Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maj. Pokaż wszystkie posty

01 czerwca 2026

Nadciągała apokalipsa, a skończyło się jak zawsze.

 Małe irysiki, które pachną suszonymi śliwkami.


I irysy syberyjskie.


Bardzo wcześnie rano koncertują w ogrodzie wilgi. W tym roku przyleciały do ogrodu już w maju. One przylatują do naszego kraju wiosną, a u nas zawsze początkiem lipca, w ogrodzie, się pojawiały? Tym razem jest inaczej. Cieszę się, bo bardzo lubię śpiew wilgi. Wprowadza w nastrój beztroskiego, gorącego lata. Na razie śpiewa samiec, skrzeków samicy nie słychać- znak, że nie będzie deszczu. Szkoda, bo ziemia znowu jest sucha. Zapowiadają burze pod koniec tygodnia, ale nie znaczy to, ze będą tutaj- pewnie znów nas ominą.

Wiosna zrobiła się prześliczna, jest bardzo ciepło, słonecznie. Wynagradza kwietniowe zimna. Za trzy tygodnie będzie już lato, które zapowiadają też gorące. Trochę za szybko teraz lecą dni, za szybko.

W środę o godzinie 9 rano, na południowym tarasie, było 48 stopni, a na termometrze od północnej strony 22 stopnie. 


 
Niesamowite, koniec maja i już takie upały. W ogrodzie można pracować już tylko po 17 a i wtedy jeszcze jest bardzo ciepło. Wprawdzie zostały mi już tylko kosmetyczne sprawy- podcinanie, wyrywanie trawy dokoła krzewów oraz wyrywanie chwastów, ale to fajna robota i nie ma naporu, by już, natychmiast trzeba było coś zrobić. Ot praca i przyjemność w jednym.

Wieczorami (coraz dłużej jasnymi), koncertują jeszcze żaby, pachnie bez palibin i jest tak, jak być powinno o tej porze roku.

A to jaśmin pachnący pusty. Czekam, kiedy rozkwitnie pełny mocno pachnący.

Szkoda, że zasadziłam go głęboko w ogrodzie- tam pięknie pachnie, a chciałoby się, by pachniał przy tarasie.
Powoli przekwitają azalie (zrobię zbiorówkę zdjęć tych, które są w ogrodzie- kiedyś:)). W tym roku niektóre kwitną słabo. W ogóle krzewy kwitną mniej obficie niż w zeszłym roku. Prawdopodobnie podczas tej jednej, jedynej nocy w kwietniu, kiedy było – 5 stopni, mróz uszkodził pąki kwiatowe.

W lasku przekwitają krzaczki truskawek. Tak, truskawki w lasku- kiedyś tam, gdzie teraz są dwa rzędy sosen, były dwa rzędy truskawek. Uprawiałam je na sprzedaż, by dorobić do marnej, nauczycielskiej pensji, ale to odrębna historia. Dwa lata bawiłam się w to, a potem stwierdziłam, że nie mam siły na uprawę tak dużego areału truskawek. A jeszcze później zasadziliśmy sosny, natomiast truskawki przetrwały do teraz, bo sprytnie, co roku, puszczały nowe rozłogi, z których wyrastały młode krzaczki. Kwitną, a potem owocują i jest ich dosyć sporo. 

 Od lat  truskawek nie uprawiam, ale na ich brak nie narzekam, bo każdej wiosny, przy okolicznych marketach, ustawiają swoje stoiska z truskawkami prywatni ogrodnicy i takie świeże owoce sprzedają. Kupujemy i jemy na bieżąco bez dodatków. Żadna śmietana, żaden cukier- naturalne saute.

 Bardzo lubimy sery z wszelkimi dodatkami. Na zdjęciu nowa dostawa świeżych serów, wyrabianych przez naszego klienta. Nie ma wśród nich sera z orzechami włoskimi. Tym razem nie ma, ale często bywa i przeważnie taki kupujemy również.

Nasza „deska serów polskich”.

 Byliśmy u producenta pieców CO- tym razem w ogóle nie namawiano nas na zainstalowanie pieca na pelet. No cóż, jego cena poszybowała w górę, jest on mniej kaloryczny, w sumie nie opłaca się teraz nim ogrzewać. I nie jest wcale taki ekologiczny, bo podczas palenia się też uwalnia związki chemiczne.

Zresztą, od pewnego czasu przestałam przejmować się ekologią w miniaturowym wydaniu, czyli naszym domowym. To, co możemy i mamy możliwości w tym temacie, to uskuteczniamy, ale opalania ekologicznego nie przeskoczymy. Albo ekologia i „dobro ludzkości”, a dla nas marznięcie oraz ewentualne wizyty u lejarza tudzież wydatki na leczenie, albo nasze zdrowie, dobrostan i w jakimś sensie mniejsze wydatki, ale przy mniejszym wkładzie ekologicznym. Zdecydowanie wolę to drugie wyjście. Na szantaż emocjonalny też już nie pozwalam i nie czuję się winna, kiedy różne takie rzeczy o ekologicznych truciach, podczas ogrzewania domów, czytam.

Wczoraj był monter, obejrzał miejsce instalacji pieca, nie będzie problemów- umówiliśmy się na montowanie w lipcu. Piec na ekogroszek będzie i to jest ostateczna nasza decyzja.

W piątek byliśmy oglądać pola inkarnatki, a w sobotę przeleciała nad domem burza. I jak to już od dawna bywa tutaj, przeleciała bokiem, a nas tylko musnęła. Za to jak musnęła. Przez 10 minut lało, żabami z nieba ciepało. Bardzo dobrze, wreszcie trochę więcej wody ziemia nabrała.

Taka piękna chmura szelfowa sunęła nad wieś (ale nie na nas). Kapitalne są te firany szarych chmur, coś niesamowitego.


Na filmie przesuwa się plama- sorry, chyba kupiliśmy aparat z lekkim defektem w obiektywie. Wymienić już nie możemy, bo to był ostatni egzemplarz w sklepie, a tego typu aparatów już się nie produkuje (teraz telefony robią za aparaty fot.). Ale myślę, że ta plama i tak zbyt mocno nie psuje wrażenia, jakie robi chmura szelfowa. Na zdjęciach w ogóle jej nie widać.
 
A niedziela była leniwa, słoneczna, wypełniona tkaniem wiosennego gobelinu. Ten kciuk nada utrudnia mi pracę. Podważanie tak gęstej osnowy palcami wskazującym i środkowym lewej ręki to nie jest to, co przyspiesza pracę. Jednak przecież nikt mnie nie pogania, terminy nie trzymają, mogę sobie tkać w takim tempie, jakie sobie sama narzucam. Jedynym dyskomfortem jest to, że już mi się ciągnie ten temat, chciałabym zacząć tkać coś nowego i na rzadszej osnowie.

Jaskół, na "Szerszeniu",  zaliczał trasę na zachód, by obejrzeć dwa pałace, czy warto tam się wybrać na wycieczkę samochodem. Warto. 

Dzisiaj przelotnie pada i jest stosunkowo ciepło. 

I jeszcze trochę orlików, których już zostało parę krzaków. Kiedyś miałam więcej tych pustych z ogonkami. Były różnokolorowe. No tak, pisałam już, że ogród kwiatowy "zwijam". Nie mam już siły, ani takiej, jak kiedyś ochoty grzebać w ziemi.




 


29 maja 2026

Krwawe pola.

 

Dzisiaj byliśmy zobaczyć „na żywo” pola inkarnatki. Na Facebooku co i rusz ludzie pokazują zdjęcia oraz filmiki z „krwawymi polami” na Podhalu. Śliczne, myślę sobie- chciałabym takie pole zobaczyć w realu. I nagle przewija się następny filmik, na którym pani pokazuje czerwoną koniczynę i mówi- Przybijajcie tutaj, do Owsiszcza, albo Tworkowa, zobaczcie sami te cuda”.

Owsiszcze? Pytam Jaskóła, jak długo tam się jedzie i przypominam sobie, że przez tę miejscowość, podczas naszych wypraw, co najmniej, dwa razy przejeżdżaliśmy. Ale wtedy mieliśmy wyprawy całodniowe i czas się dla nas nie liczył, a teraz jeździmy z Bezą i musimy brać jej starość pod uwagę. Okazuje się, że trasę powinna bez problemu wytrzymać. Owsiszcze to wioska granicząca z czeskim Pistem, a jedzie się do nich przez Chałupki, Krzyżanowice. No nieważne, ważne, że dojechaliśmy z małym postojem dla Bezy na siusiu i te krwawe pola zobaczyłam w naturze.

I był to ostatni moment, bo koniczyna wyraźnie przekwita, jej barwa traci moc i kwiaty szarzeją. Na mur w przyszłym tygodniu zostanie ścięta.

 

O inkarnatce czytałam w zeszłym roku- zastanawiałam się nawet, czy nie kupić paczki nasion i wysiać je do donic. Jest naprawdę dekoracyjna. Inną dekoracyjną roślina, uprawiana na dużych areałach jest facelia błękitna. Tę, z kolei, należy jechać podziwiać na polach niedaleko Kędzierzyna (o ile już jej nie ścięli). Inkarnatka jest doskonała na poplon, facelia jest bardzo miododajna. 

 

Na miejscu musieliśmy poszukać drogi do tych pól. Tylko w pobliżu jednego udało nam się zaparkować, inne były za domami i szukanie dojazdu do nich zajęłoby dużo czasu. Nie chcieliśmy też naruszać prywatności moimi kaprysami. Poprzestaliśmy na tym jednym.


 

Kiedy napatrzyliśmy się na pola inkarnatki do syta, zastanawialiśmy się, czy jechać przez Czechy- jechaliśmy rano, czy wracać po stronie polskiej. Zdecydowaliśmy się na Polskę, ale z postojem na parkingu w meandrach Odry w Zabełkowie. I bardzo dobrze, bo trafiła mi się następna fotograficzna gratka- pszczoła czarna. Przysiadła dosłownie na moment na maku i zanim zrobiłam jej drugie zdjęcie, zwiała. Gdy zobaczyłam takiego czarnego dużego owada, myślałam najpierw, że to jakiś gatunek trzmiela. Jednak potem pszczoła na chwilę „zawisła” nad makiem i poznałam ją. Pierwszy raz widziałam taką pszczołę w oranżeriach pałacu Raduń (Czechy). Tam też widziałam ją tylko przez chwilę, ale na tyle długo, by poznać, że to czarna pszczoła.


 

Cała nasza wyprawa trwała 3 godziny z kawałkiem. Całkiem udany piątkowy wypad, bo nawet upał nie był dokuczliwy- zresztą w samochodzie jest klima, ale te spacery, choć krótkie są już dla Bezy męczące.


Pola z inkarnatką ciągnęły się po obu stronach wsi.




26 maja 2026

Spojrzenie wstecz.

 

Od paru dni zastanawiam się nad tym, w jaki sposób opisywać nasze zloty motocyklowe. Parę już opisałam- zlot w Sztramberku oraz dwa u nas, ale tych zlotów było sporo, a ja czuję niedosyt w ich przedstawianiu. I chciałabym, by to, co piszę było interesujące, wciągające. 

Oczywiście, że opiszę tylko te zloty, w których brałam udział. Chodzi głównie o długie zloty, trwające od piątku do niedzieli- były one organizowane na Roztoczu oraz organizowane przez nas tutaj, na Ziemi Cieszyńskiej. Robiliśmy z Jaskółem również krótkie wypady, takie jednodniowe i one też są warte opisania. Jaskół jeździł i nadal jeździ na zloty organizowane przez kolegów w różnych częściach kraju. W sumie, jako plecaczek, przejeździłam pięć lat. Później się to skończyło. Pisałam już o moim kręgosłupie, który, niestety, nie pozwala mi na jazdę na motocyklu, ale i inne przyczyny, ważne przyczyny (chora matka, wymagająca stałej opieki, małe szczenię, sklep, który wtedy musiał jeszcze codziennie funkcjonować), spowodowały, że na motocykl mogłam i teraz też mogę sobie tylko popatrzeć i westchnąć do wspomnień.

A te są wspaniałe i dużo ich, bo dużo się na zlotach działo, bardzo dużo. Każdy z nich wymaga kilku postów, aby cały opisać wraz z fajnymi i niefajnymi chwilami, wrażeniami, by poczuć atmosferę, klimat tych motocyklowych spotkań.

Wiele rzeczy muszę sobie przypominać, porządkować zdjęcia, kolejność wydarzeń, drogę tam i z powrotem. Muszę przypomnieć sobie, kto na tych zlotach był, jak się zmieniały motocykle i priorytety zlotowe. Tak priorytety, bo formuła organizowanych przez nas zlotów tutaj, była prosta- trochę zwiedzania, dużo jazdy na motocyklach po fajnym terenie. Natomiast formuła zlotów na Roztoczu ewaluowała w stronę- mało jazdy, dużo zwiedzania. I program II zlotu, w tamtych stronach, był wręcz przeładowany. Nie narzekam, jednak taka ilość miejsc do zobaczenia spowodowała, że wszystko robiliśmy pod presją czasu. Na szczęście III i IV zloty pod tym względem były już o wiele spokojniejsze.

Do czego najbardziej tęsknię? Ano do atmosfery, jaka na naszych spotkaniach panowała. Była ona oparta na spontanie, uważności, serdeczności, oraz wzajemnym zaufaniu. W czasach, kiedy motocykle nie były jeszcze w takiej masie kupowane jak teraz, a modne były głównie ścigacze oraz grupy motocyklowe zarejestrowane w MC, naszą grupę, oprócz miłości do motocykla marki Royal Enfield, cechowało ogromne koleżeństwo (mimo czasem sporych różnic wieku) oraz chęć spotykania się, by wspólnie pojeździć.

No tak, tak było, a Jaskół, który corocznie spotyka się na zlotach z częścią tych ludzi (dochodzą nowi, ale już na różnych motocyklach), twierdzi, że już nie ma takiej atmosfery jak kiedyś. Owszem, jest koleżeńskość, ale brakuje tego czegoś, no nie wiem, jak to nazwać, chyba brakuje w nich Spiritus fraternitatis- ducha braterstwa, a może Spiritus communitatis- ducha wspólnoty?

Po prostu stara gwardia się wykrusza- część sprzedała Enfieldy, część choruje, w ogóle nie jeździ (SKS panie, SKS), paru zmieniło zainteresowania, już ich jazda na motocyklu nie rajcuje.

No trudno, nic nie jest wieczne, ale wspomnienia zostały, świetne wspomnienia i myślę, że warto je przelać na blog.

I jeszcze trochę o tym, jak zaczęła się cała historia zlotów. To, co teraz napiszę, to są wspomnienia Jaskóła. On kiedyś motocyklami interesował się średnio. Jego brat miał motocykle, zmieniał je co jakiś czas, a jego miłością były motocykle angielskie. Jaskół zrobił prawo jazdy na motocykl i na tym się jego zainteresowanie tymi pojazdami na długi czas skończyło. Owszem, podziwiał pasję brata, podziwiał jego maszyny, ale sam nie miał ochoty na coś takiego. W 2004 roku brat oznajmił, że ma na oku fajny angielski motocykl, jedzie go zobaczyć do Zamościa i zaprosił Jaskóła na wspólną wycieczkę. Motocykl obejrzeli, brat zdecydował się go kupić, ale coś mu się w życiu finansowo spaskudziło- musiał z kupna zrezygnować. Jaskółowi żal zrobiło się takiej fajnej maszyny- klasyk o pięknej linii, na kopa- czemu nie spróbować? No i tak kupił motocykl marki Royal Enfield. A potem już poleciało. Ponieważ Jaskół uznał, że to fajny motocykl oraz warto go popularyzować, pojechał do importera i podjął się sprzedawać te maszyny tutaj na Śląsku. Udało mu się sprzedać w jednym roku 3 motocykle. Tak powstał zalążek grupy miłośników motocykla tej marki. Mój mąż ma zdolności marketingowe, toteż wymyślił, że organizowanie rajdów dla posiadaczy tych pojazdów, będzie doskonałym sposobem na reklamę, a tym samym na podniesienie ich sprzedaży. Trzeba pamiętać, że w połowie dziesięciolecia XXI wieku, motocykli było stosunkowo mało i mało było różnych marek. A jak były, to były te najbardziej znane- Moto Guzzi, Harleye, „japońce”. Royal- Enfield to było coś nowego na rynku- ruszyła jego sprzedaż w całej Polsce. Jaskół miał umowę z Importerem, który go informował gdzie sprzedano każdy motocykl. Potem Jaskół nawiązywał kontakt z tymi ludźmi i tak zaczęła się rozrastać grupa miłośników tej marki. Każdego roku motocykliści przyjeżdżali na zlot, który organizował Jaskół (noclegi, wyżywienie, wycieczka w teren). Baza zlotowa była wówczas w Tychach. Kiedy Jaskół przyprowadził się do naszego domu, zloty przeniósł na ten teren. Potem spotkania royalistów zaczęli organizować inni motocykliści i tak każdego roku grupa (cyklicznie) zalicza spotkanie w różnych miejscach Polski. Średnio takich zlotów jest pięć. Jaskół założył również prywatną stronę internetową dla royalistów- Forum działa do dziś. Tam motocykliści mają możliwość podyskutować w różnych tematycznie działach.

Ja o mojej miłości do motocykli już pisałam- tak spotkały się dwa „waryjoty”, które pokochały ten piękny motocykl oraz motocyklowe wyprawy w teren.

No i na koniec powiem tak- wprawdzie w znanym powiedzonku to Niemiec płakał „jak go sprzedawał”, ale kiedy sprzedawaliśmy naszego Enfielda, to ja ryczałam i długo nie mogłam się z jego sprzedażą pogodzić. W sumie to jeszcze teraz mam ucisk na duszy, jak sobie przypomnę jego wygląd i ten kosmiczny klang to... ech..... Po 20 latach wzajemnej miłości- nasz się stosunkowo mało psuł- ze względów zdrowotnych, musieliśmy ten wspaniały motocykl, sprzedać.

Co jeszcze należy dodać? Ano to, że nasz Enfield produkowany był już w Indiach, ale jeszcze na podzespołach i w technologii angielskiej, potem, kiedy skończyła się angielska licencja, Hindusi zaczęli produkować swoje Enfieldy. Teraz trzepią masową produkcję, zmieniając często dizajn motocykla- jego piękny klasyczny wygląd dużo stracił. No i są na wtrysk (guziczek)- gdzież ten wymóg kopa, który stawiał motocyklistę przed dosyć trudnym zadaniem, ale stwarzający przeżycie przygody- zapali za pierwszym kopem, czy nie zapali. Te nowe modele cieszą się dosyć dużym powodzeniem w naszym kraju.

A Jaskół? No cóż był jednym z pierwszych popularyzatorów tej marki. W grupie został nazwany Komandorem, a kiedy sprzedaliśmy nasz motocykl, jeden z kolegów stwierdził: „Skończyła się pewna epoka”. I to jest fakt- skończyła.

Zaraz po kupnie.


 

No i jeszcze trochę o mnie w tej całej historii muszę jednak opowiedzieć. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz Enfielda normalnie zdębiałam- tak pięknego motocykla „na żywo” nigdy nie widziałam. I moja miłość do tej maszyny była dosłownie „od pierwszego spojrzenia”. Pierwsze jazdy zaliczyłam w normalnych ciuchach i w nowym kasku, bo ten od razu kupiliśmy, kiedy Jaskół upewnił się, że będę z nim jeździła. Kask powinien mieć spuszczaną szybę (uderzenie owada w twarz, przy dużej prędkości, jest bardzo bolesne, oczy też są tym zagrożone) i blendę. Nasi znajomi zainstalowali sobie interkom- my doszliśmy do wniosku, że każde z nas ma prawo do indywidualnego przeżywania jazdy i gadanie podczas niej, jest nam niepotrzebne.

Potem przyszła kolej na ciuchy ekstra motocyklowe oraz motocyklowe buty. Kurtka i spodnie ze specjalnymi wkładkami i z podpinkami, doskonale sprawdziły się podczas jazdy, zarówno w deszczu, tak i w upałach. Podczas upału po prostu wypinałam podpinki a pod spód ubierałam tylko lekkie rzeczy. Wierzcie mi, na motocyklu, w czasie jazdy, szybciej się zmarznie niż przegrzeje. Na plecach kurtek mamy naszywkę z napisem.

 Buty tylko raz mi przemokły, kiedy jechaliśmy podczas ulewy- i przemokły tylko dlatego, że wyprzedzające nas samochody ciągnęły za sobą fontanny wody na wysokości naszych stóp. Odpowiednie ubranie motocyklowe jest konieczne ze względu bezpieczeństwa. Nigdy też nie odważyłam się jeździć bez skórkowych rękawic- jeżeli ktoś widział zdartą skórę na dłoniach, ten przyzna mi rację, że taka ochrona jest potrzebna podczas każdej jazdy.

Motocykl zaliczył kilka przeróbek, ale nie naruszyło to jego ogólnego, klasycznego wyglądu.

Musieliśmy w naszym Enfieldzie podnieść tylne podnóżki oraz kolega dospawał, specjalnie dla, mnie oparcie. Potem były próby z siodłami, jednak tego ekstra dla mnie zrobionego już nie zdążyłam przetestować- uraz kręgosłupa był szybszy.

A w następnym poście będzie dokładna relacja Jaskóła o tym, jak dał się wciągnąć w przygodę z motocyklem, na punkcie którego oszalał- trwało to 20 lat.

Ja to napisałam tak płyciutko, ale jego wspomnienie ze szczegółami, warto przeczytać.

Trochę Indii- tam Enfieldy traktowane są jako narzędzie do przemieszczania się i wożenia dosłownie wszystkiego. Jest to tam popularny środek transportu, który wjedzie nawet na wysokie góry "bez zadyszki", a jest tak skonstruowany, że może go naprawić uliczny "mechanik" za pomocą śrubokręta i młotka. Mieć w Indiach Enfielda oznacza pewną nobilitację. 

Czwórka na Enfieldzie
 


23 maja 2026

I jak tu nie lubić tego, co się ma?

 

Dwa dni temu szpaki opanowały ogród. Całe stado latało z drzewa na drzewo, wydeptywało trawniki, skwircząc niemiłosiernie.

Na zdjęciu widać piękne ubarwienie starego szpaka.
 

Hałas trwał od rana do wieczora. Milkł tylko wtedy, kiedy strażnicy podnieśli alarm, widząc kogoś z nas lub Bezę- na Bezę to raczej ptaszydła nie zwracają uwagi- wtedy cała chmara leciała w głąb ogrodu. Po kilkunastu minutach stado znów się darło się w okolicach tarasu.

W pewnym momencie ptasie skwirzenie wydawało mi się podejrzanie blisko- byłam w sypialni, a ptaki darły się, jakby były w pokoju obok. Zajrzałam tam po cichu no i zobaczyłam, co się dzieje i skąd taki hałas.

Otóż ptaszory upatrzyły sobie naszą tarasową fontannę na miejsce kąpieli. Jedne się pluskały w wodzie, inne dreptały po tarasie, a taki jeden podlot koniecznie chciał się dostać do pokoju. Nie wiedział jednak, że wejście jest obok, więc walił dziobem w szybę i nie miał zamiaru przestać. Inny smark podszedł pod sam próg i już miał wejść do środka, jednak zrezygnował.

 

I masz, nie dość, że wiewiórki łażą po parapetach i młócą łapkami w szyby okien, gapią się na nas przez nie, to teraz ptaszydła nabrały ochoty z nami zamieszkać. Był czas, że w domu mieszkały myszy, a teraz ostały się jeno pająki- tych nie ruszam.


 

Filmy kręciłam „na jednej” nodze, stojąc w niewygodnej pozycji, dlatego nie zawsze są czyste technicznie.

Taras też nie był dopracowany (już raz, po zimie, był myty karcherem), bo spływająca deszczówka porobiła zacieki. O... a majster miał taką piękną poziomicę. Chciałoby się rzec- ”amerykańską”. „Patrz pani, laserowa, wystarczy pstryknąć (tu następowała demonstracja cudownej poziomicy) i czerwony promień pokazuje poziom”- przechwalał się. No i co? Za pomocą tej cudownej poziomicy ułożył płytki w takim „poziomie”, że woda spływa w stronę drzwi balkonowych (robiąc zacieki) zamiast w stronę brzegu tarasu. Po każdej ulewie mamy zaciekową koronkę. Jeżeli deszcz jest czysty, to zacieków nie ma, jeżeli jest zanieczyszczony kurzem lub pyłkami, jak to teraz miało miejsce (kwitnące brzozy, sosny, rzepaki), to zacieki są brudno żółte.

Bezczelne szpaczory zabrudziły wodę w fontannie, zabrudziły taras odchodami- jakby nie było, płytki od razu musiałam umyć. Przy okazji wymyłam karcherem też wycieraczkę. Tak, że taras na moich filmach jest jeszcze nieumyty.

Widok pluszczących się szpaków w tarasowej fontannie, wynagradza wszystko. I ten hałas, i to zabrudzenie płytek.

Szpaki są bardzo czujne, płochliwe- ja powoli, krok po kroku, przemieszczałam się w stronę drzwi, filmując, a one nic, jakby mnie nie było. Nie zwracały na mnie uwagi, tylko dreptały wokoło misy i kąpały się w niej. Były na wyciągnięcie ręki- dosłownie. A takie toto żwawe, takie ruchliwe, zaaferowane nowym miejscem i możliwościami, ciągle przemieszczające się z miejsca na miejsce- trudno było kręcić film bez przesuwania aparatu.

Powiedzcie, jak często komuś się taka frajda przydarzy? I czy to nie jest taki malutki kawałeczek szczęścia, jaki się ma? Taki na wyciągnięcie ręki, osobisty niemal.


 Ten drugi film jest dosyć długi, ale dopiero w połowie zaczyna "dziać się" naprawdę.


Ostatni film nakręciłam na tarasie, siedząc na krześle- miałam nadzieję, że ptaki wrócą, ale one wolały wydzierać się na katalpie. A jak zobaczyłam, że szpaczyca dokarmia podlota, to zrozumiałam, dlaczego taki rwetes stado robi. Szpaki wyprowadziły młode i uczą je latać. Widocznie robią to stadnie, bo tych podlotów sporo było.

 

Kosy uczą młode latać bez takiej wrzaskliwej otoczki. Inne ptaki też, a szpaki z pompą i paradą obwieszczają całemu światu, że oto młode pokolenie opuściło gniazda.

Jeszcze tylko podczas szabrowania czereśni, robią taki rejwach.

Wczoraj sroki zachowywały się podobnie. Na brzozie usiadły dwie stare i trzy młode. Jednak długo nie siedziały na miejscu, ciągle przylatywały z gałęzi na gałąź i coś tam do siebie skrzeczały. Widocznie też uczyły młode latania i zachowywania się poza gniazdem. Nie miałam aparatu pod ręką- sadziłam gladiole. Chwilę tak rozrabiały na najbliższej brzozie, a potem było je jeszcze, przez paręnaście minut, słychać w ogrodzie. Dzisiaj ani szpaków, ani srok nie słychać. Wyniosły się gdzieś dalej. Za to, jak co dzień (o 5,30 lub 6. chodzimy z Bezą na ogrodowy obchód), poranny koncert uskutecznia zięba. Siedzi na wierzchołku świerka i wyśpiewuje trele.



 



17 maja 2026

Nic na siłę.

 

Jaskół pojechał na zlot motocyklowy. Umówmy się, że motocyklowy, bo w obliczu zbliżającego się armagedonu deszczowego, wybrał się samochodem. Ale kilka Enfieldów na miejsce przybyło, choć koledzy w drodze zmokli. Te zloty mają swoją tradycję i są organizowane przez kilku motocyklistów w stałych, od lat, porach roku. Pierwszy to kwietniowy w centrum Polski, potem ten majowy na Kielecczyźnie. Następnie był nasz, pod koniec czerwca, ale od kilku lat nie organizujemy już zlotów tutaj, we wrześniu są Bieszczady, a jeszcze przedtem, pod koniec sierpnia, jest na Roztoczu. Koledzy motocykliści- Enfieldowcy- stara gwardia zlotowa- idą w „siłę wieku”, chorują, zmieniają motocykle i tak powoli została nas niewielka grupka przyjaciół, których połączyła miłość do motocykla marki Royal- Enfield. Zresztą ten gaźnikowiec „na kopa”, to już stary klasyk. Teraz Hindusi produkują nowe Enfieldy, uruchamiane „na guzik”, ich dizajn zmieniają co chwila i to już nie jest to- elegancja, szyk starego klasyka, jakim był nasz Royal- Enfield 500. Nawet nie wiem, gdzie nasz motocykl wylądował. Kupił go ktoś, kto sprawiał wrażenie, że będzie kochał ten motocykl, ale ponoć go sprzedał. Trudno. Powoli przyzwyczajam się do „Szerszenia”.

I mam ochotę wsiąść znowu na maszynę i boję się, że ten dziadowski kręgosłup znowu się zbuntuje. Jak sobie przypomnę jazdę na motocyklu, to aż mi się dusza śmieje. Nie ma porównania z jazdą w samochodzie. Ten pęd powietrza na twarzy, ta przestrzeń wokoło, ten brak ograniczenia karoserią (krajobrazy, światło, zapachy...) no i wolność wyboru miejsca parkowania- cudo. Jedziesz którędy chcesz, stajesz gdzie jest kawałek dobrego podłoża. Niestety, pewne dobroci dla mnie się już skończyły i to wcale nie z powodu wieku, a z powodów zdrowotnych- przecież młodzi ludzie też mają chore kręgosłupy, nie tylko starzy. Ale staramy się ruszać w teren, kiedy tylko nadarzy się okazja i szukamy interesujących miejsc niedaleko nas- Beza nie zostanie sama w domu, a ostatnio nawet bez nas w domu czuje się nieswojo. Od kiedy ogłuchła tylko w naszym towarzystwie czuje się pewnie. Przyzwyczajamy ją do dalszych wycieczek i to się udaje, ale musimy liczyć się z jej chorym sercem oraz z jej zmęczeniem, spowodowanym pobytem poza domem. Na razie udało nam się zrobić wypad do miejsca oddalonego o 2 godziny jazdy z przerwami. Dobre i to.

No i nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło- poznajemy bardzo interesujące miejsca w regionie (Morawy, Śląsk), miejsca historyczne, interesujące ze względu na kulturę, tradycje. I tak sobie myślę, że ta „okolica” wcale nie jest gorsza od reszty świata. W każdym razie na emeryturze nie siedzimy w domu, wgapiając się w ekrany, pijąc ziołowe herbatki. A przecież jeszcze prowadzimy nasz sklep. Mnie wciągnęło tkanie, haftowanie, szycie. Jest jeszcze ogród do ogarnięcia, co lubię. Często czasu nam brakuje nawet na kichnięcie.

A ogromnego deszczu w nocy nie było, burzy zresztą też. Dzisiaj pada sobie, z przerwami, spokojny deszczyk. I dobrze, niech woda spokojnie wsiąka w ziemie, że nie gwałtownie po niej spływa. Deszczu trzeba było, ziemia nadal sucha. Jest dosyć zimno. Tylko 12 stopni. Czekam na ciepełko i na wygrzewanie się na tarasie.

O właśnie, kupiłam pod donice na tarasie podstawki na kółkach. Pomalowałam je na kolor taki, w jakim są schody. Może te podstawki nie są urokliwe, ale bardzo praktyczne. Kiedy zapowiadają ulewy, przeciągam je pod dach i kwiaty nie toną w wodzie, co im raczej w tych donicach szkodzi. Kiedy w zeszłym roku robiłam, przed deszczami to samo, przenosiłam duże donice w rękach, czułam wtedy, że mi kręgosłup strzeli. Teraz tylko przeciągam podstawki i w kilka chwil jest wszystko gotowe, a kręgosłup (kolana i ręce również) nie cierpi. Czasem muszę poświęcić tzw. „dobry widok” oraz „dobrze wygląda”, na rzecz swojego zdrowia.

Te wszystkie nasze ograniczenia ruchowe, bo moje, ale Jaskóła również, wzięły się z czynnego uprawiania sportu. Kiedyś wierzyłam w powiedzonko „Sport to zdrowie”, teraz wiem, że owszem daje zdrowie, ale nie sport wyczynowy. Amatorsko uprawiać sport jak najbardziej można, wyczyn jest wielkim zagrożeniem dla organizmu. Ale skąd, na początku lat 70 XX wieku, mieliśmy o tym wiedzieć? My rwący się do uzyskiwania jak najlepszych wyników i trenujący ponad siły? Nasi trenerzy też nas nie oszczędzali z różnych powodów. Nie mieliśmy fizjoterapeutów, odżywek, porządnego sprzętu (dostałam stare kolce i w nich całą moją karierę średniaczki przebiegałam)- płotki były drewniane, na metalowych rurkach, bloki startowe metalowe albo z deseczkami- podpórkami na nogę zakroczną- stare trupy często rozregulowane. No i teraz cały nasz wyczyn (Jaskół -koszykarz) czujemy w kościach. Poza tym, nie czarujmy się, jak się ma w tych kościach sporo dekad, to organizm jest zmęczony sam z siebie. Pewnych rzeczy człowiek nie przeskoczy. Nie zawsze silenie się na „bycie ciągle młodym”, jest dla organizmu i samopoczucia dobre. Ta walka, by się utrzymać na powierzchni młodości, sama w sobie jest wyczerpująca. I po co się tak męczyć, robić rzeczy ponad siły, eksploatować organizm, który chciałby w końcu wypocząć, odreagować lata pracy, wysiłku, zregenerować się na tyle, na ile jeszcze może. Jakieś szalone wypady, ekstra kosmetyki (ach te „okłamujące” nas lustra- to ja (?)- impossible), ciuchy, które wcale nie są twarzowe, ale sprawiają, że ma się namiastkę „młodego wyglądu”, jedzenie niby zdrowe, ale niekoniecznie zdrowe....bycie w ciągłej gotowości, napięciu, utrzymywanie się w biegu, byle nie wypaść poza nawias tzw. młodości. Popłoch, że się nie zdąży czegoś zrobić, zobaczyć, przeżyć... Realy- wszystko musimy?

A ziemia (ogień) i tak całokształt wciągnie.

Niestety, po 60., procesy starzenia przyspieszają- na jak długo je powstrzymamy? Rok, dwa? Jakim kosztem zaciągamy ten hamulec przed starością? Stres, obawy, depresje....panika, bo nas też to dopadło- te zmarszczki, siwiejące włosy, twarde stawy, bezsenność, coraz słabsze wzrok i słuch, a przecież tak się staraliśmy, na uszach stawaliśmy, by te objawy starości odsunąć. A im więcej staraliśmy się, tym bardziej są one widoczne później. Bo tego nie da się oszukać i już.

Dbać o siebie, dbać o organizm, fundować sobie przyjemności, nie eksploatować siebie ponad siły w imię imponowania (na granicy śmieszności) rówieśnikom oraz osobom młodszym– patrzcie, na co mnie jeszcze stać- mieć swoje hobby, spotykać się z ludźmi, ubierać się swobodnie, zgodnie ze swoim gustem, a nie na pokaz- to chyba wystarczy, by nie czuć się starym i nie wyglądać, w miarę możliwości, staro.

Kiedyś sobie przyrzekłam, że już więcej nie będę robiła kuku swojemu własnemu organizmowi i staram się przyrzeczenie wypełniać. Nic na siłę.

Takie „Nie chcem, ale muszem”, niekoniecznie służy samopoczuciu w tym wieku. I co to znaczy „muszem”? Dla siebie, to chyba nic nie muszę, dla kogoś? No tak, to może być argument, czyli w tym przypadku żegnaj moja wolności od „muszę”. A może chodzi nie o „muszę”, a o „powinnam”? Chociaż to raczej nic nie zmienia. Tak, czy siak, rygor paraliżuje i psuje humor. No i ten strach przed starością pewnie skutecznie przeszkadza w drodze do osobistego „nic nie muszę”. Fakt, trudno pogodzić się z ograniczeniami, ale przecież ”jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Naprawdę wygodna filozofia i bardzo ułatwiająca godzenie się z rzeczywistością. I da się podejście do wieku przemeblować, unikając minimalizmu egzystencjalnego.

Nie miałam czasu na takie wymuszone staranie się, by zachować młodość. Owszem z tyłu głowy kołatało- boże, już siwy włos, a przy buzi robi się rowek... co działać, co zastosować- ale życie tak zapier..ło, tyle zawsze było problemów, tyle roboty, że chęci starczało na podstawowe zabiegi. Zresztą nigdy nie robiłam dramatu z tego, że w końcu się zestarzeję. Poszło naturalnie, bez napinki, bez wstrząsów.

A w ogóle, to prasuję (kiedyś tego nie lubiłam, teraz owszem, nawet tak, a parownica nie wszystko ładnie wyprasuje) i taki sobie w głowie prowadzę monolog. I nie trzeba się ze mną zgadzać lub nie zgadzać. Przemyślenia są przemyśleniami, a ja sobie codziennie prowadzę całkiem fajne życie już emeryta- jeszcze nie emeryta i na starość nie narzekam.

I właśnie zeżarłam ogromną drożdżówkę z makiem, polaną lukrem. A może powinnam zmusić się do rezygnacji z niej? Przecież to obciążenie dla organizmu no i tyle kalorii- „powinnam” schudnąć, bo „muszę” wyglądać szczupło i młodo. A figa:)

Muszę się- o, tu właśnie muszę bezapelacyjnie- w końcu zmobilizować i opisać resztę naszych zlotów motocyklowych.

Wszystko kwitnie i szybko przekwita.

Kasztan w ogrodzie sister wielkie ucho. Jak ścięli bożodrzew, to odsłoniło się całe kasztanowe drzewo i taki widok bardzo mi się podoba. Widzę go przez okno, kiedy siedzę przy kompie.


 

Głóg, który do pewnego momentu przycinałam, a potem odpuściłam przycinanie na kulkę. Całkiem fajnie się uformował.

Uroczy śmierdziuch- berberys pięknie kwitnący i niemiłosiernie cuchnący.
 

Kwitną też pigwy.


Ładnie kwitnie kłokoczka syberyjska, chociaż rośnie w półcieniu. Potem ma fajne owoce.


 

Nasza śliczna ogrodowa miotła- tamaryszek. W zeszłym roku przycięłam go trochę, by tak nie leciał w górę, ale on sobie nic z tego cięcia nie robi i nadal upiera się przy  kształcie wiechy.


 
Kwitną również azalie oraz rododendron, ale to już w następnym poście.

 

 

 

15 maja 2026

A wariatka tańczy...

 Czerwona na niej sukienka....

Te słowa piosenki sprawiły, że zastanowiłam się nad obrazem wariatki w czerwonej sukience. Właściwie, dlaczego miała ona czerwoną, a nie zieloną, czy żółtą sukienkę? 

Czerwień, taka mocna, narzucająca się, byłaby wyróżnieniem dla stanu umysłu nie pasującego do normy? Słowa piosenki to wyraz buntu przeciw rzeczywistości, wyraz pewnego rodzaju szaleństwa, podkreślanie odrębności, jakaś dramaturgia.

A czy przypadkiem w tym naszym szarym społeczeństwie nie jest tak, że pani w czerwonej sukience budzi nie tylko zdziwienie, ale i lekki szok? Zwłaszcza jak wyjdzie w niej na ulicę w tygodniu, albo no zakupy do marketu? Jestem przekonana, ze 9 z 10. osób spojrzałoby na nią ze zdziwieniem.

I nie, nie przesadzam. Dobrze wiemy, że nasza „ulica”, jest szara, smętna i nijaka pod względem kolorów.

„Wariatki” mają swój świat i nie przejmują się tym, co kto o nich myśli. Ubierają czerwone sukienki wtedy, kiedy przyjdzie im na to ochota, Tańczą do zatracenia, w tej czerwieni, tańczą do utraty tchu, wirują, piją alkohol i bawią się, bawią się, bawią się tak, jak chcą. I to jest budujące, przynajmniej dla mnie, i to jest inspirujące.

A potem wpadłam na pomysł, by poszukać w Necie obrazów pań w czerwonych sukienkach. Ciekawa byłam, w jakich sytuacjach i czy w ogóle, malowano panie w tak odważnych kolorystycznie kreacjach. Przecież wiemy na podstawie różnych opisów, że niektóre kolory były na przestrzeni wieków passé.

Najpierw szukałam obrazów znanych malarzy, następnie obrazów malarzy współczesnych. 

Sporo tego jest- tych współczesnych jest sporo, sporo też jest fototapet z kobietami oraz dziewczynkami w czerwonych sukniach,

Do prezentacji wybrałam obrazy z przeszłości i obrazy współczesne. Wstrzymałam się od prezentowania fototapet.



Piosenkę najpierw zaśpiewała Halina Frąckowiak w filmie produkcji polskiej. Niestety, film oficjalnie nie doczekał się tytułu, ale nagranie zostało. 


 PS. Bloger nadal paskudzi- moje posty na paskach w innych blogach pojawiają się z opóźnieniem i to dużym. Posty z innych blogów, na pasku mojego, również. Trzeba po prostu codziennie wchodzić i patrzeć, czy jest nowy wpis. 


13 maja 2026

Różowa Wenus.

 

Minęło, ale było. Początek maja- po prostu majowo i świątecznie było. Trochę koszenia, trochę plewienia, trochę sprzątania i krótki wypad do Czech z Bezką. Teraz to oficjalnie Czechia, ale jak chciałam odmiany w dopełniaczu- Czechi czy Czechii, to głupia AI obstaje za: „do Czech” (według mnie poprawnie jest do Czechi, no chyba, że traktuje się ją jako zachodnią nazwę, to Czechii- zwariować można- stosuję polskie zasady). A jeśli się uprzeć przy nazwie Czechia (nawiasem mówiąc to tylko angielska nazwa Czech), to nie odmienia się- byliśmy w Czechia i już.

W sobotę- 2 maja- pojechaliśmy do Ostrawy Landeka. Wcześniej wyczaiłam, że jest tam park z muzeum górnictwa i z małym pomnikiem kobiecej figurki. Nie muzeum górnictwa mnie ciągnęło, a właśnie ta figurka. Bo... archeolodzy, którzy ryją w ziemi oraz przegrzebują planetę wszerz i wzdłuż, w poszukiwaniu wszelakich dowodów na pochodzenie ludzkości, tudzież z chęci poznania jej rozwoju, natknęli się na wzgórzu, niedaleko Ostrawy, na resztki osady/obozowiska (kultura grawecka) sprzed 25000 lat. I tam wykopali bardzo ciekawą figurkę z rudy żelaza.

Sporo historii regionu, tej najdawniejszej, poznałam. Mieli tu swoje osady Celtowie, mieli osady Gołęszyce- choćby Stary Cieszyn lub inaczej Cieszynisko w Podoborze (doskonale zrekonstruowana osada słowiańska), ale nie spodziewałam się, że historia osadnictwa, na tych terenach, sięga tak daleko wstecz.

Ale po kolei. Była sobota, w Polsce kolejne święta, a w Czechach normalny weekend. Tyle razy byliśmy w Czechach w sobotę i ruch był raczej mizerny, a tym razem ludziska jakby się wściekli- kiedy dojechaliśmy do parku, wszystkie miejsca na parkingu były zajęte. Całe szczęście, że można było parkować również na obrzeżach trawników i zajęliśmy, na brzegu takiego, jedno z ostatnich wolnych miejsc. Wygląda na to, że park w Ostrawie Landeku jest bardzo popularny- nawet orszak weselnych aut zjechał wzdłuż parkingu pod widniejącą w dali knajpkę. Cały park jest rozległy- jest w nim akwarium, knajpki, pomnik mamuta oraz zrekonstruowana osada łowców mamutów, place zabaw, trawniki pod kampery, boisko do tenisa ziemnego, stara kopalnia itp. Nas interesowała głównie figurka. Całe szczęście, że mijaliśmy ją, jadąc na parking, dlatego nie musieliśmy pchać się w tłum ludzi w parku. Poza tym robił się upał- była 11 przed południem i widać było, że siada nam kondycja- szczególnie Bezce, bo jej gęste futro raczej nie nadaje się do spacerowania w upale.

Zeszliśmy w dół, szukając figurki, doszliśmy do lokomotywy, ale Wenus nie było. Zatem zrobiliśmy odwrót i poszliśmy w górę.  

Przy drodze, na skraju terenów zielonych, stoi rzeźba św. Prokopa z Sazawy- patrona czeskiej ziemi. Był on pustelnikiem i opatem, założonego przez siebie opactwa benedyktynów w Sazawie. 

Sazawa była dużym ośrodkiem słowiańskim, przed przybyciem chrześcijańskich mnichów. Kult Prokopa jest mocno związany z tradycją liturgii słowiańskiej i piśmienniczej oraz z ujarzmianiem diabła (figura przedstawia Prokopa trzymającego stopę na plecach diabła)- to postać historyczna, która wspierała tradycję słowiańską wtedy, kiedy w Czechach już mocno dominowała tradycja łacińska.  Św Prokop uznawany jest również za świętego od spraw trudnych, a jego święto w Czechach przypada na 4 lipca.

Legenda mówi, że św. Prokop, prowadząc ascetyczny tryb życia, sam orał ziemię pługiem, w który był zaprzęgnięty diabeł. Kiedy diabeł próbował brykać, św. Prokop, by go ujarzmić, używał krzyża.



Wzdłuż drogi dojazdowej, ustawiono maszyny górnicze, a przy zakręcie stoi mały parowóz. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że maszyny, które są przecież jakąś historią tego okręgu, są zaniedbane. Trochę mnie to zbulwersowało, ponieważ dotychczas wszystkie obiekty, zwiedzane przez nas  po czeskiej stronie, były w miarę zadbane, a tu maszynowy horror postawiono na trawnikach. 

Maszyny stoją również na trawnikach przy parkingu.

Tutaj fragment chodnika kopalnianego z wagonikiem podwieszanym


 I fragment chodnika z kombajnem.

 

I jeszcze jeden kombajn.

 

maszyny ustawiono również przy hali, w której obecnie znajduje się boisko do squasha.


 

Nie robiłam zdjęć wszystkich maszyn, bo po pierwsze są zaniedbane, a po drugie ich nazwy są po czesku- nie znam technicznych czeskich nazw, mogłam się tylko domyślić, jakie to niektóre maszyny są. 

Kto nie ma klaustrofobii i nie boi się zjechać w dół do kopalni, może jej część zwiedzić. Kopalnię zachowano w dobrym stanie i jej część jest udostępniona dla turystów. Zwiedza się ją z przewodnikiem. Ja jednak, gdyby nawet nie było z nami Bezki, podziękowałabym już na wstępie za taką atrakcję, zanim ktoś bąknąłby „A”. W życiu pod ziemię nie dam się zaciągnąć. Byłam kilka razy w Wieliczce, byłam w Sztolni Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach i ewentualnym następnym takim atrakcjom, mówię stanowczo NIE!

Obok parku znajduje się dosyć stroma góra ze ścieżkami edukacyjnymi. U jej podnóża odkopano obozowisko łowców mamutów.

Otóż ci łowcy mamutów, którzy żyli w okresie paleolitu, spostrzegli, że w tym miejscu występują, na powierzchni ziemi, niezwykłe kamienie- prawdopodobnie złoże było tuż pod powierzchnią, przez wieki zapadało się coraz niżej. Współcześnie zastanawiano się, w jaki sposób, w tak dawnych czasach, zorientowano się, że te czarne kamienie mają właściwości przydatne do życia. Przypuszczalnie, po przypadkowym uderzeniu pioruna, kamienie się tliły lub podczas wypalania łąki kamienie jeszcze długo się żarzyły, co spostrzegli ówcześni mieszkańcy obozowiska i wykorzystali to. Ślady użytkowania węgla przez łowców mamutów, znaleźli archeolodzy w resztkach paleniska.

Tak czy siak, zaczęto te kamienie pozyskiwać w większej ilości aż w końcu, w 1830 roku, wybudowano kopalnię, w której bardzo długo wydobywano najlepszy gatunkowo węgiel. Kiedy złoże węgla się wyczerpało, kopalnię zamieniono w atrakcję turystyczną.

Wracamy do głównej przyczyny naszej wyprawy- paleolitycznej figurki. 

Na początku jej replika stała w lesie przy jednej ze ścieżek edukacyjnych.

Teraz stoi w miejscu, w którym ją wykopano. 

Postument zrobiono z gabiony. Figurkę pomalowano na ciemnoróżowy kolor. Hmmmm... może i inspiracja jakaś była, by nie tworzyć kolejnego kamiennego nudnego obelisku, ale.... ale ta figura również jest poharatana przez czas, farba złazi z niej na dole. I ta malutka tabliczka z nikłą informacją, czego dotyczy pomniczek. Zrobiło mi się nijako, bo przecież takie miejsce, taki artefakt, a tu kompletny brak jakiegokolwiek docenienia, że wykopało się taki skarb historyczny. I ta gabiona zamiast normalnego postumentu z kamienia, czy choćby drewna, bardzo mi nie pasuje. Ja w ogóle nie rozumiem, jak można zachwycać się gabioną- płoty gabionowe, ścianki gabionowe, donice gabionowe.... kupa kamieni wciśnięta w siatkowe uwięzi. Niektórzy sadzą w ściankach gabiony rośliny i to w jakiś sposób rozbija te kamienne ściany, ale same gabiony robią na mnie przygnębiające wrażenie.

A gabiona pod figurką pasuje,według mnie, tak, jak falbanki pasują krowie.

Oryginalna figurka- Wenus z Pietrzkowic (Wenus z Petřkovic albo Wenus z Landeka), wygląda tak.

Łowca mamutów wyrzeźbił ją 25000 lat temu w hematycie (hematyt jest bardzo twardy, gorzej się go obrabia niż kamień, czy kość- na terenie Śląska Cieszyńskiego, od Ostrawy po Trzyniec, były niewielkie złoża tego surowca). Rzeźba przedstawia tors młodej kobiety lub dziewczyny. Oryginał ma 4,6 centymetrów. Przypuszcza się, że brak głowy był zamierzonym zabiegiem twórcy. Interesujące jest to, że sylwetka tej figurki różni się od innych kobiecych figur, powstałych w okresie paleologicznym. Figurka z Petrzkowic odzwierciedla postać szczupłej kobiety, natomiast inne figurki kobiet, choćby tak bardzo znana Venus z Villendorf, 

 


przedstawiają kobiety z obszernymi biodrami i dużym biustem. No i mają głowy.

A teraz dodatkowa ciekawostka- jest jeszcze jedna Wenus, odmienna od tych biodrzastych, odkopana na stanowiskach archeologicznych niedaleko Raciborza (figurki kobiece z okresu paleolity też odkopano w wielu miejscach w Europie). 


Wykopaliska prowadzono przed powstaniem zbiornika przeciwpowodziowego Dolna Odra. Wenus z Raciborza powstała w  paleolicie, ale wykonana jest z gliny. Ta ma szerokie biodra i płaski biust, a jej głowa jest pomiędzy wyciągniętymi w górę ramionami..

Figurkę z Pietrzkowic odkrył Bohusław klima w lipcu 1959 roku, na wzgórzu Landek. Oryginał znajduje się w Instytucie Archeologicznym w Brnie.  Figurka została wykopana na terenie obozowiska łowców mamutów. Leżała pod trzonowcem mamuta.

Park w Landeku ma status Narodowego Zabytku Przyrody (Národní přírodní památka) i jest znany geologom oraz archeologom z całego świata.

Prawdopodobnie wrócimy do tego parku obejrzeć zrekonstruowane obozowisko łowów mamutów oraz inne atrakcje. Musimy wybrać taki czas, kiedy nie będzie tam tłumów ludzi żądnych weekendowej rozrywki.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Prokop_z_Sazawy

https://www.naszesudety.pl/landek-park-gornictwo-przyroda-i-szczupla-wenus.html

https://www-lands--of--venuses-eu.translate.goog/v-b-petrkovice/w-b-petrkovice.html?_x_tr_sch=http&_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://www.krajoznawcy.info.pl/landek-kopalnia-i-gorniczy-ratownicy-40023