Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motocykl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motocykl. Pokaż wszystkie posty

26 czerwca 2026

W klapkach, spodenkach i źle dopasowanym kasku....

 Marlon Brando i Triumph Thunderbird 6T

Steve Mc Queen ikona motocyklistów

Czytając moje posty o motocyklach, o mojej miłości do nich, o tym, jak jeździłam na rajdy, jak trzeba się zachowywać na motocyklu w roli plecaczka itp, można sobie pomyśleć, że ja to tak sobie a muzom piszę. No nie.... no NIE. To nie są teksty tylko dla rozrywki. Jeżeli ktoś uważnie czyta, to widzi, że na serio dzielę się swoimi doświadczeniami pasażerki na motocyklu. Jazda w roli plecaczka wymaga wielu umiejętności oraz, co tu dużo mówić, trochę wiedzy na ten temat.

Niektórym wydaje się, że siadam na tylnym siodełku i jadę.... ach jak romantycznie.... ach...wiozą mnie...jejku, jejku!

Guzik prawda- najpierw trochę poczytaj, jak to ma wyglądać, co cię czeka, gdzie są miłe niespodzianki, a gdzie jest do d.... Co możesz, a czego nie powinieneś robić, a potem ewentualnie decyduj się, czy wsiadasz z tyłu czy nie.

No i plecaczek nie jest zwolniony od odpowiedzialności za bezpieczeństwo kierującego, jak to się ogólnie myśli. Takie rzeczy to tylko w samochodzie. Na motocyklu oboje jesteście odpowiedzialni za bezpieczeństwo.

I jeszcze raz dla tych, co im wiedza opornie wchodzi do głowy, a uważają, że jazda na motocyklu jako pasażer to bułeczka z masełkiem polewana miodkiem.


DEKALOG PLECACZKA
1. Nawet jeśli jest bardzo gorąco i perspektywa nałożenia na siebie skórzanej kurtki i grubych spodni przyprawia cię o zawrót głowy, nałóż je. Przewiewne biodrówki i buty na obcasie to nie jest najlepszy pomysł. Zapewne wyglądasz w nich ślicznie, ale pomyśl, jak będą wyglądać twoje zgrabne nóżki po spotkaniu z asfaltem.

2. Drogi "plecaczku", wiercić możesz się na kanapie w domu lub w samochodzie. Siedząc na motocyklu nie wykonuj żadnych nieprzemyślanych i nagłych ruchów. Kierowca ma za zadanie utrzymać w ryzach 300-kg "potwora". Nie pomagasz mu jeśli twoje 60 kg wprowadza zamęt na pokładzie.

3. Jeśli motocykl jest na zakręcie, zawsze utrzymuj ten sam kąt nachylenia co kierowca. Nie staraj się , na miłość boską, wychylać w druga stronę! Ty, motocykl i kierowca tworzycie jedna całość, zachowuj się więc jak jej wspólna cześć.

4. Z motocykla wcale nie jest łatwo spaść! Brzmi niewiarygodnie, ale to fakt. Nie trzymaj się zatem kurczowo, przylepiając do pleców kierowcy niczym miś koala, ponieważ to bardzo ogranicza jego płynność ruchów. Usiądź wygodnie, znajdź pozycje najwygodniejszą dla siebie. Możesz przytrzymać się ręką za uchwyt z tyłu motocykla (jeśli takowy jest), możesz wesprzeć się o bak motocykla , okalając ręką kierowcę. Trzymaj się nogami.

5. Jeśli kierowca przechyla się mocno do przodu , kładąc się na bak, oznacza to tyle ze należy zrobić dokładnie tak samo.

6. Nie stukaj swoim kaskiem w kask kierującego! Twoja głowa powinna być na tyle daleko, aby oszczędzić mu tych "dzięciołowych" atrakcji.

7. Zanim wsiądziesz na motocykl, uprzedź o tym kierowcę. Jeśli nie będzie przygotowany na nagłe obciążenie z jednej strony możesz go niemile zaskoczyć. Ta sama zasada obowiązuje podczas zsiadania.

8. Jeśli jedziecie zbyt szybko, nie podoba ci się to i boisz się takiej jazdy, powiedz o tym po zatrzymaniu motocykla. Nie wal pięściami w plecy kierowcy! to nie pomoże, a może zaszkodzić. Porozmawiaj z nim na spokojnie i wytłumacz. "Sceny" podczas jazdy to najgorszy pomysł z możliwych.

9. Podstawowa zasada i najczęściej, niestety, popełniany błąd: gdy motocykl hamuje, nie kładź się całą sobą na plecach kierowcy! Przytrzymaj się wspomnianego wyżej uchwytu usytuowanego z tyłu lub oprzyj się ręką o bak motocykla.. nie dokładaj kierującemu dodatkowego ciężaru. To wszystko idzie na jego ręce i kierownicę, a od tego jak sobie z nią poradzi, zależy wasze zdrowie, a nawet życie.

10. Na koniec najważniejsza rada -zaufaj kierowcy. Razem tworzycie zespól. On prowadzi, i wie co robi. Jeśli uważasz, że jest inaczej, nie wsiadaj z nim na motocykl.

"UWAGI DLA PASAŻERÓW MOTOCYKLI

Zajmując miejsce za kierowcą motocykla pamiętaj bezwzględnie o kilku zasadach:

  • bez cienia przesady — powierzasz w czyjeś ręce swoje życie i zdrowie
  • statystycznie rzecz biorąc — w razie wypadku, to ty ucierpisz bardziej niż kierowca
  • nie wolno ci zająć miejsca pasażera, jeśli masz na sobie odzież, która nie zapewnia poziomu bezpieczeństwa równego ubiorowi kierowcy
  • nigdy, ale to nigdy nie wolno ci wsiąść na motocykl, jeśli nie masz zaufania do kierowcy i jego umiejętności
  • trzymaj się obejmując mocno kierowcę — uchwyty z tyłu to tylko dekoracja" 

 Jak się zachowywać w czasie jazdy np, na zakrętach, nierównej nawierzchni itp.  Więcej tu: https://dobresklepymotocyklowe.pl/blogs/wiedza/niebezpieczny-pasazer-motocykla-uwazaj-na-plecaczek

 A teraz o ubraniach na motocykl.

Kiedyś... kiedyś w czasach, kiedy po drogach jeździły WSKi i Junaki, albo MZTki czy inne klasyki, co to pyrkały sobie z prędkością do 120 km/h, zakładało się do jazdy na nich to, co nosiło się codziennie. Były to zwykłe kurtki, grube swetry, buty jak popadło- szpanerzy zakładali oficerki lub męskie kozaki. Kaski jak jajo, bez szyb, byle chroniły łepetynę, spodnie codzienne, znów szpanerzy- dżinsy. Kto był bogatszy, to szył sobie ramoneskę na wzór ramonesek Steva Mc Queen,  Marlona Brando czy  Jamesa Deana. Och tak, Triumphy, Harleye i amerykańscy bohaterzy filmowi na nich... To był odlot. Ja też na początku byłam zapatrzona w taki obrazek, a głównie w Harleye. A potem zobaczyłam Royal Enfielda i przepadłam.

Pamiętam, jak mój poprzedni mąż wkładał pod kurtkę gazety, żeby nie zmarznąć podczas jazdy na motocyklu. Śmieszne? Teraz wydaje się śmieszne, nierzeczywiste, ale w latach 80 tak się motocykliści zabezpieczali przez zimnem.

Ubranie motocyklowe dla mnie, kupiliśmy w 2008 roku. Pamiętam, że był kłopot z jego dopasowaniem, bo ja jestem niska, a spodnie do teraz mam ciut przydługie. O ile dla mężczyzn był już duży wybór takich ubrań, to dla kobiet oferta była jeszcze mizerna. No i materiały jeszcze były sztywne, twarde, wprawdzie były już Gore- Texy (leciutkie, wygodne), ale cena była zaporowa, a na mnie w ogóle takich ubranek nie było. Z czasem pojawiały się coraz cieńsze i bardziej odporne, na skutki upadku motocykla, tkaniny.

Moje ubranie jest sztywne, ma wszystkie ochraniacze i wypinane podpinki- w spodniach i w kurtce. Trochę trudno było się w nim poruszać, ale podczas jazdy czułam się w nim bezpieczna. Gdy było gorąco- wypinałam podpinki, ale tylko w duże upały w tym ubraniu było za ciepło. Podczas jazdy na motocyklu nawet jak jest dosyć wysoka temperatura, to powietrza sprawia, że tego gorąca się nie czuje. Na krótkie trasy ubierałam tylko kurtkę motocyklową, normalne sportowe spodnie, a na kolana zakładałam ochraniacze- kolana można bardzo szybko „przeziębić”. 

 


No i buty motocyklowe oraz rękawiczki, w których, również w wielkie upały, jeździłam. 


 

Prawdziwy wysyp różnorodnych ciuchów motocyklowych wystąpił w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, a teraz to już szał motocyklowych ciał- można oczopląsu dostać, jak się widzi tyle różnorodnych ubranek na motocykl. Pojawiły się ubrania z kevlaru, covecu, z cordury, siateczki mesh, różnego rodzaju membrany. Są ubrania termoaktywne, które można założyć pod ubranie motocyklowe. Są również ubrania motocyklowe ze skóry, ale....One są odporne na tarcie i szpanersko wyglądają, ale....są niepraktyczne no i ta skóra- budzi to teraz we mnie opór.  Jaskół ma porządne ubranie z grubej skóry- dał je sobie uszyć na początku swojej przygody motocyklowej. 

Moja kurtka motocyklowa (S- no tak właśnie tak😁 i pasuje nadal)


Na plecach naszywka- taką wszyscy w naszym nieformalnym klubie mieli naszyte na ciuchy motocyklowe. Piszę w nieformalnym, bo to był klub przyjaciół motocykla marki Royal Enfield, niezrzeszony, nierejestrowany- nie chcieliśmy takich ograniczeń: składki, statut, obowiązkowe rejestracje, jakieś zgłoszenia, milion formalności. Jednak chcieliśmy podkreślić, że taka grupa istnieje, stąd naszywki, proporczyki, naklejki itp. A na każdym zlocie jakieś pamiątki z logo klubu i takim napisem.

Na rękawie kurtki logo naszego klubu


 

Spodni nie demonstruję- - normalne spodnie z tego samego materiału z ochraniaczami. Mają tylko różnego rodzaju zapinki i paski, by je dopasować.

Jaskół na bieżąco kupuje sobie różne wygodne, dostosowane do temperatury ciuchy. Gdybym dalej jeździła, pewnie też zmieniłabym ciuchy na lżejsze, wygodniejsze, ale z tymi wszystkimi zabezpieczaniami. Ochraniacze mają teraz nawet stylizowane dżinsy motocyklowe. Fajne czasy dla motocyklistów nastały.

Gdybym dalej jeździła, to na pewno zmieniłabym ubranie na nowocześniejsze, choć mojemu niczego nie brakuje oprócz lekkości.

Moja pierwsza jazda, jako plecaczek, była na rozpoczęcie sezonu motocyklowego w Częstochowie (2009 rok).

To impreza cykliczna, która odbywa się w kwietniu.

Wyjechaliśmy około 7 rano- dzień zapowiadał się piękny, ale kwietniowy poranek był wręcz zimny. Powietrze było lodowate. Jechaliśmy wzdłuż Jeziora Goczałkowickiego, od wody wiało ziąbem. Miałam na sobie porządne ubranie motocyklowe i wcale nie było mi w nim zbyt ciepło. Twarz zasłoniłam szybą z kasku, pod tą szybą miałam na twarzy kominiarkę, a i tak czułam jak mi marzną policzki. Nie lepiej było podczas jazdy przez Puszczę Pszczyńską, o tej porze dnia jeszcze mroczną, wilgotną i mroźną. Potem było coraz lepiej. Wstało słońce i na otwartych przestrzeniach zrobiło cię cieplej. Za Katowicami zaczęły wyprzedzać nas ścigacze- wtedy była na nie moda. Jeden nas mija i co widzę? Z tyłu, na siodełku, prawie leżąca na motocykliście dziewczyna- na ścigaczach tak się jeździ- prawie na leżąco), nogi w cieniutkich leginsach, całe nerki odsłonięte, widać pasek gołej skóry między brzegiem kurteczki i gumą leginsów. Na nogach półbuty na małym obcasie. A ścigacz zapier... jak to ścigacz- ledwo zdążyłam zarejestrować ten widok. Wyobrażam sobie, jak jej było zimno. I te biedne nerki wystawione na lodowaty wiatr. Zrobiło mi się normalnie zimno od samego patrzenia.

Jasne, że na motocyklu można we wszystkim jeździć. Nierzadko widuję panów w tenisówkach, adidaskach, czy wręcz w klapkach, w krótkich spodenkach, letniej koszulce, pędzących na motocyklach. Pewnie oni tak na szybko, na krótko, tylko kawałek... po co się ubierać?

Można, oczywiście, że można. Ale wystarczy kamień wystrzelony spod opony przejeżdżającego samochodu i d... blada. Chyba nie trzeba mówić, z jaką siłą ten kamień ląduje np. na gołej łydce, goleni czy ramieniu motocyklisty. Nawet zderzenie z lecącą muchą albo pszczołą jest bolesne. A i oparzenia spowodowane dotknięciem gołej łydki rozpalonej rury wydechowej też są częste. 

Bartłomiej Słonka

ntrdoeposS17tuc8013imdh12u.o99u343tu4mcl5l181 h1lu3zgl20u9m6  ·

No i pokarało ?

Co prawda buzię widzę w tej łydce, ale nadal tłumik 1 ja 0 ?￰゚マᄏ‍♂️

 

To motocyklista, ale pasażer też może mocno nogę spalić o rurę wydechową.

No, a jak się zdarzy wywrotka? Już widzę tę, do mięsa, zdartą skórę czy otwarte złamania kości. Nie przesadzam. Jaskół miał wywrotkę, był w ubraniu motocyklowym, a i tak miał otwarte złamanie kości przedramienia i żebro złamane, bo miał klucze w kieszeni, które pod wpływem siły uderzenia złamały żebro. Podczas drugiego wypadku- baba w niego wjechała- wszystko przy małych prędkościach, prawie zerowych- doznał przebicia płuca przez żebro i miał pogruchotaną łopatkę- miał na sobie porządne ubranie motocyklowe, a jednak.... To jak to będzie wyglądało, kiedy gościu w koszulce, bermudkach i klapkach, z motocyklem wywali się na asfalt?

Przy decydowaniu się na kupno motocykla, należy liczyć się z tym, że trzeba mieć odpowiednie ubranie do jazdy. Wprawdzie takie ubranie nie zawsze chroni na 100%, ale minimalizuje skutki wypadku. Gdyby Jaskół nie miał ochraniaczy na kolanach, wszytych w spodnie, pewnie i kolana poszłyby w drzazgi.

Buty- widuję motocyklistów w różnych butach- kozakach, oficerkach, adidasach, ale najbezpieczniejsze są buty dedykowane do jazdy na motocyklu. Są one z grubego materiału, z usztywniaczami oraz często nieprzemakalne. Ważne, by buty tak, jak u dziecka, „trzymały kostki” (ochraniały je) i były na tyle wygodne, by dobrze się w nich prowadziło motocykl. Plecaczek nie prowadzi motocykla, ale buty powinien mieć stricte przeznaczone do jazdy na motocyklu. Mam (nadal) bardzo wygodne buty.


 

Zresztą teraz wybór ubrań oraz butów motocyklowych jest ogromny- od tych z przeznaczeniem do jazdy letniej, po te z przeznaczeniem do jazdy zimowej. Rękawice są niezbędne nawet latem (chronią skórę przed zdarciem w razie ewentualnego upadku). Ja mam skórkowe (sztuczne- to info dla tych oburzających się), dosyć cienkie, ale każdy motocyklista może sobie dobrać różne w zależności od potrzeb. Jaskół jeździ dużo i mam tych rękawic sporo.

Można kupić nawet podgrzewane rękawice, zasilane przez bateryjki wewnętrzne lub podłączane za pomocą USB do motocykla. A jeszcze lepiej jest zamontować sobie w motocyklu podgrzewane manetki- właśnie się przymierzamy do czegoś takiego.

O kaskach nie będę pisała dużo- ich wybór jest też ogromny (no i ceny czasem zaporowe)- ja mam kask dołem otwarty, z szybą i blendą, ale kiedyś miałam COBRĘ- kask szczękowy. Tamta chroniła szczęki, ale nie miała blendy, a blenda jest naprawdę doskonała podczas jazdy pod słońce. Teraz można kupić kaski szczękowe również z blendą oraz różnymi innymi bajerami.

 Najważniejsze, by przy zakupie kask ściśle przylegał do głowy, a gąbka okalająca (ta na brzegach kasku) powinna również ściśle przylegać do twarzy (nawet jak czujemy lekki dyskomfort na początku)- podczas użytkowania wszystko się dopasuje i poluźni (gąbka się ugniecie). Luźny kask (nawet ściśle zapięty pod brodą) podczas wypadku może się przesunąć i nie ochroni głowy, nie zamortyzuje uderzenia. Poza tym.... jak pęd powietrza dostaje się, między gąbkę a twarz, pod kask, to chyba można ogłuchnąć- dobry kask chroni również przed hałasem.

Kask, tak jak motocyklowe ubranie, ma zabezpieczać głowę w razie upadku, a nie „wyglądać”. Można sobie dobrać dobry, nieduży (czasza) kask, ale im więcej w nim bajerów, tym czasza musi być większa (gdzieś te bajery trzeba zamocować).

W ogóle, te wszystkie szczuplutkie babeczki na ścigaczach w opiętych skórach, to raczej tak na reklamę, a nie by bezpiecznie dojechać.

Oczywiście, że można zrobić rewię mody tak samo, jak na plaży, czy na trasie do Morskiego Oka (klapeczki, krótkie spodenki, szerokie galoty, które mogą się wkręcić w koło- a one w tym roku takie modne są), ale motocykliści, którzy podchodzą poważnie do bezpieczeństwa jazdy, będą bardziej zwracali uwagę na rodzaj tkaniny- jej ścieralność, nieprzepuszczalność wody lub oddychanie, grubość, ochraniacze, a dopiero potem na to, jak w tym wyglądają.

A jak ktoś nie wie, co kupić, to w salonach z odzieżą motocyklową są kompetentni sprzedawcy, którzy dobrze doradzą


Tak to tylko w filmach lub clipach.


P.S. Do tych wszystkich, co to na motocykl mówią motor, motór, motur itp. motor to jest w pralce szanowni państwo, jeździ się na MOTOCYKLACH!

James Dean i jego Triumph.
 

16 czerwca 2026

Zamiast się zmuszać, lepiej dać sobie spokój.

 

Parking w Nowym Jiczinie- "royalek" Szprychy tuli się do motocykla Stefana.

Miałam wkleić post o następnym ślicznym pałacu, ale uznałam, że dwa pałace, jeden po drugim, mogą się „przejeść”. W końcu nie każdy lubi takie historyczne perełki, nawet jak jest o nich sporo interesujących informacji.

Poza tym... no, kto tu przyjedzie zwiedzić te pałace, no kto? Panie.... taki Rzym, Wenecja, Barcelona i inne wielkie miasta, gdzie zabytków po same uszy, panie, to jest atrakcja, no nie?

I ja to rozumiem, ale po to mamy Internet, by zamieszczać w nim, między innymi, teksty i zdjęcia naszych ”malutkich” zabytków. Ot tak, żeby ludzie wiedzieli, że my też mamy perełki architektury z interesującymi historiami. I to wcale nie gorszymi od tych wielkich światowych. Nasze białe oraz czarne damy, rycerze na czarnych ognistych rumakach, upiory i wampiry zamkowe, na pewno dorównują tym z wielkich zamczysk w różnych stronach świata. A ja na pewno nie chciałabym spotkać ani tych naszych, ani tych obcych na swojej drodze.

No dobra, to teraz dalszy ciąg opowieści motocyklowych- jeszcze ciągle jest nieopisanych kilka zlotów. Trochę info. o moim bziku motocyklowym powtórzę, by się tekst skleił z innymi moimi postami o tej tematyce.

Ja jestem z motocyklem oswojona od bardzo dawna. Moi rodzice mieli małe simsony (motorowery)- mama woziła mnie i brata na takim do przedszkola. Ja też dostałam simsona od dziadka- nie jeździłam na nim, nie zdążyłam, bo mi go buchnięto. Potem miałam chłopaka z WSKą. Jeździłam na WSce razem ze szwagrem- nawet spektakularną wywrotkę zaliczyliśmy. Następnie jeździłam z moim poprzednim mężem- najpierw na Panonii, potem na Kobuzie (WSK). 

Nigdy nie bałam się wsiąść na motocykl, ale rozumiem obawy innych. Jeżdżenie na motocyklu nie jest łatwe ani dla motocyklisty, ani dla plecaczka. Prowadzący musi całe to ustrojstwo trzymać „w pionie”, uważać na plecaczka (dodatkowe obciążenie) i jeszcze jechać zgodnie z zasadami ruchu drogowego. Plecaczek musi „wyczuwać” prowadzącego, umieć składać się przy zaliczaniu zakrętu, nie wychylać się, powstrzymywać od gwałtownych reakcji i w ogóle raczej nie brykać tam z tyłu. W tzw. "napinawych sytuacjach", trzymać  dziób zamknięty i nie komentować, a na pewno nie "doradzać".  Para- motocyklista i plecaczek- musi być zgrana. To jest tak samo, jak w samochodzie- jak nie masz zaufania do kierowcy, ciągle go strofujesz, pouczasz, to lepiej nie wsiadaj, albo po prostu zamknij się. Dla motocyklisty (dla kierowcy samochodu zresztą  też) nie ma nic gorszego, jak tego rodzaju plecaczek. 

Jaskół i Jaskółka na Enfieldzie.

I przesympatyczne małżeństwo- do teraz jeżdżą na motocyklu razem. W całej naszej grupie była jedna motocyklistka, która jeździła jako kierowca (miała pseudo "Szprycha") oraz od 4- 6 pań, które jeździły w charakterze "plecaczka".
 

A tu rodzinnie. Można? Można.

 Przy dłuższej jeździe, na tylnym siodle, zaczyna wszystko „ugniatać”, robi się niewygodnie. Nie zawsze można się zatrzymać wtedy, kiedy ma się potrzebę lub kaprys. Trzeba wytrzymać na dziurawych drogach, trzeba wytrzymać niepogodę, kiedy jest się w trasie. Z boku jazda na motocyklu wydaje się taka ot... jedzie sobie luzak. No a plecaczek to już w ogóle ma super. No i ma, jak to lubi, a ja lubiłam i te wszystkie minusy mi nie przeszkadzały. Czy się bałam? Chyba nie, raczej nie, ale czasem tak- były sytuacje, kiedy drętwiałam na siodełku (choćby wtedy, kiedy nam ogromny pies wystrzelił z pobocza i wpakował się w przednie koło). Ale Jaskół jest obcykany w jeździe na motocyklu i potrafił motocykl opanować w każdej nieciekawej sytuacji. Przynajmniej podczas naszych wspólnych jazd tak było. A mimo to, miał swoje wypadki. 

No dobra, czyli od czasów, kiedy miałam naście lat, motocykle (a jeszcze wcześniej również samochody) bardzo, ale to bardzo mnie kręcą.

Royal Enfield z bocznym wózkiem  w wojskowych barwach. 

 Kiedy okazało się, że nie mogę jeździć, to Jaskół zaproponował zamontowanie do naszego Enfielda bocznego wózka. No wiecie, taki boczny wózek to jest dla niektórych fajna sprawa. Wsiadasz w korytko, nie musisz niczego pilnować, nie musisz „trzymać pozycji”, jak na tylnym siodełku, może trochę się powiercić w trakcie jazdy. Siedzisz sobie wygodnie i nawet zdjęcia, bez ograniczeń, możesz robić – to było kuszące.

 Kolega wiezie w wózku swoją małą córeczkę- dla dziecka to bardzo fajna alternatywa.

A tu ten sam wózek z różowymi akcentami, wszak podróżowała nim mała dziewczynka.

 Z drugiej zaś strony, jazda w wózku sprowadza się do tego, że siedzisz niżej (prawie szorujesz d... po asfalcie), masz z lewej strony, na wysokości twarzy, but motocyklisty, masz z prawej strony migają ci na wysokości oczu słupki drogowe. Widoki? Zapomnij. Co zobaczysz, jak siedzisz dużo poniżej siodełka motocyklowego? Góry? Pola? Jeziora? Guzik, zobaczysz najwyżej źdźbła pszenicy, trawy i łodygi kukurydzy (i to od dołu) albo oddział mrówek, maszerujący poboczem. 

A jak motocykl wyprzedza np. TIRa, to masz na wysokości oczu wysokie, kręcące się z ogromną prędkością, koła tegoż. Wysiadłabym ze strachu podczas jazdy, o ile spaliny z rury wydechowej tego TIRa, nie zabiłyby mnie prędzej. Zdjęcia, bo ręce wolne i nie ograniczają cię plecy motocyklisty? A czego te zdjęcia, na tej wysokości, miałyby być?

Zamontowanie wózka i jazda w nim na chwilę mnie kusiły, ale potem stwierdziłam, że to nie dla mnie.

- No wiesz- powiedziałam do Jaskóła- Ja w wózku? Jak jakaś emerytka boleściwa mam jechać? Never. Naprawdę nie wyobrażałam siebie w takim miejscu i nawet myśl o wspólnych jazdach nie przebiła mojej niechęci do kosza.

A teraz zastanawiam się- teraz, kiedy jest już za późno, kiedy nie ma Enfielda, a do Szerszenia żadnego bocznego wózka nie da się zamontować, czy moje oburzenie było, w tamtej sytuacji, takie a courant.

Kompletnie wtedy zapomniałam, że to nie tylko mój kręgosłup był przeszkodą, ale i inne ważne okoliczności nie pozwalały mi na jeżdżenie na rajdy. Wtedy wózek znaczył dla mnie to samo, co „patrz babo na co ci przyszło, w wózku cię wożą, a nie na siodełku, co za porażka”. Przy czym obiektywnie patrząc na jazdę w wózku bocznym, to raczej są w niej same plusy, a nie minusy i wiele osób wybiera właśnie wózek, a nie tylne siodełko. No, ale jak się ma czasem, nomen omen, „niezdrowe” ambicje, to miewa się i zaćmienia w spojrzeniu na rzeczywistość. Wózka nie kupiliśmy, Enfielda sprzedaliśmy, Jaskół jeździ na Szerszeniu i jest wszystko OK. Tylko mnie czasem szczypnie na wspomnienie tych jazd.

Rozumiem też niechęć i obawy niektórych- nie będą jeździć, bo się boją i chętnie tej drugiej połowie też by zabroniły. Ja się boję wysokości i mam klaustrofobię, ktoś inny ma niechęć do motocykli (zwłaszcza wypasionych i ekstra szybkich). Nigdy nikogo nie przekonywałam na siłę i nadal nie zamierzam tego robić. I dodam- jeśli ktoś się boi, nie jest przekonany, niech raczej zrezygnuje. Nie ma nic gorszego dla motocyklisty od sztywnego ze strachu plecaczka. Nie wszyscy muszą zaliczać na motocyklu kilometry, by komuś coś, albo sobie na siłę udowadniać. Ja nie musiałam i tyle.

Jednak często denerwowały mnie takie gadki: „I ty też jeździsz? A nie boisz się? Ja bym się bała”- fajnie, tylko, że wypowiedziane jest to z takim dosyć złośliwym przekąsem, jakby jazda na motocyklu była czymś nagannym, nieprzystającym kobiecie. Inne: „I tak mu pozwalasz samemu jeździć? A nie boisz się?” i tu nie wiem, czy chodzi o Jaskóła, o jego bezpieczeństwo i zdrowie, czy o dawanie mu zbyt dużej porcji wolności, czy o moje bezpieczeństwo jako żony, bo przecież na tych zlotach samotny motocyklista... no wiecie.. ech... To jest mniej więcej tak samo, jak głupie chore wyobraźnie żon i matek oraz teściowych, które nie chcą puścić chłopa do sanatorium, bo pewnie się tam już w pierwszym dniu puści.

A ja byłam na zlotach i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że przeważnie tym panom motocyklistom tylko jedno wiruje po głowach- motocykle i jazda na nich. Żadne tam panienki... ale... no stop... a tak... Na takich ogromnych zlotach MC, to się rzeczywiście dzieje nieciekawie- wóda, panienki, ostra jazda i ostra muza. Jednak nie będę plotkowała na temat innych zlotów, bo ja wiem tylko to, co na naszych widziałam. Dobre poczciwe dżentelmeńskie towarzystwo. A i żony, narzeczone, i wręcz motocyklistki, też na nich bywały. 

Nigdy nie miałam problemu z zaakceptowaniem motocyklowej pasji Jaskóła i jego samotnych wyjazdów. Bardziej byłabym wkurzona, gdyby siedział w domu i marudził, bo nie wiedziałby, co z sobą począć. Każdy ma swoje pasje, każdy zasługuje na swoją wolność i chwilę wytchnienia od tej drugiej połówki. Zyskujemy na tym oboje.

Różne wózki boczne, zamontowane do klasycznych motocykli Royal Enfield.

 




Zdjęcia z Internetu.

04 czerwca 2026

Jaskół opowiada.

 

Wynik jeszcze nie końcowy- w sumie Jaskół przejechał ponad 80000 kilometrów w ciągu 20 lat.

 Początek.

Wszystkiemu winien jest mój starszy brat Janusz. Odkąd pamiętam, miał zamiłowanie do motocykli: to Iż, to Awok, to jakieś BMW R-35.... . Pamiętam, zabrał mnie kiedyś na przejażdżkę „Wołkiem” do Katowic. Najpierw zatrzymała nas Milicja, bo usłyszeli za duży hałas i chcieli wlepić mandat za brak tłumika, ale jak zobaczyli czym jedziemy, to pooglądali z ciekawością i puścili nas wolno. Całe szczęście, bo gdyby nie ta przerwa w jeździe, to pewnie dupa by mi odpadła. Dopiero wtedy zrozumiałem, co znaczy sztywna rama. Potem brat wyprowadził się na Kaszuby. Na cały rok. Niby to niedługo, ale zmienić można wiele. W ciągu tamtego roku odwiedził mnie kilkakrotnie. Raz przyjechał i mówi, że zamienił motocykl na lepszy. Pytam, co to znaczy, a on na to, że ma angielski motocykl, Ariel jakiśtam. Nowszy od „Wołka”, bo z lat 60-tych.

- To fajnie- mówię- że zmieniłeś. Super tak realizować swoje marzenia.

Okazało się, że zwycięstwo było połowiczne. Motocykl był, a jakby go nie było. Prawnie nie istniał– nie miał papierów. W tym czasie (lata 80-te) pracowałem „blisko” Urzędu Miasta. Poszedłem zarejestrować motocykl na dobrze wyprane papiery ze starego Junaka. Pani z Wydziału Komunikacji, widząc „znajomą” twarz, nie była zbyt dociekliwa i wydała papiery na motocykl, który stał przed Urzędem.

Jak już mówiłem, po roku Janusz wrócił do naszego miasta. I jak to niespokojna dusza, znalazł Nortona. Sprzedał więc Ariela i kupił nowego Anglika. Podobno Ariel był 350, a Norton -500. Jechałem na nim kilka razy w charakterze „plecaczka”. Nie powiem- fajnie było.

Raz jechaliśmy do znajomych 8 grudnia.

On- motocyklista- ubrał się po swojemu- ja, żeby nie zmarznąć, wsadziłem na siebie, co się dało. U znajomych rozebrałem się w przedpokoju i przedpokój się wypełnił na full- ortalion, kufajka, dres, buty po nartach- kompletny asortyment dobrze wyposażonego turysty wysokogórskiego. Fajnie nam się razem jeździło. Pewnego razu, ten wariat, wymyślił coś wybuchowego- znalazł dla mnie motocykl. Piękny, tani......tylko, że w worku. NSU 250.....z kurnika. Nie mam zacięcia technicznego, a tym bardziej do czegoś, czego nie widzę. Zamiast jeździć musiałbym czyścić i składać. Po dwóch miesiącach sprzedałem worek.

Minęło kilka lat. Pracowałem sezonowo na basenie, gdzie mnie, któregoś brat odwiedził. Zrobił to z pompą oraz paradą. W tamtych czasach motocykle 4 suwowe nie były tak popularne, jak teraz. Junak, Avo- pod koniec lat 80.- to jednak była rzadkość. Przeważały MZ-ki, CZ-ki, Jawy. Młodzież przyjeżdżała na basen takimi właśnie motocyklami. Stały na parkingu koło budki, w której sprzedawałem lody i zimne napoje. Nagle zrobiło się cicho na basenie – prawie cały męski ludek wyszedł z wody i zgromadził się przy bramie wyjściowej. Będąc w środku budki, dopiero po chwili, usłyszałem dziwny dźwięk- jakieś dziwne głośne i dudniące „mruczenie”. Okazało się, że takie wrażenie, na płci męskiej, zrobił Norton, wjeżdżający na wolnych obrotach przez bramę obiektu. Wtedy pomyślałem, po raz pierwszy, że w tej miłości do motocykli musi coś być.

Lata mijały. Byłem ojcem 16-latka. Któregoś dnia znalazł w starych szpargałach zdjęcia motocykli.

  • Tatuś, co to?

  • Wiesz, Stryj jeździł takimi motocyklami.....

    Stało się- zaczęły się rozmowy mojego syna z moim bratem.

    Bez mojego udziału, bo mnie motocykle nie interesowały. Po pewnym czasie na biurku w pokoju syna stanął „Wołek” w ramce, po nim Ariel oparty o płot na Kaszubach. Zaczęliśmy kupować „Świat Motocykli”.

W pewnym momencie brat zaczął opowiadać o motocyklu, który wzbudzał jego zainteresowanie (był stałym czytelnikiem „Świata Motocykli.”, „Motocykla”,”Classic Motocycles” i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze).

Oczywiście był to „anglik”, tyle, że produkowany w Indiach. Zachwycał się nim przy każdym naszym spotkaniu. Próbowałem go od tego odwieść:

- Coś Ty, motocykl produkowany w Indiach ?– zapomnij- Co Hindusi potrafią?

A On swoje:

- Technologia angielska, a składany w Indiach to będzie tani.

Patrzyłem na to sceptycznie, ale nie chciałem Mu sprawiać przykrości, cóż mnie do tego, przecież nie kupuję motocykla.

W 2003 roku, w listopadzie, namówił mnie na wyjazd do Zamościa, do człowieka, który jakoby najlepiej znał się na motocyklach, pisał książki i artykuły do „Świata...”, a przy tym był dealerem tego hinduskiego „anglika”. Miałem czas, więc wybrałem się z bratem na wycieczkę- po raz pierwszy od wielu lat wyjechaliśmy gdzieś razem. Warto było. Poznałem nową drogę z Frampola do Zamościa (przez Gorajec zamiast Biłgoraj i Zwierzyniec). Piękna widokowo i krótsza.

Ale, przede wszystkim, poznałem Pana Tomasza. Szczupły, niewysoki, lekko przygarbiony. Pooglądaliśmy motocykle stojące w warsztacie: Royal Enfielda Bullet`a niebieskiego, takiego samego czarnego (ale de Lux) i czerwonego Enfielda sixty five- solówkę. 

 


Nie powiem, prezentowały się imponująco. Pan Tomasz odpalił swoją maszynę, rzeczywiście, głos miała piękny. Ten ton słyszałem kilkanaście lat wcześniej- wydobywał się z Nortona. Jako, że listopad nie należy do gorących miesięcy, poszliśmy na herbatkę. I zaczęło się: Janusz pytał, a Pan Tomasz odpowiadał i opowiadał. Widać było, że wie, o czym mówi. I czynił to z pasją. Siedziałem jak na tureckim... nie- jak na hinduskim kazaniu. Dwa razy o coś zapytałem, zaznaczając, że jestem laikiem, że przyjechałem z bratem do towarzystwa. Nasz rozmówca nie zrażał się i odpowiadał mi równie wyczerpująco, jak Januszowi, tylko bardziej przystępnie (chciał pewnie, żebym rozumiał, co do mnie mówi). Stanęło na tym, że Janusz zamówił jeden egzemplarz motocykla. Miał to być czarny Royal Enfield 500 de Lux, z chromowanymi błotnikami. Zaczynał mi się podobać, ale cóż, był tylko jeden. Wróciliśmy do domu. W grudniu Janusz zadzwonił, że sytuacja finansowa nie pozwala mu na zaliczkowanie motocykla (miał być do odbioru na Wielkanoc). Dałem pieniądze na zaliczkę, coraz częściej myśląc o tym, że jak nie weźmie to może ja... ? Wszystko wyjaśniło się w styczniu. Firma, w której mój brat pracował, zaczęła podupadać. Wiadomo, że ktoś, kto ma na utrzymaniu 5 osób, a w perspektywie utratę pracy, nie kupi motocykla. Stanąłem przed nie lada dylematem. Byłem zdecydowany, ale co na to moja Żona? Rozmowa o zakupie motocykla trwała 3 miesiące. Jestem jej wdzięczny za to, że się zgodziła**. Ale najbardziej zadowolony z tego był mój syn. Miał już 17 lat i w bliskiej perspektywie „prawko” na motocykl. Jednak największy wpływ na moją decyzję miał fakt, który zaobserwowałem kilka lat wcześniej- mój brat po sprzedaży motocykla (warunki ekonomiczne) stał się innym człowiekiem. Stał się zgryźliwy, zgorzkniały i taki szary- po prostu zdziadział. 

 


Nie macie pojęcia, ile radochy daje jazda motocyklem (podobno w drugiej ławce też). Mogę to powiedzieć, bo sam doświadczyłem. Ale wrażenia z jazdy będą potem. Teraz trzymajmy się chronologii. No więc przyspieszony kurs podstawowej obsługi motocykla w Zamościu u Tomasza Sałka i motocykl stanął w Tychach, w biurze firmy, na honorowym miejscu.

Z miejsca stał się sensacją– nikt ze znajomych do tej pory nie jeździł i patrzeli na mnie bardziej z politowaniem niż ze zdziwieniem (zachciało się chłopu na starość). Ale ja mam dopiero 48 lat. Wszyscy czekaliśmy, aż puszczą śniegi. Nareszcie. Za radą Janusza zacząłem naukę jazdy na mało uczęszczanym placyku. Kółeczko na jedynce w lewo- przerwa, jeszcze jedno i znów przerwa. Gdy kółeczka wychodziły już bez podpórki, to zacząłem kręcić w prawo. Potem to samo na dwójeczce. Trzeciego dnia wyjechałem na drogę publiczną. Mały ruch (bo to poza miastem), ale już można było wrzucić trójkę i czwórkę- taka pętla 3,5 km. No to potem dwie w lewo i dwie w prawo. A po tygodniu wyjazd do miasta. Byłem lekko zdenerwowany- co zrobię jak zgaśnie na skrzyżowaniu lub na światłach? No cóż, odpowiadam sobie, zepchnę na pobocze albo na chodnik i odpalę znowu. Tak zrobiłem. Podczas pierwszych jazd rzeczywiście kilka razy zadusiłem silnik. Ale uwierzcie, nikt nie trąbił, nie mrugał światłami i nie pukał się się w czoło. Czekali cierpliwie aż dwa „dziadki” odjadą ze skrzyżowania (mam siwą brodę, kask nie pozwala ocenić dokładnie wieku, a jak wygląda Royal Enfield- każdy wie). Pierwsze jazdy wokół miasta nie przynoszą spodziewanych przyjemności i radości z jazdy. Motocykl jest powolny, czasem kichnie, nie za bardzo przyspiesza. Telefon do Pana Tomasza i już wszystko jasne– ten rocznik trzeba dotrzeć, wyregulować i podczas kolejnych wycieczek trzymać usta zamknięte. Dlaczego? Dobrze wiecie. No więc czekało mnie kolejne zadanie. Wyjazd do Zamościa by wyregulować moto. 400 km dla początkującego jeźdźca, w dodatku samotnie, to już, według mnie, coś. Przedtem jednak był mały test. Jazda do Krakowa i z powrotem miała być namiastką tego, co mnie mogło czekać. Motocykl spisał się znakomicie podczas tej wyprawy. 


 Jadę, zatem, do Zamościa! Spakowałem pełną torbę ciepłych ciuchów (bo maj był zimny) i 22-go wyruszyłem w moją pierwszą poważną podróż motocyklem. Słuchajcie, cudownie– słoneczko świeci po raz pierwszy od tygodnia, a ja sobie powolutku, 60-70/h, pomykam na Wschód. Pierwszy postój u brata w Krakowie- kawka, odpoczynek i dalej do przodu. Następny w Zawidzy (za Osiekiem) przy trasie sandomierskiej- obiad. W lesie jest Zajazd pod Dębami, gdzie można dobrze i tanio zjeść- polecam. Słoneczko dalej świeci. Mijam Tarnobrzeg, Stalową Wolę, Nisko i kieruję się na Janów Lubelski. Na podróż motocyklem piękna trasa– mały ruch i dużo lasów po drodze. Z Janowa na Frampol, Biłgoraj (wizyta na cmentarzu u Dziadków i pod Pomnikiem Katyńskim) i przez Szczebrzeszyn do Zamościa. Skończył się piątek a wraz z nim dobra pogoda. W sobotę zaczęło padać- temperatura spadła do +10 stopni. Niestety mam tylko 2 dni wolne– jeden na przegląd motocykla, drugi na powrót do domu. Wbijam się w ciepłe ciuchy i zasuwam do warsztatu Tomasza Sałka. Pan Tomasz to chodząca encyklopedia wiedzy o jednośladach. I chyba pasjonat przez duże „P”. Przegląd przebiega bardzo sprawnie: wymiana oleju, filtra, regulacja gaźnika, zapłonu, rzut oka na sprzęgło. Wszystko gra. Jadę do Hrubieszowa odpocząć przed powrotem do domu. Trzeba wyjechać rano, bo nie wiadomo, co może cię spotkać po drodze. Poranek wita mnie słoneczkiem. Gęba mi się uśmiecha na ten widok, jednak uśmiech zamiera, gdy patrzę na termometr- +6 stopni. Dobrze, że na plusie, nie? (tego dnia wieczorem- po powrocie do domu - stwierdziłem, że motocykl to zabawka dla twardych mężczyzn). Ale komu w drogę.... . Pakuję na siebie wszystko, co mam w torbie: podkoszulek, drugi z długim rękawem, koszulę flanelową i wełniany golf. A na to wszystko „skórę”. Wyglądam i poruszam się jak Ludzik „Michelin”. Ale co mi tam, na motocyklu nie będę biegał, to się nie spocę. Naiwny, siedzisz prawie bez ruchu, to marzniesz i kwita. Motocykl, po przeglądzie, jakiś taki żwawszy, lżejszy, bardziej „wyrywny” do jazdy. Tak jakby cieszył się razem ze mną, że już mu więcej wolno. Ma rację, jedzie się przepysznie. Pierwsze 70 km to poezja. Słońce świeci, „0” ruchu, bo to niedziela rano, a ja sobie jadę. Beztrosko. Miał rację kochany braciszek, że na motocyklu zapomnę o troskach i zmartwieniach – rzeczywiście tak było. Ale tylko częściowo. W Szczebrzeszynie skręcam na Frampol, droga tam wiedzie przez piękną widokowo okolicę. Nie patrzę na mapę, ale mam wrażenie, że to granica pomiędzy Roztoczem a Wyżyną Lubelską. I to wszystko, co było piękne w tym dniu. Zaczyna padać deszcz, a ja w szczerym polu. Do Frampola jakieś 10 km. Nie ma się gdzie schować więc pcham do przodu. Zrobiło się zimno jak jasna cholera. Dojeżdżam do Frampola i „dokuję” na Petrochemii. Ciepło, sucho – pierwszy raz zauważam, że na stacji benzynowej może być tak pięknie. Zrzucam z siebie 2 wierzchnie warstwy i zamawiam 3 herbaty. Boski napój! Po pół godzinie jestem gotów do dalszych zmagań z naturą. Rozgrzany i pokrzepiony wychodzę na słoneczko. Pięknie, ale krótko. Do Janowa Lubelskiego dojeżdżam w beztroskim nastroju. Ale w drodze do Niska (droga piękna, szeroka) znowu zaczyna padać. Teraz muszę uważać na złośliwość kierowców jadących z przeciwka. Na drodze potworzyły się kałuże i jadący z przeciwka wjeżdżając w taką kałużę, robi falę, która może mnie przewrócić. Jadę więc wolniej i prawie poboczem. Deszcz na szczęście ustaje i mogę jechać spokojniej. Ale pogoda nadal nie sprzyja motocyklistom- wieje silny i zimny wiatr. W takiej atmosferze mijam Nisko, Stalową Wolę i Tarnobrzeg. Pora zatankować. Zapomniałem powiedzieć, że jadąc na przegląd (powoli i bez zrywów- 60-65km/h), mój motocykl spalił 2,45 l/100km. No więc dojeżdżam do Łoniowa i skręcam na stację benzynową. Uzupełniam paliwo, idę do kasy. Wiatr jest tak silny, że przewraca motocykl. Pracownik na stacji mówi, że od kilku lat nie było tak silnego wiatru. Pociechą dla mnie jest, że za parę chwil znowu wjadę do Zajazdu Pod Dębami w Zawidzy. Przerwa w podróży to oddech i w tym wypadku gorący obiad. Po godzinnym odpoczynku w „ciepełku”, pełen optymizmu, ruszam w dalszą drogę. Do domu pozostało mi tylko 230 km. Czyli połowa już za mną. I znowu, tak jak rano, świeci słońce, z tą jednak różnicą, że teraz nie ma wiatru. Radość moja nie trwa jednak długo. Po kilkunastu kilometrach tak zaczyna lać tak mocno, że nie zastanawiając się wjeżdżam pod parasole restauracji, w której odbywało się przyjęcie komunijne. Za zdjęcia dzieci na motocyklu, jestem częstowany gorącą herbatą i ciasteczkami. Podbudowany psychicznie i fizycznie wykonuję długi skok do Krakowa. Tam znowu gorąca kawa na stacji benzynowej (bodajże na ul. Włóczków) i ostatni już etap mojej podróży do Tychów. Muszę stwierdzić, że podróż ta była moim chrztem bojowym. Przyznaję, że zmarzłem w tym dniu jak cholera. Dwa razy zsiadałem z maszyny tylko z tego powodu, aby z niej nie spaść. Ale było to cenne doświadczenie– Polska to nie Kalifornia ani Floryda– pogoda bywa u nas różna i teraz, po kilku miesiącach użytkowania motocykla, mogę stwierdzić, że jazda w złych warunkach już mnie nie przeraża, bo to doświadczenie mam już za sobą. Zaopatrzyłem się tylko w akcesoria niezbędne do podróżowania przy różnej pogodzie. Teraz– po zakończeniu sezonu motocyklowego– mojego pierwszego!- mogę powiedzieć, że wdzięczny jestem bratu, iż namówił mnie na tę przygodę. (A tak między nami – mój sezon jeszcze się nie skończył. W suche dni wyjeżdżam na krótkie, kilkudziesięciokilometrowe przejażdżki). JEST WSPANIALE 


Historia w obrazkach.
Zamieściłam teraz tylko kilka zdjęć, bo w postach o naszych rajdach będzie ich sporo.

** Ówczesna żona, ja nie miałabym w ogóle oporu, a wręcz piałabym z zachwytu- taki piękny motocykl, to co to za wahanie się.

26 maja 2026

Spojrzenie wstecz.

 

Od paru dni zastanawiam się nad tym, w jaki sposób opisywać nasze zloty motocyklowe. Parę już opisałam- zlot w Sztramberku oraz dwa u nas, ale tych zlotów było sporo, a ja czuję niedosyt w ich przedstawianiu. I chciałabym, by to, co piszę było interesujące, wciągające. 

Oczywiście, że opiszę tylko te zloty, w których brałam udział. Chodzi głównie o długie zloty, trwające od piątku do niedzieli- były one organizowane na Roztoczu oraz organizowane przez nas tutaj, na Ziemi Cieszyńskiej. Robiliśmy z Jaskółem również krótkie wypady, takie jednodniowe i one też są warte opisania. Jaskół jeździł i nadal jeździ na zloty organizowane przez kolegów w różnych częściach kraju. W sumie, jako plecaczek, przejeździłam pięć lat. Później się to skończyło. Pisałam już o moim kręgosłupie, który, niestety, nie pozwala mi na jazdę na motocyklu, ale i inne przyczyny, ważne przyczyny (chora matka, wymagająca stałej opieki, małe szczenię, sklep, który wtedy musiał jeszcze codziennie funkcjonować), spowodowały, że na motocykl mogłam i teraz też mogę sobie tylko popatrzeć i westchnąć do wspomnień.

A te są wspaniałe i dużo ich, bo dużo się na zlotach działo, bardzo dużo. Każdy z nich wymaga kilku postów, aby cały opisać wraz z fajnymi i niefajnymi chwilami, wrażeniami, by poczuć atmosferę, klimat tych motocyklowych spotkań.

Wiele rzeczy muszę sobie przypominać, porządkować zdjęcia, kolejność wydarzeń, drogę tam i z powrotem. Muszę przypomnieć sobie, kto na tych zlotach był, jak się zmieniały motocykle i priorytety zlotowe. Tak priorytety, bo formuła organizowanych przez nas zlotów tutaj, była prosta- trochę zwiedzania, dużo jazdy na motocyklach po fajnym terenie. Natomiast formuła zlotów na Roztoczu ewaluowała w stronę- mało jazdy, dużo zwiedzania. I program II zlotu, w tamtych stronach, był wręcz przeładowany. Nie narzekam, jednak taka ilość miejsc do zobaczenia spowodowała, że wszystko robiliśmy pod presją czasu. Na szczęście III i IV zloty pod tym względem były już o wiele spokojniejsze.

Do czego najbardziej tęsknię? Ano do atmosfery, jaka na naszych spotkaniach panowała. Była ona oparta na spontanie, uważności, serdeczności, oraz wzajemnym zaufaniu. W czasach, kiedy motocykle nie były jeszcze w takiej masie kupowane jak teraz, a modne były głównie ścigacze oraz grupy motocyklowe zarejestrowane w MC, naszą grupę, oprócz miłości do motocykla marki Royal Enfield, cechowało ogromne koleżeństwo (mimo czasem sporych różnic wieku) oraz chęć spotykania się, by wspólnie pojeździć.

No tak, tak było, a Jaskół, który corocznie spotyka się na zlotach z częścią tych ludzi (dochodzą nowi, ale już na różnych motocyklach), twierdzi, że już nie ma takiej atmosfery jak kiedyś. Owszem, jest koleżeńskość, ale brakuje tego czegoś, no nie wiem, jak to nazwać, chyba brakuje w nich Spiritus fraternitatis- ducha braterstwa, a może Spiritus communitatis- ducha wspólnoty?

Po prostu stara gwardia się wykrusza- część sprzedała Enfieldy, część choruje, w ogóle nie jeździ (SKS panie, SKS), paru zmieniło zainteresowania, już ich jazda na motocyklu nie rajcuje.

No trudno, nic nie jest wieczne, ale wspomnienia zostały, świetne wspomnienia i myślę, że warto je przelać na blog.

I jeszcze trochę o tym, jak zaczęła się cała historia zlotów. To, co teraz napiszę, to są wspomnienia Jaskóła. On kiedyś motocyklami interesował się średnio. Jego brat miał motocykle, zmieniał je co jakiś czas, a jego miłością były motocykle angielskie. Jaskół zrobił prawo jazdy na motocykl i na tym się jego zainteresowanie tymi pojazdami na długi czas skończyło. Owszem, podziwiał pasję brata, podziwiał jego maszyny, ale sam nie miał ochoty na coś takiego. W 2004 roku brat oznajmił, że ma na oku fajny angielski motocykl, jedzie go zobaczyć do Zamościa i zaprosił Jaskóła na wspólną wycieczkę. Motocykl obejrzeli, brat zdecydował się go kupić, ale coś mu się w życiu finansowo spaskudziło- musiał z kupna zrezygnować. Jaskółowi żal zrobiło się takiej fajnej maszyny- klasyk o pięknej linii, na kopa- czemu nie spróbować? No i tak kupił motocykl marki Royal Enfield. A potem już poleciało. Ponieważ Jaskół uznał, że to fajny motocykl oraz warto go popularyzować, pojechał do importera i podjął się sprzedawać te maszyny tutaj na Śląsku. Udało mu się sprzedać w jednym roku 3 motocykle. Tak powstał zalążek grupy miłośników motocykla tej marki. Mój mąż ma zdolności marketingowe, toteż wymyślił, że organizowanie rajdów dla posiadaczy tych pojazdów, będzie doskonałym sposobem na reklamę, a tym samym na podniesienie ich sprzedaży. Trzeba pamiętać, że w połowie dziesięciolecia XXI wieku, motocykli było stosunkowo mało i mało było różnych marek. A jak były, to były te najbardziej znane- Moto Guzzi, Harleye, „japońce”. Royal- Enfield to było coś nowego na rynku- ruszyła jego sprzedaż w całej Polsce. Jaskół miał umowę z Importerem, który go informował gdzie sprzedano każdy motocykl. Potem Jaskół nawiązywał kontakt z tymi ludźmi i tak zaczęła się rozrastać grupa miłośników tej marki. Każdego roku motocykliści przyjeżdżali na zlot, który organizował Jaskół (noclegi, wyżywienie, wycieczka w teren). Baza zlotowa była wówczas w Tychach. Kiedy Jaskół przyprowadził się do naszego domu, zloty przeniósł na ten teren. Potem spotkania royalistów zaczęli organizować inni motocykliści i tak każdego roku grupa (cyklicznie) zalicza spotkanie w różnych miejscach Polski. Średnio takich zlotów jest pięć. Jaskół założył również prywatną stronę internetową dla royalistów- Forum działa do dziś. Tam motocykliści mają możliwość podyskutować w różnych tematycznie działach.

Ja o mojej miłości do motocykli już pisałam- tak spotkały się dwa „waryjoty”, które pokochały ten piękny motocykl oraz motocyklowe wyprawy w teren.

No i na koniec powiem tak- wprawdzie w znanym powiedzonku to Niemiec płakał „jak go sprzedawał”, ale kiedy sprzedawaliśmy naszego Enfielda, to ja ryczałam i długo nie mogłam się z jego sprzedażą pogodzić. W sumie to jeszcze teraz mam ucisk na duszy, jak sobie przypomnę jego wygląd i ten kosmiczny klang to... ech..... Po 20 latach wzajemnej miłości- nasz się stosunkowo mało psuł- ze względów zdrowotnych, musieliśmy ten wspaniały motocykl, sprzedać.

Co jeszcze należy dodać? Ano to, że nasz Enfield produkowany był już w Indiach, ale jeszcze na podzespołach i w technologii angielskiej, potem, kiedy skończyła się angielska licencja, Hindusi zaczęli produkować swoje Enfieldy. Teraz trzepią masową produkcję, zmieniając często dizajn motocykla- jego piękny klasyczny wygląd dużo stracił. No i są na wtrysk (guziczek)- gdzież ten wymóg kopa, który stawiał motocyklistę przed dosyć trudnym zadaniem, ale stwarzający przeżycie przygody- zapali za pierwszym kopem, czy nie zapali. Te nowe modele cieszą się dosyć dużym powodzeniem w naszym kraju.

A Jaskół? No cóż był jednym z pierwszych popularyzatorów tej marki. W grupie został nazwany Komandorem, a kiedy sprzedaliśmy nasz motocykl, jeden z kolegów stwierdził: „Skończyła się pewna epoka”. I to jest fakt- skończyła.

Zaraz po kupnie.


 

No i jeszcze trochę o mnie w tej całej historii muszę jednak opowiedzieć. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz Enfielda normalnie zdębiałam- tak pięknego motocykla „na żywo” nigdy nie widziałam. I moja miłość do tej maszyny była dosłownie „od pierwszego spojrzenia”. Pierwsze jazdy zaliczyłam w normalnych ciuchach i w nowym kasku, bo ten od razu kupiliśmy, kiedy Jaskół upewnił się, że będę z nim jeździła. Kask powinien mieć spuszczaną szybę (uderzenie owada w twarz, przy dużej prędkości, jest bardzo bolesne, oczy też są tym zagrożone) i blendę. Nasi znajomi zainstalowali sobie interkom- my doszliśmy do wniosku, że każde z nas ma prawo do indywidualnego przeżywania jazdy i gadanie podczas niej, jest nam niepotrzebne.

Potem przyszła kolej na ciuchy ekstra motocyklowe oraz motocyklowe buty. Kurtka i spodnie ze specjalnymi wkładkami i z podpinkami, doskonale sprawdziły się podczas jazdy, zarówno w deszczu, tak i w upałach. Podczas upału po prostu wypinałam podpinki a pod spód ubierałam tylko lekkie rzeczy. Wierzcie mi, na motocyklu, w czasie jazdy, szybciej się zmarznie niż przegrzeje. Na plecach kurtek mamy naszywkę z napisem.

 Buty tylko raz mi przemokły, kiedy jechaliśmy podczas ulewy- i przemokły tylko dlatego, że wyprzedzające nas samochody ciągnęły za sobą fontanny wody na wysokości naszych stóp. Odpowiednie ubranie motocyklowe jest konieczne ze względu bezpieczeństwa. Nigdy też nie odważyłam się jeździć bez skórkowych rękawic- jeżeli ktoś widział zdartą skórę na dłoniach, ten przyzna mi rację, że taka ochrona jest potrzebna podczas każdej jazdy.

Motocykl zaliczył kilka przeróbek, ale nie naruszyło to jego ogólnego, klasycznego wyglądu.

Musieliśmy w naszym Enfieldzie podnieść tylne podnóżki oraz kolega dospawał, specjalnie dla, mnie oparcie. Potem były próby z siodłami, jednak tego ekstra dla mnie zrobionego już nie zdążyłam przetestować- uraz kręgosłupa był szybszy.

A w następnym poście będzie dokładna relacja Jaskóła o tym, jak dał się wciągnąć w przygodę z motocyklem, na punkcie którego oszalał- trwało to 20 lat.

Ja to napisałam tak płyciutko, ale jego wspomnienie ze szczegółami, warto przeczytać.

Trochę Indii- tam Enfieldy traktowane są jako narzędzie do przemieszczania się i wożenia dosłownie wszystkiego. Jest to tam popularny środek transportu, który wjedzie nawet na wysokie góry "bez zadyszki", a jest tak skonstruowany, że może go naprawić uliczny "mechanik" za pomocą śrubokręta i młotka. Mieć w Indiach Enfielda oznacza pewną nobilitację. 

Czwórka na Enfieldzie