„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sowy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 września 2024

A tymczasem...późnoletnio.

Od miesiąca, w nocy, „śpiewają” puszczyki. Wygląda na to, że nie tylko uszatki, ale i puszczyki zadomowiły się na dobre w ogrodzie. Kiedyś to donośne kuuuuuuuwijt mnie przerażało (głupie ludowe przesądy, sączone dziecku do ucha przez przecież mądrą babcię), teraz wręcz czekam na nie. Jednak częściej odzywa się samiec. Siedzi na ogromnym świerku, rosnącym przy dużym tarasie i pohukuje.

Dzisiaj rano widziałam klucz gęsi, lecących na południe. Darły się strasznie, a tempo miały niesamowite.

Słońce zachodzi w połowie dystansu między najdłuższym i najkrótszym dniem, i jest go coraz więcej po południu na dużym tarasie. Liście na orzechach zżółkły, opadają, a na brzozach już się zezłociły.

Już chyba nikt nie zaprzeczy, że idzie jesień. Upał dokucza tylko w południe i po południu. Potem robi się chłodniej, choć wieczory jeszcze ciągle są ciepłe i przyjemne. Siedzę wtedy na tarasie i planuję jego zagospodarowanie. Do zrobienia schodów i barierek jest umówiona nowa firma. FIRMA, a nie górnik-glazurnik. W tym tygodniu mają przyjechać zrobić pomiary. Myślę, że z barierkami i schodami taras nabierze charakteru. Nowych mebli nie kupujemy, bo po co. Okrągły stół i dwa normalne tarasowe, proste krzesła są w sam raz. Wszystko w metalu, lekkie, nowoczesne. Teraz tkam okrągły chodnik, który położę na tych kamiennych płytach, a następnie będą tkane pokrowce na siedziska, albo kilimki, by narzucić je na krzesła. Muszę się pozbyć ogromnej masy wełenek. Tylko zalegają w pudłach, a ja nie mam melodii do robienia czegokolwiek na drutach lub szydełku.

 Ponieważ nie lubię zawalonych durnostójkami pomieszczeń (tylko książki mogą u nas być wszędzie, walać się po łóżkach, bałaganić, panoszyć się na półkach, kredensie, blatach itd.)- lubię różności, ale z umiarem, bez nagromadzenie tego wszystkiego, co w danej chwili mi się podobało, a potem zostało odstawione i tylko kurz łapie- nic więcej, oprócz donic, na tym  tarasie, nie będzie stało. 

 Wystarczy, że na dużym tarasie są fotele (wygodne, rozkładane), rower stacjonarny, stoliczek oraz wciśnięty w kąt wędzok, który mam zamiar kiedyś użyć. Na razie stoi i łapie kurz.

Duży taras en face- z lewej krata i balustrada, oddzielająca naszą część domu od części domu od siostry, tam też są schody do ogrodu. Z przodu istny busz (tak miało być) krzaczorów (dwie kaliny, hortensje, mała tawuła i bez Siringa, no i nieszczęsna rynna, która musi być długa, by woda nie wracała do piwnicy. Widać też kolejne szklane tafle do mycia 😀😀😀 oraz kolumny, które były od początku zaprojektowane i bez przygód wybudowane.
 A tu duży taras z boku- na nim donice z masą liści- jedyna roślina, która świetnie w tych warunkach rośnie, to jakaś odmiana koleusa (chyba), która zakwita dopiero pod koniec września. Z boku lekko spacyfikowany wielki cis- pchał się nam namiętnie na tarasy i trzeba go było trochę "postawić do pionu". Ten drewniany płotek to jedyny wybór w tym miejscu, by zakryć przestrzeń pod tarasem, która wcale nie jest urodziwa. Wprawdzie mogliśmy dać matę maskującą (siostra tak zrobiła), ale obrzydliwie się prezentowały te sztuczności. Tam, gdzie nie mam wyjścia, daję plastik- nie wszystko da się zrobić w drewnie i kamieniu- ale takich miejsc w ogrodzie jest nikła ilość.


Wracając do tematu nowego tarasu.

Te wszystkie ozdoby, ozdóbki trzeba utrzymywać w czystości, bo wtedy robią wrażenie, a ja już nie mam po prostu sił i zdrowia, by o to dbać. Zresztą charakter nowego tarasu niezbyt wiele pomysłów dopuszcza. On ma być jasny, przestronny i użytkowy o każdej porze roku. No może dokupimy jakiś fajny parawan, by zasłonić widok na schody do piwnicy i równocześnie osłonić tę część tarasu przed zimnymi północnymi wiatrami. Strasznie nie lubię, jak mi z tamtej strony wieje (akurat to moje ulubione miejsce- mam widok na cały ogród), a jest to taki „przelotowy” tunel między ścianą domu i ogromnym cisem, gdzie wiatr się rozpędza. Na wiosnę o tym parawanie pomyślimy.

Podobno idą silne ulewy. Wczoraj trochę popadało, ale raczej tak symbolicznie. Niemniej zdążyłyśmy z Bezą trochę zmoknąć podczas wieczornego obchodu ogrodu.

I udało mi się sfilmować rzadkość ogrodową- gołąbka furczaka. To motyl, który ma „wiatraczek w odwłoku”, bo lata jak najęty to tu to tam, w tempie motocykli wyścigowych w formule GP, macha skrzydełkami jak koliberek- w ogóle trudno go i sfotografować, i sfilmować.

 

Papryczki zmieniają kolory.




 

piątek, 12 lipca 2024

Młodzież ptasia, czyli koniec (?) lęgów w naszym ogrodzie.

 

Posiedzę sobie tu jeszcze, no i co mi zrobisz?

 

Upał króluje. Uczymy się w nim żyć. Tam, gdzie słońce dociera zasłaniamy okna, spuszczamy rolety, a okna dajemy na rozszczelnienie. Drzwi z sieni na dwór ledwo uchylone, by nie wpuszczać do domu gorącego powietrza. Drzwi na tarasy zamknięte. Beza nocami śpi na kamiennej posadzce w sieni, w dzień również tam śpi. Niechętnie wychodzi przed dom, a na siusiu i coś więcej w lasku, tylko wcześnie rano i późnym wieczorem. Wieczorem i w południe uzupełniam ptakom wodę w poidłach, dostawiłam jeszcze dwa dodatkowe w innych częściach ogrodu. Jedno ma wzięcie, drugie omijane. Chyba znajdę dla niego jeszcze inne miejsce.

Ciepło doskwiera i chociaż w domu jest temp na poziomie 23 stopni, szybko się męczę. Prace domowe raczej tak z doskoku- odkurzam, a potem idę sobie poczytać książkę, gotuję obiad i potem znów do książki… nie powiem, tak mi się nawet podoba. może przenieść taki tryb życia na nieupalne dni?

Przy tak wysokich temperaturach nie ryzykuję pracy w ogrodzie i wkurzona muszę patrzeć, jak powoli znów mi zielskiem grządki zarastają. Jeszcze w poniedziałek, kiedy było pochmurno, zdążyłam przyciąć tuje wzdłuż płotu (nie wszystkie, bo akumulator się rozładował, a potem zaczęło padać).

W zeszłym roku kupiłam fajne narzędzie. Najpierw myślałam, że to taki bzdet i spełniłam swój kaprys, ale kiedy przyszło do wycinania konwalii obok tarasu, by przygotować dostęp do niego majstrom, doceniłam sprzęcik. Tnąc małym sekatorem (akumulatorowy się nie nadaje do tak wiotkich łodyg) umarłabym  ze złości, że to tak długo trwa, a ręka chyba uleciałaby mi z bólu.

 No i w poniedziałek utwierdziłam się w przekonaniu, że kupiłam dobre narzędzie. Nie trzeba martwić się, że nie dam rady przycinać tui z powodu bólu nadgarstka oraz ramienia. Nawet nie wiem, jak to narzędzie nazwać- podręczna wykaszarka (do trawy)? Przycinarka? 

 Tu z nasadką do cięcia trawy, zabezpieczoną nakładką.


A jeszcze dodam, że w pośpiechu, by zdążyć przed deszczem kompletnie zapomniałam, że do formowania żywopłotów jest inna nakładka i przycięłam tuje ta do wykaszania trawy. Nie mam, na razie, pojęcia czy jest jakaś różnica. Mnie tą nakładką do cięcia trawy całkiem dobrze i szybko cięcie szło.

Tu nasadka do formowania żywopłotów. Jeszcze jej nie wypróbowałam.

Podkaszarkę ładuje się, podłączając kabel bezpośrednio do kontaktu (nie ma ładowarki). Wygląda jak zabawka, ale naprawdę jest mocna, a ostrza bardzo ostre.

Nie zamazałam marki- mój prywatny blog, nic nie reklamuję, nikt mnie nie sponsoruje. A kryptoreklamą się nie przejmuję tak, jak miliony ludzi na świecie, pokazując jakieś urządzenia. Wystarczy klepnąć w wyszukiwarkę lub na YT i maszyna sama wyskoczy w kilkunastu odsłonach. Wybór należy do czytających
 

Serial z sowami trwa. Przedwczoraj, wieczorem, Młoda pokazała mi siedząca młodą sówkę na gałązce bzu, przy ogrodzeniu. Niesamowicie wdzięczne stworzenie. Zostawiłyśmy ją w spokoju, ale późnym wieczorem poszłam jeszcze raz zobaczyć, czy sowa siedzi w tym samym miejscu. Była, owszem, siedziała jednak na trawie w ogrodzie, za płotem dzielącym ogród od parkingu. 


Myślę sobie- trzeba sóweczce pomóc wdrapać się na drzewo tak, jak pokazywali w filmie, by jej jakiś naziemny drapieżnik nie uskutecznił. Wprawdzie raczej w ogrodzie takich nie ma, ale jakieś kocisko od sąsiada, albo tchórz lub kuna napatoczą się i już po pięknej uszatce. Poszłam po rękawice i deskę- pomost do wydrapywania się na pień. Wróciłam- sowy nie ma. Ciemno, ale mocna latarka radziła sobie z ciemnością. Obeszłam dokładnie okolicę, poświeciłam na drzewa- sowy nie ma. No dobra, nie będę się przyrodzie wcinała. Ale to znak, że sówka już potrafi latać. Wczoraj, kiedy zbierałam suche pranie ze sznura (ach to pięknie pachnące wiatrem i nagrzane słońcem suche pranie, żadne suszarki i suszki  nie dokonają tego, co słońce i wiatr), słyszę popiskiwanie sowie. Piski dochodzą z gęstych krzaków obok foliaka- magazynu na narzędzia rolnicze. No kurcze, pewnie znowu na ziemi siedzi, albo zaplątała się w krzaki i trzeba jej jakoś pomóc. Szukałam, zaglądałam, podrapałam się solidnie- sowy nie ma, piski są nadal. Patrzę na drzewa, nic  nie widać. Dobra, zostawiłam. Późnym popołudniem Młoda pokazała mi sowiego smarka- siedział wysoko na gałęzi nad foliakiem. No jak mogłam, melepeta, go nie dostrzec? Jak mogłam? Przecież siedziała i patrzyła z góry, jak się miotam w tych krzaczorach.

 Uszatki nie budują gniazd, ani nie gniazdują w  dziuplach- wykorzystują na lęgi gniazda dużych ptaków. Ta nasza, prawdopodobnie, wykorzystała gniazdo, które kilka lat temu uwił, na wysokiej sośnie nad parkingiem, grzywacz. W tym roku wykluły się w nim małe uszatki- dwie, albo trzy (na pewno z dwóch miejsc było słychać piski podlotów).

Takie piski słyszymy wieczorem


 Ptaszory dostarczają nam pozytywnych (choć nie zawsze) emocji.

 Dzisiaj rano akacja z drozdowym podrostkiem. Siedział przed wejściowymi drzwiami i darł dzioba- dosłownie darł. Beza powąchała go, poszła do domu. My zresztą też, bo takie sprawy drozdowa sama załatwi, wywabi smarkacza dalej w gród. No ale nie, ale NIE. Podlot siedzi, drze się na cały regulator. Wzięłam go i zaniosłam za róg domu i razem z Bezą poszłyśmy na poranny obchód ogrodu. Wracamy, podlot na podeście przed drzwiami drze dzioba. Jaskół mówi, że drozdowa chciała go nakarmić (czyli kręci się niedaleko), ale właśnie przybiegła z ogrodu Beza i ją spłoszyła. Ok., idziemy jeść śniadanie, podlot wrzeszczy, ale jakby z innego miejsca. Mówię do Jaskóła, że chyba spadł na schody do piwnicy i rzeczywiście, siedzi na trzecim schodku nastroszony, obrażony, nadęty- popiskuje. Wzięłam skrzydlaka „pod lotko”, zaniosłam pod krzaki, dalej od drzwi i wróciłam jeść śniadanie. Chwilę trwa cisza i…. co słyszymy? Smark drze dzioba przed drzwiami. Poszłam zobaczyć i trochę nakręciłam akcji, kiedy biedne drozdowe matczysko chce bajtla nakarmić, a ten stroi focha. Filmy nieostre- kręciłam przez szybę w drzwiach. Byłam niewidoczna dla nich, ale i tak chyba stara mnie intuicyjne wyczuła.

 



 Kiedy drozdowa odleciała, wzięłam ptaszorka „za szmaty” i zaniosłam pod krzak, bliżej części ogrodowej. I spokój. Gdzieś go matka wywiodła.

Tak sobie myślę, że te wszystkie stworzenia, mając tu spokój, tak dobrze się czują, że wcale nie mają respektu przed nami.

Ale ja czasami jestem zmęczona tym ogrodowym żywiołem, bo gdzieś w podświadomości mam obraz wszystkich zagrożeń, jakie na zwierzaki czyhają. Chciałabym je ustrzec, ale nie potrafię. I nie pomaga tłumaczenie, że przyroda wszystko reguluje- wiem, no i co z tego?

A teraz pięknie się rozpadało, na razie nie ma burzy, nie ma wichury…pada. Temperatura nadal wysoka.

Majowy kuklik


Niedawno pisałam, że to chyba koniec lęgów, a okazało się, że nie. Myślę, że teraz mogę jeszcze raz stwierdzić- ptaki zakończyły tegoroczne lęgi. Ale kto ich tam wie?

 

sobota, 25 maja 2024

"W tym par­ku po­bla­dłym bez śmie­chów przy róży roz­kwi­tłej sto­ję..." *

 Wszystkie (oprócz tych drobnokwiatowych, dzikich) róże w naszym ogrodzie mają ponad 30 lat. Kiedyś miałam ich sporo. Myszy podgryzły, ratowałam niedobitki, przesadzałam, aż w końcu doszłam do wniosku, że zostawię te, które przetrwały, ale już nowych nie będę kupowała. 

Wprawdzie od kiedy pojawiły się ślimole, które każdego roku robią spustoszenie wśród kwiatów, zastanawiałam się, czy mimo zarzekań się, nie nakupić róż i posadzić, gdzie się da- tych gadziny nie ruszają, ale szkodniki zostały w pewnym stopniu opanowane, a przycinanie, kopcowanie itp. zabawy z różami (nie mówiąc już o podrapanych do krwi od palców do łokcia rekach) nie uśmiechają mi się. Nie będzie nowych róż- na pustych miejscach po "zaginionych" (pożartych) kwiatach posadzę małe azalie.

W ogrodzie najwięcej jest krzewów róży drobnokwiatowej. Ona sama się sieje (?) w różnych miejscach. Większość siewek wycinam, ale sporo zostawiłam. Parę rośnie przy płotach, inne w środku ogrodu oraz w lasku.

Ta rozpięta jest na płocie między naszym a siostry ogrodem. Płot tworzy prawdziwe "zasieki" z powodu trzech psów siostry, które przełaziły do nas do ogrodu i siały w nim spustoszenie. Psów już nie ma, "zasieki" zostały, trzeba ich dziadowski wygląd zneutralizować zielenią.


 Ten ogromny krzew rośnie przy płocie- granicy z posesją sąsiada.

 Nieduży krzew, który ma za zadanie zasłonić część "roboczą" ogrodu. Pod nim rośnie wiązówka.

Ten z kolei rośnie za płotem w ogrodzie siostry, ale pcha się całym swoim jestestwem do słońca, czyli na naszą stronę.

Ten gatunek róży jest bardzo ekspansywny, bardzo szybko rośnie i wymaga kilkukrotnego przycinania w ciągu wegetacji. Inaczej wypchnie nas z ogrodu.

Niemniej ekspansywna jest rosa rugosa, czyli róża, z której robi się perfumy lub konfitury. 
Zostawiłam jej tylko dwa krzaki. Jeden rośnie na trawniku przed tarasem, drugi na trawniku w dawnym (już nieistniejącym) sadku. Ten drugi krzew muszę wyciąć do ziemi i pozwolić roślinie odrodzić się. Jest na wpół zeschnięty i urodą nie powala.

Róża rosnąca przed tarasem (odnowiona poprzez przycięcie do ziemi dwa lata temu). Z tyłu, z lewej strony, widać obłędnie kwitnącą veigelię.


Przetrwała też pnąca róża, którą długo trzymałam na grządce bez podpórek i na siłę przycinałam. W końcu znalazłam dla niej miejsce przy pozostawionych po starym płocie narożnych rurkach- w końcu mam do czego przywiązywać wybujałe pędy. Miejsce jej idealnie spasowało i w tym roku odwdzięczyła się (pewnie za to, że już jej nie dręczę bezsensownym przycinaniem)  takimi kwiatami.





Coś niesamowitego, jak pięknie kwitnie. Jestem zaskoczona tą obfitością.

O starych różach, przesadzanych przez moją matkę z ogrodu jej matki do własnych, a potem ja te róże przesadziłam do naszego, już pisałam.

Obie rosną przy tarasie. Czerwona pusta z białym środkiem.


Różowa, taka w babcinym stylu, z małymi kwiatami, o klasycznych w pokroju, dla róż, pąkach. Te pączki najbardziej mi się podobają.
No i martwię się teraz, bo pod koniec czerwca przychodzą panowie remontować taras, a te róże zaraz przy jego krawędzi rosną. Przesadzić nie można, jedynie jakoś zabezpieczyć. Bardzo nie chciałabym ich stracić. Zwłaszcza, że mają stanowić "zaporę' przed spadnięciem z tarasu, bo już nie będzie barierki. No i ozdabiać nadal ogród. Wprawdzie panowie obiecali je specjalnie upiąć, ale... ryzyko jednak istnieje.

I wierzyć się nie chce, że te krzewy mają na pewno ze 40 a może i więcej lat.

Następna stara róża- biała. Były trzy krzaki- dwa rosły po dwóch stronach długiej alejki, biegnącej wzdłuż rabat kwiatowych, trzeci zasadziłam obok veigeli przed wejściem do domu. No i ten trzeci przetrwał, a te dwa w ogrodzie zmarzły.

Zakwitły też inne róże- moja ulubiona łososiowa

i różowa, rosnąca przy chodniku.


Nie kwitną jeszcze róże płożące na kopcu rozsączającym, polianty, żółta róża oraz jeszcze jedna "na słupku", ale nie pamiętam jej nazwy- Agniecha będzie wiedziała, bo kiedyś o niej pisałyśmy. Ma taką samą przy bramie:):):).

Tyle o różach w naszym ogrodzie. Chyba będę przedstawiała nasze kwiaty tematycznie, bo jak kwitną równocześnie wszystkie- tak jest w tym roku, to nie ogarniam całości, robi się bałagan. A do tego dochodzą wszystkie kwitnące wiosną krzewy- mnóstwo tego do opisania.

Tak nas wczoraj deszczem uraczyła pogoda.

W ogrodzie nadal mieszkają uszatki.

Stara długo mnie kokietowała leciutkim pohukiwaniem, aż w końcu ją dopadłam. Siedziała na lipie naprzeciwko tarasu. 


 *
"Róża" Maria Pawlikowska- Jasnorzewska


 

 



 

 

 

środa, 20 września 2023

A tymczasem na smutki, smuteczki łyk dobrej... a nie, akurat tu- łyk dobrego Baileys'a.

Trochę spokoju między badaniami. Potwierdzam…potwierdzam… wykluczam…wykluczam…oddycham z ulgą i dalej… jeszcze trochę tego zostało, ale niedługo będę „prześwietlona” wzdłuż i wszerz, w poprzek, z dołu, z góry i po przekątnych, jak ten bagaż na lotnisku. Oddycham z ulgą po każdym i dalej… jeszcze trochę… żyję, czytam, pracuję, zwiedzam… odsuwam myśli, kiedy coś dziubnie, zaboli, wstrzyma oddech. Jaskółka jest cielesna, Jaskółka to nie tylko zdjęcia, filmiki, kwiatki, ogród i wycieczki.

Jest we mnie masa optymizmu, choć ta cholera depresja czasem zasnuwa mi słońce i próbuje dobrać się mi do skóry. Bardzo, ale to bardzo chce wrócić i mnie dobić. Jak widać, na razie nie ma szans na większe akcje, a te małe i średnie nauczyłam się pokonywać.

A doraźnie, w małych dawkach, na smutki i smuteczki życia codziennego to (oryginalny, przywieziony z Anglii):

 Czekam na wybory, ale spokojnie. Mam warianty psychiczne do opracowania. Całe życie jechałam na wielowariantowości „wychodzenia z opresji”. Oswajałam w myślach każdą sytuację tak, że jak się zdarzy, to nie będzie zaskoczenia. Teraz też oswajam przegraną, oswajam wygraną. Nie mam wpływu na to, co będzie- sama pójdę, zrobię, co trzeba, ale co dalej, to już nie ja. Mam jeszcze takie wrażenie, że nawet, jak wygra PiS, to ludzie wyjdą jednak na ulicę. Ale do tego jeszcze daleko, a jakieś większe  spekulacje są na razie poza moim zainteresowaniem.

Haftuję ptaka w stylu medvieval- trochę się wkopałam, bo dużo detali i dużo haftowania. Z kolorami idę w ciemno, ale i tak wychodzi coraz bardziej stylowo. 

 Bezka się pochorowała- jakiś wirus ją dopadł. Antybiotyk, dwa zastrzyki i doszła do siebie. Zrobiliśmy jej badanie krwi. Wszystko w porządku, tylko trochę wątroba coś nie gra. To chyba pozostałość po tym wirusie, bo badanie krwi było 4 dni po ostatnim zastrzyku. Jest w formie, wesoła, żywa i z apetytem. Człowiek martwi się o zwierzaka bardziej niż o siebie, a Bezka… no taki kochany futrzak i tyle.

 Puszczyki rozpoczęły jesienne nocne koncertowanie. Lubię ich „śpiew”, właściwie jękliwe pokrzykiwanie. A ludzie są przesadni, mówią, że jak puszczyk zawodzi to śmierć przywodzi. W ogrodzie głównie odzywają się samice, pohukiwania samca nie słyszałam.

Przylatują pod sam dom, siadają na świerku, brzozach, bożodrzewie i głośno „krzyczą”. Cudnie.

 Puszczyki, noce ciemne i tajemne, czarne koty, proszek z żaby…zielsko się pali, woń się rozchodzi, dym się snuje, a mgła zwodzi. Ech… takie życie w głębi puszczy- marzenia.

Przypomniał mi się wiersz Staffa „Bajka”, który deklamowałam na konkursie recytatorskim w podstawówce.

Biegając po lesie, mamrotałam sobie pod nosem jego fragmenty, kiedy pasowały mi do nastroju leśnego.

Znacie?

Bajka
W mrok drzew,
W odwieczny stary bór
wbiega
Bajka,
Dziecię grajka
spoza siedmiu gór...
Na mchu,
wsłuchana w szumu wiew.
Bez tchu
przylega,
W ócz zdziwienie
chłonąc cienie
Sennych drzew...

I śni:
Ze w duszy psotnej
Dziw tajemny
zmyśli, ciemny
Jak lęk ptaszy,
i przestraszy
Tłum samotny
starych pni...

Więc gwarzy dziw,
Co szedł przez groźne jary.
Północą przez pieczary,
Ze strachu ledwo żyw;

Prawi wieść,
Ze zbóje, czarownice
Pacholę bladolice
Chwyciwszy chciały zjeść!...

A las słucha
rozhoworów...
Słuchają paprocie,
Modra mucha
i jaszczurki
w cętek złocie...
Ludek muchomorów
krasnych
wzniósł kapturki...
Wszystko słucha -
A bajka,
Dziecię grajka
spoza siedmiu gór,
Już się boi
gadek własnych...
Trwogą źrenice otwarła,
Niema stoi,
dech zaparła
i przyklękła
Tuląc się do pnia bez słów...
Sama sobą się zalękła,
czarem swoich snów...
I w głos płacze, we łzach cała,
Że się w borze zabłąkała...

L. Staff

Ubawił się serdecznie stary, dobry bór...”

Zwłaszcza ten fragment mi się mamrotał mantrycznie w lesie o zmierzchu:

„Prawi wieść,
Ze zbóje, czarownice
Pacholę bladolice
Chwyciwszy chciały zjeść!... „

i wiałam do domu, co sił w nogach. Za bramką prowadzącą do lasu, już w ogrodzie, oddychałam z ulgą, ale nie odwracałam się na wszelki wypadek, by „czegoś” nie zobaczyć. Mała głupiutka dziewczynka.

W Internecie znalazłam ilustrację do tego wiersza.

 

Przeczytałam niedawno dwie fajne książki.


Arystokraci, ich romanse, rozwody, skandale...

Przy czym romanse, jak romanse, oparte o skandal obyczajowy, ale mnie bardziej interesowało ich tło historyczne, a w tej książce autorka bardzo obszernie je przedstawia.

Druga to już zupełny hardcore obyczajowy. Homoseksualiści, lesbijki, przemocowcy, awanturnicy i bawidamki- wielcy twórcy literatury światowej, ludzie niebanalni, niekonwencjonalni z jakimś pierwiastkiem mrocznego zła w sobie. I znów godne polecenia są nie tylko opisy zachowań bohaterów, ale również cała ta historyczna otoczka, w jakiej żyli.


Teraz czytam pierwszą część skandynawskiej trylogii kryminalnej. Robi się coraz ciekawiej. 

Dwie następne części to:

 

A aura zrobiła się znów słoneczna i bardzo ciepła- pięknie się lato kończy. Pranie ciągle wieszam na sznurach w ogrodzie- schnie bardzo szybko i pachnie wiatrem.

Szpaki jeszcze nie odleciały, ale już zbierają się w duże stada. Za dwa dni nadejdzie jesień.

Źródło:

Ilustracji: 

http://chatkanasowichnozkach.blogspot.com/2017/01/muchomory-na-ilustracji-dzieciecej-cz-ii.html

Tekstu wiersza: https://wiersze.annet.pl/w,,6931


 

piątek, 7 stycznia 2022

"Odwiedziny" uszatki

A ja dalej o ogrodzie i jego mieszkańcach. W niedzielę przed B.N. usiadła na jarząbie, przed oknem kuchennym, sowa. Taka szczuplutka młoda sowa.  Byliśmy po obiedzie i Jaskół szykował herbatę (domowy zwyczaj- po obiedzie herbata w pokoju na miękkich fortelach- chwila wytchnienia przed dalszą pracą). Odgłosy jego krzątaniny słychać na filmie. Oczywiście, że nie odmówiłam sobie nakręcenia filmu z uszatką w roli głównej. Sówka widziała, że coś się dzieje, bo kilka razy pochyliła głowę i spojrzała w kierunku okna. Jednak nie spłoszyła się, siedziała na gałęzi może ze dwie godziny. Potem odleciała. Przez jakiś czas jej nie było. Ponownie zobaczyłam ją już o zmroku. Siedziała w tym samym miejscu.

Jedna uszatka, a jakoś radośniej mi się zrobiło w ponure, grudniowe popołudnie.

Filmy i zdjęcia robione przez szybę.



 

Więcej o sowach i ich zwyczajach tu, a o sowach w naszym ogrodzie można znaleźć klikając w etykietę "sowy".

 

 

piątek, 18 czerwca 2021

Uszatka

 


W kwietniu pojawiła się w naszym ogrodzie sowa uszatka. Nie zorientowałabym się, gdyby nie harmider, jaki urządziły kosy. Zauważyłam, że kiedy tylko pojawi się sowa, to kosy lub (jak parę lat temu) zięby, strasznie są zaniepokojone, latają z drzewa na drzewa i okropnie „krzyczą”. Małe ptaki nie lubią sów i tak na nie reagują. Małe ptaki boją się też krogulca, wówczas uciekają w popłochu, w milczeniu.  Dlatego, kiedy słyszę zaniepokojone głosy kosów lub innych ptaszków, mogę spodziewać się sowy na którymś drzewie. I tak było tym razem. Najpierw sowa siedziała na tui, potem kosy przegoniły ją na sekwoję. Dała się sfilmować, wiem, że mnie widziała, ale siedziała i nie miała zamiaru odfrunąć. Oprócz tego, że denerwowały ją atakujące kosy, zachowywała się spokojnie a wszystko inne miała w swym zakrzywionym, sowim nosie. Posiedziała może ze trzy godziny i znikła. Pewnie poleciała do zagajników, gdzie, wydaje mi się, gniazduje. Mogę się mylić, ponieważ parę lat temu miała gniazdo na sośnie w naszym ogrodzie. Tym razem jednak żadnych śladów gniazdowania nie zauważyłam. Natomiast gniazdowały krogulce. Na szczęście skończyło się na jednym lęgu i w lasku jest spokój. Nie słuchać żadnego pipiskiwania młodych krogulców.

Jest upał, o godzinie 11 na zachodniej stronie domu termometr podokazywał +26 stopni, na wschodniej, w cieniu, +35 stopni. Wczoraj było podobnie, ale po południu zerwał się wiatr i chłodził trochę powietrze. Patrzyłam na prognozę miesięczną. Do końca czerwca, u nas, ma być temperatura w granicach +24-26 stopni i deszczu tylko trochę. No, ale to prognozy, a te nie zawsze się sprawdzają.

 


 


Piękna jest ta uszatka. Ma takie ogromne oczy, które przypominają mi oczy pluszowego misia, którego miałam w dzieciństwie. Ogromne, z pomarańczowymi obwódkami, uważnie wpatrzone.

Na marginesie

Swoją drogą, jakim podłym trzeba być człowiekiem, by najpierw celowo zmanipulować informację, potem perfidnie sfabrykować kłamstwo, powielać go, drwić szydzić i jeszcze cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia?

Jakim trzeba być człowiekiem, by bezrefleksyjnie podjąć tę informację, nie zastanawiając się, czy jest ona prawdziwa i rechotać  z czyjegoś nieszczęścia?

 Podłość ludzka nie ma granic. Podłość ludzka nie chce znać granic.


 

 

 

czwartek, 10 września 2020

Sowy śpiewają jesienią

Gdzieś tam daleko w tyle, w starym poście, pojawił się komentarz. Nie przypuszczałam, że ktoś zechce jeszcze czytać blog  Jaskółki i to w dodatku stare posty. Ale tamten post był dosyć niezwykły, bo opisałam w nim „wypadek” puszczyka, który zostawił odcisk swojego ciała na szybie. Komentarz do posta zawiera dosyć interesującą interpretację tego zdarzenia, związaną z naturą zwierząt, ezoteryką i całą otoczką duchowości.

Pozwalam sobie go przytoczyć

Anonimowy7 września 2020 19:13

Hej, Jaskółka! Weź sobie wyobraź,że wszystkie żywe istoty, jakie nasz Przedwieczny Ojciec stworzył na ziemi- mają duszę. Bo dlaczego miałyby jej nie mieć? Przecież to co pochodzi od Niego -jest Jego częścią, a więc jest dobre. Wejrzyj sobie proszę dla zrozumienia w dwudziestowieczne próby fotografa rosyjskiego Kirliana i zobacz jego zdjęcia - aury wszystkich żywych istot - ludzi, zwierząt, żab, drzew, roślin, piór, liści,i nawet przedmiotów. To były zdjęcia jeszcze czarno-białe, trochę prymitywniejsze, ale - rewelacyjnie podjęły temat. Niestety - publiczne zainteresowane świata nauki szybko wygaszono. Jednakże wierzę, że gdzieś tam w zapleczach świata- kontunuowano badania nad aurą, czyli ciałem duchowym, czyli emisją energii danej istoty w pozazakresowym widzeniu) i do dziś na pewno rozwinął się o wiele doskonalszy sprzęt fotograficzny (lub obserwacyjny - coś jakby noktowizor). W podsumowaniu zasugeruję, że ta sowa, która sie odbiła w twojej szybie, miałą coś z tobą wspólnego, lub ważnego, a ten jej wizerunek jest tylko i wyłącznie dla twojej interpretacji. Być może ty lub ktoś z twoich bliskich miał sowę w symbolice swojego życia i coś ci chciał przez to przekazać, bo wierzył,że to zrozumiesz. Inne - bardziej obiektywne i pospolitsze wyjaśnienie: sowa leciałą wprost na twoje okno, nie widąc go ( bo ptaki szyb nie widzą, dlatego na szybach publicznych nakleja się czarne formy w postaci ptaków,żeby się odznaczały i dawały lecącym ptakom znak,że tu jest blokada. Załóżmy,że sowa leci wprost na szybę - zauważa ją w ostatniej chwili, wystrasza się bardzo silnie, niemal traumatycznie, i momentanie hamuje. Jednak nie całkowicie. Ciało jej zdążyło zahamować w ostatniej chwili, ale... jej rozpędzone ciało duchowe - jej aura, nie zdążyłą, lecz odbiłą się w szybie. Niewiarygodne, prawda? Duch żywej sowy nie zdążył zahamować lecz wniknął w szybę i to na niej zostawił - odbicie strachu i zaskoczenia w tej postaci w jakiej była, gdy omal się o tę szybę nie zabiła. Zrozumiała swój błąd w ostatniej chwili. Wygląda to też, jakby ktoś ją nagle silnie odepchnął od tego zderzenia - i to prawdopodobnie- Jego ślad się odbił w kształcie lecącej tu sowy. Skąd to przypuszczenie? Z doświadczenia mojego życia. Lubię ptaki i szanuję naturę. Pozdrawiam!

OdpowiedzUsuń

Daje do myślenia, prawda? Bo jakkolwiek by na to nie spojrzeć, to są rzeczy, których na razie ludzki umysł nie ogarnia, a ezoteryka nie jest znowu taka  daleka od wytłumaczenia w sposób przekonujący sporej  części zjawisk

 

 

 

Sowy…te piękne ptaki, pojawiły się w ogrodzie dwa lub trzy  lata temu i od tej pory bywają w nim  często.

Uszatki nawet się zadomowiły. Czasem słychać płomykówkę. Pod koniec sierpnia, zaczęła w ogrodzie śpiewać samica puszczyka. Ona krzyczy, trudno to nazwać śpiewem, ale przecież ptaki  śpiewają, a puszczyk to niezwykły ptak. Przylatuje kilka razy w tygodniu i słychać ją w różnych miejscach ogrodu. Głos puszczyka, w starych podaniach całej Europy, miał zwiastować nieszczęście

„Gdy się puszczyk drze, to się djabły radują. Przedrzeźniający głos puhacza „Wywiedź, wywiedź!” (na cmentarz) uważają za śmiech szatana. Puszczyk w ogóle pozostaje w bliskich stosunkach z djabłem, towarzyszy mu i służy. Sowa w mniemaniu ludu naszego powstała z czarta, dlatego nie znosi światła dziennego. Djabeł i czarownica przybiera nieraz postać, sowy.
I lud ruski wierzy, że sowa jest ptakiem złowróżbnym. Ażeby odwrócić nieszczęście od domu, obory lub stajni, zastrzeloną sowę przybijają na drzwiach mówiąc: Już więcej nic nie zrobisz! Gdy puhacz krzyczy na dachu, ktoś z domowników umrze. Gdy znajduje się na strychu, to padnie bydło. Lud w Witkowie widząc go wieczorem na drzewie, mówi, że to szatan, głos jego uważają za śmiech szatana. Puhacz towarzyszy złym duchom (Stanisławów). Głos sowy lub puhacza, odzywającego się kilkakrotnie na dachu domu, oznajmia Czechom rychłą śmierć jednego z rodziny (1823). Puhacz (tuhi) wydający przeraźliwy głos wróży i Chorwatom śmierć w domu, nad którym usiądzie. Niemiły krzyk sowy i puhacza w pobliżu zagrody, albo nad chatą tłómaczą Serbowie w Bośni jako zapowiedź rychłej śmierci gospodarza lub gospodyni. Nie wymawiają imienia sowy (jejina), zwą ją, aby uniknąć złego, wielką czarodziejką. Puszczyk, zwany w Niemczech ptakiem śmierci (Totenvogel), woła swym osobliwym głosem:

Kom mit, Kom mit,
Bring Schiff und Spaten mit.

Pójdź z nami, Pójdź z nami,
Przynieś z sobą rydel i łopatę.

 

Sowę, zwaną trupim ptakiem, zapowiada w Dytmarskiem skon w domu, ponad którym leci, podobnie jak zlatywanie około domu wron. Szymon Grunau w Kronice z 16 wieku podaje między wróżbami ludu pruskiego z krzyków ptaków następującą: Kiedy puhacz krzyczy trzy razy z rzędu na jednym domu, oznacza to, że ktoś z tego domu umrze. Zbieranie się gromadne sów jest oznaką bliskiego pogrzebu (w Bretanji). Sowa na dachu krzycząca wróży śmierć i Rumunom. U Albanczyków istnieje podobny do naszego przesąd, że sowa, na dachu siedząca, przepowiada śmierć domownikom a brzemiennej dziewczynie nieszczęście, równające się śmierci. Puhacz jest u Włochów wróżbą śmierci, gdy „siadłszy na dachu odezwie się swym złowrogim głosem, za trzy dni śmierć wejdzie w dom”. Chory gdy usłyszy jego wołanie, przygotowuje się na śmierć. Jak wycie psa, tak i krzyk nocny sowy bywa u Sycylijczyków przepowiednią śmierci. „

https://pl.wikisource.org/wiki/Strona:%C5%9Amier%C4%87_w_obrz%C4%99dach,_zwyczajach_i_wierzeniach_ludu_polskiego.djvu/021

Podobne wierzenia i przesądy związane są z innym gatunkiem sowy- pójdźką

„„Krzyk sowy nad domem jest złą wróżbą a mianowicie tak zwanej pójdźki (Strix noctua), której głos podobny do pójdź! pójdź! jeżeli uporczywie się powtarza, to wróżba, że jedna z miejscowych osób pójdzie na tamten świat w ciągu roku. Jeżeli pójdźka zawoła w stronie głowy chorego, to przepowiada, że z łoża już nie wstanie. W ogóle nocny charakter tego ptaka, jego wzrok rozumny i lot dziwnie cichy, nadały mu pewne cechy tajemniczości.

Gloger Z. 1877 „Zabobony i mniemania ludu nadnarwiańskiego tyczące ptaków, płazów i owadów

https://plamkamazurka.pl/2015/07/krzyk-sowy-nad-domem/

Pójdźki u nas nie słyszałam, natomiast puszczyki śpiewają nie tylko w naszym ogrodzie, ale i w pobliskich zagajnikach. Najczęściej słyszę je jesienią. Kiedyś ich głos wywoływał we mnie niepokój, teraz czekam,  kiedy się odezwą. Oswoiłam się z tymi nawoływaniami i już nie budzą we mnie lęku.

To jedno ze zdjęć, jakie  zamieściłam w tamtym poście


 O puszczyku zwyczajnym tu:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Puszczyk_zwyczajny

Blogger nie odpuszcza. Wciska mi nowy Interfejs, ćwiczy mnie równo i testuje moją cierpliwość. Jestem uparta, nie daję się, powoli zaczynam ten "pasztet" ogarniać.😀

A propos pasztet- wczoraj upiekłam mój pierwszy pasztet. Nie do wiary- tyle lat przeżyłam i dopiero upiekłam pierwszy pasztet😁😁😁😂 I ogłaszam sukces na tym polu- pasztet jest pycha!