Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beza. Pokaż wszystkie posty

środa, października 07, 2026

Kiedy daje się zbyt dużo wolności.

 



To był krótki wypad. Szkoda nam było tak pięknego dnia na siedzenie w domu. W piątek wzięliśmy Bezę i pojechaliśmy nad znajomy staw.


W zeszłym roku w lipcu na tym stawie roiło się od ptactwa wodnego. Pełno było na nim dzikich gęsi, kaczek oraz czapli. 

 

Nie byliśmy w tym roku, w lipcu, dlatego nie mam pojęcia, czy też było tyle ptactwa wtedy. Teraz staw jest pusty. Na wodzie pływało kilka kaczek, trzy rybitwy i to wszystko.

 



 Przy brzegach stało kilka czapli siwych, które co chwilę zrywały się z łopotem, by majestatyczne przelecieć nad taflą i wylądować w innym miejscu. Jedna zdecydowała się usiąść na konarze dębu- stamtąd cały czas nas obserwowała. 


Chyba przeszkodziliśmy jej w polowaniu na ryby, a miała co łowić- co i rusz nad wodę wyskakiwały karpie.

 


Nad stawem było cicho, nie odzywało się żadne ptactwo. Tylko od strony lasu, od czasu do czasu, słuchać było wystrzał.

Piątek, prawie południe i polowanie? Byłam zdziwiona, ale potem do mnie dotarło, że przecież niedaleko, na skraju lasu myśliwi mają swoją strzelnicę. No i wkurzyłam się- na skraju lasu, na łęgach, w miejscu, gdzie niedaleko gniazdują orły i bocian czary. Idioci, po prostu szkoda słów. No, ale ta strzelnica istnieje tam, co najmniej, od 30 lat. Przynajmniej ja wiem, tyle lat, ze tam jest, a dopiero teraz jakby mnie olśniło, że jej usytuowanie jest jakąś kpiną. A z drugiej strony, skoro orły i bocian czarny postanowiły tam zakładać gniazda, to znaczy, że im ta strzelnica nie przeszkadza. Chyba? W zeszłym roku na brzegach niektórych stawów ustawiono armatki hukowe, by płoszyć ptactwo, które hodowcom wyżerało ryby. Już wtedy zauważyliśmy, że ptaki chyba się przyzwyczaiły, bo huki hukami, a one siedziały spokojnie na tafli lub na brzegach stawu. To raczej Beza, która jeszcze wtedy słyszała, była bardzo zaniepokojona tymi hukami i chciała wracać do samochodu, co też dosyć szybko zrobiliśmy. Żadna przyjemność w takich warunkach spacerować. W tym roku armatek nie słychać.


 


Nad stawem nie byliśmy długo. Przeszliśmy ocienioną groblą do jego końca i stwierdziliśmy, że dalej, w słońcu, nie będziemy szli. No to zawróciliśmy. Wszystko było fajnie do momentu, kiedy naszej niesfornej psinie włączył się szwendacz i dała szpulę w dół grobli (tak w jej połowie długości), ku rowowi wypełnionemu rudym świństwem.

 


 Nie zdążyliśmy zareagować, kiedy „taka stareńka, taka schorowana, takie ma serducho zmęczone” odbiła się od brzegu i fruuuu przez ten rów na drugą stronę. A że rów jest dosyć szeroki, a Beza chyba źle oceniła swoje siły, to chlapnęła całym zadeczkiem w tę rudawą ciecz. Szybko wystrzeliła (wygramoliła się raczej) na brzeg tak, że tylko tylne łapska zamoczyła dokładnie. Ogon i reszta ocalały w stanie suchym. No, ale ja za nią przez ten rów ani dudu. Za szeroki i nawet rozpędu nie było gdzie wziąć. A Beza już na drodze dojazdowej stoi i nic sobie z nas nie robi, zresztą ona nas przecież nie słyszała. 

 To było w połowie tej długiej grobli- my na grobli, Beza za rowem, na drodze, a do rowu dosyć stroma skarpa.


Nie pozostało mi nic innego, tylko truchtem, pędem zaliczyć resztę grobli i łapać psa na tej drodze. Na szczęście nic nią nie jechało. Zresztą, przejechać tam mógłby tylko jakiś desperat. Już dawno nie widziałam takich głębokich, gęsto rozmieszczonych i zalanych dziur na drodze. Jak mnie piesa zobaczyła, to bez wahania slalomem, między tymi dziurami, truchcikiem przybiegła. Złapałam ją za szelki- smyczy nie zdążyłam od Jaskóła wziąć- w krzakach niedaleko zauważyłam czarnego kota. Gdyby go zobaczyła, to mielibyśmy przechlapane. Co, jak co, ale kotów, zwłaszcza czarnych, Beza nie toleruje. Niedawno przegoniła takiego z alejki sosnowej, a leciała za nim rozciągnięta, jak zając w ucieczce. Tylko brzuchem szorowała po igliwiu. Naprawdę miałam obawę, że mi zaraz padnie na to chore serce. 

Tak sobie jestem niewinna, po prostu węszę sobie i tyle. 

A nad stawem? No, mówiłam, że nie należy jej ze smyczy spuszczać, mówiłam... och... niech piesek trochę wolności poczuje. I poczuła, a ja odbyłam trening w szybkim marszu na 60 metrów. A drugi zaliczyłam w domu, gimnastykując się podczas mycia Bezy pod prysznicem. Ależ brudna woda się z niej lała i jeszcze taki drobny czarny piaseczek. I mogłabym się wkurzać, ale jak sobie przypomnę ten jej skok przez rów, to mi się śmiać chce. Taka zmęczona życiem, a tu niespodzianka kondycyjna.

 Zrobiłam kilka jesiennych zdjęć.


 



Liście dębu omszonego.

sobota, września 26, 2026

„Nudne” jesienne życie „otulone” firanami.

 

W pierwszy dzień jesieni, prawdziwie jesienny z ulewnym deszczem oraz wiatrem, uruchomiliśmy nowy piec CO. I zrobiło się w domu przytulnie, ciepło, sucho. Nasz dom nie jest jakoś specjalnie wilgotny, nie siedzi w nim wilgoć, ale jak zaczyna się czas chłodów i deszczów jesiennych to powietrze w nim jednak jest inne niż latem. Zmieniło się kiedy kupiliśmy suszarkę, bo suszenie na suszkach powodowało lekkie zawilgocenie powietrza, gdzieś ta woda z ubrań musiała przecież zaistnieć.

Piec na razie sprawuje się dobrze, jest mało obsługowy i nie wymaga wielkiego wysiłku- raz na jakiś czas wsypie się do zasypnika węgiel i to wszystko. Idzie na niskiej temperaturze, a i tak to wystarczy. Niższej już nie należy ustawiać, bo przestaje się opłacać grzanie. Tak więc idzie z 50 stopniach temperatury w piecu a w domu są 23 stopnie. Oczywiście trzeba go pilnować i kontrolować co jakiś czas, czy wszystko gra, ale to mały Pikuś. Testujemy pierwszą tonę groszku- o najniższej kaloryczności- na ile wystarczy i jaki daje popiół. Nie macie pojęcia, jak to fajnie teraz rano wstawać w ciepłym domu i nie trzeba po południu lecieć do piwnicy składać ogień. Nie trzeba nosić drewna do piwnicy i ładować do pieca ciężki węgiel, a potem wynosić wiadrami popiół do kubła. Takie niby małe coś, a jak pięknie zrobiło życie ładniejszym.

Niemniej mam teraz problem z doborem ciuchów domowych- w zeszłym roku, przy grzaniu starym piecem, nosiłam bluzy polarowe i ciepłe skarpety, klapki z zakrytymi palcami. Teraz kombinuję- bluzka bawełniana, dosyć cienka, skarpetki bawełniane, klapki otwarte- gorąco. Bluzka letnia, bez skarpet, trochę chłodno....zestawów może być sporo. Wolę, jak jest ciepło, niż wiele warstw ciuchów na siebie wkładać.

Zdążyłyśmy przed deszczami przyciąć trawniki i zastanawiam się, czy to było ostatnie koszenie czy, jak przyjdzie w przyszłym tygodniu, ciepły czas,a ma ponoć przyjść, to trawa buchnie w górę i będzie trzeba jeszcze raz przykosić przed zimą. Zobaczymy. Na razie po deszczach zrobiło się zielono tylko dołem, bo górą drzewa już łapią kolory, a brzozy zaczynają tracić liście. 

Takie piękne gazanie ciągle kwitną na dużym tarasie. 



 

Niesamowite kolory. Ta z zielonymi obwódkami na płatkach kwitła najmniej obficie.

 


Chyba już wyrzucę pelargonie z tarasu. Zrobiły się brzydkie i raczej nie zakwitną. Powoli, po kolei, wszystkie kwiaty i tak trzeba będzie posprzątać. Robią się, po prostu, nieładne.

Pigwowiec w deszczu.

I kalina obok dużego tarasu.


 


Wyjęłam maszynę do szycia-nareszcie- i zaczynam działać. Muszę poszyć nowe obrusiki na stół do kuchni- jest żelazna zasada w naszym domu, nie jada się na gołym blacie żadnego stołu. Że drobnomieszczański zwyczaj? A w nosie to mam, nauczono mnie kultury jedzenia przy stole, kultury nakrywania stołu i tego się trzymam. Jak nie obrus, to przynajmniej serwetki pod filiżanki z kawą czy talerzyki z ciastkami. Brzmi to czasem śmiesznie- „a u państwa nas na obrusach jadano”- a przecież nawet babcia, u której w kuchni, na stole, był obrus ceratowy i nie zdejmowała go nawet, kiedy robiła na stole kluski, przecierała wilgotną ściereczka ten obrus, by był czysty, zanim położyła na nim talerze. Odbieram to jako szacunek dla biesiadników- czysty obrus, czysta zastawa, podawanie na półmiskach, a nie w rondlach. Z tym ostatnim u nas różnie bywa, bo ziemniaki od razu nakładamy, z garnka, na talerze i też nie ma zgrzytu.

Zatem, zabieram się do szycia nowych obrusów, bo stare już się sprały- zmieniam dosyć często, nie znoszę, jak są poplamione, o co jest łatwo, kiedy się codziennie na nich je.

Sprane obrusy wędrują do przytuliska dla zwierząt i tam są, według potrzeb, wykorzystane.

"Firanka" na cisie, a w środku tkacz.



 

Muszę też wymienić firanki w oknach. Tak mam firanki w oknach, ale latem nie wszędzie- nie ma ich na drzwiach tarasowych, mam piękne widoki na ogród i nie przeszkadzają, kiedy są drzwi na tarasy otwarte. Natomiast zimą wieszam wszędzie, bo stanowią doskonałą barierę przed zimnem, bijącym od wielkich tafli szkła. Dlatego latem wieszam długie firanki tylko na oknach tam, gdzie są pod nimi kaloryfery- zasłaniam nieładne żeberka, a zimą wieszam krótkie, by odsłonić kaloryfery i nie zatrzymywać idącego od nich ciepła. I znów stwierdzę- mam firanki i nie zawaham się ich powiesić, chociaż bardzo wielu kręci nosem, że to przeżytek i panie dzieju, kto to widział mieć firanki w oknach we współczesnych czasach. Była, na moim nieistniejącym już blogu, dyskusja na temat firanek. Komentarze takie autorytarne, że jeszcze teraz strach się bać- a to, że kurz, a to, że zasłaniają widok, a to, że ograniczają światło, a to, że „nie lubię”, a to, że obciach, a to, że „u mnie nie będą nigdy wisiały” (Rejtan firankowy- po moim trupie zawieszą)- powodów tysiąc pięćset na NIE. A jakoś żadna z komentujących nie zajarzyła, że to, co jej nie odpowiada, to innym już tak. I jak to bywa, w takich dyskusjach, komentujące podzieliły się na dwa obozy- omal rozdzielać by je trzeba było, bo to nie była już wymiana opinii, a zażarta wojna personalna. Tak się zawzięcie kłóciły, jakby moje firanki były sprawą państwową najwyższej rangi. Kłótnia z powodu głupich firanek, które u mnie w domu wiszą i ośmieliłam się o tym napisać- niesamowite.

Takie to sobie wścibianie nosa i krytykanctwo krąży we wszechświecie. Obrusy? Firanki? Ble!

Hm... chyba nawet popełnię jakieś świętokradztwo stylistyczne, ponieważ skuszę się na kupno nowych. Może takich strojnych z wielką koronkową koroną na dole, albo gipiurowe? A może kupię tzw. makarony? O... makarony... a może jeszcze jakieś strojne takie podpinane i spinane kokardkami? Ech.... no właśnie, kupię najnormalniejsze gładkie i tyle. Nie wyśmiewam tych wymienionych, są wnętrza do których one idealnie pasują, są ludzie, którzy takie lubią np. moja bratowa. Ma tak urządzony dom i mnie nic do niego tak, jak innym nic do mojego domu i robienie wielkich oczu, buźki w wielkie „O” oraz krytykowania firan w oknach kogokolwiek.


Beza złapała zapalenie lewego ucha. Dostała serię lekarstwa do wkraplania. Po kontroli dostała drugą. Na początku o mało nas pogryzła, bo nie chciała sobie dać ucha zakroplić. Musiało ją to bardzo boleć. Teraz już nie ma problemu z zakraplaniem, ucho jest w o wiele lepszym stanie. 


 

Co jeszcze u nas? Ano toczy się normalnie, wychodzimy z kryzysu zdrowotnego, który pozostanie już nie kryzysem, ale stanem wzmożonej uwagi.

Włączyliśmy już lampki w holiku- taka inauguracja początku jesieni- zrobił się wieczorem fajny nastrój. Lampki kojarzą się, przede wszystkim, ze świętami BN, ale my ich nie obchodzimy, a lampki wieszam, bo lubię kolorowe światła. Może jeszcze dokupię więcej?

Wrażeń, zdziwień i radości nie brakuje, i nie trzeba jakichś specjalnych bodźców, by uznać, że jest dobrze. Kiedyś chciałam, by moje życie nie było nudne, monotonne, by było interesujące. I takie było aż nadto. Teraz już mam tego dość. Wystarczy mi tych emocjonalnych huśtawek i nadmiaru bodźców. Cenię sobie to spokojne, normalne życie, nie narzekam na nudę i tyle.





środa, września 02, 2026

"Jutro o tym pomyślę"

 


Mój instynkt samozachowawczy jest niezawodny. Instynkt, dotyczący oszczędzania nerwów, a może to nie tyle instynkt, co lata doświadczenia w pokonywaniu ogromnych stresów i radzeniu sobie, by nie zaliczyć tego najgłębszego dna. A już blisko do niego było kilka razy.

W zasadzie od dziecka rozładowuję stresy aktywnością, głównie fizyczną. Moje bieganie po lesie, włóczenie się po nim, sprzątanie pokoju, „nadprogramowe” granie na pianinie na full (tak, trzeba było ćwiczyć do lekcji), czy pranie ręczne- sama sobie prałam lżejsze ciuchy, nawet rąbanie drewna oraz oporządzanie zwierząt, to wszystko pomagało mi poradzić sobie z lękami, bólem duszy, niepewnością, poczuciem zagrożenia czy niesprawiedliwości.

I biegiem lat, mój organizm tak się wytresował, że jak tylko był problem, to brałam się do roboty, by poradzić sobie ze stresem, a problem zamieniał się w zadanie do wykonania. Poza tym- na początku z tych słów się śmiałam- spostrzegłam, że ten mechanizm działa i to pozytywnie. Pamiętacie Scarlett O'Hara z „Przeminęło z wiatrem”? Otóż ona, kiedy napotykała na trudności, mówiła spokojnie: „Jutro też jest dzień, zastanowię się jutro”. A przez noc przecież tyle się zmienia, zmieniają się myśli, nastawienie, człowiek inaczej patrzy na świat po przebudzeniu. Często, kiedy nawiedzają mnie czarne myśli, mówię sobie spokojnie: nie teraz,  teraz nie chcę o tym myśleć i szukam w głowie wesołego tematu, pogodnych myśli, jasnych obrazów. Tak samo podchodzę do problemów- nic na siłę, pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł, jutro też jest dzień. I to działa, oba sposoby działają. Nie znaczy to, że uciekam od problemu, po prostu, po nawet krótkim czasie, wygląda on zupełnie inaczej. I jest czas na podejście zadaniowe, wymyślenie wariantów działania. Ale nie zawsze tak było, walka z ujemnymi emocjami jest cholernie trudna i zanim się tego nauczyłam, spaliłam się prawie na węgiel. Niestety mocne osady pozostały, jest tylko pilnowanie, by znów nie dopuścić do pożaru.

I teraz tak samo staram się pokonać stres- od poniedziałku wymyłam wszystkie okna, wykosiłam trawniki, wyprasowałam pranie, wymyłam krzesła i nogi stołu w kuchni- Beza włazi pod stół, a że ma futerko jakie ma, to po pewnym czasie nogi krzeseł i stołu są czarne. Kurcze, wymyłam nawet ściany w sieni do wysokości 50 centymetrów, które też miały smugi w miejscach, gdzie przechodzi Beza. To samo z narożnikami ścian i futryn oraz drzwiami. Wyprałabym również firanki, ale obiecałam solennie "wybyłym" domownikom, że jak będę sama w domu, to nie ma: po pierwsze łażenia po drabinie i po drugie cięcia mechanicznym sekatorem (tu uważam jak diabli, ale go raczej nie odstawiam).

W sumie mają rację, ale wpędziło mnie to w jakąś fobię, bo łażę wszędzie z telefonem, by w razie co....

Niby już jest dobrze, wszystko wraca do normy, ale ten cholerny niepokój, gdzieś tam targa podświadomością.


W ogrodzie przekwitają kwiaty. Zakwitły ostatnie gladiole- biała, która od razu deszcz połamał oraz ciemnobordowa- piękna.




 

Kwitną wrzosy i czekam na zimowity. Już powinny zakwitnąć, a tu ciągle puste miejsce na grządce. Mam nadzieję, że susza ich nie zniszczyła. Dziwna roślina- na wiosnę ma liście ogromne, potem iście usychają, a jesienią zimowit zakwita już bez liści.



Od paru dni snują się wokół domu dymy, takie dymy, które od razu przywołują wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to palono na polach łęty, a w ogniskach piekły się ziemniaki. Wdycham ten dym z przyjemnością, jest nienachalny, pachnie przyjemnie. Na razie nie zauważyłam babiego lata- nitek pajęczych, snujących się wszędzie. A przecież już czas na nie. Jeszcze dwa tygodnie i rozpocznie się jesień. Najpiękniejsza kolorystycznie pora roku. Urodziłam się jesienią, jestem jesienna, w kolorytach też. Lubię jesień w każdej postaci. Nawet w tej z deszczem albo z mgłami.

Taka przypominajka


 


wtorek, września 01, 2026

Chrzanienie nie tylko o chrzanie.

 


Napisałam post o krótkiej wyprawie w teren, by zobaczyć stary słup graniczny, postawiony kiedyś na granicy Prus i Austrii. No i post wcięło, zanim go zamieściłam.

A wycieczka była półtora tygodnia temu- w piątek.

Na razie ten temat odstawiam, jak będzie wena, to napiszę, o co chodzi z tymi słupami granicznymi.

A teraz to, co dzieje się na bieżąco. Sobota- jedziemy Bezie obciąć pazurki (bardzo szybko jej rosną, a może to ten czas tak leci? Niedawno przecież byliśmy.). Zong, przed weterynarią kupa samochodów, Beza 7 w kolejce, a czynne do 13. Nie czekamy, naszym zwyczajem zaliczamy krótki wypad w teren. A teren to dokładnie staw w sąsiedniej wiosce. Nieplanowany. W sumie to nie wiem, co Jaskół planował mi pokazać. Na pewno chciał mi pokazać nowe rondo, ale naburczałam na niego, że rondo nie jest dla mnie interesujące, niech mnie zawiezie gdzieś „w przyrodę”. Trochę się spiął, bo rondo miało być pokazane dlatego, żebym wiedziała, jak z niego korzystać w drodze do Jastrzębia. Przyznać jednak muszę, że uważnie skanowałam całą trasę, a w obecnej sytuacji akurat mi się przyda. Normalnie do Jastrzębia jeździmy inną drogę, ale aktualnie trwa przebudowa torów pod szybką kolej i jest szaleństwo z drogami (kolejny most w przebudowie, kolejna droga zamknięta i same objazdy). Ta normalna trasa ma objazdy, ta z „rondem” jest nowa, ale omija całe to szaleństwo. Teraz jak znalazł.

Ok, no cóż, ja tam wolę jednak teren „niezabudowany”. Zatem zatrzymaliśmy się przy ogromnym stawie, na którym siedziało stado mew. Dla mnie choćby kawałek takiego widoku to frajda. Nasz pobyt nad stawem był krótki, ale udało mi się zrobić kilka fotek i nakręcić film. 

To jest jedna trzecia stawu- on jest ogromny, ale tylko w jednym miejscu siedziały na wodzie mewy.


 

A w domu się chrzani. W niedzielę przeżyłam niefajne déjà vu- to z tych, których zakończenia nie chciałabym przeżyć jeszcze raz. A dzisiaj już lepiej, niemniej trochę nerwów mi strzeliło. Ja wiem, że wkurzają czytających takie niedomówienia, ale nie mam w zwyczaju dokładnie opisywać, jakie nieszczęścia chodzą po moich bliskich, czy po mnie samej.

Przez kilka dni jestem zdana tylko sama na siebie. Mam na szczęście zapasy jedzenia. A w razie posuchy, ładuję psa do samochodu i robię zakupy. Boję się tylko, że jak na chwilę zostawię Bezę w aucie, to zaraz znajdzie się jakiś obrońca zwierząt i gotów wybić w samochodzie szybę. Z jednej strony sama jestem za tym, by nie zostawiać zwierząt w samochodzie samych, a z drugiej strony, są sytuacje, kiedy nie ma innego wyjścia. Problem jest w zbyt narwanych ludziach, którzy chcą zgrywać bohaterów, zanim pomyślą, jak wyglądać może sytuacja. No ale, na razie, nie ma potrzeby ruszać się z domu.

Mam jeszcze brata do pomocy i dzisiaj mi konkretnie pomógł- jednak tylko w sytuacji kompletnie bez wyjścia, będę go prosić. Sister wielkie ucho w sytuację nie chcę wprowadzać, a jak nie chcę tego, to i o pomoc nie poproszę. Zresztą ona sama mi konkretnie nie pomoże, a szwagier.... tu spada zasłona milczenia.

No dobra, byliśmy nad ogromnym stawem, sfilmowałam ptaszory. Muszę popracować nad robieniem filmów. Nie potrafię opanować nowego aparatu. Już wydawało mi się, że przesuwam powoli obiektyw i trzymam rękę, by nie drżała, a tu ciągle na filmie wahnięcia i obraz leci szybko. Trzeba też popracować nad obrazem przy dużych zbliżeniach. Stary aparat był łatwiejszy w prowadzeniu, nowy Canon płata mi figle.

 


Porobiłam zdjęcia.

 



 Przed samym wyjazdem, pogadałam z właścicielem, który przyjechał badać stopień napowietrzenia wody. Podczas tak długotrwałych wysokich temperatur trzeba pompować powietrze w wodę, by ryby miały czym oddychać. Stawy hodowlane są płytkie. Zastanawialiśmy się z Jaskółem, dlaczego nie są głębsze. Doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie chodzi o zapełnianie ich wodą po zimie. Na zimę woda z tych stawów jest spuszczana. Cieki wodne zanikają, ziemia wysycha, stawy coraz trudniej napełnić. Hodowca skarżył się też, że karpie męczy jakaś choroba. Faktycznie sporo niedużych śniętych ryb pływało przy brzegu. Przykre.

Ławica malutkich rybek. Dwa razy pytałam pana co to za gatunek, dwa razy podał nazwę szybko oraz  lekceważąco no i nie zapamiętałam. Sprawiał wrażenie, jakby te drobne rybki nie liczyły się w stawie. Nie rozwijał tematu, więcej nie pytałam. Widocznie uznaje zasadę "Nie ciekawić się".


 Przeszłam z Bezą kawałek groblą, stronę małego stawu
, za którym, na łące, pasły się konie. Niesamowicie wiejski obrazek. I ten spokój nad stawami, kiedy tylko mewy latają i popiskują, a ciche szumy cywilizacji są w dalekim tle, jest kojący. Lubię takie klimaty. Beza wyraźnie się tym krótkim spacerem zmęczyła, trzeba było wracać.

Zaczyna się wrzesień. Po głowie chodzą tylko urywki myśli- szkoła, szkoła się zaczyna i nic więcej, zero, nul rozważań o tym, jak się pracowało w oświacie oraz w nauce. Tak dawno, tak odległe czasy i nawet długi staż pedagogiczny, przynoszący różne momenty, zaginął w czasie. Po co? Na co teraz dywagacje o tym, co było? A to, co jest, to w sumie mnie mało interesuje- jakieś przepychanki, pretensje, jojczenia, skarżenia się, obwinianie jedni drugich, głupie decyzje.... beznadzieja.... nie mam wpływu, odstawiam

Nadal robię ogórki małosolne. Ale jest problem- w sklepach nie ma już zestawów: koper+ korzeń chrzanu + czosnek. Nie ma, bo jak twierdzą ekspedientki- sezon się skończył. Gdzie, jak to się skończył- teraz właśnie kisi się ogórki, bo późne odmiany teraz dojrzały. No to radzę sobie inaczej- koper zielony, czosnek- zawsze jest, bo go sprzedajemy, a chrzan kupiłam w płatkach suszony. Do tego liście winorośli i powinno się udać. W tych tutejszych sklepach to czasem porażka zaopatrzeniowa- chleb tylko do określonej godziny, w jednym paskudne warzywa, w innym mały wybór. Człowiek tylko jeździ od „marketu” do „marketu” różnych sieci i „składa” te zakupy do kupy- w jednym warzywa, w drugim mięso i sery, jeszcze w innym ryby świeże. Niby mamy to połapane, ale kilometry uciekają. Chrzan suszony w płatku kupiłam w Internecie. Już mnie męczy to wieczne poszukiwanie korzenia chrzanu w okresie, kiedy kisi się ogórki. Bez chrzanu cała sprawa się nie uda.

Był kiedyś w ogrodzie posadzony i nawet ładnie się rozrastał, a potem zaginął. Zamówiłam  dwie sadzonki w Internecie i dzisiaj przyszły- posadzę je pod płotem. Jak się przyjmą, dokupię następne. A może nie dokupię, bo jeżeli się sprawdzi suszony i inne zamienniki, to nie warto sadzić, podlewać itp.

Zamienniki przypraw do małosolnych:

  • świeży korzeń chrzanu- chrzan suszony w płatkach, dawać mniej, bo jest bardziej aromatyczny,  

  • świeże liście chrzanu- liść czarnej porzeczki albo liście winorośli, albo liście wiśni,

  • suchy koper, łodygi, baldachy- świeży zielony koper, albo suszony estragon- szczypta na litr zalewy, łodyżka świeżego estragonu, suszone nasiona kopru, (nie dodawać suszonego koperku, bo jest gorzki w zalewie), można dodać lubczyk- świeże łodyżki lub listki,
  • ząbki świeżego czosnku- czosnek suszony w płatku. 

Wyhaftowałam pawia na szarym gobelinie. Więcej o moich zmaganiach, z tym projektem, na drugim blogu (prawa strona, zakładka- drugi blog).

Tak się niespodziewanie złożyło, że dokończyłam jeszcze dwa hafty z pawiami, a trzeci czeka w kolejce- wzór naniesiony na materiał rok temu sobie leży i dojrzewa. Pawie, pawie, pełno pawi, "zapawiło" się w moich robótkach.
 

niedziela, sierpnia 16, 2026

Rodzajów płci pomieszanie.

 

Ostatni dzień upałów tego lata. Podobno. Podobno mają być tylko epizody "upalne", podobno. Ale ranki są chłodne, to teraz upał łatwiej znieść. Wody, deszczu, ulewy nam trzeba. Wczoraj znów podlałam ogród wodą z węża. Nie mogę już patrzeć na te przywiędłe rośliny. Serce boli. Muszę przesadzić hibiskusy, które zasadziłam obok brzozy. Wydawało mi się, że jak mają wystawę zachodnią, to słońce im nie dokuczy. Nie dość, że słońce po południu praży najbardziej (wprost na nie) i temperatura jest wysoka, to jeszcze brzoza spija im wodę. Przesadzę je na wiosnę z nadzieją, że się przyjmą- są już dosyć duże.

Został jeszcze jeden miesiąc lata, a już widzę zbliżającą się jesień. Sosnowa zasypana suchymi listkami. 

 Połowa sosnowej tego ranka.

Na gałęziach też zaczyna się złocić. 


O tej porze zbierałam, na dole ogrodu (używam tego określenia, bo dom stoi na stoku, a koniec ogrodu jest u jego podstawy), grzyby. W tym roku tak sucho, że o grzybach nawet pomarzyć się nie da. A grzybów w lasach podobno sporo. 

 
Jaskółki ćwiczą loty, a potem siadają gromadnie na drutach. One odlatują najpóźniej, jeszcze trochę nimi nacieszę się. 

 


 Podobno bociany już sejmikują. Wilgi oraz drozdy odleciały. Jakoś tak robi się nostalgicznie na myśl, że lato się kończy.

Oglądałam do późna finały w Mistrzostwach Europy w LA. No super, są sukcesy, są medale. A Beza urządziła sobie koncert o 4 rano- przez 15 minut poszczekiwała leżąc w sieni i w nosie miała moje groźne miny oraz grożenie palcem, by się uspokoiła. Jak do psa „przemówić”, kiedy nie słyszy, a hałasuje ponad miarę? W końcu jednak uznała, że jestem zła i się uspokoiła. W zamian za trzymanie paszczęki zamkniętej,  zrobiła mi pobudkę przed 6 rano.

Czekamy na moment, kiedy temperatura unormuje się w okolicach 20 stopni- mamy upatrzony pałacyk do obejrzenia niedaleko Kędzierzyna-Koźla. Bardzo chciałabym go zobaczyć, bo zaczyna mi się historia tutejszych właścicieli i ich pałaców ładnie splatać. Ten pałac, który chcemy obejrzeć, został wybudowany przez tutejszego potentata węglowego- tutejszego, czyli cieszyńskiego. Na razie jest zbyt gorąco, żeby jeździć z Bezą, a i nam taka temperatura raczej nie odpowiada do zwiedzania. Klima w samochodzie jest, ale po wyjściu z niego, to można się ugotować. Dziękuję, nie dla nas łażenie w upale, a tym bardziej dla „sercowego” psa.

Pamiętam wyprawę z Bezą do Strzybnika- było dosyć zimno, padał deszcz, a mimo to bardzo dobrze nam się łaziło po parku pałacowym i oglądało to, co jeszcze w nim, z pałacu, zostało.

Wrzesień, październik i może listopad, rezerwujemy sobie na wyjazdy z domu.

Gladiol czy gladiola. Ponieważ nazwa pochodzi od łacińskiego słowa miecz, wydawało mi się, że powinien być gladiol- ten miecz, ten gladiol, a tu nadspodziewajka- po polsku „ten” mieczyk, ale „ta” gladiola. No niech będzie (u nas w domu mówiło się wyłącznie na te kwiaty-gladiole tak, jak na pierwiosnki- kluczyki). W każdym razie gladiole, które zasadziłam późną wiosną, kwitną już od pewnego czasu. Po kolei odkrywają kolory. Najpierw zakwitł jasno kremowy, potem zakwitły czerwony oraz ceglasty, następnie zakwitły fioletowe i żółty z białym środkiem. Ostatnie kępy są mieszane kolorami- sadziłam cebule, które mi zostały z różnych kolorów (na początku sadziłam po trzy cebule z jednego koloru, potem mieszałam pozostałe- było po 5 cebul z 5 kolorów i moje zeszłoroczne).

 







 


Rzadko teraz piszę tutaj o polityce, dużo tego i takie jakieś mdławo- gorzko- wrednawe- nie chce się komentować, ale to, co powiedział ćpun dęty, przeszło granice mojej wyobraźni. Muszę odreagować. Flaga- „Bóg, Honor, Ojczyzna”- jeszcze łyknęłam z trudem, bo z trudem, ale łyknęłam, ale to, że Polacy bronili Monte Cassino, to już mnie zatkało na dłuższą chwilę. Ano... no tak... no doktor historii... tak, no...


Komentarze, zamieszczone pod tym, zrekompensowały mi niesmak po „występie” ćpuna dętego. Bezlitośnie go rozjechano, gdyby był obok, śmiechem by go zabito.

Tu można sobie poczytać i ubawić się nieco

https://www.facebook.com/PrzemyslawWiszniewski




„Dopóki mnie nie widzą, nie każą mi być kimś innym”.