Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rajdy i wycieczki motocyklowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rajdy i wycieczki motocyklowe. Pokaż wszystkie posty

04 czerwca 2026

Jaskół opowiada.

 

Wynik jeszcze nie końcowy- w sumie Jaskół przejechał ponad 80000 kilometrów w ciągu 20 lat.

 Początek.

Wszystkiemu winien jest mój starszy brat Janusz. Odkąd pamiętam, miał zamiłowanie do motocykli: to Iż, to Awok, to jakieś BMW R-35.... . Pamiętam, zabrał mnie kiedyś na przejażdżkę „Wołkiem” do Katowic. Najpierw zatrzymała nas Milicja, bo usłyszeli za duży hałas i chcieli wlepić mandat za brak tłumika, ale jak zobaczyli czym jedziemy, to pooglądali z ciekawością i puścili nas wolno. Całe szczęście, bo gdyby nie ta przerwa w jeździe, to pewnie dupa by mi odpadła. Dopiero wtedy zrozumiałem, co znaczy sztywna rama. Potem brat wyprowadził się na Kaszuby. Na cały rok. Niby to niedługo, ale zmienić można wiele. W ciągu tamtego roku odwiedził mnie kilkakrotnie. Raz przyjechał i mówi, że zamienił motocykl na lepszy. Pytam, co to znaczy, a on na to, że ma angielski motocykl, Ariel jakiśtam. Nowszy od „Wołka”, bo z lat 60-tych.

- To fajnie- mówię- że zmieniłeś. Super tak realizować swoje marzenia.

Okazało się, że zwycięstwo było połowiczne. Motocykl był, a jakby go nie było. Prawnie nie istniał– nie miał papierów. W tym czasie (lata 80-te) pracowałem „blisko” Urzędu Miasta. Poszedłem zarejestrować motocykl na dobrze wyprane papiery ze starego Junaka. Pani z Wydziału Komunikacji, widząc „znajomą” twarz, nie była zbyt dociekliwa i wydała papiery na motocykl, który stał przed Urzędem.

Jak już mówiłem, po roku Janusz wrócił do naszego miasta. I jak to niespokojna dusza, znalazł Nortona. Sprzedał więc Ariela i kupił nowego Anglika. Podobno Ariel był 350, a Norton -500. Jechałem na nim kilka razy w charakterze „plecaczka”. Nie powiem- fajnie było.

Raz jechaliśmy do znajomych 8 grudnia.

On- motocyklista- ubrał się po swojemu- ja, żeby nie zmarznąć, wsadziłem na siebie, co się dało. U znajomych rozebrałem się w przedpokoju i przedpokój się wypełnił na full- ortalion, kufajka, dres, buty po nartach- kompletny asortyment dobrze wyposażonego turysty wysokogórskiego. Fajnie nam się razem jeździło. Pewnego razu, ten wariat, wymyślił coś wybuchowego- znalazł dla mnie motocykl. Piękny, tani......tylko, że w worku. NSU 250.....z kurnika. Nie mam zacięcia technicznego, a tym bardziej do czegoś, czego nie widzę. Zamiast jeździć musiałbym czyścić i składać. Po dwóch miesiącach sprzedałem worek.

Minęło kilka lat. Pracowałem sezonowo na basenie, gdzie mnie, któregoś brat odwiedził. Zrobił to z pompą oraz paradą. W tamtych czasach motocykle 4 suwowe nie były tak popularne, jak teraz. Junak, Avo- pod koniec lat 80.- to jednak była rzadkość. Przeważały MZ-ki, CZ-ki, Jawy. Młodzież przyjeżdżała na basen takimi właśnie motocyklami. Stały na parkingu koło budki, w której sprzedawałem lody i zimne napoje. Nagle zrobiło się cicho na basenie – prawie cały męski ludek wyszedł z wody i zgromadził się przy bramie wyjściowej. Będąc w środku budki, dopiero po chwili, usłyszałem dziwny dźwięk- jakieś dziwne głośne i dudniące „mruczenie”. Okazało się, że takie wrażenie, na płci męskiej, zrobił Norton, wjeżdżający na wolnych obrotach przez bramę obiektu. Wtedy pomyślałem, po raz pierwszy, że w tej miłości do motocykli musi coś być.

Lata mijały. Byłem ojcem 16-latka. Któregoś dnia znalazł w starych szpargałach zdjęcia motocykli.

  • Tatuś, co to?

  • Wiesz, Stryj jeździł takimi motocyklami.....

    Stało się- zaczęły się rozmowy mojego syna z moim bratem.

    Bez mojego udziału, bo mnie motocykle nie interesowały. Po pewnym czasie na biurku w pokoju syna stanął „Wołek” w ramce, po nim Ariel oparty o płot na Kaszubach. Zaczęliśmy kupować „Świat Motocykli”.

W pewnym momencie brat zaczął opowiadać o motocyklu, który wzbudzał jego zainteresowanie (był stałym czytelnikiem „Świata Motocykli.”, „Motocykla”,”Classic Motocycles” i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze).

Oczywiście był to „anglik”, tyle, że produkowany w Indiach. Zachwycał się nim przy każdym naszym spotkaniu. Próbowałem go od tego odwieść:

- Coś Ty, motocykl produkowany w Indiach ?– zapomnij- Co Hindusi potrafią?

A On swoje:

- Technologia angielska, a składany w Indiach to będzie tani.

Patrzyłem na to sceptycznie, ale nie chciałem Mu sprawiać przykrości, cóż mnie do tego, przecież nie kupuję motocykla.

W 2003 roku, w listopadzie, namówił mnie na wyjazd do Zamościa, do człowieka, który jakoby najlepiej znał się na motocyklach, pisał książki i artykuły do „Świata...”, a przy tym był dealerem tego hinduskiego „anglika”. Miałem czas, więc wybrałem się z bratem na wycieczkę- po raz pierwszy od wielu lat wyjechaliśmy gdzieś razem. Warto było. Poznałem nową drogę z Frampola do Zamościa (przez Gorajec zamiast Biłgoraj i Zwierzyniec). Piękna widokowo i krótsza.

Ale, przede wszystkim, poznałem Pana Tomasza. Szczupły, niewysoki, lekko przygarbiony. Pooglądaliśmy motocykle stojące w warsztacie: Royal Enfielda Bullet`a niebieskiego, takiego samego czarnego (ale de Lux) i czerwonego Enfielda sixty five- solówkę. 

 


Nie powiem, prezentowały się imponująco. Pan Tomasz odpalił swoją maszynę, rzeczywiście, głos miała piękny. Ten ton słyszałem kilkanaście lat wcześniej- wydobywał się z Nortona. Jako, że listopad nie należy do gorących miesięcy, poszliśmy na herbatkę. I zaczęło się: Janusz pytał, a Pan Tomasz odpowiadał i opowiadał. Widać było, że wie, o czym mówi. I czynił to z pasją. Siedziałem jak na tureckim... nie- jak na hinduskim kazaniu. Dwa razy o coś zapytałem, zaznaczając, że jestem laikiem, że przyjechałem z bratem do towarzystwa. Nasz rozmówca nie zrażał się i odpowiadał mi równie wyczerpująco, jak Januszowi, tylko bardziej przystępnie (chciał pewnie, żebym rozumiał, co do mnie mówi). Stanęło na tym, że Janusz zamówił jeden egzemplarz motocykla. Miał to być czarny Royal Enfield 500 de Lux, z chromowanymi błotnikami. Zaczynał mi się podobać, ale cóż, był tylko jeden. Wróciliśmy do domu. W grudniu Janusz zadzwonił, że sytuacja finansowa nie pozwala mu na zaliczkowanie motocykla (miał być do odbioru na Wielkanoc). Dałem pieniądze na zaliczkę, coraz częściej myśląc o tym, że jak nie weźmie to może ja... ? Wszystko wyjaśniło się w styczniu. Firma, w której mój brat pracował, zaczęła podupadać. Wiadomo, że ktoś, kto ma na utrzymaniu 5 osób, a w perspektywie utratę pracy, nie kupi motocykla. Stanąłem przed nie lada dylematem. Byłem zdecydowany, ale co na to moja Żona? Rozmowa o zakupie motocykla trwała 3 miesiące. Jestem jej wdzięczny za to, że się zgodziła**. Ale najbardziej zadowolony z tego był mój syn. Miał już 17 lat i w bliskiej perspektywie „prawko” na motocykl. Jednak największy wpływ na moją decyzję miał fakt, który zaobserwowałem kilka lat wcześniej- mój brat po sprzedaży motocykla (warunki ekonomiczne) stał się innym człowiekiem. Stał się zgryźliwy, zgorzkniały i taki szary- po prostu zdziadział. 

 


Nie macie pojęcia, ile radochy daje jazda motocyklem (podobno w drugiej ławce też). Mogę to powiedzieć, bo sam doświadczyłem. Ale wrażenia z jazdy będą potem. Teraz trzymajmy się chronologii. No więc przyspieszony kurs podstawowej obsługi motocykla w Zamościu u Tomasza Sałka i motocykl stanął w Tychach, w biurze firmy, na honorowym miejscu.

Z miejsca stał się sensacją– nikt ze znajomych do tej pory nie jeździł i patrzeli na mnie bardziej z politowaniem niż ze zdziwieniem (zachciało się chłopu na starość). Ale ja mam dopiero 48 lat. Wszyscy czekaliśmy, aż puszczą śniegi. Nareszcie. Za radą Janusza zacząłem naukę jazdy na mało uczęszczanym placyku. Kółeczko na jedynce w lewo- przerwa, jeszcze jedno i znów przerwa. Gdy kółeczka wychodziły już bez podpórki, to zacząłem kręcić w prawo. Potem to samo na dwójeczce. Trzeciego dnia wyjechałem na drogę publiczną. Mały ruch (bo to poza miastem), ale już można było wrzucić trójkę i czwórkę- taka pętla 3,5 km. No to potem dwie w lewo i dwie w prawo. A po tygodniu wyjazd do miasta. Byłem lekko zdenerwowany- co zrobię jak zgaśnie na skrzyżowaniu lub na światłach? No cóż, odpowiadam sobie, zepchnę na pobocze albo na chodnik i odpalę znowu. Tak zrobiłem. Podczas pierwszych jazd rzeczywiście kilka razy zadusiłem silnik. Ale uwierzcie, nikt nie trąbił, nie mrugał światłami i nie pukał się się w czoło. Czekali cierpliwie aż dwa „dziadki” odjadą ze skrzyżowania (mam siwą brodę, kask nie pozwala ocenić dokładnie wieku, a jak wygląda Royal Enfield- każdy wie). Pierwsze jazdy wokół miasta nie przynoszą spodziewanych przyjemności i radości z jazdy. Motocykl jest powolny, czasem kichnie, nie za bardzo przyspiesza. Telefon do Pana Tomasza i już wszystko jasne– ten rocznik trzeba dotrzeć, wyregulować i podczas kolejnych wycieczek trzymać usta zamknięte. Dlaczego? Dobrze wiecie. No więc czekało mnie kolejne zadanie. Wyjazd do Zamościa by wyregulować moto. 400 km dla początkującego jeźdźca, w dodatku samotnie, to już, według mnie, coś. Przedtem jednak był mały test. Jazda do Krakowa i z powrotem miała być namiastką tego, co mnie mogło czekać. Motocykl spisał się znakomicie podczas tej wyprawy. 


 Jadę, zatem, do Zamościa! Spakowałem pełną torbę ciepłych ciuchów (bo maj był zimny) i 22-go wyruszyłem w moją pierwszą poważną podróż motocyklem. Słuchajcie, cudownie– słoneczko świeci po raz pierwszy od tygodnia, a ja sobie powolutku, 60-70/h, pomykam na Wschód. Pierwszy postój u brata w Krakowie- kawka, odpoczynek i dalej do przodu. Następny w Zawidzy (za Osiekiem) przy trasie sandomierskiej- obiad. W lesie jest Zajazd pod Dębami, gdzie można dobrze i tanio zjeść- polecam. Słoneczko dalej świeci. Mijam Tarnobrzeg, Stalową Wolę, Nisko i kieruję się na Janów Lubelski. Na podróż motocyklem piękna trasa– mały ruch i dużo lasów po drodze. Z Janowa na Frampol, Biłgoraj (wizyta na cmentarzu u Dziadków i pod Pomnikiem Katyńskim) i przez Szczebrzeszyn do Zamościa. Skończył się piątek a wraz z nim dobra pogoda. W sobotę zaczęło padać- temperatura spadła do +10 stopni. Niestety mam tylko 2 dni wolne– jeden na przegląd motocykla, drugi na powrót do domu. Wbijam się w ciepłe ciuchy i zasuwam do warsztatu Tomasza Sałka. Pan Tomasz to chodząca encyklopedia wiedzy o jednośladach. I chyba pasjonat przez duże „P”. Przegląd przebiega bardzo sprawnie: wymiana oleju, filtra, regulacja gaźnika, zapłonu, rzut oka na sprzęgło. Wszystko gra. Jadę do Hrubieszowa odpocząć przed powrotem do domu. Trzeba wyjechać rano, bo nie wiadomo, co może cię spotkać po drodze. Poranek wita mnie słoneczkiem. Gęba mi się uśmiecha na ten widok, jednak uśmiech zamiera, gdy patrzę na termometr- +6 stopni. Dobrze, że na plusie, nie? (tego dnia wieczorem- po powrocie do domu - stwierdziłem, że motocykl to zabawka dla twardych mężczyzn). Ale komu w drogę.... . Pakuję na siebie wszystko, co mam w torbie: podkoszulek, drugi z długim rękawem, koszulę flanelową i wełniany golf. A na to wszystko „skórę”. Wyglądam i poruszam się jak Ludzik „Michelin”. Ale co mi tam, na motocyklu nie będę biegał, to się nie spocę. Naiwny, siedzisz prawie bez ruchu, to marzniesz i kwita. Motocykl, po przeglądzie, jakiś taki żwawszy, lżejszy, bardziej „wyrywny” do jazdy. Tak jakby cieszył się razem ze mną, że już mu więcej wolno. Ma rację, jedzie się przepysznie. Pierwsze 70 km to poezja. Słońce świeci, „0” ruchu, bo to niedziela rano, a ja sobie jadę. Beztrosko. Miał rację kochany braciszek, że na motocyklu zapomnę o troskach i zmartwieniach – rzeczywiście tak było. Ale tylko częściowo. W Szczebrzeszynie skręcam na Frampol, droga tam wiedzie przez piękną widokowo okolicę. Nie patrzę na mapę, ale mam wrażenie, że to granica pomiędzy Roztoczem a Wyżyną Lubelską. I to wszystko, co było piękne w tym dniu. Zaczyna padać deszcz, a ja w szczerym polu. Do Frampola jakieś 10 km. Nie ma się gdzie schować więc pcham do przodu. Zrobiło się zimno jak jasna cholera. Dojeżdżam do Frampola i „dokuję” na Petrochemii. Ciepło, sucho – pierwszy raz zauważam, że na stacji benzynowej może być tak pięknie. Zrzucam z siebie 2 wierzchnie warstwy i zamawiam 3 herbaty. Boski napój! Po pół godzinie jestem gotów do dalszych zmagań z naturą. Rozgrzany i pokrzepiony wychodzę na słoneczko. Pięknie, ale krótko. Do Janowa Lubelskiego dojeżdżam w beztroskim nastroju. Ale w drodze do Niska (droga piękna, szeroka) znowu zaczyna padać. Teraz muszę uważać na złośliwość kierowców jadących z przeciwka. Na drodze potworzyły się kałuże i jadący z przeciwka wjeżdżając w taką kałużę, robi falę, która może mnie przewrócić. Jadę więc wolniej i prawie poboczem. Deszcz na szczęście ustaje i mogę jechać spokojniej. Ale pogoda nadal nie sprzyja motocyklistom- wieje silny i zimny wiatr. W takiej atmosferze mijam Nisko, Stalową Wolę i Tarnobrzeg. Pora zatankować. Zapomniałem powiedzieć, że jadąc na przegląd (powoli i bez zrywów- 60-65km/h), mój motocykl spalił 2,45 l/100km. No więc dojeżdżam do Łoniowa i skręcam na stację benzynową. Uzupełniam paliwo, idę do kasy. Wiatr jest tak silny, że przewraca motocykl. Pracownik na stacji mówi, że od kilku lat nie było tak silnego wiatru. Pociechą dla mnie jest, że za parę chwil znowu wjadę do Zajazdu Pod Dębami w Zawidzy. Przerwa w podróży to oddech i w tym wypadku gorący obiad. Po godzinnym odpoczynku w „ciepełku”, pełen optymizmu, ruszam w dalszą drogę. Do domu pozostało mi tylko 230 km. Czyli połowa już za mną. I znowu, tak jak rano, świeci słońce, z tą jednak różnicą, że teraz nie ma wiatru. Radość moja nie trwa jednak długo. Po kilkunastu kilometrach tak zaczyna lać tak mocno, że nie zastanawiając się wjeżdżam pod parasole restauracji, w której odbywało się przyjęcie komunijne. Za zdjęcia dzieci na motocyklu, jestem częstowany gorącą herbatą i ciasteczkami. Podbudowany psychicznie i fizycznie wykonuję długi skok do Krakowa. Tam znowu gorąca kawa na stacji benzynowej (bodajże na ul. Włóczków) i ostatni już etap mojej podróży do Tychów. Muszę stwierdzić, że podróż ta była moim chrztem bojowym. Przyznaję, że zmarzłem w tym dniu jak cholera. Dwa razy zsiadałem z maszyny tylko z tego powodu, aby z niej nie spaść. Ale było to cenne doświadczenie– Polska to nie Kalifornia ani Floryda– pogoda bywa u nas różna i teraz, po kilku miesiącach użytkowania motocykla, mogę stwierdzić, że jazda w złych warunkach już mnie nie przeraża, bo to doświadczenie mam już za sobą. Zaopatrzyłem się tylko w akcesoria niezbędne do podróżowania przy różnej pogodzie. Teraz– po zakończeniu sezonu motocyklowego– mojego pierwszego!- mogę powiedzieć, że wdzięczny jestem bratu, iż namówił mnie na tę przygodę. (A tak między nami – mój sezon jeszcze się nie skończył. W suche dni wyjeżdżam na krótkie, kilkudziesięciokilometrowe przejażdżki). JEST WSPANIALE 


Historia w obrazkach.
Zamieściłam teraz tylko kilka zdjęć, bo w postach o naszych rajdach będzie ich sporo.

** Ówczesna żona, ja nie miałabym w ogóle oporu, a wręcz piałabym z zachwytu- taki piękny motocykl, to co to za wahanie się.

26 maja 2026

Spojrzenie wstecz.

 

Od paru dni zastanawiam się nad tym, w jaki sposób opisywać nasze zloty motocyklowe. Parę już opisałam- zlot w Sztramberku oraz dwa u nas, ale tych zlotów było sporo, a ja czuję niedosyt w ich przedstawianiu. I chciałabym, by to, co piszę było interesujące, wciągające. 

Oczywiście, że opiszę tylko te zloty, w których brałam udział. Chodzi głównie o długie zloty, trwające od piątku do niedzieli- były one organizowane na Roztoczu oraz organizowane przez nas tutaj, na Ziemi Cieszyńskiej. Robiliśmy z Jaskółem również krótkie wypady, takie jednodniowe i one też są warte opisania. Jaskół jeździł i nadal jeździ na zloty organizowane przez kolegów w różnych częściach kraju. W sumie, jako plecaczek, przejeździłam pięć lat. Później się to skończyło. Pisałam już o moim kręgosłupie, który, niestety, nie pozwala mi na jazdę na motocyklu, ale i inne przyczyny, ważne przyczyny (chora matka, wymagająca stałej opieki, małe szczenię, sklep, który wtedy musiał jeszcze codziennie funkcjonować), spowodowały, że na motocykl mogłam i teraz też mogę sobie tylko popatrzeć i westchnąć do wspomnień.

A te są wspaniałe i dużo ich, bo dużo się na zlotach działo, bardzo dużo. Każdy z nich wymaga kilku postów, aby cały opisać wraz z fajnymi i niefajnymi chwilami, wrażeniami, by poczuć atmosferę, klimat tych motocyklowych spotkań.

Wiele rzeczy muszę sobie przypominać, porządkować zdjęcia, kolejność wydarzeń, drogę tam i z powrotem. Muszę przypomnieć sobie, kto na tych zlotach był, jak się zmieniały motocykle i priorytety zlotowe. Tak priorytety, bo formuła organizowanych przez nas zlotów tutaj, była prosta- trochę zwiedzania, dużo jazdy na motocyklach po fajnym terenie. Natomiast formuła zlotów na Roztoczu ewaluowała w stronę- mało jazdy, dużo zwiedzania. I program II zlotu, w tamtych stronach, był wręcz przeładowany. Nie narzekam, jednak taka ilość miejsc do zobaczenia spowodowała, że wszystko robiliśmy pod presją czasu. Na szczęście III i IV zloty pod tym względem były już o wiele spokojniejsze.

Do czego najbardziej tęsknię? Ano do atmosfery, jaka na naszych spotkaniach panowała. Była ona oparta na spontanie, uważności, serdeczności, oraz wzajemnym zaufaniu. W czasach, kiedy motocykle nie były jeszcze w takiej masie kupowane jak teraz, a modne były głównie ścigacze oraz grupy motocyklowe zarejestrowane w MC, naszą grupę, oprócz miłości do motocykla marki Royal Enfield, cechowało ogromne koleżeństwo (mimo czasem sporych różnic wieku) oraz chęć spotykania się, by wspólnie pojeździć.

No tak, tak było, a Jaskół, który corocznie spotyka się na zlotach z częścią tych ludzi (dochodzą nowi, ale już na różnych motocyklach), twierdzi, że już nie ma takiej atmosfery jak kiedyś. Owszem, jest koleżeńskość, ale brakuje tego czegoś, no nie wiem, jak to nazwać, chyba brakuje w nich Spiritus fraternitatis- ducha braterstwa, a może Spiritus communitatis- ducha wspólnoty?

Po prostu stara gwardia się wykrusza- część sprzedała Enfieldy, część choruje, w ogóle nie jeździ (SKS panie, SKS), paru zmieniło zainteresowania, już ich jazda na motocyklu nie rajcuje.

No trudno, nic nie jest wieczne, ale wspomnienia zostały, świetne wspomnienia i myślę, że warto je przelać na blog.

I jeszcze trochę o tym, jak zaczęła się cała historia zlotów. To, co teraz napiszę, to są wspomnienia Jaskóła. On kiedyś motocyklami interesował się średnio. Jego brat miał motocykle, zmieniał je co jakiś czas, a jego miłością były motocykle angielskie. Jaskół zrobił prawo jazdy na motocykl i na tym się jego zainteresowanie tymi pojazdami na długi czas skończyło. Owszem, podziwiał pasję brata, podziwiał jego maszyny, ale sam nie miał ochoty na coś takiego. W 2004 roku brat oznajmił, że ma na oku fajny angielski motocykl, jedzie go zobaczyć do Zamościa i zaprosił Jaskóła na wspólną wycieczkę. Motocykl obejrzeli, brat zdecydował się go kupić, ale coś mu się w życiu finansowo spaskudziło- musiał z kupna zrezygnować. Jaskółowi żal zrobiło się takiej fajnej maszyny- klasyk o pięknej linii, na kopa- czemu nie spróbować? No i tak kupił motocykl marki Royal Enfield. A potem już poleciało. Ponieważ Jaskół uznał, że to fajny motocykl oraz warto go popularyzować, pojechał do importera i podjął się sprzedawać te maszyny tutaj na Śląsku. Udało mu się sprzedać w jednym roku 3 motocykle. Tak powstał zalążek grupy miłośników motocykla tej marki. Mój mąż ma zdolności marketingowe, toteż wymyślił, że organizowanie rajdów dla posiadaczy tych pojazdów, będzie doskonałym sposobem na reklamę, a tym samym na podniesienie ich sprzedaży. Trzeba pamiętać, że w połowie dziesięciolecia XXI wieku, motocykli było stosunkowo mało i mało było różnych marek. A jak były, to były te najbardziej znane- Moto Guzzi, Harleye, „japońce”. Royal- Enfield to było coś nowego na rynku- ruszyła jego sprzedaż w całej Polsce. Jaskół miał umowę z Importerem, który go informował gdzie sprzedano każdy motocykl. Potem Jaskół nawiązywał kontakt z tymi ludźmi i tak zaczęła się rozrastać grupa miłośników tej marki. Każdego roku motocykliści przyjeżdżali na zlot, który organizował Jaskół (noclegi, wyżywienie, wycieczka w teren). Baza zlotowa była wówczas w Tychach. Kiedy Jaskół przyprowadził się do naszego domu, zloty przeniósł na ten teren. Potem spotkania royalistów zaczęli organizować inni motocykliści i tak każdego roku grupa (cyklicznie) zalicza spotkanie w różnych miejscach Polski. Średnio takich zlotów jest pięć. Jaskół założył również prywatną stronę internetową dla royalistów- Forum działa do dziś. Tam motocykliści mają możliwość podyskutować w różnych tematycznie działach.

Ja o mojej miłości do motocykli już pisałam- tak spotkały się dwa „waryjoty”, które pokochały ten piękny motocykl oraz motocyklowe wyprawy w teren.

No i na koniec powiem tak- wprawdzie w znanym powiedzonku to Niemiec płakał „jak go sprzedawał”, ale kiedy sprzedawaliśmy naszego Enfielda, to ja ryczałam i długo nie mogłam się z jego sprzedażą pogodzić. W sumie to jeszcze teraz mam ucisk na duszy, jak sobie przypomnę jego wygląd i ten kosmiczny klang to... ech..... Po 20 latach wzajemnej miłości- nasz się stosunkowo mało psuł- ze względów zdrowotnych, musieliśmy ten wspaniały motocykl, sprzedać.

Co jeszcze należy dodać? Ano to, że nasz Enfield produkowany był już w Indiach, ale jeszcze na podzespołach i w technologii angielskiej, potem, kiedy skończyła się angielska licencja, Hindusi zaczęli produkować swoje Enfieldy. Teraz trzepią masową produkcję, zmieniając często dizajn motocykla- jego piękny klasyczny wygląd dużo stracił. No i są na wtrysk (guziczek)- gdzież ten wymóg kopa, który stawiał motocyklistę przed dosyć trudnym zadaniem, ale stwarzający przeżycie przygody- zapali za pierwszym kopem, czy nie zapali. Te nowe modele cieszą się dosyć dużym powodzeniem w naszym kraju.

A Jaskół? No cóż był jednym z pierwszych popularyzatorów tej marki. W grupie został nazwany Komandorem, a kiedy sprzedaliśmy nasz motocykl, jeden z kolegów stwierdził: „Skończyła się pewna epoka”. I to jest fakt- skończyła.

Zaraz po kupnie.


 

No i jeszcze trochę o mnie w tej całej historii muszę jednak opowiedzieć. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz Enfielda normalnie zdębiałam- tak pięknego motocykla „na żywo” nigdy nie widziałam. I moja miłość do tej maszyny była dosłownie „od pierwszego spojrzenia”. Pierwsze jazdy zaliczyłam w normalnych ciuchach i w nowym kasku, bo ten od razu kupiliśmy, kiedy Jaskół upewnił się, że będę z nim jeździła. Kask powinien mieć spuszczaną szybę (uderzenie owada w twarz, przy dużej prędkości, jest bardzo bolesne, oczy też są tym zagrożone) i blendę. Nasi znajomi zainstalowali sobie interkom- my doszliśmy do wniosku, że każde z nas ma prawo do indywidualnego przeżywania jazdy i gadanie podczas niej, jest nam niepotrzebne.

Potem przyszła kolej na ciuchy ekstra motocyklowe oraz motocyklowe buty. Kurtka i spodnie ze specjalnymi wkładkami i z podpinkami, doskonale sprawdziły się podczas jazdy, zarówno w deszczu, tak i w upałach. Podczas upału po prostu wypinałam podpinki a pod spód ubierałam tylko lekkie rzeczy. Wierzcie mi, na motocyklu, w czasie jazdy, szybciej się zmarznie niż przegrzeje. Na plecach kurtek mamy naszywkę z napisem.

 Buty tylko raz mi przemokły, kiedy jechaliśmy podczas ulewy- i przemokły tylko dlatego, że wyprzedzające nas samochody ciągnęły za sobą fontanny wody na wysokości naszych stóp. Odpowiednie ubranie motocyklowe jest konieczne ze względu bezpieczeństwa. Nigdy też nie odważyłam się jeździć bez skórkowych rękawic- jeżeli ktoś widział zdartą skórę na dłoniach, ten przyzna mi rację, że taka ochrona jest potrzebna podczas każdej jazdy.

Motocykl zaliczył kilka przeróbek, ale nie naruszyło to jego ogólnego, klasycznego wyglądu.

Musieliśmy w naszym Enfieldzie podnieść tylne podnóżki oraz kolega dospawał, specjalnie dla, mnie oparcie. Potem były próby z siodłami, jednak tego ekstra dla mnie zrobionego już nie zdążyłam przetestować- uraz kręgosłupa był szybszy.

A w następnym poście będzie dokładna relacja Jaskóła o tym, jak dał się wciągnąć w przygodę z motocyklem, na punkcie którego oszalał- trwało to 20 lat.

Ja to napisałam tak płyciutko, ale jego wspomnienie ze szczegółami, warto przeczytać.

Trochę Indii- tam Enfieldy traktowane są jako narzędzie do przemieszczania się i wożenia dosłownie wszystkiego. Jest to tam popularny środek transportu, który wjedzie nawet na wysokie góry "bez zadyszki", a jest tak skonstruowany, że może go naprawić uliczny "mechanik" za pomocą śrubokręta i młotka. Mieć w Indiach Enfielda oznacza pewną nobilitację. 

Czwórka na Enfieldzie
 


14 marca 2026

Zaliczyć kozetkę w Priborze- Royal Enfield Meeting 2013 (cz.2).

 

W sobotę rano, w drugi dzień rajdu, pojechaliśmy do Koprzywnicy, w której znajduje się muzeum Tatry. Wtedy mieściło się ono w jednym budynku, przed którym stały stare parowozy. W tym budynku mieściła się również izba poświęcona czeskiemu sportowcowi Zatopkowi.

Prawdopodobnie nie można było wtedy robić zdjęć, bo nie mamy z tego muzeum ani jednego. Kolega zrobił parę, chyba po kryjomu.

 
Nie mam pojęcia, gdzie wcięło nasze zdjęcia z tamtego zwiedzania, bo nawet sprzed muzeum nie mamy ani jednego.

To zrobił inny kolega.

Kiedy zwiedzaliśmy to muzeum, już tylko z Jaskółem, kilka lat temu, wszystko się kompletnie zmieniło. Obecnie eksponaty znajdują się w trzech miejscach Koprzywnicy, a tam, gdzie pierwszy raz byliśmy, jest tylko muzeum samochodów osobowych. I nie ma już przed budynkiem parowozów oraz nie ma izby poświęconej Zatopkowi (jest w innym miejscu). Przyznam, że za pierwszym razem muzeum Tatry zrobiło na mnie ogromne wrażenie (za drugim razem zresztą też). Nigdy nie widziałam nagromadzonych w jednym miejscu tylu starych samochodów- osobowych, ciężarowych. Jednej marki. Pobyt w tym muzeum opisałam w kilku postach- zakładka Muzeum Tatry.

Po obejrzeniu naprawdę interesujących motoryzacyjnych  eksponatów, pojechaliśmy do Příbora na obiad. Mieliśmy również  planach zobaczyć dom i Muzeum Freuda.

O Freudzie można dużo i namiętnie pisać. Jego koncepcje, w czasach, kiedy żył były nowatorskie, wzbudzały wiele kontrowersji. A i we współczesnych czasach mają one zwolenników oraz przeciwników.

Urodził się  w połowie XIX wieku, w Priborze. Właściwie nazywał się Sigismund Schlomo Freud. Był on austriackim lekarzem żydowskiego pochodzenia. Specjalizował się w neurologii. Stworzył psychoanalizę. Freudowska koncepcje funkcjonowania umysłu ludzkiego, odrzucające racjonalność ludzkich wyborów i zachowań na rzecz czynników irracjonalnych oraz emocjonalnych, miały ogromny wpływ na filozofów, uczonych i artystów przełomu XIX i XX wieku. Koncepcje Freuda znalazły również odzwierciedlenie w naukach o kulturze, religioznawstwie i innych naukach społecznych.

Rodzice Freuda byli Żydami, ale nie przywiązywali wagi do praktyk religijnych. Podobno wieśniaczka przepowiedziała matce Sigismunda, że urodzi wielkiego człowieka. Dziecko przyszło na świat w czepku, co uznano za dobrą wróżbę.

W 1872 roku Freud skrócił swoje imię z Sigismund do Sigmund, a drugim, które nadano mu po dziadku – Szlomo, nigdy się nie posługiwał. Ukończył medycynę na Uniwersytecie Wiedeńskim i został zatrudniony w Laboratorim Fizjologii i Neurologii tej uczelni. Potem studiował w Paryżu i zajął się leczeniem zaburzeń psychicznych. W 1899 opublikował „Objaśnienie marzeń sennych”, gdzie wyjaśnił założenia psychoanalizy

Nie chcę tutaj przedstawiać całej kariery Freuda to można sobie przeczytać w Necie. Koncepcje Freuda miały tyluż zwolenników, co przeciwników. Był chwalony, krytykowany, odsądzany od czci, ale jego teorie zaczęły być omawiane na wielu kongresach, konferencjach, uczeni zaczęli zajmować się ich różnymi aspektami.

Freud cale życie czuł się niedoceniony, a jedyną nagroda jaką otrzymał, była nagroda literacka. Natomiast był wielokrotnie nominowany do Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny oraz literackiej, ostatecznie Nobla nie otrzymał.

Po zajęciu Austrii przez hitlerowców, Freud musiał uciekać z Wiednia- przez Francję, wraz z rodziną, dostał się do Londynu, gdzie mieszkał aż do śmierci. Zmarł na nowotwór jamy ustnej we wrześniu 1939 roku. W cierpieniu ulżył mu przyjaciel, który zaaplikował mu trzy zastrzyki z trzech centymetrów morfiny. Po trzech dniach śpiączki Freud zmarł. O spuściznę po zmarłym psychoanalityku dbała jego żona.

Freud był związany z Marthą Bernays i miał z nią trzy córki oraz trzech synów.

Zachowało się około 900 listów korespondencji jaką wymieniał z Marthą w okresie narzeczeństwa. Freud palił najpierw papierosy, potem cygara oraz miewał częste migreny. Migreny leczył kokainą.

Przed domem, w którym się urodził jest pomnik- kanapa. Nawiązuje on do seansów terapeutycznych, jakie przeprowadzał Freud. Od tego czasu terapie kojarzą się z "kanapą- kozetką" 

Nie było silnych, trzeba było kozetkę freudowską zaliczyć (mnie na zdjęciu nie ma).


 


Příbor jest najstarszym miasteczkiem w północno- wschodnich Morawach. Prawa miejskie otrzymało już w 1251, a prawa te nadał Frank z Hückeswagenu. Nazwa miasta brzmiała w tamtych czasach Vriburch (później Freiberg i czeski Przybor).

Bardzo wcześnie władze miasta postawiły na na edukację. Parafialna szkoła podstawowa istniała już od 1541 roku. W 1694 przybyli do miasteczka Pijarzy i założyli w nim gimnazjum. Wykształcenie średnie było w tamtych latach dostępne również dla uczniów klas niższych.

„Poprzez założenie czeskiego instytutu pedagogicznego w 1875 roku miasto zyskało status centrum edukacji północno-wschodnich Moraw. Instytut wykształcił w czasach swojego istnienia – tj. do 1938 roku- szereg wybitnych pedagogów i specjalistów w dziedzinie szkolnictwa i kultury. Příbor słusznie nazywano wtedy ‚morawskim Litomyšlem‘.Příbor jest miejscem narodzin oraz działalności wielu ważnych osobistości, które sprawiły, że stał się znany. Mieszkał tutaj wraz z matką, a potem także chodził tu do szkoły parafialnej św. Jan Sarkander. W lokalnym gimnazjum uczył się, a następnie, jako ksiądz spędził tutaj jedenaście lat późniejszy arcybiskup Antonín Cyril Stojan. Urodził się tu znany historyk, założyciel morawskiej topografii Řehoř Wolný; patriota i filozof Bonifác Buzek; twórca psychoanalizy, honorowy obywatel miasta Příbora dr Zygmunt Freud; rzeźbiarz František Juraň; pisarz Josef Kresta i wielu innych.”


 Ekipa w drodze na obiad.

My sobie wcinaliśmy obiadek, gadu, gadu, a tymczasem na parkingu...


Motocykl Ewy ( w naszej grupie Ewa jeździła na swoim Enfieldzie), wtulił się w motocykl Stefana. Aż strach pomyśleć, gdyby zielonego nie było, upadek motocykla Ewy mógłby mieć nieciekawe konsekwencje.

Po obiedzie wróciliśmy do Sztramberka, zaliczyliśmy rynek, trubę, et cetera, et cetera- zobacz poprzedni post.

A w niedzielę rano obudził nas stukot młotków, to dekarze pokrywali na nowo dach na sąsiednim domu. Żadne tak kościółki, dzwony, świętowanie- była robota do zrobienia, to kończyli w niedzielę.  

Po śniadaniu, które zrobiliśmy sobie w hoteliku, ekipa rozjechała się do domów. 

https://www.lasska-brana.cz/pl/clanek/pribor



12 marca 2026

Miasteczko otulone piernikowym zapachem- Royal Enfield Meeting 2013 (cz.1)

 


 

Od 10 lat nie uczestniczę już w rajdach motocyklowych. Wysiadł mi kręgosłup po jednym z nich, kiedy to cały rajd (około 1000 kilometrów) przejechałam na bardzo twardym, nieodpowiednim siodle (aha- siodło w slangu motocyklowym- siedzisko). Oryginalne w naszym Enfieldzie było raczej niewygodne. Ale zaliczyłam na nim 5 zlotów, zorganizowanych przez nas i 4 zloty zorganizowane w okolicach Zamościa oraz liczne wycieczki po Czechach, Słowacji oraz w naszej okolicy. I na ten ostatni zlot, na który pojechałam, przykręciliśmy siodło, podarowane przez kumpla motocyklistę. Oryginalne do Enfielda, ale młodszego rocznika. Nie będę wnikała w szczegóły- nie pomogła nawet poduszka, którą kupiliśmy już jadąc na zlot, bo siodło było za mało wypełnione, za miękkie i na nierównościach czułam, jak mi się kręgosłup obija oraz kurczy, a na udach robią siniaki. Po przyjeździe do domu długo nie mogłam uspokoić bólu, a uraz pozostał mi do teraz. Wprawdzie kolega zrobił inne siodło specjalnie dla mnie, jednak nie zdążyliśmy go wypróbować, ponieważ z kolei, Jaskół popadł w tarapaty z kolanami. I tak na koniec sprzedaliśmy Enfielda i kupiliśmy Szerszenia (maksi skuter), do którego z trudem się przekonuję. Ale żeby nie było, do samych motocykli nie zraziłam się, nadal je kocham miłością ogromną, nadal chciałabym jeszcze pojeździć jako plecaczek i absolutnie nie boję się jazdy na motocyklu, zwłaszcza z Jaskółem.

Taki przydługi nieco wstęp mi wyszedł, a to dlatego, że zostało mi do przedstawianie na blogu trochę rajdów, w których brałam udział. Szkoda ich zostawić sobie a muzom i nie pokazać, jak wyglądały. Nie będą one w chronologicznej kolejności, ponieważ muszę, na podstawie zdjęć oraz z pomocą Jaskóła, przypomnieć sobie dużo rzeczy, ale wrażenia nadal we mnie są ogromne. To były naprawdę fajne chwile.

Na starym blogu opisywałam te rajdy systematycznie, ale jak usunęłam blog, to automatyczne poleciały one w kosmos. Szkoda.

Parę postów o naszym Enfieldzie i naszych wyjazdach na nim, już tu opisałam (etykieta- rajdy i wycieczki motocyklowe), jednak jest tego niewiele.

OK.

Jest rok 2011, planujemy rajd u nas. Chcemy pokazać, jak zawsze, fajne okolice i interesujące miejsca do zwiedzania. Trochę opornie nam to idzie, ponieważ te najciekawsze, naszym zdaniem, nie mieszczą się w zaplanowanym czasie, a te bliższe już zaliczyliśmy. No i nasz kolega Adaś wybawia nas z kłopotu

  • Słuchajcie, niedaleko na Morawach jest super miasteczko. Jest co zobaczyć, jest gdzie połazić, a i w okolicy są też ciekawe miejsca. Jak chcecie, to załatwię noclegi, bo mam znajomą Czeszkę, u której już nocowaliśmy.

No dobra, niech będzie Sztramberk (Štramberk).

Zbiórkę zrobiliśmy u nas w domu, w piątek po południu. Do Sztramberka jest tylko 60 kilometrów, a do nas docierali cały dzień motocykliści z dalszych stron Polski, którzy nie znali drogi do tego morawskiego miasteczka. 

Jaskółka- kosmitka. Wtedy jeszcze nie było takich fajnych ubranek motocyklowych, jakie są teraz- lekkie i spełniające wszystkie wymogi bezpieczeństwa. Moja kurtka i spodnie były dosyć ciężkie, ale dobrze ochraniały w razie upadku. Tak samo bezpieczne miałam buty motocyklowe, a rękawic nie ściągałam nawet w czasie wielkiego upału. Czy ktoś wie, jak goi się zdarta skóra na dłoniach? No właśnie. 

Wyjeżdżamy na rajd.
 

Do Sztramberka dojechaliśmy późnym popołudniem, odnaleźliśmy dom, w którym mieliśmy nocować i tu nadspodziewajka- nie ma Adasia i Agnieszki, a przecież to oni nocleg organizowali- mieli na nas czekać na miejscu.

Narada na parkingu, co dalej. W zlocie brało udział 11 Enfieldów oraz dwie Yamahy

 Konfuzja na całego, obchodzimy budynek dookoła, wszystko pozamykane. My ciut zmęczeni dniem i głodni, a tu głucho i żywej duszy. Zeszliśmy trochę niżej do czynnego sklepu- tam nam powiedziano, gdzie mieszka właścicielka- oczywiście po czesku. No dobra, panowie dotarli do właścicielki, przyszła, otworzyła, przydzieliła pokoje i nareszcie mogliśmy zdjąć ciuchy motocyklowe, a te jednak trochę ważą. Adaś z Agnieszką, radośni jak skowronki zameldowali się późnym wieczorem. No... ja tam nie wnikam, ale niektórzy byli ciut wkurzeni. 

Nasz hotelik, widok z truby.

 W sobotę pojechaliśmy do Pribora i Koprzywnicy (opiszę w dalszych częściach) i wróciliśmy do Sztramberka, by zwiedzić rynek oraz starą część miasta, wejść na trubę, kupić słynne sztramberskie uszi no i zaliczyć morawską kolację.

Kiedy wchodziliśmy na rynek, minęła nas kawalkada weselnych samochodów. Para młoda przyjechała takim czerwonym cudem.

 Trochę o miasteczku.

Pierwsza osada powstała 100 lat p.n.e. a artefakty, jakie znaleziono w Sztamberku zalicza się do kultury puchowskiej. Ale okolice Sztramberka były zamieszkałe dużo, dużo wcześniej. W Jaskini Šipka znaleziono atrefakty (ślady ogniska, przedmioty z epoki brązu,kawałek żuchwy dziecka neandertalskiego, a także mnóstwo kości zwierzęcych), które świadczą o tym, że ludzie żyli tam już około 40 tysięcy lat temu.

Sztramberk to urocze miasteczko położone na stromych stokach Beskidów. Wygląda jakby skryło się przed światem i otuliło się stokami Wierzchowiny Sztramberskiej.

Stare domki przylepione są wręcz do skał. Uliczki między nimi są bardzo strome, a idąc uliczką „górną” ma się z jednej strony normalnej wielkości domy, a z drugiej strony przeważnie dachy domów stojących przy równoległej uliczce, biegnącej poniżej. 

Cała grupa- Jaskół i ja robimy zdjęcia. 

 Byliśmy tam pod koniec czerwca i domki dosłownie tonęły w zieleni oraz w kwiatach. Klimat nie do opisania. Tam po prostu trzeba latem być i przejść się tymi uliczkami.

Rynek jest trochę pochyły, otoczony barokowymi kamieniczkami. Przy rynku stoi duży barokowy kościół św. Jana Nepomucena, zbudowany w XVII wieku.

Na środku rynku jest stara fontanna z Hygieją, grecką boginią zdrowia.

Na przeciwległej do kościoła pierzei rynku, znajduje się mały browar, gdzie podają piwo piernikowe. W tym browarze jedliśmy kolację, ale nie pamiętam, jakie dania (prawdopodobnie prażony hermelin, prażeny syr), natomiast pamiętam, że Agnieszka, która zna Morawy, opowiadała o morawskim winie i wtedy pierwszy raz dowiedziałam się, że na Morawach wyrabia się świetne wina np. Morawskie zelene, które dosyć często gościło u nas w domu (od tamtej pory). Od tego czasu kupujemy również prażony syr, za którym raczej nie przepadam. Ponieważ w Sztramberku waży się dobre piwo, jest też możliwość skorzystać z kąpieli piwnych w hotelu, także mieszczącym się na rynku.

Charakterystycznym zapachem, który unosi się nad sztramberskim rynkiem jest zapach pieczonego piernika. W miasteczku jest sporo cukierni oraz piekarni, w których wypieka się kultowe „rożki”- cynamonowe sztramberskie uszi.

Gdzieś już pisałam, skąd się wzięła tradycja wypiekania uszi, ale przypomnę, bo historia jest super. Otóż wypieka się je od 1241 roku, kiedy to na miasteczko napadli Tatarzy. Mieszkańcy ukryli się na jednym ze wzgórz, na które przytaszczyli ogromny zbiornik wody, by zatopić obóz tatarski. Ponoć cała operacja udała się. Tatarzy uciekli, a w ich obozie mieszkańcy Sztramberka znaleźli cały worek uszu. Były to uszy niewiernych (chrześcijan) i miały stanowić dowód dla chana tatarskiego, że jego wojska ich zwyciężyły.

Inna wersja historii uszi, mówi, że ich kształt nawiązuje do zamkowej wieży (truby).

Oryginalne uszi robi się z ciasta, które musi być o takiej konsystencji, by je rozwałkować. Podobno niektóre ciastkarnie idą na łatwiznę i pieką uszi jak naleśniki, a potem je zwijają. Jest też stara piekarnia z tradycją pieczenia uszi tak, jak to się od dawna robiło. Tam można zobaczyć cały proces powstawania tych aromatycznych ciastek, bo właściciele piekarni przygotowują je „ na widoku”. Ciasto się wałkuje, potem wycina się z niego okrągłe placuszki jak na pierogi, następnie się te placuszki podpieka i jeszcze ciepłe wkłada do rożków, by nabrały kształtu ucha. Tyle zdołałam się dowiedzieć i zobaczyć. Przepis na ciasto jest tajemnicą, a produkt jest objęty znakiem regionalnym, mogą je wypiekać wyłącznie producenci miejscy.

Piekarnia, w której piecze się uszi tradycyjnie.

 



W starej części Sztramberka zachowały się drewniane domy. Są to zrębowe wołoskie domy, które zbudowano na przełomie XVIII i XIX wieku. O Wołochach, którzy przywędrowali na Morawy pisałam już w paru postach. Domy wołoskie w Sztramberku są zamieszkałe. Stara część miasta, przypomina wołoski skansen.

 Charakterystycznym znakiem rozpoznawczym Sztramberka jest wysoka wieża (truba) którą widać z bardzo daleka. Stoi ona na wzgórzu zamkowym i jest pozostałością po zabudowaniach zamkowych. Zamek zbudowano od koniec XII wieku, ale nic z niego nie pozostało oprócz murów obronnych. Prawdopodobnie był to jeden z zamków, z którego strzeżono szlak handlowy biegnący przez Bramę Morawską. Samo miasteczko zostało założone w połowie XIV wieku i w tym samym czasie nadano mu prawa miejskie. Zamek i miasteczko, zostały zniszczone podczas wojny trzydziestoletniej. Zachowała się jedynie gotycka obronna truba. Ma ona kształt walca i jest 40 metrów wysokości. Oczywiście wyszliśmy na podest widokowy po stromych metalowych, potem drewnianych schodach i na koniec po drabinach. Swój lęk wysokości zadusiłam w zarodku jeszcze na dole, ale chyba nie do końca wyszło mi to duszenie, bo od czasu do czasu wychylał łeb z kieszeni i warczał – zaraz spadniesz, zaraz zlecisz, zaraz się zabijesz... mimo to wyszłam dzielnie na samą górę. I warto było- widoki na okolicę nieziemskie. 

 Już na górze- moja głowa z lewej strony. Fryzura taka bardziej wichrowa.

 Sam widok Sztramberka położonego między wzgórzami zapiera dech.  

A w oddali wzgórza i doliny między nimi dorównuję pięknością miasteczku. Po zejściu z truby, poszliśmy na łąkę obok niej (jesteśmy dalej na wzgórzu) i tam zrobiliśmy sobie mały piknik, a potem zaliczyliśmy starą część miasteczka z domami wołoskimi, obejrzeliśmy jak piecze się uszi, kupiliśmy sobie ich kilka rodzajów (z orzechami, z kokosem itp.) i poszliśmy na kolację ze smażenym syrem oraz morawskim zelenym, tudzież piwem warzonym w browarze sztramberskim. Była jeszcze propozycja, by odbyć leczniczo-relaksacyjną kąpiel w piwie, ale zrobiło się późno, a na drugi dzień wracaliśmy do domów- niektórzy mieli przed sobą trasę około 400 kilometrową.

Nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji turystycznych w Sztraberku, bo nasze zloty polegały głównie na jeździe po interesujących terenach. Na tym zlocie (sobota) zaliczyliśmy jeszcze Pribor i Koprzywnicę.

A wracając do atrakcji w Sztramberku, to można jeszcze zwiedzić: muzeum, Jaskinię Šipka, arboretum, kościół św. Jana Nepomucena z XVIII wieku, miejski browar, zaliczyć kąpiel w piwie (hotel na rynku), ścieżkę edukacyjną- Słoneczny Szlak.

Widoki ze Sztramberka zamieściłam w prezentacji- są na niej nasze zdjęcia oraz zdjęcia z Internetu.


 
Muzyka: Giowani Marradi, "For You" 

zdjęcia- zasoby własne oraz 

https://www.facebook.com/odkryjczechy001/photos/-%C5%A1tramberk-nat%C4%99%C5%BCenie-pi%C4%99kna-odkryj-ba%C5%9Bniowe-miasteczko-kt%C3%B3re-jakby-zatrzyma%C5%82o-cz/1161454012444217/?_rdr 

https://www.beskydyportal.cz/pl/objekt/podgorskie-miasteczko-stramberk# 

https://stock.adobe.com/pl/search?k=stramberk&asset_id=73684749 https://rozmusiaki.pl/stramberk/














To jest przejście- przesmyk do ostatniego rzędu domków  wybudowanych pod stromą skałą,  Na drugiej stronie  ulicy mieliśmy widok na dachy rzędu domków pod nami.




Stroma uliczka, która prowadzi do rynku. Tu jest pokazane zejście- do rynku idzie się w górę

05 września 2023

Bieszczady

 Trochę widoków z Bieszczadów. Nie byłam, Jaskół był na rajdzie motocyklowym, to jego zdjęcia. Bardzo klimatyczne.

Szybowisko Bezmiechowa, widok na Słowację.

Połonina Caryńska


 


Pętla na "Pętli Bieszczadzkiej".


 Solina


 
San za zaporą/zbiornikiem w Myczkowcach.


I widoki z trasy



Filmy króciutkie, robione telefonem. Nie wiem, dlaczego telefon nie robi dłuższych filmów. Jednak pod tym względem aparaty fotograficzne są lepsze.







19 października 2022

Hradec nad Morawicą cz. 1

Hradec nad Morawicą pierwszy raz zaliczyłam w 2011 roku. Był piękny wrzesień, zatem postanowiliśmy się skrzyknąć na wycieczkę motocyklową. Nie, nie był to rajd trzydniowy. Była to jednodniowa wycieczka na motocyklach. Do Czech pojechały dwie grupy- jedna od wschodu- od Krakowa i Cieszyna, druga od północy- od Opola i Gliwic. Spotkaliśmy się w Kravare, małym czeskim miasteczku. Motocykli było chyba około dziesięciu i do tego chyba dwa samochody, którymi jechała młodzież nieletnia oraz motocykliści, którzy chcieli się spotkać, ale z jakichś przyczyn nie mogli zrobić tego na motocyklach. Bywa:)

 Zawsze na takich spotkaniach motocyklowych, nim się ludzie pozbierają do dalszej jazdy, jest mnóstwo rozmów na tematy techniczne, śmiechu, przegadywań i żarcików. Po prostu bardzo się lubimy i spotykamy się z radością. I tym razem też tak było. 

Kravare- spotkanie grupy wschodniej z północną.

 O Kravare też będzie post, bo jest tam piękny pałac, który zobaczyliśmy innym razem.

W końcu uruchomiono silniki i ruszyliśmy do Hradca.

W Hradcu zaparkowaliśmy na rynku przed główną zamkową bramą. To małe za motocyklem to ja. Małe nie małe, ale nasze moto jest bardzo wysokie.
 

Nasz drugi od lewej. Kiedy teraz patrzę na zdjęcia z 2011 roku i przypominam sobie tegoroczny, niedzielny pobyt w Hradcu, widzę zmiany jakie tam zaszły. Po pierwsze nie ma ogródków i tych knajpek wzdłuż rynku. I nie wiem, czy to dlatego, że skończył się sezon, czy dlatego, że w ogóle się zwinęły. Tam, gdzie na zdjęciu parasole, była urocza restauracja, w której nasza grupa zjadła obiad.
Nie ma również drzew na rynku. Teraz jest tam głównie zapchany samochodami parking i rynek wygląda tak.

Ten budynek po prawej stronie (jest tam hotel) i w głębi brama, to Czerwony Zamek, najstarsza część kompleksu zamkowego.Ale o nim potem. Teraz jeszcze wycieczkowo- motocyklowo.

Kiedy pozdejmowaliśmy ciuchy motocyklowe, które wraz z kaskami wrzuciliśmy do jednego z samochodów (zawsze tak robimy, gdy mamy do dyspozycji samochód, kiedy nie mamy, chodzimy z kaskami w rękach, co jest upierdliwe nieco), poszliśmy zwiedzać kompleks zamkowy.

Na mapie widać, jaki on jest ogromny. Ale my zwiedziliśmy tylko jego główne części. Na więcej czas nie pozwalał. Musieliśmy wrócić do domów jeszcze za dnia.
 

Mapa ukazuje wzgórze z kompleksem zamkowym oraz otaczającym go parkiem od południowej strony. Z tej strony jest ogromna dolina, a zamek i pałac mieszczą się na wysokim wzgórzu o bardzo stromych stokach.Pod południowym stokiem płynie Morawica.

Można zobaczyć na filmiku, nakręconym w niedzielę.


 I od razy film,  który pokazuje tę dolinę ze wzgórza zamkowego. Szkoda, że nie oddaje kolorów, bo były bajeczne. Między innymi, z tego względu, pojechaliśmy do Hradca w październiku. Czeskie wzgórza, porośnięte lasami mieszanymi, w październiku są zachwycające. 


Wzgórze od północnej strony też ma bardzo strome zbocze, ale to pokażę w następnym poście.

Cały kompleks znajduje się w ogromnym parku ze starodrzewiem. Nie ma w nim ekstra klombów, altanek, czy innych ogrodowych cudów. Kilka figur, trochę donic z kwiatami i to wszystko. Cały klimat tworzą stare, ogromne drzewa oraz bardzo stare cisy, cięte na krzewy. 

Ogromny stary platan przy Białym Zamku


 I zaraz za nim stare cisy.

Nawet nie można powiedzieć, że park jest jeszcze w stylu angielskim. To raczej resztki parku, którego brzegiem, nad stromym zboczem, przebiega główna aleja spacerowa.

Udało mi się zrobić dwa zdjęcia, kiedy nikt aleją nie przechodził. Była niedziela, na parkingu trudno było znaleźć miejsce, na alejce i wokół obiektów kręciło się  pełno spacerowiczów. Głównie Czesi, ale i Polaków też można było spotkać. Dosyć spory tłumek oblegał knajpkę, która znajduje się w Czerwonym Zamku- piwko, frytki, kawa w papierowym kubeczku i lody....


 Oczywiście można chodzić wszędzie po trawnikach i zakamarkach, ale są one raczej zaniedbane. Głównym atutem trasy spacerowej są widoki, które  z niej się roztaczają. 

Opisuję park, jaki widziałam teraz.  Są jeszcze miejsca świadczące o tym, że kiedyś park był okazały i wypełniony parkową architekturą oraz ozdobami. Świadczą o tym  choćby figura, stojąca na niewielkim pagórku oraz, za nią, drewniany mostek, przerzucony nad niedużym jarem. 


Takie romantyczne miejsca. Pewnie było ich więcej. Przecież Biały Zamek został zbudowany w czasach krynolin, westchnień, wachlarzy i romantycznych schadzek, a angielski park, jaki przy nim założono nadawał się do tego idealnie. Szkoda, że Czesi mało uwagi poświęcają na jego odrestaurowanie. Od 2011 roku, kiedy byłam w tym parku, niewiele się zmieniło.

Starodrzew przy głównej alei.

A to zdjęcie całej motocyklowej grupy. Zawsze sobie takie zbiorówki robimy. Zostało wykonane na jednym z tarasów widokowych, które są wysunięte nad wysokim murem, wzmacniającym zbocze zamkowe.


Tyle wstępu do dalszych postów o Hradcu nad Morawicą. A wycieczka motocyklowa, w powrotnej drodze,  zaliczyła dwugodzinny postój na jednej ze stacji benzynowych, jeszcze po stronie czeskiej. Jeden z junaków zepsuł się  i tyle czasu trwała jego naprawa. A my zawsze razem, jak coś się psuje, to wszyscy czekają i nikt się nie wyłamuje. I tak było tym razem. Naprawili, do domu wróciliśmy o zmroku.