Dolly Rebecca Parton – amerykańska
piosenkarka muzyki country, kompozytorka i autorka tekstów,
multiinstrumentalistka, producentka muzyczna, aktorka, pisarka,
businesswoman i działaczka społeczna. Ikona muzyki. Odznaczona Narodowym Medalem
Sztuki.
Zmarła dzisiaj w wieku 80 lat.
Do jej największych
hitów należały m.in. utwory "Jolene" oraz "I will
always love you". Zdobyła 11 nagród Grammy, w tym nagrodę za
całokształt twórczości. Prezydent USA Donald Trump poinformował,
że w związku ze śmiercią artystki flagi w Stanach Zjednoczonych
będą opuszczone do połowy masztu.
Znana, lubiana... więcej nie napiszę, bo ogarnął mnie ogromny żal.
Ostatni
dzień upałów tego lata. Podobno. Podobno mają być tylko epizody "upalne", podobno. Ale ranki są chłodne, to teraz
upał łatwiej znieść. Wody, deszczu, ulewy nam trzeba. Wczoraj
znów podlałam ogród wodą z węża. Nie mogę już patrzeć na te
przywiędłe rośliny. Serce boli. Muszę przesadzić hibiskusy,
które zasadziłam obok brzozy. Wydawało mi się, że jak mają
wystawę zachodnią, to słońce im nie dokuczy. Nie dość, że
słońce po południu praży najbardziej (wprost na nie) i
temperatura jest wysoka, to jeszcze brzoza spija im wodę. Przesadzę
je na wiosnę z nadzieją, że się przyjmą- są już dosyć duże.
Został
jeszcze jeden miesiąc lata, a już widzę zbliżającą się jesień.
Sosnowa zasypana suchymi listkami.
Połowa sosnowej tego ranka.
Na gałęziach też zaczyna się
złocić.
O tej porze zbierałam, na dole ogrodu (używam tego
określenia, bo dom stoi na stoku, a koniec ogrodu jest u jego
podstawy), grzyby. W tym roku tak sucho, że o grzybach nawet
pomarzyć się nie da. A grzybów w lasach podobno sporo.
Jaskółki
ćwiczą loty, a potem siadają gromadnie na drutach. One odlatują najpóźniej, jeszcze trochę nimi nacieszę się.
Podobno bociany
już sejmikują. Wilgi oraz drozdy odleciały. Jakoś tak robi się
nostalgicznie na myśl, że lato się kończy.
Oglądałam
do późna finały w Mistrzostwach Europy w LA. No super, są
sukcesy, są medale. A Beza urządziła sobie koncert o 4 rano- przez
15 minut poszczekiwała leżąc w sieni i w nosie miała moje groźne
miny oraz grożenie palcem, by się uspokoiła. Jak do psa
„przemówić”, kiedy nie słyszy, a hałasuje ponad miarę? W
końcu jednak uznała, że jestem zła i się uspokoiła. W zamian za trzymanie paszczęki zamkniętej, zrobiła mi pobudkę przed 6 rano.
Czekamy
na moment, kiedy temperatura unormuje się w okolicach 20 stopni- mamy
upatrzony pałacyk do obejrzenia niedaleko Kędzierzyna-Koźla.
Bardzo chciałabym go zobaczyć, bo zaczyna mi się historia
tutejszych właścicieli i ich pałaców ładnie splatać. Ten pałac, który chcemy obejrzeć, został wybudowany przez tutejszego potentata węglowego- tutejszego,
czyli cieszyńskiego. Na razie jest zbyt gorąco, żeby jeździć z Bezą, a i nam taka temperatura raczej nie odpowiada do zwiedzania.
Klima w samochodzie jest, ale po wyjściu z niego, to można się
ugotować. Dziękuję, nie dla nas łażenie w upale, a tym bardziej
dla „sercowego” psa.
Pamiętam
wyprawę z Bezą do Strzybnika- było dosyć zimno, padał deszcz, a
mimo to bardzo dobrze nam się łaziło po parku pałacowym i
oglądało to, co jeszcze w nim, z pałacu, zostało.
Wrzesień,
październik i może listopad, rezerwujemy sobie na wyjazdy z domu.
Gladiol
czy gladiola. Ponieważ nazwa pochodzi od łacińskiego słowa miecz,
wydawało mi się, że powinien być gladiol- ten miecz, ten gladiol,
a tu nadspodziewajka- po polsku „ten” mieczyk, ale „ta”
gladiola. No niech będzie (u nas w domu mówiło się wyłącznie na
te kwiaty-gladiole tak, jak na pierwiosnki- kluczyki). W każdym
razie gladiole, które zasadziłam późną wiosną, kwitną już od
pewnego czasu. Po kolei odkrywają kolory. Najpierw zakwitł jasno
kremowy, potem zakwitły czerwony oraz ceglasty, następnie
zakwitły fioletowe i żółty z białym środkiem. Ostatnie kępy są
mieszane kolorami- sadziłam cebule, które mi zostały z różnych
kolorów (na początku sadziłam po trzy cebule z jednego koloru,
potem mieszałam pozostałe- było po 5 cebul z 5 kolorów i moje
zeszłoroczne).
Rzadko
teraz piszę tutaj o polityce, dużo tego i takie jakieś mdławo-
gorzko- wrednawe- nie chce się komentować, ale to, co powiedział
ćpun dęty, przeszło granice mojej wyobraźni. Muszę odreagować.
Flaga- „Bóg, Honor, Ojczyzna”- jeszcze łyknęłam z trudem, bo
z trudem, ale łyknęłam, ale to, że Polacy bronili Monte Cassino,
to już mnie zatkało na dłuższą chwilę. Ano... no tak... no
doktor historii... tak, no...
Komentarze,
zamieszczone pod tym, zrekompensowały mi niesmak po „występie”
ćpuna dętego. Bezlitośnie go rozjechano, gdyby był obok, śmiechem
by go zabito.
Tu
można sobie poczytać i ubawić się nieco
https://www.facebook.com/PrzemyslawWiszniewski
„Dopóki
mnie nie widzą, nie każą mi być kimś innym”.
No
i przeszły te okropne upały. A deszcz? Tylko raz porządnie polało
ziemię i znów jest sucho. Co drugi dzień polewam ogród wodą z
węża. Trochę pomaga, ale ile można lać tej wody?
Podczas
porannego spaceru z Bezą w ogrodzie, słyszę gadulenie wilg,
siedzących w koronach brzóz. Czasem samiec gwizdnie, czasem samica
zaskrzeczy. Jest połowa sierpnia, niedługo wilgi odlecą. W tym
roku udało mi się zrobić tylko parę zdjęć.
Nad
polami słychać pokrzykiwania myszołowów. Nie widzę ich, bo ta
cholerna kukurydza na jednym i drugim polu, ogranicza mi widoczność
nawet na niebo. A kukurydza w tym roku jest dorodna, wybujała nad
miarę, gęsta, ciemnozielona i wkurzająca mnie na maksa. Będzie
sobie tak tkwiła, po obu stronach ogrodu, do listopada. Staram się
dostrzegać w jej zieleninie jakieś fajne akcenty. No kwitnie i ma
już malutkie kolby, które ozdobione są „wąsami” u góry.
Jak
byłam dziewczynką, to te wąsy zrywałam i zdobiłam nimi głowy
lalek- takie piękne świetliste włosy wtedy miały. Natomiast, na
jesień, rwało się kolby z rosnących na polu roślin, ściągało
się liście z wierzchołka kolb aż do ich nasady i wiązało całe
girlandy, po czym te sznury kukurydziane wieszało się na drutach na
stryszku nad oborą, by przeschły przed łuskaniem. Na ogół kolby
miały ziarno żółte ale zdarzały się i czerwone oraz lekko
fioletowe. Łodygi oraz resztę liści szatkowało się i wrzucało
do ocembrowanego zbiornika na kiszonkę. I co? No i deptało się
toto, deptało, ugniatało, i znów deptało, aż puściło sok. Tak
samo robiliśmy z liśćmi z buraków pastewnych. Wszystkie w tym
zbiorniku lądowały po czym znów naszym- dzieci- zadaniem było je
jak najbardziej udeptać. A zimą ojciec wyciągał widłami z tego
zbiornika paskudnie cuchnącą kiszonkę, którą krowy oraz świnie
wcinały z apetytem. I wszystko byłoby super, bo w sumie praca
niezbyt męcząca (oprócz tego udeptywania), gdyby nie odbywała się
w warunkach późnojesiennych, kiedy podczas wiązania liści palce
grabiały od zimna i wszystko trwało czasem po dwie trzy godziny.
Obrywanie kolb z łodyg też nie było przyjemne, bo trzeba było
przedzierać się między tymi łodygami a kolby ładować do kosza,
stawianego na ziemi, który potem, ciężki, niosło się na skraj
pola, by wysypać kolby na pryzmę lub na przyczepę.
No
i wyszedł mi cały elaborat o kukurydzy. Wcale niezamierzony, ale
takie fajne (?) wspomnienie się opisało przy okazji narzekania na
zasłaniającą świat kukurydzianą ścianę.
Pszenica
na polu za drogą została zżęta. Zdążyli przed ulewą, która
była potem.
Urzekają
mnie współczesne nowoczesne maszyny rolnicze. Zrobią na polu
wszystko od a do z- zetną, wymłócą, zszatkują słomę, ziarno
władują do worów. Kombajny kukurydziane robią to samo z kukurydzą
(i kombajny dedykowane zrobią to samo z burakami, ziemniakami,
rzepakiem)- ta tak w nawiązaniu do zbierania kiedyś kolb jeszcze na
polu i dalszego ciągu prac przy kukurydzy.
Na
grządkach Młodych, jak co roku, urodzaj ogórków i fasolki
szparagowej. Młoda przyniosła mi kilka misek tych dobroci. Najpierw
zrobiłam trzy słoje małosolnych, teraz zrobiłam duży słój i
chyba to już koniec.
Słoiki ogórków z obrazem w tle. Obraz malował jeden ze studentów mojej matki- prowadziła seminaria magisterskie na kierunku plastycznym UŚ. Kolorytu "martwej naturze" dodają płyny do dezynfekcji, które postawiłam podczas pandemii i od tego czasu pozostał mi nawyk dezynfekowania rąk po każdym kontakcie z pieniędzmi. Kontakt mam częsty, bo przecież mamy sklep.
Zrobiłam
sałatkę do słoików. Najprostszą z prostych. Pierwszą partię
zrobiłam trzymając się ściśle przepisu, dałam wszystkiego po
1/4 z całości. Wyszła za słodka.
Pierwsza partia słoików.
Drugą
partię zrobiłam z połowy składników, podanych w przepisie i nie
trzymałam się go ściśle przy doprawianiu. Sałatka wyszła lepsza
od pierwszej partii, ale octowa. Ostatnia partię zrobiłam, po prostu, doprawiając na bieżąco, kiedy się „przegryzała”.
Fajne
słowo- przegryzała. Do tej partii dałam mniej octu, mnie cukru,
(przecier pomidorowy jest słodki, więc po co tak dużo cukru dawać,
jak jest w przepisie), więcej pieprzu i papryki oraz więcej oleju.
I dopiero ta sałatka tak smakuje, jak lubię- ani za słodka, ani
zbyt kwaśna i w dodatku olej też zrobił swoje.
W sumie zrobiłam 14 słoików półlitrowych sałatki ogórkowo-fasolkowej.
Przepis:
Zimowa
sałatka z ogórków i fasolki szparagowej
Składniki (wyjdzie
około 7-8 litrów):
2
kg fasolki szparagowej
2
kg ogórków
0,5
kg cebuli białej
0,5
kg marchwi
pół
szklanki oleju
1
szklanka octu 10%
500
ml koncentratu pomidorowego
3
łyżki soli
1,5
szklanki cukru
pół
łyżeczki pieprzu
łyżka
słodkiej czerwonej papryki w proszku
Wykonanie:
Fasolkę
obrać, umyć i gotować w posolonej wodzie przez 20 minut (musi być
miękka ale sprężysta). Ja na tą ilość fasolki do 4 litrowego
garnka daje łyżkę soli. Odcedzić, pozwolić jej przestygnąć i
pokroić na kawałki o długości 3-4 cm.
Ogórki
obrać i poszatkować na cienkie plasterki. Jeżeli ogórki są
malutkie, to można zostawić je ze skórką. Marchew obrać i
zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Cebulę obrać i posiekać w
cienkie plasterki.
Wszystkie
składniki umieścić w dużym naczyniu – do warzyw dodać cukier,
ocet itd. Połączyć ze sobą i zostawić na 1-2 godziny do
przegryzienia. Co jakiś czas można przemieszać.
Tak
przygotowaną sałatkę nakładać do słoiczków, wlewając także
trochę sosu. Zakręcać i pasteryzować przez 10 minut we wrzącej
wodzie. Wystawić i chłodne zanieść do spiżarni ?
Ale jak napisałam- ja się nie pieszczę z przepisami- zazwyczaj zmniejszam proporcje, a potem doprawiam zalecanymi przyprawami, według mojego smaku. Poza tym, taka sałatka może być bazą, do której można dodawać dowolne składniki np. czerwoną paprykę, koperek, żurawinę, rodzynki, prażone pestki słonecznika itp.
Ja
tam się do robienia przetworów nie palę i jak nie muszę, to nie
robię. Już nie te czasy, kiedy przetwory robiło się, bo rodzina
duża, bo taniej, bo z własnego ogrodu. Dla dwóch osób naprawdę
nie warto się babrać, ale nie lubię, jak się żywność marnuje,
dlatego teraz przetwarzam ogórki i fasolkę. Część fasolki
zamroziłam. Zamroziłam też przetarte ogórki małosolne, które
zrobiły się „mocno solne”, czyli kiszone.
Rzutem
na taśmę sfotografowałam zaćmienie Słońca. Kompletnie o nim
zapomniałam a w dodatku sądziłam, że u nas nie będzie tak
spektakularne jak na zachodzie Europy. Gdyby nie Młoda, która ze
zdziwieniem zapytała: Nie oglądasz zaćmienia?- przeleciałoby mi
koło nosa. Zdjęcie zrobione na końcu naszej uliczki, która opada łagodnie w dół, dlatego Słońce jeszcze mogłam złapać nisko nad horyzontem.
Układu planet nie zobaczyłam- było zbyt jasno. Taki
układ- planety w jednym rzędzie- widziałam kilka lat temu na
nocnym niebie. Chyba nawet zdjęcia na blogu zamieściłam.
Trwają mistrzostwa Europy w LA oraz turniej tenisowy, w którym Iga nareszcie pokazuje na co ją stać. Prawdziwy maraton sportowy zaliczamy.
Dzisiaj spróbuję zobaczyć spadające gwiazdy. Na razie niebo jest bezchmurne.