„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

10 marca 2026

Oooo, ja cierpiedolę....Aferki, skandaliki, banieczki.

 

W blogosferze jest nieznośnie, jest paskudnie, jest tendencyjnie. Jeden temat potrafi „przelecieć” przez wiele blogów, jest wałkowany, obracany, często w atmosferze aferki czy wręcz skandaliku.

Z komentarza potrafi się wyrwać (z jego kontekstu) jedno zdanie i w zależności, czy ono współgra czy nie, ze zdaniem opisującego, jest obracane. Kiedy współgra, to jest aplauz „Ja też, ja też...”, kiedy nie współgra to zdziwko albo wręcz krytyka- „Ja nigdy...”, „Nie zdarzyło mi się”... „Ale jak to....”. A wszystko to wypowiadane tonem kategorycznym, no bo przecież nie można się wyłamywać. Bycie w banieczce zobowiązuje, żadne tam "inne zdanie".

W komentarzach (zwłaszcza tych, które są w jakiejś opozycji do innych) wyszukuje się podtekstów, przecież nie może tak być, że ktoś zapyta szczerze, albo powie o sobie szczerze. Proste pytanie, proste stwierdzenie, często odbierane jest jako atak. Musi być, no przecież MUSI być jakaś insynuacja skierowana do innych. Przecież MUSI być w tym jakiś zły zamiar, bo wiecie ludzie są źli, a zwłaszcza ci, do których nie czujemy sympatii, albo z innych względów nie lubimy, albo po prostu nie zgadzają się z nami.

Pytanie zadane wprost budzi podejrzliwość, opowiedzenie o sobie, odbierane jest jako wywyższanie się (zwłaszcza, jeżeli ktoś mocno różni się w opinii).

Nagminne jest wmawianie komentującym, że „się nie znają”, bo... to tak jakby wmawiać zawodowemu stolarzowi, że nie potrafi ciąć deski prosto. O tak, to występuje bardzo często. I przykro mówić, ale faktycznie w polskim narodzie najwięcej jest lekarzy, nauczycieli, terapeutów, psychologów oraz pisarzy, znawców literatury i filmów. O czymś zapomniałam?

Ktoś coś lubi, no nie, ale NIE- tego się przecież teraz nie lubi, to jest passe durna pało, nawet tym się nie chwal, my cię tu zaraz ustawimy do pionu, skrytykujemy, wyśmiejemy, wydrwimy i wmówimy ci następny kompleks.

A ponieważ to wszystko dzieje się w tych banieczkach, tam nawała na delikwenta jest ogromna. O, właśnie, banieczki- tu się bardzo pilnujemy, by się nie wyłamać. Może się człowiekowi nie podobać jak nie wiem co, to co banieczka głosi, ale się nie wyłamie, bo nie chce być odrzucony. Siła banieczki jest oparta na obłudzie i kłamstwie oraz konformizmie. Nie podobało się do teraz, to pod wpływem banieczki się spodoba i to bardzo. Kiedyś nazywano taką grupę towarzystwem wzajemnej adoracji, teraz przybrała wdzięczną nazwę banieczki. Tak, relacje w banieczce oparte są na wzajemnej adoracji. No cudne to jest, cudne- „Da, da, da.... ja cię kocham, a ty mnie....”.

Owszem należałam do takich banieczek, ale wypadłam z nich, czasem mnie wykopano, ale zostałam z nich rugowana ostracyzmem, z większości jednak sama sobie wyszłam. Jestem zbyt niezależna w poglądach, zbyt indywidualistyczna, by się naginać do bańkowych relacji. Najpierw tiu tiu tiu a potem zgrzyt, bo nie jestem konformistką, a poglądy i upodobania mam odmienne od tych różnobańkowych. I jest mi z tym dobrze, ale owszem, zaglądam do tych banieczek i czytam, i wyciągam wnioski, i macie je tutaj w postaci postu. To moje zdanie o nich, jak ktoś ma inne, no to ma. I jeszcze jedno- jedni uwielbiają być w takich bańkach i nie przeszkadzaj im bańkowe „zasady”, inni jednak stają w nich trochę na przekór. 

Jedną z cech bańki jest święte oburzenie wobec krytyki. Rozumowanie w bańkach jest takie- my możemy pisać paskudztwa na innych, ale inni niech się nie ważą krytykować (opisywać) nas, bo damy tak popalić, że pół blogosfery zaczadzimy dymem. Poparte jest to sakramentalnym zdaniem, jakie często czyta się na blogach- to mój blog i mogę sobie pisać tu co chcę- bańkowa wersja obrończyń gospodarza brzmi zadzierzyście tak: „To Twój blog i masz prawo pisać to, co chcesz (i innym wara od tego)". A aferka, sensacyjka to drugie imię bańkowego społeczeństwa, bo bańka może je rozkręcać, ale inni już nie.



 
Muzyka: Stan Borys, "Wiatr od Klimczoka" 

zdjęcia- zasoby własne

05 marca 2026

Powoli rozkręca się.

 

Kalina pachnąca, jest szansa, że jeszcze zakwitnie.

Nad naszym domem krzyżują się korytarze powietrzne w różnych kierunkach. Jeden jest na osi wschód- zachód, prościutki jak strzała. Do momentu zestrzelanie pasażerskiego samolotu nad Ukrainą (2014 rok), ruch samolotowy na osi wschód- zachód był ogromny. Czasem było widać ciąg 3, 4 samolotów, a nieco później następny taki sznureczek, zmierzających na wschód do Azji lub na zachód Europy.

W 2014 roku nagle niebo zrobiło się puste. Pamiętam ten moment, bo to było bardzo dziwne, ten brak lecących maszyn. Teraz wszystkie samoloty lecące do Azji, omijają Ukrainę, lecą na północny- wschód albo na południowy- wschód.

Od paru dni nie widuję samolotów z krajów arabskich. Te zazwyczaj latały na osi północny zachód- południowy wschód. Ogromne maszyny, ze złotymi napisem „Emirates”. Skąd wiem? Lubiłam sobie ich widok przybliżać za pomocą obiektywu aparatu. Zrobiłam nawet kilka zdjęć, ale gdzieś wiąkły w czeluściach archiwum.

Ten korytarz też był dosyć zagęszczony. Późnym popołudniem latały trzy samoloty do ZEA, rano też kilka leciało na północny zachód. Teraz na tej osi jest puste niebo.

Przyzwyczaiłam się do tego, że nad głową często latają. Kiedy startują z Krakowa lub Katowic, nad domem są na wysokości około 5 kilometrów. Kiedy schodzą do lądowania na którymś z tych dwóch lotnisk, są jeszcze niżej- około 3 kilometrów. Dosyć często latają samoloty z Kazachstanu do Ostrawy i na odwrót. Lotnisko jest w odległości 40 kilometrów, czyli mamy czasem nad głowami lecące olbrzymy. Jest głośno, szczególnie, kiedy niebo jest zachmurzone, albo jest mgła. Nad domem latają również samoloty wojskowe. Te wydają specyficzny dźwięk, ciężkie buczenie. No i latają awionetki oraz helikoptery. A w sobotę oraz w niedzielę, w okresie letnim, z lotniska w Bielsku latają w naszą stronę samoloty „wycieczkowe”, czyli każdy może sobie wykupić lot i polecieć obejrzeć świat, góry z wysokości. Są też loty ćwiczebne. A o samolotach, to ja mogę na okrągło. Mam podgląd na radar i sobie obserwuję co leci aktualnie nad domem.

Jednym słowem, nie dość, że szumi nam tu droga Cieszyn- Katowice, zapchana TIRami, to jeszcze nad głową, co chwilę, słychać głośno lecące samoloty. One mnie tak nie drażnią, jak te ryczące niedaleko TIRy.

W perspektywie mamy horror- będą budować w Skoczowie, na „Wiślance” estakadę i ten cały ruch, który teraz leci tamtędy na Cieszyn, Bielsko lub Wisłę, pójdzie naszą drogą.

Na temat osób, które zostały „uwięzione” w krajach arabskich nie będę się szczegółowo wypowiadała. Ale myślę, że nie każdy znalazł się tam z powodu lekceważenia ostrzeżeń, nieodpowiedzialności, czy zwykłej głupoty. Teraz ważne, by te osoby bezpiecznie wróciły. Trwają rozmowy rządu i planuje się uruchomić 100 samolotów z krajów arabskich do Polski.

Kwitną leszczyny.

Prześliczne są te złote wisiorki podświetlone słońcem. 


Przyleciały drozdy i te dopiero się wydzierają. Najpierw zaczął śpiewać jeden i to w zagajniku u sąsiada. Trochę zrobiło mi się żal, że wypiął się na nasz ogród. Jednak od dwóch dni i u nas zaczęły się koncerty. Są dwa drozdy i kilka kosów. Podobno przyleciały już żurawie. W tym roku ani nie zobaczyłam, ani nie usłyszałam żadnego. Szkoda. Lubię oglądać rolki i filmiki na FB, na których pokazane są żurawie. Może sobie znowu jakiegoś wyhaftuję do kolekcji. Przez ten ciachnięty palec, wszystkie hafty są na razie zawieszone. Z trudem dziergam na krośnie dywanik i trochę tkam nowy gobelin.

Gęsi też nie leciały tędy. Ale gęsi teraz często pozostają na stawach i na zbiorniku goczałkowickim przez całą zimę. Obudziły się też jeże. Dzisiaj Młoda widziała jednego tuptusia w dalszej części ogrodu. Ciekawa jestem, czy ten mój się uchował. Nie będę do tej „norki”, którą jesienią zrobiłam, zaglądała. Nic to nie da. Jeżeli przezimował to pewnie sobie poszedł, jeżeli padł, to dzięki, ale raczej nie chcę truchełka oglądać.

Prace ogrodowe postępują i wygląda na to, że pod koniec marca, ogród będzie opanowany. Jest ciepło, ale rośliny nie szaleją. Wszystko idzie w normalnym tempie przedwiośnia.

Wszędzie kwitną przebiśniegi i śnieżyczki.  Te ostatnie, w miejscach zacienionych, dopiero wychodzą z ziemi, tam gdzie słońce są w pełnym rozkwicie.

Pod magnolią. Mam na nie widok z tarasu.

Koło bramki.
Przy tarasie.

Pod orzechem.


Wczoraj wymyłam karcherem wschodni taras. Strasznie był brudny. I ledwo wymyłam, to Bezka, jak ten mały dzieciak w gumiakach, od razu zaznaczyła powierzchnię błotnistymi śladami łapek. Inspekcja czystości tarasu wypadła pozytywnie- od rana wyleguje się na nim i grzeje w słoneczku. 

Ech, takie bzdety teraz wypisuję. Straciłam ochotę na blogowanie. Mam dużo do opowiedzenia, jednak coś mnie wyraźnie hamuje. By się jakoś odprężyć, robię kolejne prezentacje. Fajnie jest tak wybierać zdjęcia, obrabiać je, szukać do nich muzyki i potem jeszcze ustawiać animację. Jest wiele możliwości animowania prezentacji, a jednak tylko nieliczne ładnie wyglądają podczas przechodzenia zdjęcia w zdjęcie.

Kołujące myszołowy nad ogrodem. Było ich pięć. Udało mi się sfotografować trzy.


 Bardzo wysoko kołowały. Potem pofrunęły nad pola.


03 marca 2026

Miało być tak pięknie, a wrednie bolało.

 

 
Niedziela rano, świeci cudne słońce, ale jest chłodno. Co robimy? Jedziemy nad Olzę, zobaczyć, czy kwitną podbiały. Ponieważ brzeg polski to jeden wielki krzaczor, jedziemy nad rzekę na brzeg czeski. Oni tam mają wzdłuż całej Olzy, od Cieszyna do Karviny, ścieżkę rowerową, a nad samą rzeką jest trawiasty pas, nadający się do spacerów. 
Nakręciłam film i była powtórka z rozrywki. Podczas kręcenia filmu z mostem nad Olzą, Beza owinęła  mi się ze smyczą wokół nóg, film się bujnął. Tym razem powtórzyła numer i znów film się kilka razy bujnął. Ale... koniecznie duży ekran, bo wtedy widać cały urok tego miejsca.  
 
Pojechaliśmy i byłoby cudnie, gdyby nie to, że Beza się strasznie zmęczyła. Osioła jedna, zapomniałam sprawdzić, jak może reagować pies po antybiotyku no i ona właśnie pokazała jak. Antybiotyk bierze, bo znów ma zapalenie pęcherza. Wprawdzie lekkie, ale trzeba to zapalenie „zabić”. A po tym antybiotyku pies bywa senny, zmęczony. Beza już na wstępie, na parkingu, niechętnie wskoczyła do samochodu. Powinno dać nam to do myślenia, ale nie dało melepetom jednym. Pies, który szaleje na widok smyczy, a do samochodu wskakuje z impetem w głąb, za każdym razem, w niedzielę się ociągała. Nie miała ochoty na wycieczkę, a myśmy to zignorowali. 

 

W drodze powrotnej bardzo dyszała i charczała, serce mi stawało ze strachu, bo myślałam, że z kolei jej serce wysiada. W domu napiła się wody, jeszcze połaziła trochę, podyszała, pocharczała i padła pod stołem. Spała twardo dwie godziny. Potem wstała rześka, jakby przygody ze zmęczeniem nie było.

Wczoraj przeczołgali mnie w zabiegówce. Wszyscy mi mówili, że wyciąganie szwów nie boli. Taaaa...... nie boli, jakby żywcem mięso ze mnie rwali. 5 szwów, tylko 5 szwów, a jednak cierpiałam jak potępieniec. Po raz kolejny przekonałam się, że mam bardzo wrażliwe nerwy w skórze. To, co inni ledwo czują, mnie po prostu bardzo boli. Szwy wyciągała bardzo miła pielęgniarka pod czujnym okiem doktora V. - czarnoskóry, przesympatyczny lekarz, który przyjmował mnie na SORZe. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, stwierdził, że wszystko ładnie się goi, ale szpila w palcu została na dalsze 2 tygodnie. Potem będzie impreza z jej wyciąganiem. Ale to jedna szpila, a nie pięć szwów- jeden ból i po ptokach. 


 

Od paru dni pogada jest cudna. Słonecznie, ciepło. Otwieram drzwi na tarasy, wpuszczam wiosenne powietrze(a przecież jeszcze jest zima) do domu. Dzisiaj natnę nowe gałęzie forsycji i wstawię do wazonu, niech zakwitną słońcem

W ogrodzie robię „grabież”, czyli wygrabiam małymi pazurkami liście spomiędzy roślin. To mogę robić jedną ręką. Jutro biorę sekator, zaczynam przecinanie wiosenne na tyle, na ile dam radę.

Od trzech dni , rano i wieczorem, koncertują drozdy. Wtórują im kosy i sikory. A dzisiaj ma być zaćmienie księżyca. Może uda mi się strzelić jakąś fajną fotkę.

Skończyłam czytać „Aglo...” Rokity. Świetnie napisane. Teraz zabieram się do czytania reportaży: „Z widokiem na Polskę...”, napisanych przez reporterów Onetu.

Nie obejrzałam dotychczas „Ołowianych dzieci” i nie wiem, czy jeszcze chcę to zobaczyć. Historię „trucia” śląskich miast przez przemysł, znam od dawna. A po przeczytaniu wielu opinii, recenzji, opowiadań, wspomnień, porównań, chyba przeszła mi ochota na oglądanie tej historii w wersji netfliksowej.