Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwyczaje. Pokaż wszystkie posty

25 stycznia 2026

Warkocz, kok a może rożki- dawne fryzury słowackich kobiet.

 

Pamiętacie, jak opisywałam Wam niezwykłą słowacką wieś Cziczmany? 
Tę, w której drewniane domy są malowane w piękne wzory? 
Wtedy zamieściłam parę filmów z muzeum, znajdującym się 
w Domu Gregora. Na filmach pokazałam przedmioty codziennego użytku, 
jakimi dawniej posługiwali się mieszkańcy Cziczmanów. Tam też zauważyłam 
w gablotach dziwne  materiałowe "kule” oraz wąskie czepce.


Obok tych eksponatów ukazano na modelach, do czego one służyły. 
Po prostu pomagały cziczmańskim kobietom układać włosy w specyficzną 
fryzurę.

Dawna fryzura kobiet cziczmańskich.

Podstawą fryzury były przeczesane włosy z powrotem, w środku głowy podzielone przez przedziałek na dwie części. Na górze oba pasma były skręcone lub zawiązane tasiemką w dwa długie kucyki, a następnie dalej ukształtowane za pomocą podkładek. Podkładki były miękkie, wykonane z lnu, konopi, owczej wełny, wykonane z drewna lub metalu, o różnych kształtach i zwykle pokryte tkaninami. Skręcone w pasma włosy, owinięte wokół kulistej podkładki, przymocowane były do niej bawełnianymi lnianymi wstążkami. 


Rezultatem był dwurożny kształt fryzury. Na to nakładano mały czepiec, obejmujący tylko te dwa kuliste „rożki” i mocowany za pomocą sznurka lub wstążki. 

Ten mały czepiec był z jednolitej lnianej tkaniny lub koronkowy. Na tak ukształtowaną fryzurę zakładano haftowaną chustkę (przeważnie białą z cziczmańskim haftem), w taki sposób, by jej rogi z tyłu były nierówno ułożone, co nadawało całości niezwykłości i elegancji.

 

Ale chusty zakładano od święta oraz gdy wychodzono z domu. Na co dzień kobiety cziczmańskie poprzestawały na ujęciu włosów na podkładkach, albo nałożeniu na te podkładki małego czepca.

 


Tekst, który znajduje się pod filmem, przetłumaczony na język polski ze słowackiego,
mówi o fryzurach, jakie dawniej nosiły kobiety w różnych regionach Słowacji. 
Film pokazuje sposób układania fryzury noszonej przez kobiety 
w dawnych Cziczmanach. 

 
Opowiada realizatorka projektu Petra Toth (nakręciła parę filmów 
o dawnych fryzurach Słowaczek). 
Kiedy byłam na Balu Operowym, uszyłam sukienkę nawiązującą 
do oryginalnego haftu na fartuchu noszonego w Telgárcie. Zastanawiałam 
się, jaką fryzurę zrobić z tą sukienką z haftem i wybór był oczywisty. 
Założę dwa warkocze. 
Dziennikarze napisali: „chciała być interesująca”, włosy jak „Ribana”, 
a ostatecznie dziennikarze nazwali moją fryzurę „nietradycyjną”.
 
Chciałam pokazać ludziom, że warkocze to najprostsza i najbardziej 
tradycyjna fryzura, jaką może mieć Słowaczka. I nie tylko warkocze, 
ale także wiele innych wariantów fryzur, noszonych codziennie przez nasze
kobiety w okresie przejściowym.
Dlatego postanowiłam rozpocząć ten projekt, który jest mi bliski, 
aby wszyscy wiedzieli, że na przykład rozpuszczone włosy to najbardziej 
niekonwencjonalna fryzura, jaką może mieć dorosła i zamężna Słowaczka. 
Nakręcenie tych filmów było ciężką pracą. Po pierwsze, większość 
oryginalnych fryzur zniknęła, ponieważ kobiety przez dekady nosiły krótkie
włosy i wypełniały czepki wzmocnieniami i wypełniaczami. Albo wiele 
z tych, które mogłyby to robić, to stare babcie, które już tego nie potrafią,
bo mają słaby wzrok. Albo wielu, nawet młodszych, nie chce nas uczyć 
i zachowuje swoją wiedzę dla siebie, a kiedy znaleźliśmy ludzi 
chętnych do pokazania fryzury, baliśmy się pozbyć czepka. To zrozumiałe, 
ponieważ  większość ludzi traktuje nasze dziedzictwo z lekceważeniem. 
Dziękujemy wszystkim, którzy zechcieli podzielić się swoją wiedzą na temat 
oryginalnych fryzur i pożyczyć nam piękne kapelusze. Bo dziś stoimy 
na skraju wyginięcia i utraty nawet tak pozornie nieistotnej wiedzy, 
jak nasza oryginalna fryzura słowackich kobiet. Panie i panowie, spójrzcie 
na fryzury, które mężatki na wsi nosiły na co dzień.
 
Włosy były ważnym elementem stroju, stanowiły bogactwo każdej kobiety
i nigdy nie zdarzyło się, żeby mężatka wyszła z domu bez fryzury 
i nakrycia głowy, czy to kapelusza, czy szalika”

I jeszcze o dawnych fryzurach u kobiet słowackich:

Długie włosy, których wymagały te fryzury, dziewczęta i kobiety hodowały od wieku dziecięcego. Tylko w niektórych rodzajach fryzur długość lub gęstość włosów została skorygowana przez wycięcie, ewentualnie uzupełniana pasmami lnianymi lub konopnymi. Do kształtowania włosów stosowano różne domowe sposoby. Sposoby dostosowywania i utrzymywania fryzur często miały niekorzystne skutki zdrowotne. Przy czesaniu skomplikowanych fryzur pomagały kobietom kobiety lub dziewczęta z rodziny lub kobiety, które wykonywały tę służbę dla całej wioski. Od połowy XIX wieku fryzury zaczęły być łatwiejsze. Podkładki, jeśli nadal były używane, były używane tylko do utrzymania kształtu kapelusza lub szalika. Nowszy rodzaj fryzury był bez podkładki. Rozszerzył się on się pod koniec 19 i na początku XX wieku pod wpływem środowiska miejskiego na całe terytorium, zwłaszcza preferowany był we wschodniej Słowacji. Włosy były uwikłane w jeden, dwa warkocze, które były zapięte tkaninami, igłami, wilkami lub grzbietem. Fryzura była często powszechna zarówno dla panien, jak i zamężnych kobiet. W połowie XX wieku na całej Słowacji nastąpiło przejście na fryzury miejskie.”

https://www.ludovakultura.sk/polozka-encyklopedie/zensky-uces/

Lipotovske Revuce 

Liptov
 
Śumiac
Terchova

Zavadka



26 grudnia 2025

A tymczasem rozważania poświąteczne o wyzwalaniu się spod presji tradycji oraz szantażu emocjonalnego.

 

Ciepło- miło- niebo- raj- myślała małpa siedząc w kąpieli, a ja, jak ta małpa (nie bronię się przed tym określeniem- jest stosunkowo łagodne w porównaniu do tych, jakimi mnie złośliwie obrzucano, a w dodatku jestem chińską zodiakalną małpą), delektuję się spokojem tych dni. Jest miło, jest ciepło, jest niebo, jest raj. Miałam szyć, nie ruszyłam, na razie, maszyny, miałam tkać- coś tam potkałam, ale palec wskazujący mam uszkodzony, zawinięty plastrem i ciężko nim podbierać osnowę. Tak więc dywanik w paseczki dalej się ślimaczy, robota przy nim utyka co i rusz.

Wczoraj bardzo leniwie, na ogromnym luzie, coś tam czytałam, coś jednak tkałam, przesłuchiwałam YT itp. No i żadnego przejedzenia się, a wręcz odwrotnie mam lekki niedosyt- „coś by się przekąsiło”, ale to jest dobre uczucie. Wszystko przygotowałam w normie- trochę rolmopsów, po dwie rolady nieduże, miskę (średnią) sałatki jarzynowej i po dwa kawałki ryby. Jeszcze po dwa kawałki sernika i trochę ciasteczek, które Młoda upiekła. I to wszystko- żadnym pierogów, uszek, barszczyku, multum rodzajów ryb, tudzież sałatek oraz ciężkostrawnych ciast świątecznych. I to mi się podoba. Moja wątroba, mój żołądek, mój kręgosłup oraz moje kolana dziękują mi serdecznie, że ich nie obciążyłam, powodowana naciskami i fanaberiami w kwestii kuchni świątecznej.


A swoją drogą, teraz, kiedy już nic nie muszę, zastanawiam się, po cholerę te sterty jedzenia? Przy czym każdy, kto zasiada do mocno zastawionego stołu, zdaje sobie sprawę z tego, że zbyt dużo, zbyt tłusto, zbyt ciężko, że mogło być o połowę mniej. I zażera się prawie do nieprzytomności, cichcem podjada sylimarol, by napychać się nadal. I wciskanie gościom „na drogę” tego, co zostało na stole, bo mogłoby się po dwóch dniach zepsuć. Fajnie- zwyczaj obdarowywanie jest nie do przecenienia, ale obdarowywanie „resztkami” (specjalnie piszę w cudzysłowie, bo jest to jednak porządne jedzenie) ze świątecznego stołu odbywa się często z naciskiem- weź, bo co ja z tym zrobię, weź, bo w domu nie macie itp. To po grzyba tyle szykować?

 




To jest moje podejście do świąt, ale rozumiem, że mnóstwo ludzi lubi święta tradycyjne, z przejadaniem się i unieruchomieniem, na długi czas, za świątecznym stołem, z gadkami szmatkami, nawet głupimi uwagami cioć, czy babci albo teściów i lekko agresywnym, po kielichu, wujkiem. Wszystko to rozumiem, kiedyś też taki „sport” uprawiałam. Nie rozumiem tylko, że jak ktoś nie robi tradycyjnych świąt, to sporo dyszy, w ich kierunku, świętym oburzeniem- Jak to? Czemu tak? No wiesz....

Ale.... jest też sporo ludzi, którzy, jak my z Jaskółem, odeszli od tradycji świątecznej i dobrze z tym jest nam wszystkim. A mam takie podświadome przekonanie, że ci „tradycyjni” nierzadko marzą, aby zerwać z tym żarciem spędami, naciskami, sprzątaniem, strojeniem, by na końcu jeszcze zaliczyć awanturę przy stole wigilijnym. A jak sobie przypomnę to rodzinne przemieszczanie się- święta u mamy, nie u teściów, nie- chyba u siostry w tym roku... pakowanie prezentów, walizek, żarcia dodatkowego- no bo w tym roku ja robię sałatkę i piekę makowca... a u nas do tego całego bagażu dochodził jeszcze pies, to....

Każdego roku trwa w najlepsze rodzinny około świąteczny szantaż emocjonalny. Ciężko zaprotestować, ciężko odmówić, ale jak się nie potrafi, to potem się kursuje, gotuje, sprząta i et cetera, et cetera, dookoła świąt Wojtek.

Od miesiąca czytam, w ramach wglądu w rzeczywistość, różne opowiadania o tym, jak ludzie podchodzą do świąt, jak próbują je zorganizować i jakie tworzą się w związku z tym  problemy. Są to problemy wynikające z różnic w obchodzeniu świąt, problemy pokoleniowe, problemy rodzin patchworkowych. I zawsze podstawą tych problemów są różne oczekiwania jednych członków rodziny wobec innych. I najczęściej te oczekiwania zderzają się ze sobą, albo są do siebie nieprzystające. A to młodzi chcą sami organizować święta bez rodziny, albo chcą wyjechać w ciepłe kraje na czas świąt, czego rodzice lub teściowie nie rozumieją. A to matka- wdowa już nie chce całej rodziny na święta, czego nie akceptują jej dzieci z rodzinami. A to młodzi chcą w ciepłe kraje zabrać samotnego ojca, ale on nie chce nigdzie jechać- zostawić go samego też nie chcą. A to jedna siostra organizuje święta przez wiele lat dla czwórki rodzeństwa z rodzinami i kiedy oznajmia, że już świąt nie będzie robić, reszta jest oburzona i prawie wyklina ją z rodziny. A to teściowa przy stole wigilijnym ciągle krytykuje synową i ta już w kolejne święta nie chce tam iść, a teście do nich też nie przyjdą. Można tak mnożyć przykłady.

I to wszystko ma być w kontekście radosnych Świąt B.N.

Aż chce się postawić pytanie- Ludzie, po co wam kolejne takie święta, po co sami sobie stwarzacie takie problemy, dlaczego dajecie sobą manipulować i nie potraficie postawić stanowczo na swoim? Nie każde emocje są pozytywne, nie każde okazane zrozumienie, jest właściwie odebrane, nie każdy dobry gest spotka się z wdzięcznością. Sami sobie fundujecie stresy przedświąteczne i świąteczne. A czasem po prostu wystarczy powiedzieć- sorry, moje, życie, to ja decyduję. Obrazi się? To się obrazi. Będzie się żalić? No to będzie. Będzie obgadywać? Pewnie nie pierwszy raz. Zależy wam na kimś, kto tak reaguje?

Pomijam tu kwestie opieki, to odrębny temat.

To nie jest tekst z żalu za „utraconym rajem” świątecznym. To nie jest tekst dający powód do głupiej gadki „Żal jej, nie może mieć, to odwraca kota ogonem do przodu”.

To jest tekst na pochwałę umiejętności oderwania się od tego świątecznego cyrku, na pochwałę, w pewnym sensie, asertywności, nie poddawaniu się szantażom. I myśmy te umiejętność opanowali i dlatego mamy święty spokój.

 


To jest tekst zachęcający do działania na rzecz spędzania świątecznego czasu w taki sposób, w jaki się chce. Naprawdę można i naprawdę nie ma sensu poddawać się presji rodzinnej, bo w ogólnym rozrachunku i tak ten, który najwięcej się nabiega i napracuje, zostanie z niesmakiem i zmęczeniem, choćby impreza się udała. Coraz mniej wierzę w zapewnienia, że tak, o tak, te święta były udane, o tak... A to zmęczenie w oczach, ten zgaszony głos, a te gorzkie słowa przemycone w tekście o „fajnych świętach”?

Wszystko, co napisałam, jest oparte na moich doświadczeniach. Przez prawie 50 lat ganiałam, z wywieszonym jęzorem, przed świętami, w trakcie świąt i po świętach. W końcu powiedziałam „dość”. Jaskół przyklasnął i mamy teraz „ciepło- miło- niebo- raj”, bez poczucia straty czegoś „cennego” w kwestii świąt BN. 

 





22 grudnia 2025

Jeszcze przedświątecznie o szulkach.

 

Delikatne, kruche rurki o smaku cynamonowym, czyli tak zwane szulki, to ciasteczka, które wypieka się na Boże Narodzenie, na Śląsku Cieszyńskim i na Zaolziu.

Szulki można spotkać po polskiej, czeskiej oraz słowackiej stronie granicy.

Te kruche rurki, smakiem podobne do opłatka, związane są głównie z tradycją luterańską na Śląsku Cieszyńskim. W domach ewangelickich najpierw wymyślono je dla dzieci, ale i dorośli są amatorami tych cynamonowych pyszności. W każdym domu ewangelickim, na Boże Narodzenie, nie może zabraknąć opłatka oraz szulek. Dawniej wypiekano je w każdym luterańskim domu, teraz można rurki kupić w parafiach ewangelickich.

W cieszyńskim Muzeum Protestantyzmu, znajdują się zabytkowe formy do pieczenia szulek.

Przepis na cynamonowe rurki jest bardzo prosty.

Składniki na szulki:

  • pół litra mleka,

  • 25 dkg mąki,

  • 8 dkg cukru,

  • 3 dkg sklarowanego masła (topionego),

  • 1 jajko,

  • 8-10 dkg miodu,

  • 1 łyżeczkę cynamonu.


Wystarczy wymieszać cukier, roztopione masło, jajka, mąkę, ciepłe mleko oraz cynamon. Najlepiej użyć do tego trzepaczki.

Odstawić na noc (to mówi stary przepis, w nowym tego nie znalazłam), a potem piec w specjalnym urządzeniu tzw. „żelazku” 

 


Wylewa się łyżkę ciasta na okrągły blat.

Po krótkiej chwili wyjmuje się ciepły, jeszcze wilgotny placek, szybko nawija się go na specjalną rurkę lub drewniany patyk i zostawia do ostygnięcia. Do pieczenia szulek trzeba mieć dużą wprawę oraz wyczucie. Jak się za dług trzyma w urządzeniu ciasto- szulka jest sucha i nie da się nawinąć na rurkę. Kiedy placek trzyma się za krótko, ciasto jest zbyt wilgotne i rwie się w palcach podczas nawijania na rurkę.

 


Kiedyś do pieczenia rurek używano dwóch płaskich patelni, złączonych razem dwoma uchwytami. Najpierw ciasto podpiekało się z jednej strony, apotem z drugiej strony. Do całego procederu trzeba było mieć silne ręce, bo patelnie były żeliwne, bardzo ciężkie. Żeby zrobić sporą liczbę szulek, trzeba było się solidnie napracować.


Szulki można nadziać bitą śmietaną, ale wtedy trzeba je szybko zjeść, bo śmietana rozmiękcza ciasto. Najsmaczniejsze są same szulki jeszcze ciepłe.

Rurki przechowuje się w pudełku, a kiedy zmiękną, wystarczy je położyć  w pudełku na grzejniku, albo na chwilę włożyć do piekarnika i podsuszyć.


 

Te smaczne cynamonowe rurki nierzadko bywają prezentem. I to dosyć cennym, bo urządzenie do pieczenia szulek nie jest wcale tanie. Można je kupić tylko na Słowacji, a jego cena to około 250 euro. 

Natomiast w polskich sklepach trzeba pytać o urządzenia do pieczenia naleśników z płaskim blatem (od biedy mnożna na nim piec szulki), ale też jest drogie.


https://wiadomosci.ox.pl/szulki-dla-smakoszy,25254

https://zwrot.cz/2021/12/w-oldrzychowicach-sie-szulkuje-podpatrzylismy-jak-to-robic/


18 grudnia 2025

Trochę popuściło.

 Trochę zieleni

Jest już lepiej. Pracujemy od wtorku popołudnia. Na razie bez awarii, ale kasa wymaga dopracowania przez serwis. W poniedziałek Jaskół ją zawiezie. No, to sklep już w porządku, chociaż jeszcze wczoraj strzeliła żarówka w jednej z lamp, ale to już pikuś.

Jaśminowiec pachnący, pusty. Jest jeszcze krzew jaśminowca pełnego, pachnącego. 

Ze zdrowiem też się polepsza. Wolno, bo wolno, ale idzie do przodu. Tylko to nieznośne zmęczenia osłabia i zniechęca. Myślałam, że jeszcze ciut uporządkuję dom, ale nie mam sił, a w sumie, to nie mam ochoty. Teraz to chciałabym gdzieś wybyć w teren, jednak pogoda jest d...ta. Niby ciepło, a zimno, niby słońce, a mglisto. Mokro w powietrzu, ale ziemia już przeschła. Gdzie by tu wybyć? Zabrać psa, gumiaki na nogi, ciepłe kurtki na grzbiety i w las, łąki, nad stawy- gdziekolwiek, byle się trochę powłóczyć. I z dala od ludzi. Koniecznie z dala od ludzi. 

W tym tygodniu ludziska zalazły mi za skórę- dociyrne to, niecierpliwe, prostackie, czasem wręcz bezczelne oraz chamskie. Niestety, mamy klientelę w większości męską (chłopską) i często wydaje się tym panom, że wszystko im wolno z racji tego, że są- klientem oraz z racji tego, że są- facetem, a ja jeszcze dodam- dochodzi wredny charakter chłopów cieszynioków- maczystów i samców z wybujałem EGO. Nie zdarzyło się jeszcze, by facet po dokonaniu zakupów, jak jest z żoną, wziął siatkę (sam z własnej woli) z zakupami, przepuścił żonę w drzwiach i wyszedł za nią. Kupi, zapłaci, potem wychodzi, a żona bierze toboły i posłusznie wychodzi za nim. Jeszcze tylko wielbłąda do scenki brakuje. A często taki chłop warczy na żonę, pogania ją, albo wręcz skąpi:"Na co ci to je? Dyć mómy to doma". I kompletny brak żenady- on tera rzóndzi. Jakaś cholerna samcza nacja tu mieszka- długo opowiadać. A mam przykłady z własnej rodziny- dwóch mężów cieszynioków, brat, ojciec, szwagry, wujki, kuzynowie. I wszyscy z tą samą maczystowską skazą- „Baba mi tu rzóndzić nie bydzie!” oraz ”Óna? Óna niy mo nic do godania”. A kobiety tutejsze? to jest odrębny temat.

I nie chodzi tu o mnie, bo widzę, że Jaskóła też „próbują”. On jest cierpliwy, ja muszę częściej gryźć się w język i trzymać łapy w kieszeni. Uśmiech, potakiwanie, dobra mina do złej gry. Klient, to klient, trudno.

Dobra, jedna wycieczka jest zaplanowana- przejedziemy nową trasą S1, od Bielska do Zwardonia i może wrócimy przez Słowację, Czechy, do domu. Musimy wybrać dzień- może przyszły czwartek, może piątek.

Podsyłam Wam pomysły na świąteczny wystrój domu.


 

Sama nie stroję, a z kulinarnych to tradycyjne- karp, sałatka, rolady, buraczki... i... wsio. Chyba. Jak cudnie, że już nie musimy oraz jak cudnie, że już nie chcemy....


29 listopada 2025

"Dajcie mi losu, szczęścia, miłości."

 Winieta: Świąteczne wróżby, autor: Konstanty Makowski

„Miniaturka filmowa „Rodzanice” to kolejna odsłona cyklu Kalendarz Słowiańskich Baśni, realizowanego przez Siostry Bui dzięki stypendium MKiDN.

Tym razem, w okresie jesiennych długich wieczorów, sięgamy do korzeni jednego z najpopularniejszych polskich zwyczajów – Andrzejek. . To artystyczna wizja spotkania z przeznaczeniem, utkana z ludowych wierzeń i pragnienia poznania przyszłości.

RODZANICE (zwane też Narecznicami, Sudiczkami, Zorzami lub Zorzeczeńkami) – w wierzeniach dawnych Słowian były niewidzialnymi tkaczkami losu. Pojawiały się przy kołysce nowonarodzonego dziecka, by na czole zapisać jego przyszłość i uprząść nić życia. To one decydowały o długości trwania żywota oraz o tym, czy będzie on szczęśliwy. Choć zazwyczaj kojarzone z narodzinami, ich obecność była wyczuwalna zawsze tam, gdzie ważyły się losy człowieka – także w sprawach miłosnych.

ANDRZEJKI A POGAŃSKIE JĘDRZEJKI Współczesne Andrzejki to echo dawnych, pogańskich obrzędów, które odbywały się w okresie przesilenia jesienno-zimowego. Był to czas graniczny, kiedy zasłona między światem ludzi a zaświatami stawała się cieńsza, co sprzyjało wszelkim wróżbom. Kościół, nie mogąc wyplenić tych praktyk, schrystianizował je, wiążąc z postacią św. Andrzeja.

Dla dawnych panien ten wieczór nie był zabawą, lecz śmiertelnie poważnym rytuałem. Wierzono, że odpowiednio zadane pytania i wykonane czynności mogą nagiąć nić przeznaczenia lub przynajmniej pozwolić ją podejrzeć. . LANIE WOSKU I SYMBOLIKA Najsłynniejszy zwyczaj – lanie wosku (ceromancja) – ma głębokie korzenie magiczne. Dlaczego wosk? Jako produkt pszczeli był uważany za substancję czystą, świętą i mającą moc łączenia ze światem duchów. Wylewanie go przez klucz (symbol otwierania tajemnic i bram zaświatów) na zimną wodę miało utrwalić kształt przyszłości.

Cień rzucany przez odlew na ścianę był wiadomością z „drugiej strony”.

W filmie wykorzystano autentyczne zaklęcie – pieśń z prośbą o dobrego męża, skierowaną bezpośrednio do Rodzanic (Zorzy). Tekst ten został odnaleziony i zachowany w zapiskach etnograficznych w Miesięczniku Geograficzno-Etnograficznym „Wisła” (1887/1905). To dowód na to, jak mocno wiara w sprawczość tych mitycznych opiekunek trwała w ludzie, mieszając się z chrześcijańską modlitwą.

ZAKLĘCIE: Zorzyczki, zorzyczki, trzy was jest jedna porankowa, druga południowa, trzecia wieczorowa. Dajcie mi losu, szczęścia, Miłości. i towarzysza mojego Zorze, zorzeczeńki! Wszystkieśta moje siostruczeńki! Siadajta na konia wronego I jedźta po towarzysza mojego. Żeby on nie mógł beze mnie ni spać, ni jeść, ni siadać, ni gadać. Żeby ja mu się spodobała we stanie, w robocie, w ochocie. Żeby ja była wdzięczna i przyjemna Bogu i ludziom, i temu towarzyszowi mojemu.


Realizacja: Siostry Bui Projekt zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. .

WYSTĄPILI: CHŁOPAK: Grzegorz Gastman

DZIEWCZYNA: Kaja Domańska

RODZANICE: Beata Godlewska, Marta Suzin, Gaja Grabowska

GROMADA: Tomasz Poręba, Mia Tejwan, Martyna Tejwan, Karolina Barszczewska, Sylwia Domańska, Taniec z Wachlarzami Bojowymi .

KOSTIUMY: Katarzyna Sałdak, Beata Godlewska, Siostry Bui .

POMOC: Rafał Grabowski, Dorota Borodziuk, Tomasz Poręba, Iwona Czapla. . Podziękowania za udostępnienie Chaty: Fundacja Numinosum .

ZDJĘCIA, REŻYSERIA, SCENARIUSZ, MONTAŻ, SCENOGRAFIA, MUZYKA i wiele innych funkcji: Siostry Bui . „Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”.”

Autor: CassiopeiaArt
https://blog.slowianskibestiariusz.pl/bogowie/rodzanice/

https://www.youtube.com/watch?v=xQ35Nsmy3V8

obraz na winiecie z:

 https://www.naszeszlaki.pl/archives/53652 

04 grudnia 2024

Wariacje na temat bigosu (cz.1)


O bigosie, jaki gotuję pisałam już TU. Ale o bigosie, jako że to polska  narodowa potrawa, można ciągle pisać. Tak się uważa bigos- potrawa narodowa. Jednak pod warunkiem, że jest to bigos staropolski, czyli taki, jaki gotowano w „starej Polsce”, Polsce szlacheckiej.

Pisał o nim Mickiewicz, który żył w tamtych czasach.

Jak przygotowywano bigos w dawnej Litwie opisał A. Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” (Księga IV „Dyplomatyka i łowy”).

„W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno
Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;
Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,
Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.
Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,
Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.
Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada
Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.
Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,
Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;
Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa
Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;
I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie
I powietrze dokoła zionie aromatem.
Bigos już gotów”. 

 


Bigos gotuję dwa razy w roku. Raz pod koniec zimy, a drugi raz przed świętami BN. Zimą bigos najlepiej mi smakuje. Jest z nim tak samo, jak z karpiem, który najbardziej smakuje w grudniu. Jedzenie karpia czy bigosu w innym czasie to już nie to.

Bigos gotuję taki, jaki gotowała moja mama. Jest sporo przepisów, jednak nie korzystam z nich, bo uważam, że bigos mojej mamy był najsmaczniejszy, jaki jadłam i przy tym przepisie pozostanę. To była mistrzyni w gotowaniu bigosu.

Nie podaję proporcji, boi zawsze robię „na oko”.  Ma być na bogato z wszystkimi tradycyjnymi przyprawami i składnikami jak na bigos staropolski lub myśliwski, jak kto woli, przystało.

 Tym razem dałam więcej kiszonej kapusty. Jeżeli ktoś chce mieć bigos na słodko, powinien dać więcej kapusty świeżej.


Daję do bigosu trzy gatunki mięsa- wołowe bez kości, szynkę wieprzową i udka kurczaka. Dodaję, krojony w kostkę, boczek wędzony, parzony i plastry kiełbasy śląskiej (można dać podsuszaną np. myśliwską, ale koszty bigosu rosną wtedy niebotycznie), można jeszcze dodać plastry wędzonej słoniny, ja nie daję– i to wszystko ma być w nieprzyzwoitych ilościach.

Moja mama dodawała do bigosu dziczyznę, różne jej rodzaje (mięso z dzika, zająca, sarny czy bażanta). Miała do niej dostęp, bo tata był myśliwym.  Wtedy był to prawdziwy staropolski bigos. Cała brać myśliwska, która zjeżdżała do naszej leśniczówki na polowania, była bigosem matki zachwycona.

No i  grzyby… grzyby muszą być koniecznie (podgrzybki, prawdziwki itp. grzyby szlachetne, nie pieczarki czy modne  teraz grzyby shitake lub Mum). Grzyby suszone, namoczone przez noc i pokrojone w niezbyt małe kawałki. Ja grzyby kruszę na małe kawałki przed namoczeniem.

 


Z mięsa gotuję rosół (bez jarzyn, ale można z jarzynami), którym później zalewam bigos, podczas kilkukrotnego odgrzewania- bigos nie może być suchy. Rosół gotuję z wszystkimi rosołowymi przyprawami- suszone korzenie lubczyka, liść laurowy, kozieradka (ziarno), angielskie ziele (ziarno) i pieprz czarny (ziarno). Nie można przesadzić z kozieradką i lubczykiem, by rosół nie był gorzki.

W osobnych garach gotuję poszatkowaną surową kapustę (dobrze posoloną) i kapustę kiszoną. Potem do gara z kiszoną, której nie odcedzam (gotować w takiej ilości wody, by tylko przykryła kapustę) dodaję odcedzoną niekiszoną. Do tego wrzucam mięso, grzyby, boczek i kiełbasę oraz mnóstwo gniecionych ziaren jałowca. I jeszcze krojone śliwki suszone (dużo) koniecznie trzeba dodać, bo jak staropolski, to staropolski, a w takim muszą być suszone śliwki.

 


Potem wlewam do całości szklankę czerwonego wytrawnego wina. W tym roku kupiłam małą butelkę wina tylko do bigosu. Można było wprawdzie kupić dużą i resztę wypić pod ten bigos, ale do tego typu dań pasuje jedynie czyściocha. Z ilością wina trzeba uważać, bo jak go będzie za dużo, to bigos może być kwaśny. To moje doświadczenie z winem w bigosie, ale są osoby, które leją całą butlę, twierdząc, że i tak wino odparuje. No nie wiem…

Na sam koniec dodaję przecier pomidorowy. I tu też trzeba uważać, by nie przesadzić, bo efekt będzie ten sam jak przy przelaniu bigosu winem- będzie kwaśny. Kiedyś nie było przecierów, to ich nie dodawano, ja go dodaję w ilościach zależnych od ilości bigosu. 

 A potem stawiam gar na palnik ze średnią temperaturą (w zakresie 1-9 na 6-7) i pozwalam się bigosowi odparować. Najpierw odparowuje się woda po kiszonej kapuście, a potem dolewam rosół- tyle, by było łatwo bigos mieszać, ale by nie pływał. I tak sobie stoi gar na palniku, pyrkocze, dojrzewa- jeden dzień. Na noc wynoszę go na taras- musi być w niskiej temperaturze, bo inaczej skwaśnieje. Na drugi dzień stawiam gar na palnik- bigos się odparowuje, dojrzewa… trzeba tak parę razy- no może przez  trzy dni  wystarczy. Im więcej razy go się odparowuje, tym jest bardziej „przegryziony” i smaczniejszy. Podczas odparowywania należy bigos często i dokładnie mieszać.  Na końcu całego procesu, bigos powinien być brązowy.

Dopiero wtedy dodaję do niego mielony czarny pieprz i ewentualnie go dosalam. I tak bigos nabiera mocy urzędowej w całej okazałości.

I jeszcze jedna uwaga- nie dodaję do bigosu zasmażki, a moja mama nie dodawała do bigosu przecieru pomidorowego ani zasmażki.  Nie dodaję też cebuli, a wszystkie mięsne składniki wrzucam do gara bez uprzedniego ich smażenia.

Gotowanie bigosu mam przećwiczone na wszelkie sposoby. Był czas, że z Jaskółem organizowaliśmy, w naszym ogrodzie, spotkania klasowe (razem z noclegiem). Zjeżdżało się na nie od 15 do 20 osób z naszej klasy licealnej. Zrobiliśmy 5 takich spotkań i na każdym z nich głównym daniem był mój bigos, gotowany w dwóch ogromnych garach.

Mogę twierdzić, że przepis i cały proceder gotowania jest bezpieczny, a bigos wychodzi naprawdę dobry. Pod warunkiem, że będziecie pilnowali, by w trakcie odparowywania, nie przypalić go. Chociaż, z drugiej strony, moja mama twierdziła, że lekko przypalony bigos ma ten niepowtarzalny smaczek. Hmmmmm… wtedy były inne gary i o przypalenie jakiejkolwiek potrawy było łatwo- cienkie emaliowane dna lubiły się przegrzewać, a jedzenie w nich łatwo się przypalało.

Po przestudzeniu dzielę całość na porcje, ładuję do woreczków i wkładam do zamrażarki.

Na koniec, gotowanie bigosu według Kerna.

 

 „Trzeba garnek wziąć.
Dość duży.
Tak nas uczy doświadczenie.
W trakcie bowiem gotowania
I ciągłego próbowania
Bigos kurczy się szalenie.

W ten to garnek
(Jak od dziecka w nas wpajano)
Kilka kapust daje się:
Więc krojoną prosto z główki,
Więc kiszoną,
Tudzież pasteryzowaną.
(Ta ostatnia to są nasze kapuściane głowy,
Co niestety w tej postaci tylko idą jako towar eksportowy).

Co tam mamy z resztek mięsa ładujemy w tę kapustę,
Byle nie ogryzki jakieś,
No i byle nie za tłuste.

Na przyprawy kolej:
Trochę trzeba wrzucić w tę kapustę angielskiego ziela,
Liść laurowy vel bobkowy,
Jałowcowych jagód (jak mawiano dawniej) małowiela,
Grzybów, co nadadzą bigosowi taki bukiet aromatów,
Że na zapach, to wysiada przy bigosie każdy bukiet kwiatów.
W końcu śliw suszonych parę wrzućmy w pary kłęby,
Pestki przedtem usunąwszy.
Ze względu na zęby.

Gotujemy jak najdłużej.
Tydzień, a czasami nawet dwa.
Kto cierpliwszy ten, rzecz jasna, wiele lepszy bigos ma.
Dobry jestem człowiek więc i tego nie ominę,
Że w ostatniej fazie,
To czerwonym trzeba bigos podlać winem.

Teraz bigos co to jest, jak sądzę, wiecie.
To jest właśnie to, co wszyscy o zimowej porze roku jecie.

Oraz to, co aktualnie dzieje się na świecie.”

 

Ludwik Jerzy Kern: Bigos, w: Przekrój, nr 2686 (50/1996), Kraków: 1996, s. 42 za: http://zwidelcemwsrodksiazek.pl/index.php?title=Z_wizyt%C4%85_w_Soplicowie:_Bigosu_

smak_przedziwny&mobileaction=toggle_view_desktop


Na zdjęciu obraz: Franciszek Kostrzewski, Polowanie, 1863 (Muzeum Narodowe w Kielcach)

 

 

22 października 2024

A tymczasem o wiklinowych koszach, pjyknej izbie i dziwacznych obyczajach.

Niedziela, 7,30 rano, aleja sosnowa.

Kupiłam kosz wiklinowy na włóczki, bo pudła kartonowe złośliwie dogadały się i wespół zespół rozpadły się kompletnie. Dwa ogromne pudła, od nadmiaru grzebania w nich, rozjechały się dokumentnie. No to kupiłam ten kosz. 

Bardzo się z niego cieszę, tylko, że on jest brązowy, nawet ciemnobrązowy, a u nas wszystko jasne. No i ten kosz stoi teraz w holiku. Kosz- jasna wiklina, okrągły- z holiku powędrował do hmmmmmm…. Salonu? 

Nie wiem, jak ten pokój nazywać, bo to jest taki trzeci, gdzie najmniej przesiadujemy. Nawet nazwać go gościnnym jakoś nie można. Na Śląsku mówiło się na taki pokój „pjykno izba”. To była izba, gdzie wchodziło się od święta, zawsze wyglansowana, wymuskana, serweteczki, wertika a w nich duperszwance roztomaite, pjykne forhangi i jeszcze pjykniyjsze gardiny w oknach, a w czasach nowszych na komodzie, na heklowanej wyszkrobiónej serwecie, stała cudnej urody szklana ryba w kolorowe cętki, albo podobny wazon z plastikowymi gerberami. Moje ciotki takie izby miały i to po obydwu stronach „granicy”- i ta cysaroczka, i ta Prusoczka.

I do tej izby, która była zawsze wysprzątana oraz „w pogotowiu”, zapraszało się gości. Taka izba to był pewniak, że nie obgadają cię na dziedzinie, żeś flejtuch i mosz bajzel w chałupie.

We wszystkich moich rodzinnych domach nie było takiej izby. Każdy miał swój pokój- luksus na ówczesne czasy i był jeden wspólny pokój dzienny z telewizorem. Ten pokój służył wszystkim na okrągło i do przyjmowania gości też.

I obecnie nasz pokój, to taki dzienny, gdzie wchodzi się w butach, czasem stoi w nim suszka z praniem, gdzie pies tarza się na dywaniku, a jak ma wolny tapczan, to na nim przesiaduje. Normalny pokój użytkowy. A i owszem, gości też się do niego zaprasza. Zresztą gości to ja mogę zaprosić i do kuchni. Dzisiaj już nic na ludziach nie robi takiego wrażenia, jak kiedyś, a najmniej parę rzeczy na wierzchu- kubek na stole, sweter rzucony na fotel, czy otwarta książka i pies na tapczanie. Mniej ludzi już celebruje przyjmowanie gości z pompą oraz paradą, a jednak moja koleżanka nadal ma taką izbę, zamkniętą, ona z mężem przesiadują w małym pokoju.

Mam nadzieję, że zanika już też zwyczaj zdejmowania butów, kiedy się jest „w gościach”. Nie znoszę, kiedy ktoś do nas przychodzi i chce zdejmować buty. U nas chodzi się w butach. To znaczy my, od jesieni do wiosny, chodzimy w domowym obuwiu, ale latem nikt nie bawi się w zmienianie obuwia. Pies też włazi, jak mu się podoba. To jest dom mieszkalny, a nie muzeum. No i nasi goście też moją prawo wejść w butach, a często właśnie oni zabierają się do ich ściągania już w sieni. Noż kurcze… i czasem nie pomagają perswazje, tłumaczenia, że pies, że wprawdzie wymyte, ale… a ja u kogoś też czuję presję ściągania butów, ale się wycwaniłam, zabieram obuwie zamienne, lekkie buciki i po ptokach. „Wilk syty i wilk syty”. Pamiętam, że w moich rodzinnych domach wymagano zdejmowania butów zaraz po wejściu do domu. Mieliśmy gosposię Marysię, która nie pozwoliła ruszyć się na krok, dopóki nie zdjęliśmy butów i założyli papcie. Zdarzało się nam (nawet często- nie razem, ale każde z osobna- trójka szwendaczy- miało akurat wtedy jakiś interes w domu), że przelecieliśmy się po mokrej, umytej przez nią podłodze, w zabłoconych butach, bo: ”Ja tylko po ….”, „Tylko przelecę”, „Przecież muszę przejść”. Jak miała w rękach szmatę do podłogi, to tłukła nas tą mokrą ścierą po nogach. Wcale jej się nie dziwię- trójka rozbrykanych dzieciaków w zabłoconych buciskach, a tu świeżo wymyte podłogi. Wtedy myło się podłogi mokrą ścierą przełożoną przez szczotkę do zamiatania- cykl obejmował zamoczenie ściery, wyżęcie ściery, nałożenie ściery na szczotkę, wymycie kawałka podłogi, zdjęcie ściery, zamoczenie ściery w wodzie, w wiadrze i a piać od nowa.

Wcale się Marysi nie dziwię (teraz, bo wtedy byłam obrażona na nią za to walenie po nogach)- umycie w ten sposób podłóg w całym (dużym) domu to był spory wysiłek.

Jeszcze ja tak myłam podłogi zanim nastała cudowna era mopów. Tak, mop to dobry wynalazek, ale mop parowy to już cudo do potęgi. Nie ma wiadra z wodą, nie ma wykręcania mopa, nie ma smug na podłodze, nie ma machania mopem, nie ma chemii. Ile razy wyjmuję mop parowy, tyle razy mam przed oczami tę ścierę na szczotce i wiadro z mętną wodą.

I jeszcze taka scenka, wracając do tego zwyczaju zdejmowania butów u kogoś, kiedyś zobaczyłam coś, co mnie rozśmieszyło do łez i od tej pory postanowiłam nie brać w tym udziału- pod stołem parę nóg w męskich skarpetach i parę nóg w damskich pończochach. Wszystkie stopy mieliły paluchami i sprawiały wrażenie żyjących swoim życiem. A nad stołem panowie w garniturach i panie wystrojone jak na wesele- jakieś przyjęcie to było. O skarpetach męskich nie będę się wypowiadać, ale te gołe kawałki nóg nad nimi to nie był apetyczny widok. Ja sama maszerując w samych rajtkach, bez butów, po zimnej podłodze, czułam się głupio, dlatego teraz zabieram zapasowe obuwie.

No i tak od rozpadających się pudeł, dotarłam do kulturowych naleciałości, które czas już wrzucić do lamusa.

Dla porządku dodam, że jest jeszcze trzeci kosz wiklinowy, jasny, owalny. W tym okrągłym i w tym owalnym trzymam tkaniny rozmaite na wypadek, gdyby zechciało mi się w końcu siąść do maszyny i machnąć sobie np. letnią bluzkę, albo inną jakąś poszewkę czy serwetkę, a może i patchwork.


 

Miałam też wiklinowe meble na tarasie. Nieimpregnowana wiklina najpierw nabrała wilgoci, potem sczerniała, a potem się rozeschła. Na ratan, ten prawdziwy a nie plastikową imitację, mnie nie stać, natomiast drewniane meble są za ciężkie na nasze tarasy.

Aha i były też różnej wielkości wiklinowe miseczki, koszyczki, podstawki itp., które też po jakimś czasie zrobiły się brzydkie. Nie pomogło mycie, czyszczenie. Wyrzuciłam. Duży koszyk, zamykany, podarowałam, w tym roku, Młodym- mają na grzyby.

No i nie potrafię się od tej wikliny teraz odczepić, bo jest jeszcze jeden koszyk- na zabawki dla Bezy. Teraz stoi obok niego ten nowy duży kosz z włóczkami.

Oooooo… koszyk na zabawki jest nie do ruszenia. Psica pilnuje go jak oka w głowie. Kosza i zabawek. Kiedyś na czas sprzątania wyniosłam kosz do pokoju- Beza chodziła zaniepokojona, szukała swojej własności. Kosz jest pomalowany na biało, przez 11 lat trochę się wykruszył, ale nie ośmielimy się kupić jej nowego. Ma być ten i koniec. Wiklinę to ja lubię, nawet bardzo, kiedyś miałam jej sporo w domu, ale mniej lubię kurz, jaki ona łapie, a najmniej lubię ten kurz usuwać. Dlatego na tych trzech koszach wiklinowych przestanę.

I jeszcze jesienna złota trawka- zdjęcie zrobione też  w niedziele rano.