sobota, 23 grudnia 2023

Ale jak to? Święta bez makówek??!

Krzyknął oburzony mój tata, kiedy matka się zbuntowała i powiedziała, że nie będzie robiła makówek. Rzeczywiście, makówki to tradycyjny śląski deser, podawany w Wigilię i trudno było sobie wyobrazić Święta bez niego. U nas w domu rodzinnym, był zawsze i stał twardo na straży tradycji śląskiej Wigilii, jak nie przymierzając, lutersko pod Cieszynem.

Bunt taty nas rozśmieszył, bo on Cieszyniok, w makówkach rozsmakował się dopiero wtedy, kiedy ożenił się z matką, rodowitą Ślązaczką spod Pszczyny. To ona wniosła tradycję makówkową, przyniesioną ze swego śląskiego domu rodzinnego.

No i makówki towarzyszyły mi przez wszystkie rodzinne Wigilie. A potem się różnie potoczyło- raz były, innym razem ich nie było.

W tym roku postanowiłam je zrobić, nie dlatego, że mamy Wigilię (od dawna tych i innych Świąt już nie obchodzimy), ale dlatego, że w żadnym innym  czasie nie smakują tak, jak w grudniowy świąteczny wieczór. To coś w rodzaju karpia bis- który tylko w grudniu ma swój niepowtarzalny smak i choć mogę karpia kupić o każdej porze roku, to tego nie robię. To już nie to, nie to mięsko.

W czasach mojego dzieciństwa makówki wymagały trochę pracy. Trzeba było zemleć mak, potem go ugotować w mleku. Trzeba było upiec chałkę (słodką plecionkę) jednak najtrudniej było „upolować” bakalie, które są do makówek potrzebne. To nie był i nie jest tani deser. Chociaż, z drugiej strony, teraz mamy gotowca- mak z bakaliami w puszce i to jest ta tańsza  oraz mniej pracowita wersja.

A ja połączyłam tanią z bardziej bogatą i zrobiłam makówki takie, jakie robiła moja mama.

Bo przepisów na nie jest w Internecie dosyć dużo i dużo jest ich wersji.



Moje makówki robię z gotowej masy makowej z bakaliami- wersja mniej pracowita, ale dodaję do nich jeszcze dodatkowe posiekane bakalie (suszone figi i morele, płatki migdałów rodzynki, kandyzowana skórka cytrynowa, nie dodałam suszonych daktyli- nie lubimy)- wersja droższa. Można również gotować mak w wodzie zamiast mleka, jednak makówki są wtedy bardziej wodniste i nie mają tego nasyconego mlecznego smaku.

I tak: wyrzucam gotowy mak z bakaliami do gara, gotuję pół litra mleka (może być więcej), kroję bakalie w kosteczkę, kroje w kostkę chałkę, wrzucam to do maku w garze, dolewam tyle mleka, by masa była niezbyt gęsta. Chałka wpija mleko, dlatego trzeba sobie samemu regulować gęstość masy. Lepiej robić to stopniowo niż zrobić makówki zbyt rzadkie. Wprawdzie możemy je ratować wrzucają dodatkowo pokrojoną chałkę, ale to mają być makówki z chałką, a nie odwrotnie.

Makówki robię „zmieszane” od razu- wszystkie składniki razem.


Nie dodałam miodu, który w starym przepisie figuruje, bo gotowa masa jest strasznie słodka. Oryginalny przepis mówi o zmielonym maku, gotowanym w mleku, który jest gorzki i dlatego trzeba dodać miód. W niektórych przepisach na makówki zaleca się dodać masło- nie przypominam sobie, by moja mama dawała je do makówek. Może i tak, ja nie dałam, bo i tak kaloryczność tego przysmaku jest horrendalna.😖😖😖 

Tegoroczne moje makówki mają też inny rodzaj orzechów w sobie. Dałam, pogniecione w misce tłuczkiem do kartofli, orzechy laskowe- oryginalny przepis mówi o orzechach włoskich. No i następna moja modyfikacja- zamiast skórki pomarańczowej w cukrze, dodałam kandyzowaną skórkę z cytryny. Skórki pomarańczowej nigdzie nie mogłam kupić. Mogłam wprawdzie sama sobie ją usmażyć, ale pomysł z makówkami wystrzelił dwa dni temu i nie miałam czasu na dodatkowe kulinarne zabawy. Skórka cytrynowa też fajnie smakuje, w dodatku dodaje taki orzeźwiający smak, łagodzi słodkość makówek.

 


Uwaga.

Można przygotować masę makową z bakaliami osobno i potem przekładać ją w salaterce- warstwa chałki, masa makowa, warstwa chałki, masa….

W niektórych przepisach jest podana bułka kanapkowa lub sucharki- nie wydaje mi się, by to było z oryginalnego, starego śląskiego przepisu.

Oczywiście można sobie modyfikować makówki, co kto lubi- baza jest jedna: masa makowa, ugotowana w mleku, z bakaliami.

Deser można podawać na ciepło, ale ja wolę zimny prosto z lodówki.

 


 

 

 

poniedziałek, 18 grudnia 2023

Birdflix

 Jestem teraz zalatana, jak te ptaszki w poszukiwaniu żarełka- nie mam czasu pisać tekstów w postach.

Jeśli ktoś ma ochotę pooglądać sobie ptaszory, wklejam 4 odcinkowy serial pt. "Pan tu nie siedział".

Filmy najlepiej oglądać na dużym ekranie



 



piątek, 15 grudnia 2023

Złośliwa paskudnica i Jaskółka- zimowa żywicielka.

Osa mnie dziabnęła. Dziabnęła mnie w łydkę, kiedy jadłam obiad we własnej kuchni, w połowie grudnia, czyli wczoraj. ‘Osa w połowie grudnia na chodzie i atakująca? Zdziwiłam się. Zdziwienie było proporcjonalne do bólu, jaki odczułam, czyli ogromne. No, bo siedzi sobie człowiek spokojnie, je obiadek, dyskutuje z Jaskółem, a tu nagle jakby ktoś mi szpilę z całej siły wepchnął w łydkę. Wyrwało mnie z krzesała i patrzę, co to za diabeł mnie ukąsił. Strzepnęłam toto ze spodni, na podłogę spadło coś czarnego dosyć wielkiego. Najpierw pomyślałam, że to wielki pająk mnie ukąsił- osa była ciemna i dosyć spora, dlatego pomyliłam ją z pająkiem. Teraz można przynieść do domu, wraz z egzotycznymi owocami, różne takie paskudztwa. No i strach, czy toto bardzo jadowite jest. Noga boli jak diabli, lecę do łazienki ratować ją fenistylem. Jaskół stwierdza, że to osa dokonała aktu terrorystycznego na moją nogę. Ale skąd osa w kuchni o tej porze? Pewnie Bezka ją przywlokła na futrze. Tylko, skąd o tej porze i już po śniegach oraz mrozach, jeszcze takie żywotne osie bydlę się znalazło? I czy teraz należy nadal uważać w ogrodzie na takie pułapki? Osa padła. No cóż trafił swój na swojego.

Noga jeszcze trochę boli, wczoraj trochę spuchła, dzisiaj mały punkcik tylko został.

Na dworze od kilku dni mocna odwilż, jest parę stopni ciepła. Śnieg schodzi i jest go coraz mniej. Dobrze, że nie ma słońca, bo zbyt gwałtowne topnienie śniegu, doprowadziłoby pewnie do zalania piwnicy, a tak jedynie w jednym pomieszczeniu jest trochę wody.

Przygięty cis przed oknem, podniósł się, co przyjęłam z ulgą. Naprawdę nie chcę go wycinać, ale jakby został taki „przyduszony” przy ziemi, to nie było by innego wyjścia.

W ogrodzie pogrom po tych ogromnych opadach śniegu. Jedne krzewy połamane, inne przyduszone przez śnieg do ziemi, pełno gałęzi wokół drzew. Dopiero początek zimy, strach pomyśleć, co będzie dalej. Więcej takich śniegowych pogromów, a ogród wróci do pozycji wyjściowej, czyli „gołego pola”.

 W niedzielę postawiłam karmnik. Niestety w miejscu słabo widocznym z domu, ale bezpiecznym dla skrzydlatych. Grasuje tu jastrząb albo krogulec. W sobotę znalazłam na śniegu plamę krwi w otoczeniu czarnych piórek, a wczoraj martwego kosa przy kompostowniku. Żal ogromny, jednak nie da rady bardziej ptaszorów chronić.



Jestem przeciwniczką dokarmiania ptaków na wsi, kiedy nie ma mrozów i śniegu. W takich warunkach ptaki powinny same sobie poradzić. Co innego, kiedy ziemie skuje mróz, a śnieg utrudnia do niej dostęp. Wtedy tak, wtedy chętnie ptakom pomogę przetrwać. 



 


Karmnik stoi, kule wiszą, ale ziarno będę sypać co trzy dni. Tylko po to, by przyzwyczaić ptaki do miejsca dokarmiania na czas, kiedy to będzie naprawdę konieczne.

Obserwuję, jak kowalik przegania z kul sikory. Nie da rady zrobić mu zdjęcia przez szybę, a przy otwartych drzwiach szanse na zdjęcie, są jeszcze mniejsze. Bardzo płochliwy ptak. Wróble też próbują "zawisnąć' na kulach, jednak nie ta klasa, odpadają. Pozostaje im zbierać ziarenka pod kulami.

 

Wygląda jak martwy, ale on jest w locie:).

W tym samym dniu, kiedy postawiłam karmnik, pojawił się krogulec. Siedział wysoko na brzozie. Już zwietrzył łatwy łup.  Kiedy wyszłam na taras, od razu pospiesznie się ewakuował. Pilnuję, ale czy upilnuję? To bardzo cwany drapol.

 

środa, 13 grudnia 2023

I straszno, i śmesznie

Czytam wypowiedź Prezydenta zaraz po zaprzysiężeniu gabinetu Tuska: „Nie będę blokował…”, a pod spodem tej wypowiedzi ukazuje mi się taka reklama

Koniec nietrzymania moczu

Odbierz bezpłatną próbkę, a nietrzymanie moczu nie będzie Ci już dokuczać.

Energy

Hmmmmm….

 


PS. Na temat Brauna i tego, co się działo wieczorem w Sejmie, nie wypowiem się. „Internet sam się obroni”.

 

wtorek, 12 grudnia 2023

Polityka i gary.

 


Taką malutką fajną poisencję dostałam od młodej. Niepotrzebne tylko jest to złotko na roślinie. Ludziom wydaje się,  wszystko trzeba "iskrzyć", aby było świątecznie.

Wczorajszy Sejm, jak wszystkie w nowej jego kadencji, dostarczył mi wiele emocji.

Na początku rozbawił mnie Suski, który już po głosowaniu chciał zmiany chyba w decyzji Konwentu Seniorów, dotyczącej debaty. Przewidywalne zgranie, bo odkąd PiS przeszedł do „opozycji”, to na porządku dziennym jest „przeszkadzanie” w obradach różnymi wnioskami, sprzeciwami itp., choć wiadomo, że nie mają one sensu. Ot tak, by pokazać, że oni nie poddadzą się tak łatwo. Wychodzi z nich  awanturnictwo i „patoveto”. Szkoda, że ich wystąpienia niosą zamęt zamiast być konstruktywnymi. Jak to się u nas mówi- „Wadzą się jak kluki w piaskownicy o łopatkę”. 

 Chciałam wysłuchać Morawieckiego, choć faceta chronicznie nie znoszę i na jego widok lub na  jego głos dostaję wysypki- dotrwałam do piątej minuty wystąpienia. Po usłyszeniu Polska w różnych przypadkach chyba z 15 razy, wyłączyłam głos. Przecież nie muszę katować się słuchaniem gnojka, który przez 8 lat przyczyniał się do dewastacji kraju. Współczuję obecnym na sejmowej sali. Po przemówieniu Kaczyńskiego coraz bardziej jestem przekonana, że bliżej mi do społeczności Unijnej niż bycie Polką w kraju Kaczyńskiego. Całe przemówienie było w stylu paternalistyczno-partyjno- gomułkowskim. Oczywiście straszenie Rosja i durnowate nawoływania do zbrojenia się (pewnie starymi abramsami). Brrrrrr….na szczęście obeszło się bez mlasków i cmoknięć.

Zabawne było to straszenie w momencie, kiedy Tusk nie przedstawił jeszcze swojego planu rządzenia.

A potem było coraz śmieszniej, bo te wszystkie pytania do Morawieckiego zadawane przez posłów PiSu to był łabędzi śpiew pełen kłamstw albo pochlebstw.

No i ta petarda Kaczyńskiego, po odśpiewaniu hymnu po wyborze Tuska na premiera. Ogrom chamstwa tego człowieka nie mieści się w głowie.

Można rzec, że rządy PiSu trwały pomiędzy dwoma wejściami, bez żadnego trybu, Kaczyńskiego- od „zdradzieckie mordy” po „pan jest niemieckim agentem”. Kurtyna.

A to mglisty, mroźny grudniowy poranek.


W grudniu, mniej więcej, o tej porze gotuję wielki gar bigosu. Moja matka gotowała bigos przed świętami BN, ja trochę wcześniej i nie wiążę go ze świętami. Po prostu bigos najlepiej smakuje w zimowym czasie. Mój bigos ma wszystkie składniki, bez sknerzenia- kapustę kiszoną, kapustę białą surową, suszone grzyby, wino, śliwkę suszoną, przecier pomidorowy, różnego rodzaju gotowane mięsa, boczek wędzony, kiełbasę podsuszaną i przyprawy, w tym dużo mielonego jałowca.

Prawdziwy bigos powinien mieć jeszcze dziczyznę, ale wolę to mięsko hasające po lasach i polach niż w garze.

W tym roku przygotowałam wszystkie składniki, poszatkowałam, pocięłam w kawałeczki, ugotowałam itp. I jak miałam je połączyć, to okazało się, że nie mam odpowiednio wielkiego gara. Dotychczas gotowałam bigos w dwóch dużych, ale po ich dokładnym obejrzeniu, doszłam do wniosku, że nie nadają się już do żadnego gotowania. Stare, przepalone. I gotowanie bigosu w dwóch garach też jest do …… Przygotowane wszystko w miskach, a tu gara nie ma. Dobrze, że Jaskół jechał po towar i po drodze kupił nowiuteńki ogromny, piękny bigosowy garnek. Już gdzieś tu pisałam, że ja wolę sobie kupić porządny sprzęt do pracy niż nową kieckę. 

 Bigos, dzień pierwszy.


 

Bigos dzień trzeci- tak się skurczył przez trzy dni powolnego "warzenia".



Gar mnie bardzo cieszy.

Wracając do polityki- po wyborze Tuska, poczułam ulgę i ogarnął mnie spokój. I nie dlatego, że wybrano Tuska, a dlatego, że skończył się koszmar pisowskich rządów. Do Tuska czuję ogromny szacunek za całokształt, ale jakby wybrano innego premiera z opozycji, nie miało by to dla mnie większego znaczenia. PiS poszedł na aut i to dla mnie jest najważniejsze w tej chwili.

 

niedziela, 10 grudnia 2023

Samochody wyścigowe- Muzeum Tatry w Koprzywnicy (3)


Zdjęcia są dobrane losowo, niekoniecznie odpowiadają wymienionym modelom. Tylko zdjęcia dwóch współczesnych samochodów wyścigowych są odzwierciedleniem opisu.

Na filmach znajdują się wszystkie omówione modele. Nie filmowałam wszystkich metryczek, bo zajęłoby to zbyt dużo czasu. Można za to zobaczyć manekiny w strojach sportowych, odpowiednich do samochodów wyścigowych, nagrody-wieńce, dyplomy, akcesoria samochodowe oraz silniki.

Samochody z Koprzywnicy, od początku produkcji, brały udział w różnych
wyścigach i zawodach. Zmodyfikowane do tego celu pojazdy, występowały
niemal w każdej z serii modelowej. Pierwszy czysto wyścigowy 
egzemplarz specjalny został zbudowany w 1900 roku dla barona 
Theodora von Liebiega, który był pośrednio zaangażowany w narodziny 
Präsidenta.
Pierwsze modele z koncepcją podwozia Tatra i silnikiem chłodzonym 
powietrzem, zwłaszcza Tatra 11 i Tatra 12, odniosły również duże sukcesy
w wyścigach samochodowych, które zyskały popularność nie tylko 
w Czechosłowacji, ale także za granicą. 
„Już w 1921 roku Tatra zbudowała dwa samochody wyścigowe typu T, 
napędzane czterocylindrowym rzędowym silnikiem OHC o pojemności 
3,5 litra i mocy 40 kW (55 KM). Josef Veřmiřovský zajął tym samochodem
drugie miejsce już podczas pierwszego startu w Ecce Homo w Šternberku.
 Wystarczała mu prędkość maksymalna 120 km/h. W tym samym roku 
powstały dwa otwarte samochody wyścigowe typu U 
z sześciocylindrowym rzędowym silnikiem o pojemności 5,3 litra 
i mocy 54 kW (73 KM)i rozwijającym prędkość maksymalną 140 km/h.
Oba te rzadkie typy wyścigów są eksponowane w Muzeum Tatrzańskim 
w Koprzywnicy.

 
Jak smakuje sportowy sukces, przekonała się także słynna Tatra 11 
z chłodzonym powietrzem silnikiem z przodu, szkieletową ramą 
i napędem na tylne koła. W 1925 roku wyścigowa wersja tego typu wzięła
udział w słynnym włoskim wyścigu Targa Florio i zdobyła dwa pierwsze 
miejsca w kategorii poniżej 1,1 litra. Na cześć tego wyniku sportowe 
wersje typu T11 otrzymały nazwę Targa.
Na filmie samochody sportowe są w dalszej części

 


 
Do samochodów sportowych, przynajmniej z nazwy, można zaliczyć także
Tatrę 57 A Sport z 1936 r. Dwudrzwiowy, trzymiejscowy roadster (trzecie 
siedzenie awaryjne znajdowało się z tyłu) napędzany był chłodzonym 
powietrzem silnikiem czterocylindrowy silnik o pojemności 1155 cm3 
i mocy zaledwie 15 kW (20 KM). 
 

Popularność zyskała także wygodniejsza, sportowa wersja typu T75 
z atrakcyjną płetwą na rufie.
Również pierwszy seryjnie produkowany aerodynamiczny samochód Tatra 
T77 z chłodzonym powietrzem, trzylitrowym silnikiem V8 umieszczonym 
z tyłu, wziął udział w słynnym wyścigu „1000 Czechosłowackich mil”, 
gdzie w klasyfikacji absolutnej zajął czwarte miejsce.
Po zakończeniu II wojny światowej w Koprzywnicy zaczęto opracowywać 
aerodynamiczny samochód turystyczny T600, napędzany czterocylindrowym
płaskim silnikiem o pojemności dwóch litrów, chłodzonym powietrzem.

 
Produkcja seryjna rozpoczęła się w połowie 1948 roku i wkrótce potem 
T600 czy Tatraplan pojawił się na licznych konkursach krajowych 
i zagranicznych. Z doświadczonymi zawodnikami fabrycznymi Sojką, 
Pavelką, Chovancem, Vrdlovcem i innymi odnieśli szereg sukcesów. 
Chyba najbardziej znaczący był udział w Międzynarodowych Zawodach 
Alpejskich w Austrii w 1949 roku, gdzie Tatraplany zajęły cztery pierwsze 
miejsca w klasyfikacji generalnej. Karel Vrdlovec zwyciężył na Tatraplane 
T 601 Monte Carlo i wygrał Silver Alpine Crossing.”

 
Na początku lat 50-tych wyprodukowano kilka egzemplarzy samochodów 
formuły Tatra 607, które kopiowały ówczesne przepisy Formuły 1. 
Niestety, „żelazna kurtyna” nie pozwoliła tym samochodom odnieść 
międzynarodowego sukcesu. Zespół zawodniczy Tatra, który w ostatnim 
okresie swojej działalności korzystał z zmodyfikowanych limuzyn 
Tatra 603, zakończył swoją działalność w 1967 roku. Od początku 
lat 70-tych silniki benzynowe Tatra chłodzone powietrzem weszły do ​​ 
oferty specjalnej dla nowego wówczas sportu samochodowego 
– autocross.


 
Do historii w niezatarty sposób przeszły także konkurencyjne warianty 
ciężarówek Tatra, ale ponieważ byliśmy tylko w muzeum samochodów 
osobowych, nie będę o sportowych ciężarówkach tu pisać.

 Tatra Ecorra Sport V8



„O uczczenie czeskiej legendy zadbały zakłady Eccora, w których zaprojektowano między innymi karoserie dla marki Innotech. Tym razem pod koniec 1996 roku przygotowano wyścigowe coupe Sport V8 na podwoziu Tatry T700, pamiętającym limuzynę serii 613 czyli... końcówkę lat sześćdziesiątych. Pod maską długiego na ponad 5,1 metrów auta znalazła się widlasta, wolnossąca, chłodzona powietrzem ósemka z czterema wałkami rozrządu o pojemności 4,4 litrów i mocy około 400 koni mechanicznych, połączona z 6-stopniową, sekwencyjną skrzynią biegów (początkowo pięciostopniową).

Samochód sportowy na filmie pokazany jest w końcowej części.
 

Pojazd o masie tylko 1150 kilogramów miał rozwijać prędkości 100 km/h w czasie niecałych 4,5 sekund i rozpędzać się aż do 300 kilometrów na godzinę, co stawiało go w pozycji najszybszego samochodu z Czech. Urodziny Tatry miała ostatecznie przypieczętować próba bicia krajowego rekordu prędkości, w który celowało też 220-konne coupe MTX. Na lotnym kilometrze na płycie lotniska Ostrawa w pobliżu miejscowości Mosnov uzyskano średnią 276 km/h. Sukces! Po udanej próbie Ecorra Sport V8 objechała kraj na różnych wystawach, a później brała udział w regionalnych wyścigach długodystansowych (Tatra kontra Gallardo - widok bezcenny), przechodząc w ciągu dekady niezliczone modyfikacje i zmieniła kolor z czerwonego na czarny. Po zrobieniu swojego jedyny egzemplarz spoczął w Muzeum Samochodów Sportowych w miejscowości Lany, położonej 35 kilometrów od Pragi.


 

Piękne coupe zaprojektowane przez Václava Krála zostało po raz 
pierwszy zaprezentowane publiczności podczas Salonu Samochodowego 
w Pradze w październiku 1991 roku. Nadwozie z włókna szklanego 
z klejonym szkłem zostało umieszczone na rurowej ramie przestrzennej 
połączonej z nitowanymi profilami ze stopów lekkich. Z przodu Králova 
Tatra posiadała składane reflektory, drzwi otwierały się do góry i do 
przodu. Klinowy profil nadwozia wykończono ostro ściętym tyłem 
ze zintegrowanym spojlerem. W sumie w Metalexie zbudowano cztery 
samochody MTX Tatra Sport. Z jednym z nich, inż. Petr Bold w 1997 roku 
ustanowił krajowy rekord prędkości 210,895 km/h.

 
   Dziś słynną sportową tradycję samochodów Tatra podtrzymuje zespół 
Tatra 603 z Koprzywnicy, założony w 1996 roku przez braci Hajdušków, 
synów Stanisława Hajduška, którzy w 1967 roku jeździli jednym 
z samochodów Tatra 2-603 B5 (pilotnicy Veřmiřovský , Mark) na trasie 
Marathon de la Route. Starannie odrestaurowali ten samochód i jest on 
używany w zabytkowych wyścigach pod górę i na torach w kraju 
i za granicą.”

 


 

https://www.muzeumnj.cz/tatra/expozice/se-sportovnimi-ambicemi

https://www.eurooldtimers.com/cze/historie-clanek/905-tatra-sportovni
-modely.html
https://autogen.pl/dna-135-tatra-ecorra-sport-v8.html
https://3dosetki.pl/aktualnosci/tatra-mtx

 

 

czwartek, 7 grudnia 2023

A tymczasem: -Zawiyrej dźwiyrze, bo mi ciasto spadnie

Moja babcia Emilia (mama taty, mamy mojej matki nie poznałam, bo zmarła tragicznie przed moimi urodzinami), smażyła wspaniałe pączki. Każdy pączek był nadziany śliwkowymi powidłami, był puszysty, miał chrupiącą skórkę i wokół biały paseczek. Przy smażeniu pączków babcia stosowała reżim kuchenny. Kiedy ciasto rosło, w postawionej na stole kuchennym  miednicy pod czystą ściereczką, nikt nie mógł pałętać się po kuchni, ani wyjść, ani wejść do niej, bo od razu babcia groźnie warczała:

- Zawiyrej dźwiyrzy, bo mi ciasto spadnie.

A jak mimo ostrzeżenia pchaliśmy się w te lub we w te na siłę, to było:

- Sapraporta, sakramyncki kluki wynocha mi stąd!!- I ściera szła w ruch. Pilnowała ostro, by ciasto świetnie wyrosło i chyba to był właśnie ten etap pieczenia, w którym decydowało się być, albo nie być wspaniałego ciasta drożdżowego. Pączki smażyła w roztopionym smalcu wieprzowym (wersja super lux) albo w oleju rzepakowym (wersja super), albo w Ceresie (wersja ekonomiczna). Każdy pączek przewracała „szpilką” do krupnioków (kto nie wie, to mówię- taki patyczek łamany na kilka części i taką częścią przebijało się jelito z kaszą, by nie wypłynęła z niego). Całe pączkowe misterium odchodziło wtedy.

Oprócz pączków, babcia piekła drożdżowe buchty i super strudel (ale to już nie drożdżówka). Z tamtych czasów zostało we mnie przekonanie, że pieczenie drożdżówki jest bardzo trudne.

Jakby na potwierdzenie tego, do tej pory, niestety, nie dane mi było upiec udane ciasto drożdżowe. Dwa razy wyszły zakalce i powiedziałam sobie- drożdżowe? Never!

Ale ze mną, jak z tą żabą, jeżeli chodzi o takie np. kulinarne rzeczy (w życiowych jak raz zadecyduję, to jestem raczej konsekwentna)- żaba stała przed kałużą i zarzekała się: „Do wody? Ja mam wskoczyć? Do takiej wody? Nigdy”, po czym chlup i już się w kałuży moczyła.


No i wskoczyłam w ciasto drożdżowe. Ale tym razem miałam kulinarnego przewodnika, który pilnował każdego etapu tworzenia. Moja córa od dawna piecze chleby. Namawiała mnie do tego wielokrotnie, a ja nie i nie. W końcu stwierdziła, że mnie nauczy, no i nauczyła. Efekt na razie jest taki sobie. Są bułki, pachnie w domu nieziemsko, ale kształt bułek pozostawia trochę do życzenia. Za to smak…no naprawdę to są prawdziwe wodne bułki pszenne. 

Nie prowadzę bloga kulinarnego, dlatego zdjęcia z całego procesu pieczenia są zwyczajne, robione w normalnej, nie przestylizowanej kuchni.  

 I tak- uwaga będę się teraz mądrzyła, kto umie piec drożdżowe ciasto niech weźmie na wstrzymanie, a najlepiej niech ominie cały ten fragment- do garnka wlewamy mleko (w przepisie jest woda), kruszymy drożdże, dajemy łychę lub dwie cukru- w przepisie nie ma cukru, jednak ponoć drożdże lepiej rosną w jego towarzystwie. Wszystko mocno mieszamy.

Lekko nagrzewamy wszystkie palniki, by piec był ciepły i je wyłączamy. Jest to chyba najlepszy sposób, by drożdże mogły wyrosnąć w cieple ( wszystkie ścianki garnka są równo nagrzewane). Można oczywiście postawić koło kaloryfera, ale mnie właśnie się dlatego nie udawało ciasto, bo drożdże miały jednak zimno. Garnek stawiamy między palniki i przykrywamy ściereczką, dajemy drożdżom szansę na wyrośnięcie tak około 10-15 minut.

Przygotowujemy mąkę, sól, olej  no i mikser.

Na wyrośniętych drożdżach powinna pojawić się piana. Jeśli się nie pojawi, możemy cały proces z drożdżami zacząć od nowa. U mnie się pojawiła😀
 
Wlewamy zaczyn do misy miksera, wsypujemy połowę mąki i zaczynamy miksować- mikser planetarny ma iść na najniższych obrotach.Moje dziecię nie bawi się  w wyrabianie ciasta mikserem. Wszystko robi ręcznie. No cóż, widać ja jestem ta wygodnicka. 

Po kilku minutach miksowania, wsypujemy drugą część mąki, dajemy sól i wlewamy olej, miksujemy tak długo, aż ciasto będzie jednolicie gładkie. No i tu trzeba kontrolować gęstość ciasta. Jeżeli jest lejące, to dodajemy trochę mąki, ale zbyt dużo mąki powoduje, że ciasto po upieczeniu będzie twarde.

Po zmiksowaniu misa z ciastem znowu ląduje na nagrzanej płycie pieca  (powtarzamy historię z nagrzewaniem palnikami).

Przykrywamy ją ściereczką i zostawiamy ciasto do wyrośnięcia. No i mamy ten najważniejszy moment- nie wolno dopuścić do schłodzenia rosnącego ciasta, bo klapnie. Lepiej jak dłużej je zostawimy niż z niecierpliwością będziemy zaglądać "czy już". Jaki to czas? Mniej więcej około 45 minut do godziny.

No i pięknie wyrosło. Wyjmujemy ciasto na stolnicę, formujemy wałek, dzielimy na tyle części, ile chcemy mieć bułeczek. Formujemy bułeczki, kładziemy je na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Górę bułek zwilża się wodą i nacina nożem. Podobno bułki powinny leżeć nacięciem do dołu podczas dalszego wyrastania. Przykrywamy bułki, leżące na blasze, ściereczką i pozwalamy im dalej rosnąć. Dajemy im na to tak około 40 minut. Potem odwracamy je nacięciem do góry. Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni, bez termoobiegu, grzałka górna i dolna, wkładamy blachę z bułkami do piekarnika i pieczemy około 20 minut. W tym czasie lepiej piekarnika nie otwierać i znów lepiej im dać więcej czasu na pieczenie, niż wyjąć niedopieczone.

Przepis na bułki kajzerki  (9 sztuk)

- 400 g mąki pszennej  (do bułek stosować najlepiej typ 650, albo o większej liczbie),

- 240 ml wody ( ja dałam mleko),

- 20 g świeżych drożdży,

- płaska łyżeczka soli,

- 25 ml oleju (dałam dwie duże łyżki),

- dałam 2 duże łyżki cukru- w przepisie ich nie ma, ale drożdże lepiej rosną z cukrem, a w smaku bułek w ogóle go nie czuć,

- opcjonalnie sezam lub mak do posypania.

Takie wyszły moje pierwsze bułki drożdżowe. Hmmmmm...ale jestem dumna mimo ich plackowatego wyglądu.
 


Na co teraz zwrócić uwagę? Mąka jednak musi być grubiej mielona. Ja piekłam z mąki typu 500, a do pieczenia pieczywa używa się mąki typu 2000. Im grubiej mielona mąka, tym ciasto bardziej zwarte. I to było widać po moich bułkach- ciasto trochę się rozlało na blasze, a jak wyrosło, to bułki połączyły się bokami.

Niby takie placki płaskie, a w środku pięknie upieczone bez zakalca.

No nic to, trening czyni mistrza, następne bułki, mam nadzieję, będą bardziej udane, bo już opuścił mnie ten opór porzeciwdrożdżówkowy.