Napisałam post o AI, a w tzw. międzyczasie bloger spłatał figla. Ponieważ prawie nigdzie nie komentuję, napiszę tu, co o tej całej sprawie sądzę, a przy okazji trochę rozwinę temat, dotyczący mojego spojrzenia na blogowanie i komentowanie. Można się z moim zdaniem zgodzić, można nie zgodzić, można się zapluć ze złości, czytając mój post, można też shejtować mnie w blogosferze (wielu nie zna w tym umiaru). Wszystko można, proszę bardzo, czyńcie, co tam chcecie. Jednak nie można mnie obrazić i shejtować na moim blogu i to jest tzw. plus dodatni wyłączonych komentarzy. Zabawne...
No więc (więc i tylko więc, tu pasuje), bloger zablokował wczoraj komentowanie... naprawdę pozwolił sobie na takie faux pas wobec blogerów. Oj, zablokował komentowanie.... oj... i stała się tragedia blogowa... ale nie dla wszystkich, mówię uczciwie, bo są blogerzy, którzy piszą posty nie dlatego, by potem utonąć w komentarzach na ich temat, a dlatego, że mają potrzebę podzielić się z ludźmi czymś ciekawym. Nie tylko ja do nich należę. Jednak są blogerzy, którzy piszą posty po to, by pławić się w komentarzach pod nimi, żyją blogiem i komentarzami, przeżywają tragedię niemal narodową, kiedy coś się w blogerze schrzani.
Ech.... nie chcę się złośliwić i nie będę. Jednak trochę mnie zszokowało, kiedy zobaczyłam, że wstrzymanie przez blogera komentarzy, wywołało u wielu ataki paniki i niemal zatrzymanie akcji serca oraz stwierdzenie, jak teraz będzie blogosfera żyć... no jak blogerze żyć, jak żyć??????????!!. Może mogłabym wziąć za żartowanie, pokpiwanie z tej sytuacji, jednak, gdy na wielu blogach pojawił się ten temat, to uznałam, że blogerzy przeżywają "dramat" na serio. No nie, jeszcze teraz, kiedy to piszę, to śmiać mi się chce, bo naprawdę (o, naprawdę pisze się razem, prawda?) mnie takie podejście rozśmieszyło. Blogowanie uważam za dodatek do realnego życia i dwa dni poślizgu w blogowaniu czy komentowaniu nie zrobiłoby na mnie wrażenia. A tu okazało się, że mimo zarzekanie się blogerów, to jednak wyłączenie komentowania bardzo ich obeszło i zachwiało podstawą sensu ich blogowania.
Powtórzę jeszcze raz- wyłączyłam komentowanie z całą świadomością pewnej „straty”. A po czasie zauważyłam, że liczba wejść wcale się nie zmniejszyła, czasem jest większa, często przekracza 100 w danym dniu. Co znamienne, nie piszę też postów, by nabijać licznik- z nikim nigdy nie konkurowałam i sprawdzam tylko dlatego, by zobaczyć, jakie tematy są bardziej lub mnie chodliwe. Mam pewne założenia i kierunki, w jakich chcę mój blog prowadzić i na razie to się sprawdza.
Nie zawsze trzeba pisać o pierdołach, pisać o rzeczach oczywistych, które latają na innych blogach tak często, że aż mdli, pisać o zdrowiu (wiem, trzeba się bólem dzielić i to pomaga- rozumiem, jak pomaga to trzeba to napisać), nie trzeba uprawiać swoistego ekshibicjonizmu i co trzeci post pisać o ogromnym dole, nie trzeba kokietować oraz manipulować innymi, kiedy się jest klasycznym narcyzem i czytający to widzą- kiedy jakichś treści monotematycznych jest w nadmiarze, blog staje się nudny.
Nie trzeba, ale rozumiem ludzkie potrzeby i wiele osób potrafi tylko w ten sposób prowadzić swój blog, mają jakieś osobiste korzyści, w czymś im to pomaga. To jest w myśl hasła latającego w blogosferze: „To mój blog i mogę sobie pisać na nim, co chcę”. Tak, prawda, ale po pewnym czasie taki mono blog przestaje przyciągać, odrzuca swoją powtarzalnością, męczy.
Dlatego w myśl drugiej blogowej zasady- „Jak ci się nie podoba, to nie wchodź, nie czytaj” na takie blogi wchodzę bardzo rzadko, a najcześciej w ogóle wykreślam je z pamięci.
I poruszę sprawę słownictwa, języka używanego w postach. Ludzie, zlitujcie się, po co te zdrobnienia, po co te dziwnie wymyślane neologizmy, po co silenie się na „błędy ortograficzne”, silenie się na językową oryginalność, jakieś lingwistyczne szpanowanie aż do granic śmieszności, ten brak interpunkcji i często prawdziwe błędy ortograficzne, mylenie pojęć, używanie słów nieadekwatnych do sytuacji, język knajacki, że nie powiem wprost- grypsera, wulgaryzmy (znam takie, co najmniej, 4 blogi)? Po co? Prawdopodobnie ma to ubarwić tekst, ale nadużywane, stwarza, że tekst staje się sieczką słowną. Blogi piszą ludzie dorośli, nierzadko wykształceni, mający wiedzę, jak wzbogacić język. I nie czepiałabym się, znów w myśl zasady „mój blog...”, tylko, że ci sami ludzie mają pretensje do innych, że język ubożeje, że staje się chaotyczny, niechlujny. Ci sami ludzie przyzwalają w blogosferze na taki język. Jakiekolwiek próby protestu (między innymi mojego) napotykają na brutalny atak ze strony autorów tych blogów, oraz niewybredne teksty ze strony komentatorów. Gdzie jest granica obłudy? I wczoraj sobie pomyślałam- świetnie- nie będzie komentarzy, nie będzie popleczników, nie będzie hipokryzji, a blogerzy będą musieli się wysilić na dobre posty.
Może bloger powinien w ten sposób oczyścić blogową atmosferę?
Owszem, chcę się dzielić różnymi rzeczami, ale już nie chcę mieć wiedzy „komentatorskiej”. Da się bez niej dobrze funkcjonować, da się spokojnie bloga prowadzić. Ale żeby nie było, że ja jestem taka fajniutka bezkrytyczna w stosunku do siebie- kilka razy chciałam komenty włączyć, kilka razy za nimi zatęskniłam, kilka razy chciałam przeczytać zdanie innych ludzi na temat posta, żal mi też niektórych komentatorów- fajnie komentowali. Jednak czuję w sobie ogromny opór- nie włączę. Bardzo proszę, by moi byli komentatorzy nie odbierali tego jako mój brak zaufania oraz brak szacunku do nich.
Jak huknie cały bloger, odczuję tylko stratę tekstów, ale już nie zdjęć, bo te mam w plikach na dyskach. Już raz straciłam blog i założyłam nowy, dosyć gładko i bez bólu poszło.
Czytam ten tekst- hmmmmm..... tak, wiem, piszę w sposób nudny dla niektórych, zbyt poprawny, ale nie będę na siłę zmieniała mojego stylu pisania po to, by przypodobać się garstce blogerów. W realu mam ogromne poczucie humoru, próbowałam je przerzucić na blog, napisałam jeden tekst, potem drugi... Nie wiem czy pamiętacie taki blog z Pieprzem w tytule, albo inny blog z niepoprawną matką w tytule czy jakoś tak... i doszłam do wniosku, że nie mam takich umiejętności pisarskich, by pisać humorystyczne posty z życia wzięte. Pozostało mi pozostać przy moim stylu i poprawnym (ech niektórych to strasznie dziobie w oczy) słownictwie.
No dobra, Jakółka sobie napisała post niekoniecznie wesoły, a dla was jeszcze coś smutniejszego od mojego tekstu. Wysłuchać, a potem, jak mówił bardzo młody człowiek: „Nie smutać się”, idzie piękna kolorowa jesień (i podobno ma być długo ciepła)
Taka sytuacja:)


















