Małe irysiki, które pachną suszonymi śliwkami.
I irysy syberyjskie.
Bardzo wcześnie rano koncertują w ogrodzie wilgi. W tym roku przyleciały do ogrodu już w maju. One przylatują do naszego kraju wiosną, a u nas zawsze początkiem lipca, w ogrodzie, się pojawiały? Tym razem jest inaczej. Cieszę się, bo bardzo lubię śpiew wilgi. Wprowadza w nastrój beztroskiego, gorącego lata. Na razie śpiewa samiec, skrzeków samicy nie słychać- znak, że nie będzie deszczu. Szkoda, bo ziemia znowu jest sucha. Zapowiadają burze pod koniec tygodnia, ale nie znaczy to, ze będą tutaj- pewnie znów nas ominą.
Wiosna zrobiła się prześliczna, jest bardzo ciepło, słonecznie. Wynagradza kwietniowe zimna. Za trzy tygodnie będzie już lato, które zapowiadają też gorące. Trochę za szybko teraz lecą dni, za szybko.
W środę o godzinie 9 rano, na południowym tarasie, było 48 stopni, a na termometrze od północnej strony 22 stopnie.
Niesamowite, koniec maja i już takie upały. W ogrodzie można pracować już tylko po 17 a i wtedy jeszcze jest bardzo ciepło. Wprawdzie zostały mi już tylko kosmetyczne sprawy- podcinanie, wyrywanie trawy dokoła krzewów oraz wyrywanie chwastów, ale to fajna robota i nie ma naporu, by już, natychmiast trzeba było coś zrobić. Ot praca i przyjemność w jednym.
Wieczorami (coraz dłużej jasnymi), koncertują jeszcze żaby, pachnie bez palibin i jest tak, jak być powinno o tej porze roku.
A to jaśmin pachnący pusty. Czekam, kiedy rozkwitnie pełny mocno pachnący.
Szkoda, że zasadziłam go głęboko w ogrodzie- tam pięknie pachnie, a chciałoby się, by pachniał przy tarasie.Powoli przekwitają azalie (zrobię zbiorówkę zdjęć tych, które są w ogrodzie- kiedyś:)). W tym roku niektóre kwitną słabo. W ogóle krzewy kwitną mniej obficie niż w zeszłym roku. Prawdopodobnie podczas tej jednej, jedynej nocy w kwietniu, kiedy było – 5 stopni, mróz uszkodził pąki kwiatowe.
W lasku przekwitają krzaczki truskawek. Tak, truskawki w lasku- kiedyś tam, gdzie teraz są dwa rzędy sosen, były dwa rzędy truskawek. Uprawiałam je na sprzedaż, by dorobić do marnej, nauczycielskiej pensji, ale to odrębna historia. Dwa lata bawiłam się w to, a potem stwierdziłam, że nie mam siły na uprawę tak dużego areału truskawek. A jeszcze później zasadziliśmy sosny, natomiast truskawki przetrwały do teraz, bo sprytnie, co roku, puszczały nowe rozłogi, z których wyrastały młode krzaczki. Kwitną, a potem owocują i jest ich dosyć sporo.
Od lat truskawek nie uprawiam, ale na ich brak nie narzekam, bo każdej wiosny, przy okolicznych marketach, ustawiają swoje stoiska z truskawkami prywatni ogrodnicy i takie świeże owoce sprzedają. Kupujemy i jemy na bieżąco bez dodatków. Żadna śmietana, żaden cukier- naturalne saute.
Bardzo lubimy sery z wszelkimi dodatkami. Na zdjęciu nowa dostawa świeżych serów, wyrabianych przez naszego klienta. Nie ma wśród nich sera z orzechami włoskimi. Tym razem nie ma, ale często bywa i przeważnie taki kupujemy również.
Nasza „deska serów polskich”.
Byliśmy u producenta pieców CO- tym razem w ogóle nie namawiano nas na zainstalowanie pieca na pelet. No cóż, jego cena poszybowała w górę, jest on mniej kaloryczny, w sumie nie opłaca się teraz nim ogrzewać. I nie jest wcale taki ekologiczny, bo podczas palenia się też uwalnia związki chemiczne.
Zresztą, od pewnego czasu przestałam przejmować się ekologią w miniaturowym wydaniu, czyli naszym domowym. To, co możemy i mamy możliwości w tym temacie, to uskuteczniamy, ale opalania ekologicznego nie przeskoczymy. Albo ekologia i „dobro ludzkości”, a dla nas marznięcie oraz ewentualne wizyty u lejarza tudzież wydatki na leczenie, albo nasze zdrowie, dobrostan i w jakimś sensie mniejsze wydatki, ale przy mniejszym wkładzie ekologicznym. Zdecydowanie wolę to drugie wyjście. Na szantaż emocjonalny też już nie pozwalam i nie czuję się winna, kiedy różne takie rzeczy o ekologicznych truciach, podczas ogrzewania domów, czytam.
Wczoraj był monter, obejrzał miejsce instalacji pieca, nie będzie problemów- umówiliśmy się na montowanie w lipcu. Piec na ekogroszek będzie i to jest ostateczna nasza decyzja.
W piątek byliśmy oglądać pola inkarnatki, a w sobotę przeleciała nad domem burza. I jak to już od dawna bywa tutaj, przeleciała bokiem, a nas tylko musnęła. Za to jak musnęła. Przez 10 minut lało, żabami z nieba ciepało. Bardzo dobrze, wreszcie trochę więcej wody ziemia nabrała.
Taka piękna chmura szelfowa sunęła nad wieś (ale nie na nas). Kapitalne są te firany szarych chmur, coś niesamowitego.
A niedziela była leniwa, słoneczna, wypełniona tkaniem wiosennego gobelinu. Ten kciuk nada utrudnia mi pracę. Podważanie tak gęstej osnowy palcami wskazującym i środkowym lewej ręki to nie jest to, co przyspiesza pracę. Jednak przecież nikt mnie nie pogania, terminy nie trzymają, mogę sobie tkać w takim tempie, jakie sobie sama narzucam. Jedynym dyskomfortem jest to, że już mi się ciągnie ten temat, chciałabym zacząć tkać coś nowego i na rzadszej osnowie.
Jaskół, na "Szerszeniu", zaliczał trasę na zachód, by obejrzeć dwa pałace, czy warto tam się wybrać na wycieczkę samochodem. Warto.
Dzisiaj przelotnie pada i jest stosunkowo ciepło.
I jeszcze trochę orlików, których już zostało parę krzaków. Kiedyś miałam więcej tych pustych z ogonkami. Były różnokolorowe. No tak, pisałam już, że ogród kwiatowy "zwijam". Nie mam już siły, ani takiej, jak kiedyś ochoty grzebać w ziemi.















