Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty

piątek, października 02, 2026

Morze, a może jednak to nie morze, ale warto było.

 

Ta droga na dole po lewej prowadzi od parkingów, nad zbiornik- tędy szliśmy. W tle Beskidy- po lewej polskie, po prawej morawskie, w środku Przełęcz Jabłonkowska.

 

Byliśmy nad morzem, nie ściemniam, naprawdę tak się nazywa, chociaż jego powierzchnia liczy 32 hektary, a głębokie jest na 22 metry. Na brzegach są plaże, pomosty i można się w nim kąpać. Jest niezwykle popularne, a Polacy przyjeżdżają nad nie bardzo licznie.

Karwińskie Morze (inna nazwa Darkowskie Morze) powstało na terenach pokopalnianych- zapadliskach. Kiedyś blisko kopalń w Stonawie i w Darkowie były wioski, łąki pola uprawne. Kiedy wydobycie węgla z kopalń przyspieszyło, ludzi wysiedlono, a na miejscu pól i łąk usypano hałdy zaczęły również powstawać zapadliska poeksploatacyjne.

„„Morze”, oficjalnie znane jako Darkovské, powstało na obszarze dotkniętym wydobyciem węgla kamiennego. Od 1991 roku teren zaczął się znacznie obniżać w wyniku podmywania – miejscami nawet o 1,5 metra rocznie. Sytuacja ta dotknęła wówczas około 300 domów jednorodzinnych. Niektórzy mieszkańcy otrzymali odszkodowania, inni przeprowadzili się do nowych domów w Albrechticach lub przy ulicy Žižkova.

Firma OKD, która została zobowiązana do naprawy szkód górniczych, rozpoczęła ukierunkowaną rekultywację. Część techniczna trwała w latach 1997–2009, a następnie część biologiczna, która trwała do 2014 roku. W 2016 roku obszar został oficjalnie zatwierdzony. W rezultacie powstał akwen o powierzchni 35 hektarów i głębokości do 22 metrów. Podczas ostatniego pomiaru w 2014 roku widoczność w wodzie sięgała pięciu metrów.

Na dno jeziora zrzucono 5,5 miliona m³ odpadów poflotacyjnych pochodzących wyłącznie z kopalni Darkov – ilość odpowiadająca około 2200 basenom olimpijskim. To właśnie te odpady przyczyniają się do wysokiej jakości wody. Drugim powodem jest jednak konsekwentne usuwanie pierwotnej zabudowy – do jeziora nigdy nie wpłynęły żadne ścieki.

Kształt morza nie został pozostawiony przypadkowi – projektant inż. Beneš nadał mu kształt liścia lipy. Łagodne wejście do wody znajduje się od strony plaży, natomiast strome brzegi po przeciwnej stronie pozostawiono naturze. Co ciekawe, gdyby nie sztuczna regulacja powierzchni wody, jezioro byłoby dziś większe, ale znacznie płytsze – co doprowadziłoby do powstania bagien i mokradeł.

Nieco za plażą pozostawiono odpady poflotacyjne – ponownie celowo. Biolodzy odnotowali tu bogate występowanie owadów i drobnych zwierząt. Zakładano również, że grunt nieco się obniży, a odpady znajdą się nieco poniżej powierzchni – ale ostatecznie tak się nie stało.”


Wprawdzie hałdy rekultywowano i obsadzano zielenią, ale zapadlisk, jakie równocześnie powstawały nie dało się tak zagospodarować. Toteż postanowiono je wykorzystać w inny sposób. Ogromny zbiornik wody oraz tereny wokół niego, uznano za doskonały teren rekreacyjny. 10 lat temu władze Karwiny postarały się o państwowe dotacje, trochę grosza sypnęły kopalnie i tak to się zaczęło. Cały rekultywowany teren wynosi 120 hektarów. Wyrównano teren wokół akwenu, zbudowano dokoła 3 kilometrową asfaltową ścieżkę, oraz wyasfaltowano dojścia do niej z parkingów. Zbudowano pomosty, wyrównano teren pod trawiasta plażę, zamontowano drabinki, ułatwiające zejście do wody, utworzono parkingi. A potem systematycznie uzupełniano małą architekturę. Jest tam również mała gastronomia toalety oraz wzdłuż tras kosze na śmieci. Corocznie mieszkańcy urządzają akcje sprzątania całego obszaru i trzeba przyznać, ze jest tam czysto. Woda również jest czysta, a akwen zamieszkują różne gatunki ryb. 



W 2025 roku, na brzegu, postawiono posąg Neptuna. Jest to dzieło karwińskiego rzeźbiarza Karla Buchty. Karwiński Neptun waży 1,2 tony i mierzy 3,4 metra.


„– Stworzyłem posąg z myślą o strażniku pewnego terenu. Neptun jest władcą wody, więc należy do Karwińskiego Morza. Chciałbym, żeby strzegł ludzi, którzy tu przychodzą i pływają, a także sprawiał radość dzieciom, turystom i wędkarzom – stwierdził Buchta.” I dodaje: „Chciałem stworzyć coś, co będzie wyglądało majestatycznie, niemal nieziemsko. Spędziłem dużo czasu, patrząc na rzeźbę, myśląc o wyrazie jej twarzy. Inspiracją były dla mnie różne rzymskie posągi, epickie filmy i filmiki w internecie, głównie po to, aby uchwycić odpowiednią energię i ekspresję”.


Już raz planowaliśmy zobaczyć ten zbiornik. W zeszłym roku, jesienią, wybraliśmy się nad wodę, ale musieliśmy zrezygnować, bo był tam straszliwy ruch. Była sobota, a może niedziela i choć wczesna pora, bo do południa, ale pieszych, rowerów oraz ludzi z psami było multum już w okolicach parkingu. Nie, nie dla nas takie atrakcje. Wtedy pojechaliśmy nad stawy w pobliżu Bohumina i nie żałowaliśmy tej decyzji. Odbyliśmy piękny jesienny spacer.

Tym razem wybraliśmy się w poniedziałek do południa, zakładając, że ludzie w pracy, to i nad zbiornikiem będzie ich mało.

Kiedy wysiedliśmy z samochodu, na sąsiednim parkingu stało kilka aut, obok nas może cztery, pięć. Było spokojnie, ruch pieszy i rowerowy, na drodze do jeziora, mały. Wszystko na razie było zgodne z naszymi założeniami.

 

Od parkingu do samego jeziora jest 100 metrów pod lekką górkę, asfaltową drogą (zakaz wjazdu dla samochodów). Szliśmy prawie sami. Kiedy doszliśmy na brzeg, ciągle ludzi było mało, kilka rowerów, żadnego psa. Ale po piętnastu minutach nagle zrobiło się rojno. Rowery, rolki, ludzie zaczęli się mnożyć na tej drodze (asfaltowa wąska droga dookoła zbiornika, nad samym jego brzegiem) jak króliki, pojawiły się również psy różne- małe, duże. No po prostu zrobiło się tłoczno. 

Stawek po prawej stronie drogi wzdłuż zbiornika.

Zszokowało nas to trochę, bo nie spodziewaliśmy się aż takiej ciżby w poniedziałkowe przedpołudnie. Owszem, trochę ludzi tak, ale nie taki ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Postanowiliśmy, że nie idziemy dalej, wracamy. Zresztą droga biegnie w pełnym słońcu, zrobiło się gorąca. Beza też już chyba miała dosyć, bo co chwilę przystawała. A ja, chcąc zrobić kilka zdjęć, ciągle czułam oddech rowerzystów na karku i trzeba było mocno uważać, by nie znaleźć się w ruchu kolizyjnym z rolkarzem, czy wrotkarzem. Psów też przybywało, jakby ten czas był specjalnie dla nich spacerowy. A może jest, bo rzeczywiście świetny to wybieg dla psów z blokowisk. Nawiasem, mogą one być na terenie tylko na smyczy i mają zakaz wstępu na plażę. Cały teren jest monitorowany a regulaminy dla użytkowników dosyć surowe. 

Lilie wodne (grzybienie, nenufary) na małym stawku.

Zawróciliśmy. Nie żałujemy, mimo (jednak) stresu pod koniec spaceru, bo już wiemy, jak to wygląda. Tyle razy przejeżdżaliśmy obok i myśleliśmy, że to zwykłe zbiorniki pokopalniane, a potem przeczytaliśmy, że władze Karwiny urządziły tam miejsce rekreacyjne. W zeszłym roku parkowaliśmy na placu ledwo wysypanym cienko żużlem, a teraz są już dwa porządne duże parkingi i pracownicy właśnie robili następny. Czyli sprawa jest mocno rozwojowa. No i miejsce popularne, sądząc po ilości ludzi, chętnych do spacerowania.

Szyb nieczynnej już kopalni Darkow.

Na drugiej stronie zbiornika mnóstwo ptactwa wodnego.


Za zbiornikiem kopalnia w Stonawie. Do maja była ostatnią czynną kopalnią węgla kamiennego w Zagłębiu Ostrawsko- Karwińskim. W maju kopalnię zamknięto. Tym sposobem w Czechach nie ma już ani jednej czynnej kopalni węgla kamiennego. Jednak Czesi są mądrzejsi od Polaków. Polacy, kiedy zamykają kopalnie, zalewają je lub zasypują wszystko to, co jest na dole (tak np, postąpiono z kopalnią w Kaczycach). Czesi pozostawili swoje kopalnie w takim stanie, by je uruchomić od razu w razie potrzeby. 
Kilka lat temu, Czesi planowali postawić elektrownię atomową w Stonawie. Byłoby to w kontekście tego zbiornika dosyć racjonalne- woda do schładzania reaktorów już jest. Wtedy mocno protestowali Polacy, bo to bardzo blisko naszej granicy. Odstąpiono, ale na jak długo? Podobno Czesi mają budować taką elektrownię bliżej Ostrawy.

W drodze powrotnej, już w Karwinie, zobaczyliśmy takie cudo. 

Kultowa czeska Śkoda Felicja w wersji cabrio.
 

Podobno odlatują żurawie. Jaskółki też już odleciały. Dosyć wcześnie w tym roku. Czekam na klucze gęsi, ale to chyba później i nie mam pewności, czy tędy polecą. Kiedyś leciały, a potem ich już nie widziałam ani odlatujących, ani przylatujących. Sporo gęsi zostaje teraz na zimę w Polsce. U nas na zbiorniku goczałkowickim.

A w ogrodzie sroki zaczęły jesienne koncerty.

Ciągle dzieje się i jestem spóźniona z wklejaniem postów- dwa następne gotowe, a tu jeszcze ten z opóźnieniem.

 

https://glos.live/Wiadomosci_region/d/neptun_nad_karwinskim_morzem

https://nakarvinskemmori.cz/pl/aktualnosci/sekret-morza-karwinskiego/

https://nakarvinskemmori.cz/pl/cat/aktualnosci/

Niektóre zdjęcia saz podanych stron. 

środa, września 10, 2025

Była ogromna cisza.

 

Byliśmy nad zalewem. To był krótki wypad. Czy udany? Nie wiem. Z jednej strony udany, bo las, bo droga w lesie i zapachy wczesnej jesieni, i lekki wiatr w koronach starych sosen,bo wał, bo trawa na wale i z prawej strony las, i z lewej strony woda. Woda? Jaka woda. Już w połowie drogi do wału, poczułam paskudny zapaszek czegoś stęchłego, zgnilizny, błota. Wyszliśmy na koronę i..., i to właśnie ten moment, kiedy mogłabym napisać, że wypad był nieudany. Bo takiego widoku się nie spodziewałam.

 

Widoku zaskakującego, wręcz szokującego. Nie było wody w zalewie. No nie było... wróć! Owszem, coś tej wody pod warstwą strzałki wodnej było, ale całość przypominało błotny barzoł. I nie było ptaków i była straszna cisza, taka cisza przygnębiająca, wcale nie kojąca. Zalew zastygł w bezruchu beznadziei i w obliczu katastrofy, jaką spowodowała susza. 

 
 

Szłam w tej ciszy, robiłam zdjęcia, próbowałam się cieszyć wycieczką. 

W cement wału wrosły różne krzewy- kalina, kruszyna, chmiel, jeżyna i inne. Teraz mają owoce, zrobiłam kilka zdjęć.




Poszliśmy w stronę, gdzie raczej nie ma rowerzystów i ludzi malutko. Beza może tam chodzić bez smyczy. A jednak musieliśmy ją dwa razy na smycz złapać, bo mijały nas cztery charty, podobne do charta polskiego, a potem mały buldożek. Beza, jak to Beza- od razu chciała wszystkie psy pożreć- co będą po jej drodze chodziły jakieś łachudry.  

Dopiero z tego miejsca, gdzie stoi Beza,  zauważyliśmy kilka ptaków  na drugim brzegu zalewu.





 
W niedzielę, we wsi, odbyły się gminne dożynki. Korowód, trybuna honorowa dla gazdów dożynkowych, burmistrzowej, sołtysów, gości. Na dwie godziny główne drogi we wsi zamknięte, bo przecież korowód nimi przejedzie. Potem festyn, zespół, potańcówa (jeszcze o 23 było słychać za oknem muzykę), ciasta, kołocze, piwsko, grillowe kiełbaski i inne wyżerałki, dmuchańce, no jednym słowem wieś się bawi, wieś śpiewa.

Nie gustuję w tego typu imprezach, chociaż powinnam, bo przecież te wszystkie etnograficzne, etnologiczne, antropologiczne oraz kulturowe wiejskie tematy to moja broszka. No ale... mam do wsi teraz dziwny stosunek. Z jednej strony bardzo mnie interesują zwyczaje, stroje, historia wsi, regionów, ludów, a z drugiej strony mierzi ta zaściankowość wyłażąca z każdej wiejskiej dziury. To bezrefleksyjne posłuszeństwo wiejskiego ludku względem tego, co księżulo z ambony zrzuci. Ta zachowawczość oraz postawa „Panu Bogu świeczkę, diabłu ogarek”, to twarde stanie przy tradycji choćby ta tradycja już uszami wychodziła i była powtarzalna do znudzenia, była coraz bardziej szkodząca normalnym normom społecznym- to wszystko  jest dla mnie nie do przyjęcia. I staję się coraz bardziej wobec takich zachowań krytyczna, ale zostawiam to tym ludziom, to ja się od nich odsuwam, przestaje mnie to interesować oraz osobiście już  nie dotyka.

I to zadziwiające rozdwojenie w zachowaniu u rolników- tu plują na Unię, na polski rząd, płaczą, że są biedni i wyciągają łapę po forsę, a z drugiej strony jeżdżą full wypas samochodami, mają najbardziej nowoczesny sprzęt rolniczy, jaki można sobie wyobrazić, biorą dotacje, są zwalniani z opłat np. ZUS (składka KRUS jest bardzo mała), dostają ekwiwalenty np., za ropę, mają wiele przywilejów, jakich nie mają inne grupy społeczne i ciągle im mało.

Jadąc nad zalew, minęliśmy kilka miejsc z dekoracjami dożynkowymi. Miałam wrażenie, że takie dekoracje robi jedna firma dla kilku gmin, bo kogut z kurą, zrobione z balotów, pokazane były na zdjęciach z dożynek w okolicznych gminach.  

 Baloty słomiane to teraz podstawa dożynkowych dekoracji- dorobi się papierowe, drewniane, czy jeszcze z czegoś innego, części i już mamy: koguta, kurę, babę, chłopa, konia, osła... i co tam jeszcze wymłodzi się z tych balotów. A sporo tych dekoracji takich przaśnych, czasem wręcz wulgarnych, tandetnych. Jednak co się komu podoba, jak lud wiejski takie dekoracje lubi, to jego przecież sprawa. W końcu to na wsi się rzecz dzieje, na ich terenie. Mnie podobają się tylko dekoracje z płodów rolnych oraz wieńce dożynkowe.  

 Na regionalnej stronie internetowej obejrzałam relację z tych dożynek. Nie wiedziałam, że teraz zamiast polskiego hymnu, śpiewa się Rotę. Poczułam się nieswojo. Rota to piękna pieśń, ale w kontekście dożynek zabrzmiała, przynajmniej mnie, jako coś raczej nie na miejscu. A potem inscenizacja dożynkowa, od X lat ta sama, z Bogiem w co drugim zdaniu. Ach to zadęcie, ten patos, ten ton bogoojczyźniany. Ale przedtem, jak co roku korowód- też relacja, a jakże filmowanie wszystkich maszyn- nuuuda, panie nuuda.

Na dożynki nie poszliśmy, bo od dawna mnie, w tej wsi, nie interesują, a Jaskół też specjalnie nie był wyrywny.


 

piątek, sierpnia 29, 2025

Lajtowo o orle

 

To, że w tutejszym lesie gniazdują orły, wiedziałam od lat. Wprawdzie trochę nie dowierzałam, ale ktoś wiarygodny potwierdził. Tam, gdzie orły gniazdują, zapuszczają się tylko myśliwi, czasem grzybiarze i przypadkowi spacerowicze. Za dużym lasem ciągną się ogromne łęgi, tylko częściowo koszone. Z jednej strony ogranicza je las, z drugiej dosyć szeroka rzeczka. Miejsce słabo dostępne. Wygodni ludzie wolą teraz szerokie trakty spacerowe, wykoszone groble itp. W dodatku idzie fama, że w tym lesie napotkano wilki. Hmmmm... Może one tam są, a może nie. Dla lasu i okolic lepiej, że ludziska boją się tam zapuszczać. Znam te łęgi, kiedyś tam byłam. Miejsce dzikie, takie uroczysko. Na skraju lasu gniazdują też czarne bociany- tam już w ogóle nie wolno chodzić- ścisła ochrona.

My z Jaskółem i Bezą dochodzimy do pewnego miejsca, do brzegu lasu i łęgów i potem wracamy. Nie mamy szans zobaczyć tego, co w zeszłą niedzielę zobaczył i sfotografował mój syn.


A sfotografował orła. Kiedy oglądałam te zdjęcia, myślałam najpierw, że to myszołów. Potem, kiedy przyjrzałam się dziobowi ptaszora oraz jego wielkości w locie, dotarło do mnie, że młody miał farta- dorwał orła.

 


 Jest to orzeł przedni, który zamieszkuje Europę, na nizinach gniazduje na drzewach, a w górach na półkach skalnych. Jest pod ścisłą ochroną. Oprócz kształtu dzioba, od myszołowa różni go również kształt skrzydeł w locie- myszołów ma zaokrąglone i zwarte na końcach, u orła widać wyraźnie pojedyncze lotki na końcach.


 
A zdjęcie poniżej, urzekło mnie (koniecznie powiększyć). Tło- las, bliżej drzewa "z charakterem", na wpół łyse, co robi je demonicznymi. Na gałęzi siedzi orzeł, przez trawę sunie kot. Orzeł chyba nażarł się (na drugim zdjęciu wyraźnie czymś się posila) i nie rusza kota. A z drugiej strony, siedzi on tyłem i może nie widzi łatwego łupu. To jednak wątpliwe, bo orły, jak każde drapole, są wyczulone na żarełko. A kot łazi sobie, jakby nie miał instynktu samozachowawczego, przed samym dziobem "mordercy". Natura niezmiennie mnie zadziwia. Ciekawa jestem, czy kot przeżył ten spacer.