Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

piątek, października 30, 2026

Odloty

 

Przesuwam zamieszczanie tego posta na blogu, przesuwam... Napisany tydzień temu a może i ciut wcześniej, jakoś nie potrafi się znaleźć oficjalnie. Brak ochoty, zniechęcenie, teraz jeszcze angina- skutecznie wyhamowują publikowanie.

Trzy inne, też już gotowe, nadal czekają w kolejce.

Odloty.

Nie, nie te psychiczne, czyli popularne „schizy”. Takie tematy raczej mnie nie interesują, chociaż spotykam się z takimi „odjazdami”, że głowa boli.

Chodzi o ptasie odloty, które trwają od września.

Najpierw odleciały bociany- tego nie widziałam, bo nie mam możliwości obserwować sejmików bocianich.

Potem odleciały jaskółki- koniec września był.


 

Na początku października szpaki zebrały się w gromadę, usiadły na przewodach i debatowały głośno. Pewnie ustalały trasę przelotu. Cały dzień się kłóciły, robiły harmider, a potem nagle stado się zerwało i od tego momentu już nie było szpaków widać w ogrodzie. 



 


W poprzedni piątek widziałam lecące wysoko żurawie. Całe stado. Nie spodziewałam się, że jeszcze przelatują. Myślałam, że już wszystkie odleciały. Podniosłam głowę, by spojrzeć z której strony nadlatuje samolot, a tu taka niespodzianka. Ptaki były duże i skrzydłami machały dosyć wolno, majestatyczne, dlatego myślę, że to żurawie. Nie słyszałam ich klangoru- były bardzo wysoko. Nie były to dzikie gęsi, bo te lecą niżej i robią straszliwy hałas. Poza tym inaczej machają skrzydłami.

Patrzyłam na odlatujące ptaki i zrobiło mi się smutno, nostalgicznie- taki widok zwiastuje koniec ciepłych jesiennych dni. Nadchodzą listopadowe szarugi. Jednak, na razie, jest bajecznie kolorowo.

Od dwóch lat nie grabię opadłych liści- zostawiam je pod drzewami, na trawniku, na grządkach. Wiosna nie ma po nich śladu, a wszystko, co pod nimi żyje ma szansę przetrwania. Zresztą i tak tego było zbyt wiele i zawsze grabienie stanowiło kłopot- zagrabiać na kupkę, którą trzeba było wywozić na kompost, szkoda zachodu. Za to mam sporo krzewów do uformowania. Bardzo szybko się rozrastają. W niedzielę przycięłam dereń i forsycję rosnącą obok niego. A miałam tylko wyjść z Bezą na jej siusiu. Wzięłam sekator, tak na wsiatkij słuczaj i chwilka zamieniła się w godzinę przycinania. Ale ja to lubię, lubię te chwile w ogrodzie, kiedy sobie mogę spokojnie pracować i prowadzić przemyślenia. Czas przyciąć róże na trzy oczka, może też przytnę już hortensje? Wprawdzie mogą być przycinane na wiosnę, ale ja wolę teraz zrobić jak najwięcej, by wiosną mieć mniej pracy, a i pogoda bywa taka kapryśna, że czasem wszystkie prace przesuwają się na kwiecień czy wręcz maj i trudno nadążyć ze wszystkim.

Byłam na cmentarzu. Na ewangelickim- na tutejszy katolicki nie chodzę, ale wiem, jak wygląda, bo widać przez ażurowy płot ciasno ułożone nagrobki, przejść prawie brak i ani jednej zieleniny w postaci krzewu czy drzewa. Nawet marnej tui nie ma. Na ewangelickim mamy główną, szeroką i wybrukowaną, alejkę. W zeszłym roku posadzono między nagrobkami świerki oraz lipy. W miejsce wyciętych starych lip posadzono rząd świerków- to pod płotem. Jest jeszcze sporo trawnika. Cmentarz jest niewiele większy od katolickiego, a jego wygląd, to raczej zasługa innego finansowania oraz dużo mniejszej liczby ewangelików we wsi. Składki, jakie płacą ewangelicy (oprócz zwyczajowej tacy), są rozdysponowane przez radę parafialną, która dba również o to, by cmentarz wyglądał przyzwoicie.

Czysto, schludnie. Na większości grobów już świeże stroiki. Niestety w większości sztuczne. Sama byłam zmuszona kupić takie na wpół sztuczne- kwiaty z tkaniny, spód z plecionej wikliny, ale jakieś gałązeczki były plastikowe.

Po trzech latach kupowania naturalnych stroików, doszłam do wniosku, że może one i ekologiczne, może i ładne, ale trwałość ich jest znikoma. Po miesiącu wyglądały szmaciato, szaro buro. W sumie nadawały się do wyrzucenia. 

W tym roku trudno kupić małe znicze. Wystawione są albo różnej wielkości wkłady, albo duże znicze z różnymi duperelami ozdóbkowymi- ogólne szkaradziejstwo. Kiedy groby nie były pokryte w całości płytami, kupowałam zwykłe świece i je wsadzałam w ziemię. A teraz strach, że stearyna zniszczy płytę, trzeba jednak kupować te znicze. Ale ograniczam- po jednym na grób i starczy.

Stojąc przy grobie pradziadków, patrzę i nie potrafię wywnioskować, która żona dziadka- a miał ich trzy- była moją prababką. Na nagrobku są tylko daty zgonów, nie ma dat urodzin. W tym grobie leżą pradziadek i jego dwie żony oraz syn pradziadka. Trzecia żona jest pochowana gdzie indziej, nie wiem gdzie. Będę musiałam pójść do parafii i, o ile jeszcze są, zajrzeć do ksiąg parafialnych. Może tam się czegoś dowiem. Na rodzinę nie mam co liczyć, nie pamiętają, nie wiedzą, a w sumie to chyba dla nich to nie jest ważne. Ja pamiętam pradziadka, moje młodsze kuzynku już nie.

 Grób pradziadka znajduje się na brzegu cmentarza. Obok, przy płocie rosną dwa dorodne, bardzo stare kasztany. Było ich więcej, ale murszały, traciły konary i kilka sztuk wycięto. Pod nogami mnóstwo dojrzałych owoców. Nie umiałam się oprzeć, tak pięknie błyszczały w słońcu, pozbierałam trochę do reklamówki, by w domu wsypać je do salaterki. Kryształ niezbyt pasuje do kasztanów, ale nie mam takiej np. ludowej misy, by to się zgrało. Kilka noszę w kieszeni- mają dobrą energię.



 

Przesunęliśmy zegary- nie odczułam zbytniej różnicy. Chodzę z Bezą po szóstej do ogrodu- ostatnio było to po siódmej- wyspana i bez oporów. Jest jeszcze jasno, niemniej za  tydzień, dwa  trzeba będzie zabierać latarkę.

Te zdjęcia zrobiłam trzy dni temu- pełnia myśliwych. W październiku zbiega się fajna sprawa- księżyc jeszcze świeci na zachodnim niebie i to wysoko, a już na wschodzie pojawia się słońce.  

Chyba w marcu albo w kwietniu dzieje się na niebie tak samo.
 

W tym roku nie filcuję dyniek, ale zrobiłam sobie motankę- słowiańską lalę ze szmatek.

 


Moja motanka nie jest słowiańską lalką mocy. Podczas tworzenia słowiańskich lalek mocy nie używa się nożyczek ani żadnych ostrych narzędzi. Nie szyje się ich za pomocą igieł, nie spina agrafkami, nie przyszywa się zatrzasków i haftek.

Ja umotałam lalkę, która dawniej służyła do zabawy i nie ma w sobie żadnej magicznej mocy- podczas motania takich lalek można używać noża czy nożyczek. Dałam jej prezent, choć to lalka bez magii- pas z szerokiej czerwonej wstążki zawiązany na kokardę.

Fajna zabawa podczas motania. Bierze się szmatki, ścinki, włóczkę, albo sznurek no i mota według określonej kolejności. 

O mojej motance- całym procesie oraz filmik instruktażowy- więcej na blogu robótkowym (kliknąć w obrazek na pasku po prawej stronie)

Mam zamiar zamotać sobie lalkę magiczną, gdzie nie będę używała nożyczek, ale to za jakiś czas.

A motanki to:

„Motanki są tworami starej magii, magii wręcz pierwotnej. Motanki to znane od zarania dziejów, motane przez nasze przodkinie lalki , które miały przeróżne zadania do spełnienia. Swoją pracę w tym kierunku zaczynały zaraz po powołaniu do życia i określenia ich roli. Każda motanka ma duszę, dlatego też żadna nie posiada twarzy, ponieważ mogłoby spowodować to nadanie jej cech ludzkich i pociągnąć ją do zajęcia się swoimi sprawami i spełnianiu własnych życzeń. (...)

W zależności od rodzaju lalki, można poprosić ją dosłownie o wszystko, tak naprawdę nie ma ograniczeń. Jednak nasze życzenie musi być wypowiedziane jasno i klarownie. Lalki mogą być wykonane w celu ochrony domostwa, opiekowania się dziećmi, pomyślności w biznesie, przyciągania pieniędzy, pomagania w gospodarstwie domowym, dbania o ciężarne kobiety i jeszcze w wielu innych celach. (…) Każda motanka musi otrzymać prezent od osoby, która będzie chciała korzystać z jej mocy. Ja dodaję zawsze elementy ozdobno- ochronne, oraz wspomagające działanie, jednak każdy musi dać lalce jakiś drobiazg samodzielnie, przez wyznaczeniem jej zadania. W prezencie można jej dać mały koralik, ozdobną tasiemkę, czy cokolwiek co przyjdzie nam do głowy i upiększy motankę.”

W cytowanym artykule na temat motanek, autorka wymienia ich rodzaje. Jest motanka „karmicielka”, są „ziarnuszka”, „rodzicielka”, „otulaczka”, „podróżniczka”, „żadanica”, „zielarka”, „lulanka”, „tryzenka” i wiele innych. A każda stara się wywiązać z nad powierzonego jej zadania.

Więcej o motankach znajdziecie pod adresem:

https://rodzimowiedzma.pl/motanki-slowianskie-lalki-mocy/




niedziela, października 18, 2026

Piękny pałac lecz bez duchów.

 

Co się odwlecze, to nie uciecze. O tym pałacu miałam już dawno napisać. Stoi on bardzo blisko naszego domu, niespełna 3 kilometry w stronę granicy czeskiej, w Kończycach Wielkich. To pół godziny marszu z domu, przez pola i las. Pałac blisko, historia pałacu i jego mieszkańców bogata, a jednak, a jednak.... dopiero teraz postanowiłam to opisać. Pod koniec września przejeżdżając obok pałacu, zatrzymałam się, by sfotografować pomnik Sobieskiego. Kiedy za pierwszym razem robiłam zdjęcia pałacu (oczywiście z zamiarem opisania go zaraz, natychmiast)- chyba to było w zeszłym roku, o tym pomniku nie było jeszcze mowy. Nie było też mowy o alei starych dębów. Wygląda na to, że odwlekanie jednak na dobre wyszło- opis będzie pełniejszy i prawdopodobnie poświęcę temu tematowi więcej postów. Ten o pomniku Sobieskiego będzie następnym, ponieważ działo się, oj działo i przed wiekami, i teraz.

Najpierw o pałacu i jego historii.

Dwór obronny w Kończycach Wielkich, które wtedy nazywały się Kończycami Książęcymi, wraz z wsią i folwarkiem, był własnością rodu Korniców, co zostało odnotowane w 1305 roku, w księgach biskupstwa wrocławskiego. Sama zaś wieś została zasiedlona pod koniec XIII wieku i należała do Piastów Cieszyńskich. Od 1526 roku Kończyce należały do Habsburgów. A następnie zamek należał do Mniszków, Karwińskich z Karwiny oraz Bludowskich z Błędowic. Od XVII wieku należał do rodu Wilczków (młody Wilczek poślubił młodą Bludowską i osiedli w Kończycach Wielkich).

Ja tutaj wymieniam miejscowości, które należały kiedyś do Księstwa Cieszyńskiego, potem Śląska Austriackiego, a obecnie są w granicach Czech, ale to kiedyś był jeden region o wspólnej kulturze, języku, nie przedzielony granicą na Olzie. Frydek, Karwina, Błędowice.... znajdują się bardzo blisko Kończyc Wielkich.

Zamek obronny przebudowano na początku XVII wieku na pałac- zrobiono to na polecenie Mikołaja Wilczka (ród Wilczków pochodził z Zimnicy, obecnie dzielnica Frydka- Mistka). Wilczek ufundował też przylegającą do zamku drewnianą kaplicę p. w. Opatrzności Bożej. Zamek stanowił rodową siedzibą. A ród Wilczków był jednym z najznamienitszych rodów ówczesnego Księstwa Cieszyńskiego. Wnuk Mikołaja Wilczka, baron Jerzy Fryderyk Wilczek, przebudował zamek na pałac w stylu barokowym z elementami klasycyzmu.

Pałac w Kończycach Wielkich był w posiadaniu tego rodu do połowy XVIII wieku. Następnymi właścicielami majątku oraz pałacu była rodzina Harasowskich. Dokonali oni przebudowy kaplicy na murowaną (w niej mieszczą się ich groby), oraz przebudowali niektóre fragmenty pałacu w stylu rokoko i barokowym. 

Kaplica obecnie


Więcej informacji o historii kaplicy będzie w następnym poście, dotyczącym pałacu w Kończycach Wielkich.
 

Na początku XIX wieku pałac kupił Jan Józef Antoni, hrabia Larisch von Mönnich. Historia rodu Larischów (linia Mönnich), jest związana z Ziemią Cieszyńską i jest bogata w przeróżne zdarzenia.

Budynek pałacowy przebudowano oraz zrobiono go w stylu neorenesansowej toskańskiej willi. W tym czasie, na polecenie hrabiny Larischowej, złożono wokół pałacu park w stylu angielskim. 

 


Pałac znajduje się na platformie- na południe od niego jest stok, który opada w ku stawom i rzeczce Piotrówce, z kolei, za tylną ścianą budynku, znajduje się wysoki stok, porośnięty starodrzewiem.

Dzisiaj już po parku, w stylu angielskim, nie ma śladu, na stokach obecny właściciel założył winnice, nie ma ozdobnych krzewów, alejek itp. Niemniej miejsce jest bardzo malownicze, a sam pałac nadal robi ogromne wrażenie.

Ostatnimi właścicielami pałacu byli Gabriela z rodu Larischa von Mönnich (dostała pałac w spadku) oraz jej mąż Felix Leopold Graf von Thun und Hohenstein.

Mimo, iż mogli zostać w Wiedniu- Feliks był adiutantem cesarza Franciszka Józefa zaś Gabriela była damą dworu cesarzowej i jej ulubienicą- wybrali życie w Kończycach, gdzie osiedli na stałe. 


 

Gabriela była niezwykłą postacią, nazwano ją „Dobrą panią” i to o niej, do dzisiaj, ludność Kończyc Wielkich oraz Cieszyna pamięta, i jej stawia pomniki. Ale o niej to napiszę innym razem.

Po raz kolejny budynek pałacowy został przebudowany oraz zmodernizowany. Tym razem w stylu francuskim barokowo- klasycystycznym.

Dobudowane drugie piętro nad głównym korpusem budynku, całość nakryto mansardowym dachem. Fasadę ozdobiono ryzalitem ujętym pilastrami. Nad podjazdem wybudowano obszerny taras, podparty kolumnami, na który wychodzi się z dużej sali balowej. Poszerzono wieżę zegarową- łączy dwie części pałacu i nakryto ją hełmem. Również kaplica, w tych latach, uzyskała swój klasycystyczny wygląd.

 Park utrzymano w stylu angielskim. Dodatkowo spiętrzono wody na Piotrówce- w ten sposób powstał sztuczny staw z wyspą pośrodku. 


 

 

Na starych pocztówkach widać zadbany park w stylu angielskim.
 

 Pałac, po II wojnie, stał się własnością państwa- mieściły się tu różne instytucje oraz Państwowy Dom Dziecka (do 2006 roku). Budynek miał jednak szczęście, bo nie został zdewastowany, utrzymał swój kształt z XIX wieku. 


 



 




Tył pałacu- we wnęce znajduje się mały herb. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie na tej ścianie jest on umieszczony. A ponieważ mam więcej pytań dotyczących pałacu, będę musiała je sobie spisać na kartce i w wolnej chwili podejść do właścicieli by uzyskać odpowiedzi na nie. O ile się da, o ile oni będą znali na tyle historię pałacu, by na bardzie szczegółowe pytania odpowiedzieć.

Tył pałacu- widok od strony zalesionego kopca. Zawsze staram się obfotografować obiekt ze wszystkich stron. Tutaj akurat widok jest mało interesujący. W pałacu mieszkają jego właścieciele, toteż i "gospodarski bałagan" przy nim też jest.
Bok i tył pałacu- widok z alei 100 dębów. Winnica zasadzona przez obecnych właścicieli.

Obecnie właścicielem jest rodzina Lipskich, która założyła winnicę Chateau Kończyce Wielkie, a w budynku mają swoje siedziby: Stowarzyszenie Cieszyński Szlak Wina oraz Fundacja im. Dobrej pani, kontynuująca dziedzictwo hrabiny Gabrieli von Thun und Hohenstein. Pałac jest na bieżąco remontowany, tylko park, według mnie, jest mizerny i ciut zaniedbany. Myślę, że niedługo i on będzie porządnie odnawiany. 


Jednak daleka jestem od krytyki, bo utrzymać taki budynek w świetności, a w ogóle wyremontować taki budynek to jest ogromny wysiłek finansowy. Najważniejsze, że pałac nie popada w ruinę, a było już tak blisko tego, bo kiedy starostwo powiatowe zdecydowało się go sprzedać, budynek nadawał się do generalnego remontu. Najpierw kupili go ludzie z Mazowsza za śmieszną cenę, bodaj za 2,5 miliona. Mieli zamiar zrobić w nim hotel. Przeprowadzili częściowy remont i forsy im zabrakło na dalszy. Parę lat pałac stał pusty i niszczał. Znów wystawiono go do sprzedaży. I tym razem trafił w dobre ręce. Żyje, organizuje się w nim różne imprezy, powoli staje się znów rozpoznawalny nie tylko w regionie, ale i w kraju.

 Chciałam przejść na wyspę, ale wejście było zastawione stoliczkiem. Nie zaryzykowałam.

Herby rodowe.




Herb rodu Thun und Hohenstein: austriacko- czeski ród pochodzi z Tyrolu. Na ziemiach czeskich pojawił się w XVII wieku, gdzie ich główną siedzibą i majątkiem było miasto Děčín. Od 1911 roku uzyskał prawa do tytułu książęcego, które to nadał im cesarz Franciszek Józef.



Herb rodu Larisch von Mönnich

Pod spodem herb Larischów na tylnej ścianie pałacu w Kończycach Wielkich.


 


W tym pałacu nie ma duchów, nie ma nawiedzonych istot, nic nie straszy, nie błąka się po nim ani biała, ani czarna dama, upiorów i strzyg też nie ma. W każdym razie żadnych takich ekscesów okoliczna ludność dawniej jaki obecnie nie spostrzegła. Szkoda.

Stare zdjęcia z podanych artykułów.
https://www.cieszy.pl/niesamowita-historia-rodu-thun-hohenstein-i-ich-palacu-w-konczycach-wielkich/
https://www.chateau-konczycewielkie.pl/historia/

https://www.ruinyizamki.pl/palace%20widok/konczyce%20wielkie.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Thun-Hohenstein

https://zamkilubuskie.pl/8242/

https://zwrot.cz/2019/04/spacery-ze-zwrotem-palac-w-konczycach-wielkich/



poniedziałek, października 12, 2026

Dramat w jednym akcie.

 

Był ptasi dramat. Zawsze nie wiem, jak się ustawić do tego typu historii. Z jednej strony drapol, który jeść musi, z drugiej strony ptasia ofiara, która chętnie pożyłaby jeszcze.

Siedzę przed kompem i słyszę trzask zamykanych drzwiczek samochodowych. Oho, myślę sobie, znów jakiś klient nie potrafi czytać tablic na bramie i pewnie zaraz nachalnie zadzwoni na domowy dzwonek, bo on by chciał... Poza godzinami pracy sklepu, oczywiście, by chciał. Dosyć często mamy takich klientów. Wydaje im się, że jak mieszkamy blisko sklepu, to jesteśmy na każde ich zawołanie.

Nie, to nie tym razem taka sytuacja. Jednak patrzę przez drzwi tarasowe, pomiędzy pniaczkami czerwonego bzu widzę, że coś się na parkingu szamocze. Patrzę uważnie, może to kura od sąsiada przeszła jakimś cudem przez płot. To nie kura- drapol siedzi i dziobem szarpie ptasią ofiarę. 

Dobra, myślę sobie, ptaka już nie uratuję, ale może jakąś ciekawą fotkę strzelę. Ubrałam się, chcę wychodzić, Beza włazi mi pod nogi- ona też...ona też... Nie tym razem. Zamknęłam jej drzwi przed nosem, zostawiając w sieni. Jeszcze na parkingu słyszałam jej głośne pyskowanie. A ja, kiedy podeszłam bliżej, jednak spłoszyłam drapola. Odleciał, ale ptaka nie wypuścił ze szponów.

 


Podleciał kawałek w stronę sosnowej, usiadł i czeka.

 


 Zrobiłam fotkę- był jakieś 15 metrów ode mnie- poderwał się i przysiadł na początku sosnowej, zaczął konsumpcję. Zrobiłam znów fotkę. 

 


Ptak się poderwał- na pewno mnie nie słyszał, a ponieważ nie robiłam gwałtownych ruchów, to coś innego go spłoszyło. I tak rzeczywiście było.

 


 Kot, wielkie czarne kocisko pojawiło mi się w obiektywie. Poniuchało chwilę w miejscu, gdzie siedział ptak i zaczęło zajadać- pewnie to, co zostawił krogulec, bo to był krogulec. Szlag, myślę sobie, drapol się nie najadł, a tłuste kocisko, które ma myszy full wypas, zeżarło mu obiad. Kot w końcu mnie spostrzegł, polazł przez płot w kukurydzę. Z tym niedojedzonym obiadem myliłam się- krogulec dokończył ucztę w połowie sosnowej- znalazłam resztki pierza.

Rozpoczął się jesienny wysyp grzybów w naszym ogrodzie. Ostatnio przeczytałam, że w lasach są dwa wysypy grzybów. Pierwszy letni- od czerwca do końca lipca, drugi jesienny- od września do listopada.

W tym roku u nas letniego nie było z powodu totalnej suszy. A teraz pojawiły się grzyby z wysypu jesiennego. Najpierw znalazłam dosyć dużo maślaków  i od tygodnia, każdego dnia, znajduję, po dwa średni kozoki. Był też większy wysyp tych grzybów. Zdjęcia dotyczą różnych zbiorów.

 




 

Poza tym jest sporo innych grzybów, tych nie trujących, ale niepopularnych na talerzu.

Nadal owocują maliny. Okazało się, że są dwa gatunki- jeden o mniejszych owocach i drugi o owocach dużych. O tym drugim to nawet nie wiedziałam, dopóki nie zaczęły w tym roku owocować. Maliny w połowie października to jest to. 

W miseczce są te większe.


 

Blog

Od pewnego czasu nie mam ochoty na pisanie postów. Może inaczej, nie mam ochoty na wklejanie nowych postów, a kilka już czeka w kolejce.

Jakby mniej mój własny blog mnie absorbuje. Wklejam post, wklejam zdjęcia i na tym kończy się moje zainteresowania tematem.

Przyczyną nie jest również to, że nie mam o czym pisać, bo dzieje się ciągle u nas na okrągło, dzieje. Ale nie będę pisać o „tu mnie boli, tu mnie rzgo, tu mi świerszczyk w d... gro”, jak mawiała moja świetna ciotka cieszynianka, kiedy ktoś się żalił i wywlekał swoje bolączki na forum. Ciotka to była aparatka, która na wszystko miała różne ludowe powiedzonka, a mówiła je z takim prześmiechem, że nie pozostawało nic innego tylko się pośmiać, a potem zaniechać narzekania.

Bardzo dużo teraz czytam. Dokupiłam książkę Chmielarza do serii o bezimiennym- tom 5. (4 tomy już za mną) i kupiłam trylogię grecką Siembiedy.  

No i wyhaftowałam 3 pawie. Ptaszory leżały rok odłogiem to należało im się wykończenie. 

Paw szampański (od nóżki podobniej do nóżki kielicha do szampana)

Mały pawik. Jakiś cień kładzie się pod haftem okręgu. Normalnie jest niewidoczny. 
Kolorowy Paw, największy.

Jest w planie jeszcze jeden haft z pawiem. 

W sumie wyhaftowałam już 52 ptaszory (na tamborkach). Kolekcja domowa liczy 46 haftów, 6 haftów poszło "do ludzi".  

A teraz tkam rybę. Po prostu rybę. Mam ochotę na gobelin z rybą toi będzie gobelin z rybą. 




środa, października 07, 2026

Kiedy daje się zbyt dużo wolności.

 



To był krótki wypad. Szkoda nam było tak pięknego dnia na siedzenie w domu. W piątek wzięliśmy Bezę i pojechaliśmy nad znajomy staw.


W zeszłym roku w lipcu na tym stawie roiło się od ptactwa wodnego. Pełno było na nim dzikich gęsi, kaczek oraz czapli. 

 

Nie byliśmy w tym roku, w lipcu, dlatego nie mam pojęcia, czy też było tyle ptactwa wtedy. Teraz staw jest pusty. Na wodzie pływało kilka kaczek, trzy rybitwy i to wszystko.

 



 Przy brzegach stało kilka czapli siwych, które co chwilę zrywały się z łopotem, by majestatyczne przelecieć nad taflą i wylądować w innym miejscu. Jedna zdecydowała się usiąść na konarze dębu- stamtąd cały czas nas obserwowała. 


Chyba przeszkodziliśmy jej w polowaniu na ryby, a miała co łowić- co i rusz nad wodę wyskakiwały karpie.

 


Nad stawem było cicho, nie odzywało się żadne ptactwo. Tylko od strony lasu, od czasu do czasu, słuchać było wystrzał.

Piątek, prawie południe i polowanie? Byłam zdziwiona, ale potem do mnie dotarło, że przecież niedaleko, na skraju lasu myśliwi mają swoją strzelnicę. No i wkurzyłam się- na skraju lasu, na łęgach, w miejscu, gdzie niedaleko gniazdują orły i bocian czary. Idioci, po prostu szkoda słów. No, ale ta strzelnica istnieje tam, co najmniej, od 30 lat. Przynajmniej ja wiem, tyle lat, ze tam jest, a dopiero teraz jakby mnie olśniło, że jej usytuowanie jest jakąś kpiną. A z drugiej strony, skoro orły i bocian czarny postanowiły tam zakładać gniazda, to znaczy, że im ta strzelnica nie przeszkadza. Chyba? W zeszłym roku na brzegach niektórych stawów ustawiono armatki hukowe, by płoszyć ptactwo, które hodowcom wyżerało ryby. Już wtedy zauważyliśmy, że ptaki chyba się przyzwyczaiły, bo huki hukami, a one siedziały spokojnie na tafli lub na brzegach stawu. To raczej Beza, która jeszcze wtedy słyszała, była bardzo zaniepokojona tymi hukami i chciała wracać do samochodu, co też dosyć szybko zrobiliśmy. Żadna przyjemność w takich warunkach spacerować. W tym roku armatek nie słychać.


 


Nad stawem nie byliśmy długo. Przeszliśmy ocienioną groblą do jego końca i stwierdziliśmy, że dalej, w słońcu, nie będziemy szli. No to zawróciliśmy. Wszystko było fajnie do momentu, kiedy naszej niesfornej psinie włączył się szwendacz i dała szpulę w dół grobli (tak w jej połowie długości), ku rowowi wypełnionemu rudym świństwem.

 


 Nie zdążyliśmy zareagować, kiedy „taka stareńka, taka schorowana, takie ma serducho zmęczone” odbiła się od brzegu i fruuuu przez ten rów na drugą stronę. A że rów jest dosyć szeroki, a Beza chyba źle oceniła swoje siły, to chlapnęła całym zadeczkiem w tę rudawą ciecz. Szybko wystrzeliła (wygramoliła się raczej) na brzeg tak, że tylko tylne łapska zamoczyła dokładnie. Ogon i reszta ocalały w stanie suchym. No, ale ja za nią przez ten rów ani dudu. Za szeroki i nawet rozpędu nie było gdzie wziąć. A Beza już na drodze dojazdowej stoi i nic sobie z nas nie robi, zresztą ona nas przecież nie słyszała. 

 To było w połowie tej długiej grobli- my na grobli, Beza za rowem, na drodze, a do rowu dosyć stroma skarpa.


Nie pozostało mi nic innego, tylko truchtem, pędem zaliczyć resztę grobli i łapać psa na tej drodze. Na szczęście nic nią nie jechało. Zresztą, przejechać tam mógłby tylko jakiś desperat. Już dawno nie widziałam takich głębokich, gęsto rozmieszczonych i zalanych dziur na drodze. Jak mnie piesa zobaczyła, to bez wahania slalomem, między tymi dziurami, truchcikiem przybiegła. Złapałam ją za szelki- smyczy nie zdążyłam od Jaskóła wziąć- w krzakach niedaleko zauważyłam czarnego kota. Gdyby go zobaczyła, to mielibyśmy przechlapane. Co, jak co, ale kotów, zwłaszcza czarnych, Beza nie toleruje. Niedawno przegoniła takiego z alejki sosnowej, a leciała za nim rozciągnięta, jak zając w ucieczce. Tylko brzuchem szorowała po igliwiu. Naprawdę miałam obawę, że mi zaraz padnie na to chore serce. 

Tak sobie jestem niewinna, po prostu węszę sobie i tyle. 

A nad stawem? No, mówiłam, że nie należy jej ze smyczy spuszczać, mówiłam... och... niech piesek trochę wolności poczuje. I poczuła, a ja odbyłam trening w szybkim marszu na 60 metrów. A drugi zaliczyłam w domu, gimnastykując się podczas mycia Bezy pod prysznicem. Ależ brudna woda się z niej lała i jeszcze taki drobny czarny piaseczek. I mogłabym się wkurzać, ale jak sobie przypomnę ten jej skok przez rów, to mi się śmiać chce. Taka zmęczona życiem, a tu niespodzianka kondycyjna.

 Zrobiłam kilka jesiennych zdjęć.


 



Liście dębu omszonego.