Zielono, zielono, zielono, coraz bardziej zielono robi się wokół. Brzozy powoli przekwitają i okryły się delikatnymi, drobnymi listeczkami. Jeszcze przez ich gałęzie widać niebo, ale już niedługo zasłonią jego solidną część.
Zieleń zasłoni również te wszystkie graty i bałagany, na tyłach domów, które ujawniają się jesienią i straszą przez całą zimę. I to jest piękne, idziesz obok ładnego domku, podziwiasz okazały krzew bzu i nawet nie wiesz, że za nim stroi wrak samochodu, po którym drepczą kury. Dopiero późną jesienią doznasz wstrząsu estetycznego, kiedy to całe żelastwo i ukaże.
Wykluły się pierwsze pisklaki. W różnych miejscach ogrodu słychać delikatne popiskiwania.
Skorupka jajka kosa. Leży sobie na miedzy blisko krzewów irgi, ale gniazdo na pewno jest w innej części ogrodu. Ptaki często wynoszą daleko od gniazda skorupki, by zmylić ewentualnego amatora piskląt.
Nadal nie wiem, czy mój jeż przeżył i nadal nie mam odwagi rozgrzebać miejsca, gdzie mu zrobiłam zimową norkę. Nie spotkałam też innych jeży, choć ostatnio przez kilka wieczorów przeprowadzam kontrolę kwiatów ze względu na pojawienie się malutkich ślimoli. Włażą te dziady w ledwo rozwijające się liście hortensji i żrą je na potęgę. Miesiąc temu znalazłam pod czereśnią zeschniętą skórkę jeżową z igiełkami. Jeż był średni- był- coś go upolowało i zostawiło tylko skórę. Być może był to mój jeż. No trudno, taka jest przyroda. Myślę od czasu do czasu o tym jeżu i sama sobie się dziwię, dlaczego tak się nim przejęłam. Chyba dlatego, że jak go jesienią podnosiłam z ziemi, takiego skulonego, zupełnie bez świadomości, co się z nim dzieje, bo już hibernującego, wydawał mi się taki bezbronny, taki podatny na każde niebezpieczeństwo. Kto wie, czy gdybym go wtedy nie podniosła i nie umieściła w tej zbudowanej przeze mnie norce, to rano, być może, znalazłabym już jego rozszarpane zwłoki? Wiem, że w naszym ogrodzie biorę, w pewnym senie, odpowiedzialność za te wszystkie dzikie istoty w nim żyjące. Chcę im zapewnić bezpieczeństwo w miarę możliwości. I wiem też, że przyroda ma swoje prawa, pewne rzeczy są w ogrodzie nieuchronne. Choćby to, że jednak drapol poluje na kosy, których nijak nie ustrzegę. Znów zalazłam w lasku kępkę czarnych piór i kawałek ptasiej nogi. Kolejny kos został śniadaniem drapieżnika- ptaka, być może kuny albo tchórza.
Kosiarki- dwie stare- jedna duża z napędem i druga mała bez napędu, za to zgrabna, zaraz się rozsypią. Duża ma 20 lat, mała około 12. Były już naprawiane, mają pospawane korpusy, ale podczas koszenia jest ciągła obawa, że jedna albo druga, wysiądą. A trawa rośnie i słychać jak szumi. Zmniejszamy areał do koszenia, kosimy rzadziej i na wyższym poziomie cięcia jednak kosić ogród trzeba.
Kupiliśmy nową małą, z elektrycznym zapłonem i z napędem. Najpierw wybraliśmy taką, która miała i elektryczny zapłon i taki na cięgno. Stare kosiarki uruchamialiśmy ciągnąc za sznurek. Niby fajne, ale jak sznurek się gdzieś zahaczył to ciągniecie było drogą przez mękę (raz szarpnięcie, potem drugi, trzeci...), a jak nagle popuścił, to można było takim nagle gwałtownie puszczonym sznurkiem, a raczej plastikowym uchwytem na jego końcu, dostać po ręce. Ból nieprzeciętny. No i nie wiem, czy jeszcze chciałabym się męczyć z tym szarpaniem za sznurek- wielokrotnym- zanim kosiarka odpali. Ale nie to ostatecznie zadecydowało, że kupiliśmy lepszą kosiarkę, bez sznurka i tylko elektronicznie zapalaną. Nie uwierzycie- po pierwsze ta druga była lżejsza o 4 kilo, a 4 kilo to jest przy kosiarkach duża różnica, a po drugie kółka bez „bieżnika” (głębokich rowków na powierzchni koła). I ten brak rowków zadecydował. No tak, można się śmiać, ale jak ktoś kosi, a zwłaszcza kosi soczystą trawę, to wie, że potrafi ona przylepiać się do kół, podczas jazdy ubijać się, włazić w te rowki i ciężar pchanej kosiarki rośnie, opór przy jej pchaniu też (mówię o takiej bez napędu, czyli naszej małej, która była najczęściej używana). A podczas czyszczenia można dostać zawału ze złości, kiedy tę trawę z rowków trzeba patykiem wygrzebywać. Nie wiem, jak wy, ale ja zwracam przy kupnie nowego urządzenia uwagę nawet na takie duperele, by potem nie wkurzać się, kiedy pracę mam utrudnioną. Kosiarka znanego, dobrego producenta, ale nie tego mojego ulubionego, od którego mam większość narzędzi ogrodowych.
Dwie stare zabrał pan sprzedawca i będzie miał z nich części.
W ciągu dwóch tygodni przeczytałam wszystkie pozycje Brudnika (nie zaniedbując wszystkich prac domowo- ogrodowych i wykańczania gobelinów). Dwie książki z Łezką i trzy z Lichym. A dzisiaj doszła następna- czwarta- część o komisarzu Lichym.
Tylko jeszcze obszerne „Księgi Jakubowe” przeczytałam w takim tempie- w 4 dni, ale byłam chora i leżałam w łóżku plackiem.
Brudnika się po prostu czyta jednym tchem.
Kawałek gobelinu, przy którym utknęłam.
Kwitną tawuły. Pierwsze te, które mają kwiaty w kłosach.
Później zakwitną te, które mają kwiaty w baldachach
Zakwitł też pigwowiec o pomarańczowych kwiatach.
Rozkwitają magnolie.
Czeremchy są w pełnym rozkwicie. Na dole ogrodu kwitnie ogromna, którą chciał nasz drwal wyciąć, bo ponoć jest dudława- fajna nazwa- dudława. Schnie po prostu. Nie zdecydowaliśmy się- na razie nie wycinamy. Pięknie kwitnie, ale zdjęć nie zrobię, bo nie mam dojścia do niej z odkrytej strony.
Dwie kwitną przy parkingu. Tylko jedna jest do sfotografowania w pełnej krasie.
Pachnie gorzko, ale lubię ten zapach.
A wieczorami zaczynają się żabie koncerty. Ponieważ pełno stawów w okolicy, to chór żabi jest bardzo głośny.












