Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

26 czerwca 2026

W klapkach, spodenkach i źle dopasowanym kasku....

 Marlon Brando i Triumph Thunderbird 6T

Steve Mc Queen ikona motocyklistów

Czytając moje posty o motocyklach, o mojej miłości do nich, o tym, jak jeździłam na rajdy, jak trzeba się zachowywać na motocyklu w roli plecaczka itp, można sobie pomyśleć, że ja to tak sobie a muzom piszę. No nie.... no NIE. To nie są teksty tylko dla rozrywki. Jeżeli ktoś uważnie czyta, to widzi, że na serio dzielę się swoimi doświadczeniami pasażerki na motocyklu. Jazda w roli plecaczka wymaga wielu umiejętności oraz, co tu dużo mówić, trochę wiedzy na ten temat.

Niektórym wydaje się, że siadam na tylnym siodełku i jadę.... ach jak romantycznie.... ach...wiozą mnie...jejku, jejku!

Guzik prawda- najpierw trochę poczytaj, jak to ma wyglądać, co cię czeka, gdzie są miłe niespodzianki, a gdzie jest do d.... Co możesz, a czego nie powinieneś robić, a potem ewentualnie decyduj się, czy wsiadasz z tyłu czy nie.

No i plecaczek nie jest zwolniony od odpowiedzialności za bezpieczeństwo kierującego, jak to się ogólnie myśli. Takie rzeczy to tylko w samochodzie. Na motocyklu oboje jesteście odpowiedzialni za bezpieczeństwo.

I jeszcze raz dla tych, co im wiedza opornie wchodzi do głowy, a uważają, że jazda na motocyklu jako pasażer to bułeczka z masełkiem polewana miodkiem.


DEKALOG PLECACZKA
1. Nawet jeśli jest bardzo gorąco i perspektywa nałożenia na siebie skórzanej kurtki i grubych spodni przyprawia cię o zawrót głowy, nałóż je. Przewiewne biodrówki i buty na obcasie to nie jest najlepszy pomysł. Zapewne wyglądasz w nich ślicznie, ale pomyśl, jak będą wyglądać twoje zgrabne nóżki po spotkaniu z asfaltem.

2. Drogi "plecaczku", wiercić możesz się na kanapie w domu lub w samochodzie. Siedząc na motocyklu nie wykonuj żadnych nieprzemyślanych i nagłych ruchów. Kierowca ma za zadanie utrzymać w ryzach 300-kg "potwora". Nie pomagasz mu jeśli twoje 60 kg wprowadza zamęt na pokładzie.

3. Jeśli motocykl jest na zakręcie, zawsze utrzymuj ten sam kąt nachylenia co kierowca. Nie staraj się , na miłość boską, wychylać w druga stronę! Ty, motocykl i kierowca tworzycie jedna całość, zachowuj się więc jak jej wspólna cześć.

4. Z motocykla wcale nie jest łatwo spaść! Brzmi niewiarygodnie, ale to fakt. Nie trzymaj się zatem kurczowo, przylepiając do pleców kierowcy niczym miś koala, ponieważ to bardzo ogranicza jego płynność ruchów. Usiądź wygodnie, znajdź pozycje najwygodniejszą dla siebie. Możesz przytrzymać się ręką za uchwyt z tyłu motocykla (jeśli takowy jest), możesz wesprzeć się o bak motocykla , okalając ręką kierowcę. Trzymaj się nogami.

5. Jeśli kierowca przechyla się mocno do przodu , kładąc się na bak, oznacza to tyle ze należy zrobić dokładnie tak samo.

6. Nie stukaj swoim kaskiem w kask kierującego! Twoja głowa powinna być na tyle daleko, aby oszczędzić mu tych "dzięciołowych" atrakcji.

7. Zanim wsiądziesz na motocykl, uprzedź o tym kierowcę. Jeśli nie będzie przygotowany na nagłe obciążenie z jednej strony możesz go niemile zaskoczyć. Ta sama zasada obowiązuje podczas zsiadania.

8. Jeśli jedziecie zbyt szybko, nie podoba ci się to i boisz się takiej jazdy, powiedz o tym po zatrzymaniu motocykla. Nie wal pięściami w plecy kierowcy! to nie pomoże, a może zaszkodzić. Porozmawiaj z nim na spokojnie i wytłumacz. "Sceny" podczas jazdy to najgorszy pomysł z możliwych.

9. Podstawowa zasada i najczęściej, niestety, popełniany błąd: gdy motocykl hamuje, nie kładź się całą sobą na plecach kierowcy! Przytrzymaj się wspomnianego wyżej uchwytu usytuowanego z tyłu lub oprzyj się ręką o bak motocykla.. nie dokładaj kierującemu dodatkowego ciężaru. To wszystko idzie na jego ręce i kierownicę, a od tego jak sobie z nią poradzi, zależy wasze zdrowie, a nawet życie.

10. Na koniec najważniejsza rada -zaufaj kierowcy. Razem tworzycie zespól. On prowadzi, i wie co robi. Jeśli uważasz, że jest inaczej, nie wsiadaj z nim na motocykl.

"UWAGI DLA PASAŻERÓW MOTOCYKLI

Zajmując miejsce za kierowcą motocykla pamiętaj bezwzględnie o kilku zasadach:

  • bez cienia przesady — powierzasz w czyjeś ręce swoje życie i zdrowie
  • statystycznie rzecz biorąc — w razie wypadku, to ty ucierpisz bardziej niż kierowca
  • nie wolno ci zająć miejsca pasażera, jeśli masz na sobie odzież, która nie zapewnia poziomu bezpieczeństwa równego ubiorowi kierowcy
  • nigdy, ale to nigdy nie wolno ci wsiąść na motocykl, jeśli nie masz zaufania do kierowcy i jego umiejętności
  • trzymaj się obejmując mocno kierowcę — uchwyty z tyłu to tylko dekoracja" 

 Jak się zachowywać w czasie jazdy np, na zakrętach, nierównej nawierzchni itp.  Więcej tu: https://dobresklepymotocyklowe.pl/blogs/wiedza/niebezpieczny-pasazer-motocykla-uwazaj-na-plecaczek

 A teraz o ubraniach na motocykl.

Kiedyś... kiedyś w czasach, kiedy po drogach jeździły WSKi i Junaki, albo MZTki czy inne klasyki, co to pyrkały sobie z prędkością do 120 km/h, zakładało się do jazdy na nich to, co nosiło się codziennie. Były to zwykłe kurtki, grube swetry, buty jak popadło- szpanerzy zakładali oficerki lub męskie kozaki. Kaski jak jajo, bez szyb, byle chroniły łepetynę, spodnie codzienne, znów szpanerzy- dżinsy. Kto był bogatszy, to szył sobie ramoneskę na wzór ramonesek Steva Mc Queen,  Marlona Brando czy  Jamesa Deana. Och tak, Triumphy, Harleye i amerykańscy bohaterzy filmowi na nich... To był odlot. Ja też na początku byłam zapatrzona w taki obrazek, a głównie w Harleye. A potem zobaczyłam Royal Enfielda i przepadłam.

Pamiętam, jak mój poprzedni mąż wkładał pod kurtkę gazety, żeby nie zmarznąć podczas jazdy na motocyklu. Śmieszne? Teraz wydaje się śmieszne, nierzeczywiste, ale w latach 80 tak się motocykliści zabezpieczali przez zimnem.

Ubranie motocyklowe dla mnie, kupiliśmy w 2008 roku. Pamiętam, że był kłopot z jego dopasowaniem, bo ja jestem niska, a spodnie do teraz mam ciut przydługie. O ile dla mężczyzn był już duży wybór takich ubrań, to dla kobiet oferta była jeszcze mizerna. No i materiały jeszcze były sztywne, twarde, wprawdzie były już Gore- Texy (leciutkie, wygodne), ale cena była zaporowa, a na mnie w ogóle takich ubranek nie było. Z czasem pojawiały się coraz cieńsze i bardziej odporne, na skutki upadku motocykla, tkaniny.

Moje ubranie jest sztywne, ma wszystkie ochraniacze i wypinane podpinki- w spodniach i w kurtce. Trochę trudno było się w nim poruszać, ale podczas jazdy czułam się w nim bezpieczna. Gdy było gorąco- wypinałam podpinki, ale tylko w duże upały w tym ubraniu było za ciepło. Podczas jazdy na motocyklu nawet jak jest dosyć wysoka temperatura, to powietrza sprawia, że tego gorąca się nie czuje. Na krótkie trasy ubierałam tylko kurtkę motocyklową, normalne sportowe spodnie, a na kolana zakładałam ochraniacze- kolana można bardzo szybko „przeziębić”. 

 


No i buty motocyklowe oraz rękawiczki, w których, również w wielkie upały, jeździłam. 


 

Prawdziwy wysyp różnorodnych ciuchów motocyklowych wystąpił w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, a teraz to już szał motocyklowych ciał- można oczopląsu dostać, jak się widzi tyle różnorodnych ubranek na motocykl. Pojawiły się ubrania z kevlaru, covecu, z cordury, siateczki mesh, różnego rodzaju membrany. Są ubrania termoaktywne, które można założyć pod ubranie motocyklowe. Są również ubrania motocyklowe ze skóry, ale....One są odporne na tarcie i szpanersko wyglądają, ale....są niepraktyczne no i ta skóra- budzi to teraz we mnie opór.  Jaskół ma porządne ubranie z grubej skóry- dał je sobie uszyć na początku swojej przygody motocyklowej. 

Moja kurtka motocyklowa (S- no tak właśnie tak😁 i pasuje nadal)


Na plecach naszywka- taką wszyscy w naszym nieformalnym klubie mieli naszyte na ciuchy motocyklowe. Piszę w nieformalnym, bo to był klub przyjaciół motocykla marki Royal Enfield, niezrzeszony, nierejestrowany- nie chcieliśmy takich ograniczeń: składki, statut, obowiązkowe rejestracje, jakieś zgłoszenia, milion formalności. Jednak chcieliśmy podkreślić, że taka grupa istnieje, stąd naszywki, proporczyki, naklejki itp. A na każdym zlocie jakieś pamiątki z logo klubu i takim napisem.

Na rękawie kurtki logo naszego klubu


 

Spodni nie demonstruję- - normalne spodnie z tego samego materiału z ochraniaczami. Mają tylko różnego rodzaju zapinki i paski, by je dopasować.

Jaskół na bieżąco kupuje sobie różne wygodne, dostosowane do temperatury ciuchy. Gdybym dalej jeździła, pewnie też zmieniłabym ciuchy na lżejsze, wygodniejsze, ale z tymi wszystkimi zabezpieczaniami. Ochraniacze mają teraz nawet stylizowane dżinsy motocyklowe. Fajne czasy dla motocyklistów nastały.

Gdybym dalej jeździła, to na pewno zmieniłabym ubranie na nowocześniejsze, choć mojemu niczego nie brakuje oprócz lekkości.

Moja pierwsza jazda, jako plecaczek, była na rozpoczęcie sezonu motocyklowego w Częstochowie (2009 rok).

To impreza cykliczna, która odbywa się w kwietniu.

Wyjechaliśmy około 7 rano- dzień zapowiadał się piękny, ale kwietniowy poranek był wręcz zimny. Powietrze było lodowate. Jechaliśmy wzdłuż Jeziora Goczałkowickiego, od wody wiało ziąbem. Miałam na sobie porządne ubranie motocyklowe i wcale nie było mi w nim zbyt ciepło. Twarz zasłoniłam szybą z kasku, pod tą szybą miałam na twarzy kominiarkę, a i tak czułam jak mi marzną policzki. Nie lepiej było podczas jazdy przez Puszczę Pszczyńską, o tej porze dnia jeszcze mroczną, wilgotną i mroźną. Potem było coraz lepiej. Wstało słońce i na otwartych przestrzeniach zrobiło cię cieplej. Za Katowicami zaczęły wyprzedzać nas ścigacze- wtedy była na nie moda. Jeden nas mija i co widzę? Z tyłu, na siodełku, prawie leżąca na motocykliście dziewczyna- na ścigaczach tak się jeździ- prawie na leżąco), nogi w cieniutkich leginsach, całe nerki odsłonięte, widać pasek gołej skóry między brzegiem kurteczki i gumą leginsów. Na nogach półbuty na małym obcasie. A ścigacz zapier... jak to ścigacz- ledwo zdążyłam zarejestrować ten widok. Wyobrażam sobie, jak jej było zimno. I te biedne nerki wystawione na lodowaty wiatr. Zrobiło mi się normalnie zimno od samego patrzenia.

Jasne, że na motocyklu można we wszystkim jeździć. Nierzadko widuję panów w tenisówkach, adidaskach, czy wręcz w klapkach, w krótkich spodenkach, letniej koszulce, pędzących na motocyklach. Pewnie oni tak na szybko, na krótko, tylko kawałek... po co się ubierać?

Można, oczywiście, że można. Ale wystarczy kamień wystrzelony spod opony przejeżdżającego samochodu i d... blada. Chyba nie trzeba mówić, z jaką siłą ten kamień ląduje np. na gołej łydce, goleni czy ramieniu motocyklisty. Nawet zderzenie z lecącą muchą albo pszczołą jest bolesne. A i oparzenia spowodowane dotknięciem gołej łydki rozpalonej rury wydechowej też są częste. 

Bartłomiej Słonka

ntrdoeposS17tuc8013imdh12u.o99u343tu4mcl5l181 h1lu3zgl20u9m6  ·

No i pokarało ?

Co prawda buzię widzę w tej łydce, ale nadal tłumik 1 ja 0 ?￰゚マᄏ‍♂️

 

To motocyklista, ale pasażer też może mocno nogę spalić o rurę wydechową.

No, a jak się zdarzy wywrotka? Już widzę tę, do mięsa, zdartą skórę czy otwarte złamania kości. Nie przesadzam. Jaskół miał wywrotkę, był w ubraniu motocyklowym, a i tak miał otwarte złamanie kości przedramienia i żebro złamane, bo miał klucze w kieszeni, które pod wpływem siły uderzenia złamały żebro. Podczas drugiego wypadku- baba w niego wjechała- wszystko przy małych prędkościach, prawie zerowych- doznał przebicia płuca przez żebro i miał pogruchotaną łopatkę- miał na sobie porządne ubranie motocyklowe, a jednak.... To jak to będzie wyglądało, kiedy gościu w koszulce, bermudkach i klapkach, z motocyklem wywali się na asfalt?

Przy decydowaniu się na kupno motocykla, należy liczyć się z tym, że trzeba mieć odpowiednie ubranie do jazdy. Wprawdzie takie ubranie nie zawsze chroni na 100%, ale minimalizuje skutki wypadku. Gdyby Jaskół nie miał ochraniaczy na kolanach, wszytych w spodnie, pewnie i kolana poszłyby w drzazgi.

Buty- widuję motocyklistów w różnych butach- kozakach, oficerkach, adidasach, ale najbezpieczniejsze są buty dedykowane do jazdy na motocyklu. Są one z grubego materiału, z usztywniaczami oraz często nieprzemakalne. Ważne, by buty tak, jak u dziecka, „trzymały kostki” (ochraniały je) i były na tyle wygodne, by dobrze się w nich prowadziło motocykl. Plecaczek nie prowadzi motocykla, ale buty powinien mieć stricte przeznaczone do jazdy na motocyklu. Mam (nadal) bardzo wygodne buty.


 

Zresztą teraz wybór ubrań oraz butów motocyklowych jest ogromny- od tych z przeznaczeniem do jazdy letniej, po te z przeznaczeniem do jazdy zimowej. Rękawice są niezbędne nawet latem (chronią skórę przed zdarciem w razie ewentualnego upadku). Ja mam skórkowe (sztuczne- to info dla tych oburzających się), dosyć cienkie, ale każdy motocyklista może sobie dobrać różne w zależności od potrzeb. Jaskół jeździ dużo i mam tych rękawic sporo.

Można kupić nawet podgrzewane rękawice, zasilane przez bateryjki wewnętrzne lub podłączane za pomocą USB do motocykla. A jeszcze lepiej jest zamontować sobie w motocyklu podgrzewane manetki- właśnie się przymierzamy do czegoś takiego.

O kaskach nie będę pisała dużo- ich wybór jest też ogromny (no i ceny czasem zaporowe)- ja mam kask dołem otwarty, z szybą i blendą, ale kiedyś miałam COBRĘ- kask szczękowy. Tamta chroniła szczęki, ale nie miała blendy, a blenda jest naprawdę doskonała podczas jazdy pod słońce. Teraz można kupić kaski szczękowe również z blendą oraz różnymi innymi bajerami.

 Najważniejsze, by przy zakupie kask ściśle przylegał do głowy, a gąbka okalająca (ta na brzegach kasku) powinna również ściśle przylegać do twarzy (nawet jak czujemy lekki dyskomfort na początku)- podczas użytkowania wszystko się dopasuje i poluźni (gąbka się ugniecie). Luźny kask (nawet ściśle zapięty pod brodą) podczas wypadku może się przesunąć i nie ochroni głowy, nie zamortyzuje uderzenia. Poza tym.... jak pęd powietrza dostaje się, między gąbkę a twarz, pod kask, to chyba można ogłuchnąć- dobry kask chroni również przed hałasem.

Kask, tak jak motocyklowe ubranie, ma zabezpieczać głowę w razie upadku, a nie „wyglądać”. Można sobie dobrać dobry, nieduży (czasza) kask, ale im więcej w nim bajerów, tym czasza musi być większa (gdzieś te bajery trzeba zamocować).

W ogóle, te wszystkie szczuplutkie babeczki na ścigaczach w opiętych skórach, to raczej tak na reklamę, a nie by bezpiecznie dojechać.

Oczywiście, że można zrobić rewię mody tak samo, jak na plaży, czy na trasie do Morskiego Oka (klapeczki, krótkie spodenki, szerokie galoty, które mogą się wkręcić w koło- a one w tym roku takie modne są), ale motocykliści, którzy podchodzą poważnie do bezpieczeństwa jazdy, będą bardziej zwracali uwagę na rodzaj tkaniny- jej ścieralność, nieprzepuszczalność wody lub oddychanie, grubość, ochraniacze, a dopiero potem na to, jak w tym wyglądają.

A jak ktoś nie wie, co kupić, to w salonach z odzieżą motocyklową są kompetentni sprzedawcy, którzy dobrze doradzą


Tak to tylko w filmach lub clipach.


P.S. Do tych wszystkich, co to na motocykl mówią motor, motór, motur itp. motor to jest w pralce szanowni państwo, jeździ się na MOTOCYKLACH!

James Dean i jego Triumph.
 

21 czerwca 2026

Z Langwedocji na Śląsk.

 

 Pałac w Baranowicach po przebudowie na początku XIX wieku.

Po obejrzeniu pałacu w Boryni, wróciliśmy do weta, ale jak już pisałam, ludzi z psami było jeszcze więcej niż za naszym pierwszym podejściem. Zrezygnowaliśmy. Wróciliśmy do weta w sobotę, Beza została przebadana i po wizycie pojechaliśmy zobaczyć następny pałac, który znajduje się na obrzeżach Żor. 

Pałac w Baranowicach miał sporo właścicieli (do XIX wieku), a przy ich wypisywaniu, można się naprawdę podłamać, ech te nazwiska niemieckie, austriackie, czeskie i nawet francuskie (straszna pisownia).

W przeciwieństwie do historii pałacu w Boryni, historia tego pałacu jest lepiej udokumentowana, co wprawia mnie w lekką frustrację, jak zawsze, przy sporej ilości informacji oraz zdjęć- nigdy nie wiem, co wybrać, by wciągnęło i nie zanudziło. Dla mnie wszystko jest godne uwagi, ale to jest tylko blog, a jego czytelnicy mają różne zainteresowania, niekoniecznie historyczne, czy podróżnicze. W przypadku Baranowic, więcej informacji dotyczy współczesności, niż jego dawnych dziejów.

Tym razem wkleję cytat mówiący o tym, kto był w posiadaniu obiektu aż do XIX wieku.

„Zanim w Baranowicach powstał Pałac, tereny największej dzielnicy Żor należały do wielu właścicieli. Najwcześniej, bo już od XV wieku ich właścicielką była Helena Korybutówna, żona księcia Jana II. Księżna darowała ziemię rycerzowi Mikundey’owi. W 1436 roku wykupił je Mikołaj Szoszowski, by następnie sprzedać je Jerzemu Osińskiemu. Kolejnym właścicielem został Johann von Trach z Brzezia na Starych Gliwicach, który w 1556 roku za 4650 talarów wykupił majątek 
w Baranowicach i bezludne w tym czasie Szoszowy. Trachowie byli starym szlacheckim rodem i to dzięki nim w XVII wieku powstał tutaj pierwszy murowany dwór (zwany zamkiem). Pozostałości pierwszej budowli można znaleźć w trzech pomieszczeniach na parterze o krzyżowych sklepieniach, które stanowią najstarszą część pałacu.

Rodzina Trachów była właścicielami majątku aż do drugiej połowy XVII wieku. W okresie wojny trzydziestoletniej (1618-1648) dobra zostały poważnie zrujnowane. W późniejszych latach obiekt przechodził z rąk do rąk, a jego właścicielem byli między innymi baronowie Królestwa Czeskiego, cesarski administrator upraw tytoniowych czy też królewski zarządca żup solnych w Brunn. W latach 1803-1811 Pałac należał do Anny Heleny von Czarnetzkiej, po której śmierci posiadłość przeszła na córkę Joannę, wdowę po Henryku baronie von Durant de Sénégas, kapitanie wojsk pruskich. Okres ten zaczyna dzieje baranowickiej linii Durantów. W tym czasie w miejscowości żyło 209 osób.”

Rodzina von Durant pochodziła z Langwedocji. Drugi człon ich nazwiska,

„de Sénégas”, pochodzi od nazwy ich tamtejszych dóbr rodowych- Château de Sénégas w Bas Lanquedoc koło Nimes. Jej członkowie byli hugenotami (ewangelikami). Kiedy za Ludwika XIV, we Francji, zaczęły się prześladowania innych wiar niż katolicka, Durantowie uciekli do Brandenburgii, zostawiając we Francji dwie linie rodowe. W Niemczech ich posiadłością były dobra Strubenberg, a na Górnym Śląsku, od 1811 r. Baranowice, Szoszowy i Osiny, dziś dzielnice Żor. Majątki te, na drodze spadku, otrzymała od swojej matki owdowiała Joanna baronowa Durant de Senegas, z domu von Czarnecka. Oprócz wymienionych miejscowości, rodzina Durantów posiadała również majątki w Nowym Dworze oraz Wielowsi, Błażejowicach oraz Sierotach. W zasadzie główną siedzibą rodu- linii śląskiej, była Wielowieś i o tej linii zostało sporo informacji w dokumentach, które ocalały po wojnach.

Herb rodu von Durant de Sénégas
 

Baranowice wraz z okolicznymi ziemiami odkupił 11 listopada 1827 r. od Joanny von Durant, jej syn, Emil baron von Durant de Senegas. Miał dwóch synów: Hansa i młodszego Emila.

Durantowie byli właścicielami pałacu w Baranowicach około 100 lat. W tym czasie wpływali na życie okolicznych wiosek, ale również na życie miasteczka, jakim były Żory. Emil Henryk Erdmann Konrad von Durant de Sénégas, był jednym z najbardziej wpływowych ludzi rodu, którego król pruski mianował landratem powiatu rybnickiego. Za jego czasów majątek przeżywał koniunkturę i zajmował 6 miejsce w powiecie. To on zarządził przebudowanie dotychczasowego barokowego pałacyku w budynek klasycystyczny. W ramach rozbudowy dobudowano dwa jednopiętrowe skrzydła boczne. Wykonana została również sztukateria w stylu renesansu włoskiego. Wokół pałacu kazał założyć park w stylu angielskim.

Hans, jako pierworodny, odziedziczył po ojcu Baranowice i Szoszowy.

Baron Hans von Durant, drugi z „panów na Baranowicach”, też zasługuje na szczególną uwagę. Był oficerem w 3 gwardyjskim pułku ułanów w Poczdamie. Brał udział w wojnie z Francją. Za wyróżnienie się męstwem, w bitwie pod Sedanem, został odznaczony Żelaznym Krzyżem I klasy.

I tu dygresja- Pałac w Baranowicach był w granicach państwa pruskiego od wojen śląskich- to było normalnie funkcjonujące państwo z prawem pruskim i obywatelami pruskimi jako jego mieszkańcami na tych ziemiach. I to tu było normalne. Najczęściej właścicielami majątków byli Prusacy/Niemcy, a chłopi deklarowali się jako Ślązacy- to tak w uproszczeniu. Nie było jakichś ogromnych niesnasek narodowościowych, bo to funkcjonowało od 1742 roku. Czyli prawie 200 lat- do roku 1922 roku, powiat rybnicki leżał w państwie pruskim (gdzie tu mowa o jakich rzekomych ziemiach polskich?). 

 Hans von Durant, ze związku z baronówną Elly von Hahn, miał dwie córki i trzech synów. Pierworodną była Elsa (o niej napiszę na samym końcu posta, bo była niebanalną kobietą i warto ją bliżej poznać), młodsza miała na imię Frieda. Pomiędzy siostrami było trzech braci: Emil, Charles i Constantin.

Rodzina Durantów- od lewej: Frida, potem chłopcy, ale nie wiem, który jest którym, bo nie podpisano, Else, baronowa Elly i baron Hans.

Emil z marł w wieku 30 lat nie założywszy rodziny, Constantin także nie założył rodziny, natomiast Charles miał dwie córki. Spadkobiercą Hansa był najstarszy Emil, a po jego bezpotomnej śmierci jego młodszy brat Constantin (Charles wyjechał, jego żona była Szwajcarką). Ten w 1914 r. sprzedał majątek przedsiębiorstwu Bergwerksgesellschaft Georg von Giesche’s Erben AG.

Frida, wyszła za mąż, za swego kuzyna Harrego von Durant z linii Durantów, posiadających majątek w Wielowsi niedaleko Gliwic. Rodzina była przeciwna temu małżeństwu ze względu na bliskie pokrewieństwo. Młodzi zostali poddani trzyletniemu okresowi próbnemu. Przetrwali ten okres i zawarli ślub. Ani Frieda, ani Harry nie dziedziczyli rodzinnych posiadłości. Nabyli oni, na Dolnym Śląsku, majątki: Volfshayn (Wilczy Las) oraz Martinwaldau (Szczytnica).

Od czerwca 1914 roku majątek Durantów w Baranowicsch, był już własnością przedsiębiorstwa Bergwerksgesellschaft Georg von Giesche’s Erben AG. Tak, tak, spadkobierców tego Gische, który miała kopalnię „Gische”, a oni wybudowali w Katowicach Giszowiec- osiedle ogród, dla robotników.

I znów dygresja- w czasach, kiedy na ziemiach Kongresówki polscy panowie mieli majątki i niezbyt interesowali się losami chłopów (znów upraszczam), to na tych „okropnych” ziemiach pruskich (na tym okropnym Śląsku), przedsiębiorcy budowli dla robotników swych fabryk osiedla i jako bonus dawali im jeszcze małe ogródki.

Zarządzający przedsiębiorstwem nakazali zaadaptować pałac na ośrodek wczasowy dla pracowników kopalni „Gische”.


„W 1926 r. akcjonariat spółki akcyjnej Giesche w Katowicach, twierdząc, że władze polskie utrudniają jej działalność, sprzedał akcje koncernowi Silesian-American Corporation – SACo.” I tu widać jak polskie władze (poplebiscytowe) podchodziły nawet do tak, wydawałoby się, pozytywnych działań, jakimi było choćby utworzenie domu wczasowego dla robotników, w kontekście własności niemieckiej. W sumie to był trudny czas dla Ślązaków, deklarujących się po stronie albo jednego, albo drugiego państwa. Nigdy nie wiedzieli, z której strony dotkną ich represje.

„Po agresji III Rzeszy na na Polskę, 1940 r. zarząd spółki został usunięty przez okupacyjne władze niemieckie, a macierzysta firma Giesches Erben odkupiła amerykańskie udziały.”

A potem w pałacu się działo i to niekoniecznie fajnie. Zjeżdżali do niego na bibki hitlerowcy (oficerowie różnej rangi), działający w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu.

Podczas okupacji- hotel dla hitlerowców.
 

Czasem polskiej służbie pałacowej udawało się od nich wyciągać informacje na temat więźniów- kilkunastu ludzi ocalono.

Po zakończeniu wojny niemiecka spółkę „Gische” znacjonalizowano, a ziemię należącą do majątku Baranowice, rozparcelowano. Pałac wtedy przeznaczono na budynek kolonijny dla dzieci pracowników śląskich hut.

Od września 1951 roku, w pałacu działała szkoła podstawowa (no właśnie, kolejny pałac jako miejsce dobre na szkołę.) We wczesnych latach powojennych organizowano bardzo dużo tzw. czynów społecznych. Podczas tych czynów podnoszono kraj z ruiny, porządkowano, naprawiano, budowano. Tak też było w szkole w Baranowicach. Uczniowie sami doprowadzili park do porządku, wycinali krzewy, wysypywali ścieżki żwirkiem, stworzyli sobie boisko i posadzili nowe drzewa.

 Mimo dbałości o budynek przez konserwatora zabytków i dyrekcję szkoły, ten zaczął się bezczelnie, jakby na złość władzy ludowej, sypać. Kiedy zawalił się kawał sufitu w sali gimnastycznej, zadecydowano, że dalsza nauka w obiekcie jest niebezpieczna.

Przed remontem czasy współczesne.
 

W 1990 roku miasto wystawiło pałac na sprzedaż. Pierwszy właściciel zbankrutował, a kolejny o budynek nie dbał, pałac popadał w dalszą ruinę, zaczął się walić pałacowy dach i zaczęły pękać ściany. W 2007 roku Żory postanowiły odkupić obiekt, ruszyły prace remontowe w miarę możliwości finansowych miasta. Dopiero po dofinansowaniu z Unii, prace ruszyły na całość i w 2024 roku wyremontowany pałac został udostępniony mieszkańcom miasta oraz gminy. Jest on ośrodkiem kulturalnym, gdzie prowadzi się wiele zajęć w ramach różnych pracowni, a także kółek zainteresowań, organizuje imprezy kulturalne. W pałacu jest również restauracja Charlotta. Więcej o odremontowanym pałacu napiszę w kolejnym poście.

Odrestaurowano i urządzono również park pałacowy- jest on nadal w stylu angielskim.

Wracając do Durantów- Else, pierworodna córka rotmistrza, była koneserką sztuki i w swoich prywatnych zbiorach posiadała obrazy olejne: Vincenta van Gogha („L’Arlesienne, Madame Ginoux”), Paula Cézanne’a („Pejzaż”) i Paula Gauguina („Inwokacja”).

Wyszła za mąż za okulistę Rudolfa Tischnera i odtąd była znana w świecie artystycznym jako Else Tischner von Durant.

Else była artystką malarką- wykształcenie artystycznie zdobyła w Paryżu- tam poznała wielu przedstawicieli francuskiego impresjonizmu oraz studiowała w Monachium w Damen- Akademie. Jedne źródła podają, że na stałe osiadła w Paryżu, inne, że w Monachium (w 1901 roku). W latach 1911-1913 mieszkała we Fryzyndze. Tam urodziła córkę (1913 rok).

We Fryzyndze (Freising) została zapamiętana nie tylko jako malarka, ale również jako właścicielka cennych obrazów oraz promotorka młodych artystów. Francuska sztuka nowoczesna, cieszyła się ogromną popularnością wśród niemieckich koneserów, te dobra stanowiły ponoć ekskluzywny styl życia. Tegoż samego roku rodzina przeprowadziła się do Monachium i dwa lata później zbudowała dom w Icking.

Prawdopodobnie z matką- zdjęcie pochodzi z czasów, kiedy mieszkała jeszcze w Baranowicach.
 

Else była przedstawicielką artystycznej awangardy niemieckiej. Jej dorobek obejmuje około 130 prac malarskich, rysunkowych, graficznych oraz projektów tapiserii. Malowała portrety, pejzaże, martwe natury. Często w technice olejnej. Zachowały się zdjęcia obrazów z motywami Freisinga. Same obrazy spłonęły podczas II wojny. Else funkcjonowała w świadomości społecznej bardziej jako kolekcjonerka dzieł sztuki niż malarka, toteż nie katalogowano jej obrazów. W necie, mimo długich poszukiwań, znalazłam tylko jej dwa obrazy- martwą naturę (panel) oraz portret męża. 


 W życiu prywatnym nie była szczęśliwa. W 1917 roku rozwiodła się. Z powodów ekonomicznych została zmuszona do sprzedaży trzech obrazów ze swej cennej kolekcji. Podczas II wojny światowej, w 1944 roku, mieszkanie baronowej, w Monachium, zostało zbombardowane. W tym samym roku jej córka popełniła samobójstwo.

Po nieszczęściach dwóch wojen, rozwodzie, śmierci córki, na starość przeniosła się do Moosburga, gdzie zamieszkała w prymitywnej chacie z małym ogródkiem. Do samego końca jej życia, odwiedzali ją znani malarze.

W liście do znajomego (1954 rok) pisała: „Nigdy nie przypuszczałam, że stanę się tak biedna. Zmarła w 1958 roku. Obrazy z jej słynnej kolekcji, z roku na rok zyskiwały coraz większą cenę. Paradoksem jest to, że Elsa zmarła jako biedaczka, mając w posiadaniu tak cenne obrazy.

O Else von Durant dowiedziałam się więcej z zagranicznych wpisów w Necie niż z notki w izbie pamięci.

To przetłumaczona przez translator notka, którą znalazłam na stronie „manuskrypty”. Jest to list Franza Marca do Elsy von Durant. Z malarzem łączyła j przyjaźń, ale bardziej wystąpiła w jego życiu jako promotorka jego twórczości. Else kupowała jego dzieła oraz dzieła innych młodych artystów, zanim stali się sławni, wspomagając w ten sposób ich twórczość. W 1916 roku Marc zmarł, ale Else dalej promowała jego malarstwo

„ Z niemieckiego

Malarce i kolekcjonerce sztuki Elsie Tischner-von Durant (1876–1958), która właśnie kończyła swój pobyt w Paryżu, Marc przesyła swoje i Marie Schnür (1869–1934), którą poślubił kilka tygodni wcześniej, „najserdeczniejsze pozdrowienia dla wszystkich pięknych rzeczy, które tam są” i życzy „abyście przeprowadzili się na wieś niedaleko nas tego lata…”. W każdym razie, powinna odwiedzić Marców w ich domu przy Schellingstrasse w Monachium natychmiast po powrocie. Baronowa, urodzona we Wrocławiu, która spędziła pewien czas w Paryżu i uczęszczała do monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych, wyszła za mąż za okulistę Rudolfa Tischnera w 1909 roku, z którym w 1911 roku przeprowadziła się do Fryzyngi. Tischner-von Durant była znaną kolekcjonerką sztuki – posiadała dzieła między innymi Van Gogha, Cézanne'a i Gauguina – a sama była utalentowaną malarką, blisko związaną z Marcem, Schnürem i Jawlenskim. Jej twórczość została ponownie odkryta dopiero niedawno.” 

Po lewej oryginał listu Franza marca, po prawej tłumaczenia-niemieckie i angielskie. W źródłach adres strony, na której to znalazłam. 



Niedawno UM Żory wydał książkę poświęconą tej artystce. Na pewno w niej znajduje się wiele interesujących informacji o życiu tej malarki.

Jak wygląda pałac współcześnie, napiszę w następnym poście o Baranowicach.




https://palacbaranowice.zory.pl/historia/

https://sokoliszlak.cba.pl/?page_id=1163

https://www.facebook.com/wielowies/photos/durantowie-z-wielowsi-to-by%C5%82/1533045863389494/?locale=de_DE

http://www.manuscryptum.de/Kataloge/manuscryptum2021.pdf

https://www-merkur-de.translate.goog/lokales/freising/freising-ort28692/elsa-tischner-von-durant-eine-kuenstlerin-in-freising-9851519.html?_x_tr_sl=de&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://www.sueddeutsche.de/muenchen/freising/vortrag-beim-historischen-verein-van-gogh-in-freising-1.3959813

https://www.arcadja.com/auctions/en/lot/twe4cwlo/


19 czerwca 2026

Pomaluj mi świat...

 

Może znów o tym, co „tu i teraz”? Chociaż po prawdzie, wszystko dzieje się w normie. Czerwiec, zbliża się lato to i upały się zaczęły. W tym roku cieszę się, że będzie gorąco, bo ostatnio coś zbyt marznę. SKS- krew płynie wolniej, palce marzną, nos marznie... no i schudło się, to też sadełka mniej do grzania. 

Dzisiaj o 6 rano było +17 stopni ciepła. Po śniadaniu zdążyłam przyciąć wystające gałęzie za płotem przy bramie i potem musiałam wiać do domu, bo zrobiło się za ciepło. Gdy są takie upały, to w ogrodzie najlepiej pracować rano. Potem temperatura rośnie i po południu osiąga maksimum. Wtedy o pracy w ogrodzie nie ma mowy. Przynajmniej ja, w takiej wysokiej temperaturze, nie potrafię pracować.

Wieczorami, które są bardzo długo jasne, popiskują młode sowy uszatki. Ich cichutkie głosy już nie wzbudzają we mnie niepokoju, że w coraz większym mroku, coś złego się dzieje. Nawet „zawodzący”, w pobliskim zagajniku, puszczyk, teraz bardziej mnie cieszy niż wzbudza lęk.

W zeszłym tygodniu, na lipie, nad sklepem, siedziała płomykówka i darła się okropnie. Jeżeli ktoś choć raz słyszał płomykówkę (nie, nie jej popiskiwania, a krzyki) to wie, jakie może emocje wywolywać. Jakby kota obdzierali ze skóry. Straszny wrzask.

Ale zanim nastanie zmrok, w ogrodzie koncertują drozdy. To już ich ostatnie śpiewy. Przyjdzie lipiec i ptaki zamilkną. Jeszcze tylko zaganiacze, są w ogrodzie dwa, będą śpiewać. No i pewnie przeniosą się tutaj wilgi. Już parę razy gwizdały melodyjnie. A kosy to całe lato pogwizdują i koncertują, ale ciszej, mniej nachalnie.

W ogrodzie busz. Wszystko, co zielone postanowiło podwoić objętość. Zwłaszcza dzikie róże, takie z kiściami drobnych kwiatków, rozrastają się w tempie kosmicznym. Połowę wytnę do ziemi- jedne mogą plot zawalić, inne wrosły w krzewy ozdobne. 

 Te róże są śliczne, kiedy kwitną. Mają też ładne drobne owoce, których żaden ptak nie je. Owoce szybko czernieją i całość robi się smętna.

No i ślimole się ruszyły, ale ich jakby dużo mniej w tym roku. Wczoraj, przy tarasowych schodach, znalazłam trzy ogromne pomrowy. Te akurat są pożyteczne i nazywa się je czyścicielami środowiska- żrą tylko zwiędłe zieleniny oraz wyżerają jaja ślinnika luzytańskiego ( tej rudej cholery, co to w ciągu nocy potrafi pół ogrodu wyżreć). Pomrow jest czarny w cętki- taki lamparci ślimol i raczej nie można go pomylić ze ślinnikiem. Jak takie macie, to je zostawcie- rozprawią się z jajami rudych (w przyszłym roku będzie ich mniej).

A na czerwcowym niebie dzieje się. Różne koniunkcje odchodzą. Obie na zachodnim wieczornym niebie.

Wenus i Jowisz.


 Księżyc i Wenus.

 Zarzekałam się kiedyś, że tej paskudnej Kofoli nie tknę, bo ma chemiczny smak. Ostatnio idę przez market i co widzę? Kofola stoi sobie na półce i dumnie się pręży. Kofola w Polsce w podrzędnym markecie. Kupiłam. Ale albo zapomniałam smak tej czeskiej, albo ta jednak jest „podrabiana”, bo  smakuje inaczej niż w Czechach. A może z moim smakiem i kofolą jest podobnie jak z „okiem” u Wiecha, który podsumował niedowiarka- „Apteczne złudzenie ludzkiego oka”. 

Prywatny serial "Północ-Południe"

Skończyłam dziergać na krośnie dziewiarskim pasy, z których zszyję kocyk. Na razie pasy są kolorystycznie dobrane byle jak. Kolorowe elementy są nierówne, bo różne długości włoczki były w poszczególnych motkach. Chciałam te motki zużyć, dlatego niezbyt dbałam o to czy równe będą z nich elementy, czy nie. Trochę miejsca w koszu z włóczkami się zrobiło i o to chodziło.

 


Tkanie też postępuje- już są 2/3 gobelinu. Ale ostatnio nie chce mi się ani dziergać, ani haftować, ani szyć. A szycie mnie czeka dosyć porządne, bo kupiłam interesujący przyrząd do robienia pasków, by je potem zszywać w chodniki. Mam do diabła i trochę resztek różnych tkanin. Kiedyś myślałam, że będę szyła patchworki. Uszyłam dwa i stwierdziłam, że do tego trzeba mieć dobre akcesoria, i jeszcze lepszą maszyną. Mam nożyk, matę, linijki...jednak nie wydam forsy na kolejnego bzika, by mieć potrzebnego ustrojstwa więcej i w ogóle- może aplikacje, ale patchwork to też nie moja bajka. 

Przyrząd sprowadzony jest z Azji za malutkie pieniądze. W naszych sklepach takie cudo? Zapomnij. Tak, jak porządnych akcesoriów do tkania, haftu, czy innych robótek, w polskich sklepach, nie uświadczysz, tak i takich różnych fikuśnych bajerów do szycia też nie zobaczysz. Filmiki- instrukcje do szycia dywaników z pasków, są na YT. Mogłabym wprawdzie porwać tkaniny na paski (wystrzępione) i utkać z nich dywaniki, jednak na tkanie to ja mam inne pomysły, a tkanin trzeba się jakoś pozbyć, bo zawalają dwa kosze i pół kredensu.

W ogrodzie sister wielkie ucho zakwitł tulipanowiec. Dwa lata temu wichura złamała jego główny pień, ale został mniejszy i boczny, dosyć duży konar.

Bardzo podoba mi się zestaw kolorów na kwiatach, a zwłaszcza ten pomarańczowy pasek na kielichach. Bardzo to dekoracyjne
 

 Ciekawostka sklepowa- wybieram pieczarki z pudełka i nagle słyszę głos pani układającej serki w chłodni:

  • Niech pani powie przy kasie, że to są pieczarki przecenione.

  • A dlaczego są przecenione?- pytam.

  • No, bo... no bo...- zacukała się pani- Bo są trochę pomarszczone. Tam w chłodni ma pani w normalnej cenie

  • Dobrze, powiem- mówię i przyglądam się pieczarkom, owszem są mniejsze, ale jeszcze całkiem dobre, nie suche, nie ciemne, jędrne. Nie chce mi się wysypywać ich z powrotem do pudełka. Ustne info. o przecenie nie robi na mnie wrażenia. Pani poszła na zaplecze, a ja obchodzę pudełko z pieczarkami z jednej strony, potem z drugiej, szukam informacji o przecenie. Nie ma. Zresztą ceny tych pieczarek też nie było na pudełku. Jak myślicie, co mówią przy kasie klienci, którzy kupują te pieczarki? Ano nic, bo ich nikt nie informuje, że są przecenione. Ja miałam akurat szczęście, że ekspedientka wykładała serki, ale przecież nie robi tego przez cały dzień. Nie zdążyłam zapytać, o tę informację. A szkoda. Wkurzają mnie takie małe sklepowe szwindelki. A w tym sklepie to się często zdarza.

W lasku dojrzewają truskawki i trwa wyścig, kto pierwszy z nich skorzysta- ja czy ślimole. 


 

Nie ma jednak naporu, bo kupujemy truskawki od okolicznych plantatorów. Miska ze świeżymi stoi obok na biurku i nieziemsko z niej pachnie dojrzałymi owocami. Wiecie, takimi nagrzanymi słońcem. Zapach lata i wakacji. 

Tego "Brudnika" czyta teraz Jaskół. Tak się fajnie składa, że mamy zbliżone upodobania czytelnicze.

 A ja skończyłam przedostatnią (ze wszystkich napisanych przez niego), książkę (Brudnika książka, nie Jaskóła)- mam wszystkie jego pozycje. Oprócz kryminałów, Brudnik napisał dwie książki sensacyjno- kryminalne w stylu Cusslera, czy Folletta. Nie można ich dostać w księgarniach int.- wyprzedane. Kupiłam używane na Allegro.


Warto było. To się po prostu czyta jednym tchem. Przeczytałam „May- Day” i zabieram się do „Frachtu”. 

Beza- lubi kłaść się obok ławeczki na dole ogrodu i "wciągać wiatr".

Kochany pyszczor😊

Nie jestem sentymentalna, ale to wykonanie wzruszyło mnie bardzo.


 



16 czerwca 2026

Zamiast się zmuszać, lepiej dać sobie spokój.

 

Parking w Nowym Jiczinie- "royalek" Szprychy tuli się do motocykla Stefana.

Miałam wkleić post o następnym ślicznym pałacu, ale uznałam, że dwa pałace, jeden po drugim, mogą się „przejeść”. W końcu nie każdy lubi takie historyczne perełki, nawet jak jest o nich sporo interesujących informacji.

Poza tym... no, kto tu przyjedzie zwiedzić te pałace, no kto? Panie.... taki Rzym, Wenecja, Barcelona i inne wielkie miasta, gdzie zabytków po same uszy, panie, to jest atrakcja, no nie?

I ja to rozumiem, ale po to mamy Internet, by zamieszczać w nim, między innymi, teksty i zdjęcia naszych ”malutkich” zabytków. Ot tak, żeby ludzie wiedzieli, że my też mamy perełki architektury z interesującymi historiami. I to wcale nie gorszymi od tych wielkich światowych. Nasze białe oraz czarne damy, rycerze na czarnych ognistych rumakach, upiory i wampiry zamkowe, na pewno dorównują tym z wielkich zamczysk w różnych stronach świata. A ja na pewno nie chciałabym spotkać ani tych naszych, ani tych obcych na swojej drodze.

No dobra, to teraz dalszy ciąg opowieści motocyklowych- jeszcze ciągle jest nieopisanych kilka zlotów. Trochę info. o moim bziku motocyklowym powtórzę, by się tekst skleił z innymi moimi postami o tej tematyce.

Ja jestem z motocyklem oswojona od bardzo dawna. Moi rodzice mieli małe simsony (motorowery)- mama woziła mnie i brata na takim do przedszkola. Ja też dostałam simsona od dziadka- nie jeździłam na nim, nie zdążyłam, bo mi go buchnięto. Potem miałam chłopaka z WSKą. Jeździłam na WSce razem ze szwagrem- nawet spektakularną wywrotkę zaliczyliśmy. Następnie jeździłam z moim poprzednim mężem- najpierw na Panonii, potem na Kobuzie (WSK). 

Nigdy nie bałam się wsiąść na motocykl, ale rozumiem obawy innych. Jeżdżenie na motocyklu nie jest łatwe ani dla motocyklisty, ani dla plecaczka. Prowadzący musi całe to ustrojstwo trzymać „w pionie”, uważać na plecaczka (dodatkowe obciążenie) i jeszcze jechać zgodnie z zasadami ruchu drogowego. Plecaczek musi „wyczuwać” prowadzącego, umieć składać się przy zaliczaniu zakrętu, nie wychylać się, powstrzymywać od gwałtownych reakcji i w ogóle raczej nie brykać tam z tyłu. W tzw. "napinawych sytuacjach", trzymać  dziób zamknięty i nie komentować, a na pewno nie "doradzać".  Para- motocyklista i plecaczek- musi być zgrana. To jest tak samo, jak w samochodzie- jak nie masz zaufania do kierowcy, ciągle go strofujesz, pouczasz, to lepiej nie wsiadaj, albo po prostu zamknij się. Dla motocyklisty (dla kierowcy samochodu zresztą  też) nie ma nic gorszego, jak tego rodzaju plecaczek. 

Jaskół i Jaskółka na Enfieldzie.

I przesympatyczne małżeństwo- do teraz jeżdżą na motocyklu razem. W całej naszej grupie była jedna motocyklistka, która jeździła jako kierowca (miała pseudo "Szprycha") oraz od 4- 6 pań, które jeździły w charakterze "plecaczka".
 

A tu rodzinnie. Można? Można.

 Przy dłuższej jeździe, na tylnym siodle, zaczyna wszystko „ugniatać”, robi się niewygodnie. Nie zawsze można się zatrzymać wtedy, kiedy ma się potrzebę lub kaprys. Trzeba wytrzymać na dziurawych drogach, trzeba wytrzymać niepogodę, kiedy jest się w trasie. Z boku jazda na motocyklu wydaje się taka ot... jedzie sobie luzak. No a plecaczek to już w ogóle ma super. No i ma, jak to lubi, a ja lubiłam i te wszystkie minusy mi nie przeszkadzały. Czy się bałam? Chyba nie, raczej nie, ale czasem tak- były sytuacje, kiedy drętwiałam na siodełku (choćby wtedy, kiedy nam ogromny pies wystrzelił z pobocza i wpakował się w przednie koło). Ale Jaskół jest obcykany w jeździe na motocyklu i potrafił motocykl opanować w każdej nieciekawej sytuacji. Przynajmniej podczas naszych wspólnych jazd tak było. A mimo to, miał swoje wypadki. 

No dobra, czyli od czasów, kiedy miałam naście lat, motocykle (a jeszcze wcześniej również samochody) bardzo, ale to bardzo mnie kręcą.

Royal Enfield z bocznym wózkiem  w wojskowych barwach. 

 Kiedy okazało się, że nie mogę jeździć, to Jaskół zaproponował zamontowanie do naszego Enfielda bocznego wózka. No wiecie, taki boczny wózek to jest dla niektórych fajna sprawa. Wsiadasz w korytko, nie musisz niczego pilnować, nie musisz „trzymać pozycji”, jak na tylnym siodełku, może trochę się powiercić w trakcie jazdy. Siedzisz sobie wygodnie i nawet zdjęcia, bez ograniczeń, możesz robić – to było kuszące.

 Kolega wiezie w wózku swoją małą córeczkę- dla dziecka to bardzo fajna alternatywa.

A tu ten sam wózek z różowymi akcentami, wszak podróżowała nim mała dziewczynka.

 Z drugiej zaś strony, jazda w wózku sprowadza się do tego, że siedzisz niżej (prawie szorujesz d... po asfalcie), masz z lewej strony, na wysokości twarzy, but motocyklisty, masz z prawej strony migają ci na wysokości oczu słupki drogowe. Widoki? Zapomnij. Co zobaczysz, jak siedzisz dużo poniżej siodełka motocyklowego? Góry? Pola? Jeziora? Guzik, zobaczysz najwyżej źdźbła pszenicy, trawy i łodygi kukurydzy (i to od dołu) albo oddział mrówek, maszerujący poboczem. 

A jak motocykl wyprzedza np. TIRa, to masz na wysokości oczu wysokie, kręcące się z ogromną prędkością, koła tegoż. Wysiadłabym ze strachu podczas jazdy, o ile spaliny z rury wydechowej tego TIRa, nie zabiłyby mnie prędzej. Zdjęcia, bo ręce wolne i nie ograniczają cię plecy motocyklisty? A czego te zdjęcia, na tej wysokości, miałyby być?

Zamontowanie wózka i jazda w nim na chwilę mnie kusiły, ale potem stwierdziłam, że to nie dla mnie.

- No wiesz- powiedziałam do Jaskóła- Ja w wózku? Jak jakaś emerytka boleściwa mam jechać? Never. Naprawdę nie wyobrażałam siebie w takim miejscu i nawet myśl o wspólnych jazdach nie przebiła mojej niechęci do kosza.

A teraz zastanawiam się- teraz, kiedy jest już za późno, kiedy nie ma Enfielda, a do Szerszenia żadnego bocznego wózka nie da się zamontować, czy moje oburzenie było, w tamtej sytuacji, takie a courant.

Kompletnie wtedy zapomniałam, że to nie tylko mój kręgosłup był przeszkodą, ale i inne ważne okoliczności nie pozwalały mi na jeżdżenie na rajdy. Wtedy wózek znaczył dla mnie to samo, co „patrz babo na co ci przyszło, w wózku cię wożą, a nie na siodełku, co za porażka”. Przy czym obiektywnie patrząc na jazdę w wózku bocznym, to raczej są w niej same plusy, a nie minusy i wiele osób wybiera właśnie wózek, a nie tylne siodełko. No, ale jak się ma czasem, nomen omen, „niezdrowe” ambicje, to miewa się i zaćmienia w spojrzeniu na rzeczywistość. Wózka nie kupiliśmy, Enfielda sprzedaliśmy, Jaskół jeździ na Szerszeniu i jest wszystko OK. Tylko mnie czasem szczypnie na wspomnienie tych jazd.

Rozumiem też niechęć i obawy niektórych- nie będą jeździć, bo się boją i chętnie tej drugiej połowie też by zabroniły. Ja się boję wysokości i mam klaustrofobię, ktoś inny ma niechęć do motocykli (zwłaszcza wypasionych i ekstra szybkich). Nigdy nikogo nie przekonywałam na siłę i nadal nie zamierzam tego robić. I dodam- jeśli ktoś się boi, nie jest przekonany, niech raczej zrezygnuje. Nie ma nic gorszego dla motocyklisty od sztywnego ze strachu plecaczka. Nie wszyscy muszą zaliczać na motocyklu kilometry, by komuś coś, albo sobie na siłę udowadniać. Ja nie musiałam i tyle.

Jednak często denerwowały mnie takie gadki: „I ty też jeździsz? A nie boisz się? Ja bym się bała”- fajnie, tylko, że wypowiedziane jest to z takim dosyć złośliwym przekąsem, jakby jazda na motocyklu była czymś nagannym, nieprzystającym kobiecie. Inne: „I tak mu pozwalasz samemu jeździć? A nie boisz się?” i tu nie wiem, czy chodzi o Jaskóła, o jego bezpieczeństwo i zdrowie, czy o dawanie mu zbyt dużej porcji wolności, czy o moje bezpieczeństwo jako żony, bo przecież na tych zlotach samotny motocyklista... no wiecie.. ech... To jest mniej więcej tak samo, jak głupie chore wyobraźnie żon i matek oraz teściowych, które nie chcą puścić chłopa do sanatorium, bo pewnie się tam już w pierwszym dniu puści.

A ja byłam na zlotach i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że przeważnie tym panom motocyklistom tylko jedno wiruje po głowach- motocykle i jazda na nich. Żadne tam panienki... ale... no stop... a tak... Na takich ogromnych zlotach MC, to się rzeczywiście dzieje nieciekawie- wóda, panienki, ostra jazda i ostra muza. Jednak nie będę plotkowała na temat innych zlotów, bo ja wiem tylko to, co na naszych widziałam. Dobre poczciwe dżentelmeńskie towarzystwo. A i żony, narzeczone, i wręcz motocyklistki, też na nich bywały. 

Nigdy nie miałam problemu z zaakceptowaniem motocyklowej pasji Jaskóła i jego samotnych wyjazdów. Bardziej byłabym wkurzona, gdyby siedział w domu i marudził, bo nie wiedziałby, co z sobą począć. Każdy ma swoje pasje, każdy zasługuje na swoją wolność i chwilę wytchnienia od tej drugiej połówki. Zyskujemy na tym oboje.

Różne wózki boczne, zamontowane do klasycznych motocykli Royal Enfield.

 




Zdjęcia z Internetu.