Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciastka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciastka. Pokaż wszystkie posty

12 marca 2026

Miasteczko otulone piernikowym zapachem- Royal Enfield Meeting 2013 (cz.1)

 


 

Od 10 lat nie uczestniczę już w rajdach motocyklowych. Wysiadł mi kręgosłup po jednym z nich, kiedy to cały rajd (około 1000 kilometrów) przejechałam na bardzo twardym, nieodpowiednim siodle (aha- siodło w slangu motocyklowym- siedzisko). Oryginalne w naszym Enfieldzie było raczej niewygodne. Ale zaliczyłam na nim 5 zlotów, zorganizowanych przez nas i 4 zloty zorganizowane w okolicach Zamościa oraz liczne wycieczki po Czechach, Słowacji oraz w naszej okolicy. I na ten ostatni zlot, na który pojechałam, przykręciliśmy siodło, podarowane przez kumpla motocyklistę. Oryginalne do Enfielda, ale młodszego rocznika. Nie będę wnikała w szczegóły- nie pomogła nawet poduszka, którą kupiliśmy już jadąc na zlot, bo siodło było za mało wypełnione, za miękkie i na nierównościach czułam, jak mi się kręgosłup obija oraz kurczy, a na udach robią siniaki. Po przyjeździe do domu długo nie mogłam uspokoić bólu, a uraz pozostał mi do teraz. Wprawdzie kolega zrobił inne siodło specjalnie dla mnie, jednak nie zdążyliśmy go wypróbować, ponieważ z kolei, Jaskół popadł w tarapaty z kolanami. I tak na koniec sprzedaliśmy Enfielda i kupiliśmy Szerszenia (maksi skuter), do którego z trudem się przekonuję. Ale żeby nie było, do samych motocykli nie zraziłam się, nadal je kocham miłością ogromną, nadal chciałabym jeszcze pojeździć jako plecaczek i absolutnie nie boję się jazdy na motocyklu, zwłaszcza z Jaskółem.

Taki przydługi nieco wstęp mi wyszedł, a to dlatego, że zostało mi do przedstawianie na blogu trochę rajdów, w których brałam udział. Szkoda ich zostawić sobie a muzom i nie pokazać, jak wyglądały. Nie będą one w chronologicznej kolejności, ponieważ muszę, na podstawie zdjęć oraz z pomocą Jaskóła, przypomnieć sobie dużo rzeczy, ale wrażenia nadal we mnie są ogromne. To były naprawdę fajne chwile.

Na starym blogu opisywałam te rajdy systematycznie, ale jak usunęłam blog, to automatyczne poleciały one w kosmos. Szkoda.

Parę postów o naszym Enfieldzie i naszych wyjazdach na nim, już tu opisałam (etykieta- rajdy i wycieczki motocyklowe), jednak jest tego niewiele.

OK.

Jest rok 2011, planujemy rajd u nas. Chcemy pokazać, jak zawsze, fajne okolice i interesujące miejsca do zwiedzania. Trochę opornie nam to idzie, ponieważ te najciekawsze, naszym zdaniem, nie mieszczą się w zaplanowanym czasie, a te bliższe już zaliczyliśmy. No i nasz kolega Adaś wybawia nas z kłopotu

  • Słuchajcie, niedaleko na Morawach jest super miasteczko. Jest co zobaczyć, jest gdzie połazić, a i w okolicy są też ciekawe miejsca. Jak chcecie, to załatwię noclegi, bo mam znajomą Czeszkę, u której już nocowaliśmy.

No dobra, niech będzie Sztramberk (Štramberk).

Zbiórkę zrobiliśmy u nas w domu, w piątek po południu. Do Sztramberka jest tylko 60 kilometrów, a do nas docierali cały dzień motocykliści z dalszych stron Polski, którzy nie znali drogi do tego morawskiego miasteczka. 

Jaskółka- kosmitka. Wtedy jeszcze nie było takich fajnych ubranek motocyklowych, jakie są teraz- lekkie i spełniające wszystkie wymogi bezpieczeństwa. Moja kurtka i spodnie były dosyć ciężkie, ale dobrze ochraniały w razie upadku. Tak samo bezpieczne miałam buty motocyklowe, a rękawic nie ściągałam nawet w czasie wielkiego upału. Czy ktoś wie, jak goi się zdarta skóra na dłoniach? No właśnie. 

Wyjeżdżamy na rajd.
 

Do Sztramberka dojechaliśmy późnym popołudniem, odnaleźliśmy dom, w którym mieliśmy nocować i tu nadspodziewajka- nie ma Adasia i Agnieszki, a przecież to oni nocleg organizowali- mieli na nas czekać na miejscu.

Narada na parkingu, co dalej. W zlocie brało udział 11 Enfieldów oraz dwie Yamahy

 Konfuzja na całego, obchodzimy budynek dookoła, wszystko pozamykane. My ciut zmęczeni dniem i głodni, a tu głucho i żywej duszy. Zeszliśmy trochę niżej do czynnego sklepu- tam nam powiedziano, gdzie mieszka właścicielka- oczywiście po czesku. No dobra, panowie dotarli do właścicielki, przyszła, otworzyła, przydzieliła pokoje i nareszcie mogliśmy zdjąć ciuchy motocyklowe, a te jednak trochę ważą. Adaś z Agnieszką, radośni jak skowronki zameldowali się późnym wieczorem. No... ja tam nie wnikam, ale niektórzy byli ciut wkurzeni. 

Nasz hotelik, widok z truby.

 W sobotę pojechaliśmy do Pribora i Koprzywnicy (opiszę w dalszych częściach) i wróciliśmy do Sztramberka, by zwiedzić rynek oraz starą część miasta, wejść na trubę, kupić słynne sztramberskie uszi no i zaliczyć morawską kolację.

Kiedy wchodziliśmy na rynek, minęła nas kawalkada weselnych samochodów. Para młoda przyjechała takim czerwonym cudem.

 Trochę o miasteczku.

Pierwsza osada powstała 100 lat p.n.e. a artefakty, jakie znaleziono w Sztamberku zalicza się do kultury puchowskiej. Ale okolice Sztramberka były zamieszkałe dużo, dużo wcześniej. W Jaskini Šipka znaleziono atrefakty (ślady ogniska, przedmioty z epoki brązu,kawałek żuchwy dziecka neandertalskiego, a także mnóstwo kości zwierzęcych), które świadczą o tym, że ludzie żyli tam już około 40 tysięcy lat temu.

Sztramberk to urocze miasteczko położone na stromych stokach Beskidów. Wygląda jakby skryło się przed światem i otuliło się stokami Wierzchowiny Sztramberskiej.

Stare domki przylepione są wręcz do skał. Uliczki między nimi są bardzo strome, a idąc uliczką „górną” ma się z jednej strony normalnej wielkości domy, a z drugiej strony przeważnie dachy domów stojących przy równoległej uliczce, biegnącej poniżej. 

Cała grupa- Jaskół i ja robimy zdjęcia. 

 Byliśmy tam pod koniec czerwca i domki dosłownie tonęły w zieleni oraz w kwiatach. Klimat nie do opisania. Tam po prostu trzeba latem być i przejść się tymi uliczkami.

Rynek jest trochę pochyły, otoczony barokowymi kamieniczkami. Przy rynku stoi duży barokowy kościół św. Jana Nepomucena, zbudowany w XVII wieku.

Na środku rynku jest stara fontanna z Hygieją, grecką boginią zdrowia.

Na przeciwległej do kościoła pierzei rynku, znajduje się mały browar, gdzie podają piwo piernikowe. W tym browarze jedliśmy kolację, ale nie pamiętam, jakie dania (prawdopodobnie prażony hermelin, prażeny syr), natomiast pamiętam, że Agnieszka, która zna Morawy, opowiadała o morawskim winie i wtedy pierwszy raz dowiedziałam się, że na Morawach wyrabia się świetne wina np. Morawskie zelene, które dosyć często gościło u nas w domu (od tamtej pory). Od tego czasu kupujemy również prażony syr, za którym raczej nie przepadam. Ponieważ w Sztramberku waży się dobre piwo, jest też możliwość skorzystać z kąpieli piwnych w hotelu, także mieszczącym się na rynku.

Charakterystycznym zapachem, który unosi się nad sztramberskim rynkiem jest zapach pieczonego piernika. W miasteczku jest sporo cukierni oraz piekarni, w których wypieka się kultowe „rożki”- cynamonowe sztramberskie uszi.

Gdzieś już pisałam, skąd się wzięła tradycja wypiekania uszi, ale przypomnę, bo historia jest super. Otóż wypieka się je od 1241 roku, kiedy to na miasteczko napadli Tatarzy. Mieszkańcy ukryli się na jednym ze wzgórz, na które przytaszczyli ogromny zbiornik wody, by zatopić obóz tatarski. Ponoć cała operacja udała się. Tatarzy uciekli, a w ich obozie mieszkańcy Sztramberka znaleźli cały worek uszu. Były to uszy niewiernych (chrześcijan) i miały stanowić dowód dla chana tatarskiego, że jego wojska ich zwyciężyły.

Inna wersja historii uszi, mówi, że ich kształt nawiązuje do zamkowej wieży (truby).

Oryginalne uszi robi się z ciasta, które musi być o takiej konsystencji, by je rozwałkować. Podobno niektóre ciastkarnie idą na łatwiznę i pieką uszi jak naleśniki, a potem je zwijają. Jest też stara piekarnia z tradycją pieczenia uszi tak, jak to się od dawna robiło. Tam można zobaczyć cały proces powstawania tych aromatycznych ciastek, bo właściciele piekarni przygotowują je „ na widoku”. Ciasto się wałkuje, potem wycina się z niego okrągłe placuszki jak na pierogi, następnie się te placuszki podpieka i jeszcze ciepłe wkłada do rożków, by nabrały kształtu ucha. Tyle zdołałam się dowiedzieć i zobaczyć. Przepis na ciasto jest tajemnicą, a produkt jest objęty znakiem regionalnym, mogą je wypiekać wyłącznie producenci miejscy.

Piekarnia, w której piecze się uszi tradycyjnie.

 



W starej części Sztramberka zachowały się drewniane domy. Są to zrębowe wołoskie domy, które zbudowano na przełomie XVIII i XIX wieku. O Wołochach, którzy przywędrowali na Morawy pisałam już w paru postach. Domy wołoskie w Sztramberku są zamieszkałe. Stara część miasta, przypomina wołoski skansen.

 Charakterystycznym znakiem rozpoznawczym Sztramberka jest wysoka wieża (truba) którą widać z bardzo daleka. Stoi ona na wzgórzu zamkowym i jest pozostałością po zabudowaniach zamkowych. Zamek zbudowano od koniec XII wieku, ale nic z niego nie pozostało oprócz murów obronnych. Prawdopodobnie był to jeden z zamków, z którego strzeżono szlak handlowy biegnący przez Bramę Morawską. Samo miasteczko zostało założone w połowie XIV wieku i w tym samym czasie nadano mu prawa miejskie. Zamek i miasteczko, zostały zniszczone podczas wojny trzydziestoletniej. Zachowała się jedynie gotycka obronna truba. Ma ona kształt walca i jest 40 metrów wysokości. Oczywiście wyszliśmy na podest widokowy po stromych metalowych, potem drewnianych schodach i na koniec po drabinach. Swój lęk wysokości zadusiłam w zarodku jeszcze na dole, ale chyba nie do końca wyszło mi to duszenie, bo od czasu do czasu wychylał łeb z kieszeni i warczał – zaraz spadniesz, zaraz zlecisz, zaraz się zabijesz... mimo to wyszłam dzielnie na samą górę. I warto było- widoki na okolicę nieziemskie. 

 Już na górze- moja głowa z lewej strony. Fryzura taka bardziej wichrowa.

 Sam widok Sztramberka położonego między wzgórzami zapiera dech.  

A w oddali wzgórza i doliny między nimi dorównuję pięknością miasteczku. Po zejściu z truby, poszliśmy na łąkę obok niej (jesteśmy dalej na wzgórzu) i tam zrobiliśmy sobie mały piknik, a potem zaliczyliśmy starą część miasteczka z domami wołoskimi, obejrzeliśmy jak piecze się uszi, kupiliśmy sobie ich kilka rodzajów (z orzechami, z kokosem itp.) i poszliśmy na kolację ze smażenym syrem oraz morawskim zelenym, tudzież piwem warzonym w browarze sztramberskim. Była jeszcze propozycja, by odbyć leczniczo-relaksacyjną kąpiel w piwie, ale zrobiło się późno, a na drugi dzień wracaliśmy do domów- niektórzy mieli przed sobą trasę około 400 kilometrową.

Nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji turystycznych w Sztraberku, bo nasze zloty polegały głównie na jeździe po interesujących terenach. Na tym zlocie (sobota) zaliczyliśmy jeszcze Pribor i Koprzywnicę.

A wracając do atrakcji w Sztramberku, to można jeszcze zwiedzić: muzeum, Jaskinię Šipka, arboretum, kościół św. Jana Nepomucena z XVIII wieku, miejski browar, zaliczyć kąpiel w piwie (hotel na rynku), ścieżkę edukacyjną- Słoneczny Szlak.

Widoki ze Sztramberka zamieściłam w prezentacji- są na niej nasze zdjęcia oraz zdjęcia z Internetu.


 
Muzyka: Giowani Marradi, "For You" 

zdjęcia- zasoby własne oraz 

https://www.facebook.com/odkryjczechy001/photos/-%C5%A1tramberk-nat%C4%99%C5%BCenie-pi%C4%99kna-odkryj-ba%C5%9Bniowe-miasteczko-kt%C3%B3re-jakby-zatrzyma%C5%82o-cz/1161454012444217/?_rdr 

https://www.beskydyportal.cz/pl/objekt/podgorskie-miasteczko-stramberk# 

https://stock.adobe.com/pl/search?k=stramberk&asset_id=73684749 https://rozmusiaki.pl/stramberk/














To jest przejście- przesmyk do ostatniego rzędu domków  wybudowanych pod stromą skałą,  Na drugiej stronie  ulicy mieliśmy widok na dachy rzędu domków pod nami.




Stroma uliczka, która prowadzi do rynku. Tu jest pokazane zejście- do rynku idzie się w górę

12 listopada 2024

Ooooooo, ja cierpię dolę, czyli "przejechałam" się po ogrodach i rogalu.

Będzie krytykowanie, będzie zgryźliwie i będzie prześmiewczo.



Parking przed ogrodami Kapiasa zapełniony. Znaleźliśmy miejsce, zaparkowaliśmy i poszliśmy szukać restauracji. Okazało się, że jest restauracja, jest też kawiarnia, gdzie można napić się kawy, zjeść coś słodkiego.

 Wejście do restauracji. Widzicie tę "piękną" dekorację z wielgachnym pluszakiem? Zaczyna się....

 Niestety, w kawiarni kolejka, oczekująca na wolny stolik, zniechęciła nas. Czas oczekiwania wyliczyliśmy na tak około pół godziny (stojąc). Aż tak tej czekolady nie byliśmy spragnieni, by komuś stać nad głową i ponaglać choćby w myślach, wytwarzając psychiczną presję. Co ciekawe, na zewnątrz pod zadaszeniem, stolików bardzo dużo- w sezonie letnim dwa razy więcej ludzi może skorzystać z usług kawiarni niż w okresie zimowym, bo w środku tych stolików było naprawdę mało. 

Zdążyłam zauważyć, że stały tam stoły 6 osobowe, przy których siedziały dwie, trzy osoby, a kolejka i tak czekała. Nie każdy lubi siedzieć przy stole z obcymi i chyba o to tym ludziom w kolejce chodziło. Nam zresztą również. Zastanawiam się, dlaczego nie postawiono też stolików 4 osobowych- miejsca było dosyć. Wkurza mnie taki komercyjny „przerób” na zasadzie „jak chcesz to zostaniesz, a jak ci się nie podoba to idź sobie”. Mam wrażenie, że sporo osób „poszło sobie” tak, jak my.

Zresztą wielu właścicieli traktuje swój biznes na zasadzie „Zawsze ktoś się znajdzie”, a nie na zasadzie „Udostępnię wiele możliwości, zaspokoję różne potrzeby, więcej ludzi przyjdzie”.

Podziwiamy, podziwiamy.....
Postanowiliśmy przejść się w głąb ogrodów. Przeszliśmy kawałek alejką, ale ja już byłam zniechęcona tym, co na wstępie zobaczyłam- malowanymi doniczkami, skrzynkami, w kolorach ostrych, kontrastujących i nieprzystających do roślin na rabatach, jakimiś plastikowymi ostro niebieskimi grabiami, wetkniętymi w  iglaka. 

Między rośliny powsadzano tandetne plastikowe pałki, motylki, jakieś ptaszki, wszystko obłażące z farby, w wypłowiałych kolorach oraz brudne. Na lekkim stoku za stawem wbite w ziemię pręty, na nich doniczki imitujące muchomorki.

To jest prawie tak pjykne jak plastikowe gerbery w kryształowym wazonie, postawionym na skrzynkowym telewizorze w latach 60. XX wieku. Zgroza.

Kolorowe wiszące skrzyneczki....ech.....Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie ten kawałek ogrodu bez kolorowych paskudztw. Sama zieleń plus piękne jesienne kolory i nic więcej nie trzeba. Jak można tak zepsuć tak urocze miejsce?
Już na wstępie, przy wejściu do ogrodów, za bramą, uderzyła mnie niesamowita ilość tandetnych figurek, kwiatuszków, doniczek i bógwiczego, nadźganych gdzie się da, pogrupowanych od Sasa do lasa. 

 Dyńki, a jakże.... plastikowe króliczki w skrzynce, a jakże....wiszące, malowane we wściekłe kolory,  koszyczki na truskawki, tudzież plastikowe słoneczniki....wsio must be.

Ta plastikowa czarna beczka, to co? Dekoracja? Hmmmmmm.....Miało być zabawnie? Na luzie? Naprawdę?
Zdjęcia maskują wypłowiałe kolory i brud, zwłaszcza na tych pałkach z lewej strony. Ptaszki by uszły, ale to tandetny odlew plastikowy. Ptaszki-koszmarki. 

Mamy taką teorię- właściciel zamówił w Chinach kontener plastikowych "ozdób", część powtykał w ogród jako reklamę, a resztę sprzedaje w centrum. To się nazywa big deal. No i dobra, niech ma, ale ja przeżyłam szok estetyczny😀😀😢.


Może ktoś miał w tych dekoracjach jakiś zamysł, na mnie zrobiło to wszystko odpychające wrażenie. Festiwal kiczu i tandety. To przy wejściu i ciut dalej w ogród. Przyznam, że nie poszliśmy jeszcze dalej, gdzie być może ta nawała szmiry cichnie i są już normalne ogrody z roślinami do podziwiania, nawet bez pięknych kwiatów. A tak nawiasem, to nie wiem, czy jeszcze tam pojedziemy. Oglądałam film nakręcony w tych ogrodach latem i nic zaskakującego w nim nie znalazłam. Rośliny, które tam rosną, znam, układ alejek, budowle itp. jakoś mnie nie rajcują. Wolę naturalne arboreta, w których ogrodnicy starając się nie udziwniać, sadzą rośliny tak, by wyglądały jak najbardziej naturalnie i nie dźgają figurek tudzież dziwnej architektury ogrodowej między rośliny.

Natomiast podziwiam właścicieli Ogrodów Kapiasa za pomysł oraz niesamowitą pracę w stworzeniu interesującego miejsca wypoczynku w otoczeniu roślin. Pierwszy ogród powstał w latach 90., ale zalała go powódź i  postanowiono go już nie odnawiać, założono ten, w którym byliśmy. Podobno ten stary miał zupełnie inny charakter. Myślę, że chodziło właśnie o jego naturalność i prostotę oraz pokazanie bogactwo ciekawych gatunków kwiatów czy krzewów.

W tym nowym widać, że wszystko nim idzie w kierunku komercji oraz pospolitości. Plac zabaw dla dzieci, który w ogrodach zainstalowano, ma przyciągnąć rodziny z maluchami. Idea niby dobra, ale czy o to chodzi, by spacerować wśród alejek kwiatowych mając za tło wrzaski dzieci na placu zabaw? I czy naprawdę wszędzie te place zabaw mają być montowane, bo to taka atrakcja? A co z ciszą, roślinami, rozmowami rodzinnymi, nauką przyrody itp.? Czyż taki ogród nie byłby idealnym miejscem, w którym dzieci poznają gatunki roślin i na tym głównie się skupiają, a nie na huśtawkach i lodach?

Jest taka zasada- zachowaj granicę w wymyślaniu cudów i wianków, bo zamęczysz tym innych. No i tam chyba złamano tę zasadę. Nie zawsze coraz nowsze „udziwnienia” są dobre. Ogród to ogród i w ogrodzie rośliny powinny królować, a nie plastikowe ważki czy ogromne półkoliste niebieskie „bramy”. Na filmach sprzed kilku lat, wszystko w ogrodach jest takie piękne, kolorowe, wymuskane i nie ma nawału tandety. Czyli coś nie pykło w ostatnich latach z tymi ozdobami, ktoś przesadził. I jeszcze jedno mi się nasunęło- ogrody ludzie zwiedzają przez okrągły rok, czyli te wszystkie ozdoby, architektura itp. powinny być na bieżąco (oczywiście w warunkach pogodowych, pozwalających na to- wiosną, latem, jesienią) odnawiane, malowane, po prostu zadbane. A tu nic z tego, jak wsadzono plastiki (motylki, kwiatki, pałki, lampki i jakieś figurki),  przypuszczalnie dwa, trzy lata temu, tak sobie one płowiały i nikt tego nie wymienia. W „Zakątku ciszy”, stolik i siedziska pomalowano na kolor niebieski (mam wrażenie, że właściciele lubują się w tym kolorze, bo przeważa) i fajnie by było, gdyby pomalowano je na nowo, bo obłażą z farby. 

 

Na ziemi położono płyty- kręgi plastikowe- witaj ekologio😢 Trawy piękne, niebieskie pudełka "mebelki" do chrzanu, jak pięść w oko. Może inny kolor? A może jednak normalna lub kamienna ławka, by stylem do traw pasowała?

A może te płyty plastikowe zamienić na okrągłe ( to co, że nierówne) kamienne? Albo wysypać alejkę szarym (białym) kamykiem. Po co ten szpan, silenie się na ... no właśnie, na co?

A tutaj kawałek ogrodu naturalnego, bez tandety- czy nie mogło tak być gdzie indziej?


Nie przekonują mnie tłumaczenia, iż jest jesień, smutno, szaro i dopiero na wiosnę to będzie odnawiane oraz porządkowane. Ludzie teraz ogrody zwiedzają, teraz widzą te żałosne rzeczy tak  samo, jak ja. Nie ma roślin i wszystko, co kaprawe, wylazło na wierzch. Brak kwitnących kolorowych roślin, które być może przytłumiają te niedociągnięcia latem, powinien wyostrzyć uwagę właścicieli na wygląd ogrodu jesienią i zimą.

Metaloplastyka połączona z kamieniem- te rzeźby akurat mi się podobały, ale cały efekt naturalności, popsuły powtykane w trawy wypłowiałe plastikowe kwiaty. Same trawy są tak piękne, że należało je zostawić bez dodatkowych "upiększeń". Ptaszory też mi się podobają. Taki, w naszym ogrodzie, wyglądałby dobrze. No a z prawej stronie pałeczki w kolorach bijących po oczach-fuj.
Za stawem, po lewej stronie położona jest druga, czarna, wielgachna plastikowa beka- sen pijanego dekoratora.
No i proszę, jaki uroczy kawałek ogrodu, ale nie jestem pewna czy w tych pięknych brązach, zieleniach i purpurach nie czyhają upiorne plastikowe ważki albo inne, w tym stylu, ozdóbki.

Nie tylko ja mam taką opinię, znalazłam w Necie parę podobnych uwag do moich: tandeta, brud, wypłowiałe kolory...ktoś dodał (data z miesiąca letniego), że w stawie i w sadzawkach jest brudna woda, a ryby wypływają i z pyszczkami nad wodą, ciężko łapią powietrze. Fakt, woda w stawie brudna, ale ja się tego akurat nie czepiam, bo wymiana wody jest złożoną operacją i rzeczywiście lepiej to zrobić wiosną, niż w listopadzie.

O gustach się ponoć nie dyskutuje, jednak mnie nie tyle chodzi o brak gustu, co o niechlujstwo i chyba, tak napiszę to, w jakimś sensie lekceważenie zwiedzających, już o narażaniu się na krytyczne opinie nie wspomnę. A może należało przejść obok tych „wystawek” i jakoś to przełknąć? Może i tak, ale zaskoczenie było tak duże i ogromny dysonans między tym, czego oczekiwałam (elegancko zaprojektowany ogród z kamieniem, drewnem, trzciną- naturalnym budulcem, stonowany w barwach, by kolory roślin miały przewagę), a co zobaczyłam (i żeby te figurki, ptaszki skrzyneczki były w jakimś strawnym stylu, ale to jest takie wrzaskliwe odpustowo- przaśne), że nie mogłam, no po prostu, nie mogłam przełamać w sobie tej negacji.

Dla mnie ogród, to głównie rośliny, rośliny i jeszcze raz rośliny- wyeksponowane, dobrane pod jakimś względem, dominujące, a na końcu architektura ogrodowa, dyskretnie wkomponowana, nienachalna, stonowana w kolorach.

Zastanawiam się, czy nie za ostro piszę, jednak to jest tylko moja opinia, mój opis, moje wrażenia. Ktoś ma inne zdanie na temat tych ogrodów, nie mam zamiaru jego opinii negować.

Poszliśmy jeszcze do hali, gdzie sprzedawano rośliny, doniczki, ozdoby, figurki itp. I znowu dopadło mnie zniechęcenie- królował plastik, pospolitość, sztuczność oraz wysokie ceny. Jedynie donice były interesujące i nawet niedrogie. Może właśnie po donice tam wrócimy.

Więcej o tych ogrodach w:

https://www.slaskie.travel/poi/213165/ogrody-kapias

https://www.nocowanie.pl/ogrody_kapias,141829.html

https://fundacjamy.com/ogrody-kapias-robia-nam-wode-mozgu/

A w domu, na rozgrzewkę, zrobiłam czekoladę na gorąco, podaną w zwykłych szklankach z uszkiem, bo napoje podawane w filiżankach, a tak powinna być podawana gorąca czekolada, są na jedno oblizanie się, a ja chciałam napić się tej czekolady porządnie. W dodatku nie nauczyłam się odchylać małego paluszka podczas picia herbaty z filiżanki, a to poważne naruszenie etykiety „ą” i „ę”, mógłby ktoś o to zapytać, a potem zgorszyć, gdybym wyjawiła tę prawdę. Summa summarum, czekoladę piliśmy z pospolitych szklanek.

Za to rogale świętomarcińskie, kupione w „Żabce”, podałam na rodowej porcelanie z herbem „Gąska w pokrzywach”, czyli tak, jak na takie świąteczne ciasto przystało. A do tego obrusik kuchenny w różowe króliczki w kapelusikach zielonych. Miodzio eklektyczne.

Nazwa sklepu pięknie komponuje się z nazwą herbu, prawda? Czekolada super, rogale takie sobie, jednak czego oczekiwać po masowych wypiekach na użytek pospólstwa, co to nie ma materiału poznawczego, a rogal świętomarciński tylko z nazwy jest im znany, a nie z pochodzenia nazwy? Może być rogal maślany, może być świętomarciński? Zresztą ja również nie mam materiału porównawczego (smak, wygląd itp.), uznałam, że jak na wypiek, to ten rogal jest taki sobie, uszu nie urywa. Kupiłam je li tylko ze zwykłej ciekawości, bo pierwszy raz zobaczyłam je w sklepie. Tu na Śląsku nie ma zwyczaju obchodzenia Świętego Marcina oraz robienia takich wypieków. A i gęsiny, z tej okazji, też się nie je.

Przeczytałam sobie skąd się wziął ten zwyczaj  w 11. listopada.

Tradycja ta wywodzi się z czasów pogańskich, gdy podczas jesiennego święta składano bogom ofiary z wołów lub, w zastępstwie, z ciasta zwijanego w wole rogi. Kościół łaciński przejął ten zwyczaj, łącząc go z postacią św. Marcina. Kształt ciasta interpretowano jako nawiązanie do podkowy, którą miał zgubić koń świętego.”

Więcej w:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Rogal_%C5%9Bwi%C4%99tomarci%C5%84ski

Spróbowałam słodkiego i wiem, że już nie powtórzę tego. To tak, jak z pączkami w tłusty czwartek- nie kupuję, bo nie lubię. Rogala też nie polubiłam. Przesłodzony, twardawy paskudny gniot. I nawet, jak ktoś by mi zaproponował prawidłowo wypieczonego, z wszystkimi dziwami w środku, to jestem na NIE.

 A to taki pozytywny końcowy akcent z ogrodów- rośliny w nich są piękne, zwłaszcza grupy iglaków, a na liściastych ciągle królowały kolory.



 

 


 

15 lutego 2023

A tymczasem nie dajmy się oszukiwać.

Połowa lutego za nami. Od początku stycznia wrednie się ułożyło. Najpierw Jaskół potem ja. Wirus sprzedany przez klienta, który prychał, kaszlał- dopiero żona wywaliła go z drzwi, bo on twardo stał przy ladzie  i „częstował” zarazkami.

Jaskół łagodniej, mnie ścięło na amen. Gardło zadarte, przepona obolała, brak tchu i sił. Dwa antybiotyki i teraz, powolutku, podnoszę skrzydła do lotu.

Ogród zastygł w oczekiwaniu wiosny. Jeszcze przed chorobą widziałam narcyzy, które dosyć wysoko wyszły oraz śnieżyczki w pączkach. Takie malutkie przy ziemi, ale już pączki miały.

A dzisiaj wyglądały tak. 

W lasku.

Przed tarasem.

  Narcyzy też są już większe. Te wyszły na trawniku przed laskiem.

 Oczar od stycznia kwitnie, jak oszalały, a kalina pachnąca, która miała teraz zakwitnąć, zakwitła w grudniu i „straciła” wiosenne pączki. Szkoda.


Przez drzwi balkonowe widzę liście ciemierników, podnoszące się, nabierające kolorów po ostatnich mrozach. 

Dzisiaj zrobiłam im zdjęcie. Ten ma bardzo dużo pączków, u innych jeszcze ich nie widać.


Czekamy na drwala- dużo tui do wycięcia, dwie sosny ze złamanymi czubami i kilka grubych gałęzi.

Ma przyjść też inny, który ze zwyżki obetnie czuby tui, rosnących pod drutami elektrycznymi. I co jeszcze? Ano taras, czekający już drugi rok na remont. Trzeci „fachowiec” zdeklarował się do pracy. Czekam na chwilę, kiedy będzie sobie można przebierać w „fachowcach”, a oni staną się obowiązkowi, bo nie będą mieli pracy. Tak, zabrzmiało to obrzydliwie, ale tak niesumiennych ludzi, to w innych zawodach szukać ze świecą.

Orzech w promieniach zachodzącego słońca.

Dzisiaj po raz pierwszy od miesiąca, poszłam z Bezą na spacer po ogrodzie. Było tak fajnie, że nie chciało mi się wracać do domu


Na jednym z modrzewi jest gniazdo wiewiórki.

A to dowód (zwłaszcza dla mnie), że jednak wiewiórka w ogrodzie mieszka. Jedna, a może dwie.
 
Na razie pokazuje się jedna i nie podchodzi już tak blisko domu jak te, które mieszkały na strychu, łaziły po tarasach i balustradach.

A, i jeszcze jedno, może się komuś przydać- zaczęłam kupować „chemię” w internetowym sklepie z chemią niemiecką. Kupowałam wszystko normalnie w tutejszej sieciówce i za każdym razem coś się pogarszało. Wyprane pranie było takie sobie, płyn do płukania, kiedyś gęsty, teraz lał się jak woda i w ogóle nie było znać, że go używałam, gramatura w pojemnikach coraz mniejsza, cena za to coraz wyższa. W dodatku, mimo „mycia’ pralki kąpielami piorącymi w ekstra czyszczącym płynie, pozostawały po każdym praniu jakieś strzępki, brudy, a pralkę było paskudnie czuć starymi szmatami- czyszczone filtry, odpływy i żadnego rezultatu.  Wyprane rzeczy też miały taki zapaszek.

Czytałam kiedyś o tym, że Czesi się zbuntowali i zaskarżyli koncerny chemiczne, iż oszukują- posyłają do ich kraju proszki do prania gorszej jakości. No i wyszła wtedy sprawa chemii dostarczanej do Polski. Niemcy twierdzili, że zrobiono badania rynku i Polki powiedziały, iż wolą ciut gorszy proszek, ale tańszy. To było parę lat temu, ale ja nie narzekałam, trochę się zdziwiłam- tyle.

Teraz jednak przypomniałam sobie o tym i się zbuntowałam. Żadnego wyboru, masz kupować dziadostwo. Nie lubię wyrzucać pieniędzy na buble, a chemię to ja lubię mieć taką, która się sprawdza, a nie udaje, że „czyści”.

 

W grudniu zaryzykowałam i kupiłam pierwsze kapsułki do prania w Internecie- produkt miał info, że pochodzi z Niemiec (są też produkty z innych państw). Tak, oczywiście, było ryzyko, bo jak sprawdzę, że ktoś mnie nie natnie? Nie naciął. Już po otwarciu torby z kapsułkami, było widać różnicę nie tylko w kolorach kapsułek, ale w zapachu (po wypraniu zapach się utrzymywał). Rzeczy teraz piorę w 30 stopniach i są czyste, pachnące. Płyn do płukania jest gęsty, a pralka po wyjęciu prania, jest czysta i pachnie.

Rewelacyjnie sprawdził się płyn do mycia szyb. Wymyłam okna przed świętami, a jeszcze do teraz nie ma na nich kurzu.

Cena? Porównywalna do bubli w sklepach i gramatura, jak przed kombinowaniem- litr, a nie 0,9 w cenie litra.

Opłata za przesyłkę niewysoka i rozkłada się na zamówione produkty. Jeżeli na cały dom zużyłam centymetr płynu w spryskiwaczu, a zapłaciłam tak, jak za płyn kupiony w polskim sklepie, ale tego polskiego wypryskałam przeważnie ćwierć butelki (takiej samej), to o czym my mówimy?

"Post bez Bezy to post stracony"- Beza styczniowa.


Jutro piekę chrust. Nie przepadamy za pączkami, wolimy chrust.

Przepis podałam TU. Ostatnio natknęłam się na filmik, na którym "babcia" (jest taka babcia, która aktywnie doradza starszym paniom, co i jak w różnych tematach- mnie ona nie kręci, nie lubię jej gwiazdorzenia)radziła jak piec faworki. Obejrzałam, posłuchałam, przepis ten sam, ale chrusty robiła wielkie. Nieważne- jedna rzecz mnie zastanowiła i może jutro skorzystam z tej rady. Otóż babcia radzi, by wyrobione ciasto, zamiast walić wałkiem, by je napowietrzyć, należy przepuścić przez maszynkę do mięsa. Przepuściła i faktycznie jej faworki po upieczeniu miały takie powietrzne purchle. Moje też mają, ale mniejsze.  

I jeszcze trochę kolorków.Tak kwitła od października do końca listopada. Teraz "odpoczywa".



 

 

 

 

 

 

01 stycznia 2023

No i zaczęło się.

Pierwszy dzień nowego roku zaczął się fajnie. Pogoda super- bezchmurne niebo, słońce i ciepło. Zupełnie nie jak w styczniu. Już mi przeszła złość  na głąbów, którzy jak oszalali puszczali o północy fajerwerki i tłukli petardami. Ponoć, bo my z Bezką tradycyjnie kryzysowe pół godziny przesiedziałyśmy w łazience. W tym roku wzięłam telefon do łazienki i puściłam rocka na full. I to był strzał w dziesiątkę. Może trochę ogłuchłyśmy od tej muzy, ale Beza nie słyszała tego, co dzieje się na polu- była spokojniejsza, niż  w poprzednich latach. Wyszłyśmy, kiedy słychać było tylko pojedyncze huki. Ale na siku dało się ją wywabić dopiero przed pierwszą. To było chyba najdłuższe siku w życiu Bezy. Biedula od 17. poprzedniego dnia, nie wyszła ani razu na dwór. Cholery można dostać z tymi półgłówkami, co to nie uszanują zwierzęcego strachu. Tłukli już od południa w sobotę. 


Ponieważ jestem już dosyć stara, to muszę jednak trochę tradycji świątecznych podtrzymać. Taką tradycją, w naszym domu, jest smażenie na Sylwestra chrustu.

Robienie tych bardzo kruchych ciasteczek, to tradycja, którą kultywowała moja mama, a teraz ja odstawiam, co roku, akcję „chrust”.

W tym poście znajdziecie przepis oraz sposób wykonania. Dodam tylko, że z ciasta, według przepisu, wychodzi około 70/80- ciasteczek takich, jak na zdjęciu. 

I należy trzymać się dwóch rzeczy ściśle według przepisu- dodać spirytus oraz solidnie stłuc ciasto wałkiem. Gwarantuję, że chrust wyjdzie kruchy i chrupiący.

Proces tworzenia- nie jestem Geslerką, nie zależy mi na ekstra kształtach ciasteczek, pilnuję tylko grubości- musi być cienko wałkowane, by chrust był kruchy.

Nie należy przesadzać z mąką- tylko do podsypywania, aby się nie kleiło, inaczej ciasto twardnieje, a podczas smażenia mąka szybko przypala się w oleju (tworzy osad)
 
Tu wyglądają bardzo nieefektownie, ale to tylko tu.


Tu już lepiej. Smażę na oleju rzepakowym- trzeba pilnować, bo one szybko nabierają koloru.

Potem na talerz, odsączyć z oleju, na drugi talerz i posypać cukrem pudrem. Żadna filozofia 😀
 

Nie robię postanowień na ten rok, a przeszły uważam za dosyć udany. Trochę było utrudnień, trochę niepokojów, trochę złości, trochę niepewności... trochę... chyba już jestem tak zaprawiona w pokonywanie trudności, że je pokonuję z rozbiegu. I cieszę się niezmiennie z jednej mojej cechy- jestem optymistką, a poczucie humoru mnie nie opuszcza. 

I mam zamiar dalej tak trzymać.

Najlepszego wszystkim.