla motocyklistę. Oryginalne do
Enfielda, ale młodszego rocznika. Nie będę wnikała w szczegóły-
nie pomogła nawet poduszka, którą kupiliśmy już jadąc na zlot,
bo siodło było za mało wypełnione, za miękkie i na
nierównościach czułam, jak mi się kręgosłup obija oraz kurczy,
a na udach robią siniaki. Po przyjeździe do domu długo nie mogłam
uspokoić bólu, a uraz pozostał mi do teraz. Wprawdzie kolega
zrobił inne siodło specjalnie dla mnie, jednak nie zdążyliśmy go
wypróbować, ponieważ z kolei, Jaskół popadł w tarapaty z
kolanami. I tak na koniec sprzedaliśmy Enfielda i kupiliśmy
Szerszenia (maksi skuter), do którego z trudem się przekonuję. Ale
żeby nie było, do samych motocykli nie zraziłam się, nadal je
kocham miłością ogromną, nadal chciałabym jeszcze pojeździć
jako plecaczek i absolutnie nie boję się jazdy na motocyklu,
zwłaszcza z Jaskółem.
Taki
przydługi nieco wstęp mi wyszedł, a to dlatego, że zostało mi do
przedstawianie na blogu trochę rajdów, w których brałam udział.
Szkoda ich zostawić sobie a muzom i nie pokazać, jak wyglądały.
Nie będą one w chronologicznej kolejności, ponieważ muszę, na
podstawie zdjęć oraz z pomocą Jaskóła, przypomnieć sobie dużo
rzeczy, ale wrażenia nadal we mnie są ogromne. To były naprawdę
fajne chwile.
Na
starym blogu opisywałam te rajdy systematycznie, ale jak usunęłam
blog, to automatyczne poleciały one w kosmos. Szkoda.
Parę
postów o naszym Enfieldzie i naszych wyjazdach na nim, już tu
opisałam (etykieta- rajdy i wycieczki motocyklowe), jednak jest tego
niewiele.
OK.
Jest
rok 2011, planujemy rajd u nas. Chcemy pokazać, jak zawsze, fajne
okolice i interesujące miejsca do zwiedzania. Trochę opornie nam to
idzie, ponieważ te najciekawsze, naszym zdaniem, nie mieszczą się
w zaplanowanym czasie, a te bliższe już zaliczyliśmy. No i nasz
kolega Adaś wybawia nas z kłopotu
Słuchajcie,
niedaleko na Morawach jest super miasteczko. Jest co zobaczyć, jest
gdzie połazić, a i w okolicy są też ciekawe miejsca. Jak
chcecie, to załatwię noclegi, bo mam znajomą Czeszkę, u której
już nocowaliśmy.
No
dobra, niech będzie Sztramberk (Štramberk).
Zbiórkę
zrobiliśmy u nas w domu, w piątek po południu. Do Sztramberka jest
tylko 60 kilometrów, a do nas docierali cały dzień motocykliści z
dalszych stron Polski, którzy nie znali drogi do tego morawskiego
miasteczka.
Jaskółka- kosmitka. Wtedy jeszcze nie było takich fajnych ubranek motocyklowych, jakie są teraz- lekkie i spełniające wszystkie wymogi bezpieczeństwa. Moja kurtka i spodnie były dosyć ciężkie, ale dobrze ochraniały w razie upadku. Tak samo bezpieczne miałam buty motocyklowe, a rękawic nie ściągałam nawet w czasie wielkiego upału. Czy ktoś wie, jak goi się zdarta skóra na dłoniach? No właśnie.
Wyjeżdżamy na rajd.
Do
Sztramberka dojechaliśmy późnym popołudniem, odnaleźliśmy dom, w
którym mieliśmy nocować i tu nadspodziewajka- nie ma Adasia i Agnieszki, a
przecież to oni nocleg organizowali- mieli na nas czekać na
miejscu.
Narada na parkingu, co dalej. W
zlocie brało udział 11 Enfieldów oraz dwie Yamahy
Konfuzja
na całego, obchodzimy budynek dookoła, wszystko pozamykane. My ciut
zmęczeni dniem i głodni, a tu głucho i żywej duszy. Zeszliśmy
trochę niżej do czynnego sklepu- tam nam powiedziano, gdzie mieszka
właścicielka- oczywiście po czesku. No dobra, panowie dotarli do
właścicielki, przyszła, otworzyła, przydzieliła pokoje i
nareszcie mogliśmy zdjąć ciuchy motocyklowe, a te jednak trochę
ważą. Adaś z Agnieszką, radośni jak skowronki zameldowali się
późnym wieczorem. No... ja tam nie wnikam, ale niektórzy byli ciut
wkurzeni.
Nasz hotelik, widok z truby.
W
sobotę pojechaliśmy do Pribora i Koprzywnicy (opiszę w dalszych
częściach) i wróciliśmy do Sztramberka, by zwiedzić
rynek oraz starą część miasta, wejść na trubę, kupić słynne sztramberskie uszi no i zaliczyć morawską kolację.
Kiedy
wchodziliśmy na rynek, minęła nas kawalkada weselnych samochodów.
Para młoda przyjechała takim czerwonym cudem.
Trochę
o miasteczku.
Pierwsza
osada powstała 100 lat p.n.e. a artefakty, jakie znaleziono w
Sztamberku zalicza się do kultury puchowskiej. Ale okolice
Sztramberka były zamieszkałe dużo, dużo wcześniej. W Jaskini
Šipka
znaleziono
atrefakty (ślady ogniska, przedmioty z epoki brązu,kawałek żuchwy
dziecka neandertalskiego, a także mnóstwo kości zwierzęcych),
które świadczą o tym, że ludzie żyli tam już około 40 tysięcy
lat temu.
Sztramberk
to urocze miasteczko położone na stromych stokach Beskidów.
Wygląda jakby skryło się przed światem i otuliło się stokami
Wierzchowiny Sztramberskiej.
Stare
domki przylepione są wręcz do skał. Uliczki między nimi są
bardzo strome, a idąc uliczką „górną” ma się z jednej strony
normalnej wielkości domy, a z drugiej strony przeważnie dachy domów
stojących przy równoległej uliczce, biegnącej poniżej.
Cała grupa- Jaskół i ja robimy zdjęcia.
Byliśmy
tam pod koniec czerwca i domki dosłownie tonęły w zieleni oraz w
kwiatach. Klimat nie do opisania. Tam po prostu trzeba latem być i
przejść się tymi uliczkami.
Rynek
jest trochę pochyły, otoczony barokowymi kamieniczkami. Przy rynku
stoi duży barokowy kościół św. Jana Nepomucena, zbudowany w XVII
wieku.
Na
środku rynku jest stara fontanna z Hygieją, grecką boginią
zdrowia.
Na
przeciwległej do kościoła pierzei rynku, znajduje się mały
browar, gdzie podają piwo piernikowe. W tym browarze jedliśmy
kolację, ale nie pamiętam, jakie dania (prawdopodobnie prażony
hermelin, prażeny syr), natomiast pamiętam, że Agnieszka, która
zna Morawy, opowiadała o morawskim winie i wtedy pierwszy raz
dowiedziałam się, że na Morawach wyrabia się świetne wina np.
Morawskie zelene, które dosyć często gościło u nas w domu (od
tamtej pory). Od tego czasu kupujemy również prażony syr, za
którym raczej nie przepadam. Ponieważ w Sztramberku waży się
dobre piwo, jest też możliwość skorzystać z kąpieli piwnych w
hotelu, także mieszczącym się na rynku.
Charakterystycznym
zapachem, który unosi się nad sztramberskim rynkiem jest zapach
pieczonego piernika. W miasteczku jest sporo cukierni oraz piekarni,
w których wypieka się kultowe „rożki”- cynamonowe
sztramberskie uszi.
Gdzieś
już pisałam, skąd się wzięła tradycja wypiekania uszi, ale
przypomnę, bo historia jest super. Otóż wypieka się je od 1241
roku, kiedy to na miasteczko napadli Tatarzy. Mieszkańcy ukryli się
na jednym ze wzgórz, na które przytaszczyli ogromny zbiornik wody,
by zatopić obóz tatarski. Ponoć cała operacja udała się.
Tatarzy uciekli, a w ich obozie mieszkańcy Sztramberka znaleźli
cały worek uszu. Były to uszy niewiernych (chrześcijan) i miały
stanowić dowód dla chana tatarskiego, że jego wojska ich
zwyciężyły.
Inna
wersja historii uszi, mówi, że ich kształt nawiązuje do zamkowej
wieży (truby).
Oryginalne
uszi robi się z ciasta, które musi być o takiej konsystencji, by
je rozwałkować. Podobno niektóre ciastkarnie idą na łatwiznę i
pieką uszi jak naleśniki, a potem je zwijają. Jest też stara
piekarnia z tradycją pieczenia uszi tak, jak to się od dawna
robiło. Tam można zobaczyć cały proces powstawania tych
aromatycznych ciastek, bo właściciele piekarni przygotowują je „
na widoku”. Ciasto się wałkuje, potem wycina się z niego okrągłe
placuszki jak na pierogi, następnie się te placuszki podpieka i
jeszcze ciepłe wkłada do rożków, by nabrały kształtu ucha. Tyle
zdołałam się dowiedzieć i zobaczyć. Przepis na ciasto jest
tajemnicą, a produkt jest objęty znakiem regionalnym, mogą je
wypiekać wyłącznie producenci miejscy.
Piekarnia, w której piecze się uszi tradycyjnie.
W
starej części Sztramberka zachowały się drewniane domy. Są to
zrębowe wołoskie domy, które zbudowano na przełomie XVIII i XIX
wieku. O Wołochach, którzy przywędrowali na Morawy pisałam już w
paru postach. Domy wołoskie w Sztramberku są zamieszkałe. Stara
część miasta, przypomina wołoski skansen.
Charakterystycznym
znakiem rozpoznawczym Sztramberka jest wysoka wieża (truba) którą
widać z bardzo daleka. Stoi ona na wzgórzu zamkowym i jest
pozostałością po zabudowaniach zamkowych. Zamek zbudowano od
koniec XII wieku, ale nic z niego nie pozostało oprócz murów
obronnych. Prawdopodobnie był to jeden z zamków, z którego
strzeżono szlak handlowy biegnący przez Bramę Morawską. Samo
miasteczko zostało założone w połowie XIV wieku i w tym samym
czasie nadano mu prawa miejskie. Zamek i miasteczko, zostały
zniszczone podczas wojny trzydziestoletniej. Zachowała się jedynie
gotycka obronna truba. Ma ona kształt walca i jest 40 metrów
wysokości. Oczywiście wyszliśmy na podest widokowy po stromych
metalowych, potem drewnianych schodach i na koniec po drabinach. Swój
lęk wysokości zadusiłam w zarodku jeszcze na dole, ale chyba nie
do końca wyszło mi to duszenie, bo od czasu do czasu wychylał łeb
z kieszeni i warczał – zaraz spadniesz, zaraz zlecisz, zaraz się
zabijesz... mimo to wyszłam dzielnie na samą górę. I warto było-
widoki na okolicę nieziemskie.
Już na górze- moja głowa z lewej strony. Fryzura taka bardziej wichrowa.
Sam widok Sztramberka położonego
między wzgórzami zapiera dech.
A w oddali wzgórza i doliny między
nimi dorównuję pięknością miasteczku. Po zejściu z truby,
poszliśmy na łąkę obok niej (jesteśmy dalej na wzgórzu) i tam
zrobiliśmy sobie mały piknik, a potem zaliczyliśmy starą część
miasteczka z domami wołoskimi, obejrzeliśmy jak piecze się uszi,
kupiliśmy sobie ich kilka rodzajów (z orzechami, z kokosem itp.) i
poszliśmy na kolację ze smażenym syrem oraz morawskim zelenym,
tudzież piwem warzonym w browarze sztramberskim. Była jeszcze
propozycja, by odbyć leczniczo-relaksacyjną kąpiel w piwie, ale zrobiło się
późno, a na drugi dzień wracaliśmy do domów- niektórzy mieli
przed sobą trasę około 400 kilometrową.
Nie
zobaczyliśmy wszystkich atrakcji turystycznych w Sztraberku, bo
nasze zloty polegały głównie na jeździe po interesujących
terenach. Na tym zlocie (sobota) zaliczyliśmy jeszcze Pribor i
Koprzywnicę.
A
wracając do atrakcji w Sztramberku, to można jeszcze zwiedzić:
muzeum, Jaskinię Šipka,
arboretum, kościół św. Jana Nepomucena z XVIII wieku, miejski
browar, zaliczyć kąpiel w piwie (hotel na rynku), ścieżkę
edukacyjną- Słoneczny Szlak.
Widoki
ze Sztramberka zamieściłam w prezentacji- są na niej nasze
zdjęcia oraz zdjęcia z Internetu.
To
jest przejście- przesmyk do ostatniego rzędu domków wybudowanych
pod stromą skałą, Na drugiej stronie ulicy mieliśmy
widok na dachy rzędu domków pod nami.
Stroma
uliczka, która prowadzi do rynku. Tu jest pokazane zejście- do
rynku idzie się w górę