Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

środa, października 07, 2026

Kiedy daje się zbyt dużo wolności.

 



To był krótki wypad. Szkoda nam było tak pięknego dnia na siedzenie w domu. W piątek wzięliśmy Bezę i pojechaliśmy nad znajomy staw.


W zeszłym roku w lipcu na tym stawie roiło się od ptactwa wodnego. Pełno było na nim dzikich gęsi, kaczek oraz czapli. 

 

Nie byliśmy w tym roku, w lipcu, dlatego nie mam pojęcia, czy też było tyle ptactwa wtedy. Teraz staw jest pusty. Na wodzie pływało kilka kaczek, trzy rybitwy i to wszystko.

 



 Przy brzegach stało kilka czapli siwych, które co chwilę zrywały się z łopotem, by majestatyczne przelecieć nad taflą i wylądować w innym miejscu. Jedna zdecydowała się usiąść na konarze dębu- stamtąd cały czas nas obserwowała. 


Chyba przeszkodziliśmy jej w polowaniu na ryby, a miała co łowić- co i rusz nad wodę wyskakiwały karpie.

 


Nad stawem było cicho, nie odzywało się żadne ptactwo. Tylko od strony lasu, od czasu do czasu, słuchać było wystrzał.

Piątek, prawie południe i polowanie? Byłam zdziwiona, ale potem do mnie dotarło, że przecież niedaleko, na skraju lasu myśliwi mają swoją strzelnicę. No i wkurzyłam się- na skraju lasu, na łęgach, w miejscu, gdzie niedaleko gniazdują orły i bocian czary. Idioci, po prostu szkoda słów. No, ale ta strzelnica istnieje tam, co najmniej, od 30 lat. Przynajmn9ej ja wiem, tyle lat, ze tam jest, a dopiero teraz jakby mnie olśniło, że jej usytuowanie jest jakąś kpiną. A z drugiej strony, skoro orły i bocian czarny postanowiły tam zakładać gniazda, to znaczy, że im ta strzelnica nie przeszkadza. Chyba? W zeszłym roku na brzegach niektórych stawów ustawiono armatki hukowe, by płoszyć ptactwo, które hodowcom wyżerało ryby. Już wtedy zauważyliśmy, ze ptaki chyba się przyzwyczaiły, bo huki hukami, a one siedziały spokojnie na tafli lub na brzegach stawu. To raczej beza, która jeszcze wtedy słyszała, była bardzo zaniepokojona tymi hukami i chciała wracać do samochodu, co też dosyć szybko zrobiliśmy. Żadna przyjemność w takich warunkach spacerować. W tym roku armatek nie słychać.


 


Nad stawem nie byliśmy długo. Przeszliśmy ocienioną groblą do jego końca i stwierdziliśmy, że dalej, w słońcu, nie będziemy szli. No to zawróciliśmy. Wszystko było fajnie do momentu, kiedy naszej niesfornej psinie włączył się szwendacz i dała szpulę w dół grobli (tak w jej połowie długości), ku rowowi wypełnionemu rudym świństwem.

 


 Nie zdążyliśmy zareagować, kiedy „taka stareńka, taka schorowana, takie ma serducho zmęczone” odbiła się od brzegu i fruuuu przez ten rów na drugą stronę. A że rów jest dosyć szeroki, a Beza chyba źle oceniła swoje siły, to chlapnęła całym zadeczkiem w tę rudawą ciecz. Szybko wystrzeliła (wygramoliła się raczej) na brzeg tak, że tylko tylne łapsa zamoczyła dokładnie. Ogon i reszta ocalały w stanie suchym. No, ale ja za nią przez ten rów ani dudu. Za szeroki i nawet rozpędu nie było gdzie wziąć. A Beza już na drodze dojazdowej stoi i nic sobie z nas nie robi, zresztą ona nas przecież nie słyszała. 

 To było w połowie też długiej grobli- my na grobli, Beza za rowem, na drodze, a do rowu dosyć stroma skarpa.


Nie pozostało mi nic innego, tylko truchtem, pędem zaliczyć resztę grobli i łapać psa na tej drodze. Na szczęście nic nią nie jechało. Zresztą, przejechać tam mógłby tylko jakiś desperat. Już dawno nie widziałam takich głębokich, gęsto rozmieszczonych i zalanych dziur na drodze. Jak mnie piesa zobaczyła, to bez wahania slalomem, między tymi dziurami, truchcikiem przybiegła. Złapałam ją za szelki- smyczy nie zdążyłam od Jaskóła wziąć- w krzakach niedaleko zauważyłam czarnego kota. Gdyby go zobaczyła, to mielibyśmy przechlapane. Co, jak co, ale kotów, zwłaszcza czarnych, Beza nie toleruje. Niedawno przegoniła takiego z alejki sosnowej, a leciała za nim rozciągnięta, jak zając w ucieczce. Tylko brzuchem szorowała po igliwiu. Naprawdę miałam obawę, że mi zaraz padnie na to chore serce. 

Tak sobie jestem niewinna, po prostu węszę sobie i tyle. 

A nad stawem? No, mówiłam, że nie należy jej ze smyczy spuszczać, mówiłam... och... niech piesek trochę wolności poczuje. I poczuła, a ja odbyłam trening w szybkim marszu na 60 metrów. A drugi zaliczyłam w domu, gimnastykując się podczas mycia Bezy pod prysznicem. Ależ brudna woda się z niej lała i jeszcze taki drobny czarny piaseczek. I mogłabym się wkurzać, ale jak sobie przypomnę ten jej skok przez rów, to mi się śmiać chce. Taka zmęczona życiem, a tu niespodzianka kondycyjna.

 Zrobiłam kilka jesiennych zdjęć.


 



Liście dębu omszonego.