Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaskrońce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaskrońce. Pokaż wszystkie posty

24 kwietnia 2023

I jak to pokonać? Tylko szturmem.

 Siedzę w ogrodzie, odchwaszczam, chcę zdążyć przed deszczami, a jest tego sporo.

Dzisiaj film z wczorajszej wyprawy do lasu mojego dzieciństwa.

Beza w akcji- leśny tor przeszkód.


 
I jeszcze poranna, niedzielna drzemka gadzinki wśród konwalii, obok tarasu.


27 kwietnia 2020

Ogrodowi mieszkańcy,

By odejść od tych frustrującej, blogowej głupoty w kwestii "nawróć się", proponują obejrzeć moje filmy
Nasze zaskrońce. Kiedy kręciłam film, było ich pod kranem pięć.Złośliwiec gadzi wpełznął prosto za szybę okienną do piwnicy, czego się obawiałam. Już w zeszłym roku mieliśmy akcję z zaskrońcem na okienku do piwnicy. Teraz  nie wiedziałam, czy lecieć na dół i łapać gada do wiaderka, czy odczekać, może sam wylezie. Potem wylazł, bo w piwnicy do dzisiaj jest pusto. Ostatnio odbyły gody, ale nie dało się ich sfilmować. Nim poszłam po aparat wszystkie wpełzły pod taras. A robiły to tak szybko, że było słychać jeden głośny szelest suchych liści, po których sunęły.


Wkurzony dzięcioł. Siedział na czubku suchego świerka i wydzierał się nie wiadomo dlaczego.
I kosie gody. Fajnie się czupurzyły.

14 kwietnia 2020

Wszystko w normie


Święta bzyknęły w sumie bez żadnych emocji. Już od dawna nie obchodzimy ich tradycyjnie, dlatego był to dla nas normalny, trochę dłuższy, czas odpoczynku weekendowego. Z powodu mojej drańskiej choroby i obecnego totalnego osłabienia po niej (chyba), wszystkie wiosenne domowe porządki zostały przeniesione na czas nieokreślony. Mam nadzieję, że pod koniec miesiąca, kiedy zrobi się ciepło, jakoś ogarniemy te okna itp. To samo będzie się z ogrodem. Na razie nie ma mowy o pracach w nim.  Czasem słyszę jak szumią chwasty, wybijające się ponad rośliny szlachetne. Chwast ma taki upiorny zwyczaj, że jego tempo wzrostu jest w postępie geometrycznym do tempa wzrostu roślin uprawnych. A z drugiej strony, jak te szlachetne trochę bardziej podrosną, to przynajmniej je zauważę, bo w zeszłym roku za szybko zabrałam się do odchwaszczania i wyrwałam sobie kilka takich, które powinny zostać. Dalej nie mam pomysłu, jak przeorganizować ogród kwiatowy tak, by było jak najmniej z nim pracy. Stare rośliny wyradzają się lub giną, a na ich miejsce trzeba coś posadzić. Problem w tym- co? Liliowców mam już ze 20 gatunków, trochę przetaczników, jakieś pysznogłówki, juki, irysy, orliki, floksy i jeszcze trochę różnych bylin, a między nimi wsadzone są niskie azalie. Nadal szukam bardzo niskich krzewów, takich do 1 m wysokości. Posadzę je w miejsce bylin, które „wypadły”. Trochę niefortunnie został ogród kwiatowy zaplanowany, kiedy go zakładałam. Na początku biegła przez środek szeroka dróżka, a po jej bokach ciągnęły się długie rabaty kwiatowe (długie na 10 metrów, szerokie na 1,20) obsadzone wszelkimi bylinami i kwiatami jednorocznymi. Po obu stronach tych grządek były grządki z warzywami. Potem zlikwidowałam warzywa, po jednej stronie przekształciłam grządki w nieduże klomby w trawniku. Po drugiej stronie pozostał układ grządkowy. Jednak zamieniałam grządki warzywne w kwiatowe i  „ułożyłam je”  wzdłuż  tych długich. I to był błąd. Trzeba było poprzesadzać byliny (póki się dało) w taki sam sposób, jak po tej drugiej stronie- zrobić małe klomby (kępy bylin) w trawniku. Teraz liliowce oraz inne byliny są tak duże, że nie można ich przesadzać i w ten sposób mam 3 długie grządki kwiatowe oraz kawałek szerokiego „areału kwiatowego”, ze ścieżkami, które trzeba odchwaszczać. Ja je „randapuję”, ale to żaden cymes, bo wolałabym nie lać chemii do ogrodu. Wykosić się ich nie da- za wąskie. Na odchwaszczanie nie mam sił- to jednak jest spory metraż. Piszę głównie o ścieżkach, bo byliny tak się rozrastają, że na grządkach jest mało chwastów. Natomiast na ścieżkach tworzą się chwastowiska. Nie wyłożę ich płytkami, kamieniem itp., bo nie mam kasy. Żwirek nie zda egzaminu, wtopi się, żadne folie tudzież piaski i kostki nie wchodzą w grę, bo to też kosztuje, a poza tym po roku, dwóch jest beznadziejne. Dochodzę do wniosku, że pozostaje mi ta cholerna chemia- siły mi się kończą. Z drugiej strony, mam czas przez całe lato przyjrzeć się i pomyśleć, może jednak coś jeszcze wykombinuję z tymi grządkami.
Ogrodowe zwierzaki są teraz bardzo aktywne. Ptaki budują gniazda i drą się jak oszalałe. Wróciły gołębie wędrowne. Gniazda kosie powstają w tujach blisko domu i na cisie, rosnącym  przed oknem sypialni. Prawdopodobnie  w tych samych tujach, buduje gniazdo drozd. Wiewiórki też widać codziennie na trawnikach. Obudziły się zaskrońce.  Na pewno są w ogrodzie trzy dorodne osobniki. Przyłapałam wszystkie trzy, kiedy wygrzewały się pod ścianą, przy piwnicznym okienku. Wczoraj, wieczorem,  na trawniku przy bramce, spotkałyśmy z Bezą,  jeża Przypuszczam, że to zeszłoroczny miot, bo jeszcze jest nieduży. No i bardzo uaktywniły się uszatki. 
Popatrzcie jakie one są fajne 
Zdjęcia drozda i wiewiórki robiłam przez szybę

 W poszukiwaniu zakopanych orzechów
 Ruda ubzdurała sobie, że w donicach zakopane ma orzechy (były, ale się "zbyły" przy sadzeniu bratków) i od czasu do czasu robi w nich akcję. Niezbyt mi się to podoba, bo potem muszę wsypywać ziemię z powrotem do donic.
 Będzie mieszkanko:)
 Może to Donna, a może Zyzio? To ich ulubione miejsce, w którym, do południa, wygrzewają się. Potem sobie idą w ogród. Mieszkają też pod jukami.
Takie paskudztwo przyłazi do naszego ogrodu. Tym razem "zawisł" na modrzewiu i tak trwał, a pod drzewem szalały psy mojej siostry. Nie wiem, czy było mi go żal. Koty są fajne, ale  daleko od naszego ogrodu i tyle:)



08 października 2019

Co można zobaczyć o szarówce


Dzień powszedni, godzina 18,30, szarówka, bo dzień pochmurny i na koniec to- niespodzianka. Myślałam, że się wyniosły, co robią rokrocznie, kiedy zaczyna się lato. Na wiosnę są blisko domu, mieszkają pod tarasem, w czerwcu jeszcze się pokazują, czasem w lipcu wygrzewają się obok tarasu, pod cisem, a potem znikają- idą w ogrodowy świat. Tu październik, czas, by gdzieś zalęgły na zimowe przetrwanie, a oto spóźnialski wypełznął z otworu na górze słupka od bramki.  Młoda o mało nie dostała zawału, ponieważ gadzina pojawiła się kilka centymetrów od jej głowy. Wrzask, a potem galop do domu, bo „weź aparat, musisz to zobaczyć, musisz zrobić zdjęcia... szyyyyyyyyybko!!!!!!!! Przyznaję, że sama byłam mocno zaskoczona tym widokiem. Zaskroniec chyba nie mniej naszym. Przepleciony między drutami siatki, próbował dostać się jak najdalej od felernego słupka. Zatrzymał się, wysunął nerwowo język, zaczął syczeć. Zrobiłam mu kilka zdjęć, poruszałam się spokojnie, bo żal mi było gadziny, a nie potrafiłam sobie odpuścić takiej gratki. Nie włączyłam lampy- nie chciałam go dodatkowo stresować. Dlatego zdjęcia są niewyraźne.  Zaskroniec, pełznący po płocie, jest ciągle dla mnie wielkim zaskoczeniem. Mocno mam wbity do głowy stereotyp, że wszystkie tego typu zwierzaki pełzają po ziemi, ewentualnie pływają w wodzie. A przecież w dżungli i nie tylko tam, węże są bywalcami wysokich drzew. Dwa lata temu zrobiliśmy zdjęcia zaskrońcowi, który wygrzewał się na gałęziach iglaka metr nad ziemią. Czas zweryfikować wiedzę o gadzinie i wziąć pod uwagę, że może wpełznąć po schodach do domu. Nie bardzo mi się to podoba. Brrrrrrrrrr....



 

18 kwietnia 2018

Gady ogrodowe

Przezimowały, co nas cieszy. To, że dzisiaj jeden chciał wejść na taras, już mniej cieszy. Ale są- na razie dwa. Pewnie jest ich więcej. Te dwa wygrzewały się pod ścianą, przy piwnicznym okienku. Nie zdążyłam tam wygrabić liści, a teraz nie chcę, by ich nie spłoszyć. Potem wyniosły się. Pewnie na kompost, na drugie śniadanie. Mieszkają pod dwoma tarasami. Zaczynają swoje gody.

21 kwietnia 2017

Bliskie spotkania trzeciego stopnia



Wkurzające jest to zimno. Cały czas boję się o rośliny. Wczoraj okryłam fortegillę, bo zaczyna kwitnąć, a głoszono -3 stopnie mroziku. Zastanawiamy się, jakie owoce pokażą się latem. Prawdopodobnie nici z czereśni i brzoskwiń. Morela zdążyła przekwitnąć przed śniegiem, ale czy pszczoły zdążyły z zapylaniem? Dobrze, że borówki amerykańskie i wiśnia spóźniają się z kwitnieniem. Ciężar śniegu złamał dorodną sosnę, a drugą pochylił mocno.  Ta złamana padając zaliczyła po drodze tuję, która też padła. Obie oparły się na młodej jarzębinie. Tę Jaskół uratował, na szczęście, szybko tnąc czub powalonej sosny. Są już pierwsze pisklaki kosów. Chyba kosów, bo gniazdo na jodle jest spore i stamtąd popiskiwania dochodzi, ale nie widziałam żadnego dorosłego ptaka w pobliżu. Przezimowały nasze piękności syczące. 


Pod tarasem mieszkają dwa zaskrońce. Ta wielka Donna już trzeci rok, a mniejszy chyba drugi. Może jest ich tam więcej, ale na razie dwa się ujawniły. Donna (muszę ją jakoś nazywać i to imię  mi pasuje do jej pełnych gracji ruchów) tak się oswoiła, że nie reaguje na nasze podglądanie. Miałam z nią dwa razy bliskie spotkania trzeciego stopnia czyli face to face.


 Raz, kiedy wygrzewała się na kompoście, a ja weszłam za płotek po grabie. Wtedy spłoszyła się, ale niespecjalnie szybko się ewakuowała. Drugi raz doszło do spotkania przy hydrancie. Pewna byłam, że syczących tam nie będzie, bo chodziłam parę razy odkręcać i zakręcać kran. Dotychczas, kiedy się pojawiałam, właziły pod taras i długo tam czekały. Tym razem byłam pewna, że też tak zrobiły, a tu suprajs. Ja sięgam ręką do kranu, a spod ściany wyskakuje na mnie Donna z sykiem. Scena jak z filmu z Luisem de Fine, gdzie bohaterowie na przemian wykrzykują ze zgrozą na swój widok.


 Jeden drugiego się wystraszył, jeden drugiego się nie spodziewał. I identycznie z nami było. Ja odskoczyłam wrzeszcząc, ona z sykiem władowała się w szczelinę pod okienkiem piwnicznym. Kiedy to zobaczyłam, poleciałam na dół (wołając Jaskóła na pomoc), by zobaczyć, czy gad nie spadł do kotłowni. Byłaby zabawa, gdyby gdzieś w piwnicy utknęła i, nie daj boziu, tam padła z głodu. Wchodzę cicho do kotłowni i czekam na jakiś szelest. Cisza. Jaskół wchodzi za mną. Szukamy gada między oknami. Jest. Widać ją między ramami okienek. Szukam wiadra z pokrywką. Nie mamy pojęcia, jak ją do tego wiaderka zepchnąć. W ogóle jak podnieść okienko, by ona w popłochu nie spadła na podłogę. Byłoby amen i alleluja, bo nie złapalibyśmy jej w piwnicy za Chiny. Ale ona jest mądralą nad mądralami. Kiedy poczuła, że ktoś jej koło zadeczka coś kręci, wysunęła się na zewnątrz przez tę samą szczelinę, którą wpełzła. Huk spadającego kamienia z mojego serca ogłuszył chyba z pół Europy. Rzuciłam się po jakiś worek, by zapchać tę szczelinę pod okienkiem. Złapałam reklamówkę, wyleciałam na zewnątrz, nawet nie patrzyłam, czy ona gdzieś tam jest. Jej biznes, by mi nie wejść pod nogi. Utkałam, upchałam, ucisnęłam szczelnie worek w dziurze i nazad do piwnicy, by go jakoś od wewnętrznej strony zablokować. Podomykałam, podociskałam i wreszcie lekko odetchnęłam. Nie życzę sobie gadów w piwnicy. Odkąd zrobiło się cieplej,  otwierałam zewnętrzne drzwi, by suszyć i wietrzyć piwnicę, i za każdym razem stawiałam w poprzek wejścia styropianową płytę. A co robiła piękna gadzina, kiedy w piwnicy pracowałam w pocie czoła, by uszczelnić okienko? Ano podpełzła pod hydrant i bacznie kontrolowała sytuację. Jaskół stał na tarasie i obserwował gada. Potem ja cicho podeszłam do barierki- rzeczywiście wygrzewała się spokojnie na słońcu pod hydrantem. 

Wieczorem moje dorosłe dziecko wyśmiało mnie lekko:
- Mami, przecież ona sama wyszłaby z tej piwnicy, wystarczyło zostawić jej otwarte drzwi. A jak masz wątpliwości, to wystarczyło jej oprzeć deseczkę o schody.
No fakt, przecież w zeszłym roku wpełzła na schody tarasowe, a w ogóle to gady włażą na drzewa.
No i mam kolejne lęki, bo nie chciałabym, żeby gadzina, ośmielona naszym spokojem, wpełzła kiedyś do pokoju, lub znaleźć ją pod łóżkiem w sypialni.
Zeszłoroczne zdjęcie małego gada i Bezy 
I mały gad w powiększeniu
Ta duża jest dwa razy taka.



16 kwietnia 2016

Gadzie gody

Miałam napisać post o ptakach, bo i w ich gromadzie wiele się teraz dzieje. Nawet zdjęcia przygotowałam, ale dzisiaj spotkała mnie niesamowita rzecz. Nasze gady, mieszkające pod tarasem zaczynają być coraz śmielsze. Najczęściej wygrzewają się pod ścianą z kranem, obok schodów z tarasu do ogrodu. Schody są szerokie, z prawej strony balustrada jest obrośnięta bluszczem, który ma swoje dosyć grube łodygi na ziemi, właśnie pod kranem. Jest tam też położona na ziemi rynna odpływowa i zaraz przy niej jest postawiona płyta, żeby pies nie wchodził pod taras. Właśnie tam gady znikają, kiedy się spłoszą. Jesienią z bluszczu opadły liście i zrobił się z nich gruby dywan. Nie grabiłam ich, bo to trzeba wybierać ręka spomiędzy łodyg bluszczu. Na wiosnę też nie zdążyłam, liście przeschły i na tych liściach, tuż przy rynnie wygrzewają się zaskrońce. Najczęściej widać tego szczuplejszego-samca. Naszą lady zobaczyłam dzisiaj w niedwuznacznej sytuacji. Ale po kolei. Ciekawska jestem, toteż każdego dnia zerkam,czy nasz milusiński się wygrzewa. Dzisiaj był. Leżał na kupie liści, lekko wił ogonem i nadstawiał boki w stronę promieni słonecznych. Rozkoszniaczek. Popatrzyłam i poszłam pranie wieszać. Potem jedliśmy obiad na tarasie i rozmawialiśmy, Bezka kręciła się obok nas. W pewnej chwili podniosłam się, bo zauważyłam na krzesełku porzucone mokre skarpetki, które chciałam wysuszyć na balustradzie. Schylam się po skarpetki i widzę, jak gad powoli spełza z samego tarasu w stronę kranu. Niesamowite wrażenie. My jemy obiad, a on jest niedaleko 1,5 metra od nas, na samej górze i przygląda nam się. Jak małe ciekawskie dziecko. Zwiał, posiedziałam jeszcze chwilę i poszłam poprawić pranie, suszące się na sznurach w ogrodzie. Wracając, oczywiście musiałam zerknąć, czy gadzina jest na „patelni”. Była. Łeb miała odwrócony w stronę drugiego tarasu i nie widziała mnie. Fajnie pomyślałam, może z tamtego tarasu uda mi się ją namierzyć. Beza na szczęście pobiegła na piętro do Młodych i tym razem nie narobiła rabanu, kiedy brałam aparat do ręki. Poszłam na drugi taras, zrobiłam przybliżenie i… zatkało mnie. Sami zobaczcie, co udało mi się pstryknąć.


Pokazałam zdjęcia Jaskółowi i poszłam jeszcze raz w nadziei, że przynajmniej pozycje sobie zmienią. Niestety, kiedy mówię-pilnuj Bezy- to Beza jak szatan w ogród. No i spłoszyła kochasiów. Cała trójka piorunem ewakuowała się do swojej chaty. Tylko ogony migały.


05 kwietnia 2016

Piękność zaskrońcowa


Aktualności ogrodowe.
Wczoraj, po południu, paliliśmy gałęzie, które zbieraliśmy spod przycinanych krzewów. W pewnym momencie, kiedy schylałam się po stos, zauważyłam, jak majestatycznie (na razie widziałam tylko taki sposób poruszania się ogrodowych gadów- powoli, z namysłem), spod niego wysuwa się gad. Nieduży, od razu wsunął się w mysią norę. No tak, zaczyna się, rozlazły się po całym ogrodzie. Potem siostra powiedziała mi, że widziała w samo południe, jak gadzina się rozmnaża- rodzi młode. Widziała trzy osobniki, jeden był większy, dwa mniejsze. Hm…. Wieść nie bardzo przypadła mi do gustu. Wychodziło na to, że już cała posiadłość- oba ogrody- siostry i mój opanowały brązowe cudności. Nie dawało mi jednak spokoju stwierdzenie- „rodziła”. Zaskrońce nie są żyworodne, znoszą jaja. No to do NETU. Faktycznie, to nie był poród. One prawdopodobnie uprawiały seks w pełnym słońcu. Wprawdzie ich gody podobno odbywają się w maju, ale jest ciepło, zima była nietypowa. Potem przez cały rok noszą te jaja w sobie, by na wiosnę złożyć je np. w kompoście. Kurcze, ładna perspektywa. Już i tak jesteśmy „uzależnieni” od zwierzaków, które zamieszkują ogród. Tuje i krzewy przycinamy albo po lęgach, albo przed zakładaniem gniazd. Sterty gałęzi palimy do listopada, potem ich nie ruszamy, bo może zimują tam jeże. Remont dachu przesunęliśmy na sierpień, aby wiewiórki mogły wyprowadzić ostatni miot. I jeszcze teraz muszę uważać z ziemią w kompoście, by nie uszkodzić jaj zaskrońca. Czekam, kiedy nas nasi milusińscy „wyprowadzą”.
Dzisiaj „upolowałam” aparatem gadzią piękność. Wygrzewała się na słońcu, oczywiście na schodach z tarasu wschodniego, do ogrodu. Widziałam jej niewielki kawałek przez okno, ale nie mogłam wyjść, bo spłoszyłaby się. Wyszłam więc przez drugi taras, obeszłam kawałek ogrodem i…. zdębiałam. Dotychczas widziałam takie niewielkie „sznurówki”, a to, co się wygrzewało, było wielkie. Serce mi stanęło na moment, zanim dotarło do mnie, że to ja jestem dla niej zagrożeniem, a nie ona dla mnie. Piszę ona, bo samice są większe od samców, a to jest największy okaz mieszkający pod tarasem. Prawdopodobnie mieszka tam też samiec, dużo mniejszy, którego widziałam wczoraj, również na tych schodach. Dzisiaj widziany gad jest tłusty. Być może jeszcze przez złożeniem jaj, albo zeżarł jakąś wielką mysz. A tak nawiasem, w tym roku nie ma przed domem na trawniku kopców krecich. Może obecność zaskrońców zaczyna procentować? W sumie to zaszczyt, że one zechciały się tu zadomowić.
Proszę państwa, przedstawiam gadzią piękność.:)
Zaskoczenie było obustronne. Ja zaskoczona jej gabarytami, ona zapewne zaskoczona moimi.
Chwile obserwowałyśmy się w milczeniu. Starałam się zrobić zdjęcia, nie wykonując gwałtownych ruchów. W pewnym momencie pokazała mi język. Niestety, nie zdążyłam pstryknąć, a ona nie chciała się popisywać drugi raz. Znudzona odwróciła się i zaczęła pełznąć w stronę miejsca, gdzie zawsze znika pod tarasem.
 Śliczna jest. Te żółte plamy za "uszami napawają mnie radością. Wszak pamiętam strach, kiedy jeszcze nie wiedziałam, co za gad siedzi pod tarasem. Żółte plamy są świadectwem bezpieczeństwa. Ładne ma też ubarwienie. Lubię takie oliwkowo-kremowe zestawienie. I jeszcze czarny obrys łusek. Prawdziwa elegantka. To jest szyk w gadzim stylu.
 Tu jest w całej"długości". Zdecydowanie większa od tych osobników, które dotychczas widziałam.
 I taka tłusta, żeby nie powiedzieć wprost- spasiona. Piękną ma tę "sukienkę". Taką błyszczącą i widać, że jest aksamitna
 Tu widać przy ogonie zgrubienie. Jaskół cieszy się, że będzie przychówek. Uważa, że jak zwierzaki chcą się w naszym ogrodzie rozmnażać, to jest to znak, że jest im dobrze.
 Koniec ślicznoty. Ogon? Przecież ona cała jest "ogonem". Schowała się pod tarasem i już jej dzisiaj nie widziałam.

02 sierpnia 2014

Brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr....



No i doszło do spotkania trzeciego stopnia. Dzisiaj ujrzałam go w całej okazałości, a raczej rozciągłości. Mowa o zaskrońcu, prawie że osobistym. Chciałam go zobaczyć, oczywiście, że chciałam. Moje wyobrażenie o gadzie było zupełnie inne zanim rzeczywistość go zweryfikowała. Kiedy Jaskół mi go  opisywał, byłam zdziwiona, że taki mały. Wyobrażałam go sobie jako długiego, grubego węża, prawie anakondę. Strach ma wielkie oczy, dlatego chciałam go koniecznie zobaczyć, żeby wiedzieć, czego wypatrywać w ogrodzie. No i dzisiaj zobaczyłam tego „pytona”. Wygrzewał się  niedaleko wejścia do domu. Łepek miał położony na chodziku a resztę  w trawie. Najpierw myślałam, że to sznurek od zabawki, który Bezka z lubością smyka po całym ogrodzie. Podeszłam bliżej, gad podniósł głowę, chwilę trwał, chyba w takim samym niebotycznym zdumieniu w jakim i ja trwałam. Po czym szybko odwrócił się i majestatycznie przepełznął pod taras. Uffffffffffff… jeszcze teraz mam gęsią skórę. Nic na to nie poradzę, że tak reaguję na te stworzenia. Najpierw mnie zamurowało, potem zawołałam Jaskóła (ale on ma długi lajtung i kiedy przyszedł było już po spotkaniu) i natychmiast pomyślałam, że trzeba szybko po aparat. Figa… gad nie miał zamiaru czekać na zrobienie mu fotki. Faktyczne jest płochliwy. Jest tez niewielki- 60cm długości i przekrój może 3cm. Lichotka. Jaskół skwitował, że pewnie teraz siedzi pod tarasem i ma biegunkę ze strachu, a ja z gęsią skórą na rękach poszłam wieszać pranie. Zastanawiam się, czy gad jest w stanie wejść do domu. Mamy tylko jeden schodek a potem już tyyyyyyyyyyle przestrzeni. Brrrrrrrr……
 Ten piękny fragment starego budynku zobaczyłam przypadkiem.  Jest on niewidoczny z ulicy, a ja siedziałam w samochodzie, na parkingu, i zobaczyłam go między dachami, za ogrodem. Jest kompletnie schowany.  Gdyby go odrestaurować... To Skoczów, stare miasto...

 Siedziała sobie na liściu liliowca. Taki różowo-szary klejnocik:). Zamrocznik gładysz

 


25 maja 2014

A może to żmija?



Wtorek- chodzę po piwnicy i „podziwiam” bałagan, jaki w niej zaistniał od zeszłego roku. Co ją posprzątamy, to przez jakiś okres bałagan się koci. Tu coś na szybko złożymy, tam położymy, tu „na chwilę” postawimy regał do malowanie, a w innym kącie na króciutko upchamy deski itd.  Więc chodzę po tej piwnicy i planuję sobie pracę na letnie upały. Co chwilę wzrok mój pada na jakiś kawałek kabla, rurki czy sznurka. Cholewcia, myślę sobie, wyglądają niektóre jak żmija. Fuj- żmija w piwnicy? Głupie pomysły. Wychodzę zniesmaczona swoimi myślami na słońce i po chwili zapominam o tym.
Czwartek, wczesny wieczór, około 18tej. Po całym dniu „szaleństwa” w domu i ogrodzie siadam na tarasie. Jaskół przybija listwą nową wykładzinę. Beza buszuje pod ścianą, z drugiej strony balustrady. Poszczekuje. Doskakuje do czegoś. Nie chce mi się wstać.
- Zobacz, na co ona tak się wścieka- mówię do Jaskóła. Odrywa się od posadzki i przechyla przez balustradę, oplecioną grubymi „linami” winobluszczu.
-Nic nie widzę. Beza… Beza!- upomina psa ostro. Beza powarkując przychodzi na taras.
Jaskół przechyla się jeszcze bardziej. Słyszymy cichy syk.
- To na mnie syczy- nachyla się dalej. Słyszę głośniejszy syk. Jeszcze mój umysł nie reaguje.
- To może być ptak, albo żmija….- mówię i nagle do mnie dociera. Jezus Maria- ZMIJA! Wpadam w lekką panikę
- Widzę to!- Jaskół zaczyna się denerwować- To wpełzło pod taras.
-Miało zygzak?! Duża była?!- zaczynam tracić nad sobą panowanie. Dwa zwierzaki doprowadzają mnie wręcz do paniki- pająki i gady. Nad wstrętem do pająków jakoś panuję, nad strachem przed żmiją- nie. Szybko myślę- w sobotę mamy klasowe ognisko. Będzie sporo ludzi- niech ktoś niechcący rozdrażni gada… albo my… grabiami…Rany!  Ale głównie… JA NIE CHCĘ MIESZKAĆ GADEM!!!!!!!
-Dzwonię- mówię spanikowanym głosem i czuję jak dostaję gęsiej skórki.
- Ale gdzie?- Jaskół zastanawia się.
- Gdziekolwiek. Na policję. Oni wiedzą, co w takich sytuacjach robić.- biorę słuchawkę do ręki i wystukuję numer policji. Szybko zgłasza się dyżurny powiatowy.
Zdenerwowanym głosem przedstawiam się i mówię, że mamy pod tarasem żmiję.
- A jak ona wygląda?- dyżurny pyta i słyszę w jego głosie śmiech.
- Nie wiem, nie wiedziałam jej, ale jest wściekła, bo syczy, wpełzała pod taras. Mąż widział- głos mi się ze zdenerwowania łamie.
- Ale co ja pani poradzę- jeszcze próbuje podśmiewać się ze mnie. Gdybym nie była tak spanikowana, to pewnie powiedziałbym mu „maleńkie” co nieco.
- Nie wiem, to wy wiecie, co się w takich przypadkach robi- mówię jeszcze bardziej zdenerwowana, bo czuję, że mnie zbywa, a wizja żmii pod tarasem paraliżuje mnie. Nie wyjdę do ogrodu dopóki ktoś gada nie usunie.
- No dobra, niech pani dzwoni do straży, oni takie rzeczy załatwiają- kończy dyżurny.
OK, dzwonię i znowu tłumaczę, co się dzieje. I znowu ta sama śpiewka.
- A jak ona wygląda?- pyta dyżurny strażak
- Nie wiem, syczy i jest wściekła. – jest mi wszystko jedno czy wychodzę na idiotkę, czy nie. Potrafią małe kotki z drzew ściągać, niech mi gada wywleką spod tarasu. Prosi o dokładny adres i oznajmia, że zaraz przyjedzie ekipa. Czekamy. Ja prawie słaniająca się ze strachu, Jaskół przy kompie szuka informacji na temat gadów. Dwa wchodzą w rachubę- żmija zygzakowata i zaskroniec. Jaskół może gada poznać jedynie po kolorze i długości, bo szybko przepełzał za rynną pod taras. Nie widział zygzaka, ale w pewnym momencie gad podniósł łepek i zasyczał mocno.
Czekamy. Mija pół godziny. Ja nadal spanikowana, że nas zlekceważono i będziemy musieli w niepewności teraz żyć. Nagle słyszymy syrenę. Pod bramę podjeżdża wielki wóz bojowy „na kogucie”. Jesteśmy lekko wygłupieni. Ale heca, jak do pożaru. Są. Po chwili na trawniku zjawia się trzech strażaków w pełnym rynsztunku bojowym, z łopatami w rękach. O matko! Patrzę na te łopaty zszokowana. Wydawało mi się, że raczej jakiś aparat do wykurzenia gadziny przysmyczą. Tłumaczymy o co chodzi. Chwilę stoją niezdecydowani. Patrzą jak się dostać pod taras, ale z tym sprawa nie jest łatwa. Taras jest 30 cm nad ziemią, ogromny. Długi na cztery metry, a szeroki na prawie trzy. Z jednej strony zarośnięty konwaliami, z drugiej pnączem o grubych pędach. Jestem tak zdesperowana, że gotowa jestem całe zielsko poświęcić, byle tego gada stamtąd wyciągnęli.
-Wcale się nie dziwię. Macie tu idealne warunki dla zaskrońców.- Szef rozgląda się po ogrodzie.
- A jak to nie jest zaskroniec?- pytam
- Żmije boją się ludzi. Raczej wygląda mi to na zaskrońca- mówi głównodowodzący i patrzy na mnie wyczekująco. Pewnie ma nadzieję, że mnie uspokoi i akcja na tym się zakończy. O, nic z tego. Nie będę tu z nieokreślonym gadem mieszkać. Jaskół też czeka, co zadecyduję. Jasne….
- A jak to będzie żmija i w trakcie prac, niechcący nadepniemy jej na ogon, albo Bezka ją rozdrażni?- Nie ustępuję- Wtedy dopiero będzie kłopot i draka. Jestem zdesperowana i to widać. No co, wcale nie mam zamiaru schodzić z tego padołu łez jak Kleopatra. Szef westchnął, wysłał kolegę po latarkę, rymnęli na kolana i zabrali się do polowania.  Trochę zawahali się przy konwaliach i róży.
- Możecie panowie robić z tym, co chcecie. Ja chcę wiedzieć, co tam wlazło. Równocześnie poprosiłam Jaskóła, żeby pozamykał okienka w piwnicy, bo może się tam gad ewakuować, kiedy mu się odetnie drogę do ogrodu.  I przypomniały mi się moje głupie myśli z wtorku. No cóż- piorun „na życzenie” strzelił w brzozę, to dlaczego gad w piwnicy nie może zamieszkać? Brrrrrrrrrrrrr…
Strażacy bardzo się starali, ale w takich warunkach szanse na wytropienie pełzającego były nikłe. Za wszelką cenę starali się mnie uspokoić opowiadając o zwyczajach zaskrońców, bo podejrzewali, że to on się przyplątał pod taras.  Zeszłam na trawnik zrezygnowana. Sama widziałam, że to jest bez sensu. Zaczynałam się przyzwyczajać do myśli, że będziemy teraz z gadem współegzystować. Byle na pokojowych warunkach.
- A tu macie państwo jeża. Oooo…..- kucający strażak oświetlił zwiniętą kolczastą kulkę- Nie ma śladów pełzającej żmii. Na tym suchym pyle byłyby takie odciśnięte rowki. Na pewno nie ma tu gniazda- dodał pewnym głosem.
Faktycznie, oświetlona sucha ziemia była gładziutka, a na niej leżał jeż.
Jeż i żmija….myślałam intensywnie. Czy żmije wcinają jeże? Czy on miał tam prawo być, jeżeli gad też tam jest? Co tam się będzie po zmroku działo? I czy Beza wykryłaby gada, gdyby zamieszkiwał wcześniej ogród?
Strażacy zbierali łopaty, kończąc akcję.
-A nie macie czegoś do wykurzenia gada?- miałam nadzieję, ze może myśl im podsunę i jeszcze zadziałają.
-Niestety- tylko takie rzeczy, pokazał łopaty i latarkę.
Pakowali sprzęt do wozu, a ja bardzo mocno pracowałam nad przyzwyczajaniem się do myśli, że to coś tam może nadal być i teraz trzeba uważać. Szef spisał jeszcze dane i pojechali. A my do Internetu uzupełniać wiadomości o gadach i ich zwyczajach. Po uważnym czytaniu wyszło nam, że

  1. Żmije rzadko podchodzą do siedzib ludzkich, są bardzo płochliwe, nie atakują „same od siebie (tylko w przypadkach próby schwytania lub drażnienia), ukąszenie żmii rzadko prowadzi do śmierci, ale jest niebezpieczne dla dzieci i osób starszych. Widzą tylko ruszające się rzeczy i są krótsze niż to coś, co widział Jaskół. Żmija ma wyraźny zygzak na grzbiecie, trudno ją pomylić z innym gadem. Lubi wygrzewać się na słońcu, najczęściej na suchych kamieniach lub ścieżkach.
  2. Zaskrońce lubią wilgotne miejsca, zamieszkują często ogrody, mniej boją się ludzi, są dłuższe niż żmije, w stanie zagrożenia głośno syczą (a tego nie wiedziałam, byłam pewna, że syczy tylko żmija) lub wyrzucają cuchnącą ciecz. Potrafi też udawać martwego. Rzadko kąsa, ale jest niejadowity.  Naturalnymi przeciwnikami zaskrońca są, lisy, łasice, jeże, ptaki drapieżne, a nawet kosy. Zaskroniec jest barwy ciemnobrązowej, prawie jednolitej, a „za skroniami” ma dwie pomarańczowe plamy. Jest pod ścisłą ochroną. Zaskroniec żywi się dżdżownicami, myszami, żabami, rybami. Łowi tylko zwierzęta poruszające się, nie uśmierca ich, połyka w całości.  Aktywny jest przez dzień, w nocy śpi. Są ogrodnicy, którzy wręcz hodują zaskrońce, bo to niezwykle pożyteczne gady.


No i doszliśmy do wniosku, że to zaskroniec. Ja mam ciągle nadzieję, że tylko odwiedził i już go pod tarasem nie ma. I mam nadzieję, że nie zeżarł go ten jeż, chociaż byłoby to sposób na pozbycie się gada.
Teraz kiedy chodzę po piwnicy to mocno hałasuję, ale do końca nie jestem pewna, czy nie mamy tam nowego lokatora.
A o swoich myślach sprawczych wolę na razie zapomnieć, bo jak tak nadal pójdzie…