Od miesiąca, w nocy, „śpiewają” puszczyki. Wygląda na to, że nie tylko
uszatki, ale i puszczyki zadomowiły się na dobre w ogrodzie. Kiedyś to donośne
kuuuuuuuwijt mnie przerażało (głupie ludowe przesądy, sączone dziecku do ucha
przez przecież mądrą babcię), teraz wręcz czekam na nie. Jednak częściej odzywa
się samiec. Siedzi na ogromnym świerku, rosnącym przy dużym tarasie i pohukuje.
Dzisiaj rano widziałam klucz gęsi, lecących na południe. Darły się
strasznie, a tempo miały niesamowite.
Słońce zachodzi w połowie dystansu między najdłuższym i najkrótszym
dniem, i jest go coraz więcej po południu na dużym tarasie. Liście na orzechach
zżółkły, opadają, a na brzozach już się zezłociły.
Już chyba nikt nie zaprzeczy, że idzie jesień. Upał dokucza tylko w
południe i po południu. Potem robi się chłodniej, choć wieczory jeszcze ciągle
są ciepłe i przyjemne. Siedzę wtedy na tarasie i planuję jego zagospodarowanie.
Do zrobienia schodów i barierek jest umówiona nowa firma. FIRMA, a nie
górnik-glazurnik. W tym tygodniu mają przyjechać zrobić pomiary. Myślę, że z
barierkami i schodami taras nabierze charakteru. Nowych mebli nie kupujemy, bo
po co. Okrągły stół i dwa normalne tarasowe, proste krzesła są w sam raz. Wszystko w
metalu, lekkie, nowoczesne. Teraz tkam okrągły chodnik, który położę na tych
kamiennych płytach, a następnie będą tkane pokrowce na siedziska, albo kilimki,
by narzucić je na krzesła. Muszę się pozbyć ogromnej masy wełenek. Tylko
zalegają w pudłach, a ja nie mam melodii do robienia czegokolwiek na drutach
lub szydełku.
Ponieważ nie lubię zawalonych durnostójkami pomieszczeń (tylko
książki mogą u nas być wszędzie, walać się po łóżkach, bałaganić, panoszyć się na półkach,
kredensie, blatach itd.)- lubię różności, ale z umiarem, bez nagromadzenie tego
wszystkiego, co w danej chwili mi się podobało, a potem zostało odstawione i
tylko kurz łapie- nic więcej, oprócz donic, na tymtarasie, nie będzie stało.
Wystarczy, że na
dużym tarasie są fotele (wygodne, rozkładane), rower stacjonarny, stoliczek oraz wciśnięty w kąt
wędzok, który mam zamiar kiedyś użyć. Na razie stoi i łapie kurz.
Duży taras en face- z lewej krata i balustrada, oddzielająca naszą część domu od części domu od siostry, tam też są schody do ogrodu. Z przodu istny busz (tak miało być) krzaczorów (dwie kaliny, hortensje, mała tawuła i bez Siringa, no i nieszczęsna rynna, która musi być długa, by woda nie wracała do piwnicy. Widać też kolejne szklane tafle do mycia 😀😀😀 oraz kolumny, które były od początku zaprojektowane i bez przygód wybudowane. A tu duży taras z boku- na nim donice z masą liści- jedyna roślina, która świetnie w tych warunkach rośnie, to jakaś odmiana koleusa (chyba), która zakwita dopiero pod koniec września. Z boku lekko spacyfikowany wielki cis- pchał się nam namiętnie na tarasy i trzeba go było trochę "postawić do pionu". Ten drewniany płotek to jedyny wybór w tym miejscu, by zakryć przestrzeń pod tarasem, która wcale nie jest urodziwa. Wprawdzie mogliśmy dać matę maskującą (siostra tak zrobiła), ale obrzydliwie się prezentowały te sztuczności. Tam, gdzie nie mam wyjścia, daję plastik- nie wszystko da się zrobić w drewnie i kamieniu- ale takich miejsc w ogrodzie jest nikła ilość.
Wracając do tematu nowego tarasu.
Te
wszystkie ozdoby, ozdóbki trzeba utrzymywać w czystości, bo wtedy robią
wrażenie, a ja już nie mam po prostu sił i zdrowia, by o to dbać. Zresztą
charakter nowego tarasu niezbyt wiele pomysłów dopuszcza. On ma być jasny,
przestronny i użytkowy o każdej porze roku. No może dokupimy jakiś fajny
parawan, by zasłonić widok na schody do piwnicy i równocześnie osłonić tę część
tarasu przed zimnymi północnymi wiatrami. Strasznie nie lubię, jak mi z tamtej strony
wieje (akurat to moje ulubione miejsce- mam widok na cały ogród), a jest to
taki „przelotowy” tunel między ścianą domu i ogromnym cisem, gdzie wiatr się
rozpędza. Na wiosnę o tym parawanie pomyślimy.
Podobno idą silne ulewy. Wczoraj trochę popadało, ale raczej tak
symbolicznie. Niemniej zdążyłyśmy z Bezą trochę zmoknąć podczas wieczornego
obchodu ogrodu.
I udało mi się sfilmować rzadkość ogrodową- gołąbka furczaka. To motyl,
który ma „wiatraczek w odwłoku”, bo lata jak najęty to tu to tam, w tempie
motocykli wyścigowych w formule GP, macha skrzydełkami jak koliberek- w ogóle
trudno go i sfotografować, i sfilmować.
Takie ładne papryczki rosną na górnym balkonie- ponoć są jadalne, ale żal je zrywać.
Upałów ciąg dalszy. W sumie
można się przyzwyczaić do wysokiej temperatury, zwłaszcza, że wieczory i ranki są
chłodne, wręcz rześkie. Tak sobie myślę, że będzie mi brakowało tego ciepełka. I ciepłe ciuchy znowu będzie trzeba ubierać- warstwy, góry ciuchów, nakładać na grzbiet, buty zamiast klapek...
Wczoraj posadziłam, obok tarasu, czerwone rudbekie.
Dzisiaj uporządkowałam grządkę przed tarasem. Stare róże zostały uratowane,
przetrwały remont i głęboką niechęć do nich, panów „majstrów”. Między nimi
zasadzę prusznik i azalię. Niech tylko te upały się skończą.
Fasolka dojrzewa w ilościach
niesamowitych. Wczoraj Młoda przyniosła nam ogromną michę zielonej, adzisiaj zagotowałam 4 słoiki tejże w solance.
Sporo fasoli jest zamrożone.
No i w sumie to jest piękne,
piękne jest właśnie to, że teraz piszę sobie o fasolce, o różach, o ogrodzie i
nie muszę już myśleć o tym, że za chwilę zacznie się kołowrót- dzwonek,
dziennik, klasa, lekcja, dzwonek, dyżur, dzwonek, dziennik, lekcja, dzwonek…
konferencja, szkolenie, wywiadówka, douczanie, konferencja, kurs, douczanie
wywiadówka, konsultacje…. apel, akademia, konkurs, zajęcia
pozalekcyjne…konspekty, plany, programy, sprawozdania, klasówki, kartkówki,
dyktanda, odpytywanie. Brrrrrrrr…. Ech…. No, a uczelnia???? Nic lepiej- ćwiczenia,
wykłady, prezentacja, przygotowanie się…. konferencja, artykuł, konsultacje… w
koło Macieju. Skończyłam pracę na uczelni w momencie, kiedy wprowadzono, chyba
na wzór podstawówek, multum papierów- plany, programy, wymagania, i punktoza,
punktoza, punktoza…. Stwierdziłam, że to nie dla mnie- żadnej perspektywy
rozwoju naukowego, za to oranie i jakieś kompletnie niepotrzebne wymagania, a
studenci… Drugie Ech….
Dopóki pracowałam, to pracowałam i już, dopiero z
perspektywy czasowej widzę, jak to w ogóle wyglądało. No nędznie, po prostu
nędznie i to nie z winy nauczycieli.
Powoli zapominam, że kiedykolwiek, kogokolwiek
uczyłam. I to jest właśnie piękne, to odcięcie się od tamtej pracy zawodowej.
Niesamowite uczucie- 30 lat w zawodzie i można o tym zapomnieć. A wydawało się,
że to niemożliwe. Owszem możliwe, ale ja odcięłam się zupełnie od tego
środowiska, zupełnie. Nie utrzymuję kontaktów z żadną nauczycielką, z którą pracowałam.
I to była właściwa decyzja. Żadnych wspominek, żadnych
opowiadań o współczesnych problemach, żadnego utyskiwania. NUL!
Takie kwiaty ma jedna z tych starych róż.
Przed domem pelargonie przeżywają "drugą młodość", mimo upałów- kwitną tak obficie jak na początku lata.
I jeszcze niecierpek (to pijaczyna, potrzebująca dużo wody)- bardzo mi się podoba, w przyszłym roku posadzę ich więcej.
No dobra, jutro jedziemy pooglądać piękne
charty- wystawa psów się szykuje. A potem może jeszcze jakiś park i pałacyk.
Rozstaliśmy się z majstrami od remontu tarasu. Jaskół w zgodzie, ja
podczas dwóch ostatnich ich wizyt w ogóle nie wychodziłam z domu. Nie na moje
nerwy.
Zaczęłam już nawet opisywać od początku, jak to wyglądało, ale dałam
spokój. Po prostu cały ten dwumiesięczny remont doprowadził mnie do rozstroju
nerwowego- nie chcę do tego wracać. Powiem tylko, że panowie forsowali cały
czas swoje wizje, w ogóle nas nie słuchając. Za każdym ich pobytem musiałam
przypominać, jakie były ustalenia i pilnować, by czegoś nie spieprzyli. Kiedy
mi nerwy wysiadły, interesu zaczął pilnować Jaskół (dotychczas był zajęty w sklepie,
jeżdżeniem po towar, sprawami administracyjnymi itp.- wydawało się, że ja
wystarczę przy remoncie). Myślałam, że z ludźmi można się spokojnie dogadać,
powiedzieć, czego oczekujemy i będzie to wykonane. Tym bardziej, że żadnych
cudów nie wymagaliśmy. Ale jak ktoś twierdzi, że się zna, a potem, w trakcie
pracy, ewidentnie widać, że nie, to zwala swoją nieudolność na
inwestora. No i nie da się dogadać z człowiekiem, który jest klasycznym
narcyzem oraz szowinistą (starszy pan), oraz nadętym tępym bubkiem (młodszy pan).
Nie pomogły nasze wyliczenia, ustalenia parametrów, dobór materiałów, rysunki… Jaskół jeździł dwa
razy do Tychów (w jedną stronę 60 km), by dokupić materiału, bo zabrakło, bo panowie „mądrzejsi”. Zupełnie jak w
powiedzonku mojego drugiego teścia:” Dwa razy my ucinali i jeszcze było za
krótkie”.
Ostatecznie taras zrobiony zgodnie z moimi/naszymi oczekiwaniami.
Starszy pan, który go robił, był przynajmniej w wykonawstwie rzetelny i dokładny.
W końcowej fazie robót przy tarasie tylko Jaskół z nim rozmawiał. Ja na samą
myśl o nim, dostawałam bólu żołądka.
Schody i balustrady zrobi inna firma. Tępota i bucowatość młodszego
pana (od schodów i balustrad), okazała się nie do przeskoczenia. Za każdym
razem, kiedy ustaliliśmy, jak mają wyglądać balustrady oraz schody, kiedy
pokazywałam balustrady na górnym balkonie, kiedy zaciągnęłam go do balustrady
przy dużym tarasie,by pokazać, że taka ma być, słyszałam: „Tak proszę pani”, „Dobrze, proszę pani”, a jak
przywiózł balustrady i schody do przymiarki, to okazało się, że zrobił coś, co
było kompletnie nie do przyjęcia. Oczywiście zgodnie z jego wizją, bo: ”Ja
jestem z artystycznej rodziny i ja mam wizję, niech mi pani zaufa”, a na moją
uwagę, że kupił za grube profile i nie takie były ustalenia, dodał: „Niech mi
pani zaufa, taras jest duży, to się zgubi”.
No i przywiózł grube grzmoty, obrzydliwie ciężkie. Jak szybko je z
samochodu w dwójkę ściągali, tak jeszczeszybciej, po naszych uwagach, sam je na samochód, obrażony, załadował. A
było co dźwigać, bo schody zrobił prawie przemysłowe, na ogromnych profilach.
Przecież gdybyśmy je przytwierdzili do lica tarasu, oberwałyby cały jego róg.
Ale: ”Niech mi pani zaufa”.
I po raz kolejny dochodzimy do wniosku- już nigdy „górnika-glazurnika’,
do żadnego remontu nie weźmiemy- górnika na emeryturze, który sobie czas umila
doraźnymi remontami. Niesłowni, partacze, przemądrzali, a ten w dodatku
postanowił sobie na mnie potrenować wszystkie zagrywki narcystyczne. Od chwalenia
się, jaki to ja jestem śliczny, apetyczny, wszystkie sąsiadki żonie mnie
zazdroszczą, bo ja jestem złotą rączką, przez wieczne pouczanie (bo to się tak
tą piłką nie wycina, bo miotłę stawia się włosem do góry i w tym stylu) i
udowadnianie mi, że nie mam racji, opowiadanie seksistowskich dowcipów,
nachalne i wbrew mojemu zdaniu, że sobie niż życzę, do narcystycznego pytania
zadanego boleściwym tonem: ”Bo pani mnie nie lubi, dlaczego pani mnie nie
lubi?” i naciskanie, i naciskanie na odpowiedź: ”Dlaczego….?” … wtedy mi nerwy
puściły (weszłam do domu, nie, nie zrobiłam awantury, czułam się „zgwałcona”
psychicznie). Oczywiście takich różnych przemocowych tekstów było więcej, ale nie chcę już do nich wracać. Bo ja jestem odporna na takie chwalenie się i nie padłam z zachwytu nad zaletami pana narcyza, zatem stałam się wrogiem numer jeden, zerem, szmatą, której trzeba udowodnić, że jest nikim. I konsekwentnie to robił.
Strzeżcie się takich typów- przymilnych, chwalipięt, stosujących
przemoc psychiczną w białych rękawiczkach. I tak wytrzymałam to przez dwa
miesiące, bo potem, gdy wysiadłam, już tylko dwa razy byli. Ale to już Jaskół pilnował roboty.
W dodatku bałaganiarze- pan starszy nawet po sobie papierka po śniadaniu nie
sprzątnął, butelki po wodzie walały się przy tarasie, wszystkie plastikowe
ścinki tudzież, śrubki rozwalone na płytkach, kabel nie zwinięty- po co,
przecież ta baba może posprzątać. No i pierwszy raz zetknęłam się z ekipą,
która przychodzi robić remont i nie ma ze sobą łopaty, taczek (kucie,
sprzątanie gruzu) kabla (nawiasem, pan bez pytania rozmontował przedłużacz, bo
mu jakieś blaszki przeszkadzały, po czym po zmontowaniu go na nowo, uszkodził
płytkę zabezpieczającą). Remont w całości miał trwać krótko, montowanie już
gotowych schodów i balustrad na początku września, a tu tych schodów i
balustrad, takich, jakie my chcieliśmy, ani widu, ani słychu. Dwa razy zawalili
terminy. No to podziękowaliśmy za już i krzyżyk na drogę, szukajcie następnych
frajerów.
Jedynym, co usprawiedliwia nasz wybór, jest to, że prawie trzy lata szukaliśmy
firmy do tego remontu i żadna się nie podjęła. Panowie sami się jesienią
podjęli remontu, wiedzieli na co wchodzą, potem termin zawalili, bo sobie pan narcyz zapomniał, następnie łaskawca
stwierdził, że nie może nas tak zostawić i chyba myślał, że łaskę nam robi, że
w ogóle zechciał. To też typowe dla narcyza. Zawali, a potem na ciebie winę
zrzuci, wmówi ci jaki jesteś beznadziejny, bo trzeba było się przypomnieć, a
sam przedstawia się jako ten dobrotliwy łaskawca, co teraz przyjdzie i „no już
dobrze, dobrze…”- zrobi tę pracę.
Natomiast balustrady i metalowe schody firmy robią i taką zamówimy do
wykończenia całego remontu.
Teraz czeka nas malowanie filarów- niepotrzebnie zapaćkał je płynem
przeciw łuszczeniu się farby- miał być płyn przeciw namakaniu- a wyszło jak
wyszło, chyba coś mu się pozajączkowało. Trzeba uporządkować teren wokół tarasu.
Na wiosnę zajmę się urządzaniem góry.
Powinnam się teraz nowym tarasem cieszyć, ale nie potrafię. Jeszcze
nie, za dużo nerwów mnie on kosztował. Fakt, że teraz wygląda dużo lepiej niż
przed remontem- jest czysty, równy i chyba ładne są te płytki, ale… może jak
już będą schody i balustrady, pobyt na nim będzie dla mnie przyjemnością. Za to
Beza, z przyjemnością, wyleguje się na słoneczku, na nagrzanych płytkach. Ma
swoje ulubione miejsca- w rogu pod cisem i zaraz przy drzwiach.
Przed tarasem będą posadzone dwa krzewy- biała azalia i niebieski prusznik. Pod, na razie, ubitą ziemią drzemią konwalie, śnieżyce i narcyzy. Wiosną wyjdą i zrobią dywan. Ziemię muszę uzupełnić, nadsypać około 10 centymetrów.
Z prawej strony będą schody- dwa metry szerokie, od prawego rogu tarasu do kolumny i balustrada od strony kolumny. Na dole nadbity schodek, który miał naprawić młodszy pan, ale...tak schodziło, tak się migał, że się wymigał.
Schody będą metalowe, ale stopnie będą z desek kompozytowych. Z drugiej strony schodów i wzdłuż tarasu, balustrady nie będzie. Za schodami będzie kawałek grządki, na której posadzę małą hortensję z pustymi, fioletowymi kwiatami.Ten długi próg będzie robił za krawężnik, a z prawej strony zostanie na nim osadzony pierwszy schodek. Trzeba jeszcze zalepić dziury po starej balustradzie, pomalować te nieszczęsne kolumny i zastanowić się nad pomalowaniem ścian parteru.
W stronę schodów.Ta obwódka przy kolumnie to było jedyne rozsądne wyjście, by zakryć dziury, jakie powstały przy kolumnach- panowie układali płytki w całości i okazało się, że do kolumny zostało około 5 cm pustej przestrzeni. Dociąć płytki nie, bo brzydkie takie kawałki, no to wymyśliliśmy "kołnierzyki" brązowe, by grały z dechami kolorem.
Chyba nie trafiłam z doniczkami- takie malutkie teraz są na tej dużej powierzchni. Werbena, w nich, też zmarniała od upałów. Do wiosny mam czas wymyślić coś innego.
No i koniecznie musimy zamontować markizę, od kolumny do kolumny- trochę odciąć to palące słońce od pokoju i tarasu.
PS. Tych kolumn na tarasie miało nie być. Miał być normalny taras ze schodami do ogrodu, a nad nim balkon wzdłuż całej ściany. Kiedy budowano dom, firma "zapomniała" zrobić balkon. Przyjeżdżam (mieszkałam wtedy w Bielsku), patrzę- pusta ściana, balkonu nie ma, chałupa wygląda jak stodoła. Nie powiem jaką wiązanką rzuciłam, bo jak mnie tak zwana jasna cholera trzepnie, to nie ma zmiłuj. Dziw, że przy tej obecnej tarasowej ekipie tak długo wytrzymałam, nie padła ani jedna panienka. Wtedy przyjechał architekt i stwierdził, że już tylko kolumny uratują sytuację. Zaprojektował trzy kolumny pod balkon- dwie na tarasie, trzecia przy wejściu do domu. Balkon uratował, ale nie taras. Kolumna nagle wyrosła na samym środku zejścia do ogrodu. Aby wejść na schody musiałam albo z prawej, albo z lewej ją obchodzić. No i znowu się wściekłam- zatem, na całej szerokości nadlali taras (ostatecznie ma 15 m2) i dobudowali schody. Teraz schody miały szerokość taką, jak nowy taras- 3 metry (i one zostały skute, bo się sypnęły na całego). A te kolumny to spartaczyli- są krzywe, mają różnej szerokości ścianki, natomiast na dole oblazły z farby oraz tynku. Dlatego trudno było zrobić równe kołnierzyki na nowym tarasie. Nie lubię ich, ta jedna zasłania mi widok na ogród.
Jest też i coś fajnego. Zakwitł następny hibiskusowy maluch. Ma piękne białe pełne kwiaty.
Kolejny dzień remontu
tarasu. Powoli zaczyna rysować się całość. Zmieniamy koncepcję- nie będzie
desek kompozytowych, będą grube płyty, kładzione na dystansach, a nie klejone.
Pokonani zostaliśmyniemożnością kupna
desek kompozytowych takich, jakie chcielibyśmy, ich ceną i kosztem montażu,
który wykona firma, polecana przez zakład produkujący deski. Każda usługa
takiego producenta kosztuje- wycena, dowóz, wykonanie, co generuje dodatkowe
koszty. W marketach budowlanych są deski cienkie, wykonane z lichego tworzywa i
w dodatku nie zawsze są na stanie w takiej ilości, jaka jest potrzebna. Koszt
tarasu z desek kompozytowych jest też duży ze względu na pierdylion śrubek, podkładek,
konieczność kładzenia legarów, desek wykończeniowych. Taras jest duży, deski
musiałby być składane (sztukowane), bo nie ma takich długich.Ale nie tyle cena, co właśnie mały dostęp do
kupna tych desek nas zniechęcił. I szantaż- albo kupujemy wszystko w sklepie
producenta łącznie z montażem, albo radźcie sobie sami i składajcie do kupy to
wszystko, co potrzebne.No i przyznam-
dechy kompozytowe jednak nie są najładniejsze, nie tak bardzo je chciałam. Od
początku, czyli gdzieś od trzech lat (tyle trwało poszukiwanie fachowców do
remontu), nie widział mi się kompozyt na tarasie. Zwłaszcza, że wtedy wybór
kolorów był mały no i te sztuczności… Drewniane w ogóle odpadają, pozostały tak
krytykowane płytki. Jednak brat, który wtedy był przy rozmowie o tarasie, zaczął
wynokwiać (fajne słówko, nie?), że odpadają, że pękają, że trudno równo lepić
(na kleju wtedy się kładło płytki), że fugi… Tak nas zniechęcił, iż w ogóle
przestaliśmy o płytkach myśleć. Ale wczoraj, w rozpaczy ciężkiej podczas
poszukiwania miejsca, gdzie mamy kupić ten kompozyt, pooglądałam sporo filmów z
montażem płytek na tarasach, przeczytałam komentarze pod nimi i doszliśmy do
wniosku, że technologia produkcji oraz montażu płytek poszła mocno do przodu-
to już nie te pękające, odskakujące kafelki, a porządne płyty w miarę
naturalne. Wyobraziłam sobie je na tarasie i decyzja zapadła- będą płyty,
osadzane na podkładkach, a nie lepione na kleju.
Codziennie rano budzi mnie
śpiew wilg. W ogrodzie są ich dwie pary. Wczoraj samce „przekrzykiwały” się z
dwóch miejsc w ogrodzie. Niesamowity koncert. Dzisiaj melodyjnemu zaśpiewowi
samców, towarzyszył skrzek samic. Czują wilgoć w powietrzu, będzie deszcz (oby, choć ziemia nie jest jeszcze mocno wysuszona). Na razie nie udało mi się ich dostrzec w
koronach drzew. Ze zdjęć nici. A wieczorami, na drzewach przy parkingu,
popiskują młode sowy. Dwie, albo trzy.
Upał dokucza (dzisiaj, o 11.
30 stopni z północnej, zacienionej mocno strony), nie mam ochoty na
eksperymenty kuchenne, ale ostatnio zrobiłam łazanki z młodą kapustą. Nie
przypuszczałam, że to takie dobre. Ten zestaw, bo łazanki z kapustą kiszoną znane mi są od dawna i niespecjalnie je lubię. Jednak te... no miodzio.
Robi się je podobnie jak
azjatyckie dania stir- fry, tylko składniki są wybitnie polskie.
Podam składniki z przepisu,
ale ja tak ściśle nie trzymam się gramatury – jak ktoś chce mieć więcej
makaronu, to go gotuje więcej, jeżeli łazanki mają mieć więcej kapusty, to
dajemy jej więcej.
Ilość składników, podanych w
przepisie, jest na 4 osoby. Ja zrobiłam z połowy, a i tak było tego po kokardy.
Podam oryginalny przepis.
Składniki:
- ½ główki młodej kapusty,
- 80 g makaronu na łazanki,
- 200 g wędzonego boczku,
- 150 g kiełbasy (wiejskiej,
podsuszanej, śląskiej itp.),
- 1 mała cebula,
- 1 i ½ szklanki bulionu
(mięsnego lub warzywnego, ja daję rosół z kury),
- 1 łyżka oleju lub smalcu,
- pęczek koperku (robi cały
smak i bez niego ani rusz),
- 1 mały por,
- 1 łyżka suszonego
majeranku (dopełnia smak),
- sól, pieprz do smaku.
Wykonanie.
Najlepiej sobie wszystko wcześniej
przygotować: poszatkować kapustę, pokroić boczek i kiełbasę w kostkę,
poszatkować koperek, pokroić por i cebulę, przygotować bulion
- ugotować makaron na łazanki, odcedzić,
odstawić.
- w garnku podgrzać olej, dodać pokrojony boczek,
podsmażyć, dodać pokrojoną cebulę i dalej smażyć wszystko dokładnie
mieszając.
- do tego wrzucić pokrojony por, kawałki kiełbasy
i wszystko posypać majerankiem, smażyćokoło 5 minut często mieszając.
- kiedy wszystko jest już podsmażone, wrzucamy do
tego poszatkowaną drobno kapustę, wszystko mieszamy i wlewamy gorący
bulion (nie wszystko na raz, powoli, by bulion wciągnęło). Potem można
resztę bulionu dolewać, by łazanki nie były suche.
- dodajemy sól, pieprz do smaku i gotujemy do
miękkości kapusty (około 20 minut), od czasu do czasu mieszając. Kiedy kapusta jest już miękka, wrzucamy łazanki
i jeszcze chwilę wszystko podsmażamy, na wolnym ogniu, bez przykrycia.
- na koniec wrzucamy posiekany koperek, mieszamy
i gotowe.
Juki już przekwitają- teraz, kiedy będę wklejać zdjęcia kwiatów, to często będę pisała „już przekwitły”, tak
szybko wszystko kwitnie i przekwita. Robię zdjęcia, ale nie nadążam z pisaniem
postów. W tym roku zakwitło mniej kwiatów juki i tylko w kwiatowym.
Wszystkie pozostałe kępy, porozrzucane po ogrodzie, nie zakwitły. Cieszę się, że te zakwitły, bo wredne ślimole łaziły po pąkach i wygryzały w nich dziury. Codziennie, przyświecając sobie latarką, ściągałam z roślin te paskudztwa.
Przeczytałam książkę o Chrystianie
Diorze- przyszło mi na myśl, czytając o powojennym, ale jakże barwnym, Paryżu- jedną z głównych rzeczy, której nie potrafię
wybaczyć PRL- owi to jest to, że zamknął nas w „szarym pudle”: najpierw
socrealizmu, potem PRL- owskiego siermiężnego dizajnu. To samo chciał zrobić PiS. A świat jest
taki różnorodny, kolorowy, pełen niespodzianek, rozgadany, wręcz rozpaplany,
rozśpiewany, roztańczony, roześmiany… bez procesji na ulicach, krzyży,
protestów z mantrowymi modlitwamiw
obronie księży- przestępców czy polityków- przestępców, bez straszliwych
plakatów antyaborcyjnych, wyjących pielgrzymek, mowy nienawiści wobec
wszystkiego, co inne niż kościółkowi lansują.
Francja jest dla mnie
synonimem wolności. Po pierwszej turze wyborów. ogarnęła mnie czarna rozpacz😂,
bo taki wynik we Francji nie powinien nigdy zaistnieć. A wynik drugiej tury
pozwolił mi odetchnąć i mieć nadzieję, że jednak ta brunatna zaraza nie rozleje
sięznów po całej Europie.
Ale wczoraj kibicowałam, jak
zwykle, Hiszpanii (a głównie zawodnikom Realu) i JEST!!!!! Przeszli do finału😄😄😄😄