Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeże. Pokaż wszystkie posty

22 kwietnia 2026

A chór żabich głosów niesie się daleko.

 


Zielono, zielono, zielono, coraz bardziej zielono robi się wokół. Brzozy powoli przekwitają i okryły się delikatnymi, drobnymi listeczkami. Jeszcze przez ich gałęzie widać niebo, ale już niedługo zasłonią jego solidną część. 


Zieleń zasłoni również te wszystkie graty i bałagany, na tyłach domów, które ujawniają się jesienią i straszą przez całą zimę. I to jest piękne, idziesz obok ładnego domku, podziwiasz okazały krzew bzu i nawet nie wiesz, że za nim stroi wrak samochodu, po którym drepczą kury. Dopiero późną jesienią doznasz wstrząsu estetycznego, kiedy to całe żelastwo i ukaże.

Wykluły się pierwsze pisklaki. W różnych miejscach ogrodu słychać delikatne popiskiwania. 

 Skorupka jajka kosa. Leży sobie na miedzy blisko krzewów irgi, ale gniazdo na pewno jest w innej części ogrodu. Ptaki często wynoszą daleko od gniazda skorupki, by zmylić ewentualnego amatora piskląt.


Nadal nie wiem, czy mój jeż przeżył i nadal nie mam odwagi rozgrzebać miejsca, gdzie mu zrobiłam zimową norkę. Nie spotkałam też innych jeży, choć ostatnio przez kilka wieczorów przeprowadzam kontrolę kwiatów ze względu na pojawienie się malutkich ślimoli. Włażą te dziady w ledwo rozwijające się liście hortensji i żrą je na potęgę. Miesiąc temu znalazłam pod czereśnią zeschniętą skórkę jeżową z igiełkami. Jeż był średni- był- coś go upolowało i zostawiło tylko skórę. Być może był to mój jeż. No trudno, taka jest przyroda. Myślę od czasu do czasu o tym jeżu i sama sobie się dziwię, dlaczego tak się nim przejęłam. Chyba dlatego, że jak go jesienią podnosiłam z ziemi, takiego skulonego, zupełnie bez świadomości, co się z nim dzieje, bo już hibernującego, wydawał mi się taki bezbronny, taki podatny na każde niebezpieczeństwo. Kto wie, czy gdybym go wtedy nie podniosła i nie umieściła w tej zbudowanej przeze mnie norce, to rano, być może, znalazłabym już jego rozszarpane zwłoki? Wiem, że w naszym ogrodzie biorę, w pewnym senie, odpowiedzialność za te wszystkie dzikie istoty w nim żyjące. Chcę im zapewnić bezpieczeństwo w miarę możliwości. I wiem też, że przyroda ma swoje prawa, pewne rzeczy są w ogrodzie nieuchronne. Choćby to, że jednak drapol poluje na kosy, których nijak nie ustrzegę. Znów zalazłam w lasku kępkę czarnych piór i kawałek ptasiej nogi. Kolejny kos został śniadaniem drapieżnika- ptaka, być może kuny albo tchórza.


Kosiarki- dwie stare- jedna duża z napędem i druga mała bez napędu, za to zgrabna, zaraz się rozsypią. Duża ma 20 lat, mała około 12. Były już naprawiane, mają pospawane korpusy, ale podczas koszenia jest ciągła obawa, że jedna albo druga, wysiądą. A trawa rośnie i słychać jak szumi. Zmniejszamy areał do koszenia, kosimy rzadziej i na wyższym poziomie cięcia jednak kosić ogród trzeba.

Kupiliśmy nową małą, z elektrycznym zapłonem i z napędem. Najpierw wybraliśmy taką, która miała i elektryczny zapłon i taki na cięgno. Stare kosiarki uruchamialiśmy ciągnąc za sznurek. Niby fajne, ale jak sznurek się gdzieś zahaczył to ciągniecie było drogą przez mękę (raz szarpnięcie, potem drugi, trzeci...), a jak nagle popuścił, to można było takim nagle gwałtownie puszczonym sznurkiem, a raczej plastikowym uchwytem na jego końcu, dostać po ręce. Ból nieprzeciętny. No i nie wiem, czy jeszcze chciałabym się męczyć z tym szarpaniem za sznurek- wielokrotnym- zanim kosiarka odpali. Ale nie to ostatecznie zadecydowało, że kupiliśmy lepszą kosiarkę, bez sznurka i tylko elektronicznie zapalaną. Nie uwierzycie- po pierwsze ta druga była lżejsza o 4 kilo, a 4 kilo to jest przy kosiarkach duża różnica, a po drugie kółka bez „bieżnika” (głębokich rowków na powierzchni koła). I ten brak rowków zadecydował. No tak, można się śmiać, ale jak ktoś kosi, a zwłaszcza kosi soczystą trawę, to wie, że potrafi ona przylepiać się do kół, podczas jazdy ubijać się, włazić w te rowki i ciężar pchanej kosiarki rośnie, opór przy jej pchaniu też (mówię o takiej bez napędu, czyli naszej małej, która była najczęściej używana). A podczas czyszczenia można dostać zawału ze złości, kiedy tę trawę z rowków trzeba patykiem wygrzebywać. Nie wiem, jak wy, ale ja zwracam przy kupnie nowego urządzenia uwagę nawet na takie duperele, by potem nie wkurzać się, kiedy pracę mam utrudnioną. Kosiarka znanego, dobrego producenta, ale nie tego mojego ulubionego, od którego mam większość narzędzi ogrodowych.

Dwie stare zabrał pan sprzedawca i będzie miał z nich części.


W ciągu dwóch tygodni przeczytałam wszystkie pozycje Brudnika (nie zaniedbując wszystkich prac domowo- ogrodowych i wykańczania gobelinów). Dwie książki z Łezką i trzy z Lichym. A dzisiaj doszła następna- czwarta- część o komisarzu Lichym. 

Tylko jeszcze obszerne „Księgi Jakubowe” przeczytałam w takim tempie- w 4 dni, ale byłam chora i leżałam w łóżku plackiem.

Brudnika się po prostu czyta jednym tchem.

Kawałek gobelinu, przy którym utknęłam.


 Kwitną tawuły. Pierwsze te, które mają kwiaty w kłosach.

 


Później zakwitną te, które mają kwiaty w baldachach

Zakwitł też pigwowiec o pomarańczowych kwiatach.

Rozkwitają magnolie.
 
Czeremchy są w pełnym rozkwicie. Na dole ogrodu kwitnie ogromna, którą chciał nasz drwal wyciąć, bo ponoć jest dudława- fajna nazwa- dudława. Schnie po prostu. Nie zdecydowaliśmy się- na razie nie wycinamy. Pięknie kwitnie, ale zdjęć nie zrobię, bo nie mam dojścia do niej z odkrytej strony. 

Dwie kwitną przy parkingu. Tylko jedna jest do sfotografowania w pełnej krasie. 


 Pachnie gorzko, ale lubię ten zapach. 


 A wieczorami zaczynają się żabie koncerty. Ponieważ pełno stawów w okolicy, to  chór żabi jest bardzo głośny.


30 grudnia 2025

Jeże, jeże wszędzie jeże i wszystkiego najlepszego w nowym roku.

 


Jak już pisałam, było tak, jak sobie zaplanowaliśmy- bez choinki, zabiegania, prezentów oraz nadmiaru jedzenia. Kupiliśmy tylko kolorowe, drobne światełka na druciku i rozwiesiliśmy je w holiku. I one robią nastrój zimowego wieczoru.  

 

W BN powiesiłam, na krzewach przed tarasem, kule dla ptaków. Tak, tak wiem, ponoć ptaki zaplątują się w siateczki, ale mamy kule pod ciągłą kontrolą- gdyby ptak się zaplątał, to od razu będzie akcja ratunkowa. Poza tym, jak długo wieszam takie kule, jeszcze nie zdarzyło się, by któryś ptak zaplątał się w siateczkę, a jakoś dokarmiać je trzeba, bo jest mroźno. Oprócz kul, stoi karmnik pełen ziarna.  

 W niedzielę, tę przed BN, podczas wieczornego spaceru po ogrodzie, znalazłam niedużego jeża przy stosie z drewnem. Jeż leżał na boku i wydawało się, że nie żyje. Lekko go dotknęłam, igły drgnęły. No tak, hibernował- był w zimowym śnie. I co tu teraz z takim jeżem zrobić? Było ciemno, dlatego okryłam go kępami suchej trawy oraz przyniosłam z kompostu zasuszone kwiatostany hortensji. Usypałam na jeżem spory kopiec i postanowiłam, że jak go rano znajdę w tym miejscu, to zrobię mu norę w kompoście. Rano bardzo chciałam, by jeża tam nie było. Zawsze to niepokój, czy dobrze zaplanowałam, że zostanie, czy nie należało go zawieźć do schroniska. Ale kiedyś pan z tego schroniska powiedział mi, że takie średnie jeże sobie poradzą i należy je zostawić w środowisku, jak nie są ranne czy chore. Ten wyglądał na zdrowego. Niestety (dla mnie, bo nie lubię takiej odpowiedzialności) był tam, gdzie go znalazłam. Wzięłam jeża do kosza, przyniosłam do kompostu. To ogromna sterta suchych gałęzi, chwastów, na wpół zasuszonych, zmurszałych itp. Wygrzebałam z boku kompostu sporu dołek, wymościłam go suchą trawą, położyłam na niej jeża. Ukręciłam z tej trawy grube wałki, obłożyłam jeża z trzech stron i zrobiłam nad nim rusztowanie. Na rusztowaniu też ułożyłam trawę, suche kwiatostany hortensji, gałązki jodły, z sosny i inne suchelce- stworzył się namiocik. Potem od strony wejścia też zabezpieczyłam jeża tak, by mógł wyjść. Następnego dnia położyłam jeszcze parę gałęzi, robiąc rusztowanie, na to położyłam stary ceratowy obrus, by mu woda do tej norki nie przeciekła. Obrus przyłożyłam gałęziami sosny. I teraz boję się, że zrobiłam za mało, bo nie wiem, czy to przetrzyma 7 stopniowy mróz. Przeczytałam, że jeże w swoich norach potrafią przeżyć do -15 stopni na zewnątrz. W każdym razie zrobiłam wszystko, by jeż przezimował. Jaskół śmieje się, że jeż na wiosnę obudzi się i przeżyje szok. Był na trawie, znalazł się w norce.

To już druga akcja z ratowaniem jeży w tym roku, ale o pierwszej napiszę kiedy indziej. Ten jeżyk, prawdopodobnie jest z gniazda, które niechcący rozkopałam podczas palenia sterty suchych gałęzi.

W każdym razie wpadłam w fobię, bo teraz, kiedy chodzę po ogrodzie, wszędzie widzę jeże i mam pietra, że znów będę musiała kombinować z tworzeniem im legowiska zimowego, a ja przecież nie jestem jeżem i nie mam pojęcia jak to się robi fachowo „pojeżowemu”.

A dnia już przybywa, a z jasnością rośnie optymizm i dobry humor. I chodniczek, upierdliwiec rośnie. Miałam go skończyć w święta, ale palec wskazujący skaleczyłam w takim miejscu, że nie mogę nim podbierać osnowy. I znów przestój, i dalej widok chodniczka na ramie mnie wkurza. Nic nie może być dopięte, zawsze musi coś wyskoczyć.

Wyjęłam maszynę do szycia- uszyłam polarowe mitenki dla Jaskóła i dla siebie. Nie obszyłam ich górą, bo polar jest dosyć gruby i podszycie przeszkadzałoby w pracy. Podszyłam kant przy nadgarstku, żeby łatwiej się nakładały.  

Mitenki Jaskóła. 

Moje. Śmiesznie wyglądają, ale grzeją i to jest ich główne zadanie.
Jest jeszcze inny sposób na uszycie mitenek, ale do tego trzeba cieniutkiej dzianiny- wtedy warstwy są podwójne. Niestety, nie mam takiej dzianiny i na razie będą tylko polarowe.
 

Z polaru uszyłam też poszewkę na kocyk- legowisko dla Bezy. Psica ma teraz mocniejszą izolacje od lastrikowej podłogi, na której leży jej "łóżeczko".

Ten polar to zbawienie dla mojej skóry. Mam ją bardzo wrażliwą i jak w tkaninie jest chociaż trochę wełny, to od razu moja skóra jest czerwona oraz bardzo swędzi. Matka robiła nam na drutach leginsy z „żywej” owczej wełny. Takiej surowej, szorstkiej. Moja siostra nosiła je z lubością, ja nie mogłam nawet wtedy, kiedy pod spodem miałam bawełniane rajtuzy. O te leginsy były wieczne awantury, zimy ostre, a ja nie mogłam, no nie mogłam nosić żrącej wełny na nogach. Zresztą, nie tylko leginsy matka robiła z takiej wełny. Dziergała czapki, rękawiczki swetry, szaliki (nie powiem, ładne rzeczy z tej wełny robiła)... i ja to musiałam nosić, brrrrrr. Dla niej sprawa oczywista, że jak się ma kilka owiec, to się je strzyże, potem daje wełnę do gręplowania, sprzędzenia i dalej na druty. Dla mnie to był terror, ze swędzącą obolałą skórą, w tle.

I do dzisiaj żadnej wełenki nie mogę nosić. Żadnej alpaki, szetlanda, wielbłądka, moherku, tudzież merynosa, angory, kaszmiru itp. A wiadomo, wełna najlepiej grzeje. I teraz pojawił polar- polar mięciutki, o różnej grubości i jeszcze grzeje. Cudo. Polar pozyskuje się z butelek PET, zatem pochodzi z recyclingu w 100%. Po zużyciu można go ponownie przetworzyć. Czyli w jakimś sensie jest to tkanina ekologiczna. Współcześnie nie ma tkanin w 100% ekologicznych, bo uprawa lnu czy bawełny, wymaga choć trochę nawozów, nie mówiąc już o pozyskiwaniu ogromnych połaci ziemi pod uprawę kosztem całych biosystemów. Bielenie, zmiękczanie, farbowanie- wszędzie chemia, chemia chemia. Obecnie nie ma już naturalnej produkcji tych tkanin poza malutkimi manufakturami, ale ceny tkanin z takich zakładzików są horrendalne. Jak prześledziłam produkcję tkanin jedwabnych, to mi się odechciało- ekologia taka sama jak przy uprawach lnu i bawełny (przecież gdzieś te morwy trzeba sadzić), a traktowanie jedwabników, z podejściem humanitarnym do nich, nie ma nic wspólnego. Wełna i przędza, do pewnego momentu pozyskiwania, może być uznana jako ekologiczna, a potem znów bielenie, zmiękczanie, barwienie- chemia, chemia, chemia. I to samo, jak przy tkaninach- małe manufaktury i pojedyncze osoby barwią włóczkę ręcznie, barwnikami naturalnymi jednak to mikroskala. I ceny zaporowe.

Dlatego ten polar z recyclingu jest, w pewnym sensie, dobrym ekologicznym wyborem.  

Kończy się rok 2025. Podsumowań nie robię, planowania na rok przyszły też nie.  Na razie bardzo martwię się jutrzejszym dniem i kondycją Bezy. 


 


 

04 października 2024

Przetrwać zimę- rzecz o jeżach

 

 

„Gdy myślimy o zwierzęcych architektach i budowniczych, od razu przychodzą nam na myśl tacy mistrzowie jak ptaki, bobry, krety lub niektóre owady.

Jeże nie są zaliczane do tej kategorii. Powszechnie uważa się, że najbardziej niebezpieczny dla ich życia okres, czyli zimę, spędzają pod nieuformowaną kupą liści słabo chroniącą przed zmianami temperatur.

Zanim jednak ocenimy gniazda jeży i miejsca, gdzie je budują, musimy zdać sobie sprawę z faktu, że umiejętności zwierzęcych architektów bądź majstrów budowlanych mają kluczowe znaczenie dla ich przeżycia. Bez znaczenia jest fakt czy myślimy o prostym gnieździe, czy też o wyrafinowanych konstrukcjach – każdy z tych domów ma chronić mieszkańców przed wrogami i szkodliwymi wpływami środowiska, takimi jak trzaskające mrozy lub palący skwar. W codziennej walce o byt może się więc zdarzyć, że to właśnie sztuka budowlana rozstrzygnie o przetrwaniu tego, a nie innego gatunku. Historia jeży to miliony lat ewolucji. W tym czasie doskonaliły sztukę budowania gniazd, których właściwości zapewnią im bezpieczeństwo i szanse na przetrwanie.

Jeże budują kilka rodzajów gniazd:

  • proste gniazda letnie, które zapewniają im odpoczynek w ciepłe dni i są jedynie płytkim zagłębieniem przykrytym trawą lub liśćmi;
  • gniazda lęgowe, w których samice wychowują potomstwo;
  • gniazda hibernacyjne, których konstrukcja decyduje o przetrwaniu budowniczego.

Prawdopodobnie lekka architektura gniazd letnich przesądziła o postrzeganiu wszystkich jeżowych gniazd jako przypadkowych i mało solidnych. Nic bardziej mylnego.

Już gniazda lęgowe są dużo solidniejsze i zbudowane podobnie do zimowych gniazd hibernacyjnych. Trudno je odnaleźć i zobaczyć, bo taki jest zasadniczy cel, w którym zostały zbudowane – zabezpieczenie rodziny przed drapieżnikami. Jeśli ginie jeżowa mama, głodne jeżątka opuszczają gniazdo i szukają ratunku na zewnątrz. Osoby, które znajdują maluchy z reguły nie odnajdują gniazda. W rzadkich przypadkach, gdy gniazda lęgowe były przypadkowo rozkopane, znalazcy opisywali je jako kuliste, czasami nawet dwukomorowe.

Jeżyce są również mistrzyniami w chronieniu swojego gniazda i potomstwa – opisywany był przypadek, kiedy jeżyca była tropiona przez kilka dni, aby odnaleźć jej gniazdo. Tylko w jednym znanym mi przypadku ciężko ranna samica doprowadziła znalazcę do gniazda, w którym było potomstwo. Dzięki temu została uratowana cała jeżowa rodzina.

Typowe zimowe gniazda jeży to nie przypadkowe sterty, ale uformowana, zwarta struktura zwykle położona poniżej krzaków, stosu kłód lub innego punktu podparcia. W literaturze można znaleźć informację, że średnica gniazda wynosi 30-60 centymetrów. Jednak w rzeczywistości średnica jeżowego gniazda może dochodzić do 120 centymetrów, a jego wielkość zależy od wielkości jeża i miejsca gdzie gniazdo zostało zbudowane. Gniazda posiadające naturalną osłonę i podparcie mogą być mniejsze nie tracąc przy tym swoich właściwości.

Głównym materiałem budowlanym są suche liście, a grubość ściany wokół komory głównej może wynosić nawet 20 centymetrów.

Ściany gniazda mają budowę warstwową, a materiał budulcowy jest ułożony dachówkowato. Tak ułożone liście zapewniają nie tylko wodoodporność. Ścisłe upakowanie wielu warstw powoduje, że komora gniazda jest podobna do wnętrza termosu. Jej złożone ściany zapobiegają wyrównywaniu się temperatury pomiędzy wnętrzem i środowiskiem zewnętrznym co powoduje, że gniazdo zabezpiecza jeża tak przed niską, jak i wysoką temperaturą. Im więcej warstw, tym lepsza izolacja i bardziej stabilna temperatura w gnieździe.

Jeże nie mają wyraźnych preferencji, jeśli chodzi o gatunek drzew z których pochodzą liście – tylko w niektórych przypadkach obserwowano, że niektóre z liści były systematycznie pomijane i niewykorzystywane. Co więcej zdarza się, że jeże wykorzystują wszystko co znajdą  –  gazety, jednorazowe plastikowe torby, a nawet folię stretch do budowy swoich gniazd.



 

Proces budowania gniazda (za Reeve, 1994) – od lewej strony

  • Stos liści zgromadzonych pod gałęziami jeżyny.
  • Ruch obrotowy jeża wewnątrz stosu powoduje, że liście stają się ciasno upakowane i regularnie zorientowane. Rozrzucaniu liści na zewnątrz zapobiega nacisk gałęzi jeżyny, które stanowią zewnętrzne ograniczniki konstrukcji.
  • Hibernujący jeż

  •  

Po wybraniu miejsca na gniazdo jeż zbiera materiał w okolicy i znosi je w wybrane miejsce, układając stosik materiału. Część budulca wpycha do środka, formując komorę. W ten sposób kula powiększa się we wszystkich kierunkach, częściowo zagłębiając się w podłoże. Jeże budują gniazda pod osłoną krzaków lub innych obiektów, co powoduje, że liście znajdujące się na górze nie ulegają rozproszeniu. Zewnętrzny nacisk na kulę gniazda i wewnętrzny nacisk jeża powoduje, że ściany z liści przybierają zwartą, warstwową strukturę, dzięki której gniazdo staje się odporne na wilgoć, zmiany temperatury i gnicie.

Warto zauważyć, że zimowe gniazda utrzymywały swoją strukturę i właściwości przez ponad rok, mimo że w normalnych warunkach liście rozkładają się w krótszym czasie.

Jeże cieszą się chyba największą sympatią wśród dzikich ssaków. Ludzie chętne zapraszają jeże do swoich ogrodów, a jednocześnie ich potrzeby dotyczące wyboru miejsca schronienia i źródeł naturalnego pożywienia są bardzo niedoceniane. Tereny na których jeże występują są zmieniane przez ludzi, co powoduje ograniczenie dostępności dobrych miejsc oraz materiałów do budowy bezpiecznych gniazd. Brak naturalnych materiałów powoduje, że jeże zmuszone są do wykorzystywania ludzkich odpadów o nieznanej przydatności do zbudowania gniazda.

Warto też zwrócić uwagę, że budowanie gniazd jest prawdopodobnie jedyną umiejętnością stale przez jeże trenowaną. Już malutkie jeżyki, niedługo po otwarciu oczu, próbują budować gniazda z dostępnych materiałów. Wydaje się, że budowanie gniazd ma dla nich również walor uspokajający.

 

Przyczyną niepowodzeń hibernacyjnych i wybudzania się jeży jest nie to, że są kiepskimi budowniczymi i budują gniazda nieodporne na zmiany temperatury. Jeże przetrwały miliony lat i wiedzą jak przetrwać niekorzystny dla nich czas.

Przyczyną niepowodzeń jest działalność ludzi, którzy zabrali jeżom miejsce i materiały do budowy schronień.  Nie do końca wiemy w jaki sposób jeż wybiera miejsce do budowy gniazda, ani czym się kieruje wybierając liście określonych gatunków. Nie jesteśmy więc w stanie w pełni zrekompensować jeżom wyrządzonych szkód. Dlatego tak ważne jest zapewnienie im jak największego obszaru, w którym mogą zakładać gniazda przez montowanie przejść dla jeży i tworzenie jeżowych autostrad oraz pozostawianie dzikich fragmentów z lokalną roślinnością.”

https://www.primum.org.pl/gniazda-jezy-jez-niedoceniany-architekt-i-budowniczy/?fbclid=IwY2xjawFsfuBleHRuA2FlbQIxMAABHTxU_E6N6-r2U4W7ufYCFwqm6vIxfDNHQyvfc2W9yILJfINIo03ZjojuVw_aem_FKETCnU

zQX7rZ4bYifBwPw

Zdjęcia i film z artykułu

14 czerwca 2024

I pachnie, i śpiewają, i po ogrodzie się wałęsają...

 

Wczoraj wizyta u weterynarza. Trzeba było Bezę zaszczepić, obciąć jej pazurki i zrobić przegląd zębów. I przy tych ostatnich pojawił się problem- dziąsła przy trzonowych mają już tendencję do zapalenia. Decyzja- pod wpływem tzw. „Głupiego Jasia”, trzeba Bezie zęby wyczyścić, zdrapać kamień, który tam się osadził. Nie na już, nie na za chwilę, ale postanowiliśmy, że pod koniec sierpnia (jak nie będzie upałów) damy te zęby wyczyścić.

Po powrocie do domu wielka niespodzianka dla mnie- usłyszałam pierwszy raz w tym roku śpiew wilgi- mocny, donośny zaśpiew samca. A rano wydawało mi się, że skrzek, który słyszę, to „śpiew” samicy wilgi. Nie byłam jednak tego pewna, no to teraz już wiem- wilgi wróciły do ogrodu i pewnie potowarzyszą nam do końca lipca lub do połowy sierpnia. No i szykuje się moje polowanie na fajne zdjęcia z nimi.

Jeszcze tydzień i rozpoczną się wakacje. Dla mnie to już termin umowny, bo dawno mnie cała sprawa zakończenia roku szkolnego, rozpoczęcia wakacji nie dotyczy. A kiedy przechodziłam na emeryturę, to w ogóle czas wakacyjny miałam przesunięty o miesiąc i rozpoczęcie roku akademickiego też później było. A jednak… gdzieś tam jeszcze drzemie we mnie to przedwakacyjne napięcie.

Za tydzień z hakiem, zacznie ubywać dnia. Bolesna świadomość dla mnie, która nie przepada za krótkimi dniami. Maj ciągnął się mi w nieskończoność i w tym roku był to wielki pozytyw- ciepło, mało deszczu. A czerwiec leci jak szalony…


Rozkwitły lipy, te, które powinny zacząć kwitnienie pod koniec czerwca. Pachną obłędnie i nie chce się spod nich wychodzić- staję pod drzewem i „ciągnę” ten zapach aż do głębi płuc. Pachną nagrzane słońcem, ale i w pochmurny, mglisty dzień ich zapach niósł się aż na taras.




 

Jeże się uaktywniły. Najpierw ratowałam starą jeżycę, która zaplątała się w plandekę okrywającą palety. Weszła między płachty i szamotała się biedulka. Usłyszałam ten szelest- najpierw myślałam, że kos gdzieś tam łazi, potem, kiedy poruszyłam plandeką zauważyłam, że to w środku coś jest. Podniosłam płachtę lekko do góry i oczekiwałam „wypadu” przestraszonego gryzonia, a tu taki wielki jeż się wytoczył. Zwinęła się w kłębek i tak trwała. Zdążyłam pójść po aparat, ale potem akcja nabrała tempa- jeżowa rozwinęła się, Chwilę postała i szpula pod palety.


 
Małego jeża było łatwiej sfilmować, bo niczym się nie przejmował- spacerował sobie spokojnie między roślinami.

 No i na koniec opowieści o jeżach- wczoraj wieczorem, wynosiłam takie małe kolczaste sprzed drzwi do piwnicy. Pewnie opuścił gniazdo pod tarasem, poszedł w niewłaściwą stronę i spadł pod drzwi. Nic mu się chyba nie stało, wyglądał zdrowo. Wyniosłam go na trawnik koło tarasu.

I tu mam zgryz- w poniedziałek przyjdą panowie remontować taras, prawdopodobnie pod tarasem siedzą małe jeże, dojście tam jest utrudnione, bo nisko, wąsko i ciemno (chyba na brzuchu, na ziemi, się położę, by sprawdzić, co tam jest). Jeżeli okaże się, że siedzi tam rodzina jeży, a tak już bywało, to trzeba je delikatnie ewakuować. Pytanie gdzie? I pytanie, czy cała rodzinka będzie na miejscu. Wiem, wiem, na zapas takie zmartwienie, ale ja lubię mieć wszystko zaplanowane i  ewentualne warianty działania.


Wilgi wilgami, a ja sobie gołębie wyhaftowałam na serwetce. Nie jestem miłośniczką haftów tzw. makatkowych, a ten wzór taki jest, ale chciałam wyhaftować gołębie to je mam. Tym razem nie wyczułam „ciężkości” wzoru i wyszło jak wyszło- haft jest ciężki oraz mały  w stosunku do wielkości serwetki. W oryginale ptaki były haftowane po konturach. To z kolei, wydawało mi się za lekkie w stosunku do ich wielkości. No i się wkopałam w haftowanie, haftowanie, zapełnianie, zapełnianie- tysiące ściegów…

Ta plama z prawej strony to cień:):):):)

Nic się nie nadawało (tasiemki, koronki, wstawki), by zrównoważyć haft na serwetce. Zostawiłam tak, jak jest.

19 lutego 2024

A tymczasem... Popielec, Walentynki, jeż i "ślimaki".

 


Środa Popielcowa i Walentynki w tym samym dniu- samo zestawienie wywołuje uśmiech, tak mało to jest realne. A jednak była/były i minęły. Nawet nie wiem, jak to pogodzono, bo mało mnie to interesuje. Śmieszy mnie tylko sam fakt zejścia się, w jednym dniu, dwóch mocno przeciwstawnych tradycji. A przecież Walentynki wywodzą się od imienia katolickiego świętego- Walentego. Dwie skrajne tradycje w tym samym czasie- tu modlitwy i sypanie głowy popiołem, z drugiej strony radość, zabawa i figle miłosne. Ale kto komu zabrania cieszyć się mając popiół na czole? Wszak post zaczyna się dopiero w czwartek.

Przed środą oczywiście ”śledzik” i jak nie obchodzimy ani Popielca, ani Walentynek, to śledzik obowiązkowo zaistniał. Ja jestem Ślązaczką, a na Śląsku zapusty nazywa się „śledzikiem”. Podobno taka nazwa kultywowana jest również na Kaszubach.

 Śledzia trzeba było przepłukać tradycyjnie, a jakże, czystą wyborową, bo ta ryba jest „czystej” godna.

W ogrodzie przedwiośnie króluje. Dwa tygodnie temu obudziły się jeże i kursują po ogrodzie jak małe meserszmity. Udało mi się jednego kolczatka nakręcić. 

Bidulina chyba mocno zapchlona, ale nie miałam zamiaru sprawdzać, jaka zwierzyna wozi się na jeżowym grzebiecie. Drapał się porządnie. Przezimował wspaniale- jest energiczny, ma czyste, bystre oczka i zdrowe "igły". Jeszce nieduży, bo to chyba roczniak. Gdzieś po ogrodzie biega jeszcze drugi podobnej wielkości.

Beza miała wyraźną ochotę pobawić się z kolczastym, jednak nie uśmiechała mi się perspektywa wyłapywania pcheł  z jej futra i pilnowałam, by się za mocno do niego nie zbliżała.
 


Cieszę się, że tak szybko zrobiło się wiosennie, bo mogę spokojnie zrobić potrzebne przecinania krzewów. W zeszłym roku długo było zimno, a  potem trudno było nadgonić wszystkie prace ogrodowe.

Bezka miała kontrolne badanie krwi (staramy się je robić co pół roku). Wszystkie wyniki w normie, to cieszy. W tym miesiącu psia dama skończyła 11 lat- jest w zacnym (nie znoszę tego słowa, ale tu pasuje) wieku.

O polityce nie mam zamiaru pisać. Ogrom świństw i przekrętów poprzedniej władzy przytłacza mnie. A teraz władza jest w rękach, mam nadzieję, ludzi kompetentnych, czyli mogę być spokojna, że w sposób właściwy załatwią, co trzeba. Zresztą, jak długo można się podniecać, pienić się, burzyć, bo coś tam, coś tam ktoś zrobił i w kółko mielić to samo? No ileż można? Nie ma normalnego życia? Oglądam obrady Sejmu, czytam komentarze, oglądam Stankowskiego, Sekielskich, Obirka oraz dziennikarzy Onetu. Informacji mam po kokardy.

W tłusty czwartek nie chciało mi się piec chrustu, a pączka zjadłam tylko jednego (nie lubię), no to dzisiaj upiekłam (pierwszy raz), najprostsze do zrobienia, ciastka Palmiery (polskie ślimaczki)

Składniki:

  • 1 płat ciasta francuskiego- ciasto powinno być miękkie  (lepiej XXL, wtedy ciasteczka będą miały więcej nawojów)
  • 100 g cukru (zwykły lub brązowy)
  • 1 łyżeczka cynamonu (opcjonalnie)
  • opcjonalnie stopione, wystudzone masło

Uwaga- przed posypaniem cukrem górnej strony płatu ciasta, można go posmarować rozpuszczonym, wystudzonym masłem.

Wykonanie:

- wymieszać w miseczce cukier z cynamonem,

- rozwinąć płat ciasta,

- połowę cukru z cynamonem rozsypać równomiernie na stolnicę i położyć na to płat ciasta, lekko przewałkować, by cukier wszedł w ciasto, (cukier zostanie na spodzie płata),

- delikatnie posypać ciasto resztą cukru z cynamonem i lekko przewałkować, by cukier wszedł w ciasto, (ciasto jest obsypane cukrem na spodzie i górze),

- zaznaczyć połowę ciasta i z dwóch stron złożyć płaty tak, by się krawędzie (krótsze) na środku stykały, czynność powtórzyć w ten sposób parę razy- powstanie wałek ciasta.

***Można to samo zrobić zwijając ciasto do środka z obu stron (są bardziej zaokrąglone). Ja płat składałam.

- wałek położyć stykiem krawędzi do spodu i kroić go na plastry około 1,5 cm

- ciastka położyć na blachę, wyłożoną papierem do pieczenia.

- piec w temp 200 C. ( grzałka góra- dół) aż się zarumienią (około 10 min), następnie delikatnie odwrócić na drugą stronę i znowu lekko podpiec.

Upieczone ślimaczki wyłożyć na talerz do ostygnięcia.

Na blasze przed pieczeniem raczej obraz nędzy i rozpaczy.

Na talerzu, po upieczeniu, wyglądają dużo lepiej.
 

Palmiery mogą mieć różne warianty w zależności od tego,  czym posmarujemy ciasto- mogą to być różne masy: kakaowa, migdałowa, orzechowa, kokosowa albo można płat posmarować różnego rodzaju marmoladą (nie dżemem, który wycieknie podczas pieczenia)

Ciasto francuskie zostało wynalezione nad Loarą, prawdopodobnie w połowie XVII w. Sami Francuzi nazywają je „pâte feuilletée”, czyli ciastem płatkowym, ze względu na niezwykłą strukturę złożoną z dziesiątek warstw, które przechodzą od miękkich, ciągnących się, po suche, kruszące.”

„Tradycyjny przepis pochodzi od francuskiego malarza i kucharza – Claude'a Lorraina – żyjącego w XVII wieku. Podobno wyrabiał on rogaliki z takiego ciasta dla swojego chorego ojca.”

Natomiast:” Na Kaszubach kultywowana jest legenda, zgodnie z którą miejscowe ciasto, zwane listkowym, zostało upowszechnione w skali światowej przez Francuzów wizytujących Gdańsk pod wodzą Napoleona Bonaparte w roku 1807.”

Podobne do ciasta francuskiego ( listkowego) jest ciasto filo ( również listkowe), które  ma długą tradycję. „Uważa się, że przysmak ma swoje korzenie w starożytnej Grecji, gdzie miał być wyrabiany z oliwą.

 

Palmier, świńskie ucho, palmowe serce lub słoniowe ucho 
to francuskie ciasto w kształcie liścia palmowego lub w kształcie motyla, 
czasami nazywane liśćmi palmowymi, cœur de France, francuskie serca,
 podeszwy butów lub okulary, które zostały wynalezione na początku XX.  
Ciastka te znane są w Hiszpanii jako palmeras („palmy”) i można je 
posypać kokosem lub czekoladą; można je również kupić 
w większej wersji.W wersji portorykańskiej polane są miodem. 
W Meksyku i innych krajach Ameryki Łacińskiej znane są jako 
orejas („uszy”) ub orejitas („małe uszy”). W Kolumbii są one znane 
jako mariposa („motyle”). 
W Argentynie i Chile znane są jako palmeritas, pochodzące od nazwy 
hiszpańskiej.
 W Japonii nazywa się je Genji Pie. W Indiach nazywane są uszami 
słonia lub sercami francuskimi. W Chinach znane są jako ciastka 
motylkowe. 
W Pakistanie nazywane są sercami francuskimi. 
Na Ukrainie znane są jako вушка („małe uszy”), a w Rosji - ушки
 („małe uszy”).”

https://en.wikipedia.org/wiki/Palmier

 

 

 

 

 

24 września 2022

I jeszcze kwitnie, jak oszalały, i jeszcze miodzi

Bluszcz wspiął się na ścianie pod sam dach i tworzy na niej kawałek uroczego kwietnika. 

 

Tak naprawdę ten bluszcz jest upierdliwy, bo sam się przyczepia i trudno go ze ściany zdjąć. Tam, gdzie się udało, zostawił przyczepy, które tworzą plamki. Bardzo pilnujemy, by nie wszedł na dach, nie zniszczył rynny i nie rozprzestrzenił się na całą ścianę. Z trudem nam się to udaje. Bluszcz zakwita o tej porze roku. 

W związku z tym, w ciągu dnia odbywa się na niego prawdziwy nalot ogromnej ilości pszczół oraz innych owadów.


 Kiedy robiłam zdjęcia i kręciłam film, oprócz pszczół, wokół kwiatów bluszczu, krążyły dwa szerszenie.  


 

 Wieczorem pojawią się stadko wróbli, które w plątaninie bluszczowych łodyg nocuje. Ale zanim ptaki umoszczą się do snu i zapadnie cisza, długo słychać świergoty, szamotaninę, szuranie i trzepot skrzydeł. Chyba walczą o jak najlepsza miejscówkę. A potem nagle harmider cichnie i zapada cisza.

A oprócz tego jeże, wszędzie jeże, duże, małe, ogromne…jeże.

Podnoszę kupę gałęzi, by ją sprzątnąć, widzę dwie małe kulki przytulone do siebie. Lekko zareagowały, ale nie czekałam co dalej zrobią, tylko przykryłam je delikatnie gałęziami.  Ta kupa zostanie na zimę nie ruszona, bo chyba już sobie upatrzyły zimowisko pod nią.

Przycinam przed tarasem krzewy, by na wiosnę mieć mniej pracy, patrzę- obok rynny leży jakiś wielki kamień, a może  to kretowisko? No nie, ani kamień, ani kretowisko, a ogromny jeż przycupnął, najeżył się i czeka. 

Oczywiście ciekawska baba też się od razu pojawiła. Obwąchała, usłyszała "nie rusz". "Nie rusz", to "Nie rusz"- popatrzyła na mnie z wyrzutem, odwróciła się i poszła. Daleko nie poszła- położyła się na tarasie i obserwowała jeża. Trochę ją korciło, ale było "Nie rusz"- wytrzymała


Spokojnie przycięłam krzewy, potem poszłam do innych. Trwało to może 15 minut, wracam- jeża nie ma. Najbliższa jeżowa kryjówka znajduje się pod tarasem. Miał do niej 5 metrów. Wykorzystał moment, kiedy wokoło zrobiło się cicho i dał nogę pod taras. Chyba.

 A tymczasem


08 września 2022

Nuda to mi nie grozi.

Wczoraj działo się, oj działo. Najpierw wychodząc z piwnicy, natknęłam się na małego jeża. Oho, będą kłopoty, pomyślałam. Następny do transportu do Ośrodka, bo po ostatnich perypetiach z jeżowym młokosem (TU oraz TU ) wcale nie miałam ochoty na przechowywanie następnego. Zabrałam jeżyka do pudła, przyjrzałam mu się- całkiem, całkiem: oczka błyszczące, nosek ruchliwy, czysto między kolcami,  żadnych larw muszych, tylko nad prawym uchem tkwił kleszcz.


 

Zaniosłam jeżyka do Jaskóła, by go w sklepie zważył. Wyszło 100g. Trochę mało. Dzwonię do „Mysikrtólika”- ośrodka, do którego zawieźliśmy poprzedniego jeża. Pytam, co z maluchem zrobić. Przywieźć do nich? Absolutnie nie. Malec ma szansę przybrać na wadze do mrozów i przetrwać  Jeżeli możemy to dokarmiać, a najlepiej wypuścić. Dobra, postanowiłam przetrzymać go w pudle do wieczora, bo przecież jeże żerują nocą, wypuścić do lasku. Ale gdzie tam. Po godzinie jeż zaczął robić raban, zaczął piszczeć, płakać. Nie miałam pojęcia, że jeże piszczą i płaczą jak koty. Wzięłam pudło, poszłam do lasku. Wypuściłam go niedaleko kopca pod cisem, o którym pisałam, przypuszczając, że tam ma stara jeżyca siedlisko. Jednak jeżyk postanowił inaczej. Szybciutko poszedł w inną stronę.

Tu filmik.


Po południu już go nigdzie nie znalazłam. Pewnie zaszył się gdzieś pod krzakami, albo dotarł do dzikiego kompostu i tam doczekał wieczora. Wydaje nam się, że urodził się pod tarasem, tam jeże miały gniazdo, a potem spadł przed wejście do piwnicy, kiedy samodzielnie udał się na polowanie.

Młodzi pojechali na grzyby do lasu. Wrócili z niezłym łupem- pełna reklamówka. Młoda wyłowiła z niej okazy prawdziwków, jakich dawno nie widziałam. Na zdjęciu parę z nich, ale zdjęcie zakłamuje wielkość, one miały prawie po 15-20 centymetrów. 

Po południu ja wyruszyłam na grzybowe łowy pod brzozy.

Moje zdobycze. Ale wziąwszy pod uwagę, że takie zbory mamy co drugi dzień, przyjmuję to powoli jako normę.

Te z lewej (5 sztuk)rosły wśród konwalii. Grzyby w konwaliach, hmmmmm…..

No i hit dnia- mamy dwa derenie. Derenie kwitły wiosną jak szalone.

Dopiero rozkwitają.
Potem sprawdzałam, czy zawiązały owoce- zawiązały. Jednak po doświadczeniach ostatnich lat, kiedy to owoce, zanim dojrzały, opadły, zupełnie zapomniałam, że mam w tym roku sprawdzać, co z nimi. Ale wczoraj robiąc film jeżowi, zajrzałam pod liście, a tam  zatrzęsienie dojrzałych dereni. 


Po miskę, derenie do miski- to jest kilogram owoców. 

 


Jaskół je nakłuł, zalaliśmy Finlandią (kilogram owoców derenia należy zalać 0,7 l. wódki, cukru można dodać jak ktoś chce) i teraz  trzeba cierpliwie czekać (podobno  najmniej pól roku), aż się zrobi dereniówka.

Na drugim dereniu owoce jeszcze są, zrobię z nich kompot, bo jest ich o wiele mniej, ale i krzak jest mniejszy.

 Kupiliśmy kocia karmę, ale dokarmianie jeży w ogrodzie raczej nie wchodzi w grę, bo tu są łasice i kuny, każde zabezpieczenie pokonają. Karma jest na wypadek, gdyby znowu jakiś maluch się przypałętał blisko i za dnia.