Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

12 sierpnia 2026

Ledwo zdązyłam

 

No i przeszły te okropne upały. A deszcz? Tylko raz porządnie polało ziemię i znów jest sucho. Co drugi dzień polewam ogród wodą z węża. Trochę pomaga, ale ile można lać tej wody?

Podczas porannego spaceru z bezą w ogrodzie, słyszę gadulenie wilg, siedzących w koronach brzóz. Czasem samiec gwizdnie, czasem samica zaskrzeczy. Jest połowa sierpnia, niedługo wilgi odlecą. W tym roku udało mi się zrobić tylko parę zdjęć.

 

Nad polami słychać pokrzykiwania myszołowów. Nie widzę ich, bo ta cholerna kukurydza na jednym i drugim polu, ogranicza mi widoczność nawet na niebo. A kukurydza w tym roku jest dorodna, wybujała nad miarę, gęsta, ciemnozielona i wkurzająca mnie na maksa. Będzie sobie tak tkwiła, po obu stronach ogrodu, do listopada. Staram się dostrzegać w jej zieleninie jakieś fajne akcenty. No kwitnie i ma już malutkie kolby, które ozdobione są „wąsami” u góry.


 

Jak byłam dziewczynką, to te wąsy zrywałam i zdobiłam nimi głowy lalek- takie piękne świetliste włosy wtedy miały. Natomiast, na jesień, rwało się kolby z rosnących na polu roślin, ściągało się liście z wierzchołka kolb aż do ich nasady i wiązało całe girlandy, po czym te sznury kukurydziane wieszało się na drutach na stryszku nad oborą, by przeschły przed łuskaniem. Na ogół kolby miały ziarno żółte ale zdarzały się i czerwone oraz lekko fioletowe. Łodygi oraz resztę liści szatkowało się i wrzucało do ocembrowanego zbiornika na kiszonkę. I co? No i deptało się toto, deptało, ugniatało, i znów deptało, aż puściło sok. Tak samo robiliśmy z liśćmi z buraków pastewnych. Wszystkie w tym zbiorniku lądowały po czym znów naszym- dzieci- zadaniem było je jak najbardziej udeptać. A zimą ojciec wyciągał widłami z tego zbiornika paskudnie cuchnącą kiszonkę, którą krowy oraz świnie wcinały z apetytem. I wszystko byłoby super, bo w sumie praca niezbyt męcząca (oprócz tego udeptywania), gdyby nie odbywała się w warunkach późnojesiennych, kiedy podczas wiązania liści palce grabiały od zimna i wszystko trwało czasem po dwie trzy godziny. Obrywanie kolb z łodyg też nie było przyjemne, bo trzeba było przedzierać się między tymi łodygami a kolby ładować do kosza, stawianego na ziemi, który potem, ciężki, niosło się na skraj pola, by wysypać kolby na pryzmę lub na przyczepę.

No i wyszedł mi cały elaborat o kukurydzy. Wcale niezamierzony, ale takie fajne (?) wspomnienie się opisało przy okazji narzekania na zasłaniającą świat kukurydzianą ścianę.

Pszenica na polu za drogą została zżęta. Zdążyli przed ulewą, która była potem.


 


 

Urzekają mnie współczesne nowoczesne maszyny rolnicze. Zrobią na polu wszystko od a do z- zetną, wymłócą, zszatkują słomę, ziarno władują do worów. Kombajny kukurydziane robią to samo z kukurydzą (i kombajny dedykowane zrobią to samo z burakami, ziemniakami, rzepakiem)- ta tak w nawiązaniu do zbierania kiedyś kolb jeszcze na polu i dalszego ciągu prac przy kukurydzy.

Na grządkach Młodych, jak co roku, urodzaj ogórków i fasolki szparagowej. Młoda przyniosła mi kilka misek tych dobroci. Najpierw zrobiłam trzy słoje małosolnych, teraz zrobiłam duży słój i chyba to już koniec. 

Słoiki ogórków z obrazem w tle. Obraz malował jeden ze studentów mojej matki- prowadziła seminaria magisterskie na kierunku plastycznym UŚ. Kolorytu "martwej naturze" dodają płyny do dezynfekcji, które postawiłam podczas pandemii i od tego czasu pozostał mi nawyk dezynfekowania rąk po każdym kontakcie z pieniędzmi.  Kontakt mam częsty, bo przecież mamy sklep.
 

Zrobiłam sałatkę do słoików. Najprostszą z prostych. Pierwszą partię zrobiłam trzymając się ściśle przepisu, dałam wszystkiego po 1/4 z całości. Wyszła za słodka.


 Pierwsza partia słoików. 

 

Drugą partię zrobiłam z połowy składników, podanych w przepisie i nie trzymałam się go ściśle przy doprawianiu. Sałatka wyszła lepsza od pierwszej partii, ale octowa. Ostatnia partię zrobiłam po prostu doprawiając na bieżąco, kiedy się „przegryzała”. 

 


Fajne słowo- przegryzała. Do tej partii dałam mniej octu, mnie cukru, (przecier pomidorowy jest słodki, więc po co tak dużo cukru dawać, jak jest w przepisie), więcej pieprzu i papryki oraz więcej oleju. I dopiero ta sałatka tak smakuje, jak lubię- ani za słodka, ani zbyt kwaśna i w dodatku olej też zrobił swoje.

W sumie zrobiłam 14 słoików półlitrowych sałatki ogórkowo-fasolkowej.

 Przepis: 

Zimowa sałatka z ogórków i fasolki szparagowej

Składniki (wyjdzie około 7-8 litrów):

  • 2 kg fasolki szparagowej

  • 2 kg ogórków

  • 0,5 kg cebuli białej

  • 0,5 kg marchwi

  • pół szklanki oleju

  • 1 szklanka octu 10%

  • 500 ml koncentratu pomidorowego 

  • 3 łyżki soli

  • 1,5 szklanki cukru

  • pół łyżeczki pieprzu

  • łyżka słodkiej czerwonej papryki w proszku

Wykonanie:

Fasolkę obrać, umyć i gotować w posolonej wodzie przez 20 minut (musi być miękka ale sprężysta). Ja na tą ilość fasolki do 4 litrowego garnka daje łyżkę soli. Odcedzić, pozwolić jej przestygnąć i pokroić na kawałki o długości 3-4 cm.

Ogórki obrać i poszatkować na cienkie plasterki. Jeżeli ogórki są malutkie, to można zostawić je ze skórką. Marchew obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Cebulę obrać i posiekać w cienkie plasterki.


Wszystkie składniki umieścić w dużym naczyniu – do warzyw dodać cukier, ocet itd. Połączyć ze sobą i zostawić na 1-2 godziny do przegryzienia. Co jakiś czas można przemieszać.

Tak przygotowaną sałatkę nakładać do słoiczków, wlewając także trochę sosu. Zakręcać i pasteryzować przez 10 minut we wrzącej wodzie. Wystawić i chłodne zanieść do spiżarni ?

Ale jak napisałam- ja się nie pieszczę z przepisami- zazwyczaj zmniejszam proporcje, a potem doprawiam zalecanymi przyprawami,  według mojego smaku.  Poza tym, taka sałatka może być bazą, do której można dodawać dowolne składniki np. czerwoną paprykę, koperek, żurawinę, rodzynki, prażone pwstki słonecznika itp.

Ja tam się do robienia przetworów nie palę i jak nie muszę, to nie robię. Już nie te czasy, kiedy przetwory robiło się, bo rodzina duża, bo taniej, bo z własnego ogrodu. Dla dwóch osób naprawdę nie warto się babrać, ale nie lubię, jak się żywność marnuje, dlatego teraz przetwarzam ogórki i fasolkę. Część fasolki zamroziłam. Zamroziłam też przetarte ogórki małosolne, które zrobiły się „mocno solne”, czyli kiszone.

Rzutem na taśmę sfotografowałam zaćmienie Słońca. Kompletnie o nim zapomniałam a w dodatku sądziłam, ze u nas nie będzie tak spektakularne jak na zachodzie Europy. Gdyby nie Młoda, która ze zdziwieniem zapytała: Nie oglądasz zaćmienia?- przeleciałoby mi koło nosa. 

 


Układu planet nie zobaczyłam- było zbyt jasno. Taki układ- planety w jednym rzędzie- widziałam kilka lat temu na nocnym niebie. Chyba nawet zdjęcia na blogu zamieściłam. 

Trwają mistrzostwa Europy w LA oraz turniej tenisowy, w którym Iga nareszcie pokazuje na co ją stać. Prawdziwy maraton sportowy zaliczamy.

Dzisiaj spróbuję zobaczyć spadające gwiazdy.  Na razie niebo jest bezchmurne.