To,
że w tutejszym lesie gniazdują orły, wiedziałam od lat. Wprawdzie
trochę nie dowierzałam, ale ktoś wiarygodny potwierdził. Tam,
gdzie orły gniazdują, zapuszczają się tylko myśliwi, czasem
grzybiarze i przypadkowi spacerowicze. Za dużym lasem ciągną się
ogromne łęgi, tylko częściowo koszone. Z jednej strony ogranicza
je las, z drugiej dosyć szeroka rzeczka. Miejsce słabo dostępne.
Wygodni ludzie wolą teraz szerokie trakty spacerowe, wykoszone
groble itp. W dodatku idzie fama, że w tym lesie napotkano wilki.
Hmmmm... Może one tam są, a może nie. Dla lasu i okolic lepiej, że
ludziska boją się tam zapuszczać. Znam te łęgi, kiedyś tam
byłam. Miejsce dzikie, takie uroczysko. Na skraju lasu gniazdują
też czarne bociany- tam już w ogóle nie wolno chodzić- ścisła
ochrona.
My
z Jaskółem i Bezą dochodzimy do pewnego miejsca, do brzegu lasu i
łęgów i potem wracamy. Nie mamy szans zobaczyć tego, co w zeszłą
niedzielę zobaczył i sfotografował mój syn.
A
sfotografował orła. Kiedy oglądałam te zdjęcia, myślałam
najpierw, że to myszołów. Potem, kiedy przyjrzałam się dziobowi
ptaszora oraz jego wielkości w locie, dotarło do mnie, że młody
miał farta- dorwał orła.
Jest to orzeł przedni, który
zamieszkuje Europę, na nizinach gniazduje na drzewach, a w górach na półkach skalnych. Jest pod ścisłą ochroną. Oprócz kształtu
dzioba, od myszołowa różni go również kształt skrzydeł w
locie- myszołów ma zaokrąglone i zwarte na końcach, u orła widać
wyraźnie pojedyncze lotki na końcach.
A zdjęcie poniżej, urzekło mnie (koniecznie powiększyć). Tło- las, bliżej drzewa "z charakterem", na wpół łyse, co robi je demonicznymi. Na gałęzi siedzi orzeł, przez trawę sunie kot. Orzeł chyba nażarł się (na drugim zdjęciu wyraźnie czymś się posila) i nie rusza kota. A z drugiej strony, siedzi on tyłem i może nie widzi łatwego łupu. To jednak wątpliwe, bo orły, jak każde drapole, są wyczulone na żarełko. A kot łazi sobie, jakby nie miał instynktu samozachowawczego, przed samym dziobem "mordercy". Natura niezmiennie mnie zadziwia. Ciekawa jestem, czy kot przeżył ten spacer.
Czy
należy narzekać na upały w słoneczny lipcowy dzień, kiedy to
upały są wpisane w polskie lato? Chyba nie. Trzeba sobie tylko
inaczej zaplanować dzień. Wczoraj, świtem, podlałam cały ogród
kwiatowy wodą z węża- głównie hibiskusy pod brzozami, bo tam
drzewa wypijają roślinom ozdobnym wodę. A skoro lałam wodę tam,
to podciągnęłam wąż w inne miejsca i póki był w nich jeszcze
cień, lałam obficie wodę pod rośliny. Dzisiaj przerwa, w nocy ma
przyjść deszcz. Kiedy już podlałam, to doszłam do wniosku, że
przy stosunkowo przystępnej temperaturze, mogę wykosić kolejny
kawałek ogrodu. O 9 uznałam- starczy tego nagrzewania się- do wieczora trzeba siedzieć w domu. Dzisiaj rano wycięłam przekwitłe kwiaty i
uciekłam przed słońcem do domu. Teraz chyba większość tych,
którzy mają domy, przesiaduje na tarasach, bo taras to takie fajne
przedłużenie pokoju na czas letni.
Mamy
dwa tarasy, ale taras wschodni podczas mocnych upałów jest
wyłączony do 14.( wtedy nasuwa się na niego cień) - białe płytki odbijając słońce, oślepiają,
a temperatura na nim przekracza 40 stopni. Wyobrażam sobie to
piekiełko, gdyby taras był wyłożony dechami kompozytowymi, w
dodatku ciemnobrązowymi, jak planowaliśmy- można by na nich
ćwiczyć taniec na „rozżarzonych węglach”. Podobno mocno
nagrzany kompozyt cuchnie. Nie dane było mi sprawdzić, kafle są
ciepłe, w cieniu szybko stygną i ich smrodkiem nie czuć. Nad tarasem jest
balkon, dlatego jego część jest jakby zadaszona, ale to nie chroni
przed mocnym słońcem. Planowaliśmy kupić roletową markizę, by
osłaniała więcej powierzchni. Zrezygnowaliśmy, ponieważ
doszliśmy do wniosku, że i tak do południa na tym tarasie nie
przesiadujemy, a markiza oszpeciłaby fasadę. Rozwija i zwija się
ją za pomocą korby. Wszelkie korby budzą we mnie sprzeciw od kiedy
w mieszkaniach królował „jamnik”, z podnoszonym za pomocą
korbki blatem, który można było rozkładać. Coś okropnego,
większego szkaradziejstwa meblowego nie widziałam i chociaż był
on bardzo praktyczny, ta korba traumatycznie utkwiła mi w pamięci jako coś,
czego nigdy nie będę miała w pobliżu. No i tym sposobem markiza
odpadła w przedbiegach. Możemy jeszcze postawić parasol i tak, od
czasu do czasu, robimy. Na tym tarasie trzeba jeszcze pomalować kolumny.
Taras
duży (duży to tylko nazwa, bo oba są spore), południowy, dobrze
ocieniony wysokimi świerkami, jest do późnego popołudnia chłodny.
Tam sobie można siedzieć do woli w takie upały, ale ja tam nie
lubię przebywać, bo za tarasową ścianą urzęduje „wielkie
ucho” i nie można czuć się na luzie. Taka sytuacja.
Schody z dużego tarasu do
ogrodu. Po lewej stronie urzęduje "wielkie ucho" czyli moja siostra z mężem. Schody są systematycznie malowane i systematycznie łuszczą się. Można zeskrobywać stara farbę, szlifować, a i tak nowa farba po jakimś czasie odłazi. Na razie dałam sobie z malowaniem spokój. Na tarasie rower stacjonarny, a za nim mały wędzok (wędzi się w ogrodzie, a nie na tarasie). Na obu tarasach mamy normalne meble- dwa fotele rozkładane (duży taras) i dwa krzesła+ stół (taras mniejszy). Tyle nam do szczęścia- siedzenia, picia herbaty czy soków, jedzenia posiłków i gapienia się na ogród tudzież niebo- potrzeba i na tym poprzestaniemy.
I trzy skrzynki wzdłuż płotu- zabezpieczenie, by duży pies z sąsiedztwa nie właził do nas. W tej są begonie, w następnych szczypiorek i trzy krwawniki, które po raz trzeci przesadzałam, ratując przed ślimakami.
Kawałek dużego tarasu.
I jeszcze amarylisy, które zakwitły na dużym tarasie. Zakwitły trzy, a jest ich 10.
Czyli na
upały nie narzekamy, a wręcz odwrotnie, to dni, kiedy można się
wygrzać przed czasem, kiedy deszcze, śniegi oraz mrozy dokuczają.
Oczywiście wygrzać na zasadzie- idę na 10-15 minut na słońce, a
potem uciekam do chłodnego domu. Kiedyś jeden z klientów, kiedy
narzekałam na upał (o, jak to się moje preferencje temperaturowe z
wiekiem zmieniają), powiedział- „Wolę upał, bo przed nim można
się schronić, a przed zimnem nie zawsze”. I to jest prawda- jak
są mocne mrozy, to nawet w dobrze nagrzanym domu prędko wychładza
się, a pod drzewami (fajny cień i chłodek w upał), mróz dokucza
tak samo, jak na otwartej przestrzeni. Jednak za upałami nie tęsknie
i w sumie nie lubię, kiedy temperatura skacze powyżej 26 stopni. W
domu rolety zaciągnięte, porobione uchyły lub rozszczelnienia- jest w nim przyjemny chłód. Tak naprawdę, to najlepiej czyta mi
się w chłodnej zacienionej sypialni, w pozycji horyzontalnej, nic
tego w upał nie przebije.
Młode
sowy przestały nawoływać rodziców, drozdy już tylko rankiem i
wieczorem śpiewają i to też na pół gwizdka. Jeszcze muchołówki
śmigają za muchami- muszą wykarmić pisklaki, chyba to już
ostatni lęg.
Udało
mi się sfilmować pustułki i sroki na dachu chłodni. Ten dach to
jak dobra scena- raz wrony, innym razem pustułki i sroki. Może
jeszcze coś się tam podzieje. Filmy kręcone są na dużym
przybliżeniu, bo chłodnia jest odległa od płotu naszego ogrodu
o jakieś 200 metrów. No i ręce już nie wytrzymują dłuższego
trzymania aparatu w jednej pozycji.
Kupiliśmy
sokowirówkę- stara się rozleciała. Jaskół kupił w hurtowni
skrzynkę ogromnych jabłek i worek marchwi, a ja teraz przerabiam to
witaminowe dobro na sok. Obiady też takie bardziej lajtowe-
ziemniaki z kefirem, makaron z serem, racuchy z jabłkami, jakaś
zupa- nie chce się jeść w takich wysokich temperaturach.
Poza
tym czytam, tkam nowy gobelin (tym razem na największej ramie z
wcięciami- ciągle uskuteczniam zaległą włóczkę) i oglądamy
Wimbledon.
Podoba
mi się aktualne podejście do polityki prof. Gadacza. Taką postawę
staram się przyjąć (kiepsko mi to idzie) od przegranych przez
Trzaskowskiego wyborów, ale nadal czytam te wszystkie doniesienia o
działaniach polityków z różnych opcji. I czytam „analizy”,
trafne spostrzeżenia, opisy, opinie na temat tego, „co, kto, jak i
po co”.
Proponuję
chętnym stoicki dystans, który mnie osobiście dał ogromną ulgę.
Skoro pomimo moich starań prezydentem Polski zostanie alfons, a nie
mam już na to wpływu, to niech będzie alfons. Jeśli zatwierdziła
jego wybór nielegalna Izba Sądu Najwyższego, to niech robi co
chce. Jeśli marszałek Hołownia zwoła Zgromadzenie Narodowe i
przyjmie jego przysięgę, to nie moja sprawa. Niech obciąży to
jego sumienie i jego karierę polityczną. Jeśli dojdzie do
wcześniejszych wyborów, to i tak nie mam na to wpływu.
Przestępstwa PiSu nie zostaną rozliczone? Przecież tego nie
zmienię. Jeszcze bardziej upadnie praworządność, to niech upada.
Gdy za dwa lata dojdą do władzy faszyści, to niech rządzą.
Widocznie na nich zasługujemy. I teraz jest mi o wiele lżej.
Wszedłem w głębszą relację z naturą. Obserwuję ptaki.
Zamierzam wokół domu zamieścić poidełka dla motyli. Powróciłem
do nieprzeczytanych książek i do tych, których jeszcze nie
dokończyłem pisać. Jest tyle cudownych rzeczy. Szkoda życia,
które jest zbyt krótkie, do uczestnictwa w ustawkach polityków. A
Polska? Jeśli przyjdzie taki moment, że będzie mnie potrzebować,
w co wątpię, to mnie znajdzie. Co za cudowne poczucie wolności.”
Racuchy
z jabłkami- najprostsze z najprostszych
Składniki:
2
całe jajka
400
ml kefiru
300g
mąki
łyżeczka
sody
3
łyżki cukru
350g
jabłek (można mniej, można więcej)
olej
do smażenia
1.
Kefir zmiksować z jajkami, dodać sypkie składniki (dodaję
jeszcze trochę cukru wanilinowego, a mniej cukru zwykłego).
2.
Jabłka obrać i zetrzeć na grubej tarce, dodać do ciasta,
wymieszać.
3.
Smażyć nieduże placuszki na rozgrzanym oleju. Placki kłaść
nieduże i płaskie, bo wyrastają i mogą się nie dopiec w środku,
kiedy nałożymy grubą warstwę ciasta na olej.
4.
Można posypać cukrem pudrem po ostygnięciu.
Dochodzi 16 i jest 37 stopni w cieniu, uffffff....
Beza
już w porządku. Nie ma trzonowców, nie ma bólu, jest pies
weselszy. Nie ma trzonowców, dlatego musimy ją karmić papkami.
Rozmaczamy suchą karmę, a gotowane mięso z jarzynami miksujemy. Ta
sucha karma jest niesamowicie twarda. Zastanawiam się, jak średniej
wielkości pies, który ma zdrowe trzonowce potrafi te kostki
(przeczytałam, że one nazywają się ekstrudowane krokiety)
rozgryzać. Beza łykała w całości, a potem je w całości
zwracała, bo nawet w części, przez te chore zęby, nie pogryzła
karmy. Niby w żołądku karma rozmaka, ale u Bezy widocznie tak nie
było. No i ta karma moczy się w misce całą godzinę, nawet trochę
pokruszona. Cement psi. Zmieniliśmy jej też karmę „puszkową”.
Dotychczas jadła pedigree, ale jak wet. to usłyszał, skrzywił się
i stwierdził- taki psi fast food- czyli karma do....I sprzedał nam
karmę z dobrej firmy polskiej. Teraz karmimy psa tą karmą puszkową
z dodatkiem gotowanych jarzyn, albo gotowanym filetem z indyka z
jarzynami. Żarcie full wypas 5 gwiazdek Michelin.
Za
dwa tygodnie będzie szczepiona, ale do tego czasu nie możemy iść
z nią „między ludzi”, bo gdyby tak jakaś awantura była, to
nie ma świadectwa szczepienia.
Szukamy
interesujących miejsc, w które moglibyśmy z nią pojechać.
Interesujące dla nas to takie, w których są ciekawe zamki, pałace
lub ich ruiny. Wyczaiłam trzy blisko siebie i w dodatku tylko
godzinę jazdy w jedną stronę. Na zdjęciach widać cud-miód
ruinki lub budynki pałacowe do remontu. Beza wytrzyma dłuższą
jazdę, bo już to przećwiczyliśmy z nią.
A
w ogóle to zaniedbałam blog pod tym kątem. Jeszcze sporo mam do
opisania, tego, co już zobaczyliśmy.
W
ogrodzie nadgoniłam zaległości w odchwaszczaniu i dzisiaj skosiłam
trawnik w części kwiatowej ogrodu. Zdążyłam przed deszczem. Teraz pada i zrobiło się
chłodno.
Każdy
wieczór kończę akcją ”Ślimol”. Niby nie jest ich dużo i nie
w każdym kącie ogrodu są, ale gdyby nie ta akcja, to trochę
roślin pożegnałoby się z pąkami kwiatowymi. Zauważyłam, że do
pewnego momentu ślimaki obgryzają daną roślinę, a potem tracą
nią zainteresowanie. Chyba przed kwitnięciem jakieś soki płyną w
zielenienie, których ślimaki nie lubią. Zaobserwowałam też, że
faktycznie, niektórych roślin te małe „gady” nie tykają.
Odporne na zżeranie są tawułki, orliki, przetacznik, wrzosy,
żurawki, kluczyki, goździki, rozchodnik, pysznogłówka i anemony
oraz jeszcze parę. Z jednorocznych nie tykają begonii i
pelargonii. Innych już nie sadzę. Nie znaczy to, że na tych
roślinach ślimaków nie widuję- są, niemniej tylko pojedyncze
sztuki. Natomiast krwawnik miał być odporny na apetyt ślimaków, a
niestety, włażą na niego i chętnie go degustują.
Ostatnio,
w ogrodzie kwiatowym, zmieniałam rośliny pod tym kątem i liczę,
że w przyszłym roku nie będę już musiała ganiać z latarką i
wyłapywać rude, śliskie wredy.
Wiosną przesadziłam prusznik. Posadziłam go przy tarasie między starymi różami. Przyjął się i pięknie zakwitł, ale jest niefotogeniczny- kwiaty się rozmywają w zieleni.
A
dzisiaj rano, na dachu chłodni, wrony szare urządziły sobie spotkanie
towarzyskie.
Pełno tu drapoli. Tego sokoła pustułkę zauważyłam w momencie, kiedy
zawisł nad polem za drogą. Pobiegłam po aparat i zdążyłam sfilmować jak wcina
upolowanego, w międzyczasie, ptaszka. Trochę ptaszka podżarł, resztę w całości połknął
(?). Pewnie zaniósł tę resztę do gniazda, by nakarmić młode. Nie znam się na zwyczajach
sokołów, ale gdyby chciał się sam nażreć, to kawałkowałby mięcho nadal.
Poleciał, ale nie dlatego, że się mnie wystraszył.
Przeleciał nad ogrodem i tyle go widziałam.
Drugi film nakręciłam trochę później, sokół wrócił i znów zawisł nad
polem.
Trzeci raz zauważyłam go na dole ogrodu- siedział na brzozie. Kiedy mnie
zobaczył, zerwał się i poleciał w stronę chłodni. Pustułki robią gniazda pod
dachami budynków, w starych murach, wieżach… może ta ma gniazdo gdzieś pod
dachem chłodni?
* Jeszcze przed świętami dostałam od Wuszki żabę- taka malutką śliczną
broszkę. Wraz z żabą dostałam list pełen ciepłych słów. List napisany ręcznie,
pięknym charakterem pisma, wzruszył mnie tak samo mocno, jak ten śliczny
prezencik. Wuszko, z całego serca Ci dziękuję za to wszystko.
Żaba jakiś czas siedziała przy komputerze, a teraz dołożyłam ją do
kolekcji moich żab. Jak będę miała jakiś ciuszek, do którego będzie stylem
pasowała, to ją sobie przypnę.
** Święta były jednym totalnym nicnierobieniem- żadne pieczenie
kuchcenie, mycie okien (jeszcze nie ruszone po zimie), pranie odkurzanie- NIC,
ZERO, NUL!. W Wielką Sobotę pojechaliśmy z Bezą nad zalew trochę połazić i
zobaczyć, co w ptasim świecie piszczy. Spacer trochę kiepski- Jaskółowi
dokuczały kolana, mnie kręgosłup, a Bezę łapała zadyszka.
Było bardzo ciepło i
ślicznie słonecznie, ale nas ten spacer zmęczył okrutnie, a był dosyć krótki.
No niestety- los trzasnął nas w najbardziej paskudne miejsce, jakby na ironię,
bo dla nas włóczenie się było niesamowitą frajdą, a teraz powoli to się kończy.
Jednak nie mamy zamiaru rezygnować, po prostu spacery skrócimy, a wycieczki
będą w stylu francuskim- z okna samochodu dużo widoków, częstsze postoje,
łażenia mniej. Trochę nieswojo się z tym czuję, ponieważ zawsze byliśmy ruchowo
bardzo aktywni, a teraz jakby ktoś włączył nam potężny hamulec.
Wkurza mnie też inne ograniczenie- kiedy robię zdjęcia, a szczególnie, kiedy kręcę filmy, to nie mogę długo trzymać rąk w górze, albo w jednej pozycji. A przecież często to, co kręcę, wymaga kilkuminutowego trzymania aparatu bez ruchu. Czasem czuję, jak kręgosłup mi trzeszczy i boli, ale chęć nakręcenia czegoś fajnego jest silniejsza. No i potem pół dnia cierpię.
Oczywiście, że
da się to jakiś przystopować, leczyć, ale… kasa BUBU kasa, nawet, jak już
pisałam, mamy trochę kasy na leczenie, ale niektóre ceny powalają, a terminy na
NFZ, sami wiecie. No to godzimy się na to, co mamy i próbujemy dalej fajnie żyć
z tymi ograniczeniami.
Aktualnie Jaskół pojechał na „Szerszeniu” na spotkanie z
kumplami motocyklistami w poznańskim, a ja sobie zrobiłam labę- tkam, czytam,
oglądam, słucham. Do tego na tarasie sokawka- a tak mi się przypomniała ta
nazwa. Kto kiedyś spotkał się z tym
terminem, to wie, co oznacza oraz skąd się wziął- stare normalne blogowe czasy,
kiedy jeszcze nie miałam zielonego pojęcia, jaka okrutna potrafi być blogosfera,
blogowe czasy sprzed awantur i szykan.
*** Ogród już prawie odchwaszczony, wykoszony, przycięty, posprzątane
stosy liści, gałęzi itp., teraz na bieżąco wszystko będzie. I tak, jutro, choć
ponoć żałoba po papirku (mam szacunek dla śmierci, straciłam szacunek do
Franciszka, kiedy stwierdził, że Ukraina powinna się poddać, by nie przedłużać
wojny), jak trochę podeschnie, mam zamiar skosić trawnik przed tarasem- spoko,
koszenie jest na wysokich kołach, a nie do gołej ziemi.
Posadzę też dwie azalie- pomarańczową i żółtą, bo dzisiaj przyszły
sadzonki. No tak, miałam już nic nie sadzić, ale… czekam jeszcze na kompaktową
hortensję, kompaktową budleję (czerwoną) oraz 6 sadzonek krwawnika- wszystkie
ostatnio kupione i posadzone rośliny są ślimakoodporne- podobno nie żrą ich
ślimole. A w ogóle to jakby tych ślimaków w tym roku nie było. Trochę malutkich
ślimaków znalazłam na narcyzach i to nie wszystkich, natomiast duże znalazłam,
na razie, dwa, w dodatku pomrowy (czarne w cętki- nie żrą roślin), a nie
ślinniki (rude i paskudne- wszystko w ogrodzie zjedzą).
Miałam sen- sprzedaliśmy dom z ogrodem i kupiliśmy mieszkanie w bloku.
I zaraz też kupiliśmy działkę, a ja, zanim opróżniliśmy z mebli dom, wykopałam
wszystkie krzewy oraz kwiaty, którym przesadzanie nie zaszkodziłoby i
posadziłam na tej działce. Co za sen, a kysz….
*** Już drugi miesiąc tkam gobelin. Nie jest mały- 30x40 centymetrów
powierzchni tkanej. Tkam i wkurzam się na siebie samą. Przechytrzyłam,
zlekceważyłam wiedzę własną i innych- zamiast tkać przędzą tej samej grubości
różne kolory, to zadufana, że dam radę, pomieszałam grubości tej przędzy i
teraz cierpię, bo trzeba pewne rzeczy kombinować. Jeszcze została ¼ do utkania,
no i wykończenie.
Jest mnóstwo
tematów do omówienia, dzieje się, oj dzieje, ale… no nie mam jakoś ochoty, ani
weny rozpracowywać tego tutaj. Może jak się trochę otrząsnę, to coś więcej
będzie.
Wiosna nabiera rozpędu i, jak co roku, znowu muszę stwierdzić- dziwna
jest ta wiosna. Zima była cieplejsza, a mimo to, rośliny pokazują się w tempie
żółwim. Był czas, że myślałam, iż z niektórych już nic nie będzie. Jednak
leniwie zaczynają wypuszczać nowe pędy spod ziemi. Narcyzy słabo kwitną tej
wiosny, a te moje ulubione, nie zakwitną w ogóle. O dziwo, narcyzy pełne, które
są mniej odporne, mają bardzo dużo pąków, a stare odmiany są słabiutkie, nie
zakwitną. Śnieżyce przekwitły, teraz ich kępy zachwycają zielenią liści. Padło parę
liliowców, padła trójsklepka, padła czerwona jarzmianka, pierwiosnki o
kulistych kwiatach są karłowate, posadzona dwa lata temu winorośl, też nie daje
oznak życia. Przyznam, że czuję się coraz bardziej zniechęcona do pracy w
ogrodzie. Likwiduję następny kawał grządek kwiatowych. Zamiast kwiatów sadzę
niskie, kompaktowe krzewy kwitnące. Mało z nimi pracy, poza tym, mają większe
szanse na przetrwanie niż byliny. Posadziłam nowe ciemierniki, na dwa następne
muszę poczekać do maja.
Na razie w ogrodzie są takie (z nowymi razem 10 sztuk). Szkoda, że mają kwiaty zwisające w dół, trudno uchwycić ich urodę na zdjęciach. Nowe nie zakwitły jeszcze.
Zagospodarowuję teren blisko tarasów, by móc z nich
widzieć te wszystkie kwitnące cuda. Taras zrobiony, schody również, balustrady
zamontowane (pokażę, jak wyrównamy teren przy schodach). Teraz jeszcze musimy
pomalować kolumny, uzupełnić ubytki w murze i takie tam kosmetyczne rzeczy
zrobić. Wszystko to musi poczekać na cieplejsze dni. Tradycyjnie o tej porze,
posadziłam bratki w donicach przed domem i na tarasach. A do skrzyni obok płotu, posieję koperek przy kępach szczypiorku, które przetrwały zimę i pięknie
rosną. W pozostałych skrzyniach będą posadzone kwiaty letnie.
Kwitnie morela, może w końcu będą jakieś owoce, bo dotychczas wszystkie zielone ( no parę) opadały przed dojrzeniem.
Fiołki, fiołki, łany oraz kępy fiołków w różnych miejscach ogrodu.
To roślinki, a zwierzaki ogrodowe?
Jeże się obudziły- spotkałyśmy z Bezą takiego podrostka jak tuptał do
„wodopoju”, urządzonego w rzeźbie, wykonanej przez naszą synową. Gdzieś była
pokazana przy okazji zdjęcia z aleją sosnową.
Od trzech tygodni śpiewają drozdy, kosy już uwiły gniazda w tujach i
bluszczu przy oknie. Czaple wznowiły przeloty- poranne oraz wieczorne- nad
domem i coraz częściej widać na niebie kilka żurawi. Zastanawiamy się, czy one
już na tym terenie zostaną, czy jednak polecą na północ.
Nie wiedziałam, że są w okolicy (być może i często w naszym ogrodzie) grubodzioby. Wczoraj siedział na czubku brzozy.
Sprawdziłam „ostatnią” ramę tkacką. Bogatsza jestem o nowe
doświadczenie tkackie. Rama ma tak wąskie wcięcia, że osnowa zrobiła się dosyć
gęsta oraz sztywna- trudne było przesmykiwanie wątku między nitkami. Boczne
listwy ramy są mocno wystające nad osnowę- trudno było zmieścić rękę, by tkać
brzegi gobelinu. Fakt, że wyjęłam nicielnicę, bo gobeliny tka się raczej bez
niej i to może był ten powód, że osnowa zrobiła się sztywna.
Ramka jest dedykowana dzieciom, by sobie ćwiczyły tkanie kilimków. Ja będę
ją wykorzystywała do tkania wąskich gobelinów.
Rozczarowała mnie również wielkość utkanego gobelinu. Liczyłam na
większy, bo rama jest dosyć duża (30/40 centymetrów, dlatego ją kupiłam).
No i w końcu wszystkie ramy z wcięciami mam sprawdzone. Wiem już
jak duże gobeliny na nich wychodzą, jak gęsta jest osnowa i jaką przędzą
(głównie) na nich tkać. Teraz tkam na ramie z gwoździami i to jest dopiero
hard- core. Na razie, ale idzie coraz lepiej.
A to utkałam na tej ostatniej ramie z wcięciami- nazwałam ten gobelin
„Miasto nocą”, ale Młoda stwierdziła, że powinien nazywać się „Matrix”.