Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trudne tematy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trudne tematy. Pokaż wszystkie posty

sobota, września 05, 2026

Bloger strzelił- o narodowej blogowej tragedii i panice na blogach.


Napisałam post o AI, a w tzw. międzyczasie bloger spłatał figla. Ponieważ prawie nigdzie nie komentuję, napiszę tu, co o tej całej sprawie sądzę, a przy okazji trochę rozwinę temat, dotyczący mojego spojrzenia na blogowanie i komentowanie. Można się z moim zdaniem zgodzić, można nie zgodzić, można się zapluć ze złości, czytając mój post, można też shejtować mnie w blogosferze (wielu nie zna w tym umiaru). Wszystko można, proszę bardzo, czyńcie, co tam chcecie. Jednak nie można mnie obrazić i shejtować na moim blogu i to jest tzw. plus dodatni wyłączonych komentarzy. Zabawne...

No więc (więc i tylko więc, tu pasuje), bloger zablokował wczoraj komentowanie... naprawdę pozwolił sobie na takie faux pas wobec blogerów. Oj, zablokował komentowanie.... oj... i stała się tragedia blogowa... ale nie dla wszystkich, mówię uczciwie, bo są blogerzy, którzy piszą posty nie dlatego, by potem utonąć w komentarzach na ich temat, a dlatego, że mają potrzebę podzielić się z ludźmi czymś ciekawym. Nie tylko ja do nich należę. Jednak są blogerzy, którzy piszą posty po to, by pławić się w komentarzach pod nimi, żyją blogiem i komentarzami, przeżywają tragedię niemal narodową, kiedy coś się w blogerze schrzani.

Ech.... nie chcę się złośliwić i nie będę. Jednak trochę mnie zszokowało, kiedy zobaczyłam, że wstrzymanie przez blogera komentarzy, wywołało u wielu ataki paniki i niemal zatrzymanie akcji serca oraz stwierdzenie, jak teraz będzie blogosfera żyć... no jak blogerze żyć, jak żyć??????????!!. Może mogłabym wziąć za żartowanie, pokpiwanie z tej sytuacji, jednak, gdy na wielu blogach pojawił się ten temat, to uznałam, że blogerzy przeżywają "dramat" na serio. No nie, jeszcze teraz, kiedy to piszę, to śmiać mi się chce, bo naprawdę (o, naprawdę pisze się razem, prawda?) mnie takie podejście rozśmieszyło. Blogowanie uważam za dodatek do realnego życia i dwa dni poślizgu w blogowaniu czy komentowaniu nie zrobiłoby na mnie wrażenia. A tu okazało się, że mimo zarzekanie się blogerów, to jednak wyłączenie komentowania bardzo ich obeszło i zachwiało podstawą sensu ich blogowania. 

 Powtórzę jeszcze raz- wyłączyłam komentowanie z całą świadomością pewnej „straty”. A po czasie zauważyłam, że liczba wejść wcale się nie zmniejszyła, czasem jest większa, często przekracza 100 w danym dniu. Co znamienne, nie piszę też postów, by nabijać licznik- z nikim nigdy nie konkurowałam i sprawdzam tylko dlatego, by zobaczyć, jakie tematy są bardziej lub mnie chodliwe. Mam pewne założenia i kierunki, w jakich chcę mój blog prowadzić i na razie to się sprawdza.

Nie zawsze trzeba pisać o pierdołach, pisać o rzeczach oczywistych, które latają na innych blogach tak często, że aż mdli, pisać o zdrowiu (wiem, trzeba się bólem dzielić i to pomaga- rozumiem, jak pomaga to trzeba to napisać), nie trzeba uprawiać swoistego ekshibicjonizmu i co trzeci post pisać o ogromnym dole, nie trzeba kokietować oraz manipulować innymi, kiedy się jest klasycznym narcyzem i czytający to widzą- kiedy jakichś treści monotematycznych jest w nadmiarze, blog staje się nudny.

Nie trzeba, ale rozumiem ludzkie potrzeby i wiele osób potrafi tylko w ten sposób prowadzić swój blog, mają jakieś osobiste korzyści, w czymś im to pomaga. To jest w myśl hasła latającego w blogosferze: „To mój blog i mogę sobie pisać na nim, co chcę”. Tak, prawda, ale po pewnym czasie taki mono blog przestaje przyciągać, odrzuca swoją powtarzalnością, męczy.

Dlatego w myśl drugiej blogowej zasady- „Jak ci się nie podoba, to nie wchodź, nie czytaj” na takie blogi wchodzę bardzo rzadko, a najcześciej w ogóle wykreślam je z pamięci.

I poruszę sprawę słownictwa, języka używanego w postach. Ludzie, zlitujcie się, po co te zdrobnienia, po co te dziwnie wymyślane neologizmy, po co silenie się na „błędy ortograficzne”, silenie się na językową oryginalność, jakieś lingwistyczne szpanowanie aż do granic śmieszności, ten brak interpunkcji i często prawdziwe błędy ortograficzne, mylenie pojęć, używanie słów nieadekwatnych do sytuacji, język knajacki, że nie powiem wprost- grypsera, wulgaryzmy (znam takie, co najmniej, 4 blogi)? Po co? Prawdopodobnie ma to ubarwić tekst, ale nadużywane, stwarza, że tekst staje się sieczką słowną. Blogi piszą ludzie dorośli, nierzadko wykształceni, mający wiedzę, jak wzbogacić język. I nie czepiałabym się, znów w myśl zasady „mój blog...”, tylko, że ci sami ludzie mają pretensje do innych, że język ubożeje, że staje się chaotyczny, niechlujny. Ci sami ludzie przyzwalają w blogosferze na taki język. Jakiekolwiek próby protestu (między innymi mojego) napotykają na brutalny atak ze strony autorów tych blogów, oraz niewybredne teksty ze strony komentatorów. Gdzie jest granica obłudy? I wczoraj sobie pomyślałam- świetnie- nie będzie komentarzy, nie będzie popleczników, nie będzie hipokryzji, a blogerzy będą musieli się wysilić na dobre posty.

Może bloger powinien w ten sposób oczyścić blogową atmosferę?

Owszem, chcę się dzielić różnymi rzeczami, ale już nie chcę mieć wiedzy „komentatorskiej”. Da się bez niej dobrze funkcjonować, da się spokojnie bloga prowadzić. Ale żeby nie było, że ja jestem taka fajniutka bezkrytyczna w stosunku do siebie- kilka razy chciałam komenty włączyć, kilka razy za nimi zatęskniłam, kilka razy chciałam przeczytać zdanie innych ludzi na temat posta, żal mi też niektórych komentatorów- fajnie komentowali. Jednak czuję w sobie ogromny opór- nie włączę. Bardzo proszę, by moi byli komentatorzy nie odbierali tego jako mój brak zaufania oraz brak szacunku do nich.

Jak huknie cały bloger, odczuję tylko stratę tekstów, ale już nie zdjęć, bo te mam w plikach na dyskach. Już raz straciłam blog i założyłam nowy, dosyć gładko i bez bólu poszło.

Czytam ten tekst- hmmmmm..... tak, wiem, piszę w sposób nudny dla niektórych, zbyt poprawny, ale nie będę na siłę zmieniała mojego stylu pisania po to, by przypodobać się garstce blogerów. W realu mam ogromne poczucie humoru, próbowałam je przerzucić na blog, napisałam jeden tekst, potem drugi... Nie wiem czy pamiętacie taki blog z Pieprzem w tytule, albo inny blog z niepoprawną matką w tytule czy jakoś tak... i doszłam do wniosku, że nie mam takich umiejętności pisarskich, by pisać humorystyczne posty z życia wzięte. Pozostało mi pozostać przy moim stylu i poprawnym (ech niektórych to strasznie dziobie w oczy) słownictwie.

No dobra, Jakółka sobie napisała post niekoniecznie wesoły, a dla was jeszcze coś smutniejszego od mojego tekstu. Wysłuchać, a potem, jak mówił bardzo młody człowiek: „Nie smutać się”, idzie piękna kolorowa jesień (i podobno ma być długo ciepła)

PS. Przypomniało mi się trzecie zdanie krążące na blogach: "Nie mam wpływu na to, jak ktoś odbierze słowa pisane w poście, jak ktoś odbierze je do siebie, to jego sprawa".

Taka sytuacja:)
 

wtorek, marca 10, 2026

Oooo, ja cierpiedolę....Aferki, skandaliki, banieczki.

 

W blogosferze jest nieznośnie, jest paskudnie, jest tendencyjnie. Jeden temat potrafi „przelecieć” przez wiele blogów, jest wałkowany, obracany, często w atmosferze aferki czy wręcz skandaliku.

Z komentarza potrafi się wyrwać (z jego kontekstu) jedno zdanie i w zależności, czy ono współgra czy nie, ze zdaniem opisującego, jest obracane. Kiedy współgra, to jest aplauz „Ja też, ja też...”, kiedy nie współgra to zdziwko albo wręcz krytyka- „Ja nigdy...”, „Nie zdarzyło mi się”... „Ale jak to....”. A wszystko to wypowiadane tonem kategorycznym, no bo przecież nie można się wyłamywać. Bycie w banieczce zobowiązuje, żadne tam "inne zdanie".

W komentarzach (zwłaszcza tych, które są w jakiejś opozycji do innych) wyszukuje się podtekstów, przecież nie może tak być, że ktoś zapyta szczerze, albo powie o sobie szczerze. Proste pytanie, proste stwierdzenie, często odbierane jest jako atak. Musi być, no przecież MUSI być jakaś insynuacja skierowana do innych. Przecież MUSI być w tym jakiś zły zamiar, bo wiecie ludzie są źli, a zwłaszcza ci, do których nie czujemy sympatii, albo z innych względów nie lubimy, albo po prostu nie zgadzają się z nami.

Pytanie zadane wprost budzi podejrzliwość, opowiedzenie o sobie, odbierane jest jako wywyższanie się (zwłaszcza, jeżeli ktoś mocno różni się w opinii).

Nagminne jest wmawianie komentującym, że „się nie znają”, bo... to tak jakby wmawiać zawodowemu stolarzowi, że nie potrafi ciąć deski prosto. O tak, to występuje bardzo często. I przykro mówić, ale faktycznie w polskim narodzie najwięcej jest lekarzy, nauczycieli, terapeutów, psychologów oraz pisarzy, znawców literatury i filmów. O czymś zapomniałam?

Ktoś coś lubi, no nie, ale NIE- tego się przecież teraz nie lubi, to jest passe durna pało, nawet tym się nie chwal, my cię tu zaraz ustawimy do pionu, skrytykujemy, wyśmiejemy, wydrwimy i wmówimy ci następny kompleks.

A ponieważ to wszystko dzieje się w tych banieczkach, tam nawała na delikwenta jest ogromna. O, właśnie, banieczki- tu się bardzo pilnujemy, by się nie wyłamać. Może się człowiekowi nie podobać jak nie wiem co, to co banieczka głosi, ale się nie wyłamie, bo nie chce być odrzucony. Siła banieczki jest oparta na obłudzie i kłamstwie oraz konformizmie. Nie podobało się do teraz, to pod wpływem banieczki się spodoba i to bardzo. Kiedyś nazywano taką grupę towarzystwem wzajemnej adoracji, teraz przybrała wdzięczną nazwę banieczki. Tak, relacje w banieczce oparte są na wzajemnej adoracji. No cudne to jest, cudne- „Da, da, da.... ja cię kocham, a ty mnie....”.

Owszem należałam do takich banieczek, ale wypadłam z nich, czasem mnie wykopano, ale zostałam z nich rugowana ostracyzmem, z większości jednak sama sobie wyszłam. Jestem zbyt niezależna w poglądach, zbyt indywidualistyczna, by się naginać do bańkowych relacji. Najpierw tiu tiu tiu a potem zgrzyt, bo nie jestem konformistką, a poglądy i upodobania mam odmienne od tych różnobańkowych. I jest mi z tym dobrze, ale owszem, zaglądam do tych banieczek i czytam, i wyciągam wnioski, i macie je tutaj w postaci postu. To moje zdanie o nich, jak ktoś ma inne, no to ma. I jeszcze jedno- jedni uwielbiają być w takich bańkach i nie przeszkadzaj im bańkowe „zasady”, inni jednak stają w nich trochę na przekór. 

Jedną z cech bańki jest święte oburzenie wobec krytyki. Rozumowanie w bańkach jest takie- my możemy pisać paskudztwa na innych, ale inni niech się nie ważą krytykować (opisywać) nas, bo damy tak popalić, że pół blogosfery zaczadzimy dymem. Poparte jest to sakramentalnym zdaniem, jakie często czyta się na blogach- to mój blog i mogę sobie pisać tu co chcę- bańkowa wersja obrończyń gospodarza brzmi zadzierzyście tak: „To Twój blog i masz prawo pisać to, co chcesz (i innym wara od tego)". A aferka, sensacyjka to drugie imię bańkowego społeczeństwa, bo bańka może je rozkręcać, ale inni już nie.



 
Muzyka: Stan Borys, "Wiatr od Klimczoka" 

zdjęcia- zasoby własne

sobota, lutego 14, 2026

piątek, lutego 06, 2026

Śląska Katanga czyli o tym, co zatajano o życiu na Śląsku.

 

Od dłuższego czasu nie oglądam seriali i raczej mnie do ich oglądania nie ciągnie. Jednak ten obejrzę. Temat serialu jest mi znany, czytałam o tych dzieciach w paru publikacjach. Jest to kolejna część porażającej historii Śląska, historii, którą chciano wymazać, którą przed resztą Polski skrzętnie ukrywano.

Ukrywali ją nie Ślązacy, a Polacy, którzy przyjechali na Śląsk po wojnie i się kokosili, spychając Ślązaków na margines.

To nie jest, mam nadzieję, spojler. Ten artykuł należy potraktować jako wstęp do trudnego tematycznie serialu.

„Kto nie zna Śląska, "Ołowiane dzieci" odbierze dosłownie, jak opowieść o ratowaniu dzieci przed ołowicą. Na Śląsku - jestem pewien - serial będzie ważnym świadectwem, jak nieuczciwie polskie władze traktowały ten region.

Leonid Breżniew, pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego w 1974 roku odwiedzał Górny Śląsk. W opowieść o tym, jak doniosła dla naszego kraju była ta wizyta, zaprzęgnięto wtedy cały aparat propagandy. Wszystko miało być dopięte na ostatni guzik, czuwał nad tym sam Edward Gierek, który rządził Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą.


 

Prasa, radio i telewizja drobiazgowo relacjonowały przebieg wizyty. Breżniew odwiedził Hutę Katowice w Dąbrowie Górniczej, a w Czeladzi kopalnie "Czerwona Gwardia" i "Milowice-Czeladź", gdzie gensek usłyszał prośbę o "przekazanie jak najserdeczniejszych życzeń górnikom radzieckim". Potem był przejazd przez Siemianowice Śląskie do Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, gdzie spędzono ponad 15 tys. harcerek i harcerzy.

Tłumy obstawiły ulice, którymi podążała kolumna z Breżniewem. Z Chorzowa do Bytomia. Tam, na Placu Tadeusza Kościuszki, cztery ładne dziewczyny "spontanicznie" podbiegły do samochodu i wręczyły radzieckiemu przywódcy bukiety kwiatów, a tłum równie "spontanicznie" wzniósł okrzyk "niech żyje i zwycięża pokojowa polityka Związku Radzieckiego i państw wspólnoty socjalistycznej".

Dzieci zbadamy po cichu

Szopienice Breżniew ominął. W tej katowickiej dzielnicy toczy się inna historia. Młoda lekarka Jolanta Wadowska-Król od niedawna pracuje w miejscowej przychodni. Od dłuższego czasu próbuje leczyć małego chłopca, który mieszka z rodzicami w pobliżu huty. Objawy wskazują na anemię, ale stan zdrowia dziecka się nie poprawia. Lekarka wysyła go do szpitali, najpierw w Janowie, potem do Kliniki Pediatrii w Zabrzu. Profesor Bożena Hager-Małecka, która prowadzi klinikę, zleca szczegółowe badania krwi małego pacjenta. Wyniki są jednoznaczne – dziecko ma ołowicę. Hager-Małecka jest konsultantką w dziedzinie pediatrii w czterech województwach, prosi Wadowską-Król, żeby przebadała wszystkie dzieci, które mieszkają w pobliżu huty Szopienice. Tylko po cichu!

W świecie, w którym rządzi klasa robotnicza, państwo musi przynajmniej zachowywać pozory, że troszczy się o pracowników wielkich zakładów przemysłowych. Dzieci robotników nie mogą zapadać na choroby zawodowe! Gdyby ktoś się dowiedział, że umierają z powodu działań wielkiej huty w Szopienicach, byłby skandal. I co by na to powiedział towarzysz Breżniew!? Taka informacja to wizerunkowa katastrofa.

Tak zaczynają się "Ołowiane dzieci", nowy serial Netfliksa. Zbudowany na konflikcie interesów, który polega na tym, że władza robi wszystko, by nikt nie dowiedział się o ołowicy, na którą chorują dzieci hutników, a Wadowska-Król robi co może, żeby wszystkich o tym poinformować, a przede wszystkim sprawić, żeby dzieci już nie umierały.

Żeby tylko dzieciom nie "poszło na gowa"

Działacze partyjni żyją w lepszym świecie. Zajmują się nowoczesnymi Katowicami, budują dobrze zaprojektowane osiedla Tysiąclecia, "gwiazdy", halę Spodka czy Koszutkę. Wadowska-Król ogląda stare, brudne, zagrzybione domy z czerwonej cegły, bez łazienek, z ubikacjami na podwórkach. Widzi dzieci bawiące się na placach, wdychające pył, który unosi się z pozbawionej zieleni ziemi. Cierpi, gdy dowiaduje się, że wszyscy tam jedzą warzywa z przydomowych ogródków. Słucha opowieści, np. żółtej mazi, która nocą, gdy huta wypuszcza dym z kominów, pokrywa osiedle.

Huta Szopienice lata 40 XX wieku.
 

Ludzie chętnie dzielą się z nią historiami o zwierzętach, np. ktoś kupił szczeniaka, a po kilku tygodniach pies zaczął tłuc łbem o podłogę. Weterynarz nic nie mógł zrobić. A kanarki? Żyją najdłużej dwa-trzy dni. Nie ma tu wałęsających się psów ani kotów, tylko szczurów pełno. Mniej są wylewni, gdy chodzi o dzieci. Matki martwią się, żeby tylko ich potomstwu "nie poszło na gowa".

Bo w Szopienicach mnóstwo dzieci choruje. Można przeboleć, że mają zepsute zęby czy koślawe nogi, ale jak choroba "idzie na gowa", to jest nieszczęście. Wiele dzieci spod huty i tak ma obniżony iloraz inteligencji, szkołę specjalną w dzielnicy trzeba było otworzyć jeszcze przed wojną. W "Ołowianych dzieciach" przepaść między tymi dwoma światami podkreślają zdjęcia. Jasne, czyste, pełne energii centrum miasta, a przed hutą brudne osiedle w kolorach ochry jak z „Germinala" Zoli.

Huta jest nieludzką maszyną, Mordorem, który sięga domów, żeby za chwilę je pożreć. Ludzie żyją tu codziennym, stałym rytmem, bez nadziei na zmianę losu, pogodzeni z nim. Każdy, kto chce zburzyć ten ustalony porządek, jest traktowany jak intruz.

Huta była, jest i będzie

Wadowska-Król musi się zmierzyć z powszechnym na hutniczym osiedlu myśleniem, że dziecko można stracić, tak się bowiem zdarza, ale świata bez huty wyobrazić sobie nie sposób. Ona była, jest i będzie. To ich dobrodziejka, która karmi, daje dach nad głową. Centrum ich wszechświata. Lekarka wkłada wiele wysiłku, by przekonać mieszkańców osiedla, że nie mogą ufać hucie. Nie wie, że aby wygrać tę bitwę, hutnicy muszą stoczyć walkę sami ze sobą. Te zmagania są bardzo wartościową i przejmującą częścią serialu.


 

Niektórzy nazywają Wadowską-Król "Matką Boską Szopienicką", ja wolę określenie „śląska Erin Brockovich". Reżyser Maciej Pieprzyca obsadził w tej roli Joannę Kulig, która budując postać, mogła z powodzeniem skopiować Julię Roberts, i nikt nie miałby do niej o to pretensji. A jednak "śląska Brockovich" Joanny Kulig jest inna – mniej przebojowa, bardziej ostrożna, poukładana życiowo. Kalkuluje, bo wie, że za swoje działania konsekwencje dotkną nie tylko ją, ale i jej rodzinę. Może dlatego wydaje się mniej odważna, choć potem okaże się, że to tylko wrażenie.

Obie bohaterki działają w innych czasach i realiach. Brockovich bezpardonowo walczy z koncernem, który zatruwa wodę. Wadowska-Król musi działać inaczej, bo staje przeciwko państwu z całym jego aparatem przemocy.

Na szczęście w tej walce ma sojuszników. Po hutniczym osiedlu jej przewodniczką jest pielęgniarka Wiesława Wilczek (w tej roli Kinga Preis), wspiera ją także prof. Hager-Małecka. Szkoda, że w serialu została zastąpiona fikcyjną postacią profesor Krystyną Berger (w tej roli świetna Agata Kulesza), a przecież jej nazwisko powinno tu wybrzmieć!

W serialu (podobnie jak w rzeczywistości) największym sojusznikiem lekarki jest jednak gen. Jerzy Ziętek (Marian Dziędziel), na Śląsku zwany Jorgiem. Znali się dobrze z mężem prof. Hager-Małeckiej jeszcze z III Powstania Śląskiego.

Fantastycznie w "Ołowianych dzieciach" została pokazana relacja między starym Jorgiem, a Zdzisławem Grudniem, sekretarzem wojewódzkim PZPR w Katowicach, nazywanym "Cysorzem" (w tej roli Zbigniew Zamachowski). Grudzień był próżny, miał kompleksy, był chorobliwie zazdrosny o pozycję gen. Ziętka. Nienawidził go. Ziętek nie był mu dłużny.


 

"Cysorz" nie był zbyt lotny, ale ten brak nadrabiał sprytem. Podejrzliwy, zadufany, od nikogo nie przyjmował rad, chętnie za to słuchał plotek o współpracownikach, a szczególnie o konkurentach. Doskonałe są sceny w "Ołowianych dzieciach", gdy obydwaj władcy Śląska podglądają się zza firanek swoich gabinetów, a "Cysorz" mierzy ze strzelby w okna konkurenta.

Nareszcie kobieta jest bohaterką śląskiej opowieści

Świetnie poprowadzony jest także wątek innej relacji – między Hubertem Niedzielą, oficerem Służby Bezpieczeństwa (świetna rola Michała Żurawskiego), a Wadowską-Król. Ubek jest zaufanym Grudnia, podlega mu bezpośrednio. Ma za wszelką cenę uciszyć lekarkę. Niedziela próbuje wszystkiego, by omotać Wadowską-Król. Próbuje ją przekupić, zauroczyć, w końcu zastraszyć. Dociera do jej przyjaciół i współpracowników, szantażuje ich i robi z nich donosicieli, wie wszystko. SB nie zawsze musiała stosować drastyczne środki, żeby kontrolować niepokornych. Czasami wystarczył lekki nacisk. Obietnica awansu, korzyści materialnych, lepsze stanowisko też potrafią czynić cuda. Koniunkturalizm i wtedy, i dzisiaj miewa się doskonale.

Wielką wartością serialu jest wiarygodne przedstawienie realiów życia w PRL-u. Objawia się to w kostiumach, kolorach, wystroju mieszkań, muzyce, widokach ulic, a nawet w oparach tytoniowego dymu, którym tamta Polska była przesiąknięta.

Mieszkańcowi Śląska dobrze ogląda się "Ołowiane dzieci", bo od razu rozpozna miejsca, w których toczy się akcja. Poczucia swojskości dodaje także obecność katowickich aktorów, m.in. Grażyny Bułki, Grzegorza Przybyła czy Roberta Talarczyka.

I cieszy, że bohaterką tej historii jest kobieta. To ważne, bo do tej pory śląska historia była opowiadana głównie przez mężczyzn i niemal wyłącznie z ich perspektywy.

Kto nie zna Śląska, odbierze serial dosłownie - jak opowieść o ratowaniu dzieci przed ołowicą. Na Śląsku – jestem pewien – zostanie odebrany inaczej, nie tylko z powodów sentymentalnych. Dla wielu Ślązaków będzie świadectwem, z jakim wyrachowaniem i jak brutalnie polskie władze traktowały Górny Śląsk.

Cena życia w Katandze

Katanga – tak się w Polsce mówiło o tej ziemi. Jak o obfitującej w bogactwa naturalne prowincji Konga. Komuniści wiedzieli, jakim skarbem dysponują. Związek Radziecki żądał coraz większej produkcji. Żeby ją zapewnić, Gierek musiał sobie kupić spokój. Rozszerzył karty górnika i hutnika. To ogromne przywileje: wcześniejsze emerytury, dłuższe urlopy, możliwość kupienia towarów niedostępnych na rynku w specjalnych sklepach za żółtymi firankami. Gierek pilnował, żeby sklepy na Śląsku, zwłaszcza mięsne, były lepiej zaopatrzone niż w reszcie kraju. Mieszkanie – niemal od ręki. Zwabieni przywilejami przyjeżdżały na Śląsk werbusy, zasilały załogi kopalń i hut. Władze zacierały ręce, bo rosło wydobycie węgla i produkcja stali. Zakłady pracy za wykonanie planów rozdawały talony na kolorowe telewizory, pralki, zagraniczne wczasy, meble i samochody.

Konsumpcja, ale i trujące wyziewy z niemodernizowanych od lat, jeszcze poniemieckich hut. A na dole albo przy wielkich piecach jak w obozach pracy. W kopalniach system czterobrygadowy, robota w świątek-piątek. Ministerstwo żądało wyników, opieprzało tych ze zjednoczenia, a ci ze zjednoczenia ochrzaniali dyrektorów kopalń. Dyrektorzy wyżywali się na dozorze, a dozór na górnikach. Krzyki, chamstwo, upodlenie.

Polska o tym nie wiedziała, Polska zazdrościła. Na węglarkach, które wracały puste znad morza na Śląsk, napisy: "Masz zabić świniaka, lepiej zabij Ślązaka". Pogarda to niewielka cena życia w Katandze.

Kto słyszał o Jolancie Wadowskiej-Król?

Na Śląsku trwa właśnie dyskusja, czy TVP powinna wznawiać popularny w latach 90. serial "Święta wojna". Głównym bohaterem był Bercik – górnik, który stracił pracę w zlikwidowanej kopalni. Naiwny, a nawet głupkowaty, żyje wymyślaniem kolejnych "biznesów", które nie kończą się dobrze. Dla jednych serial to "tylko komedia", której nie warto brać na poważnie. Dla innych utrwalanie szkodliwego stereotypu. Dlatego cieszę się, że Netflix po "Wielkiej wodzie" i "Heweliuszu" daje nam "Ołowiane dzieci" – wielką i wzruszającą opowieść o malutkim wycinku śląskich losów.

Tych dwóch seriali nawet nie wypada porównywać. Kto obejrzy, przekona się, że Śląsk to nie tylko krupnioki, orkiestry dęte, kiepskie szlagry i nieogarnięci górnicy. To ważny i niezwykle ciekawy region jak każde pogranicze. Naznaczony historią niemiecką, polską, czeską i żydowską, pokaleczony, cierpiący na zerwaną pamięć, którą z mozołem odtwarza. Opowieść, którą zobaczymy w "Ołowianych dzieciach", jest smutna i niełatwa, ale pouczająca, bo pokazuje prawdziwy fragment życia w regionie przez resztę kraju uznawanym za niesprawiedliwie uprzywilejowany.  

Jednego żałuję - że serialu nie zobaczy Jolanta Wadowska-Król. Za swoje uczynki zapłaciła karierą naukową – nigdy nie obroniła pracy doktorskiej. Po latach w wolnej Polsce Uniwersytet Śląski uhonorował ją doktoratem honoris causa, od Śląskiego Uniwersytetu Medycznego dostała medal. Została honorową obywatelką Katowic, powstały o niej reportaże, książki, słuchowiska radiowe i przedstawienie teatralne. Jest bohaterką muralu w katowickim Załężu. A mimo to nawet na Śląsku wciąż nie jest powszechnie znana. Kto o niej słyszał w Polsce?

No to teraz usłyszy o niej cały świat.


 

"Ołowiane dzieci", reżyseria Maciej Pieprzyca, scenariusz Jakub Korolczuk, zdjęcia Witold Płóciennik. W rolach głównych: Joanna Kulig, Agata Kulesza, Kinga Preis, Marian Dziędziel, Michał Żurawski, Zbigniew Zamachowski, Grzegorz Przybył, Sebastian Pawlak, Robert Talarczyk. Premiera 11 lutego, Netflix.”


https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35063,32575616,slask-znalazl-bohaterke-ktora-moze-pochwalic-sie-swiatu-olowiane.html?_gl=1*1iytpu2*_gcl_au*MTgwOTgxMzc1MC4xNzY5ODQ1NzgyLjIwMTEzODU5MTAuMTc3MDE5MzY5Mi4xNzcwMTkzNjkx*_ga*MTUyMzIwMDg4My4xNzY5ODQ1Nzgy*_ga_6R71ZMJ3KN*czE3NzAyMTcyMzEkbzMkZzEkdDE3NzAyMTc0MjgkajU5JGwwJGgw#s=S.TD-K.C-B.6-L.1.duzy


Zdjęcia z artykułu

czwartek, stycznia 29, 2026

Dzisiaj tylko to

 


Przez zimowy mróz i lód
W dół Nicollet Avenue
Miasto w płomieniach walczyło z ogniem i lodem
Pod butami okupanta
Prywatna armia króla Trumpa z DHS
Karabiny przypięte do płaszczy
Przybyli do Minneapolis, by egzekwować prawo
A przynajmniej tak głosi ich historia
Przeciwko dymowi i gumowym kulom
O świcie
Obywatele walczyli o sprawiedliwość
Ich głosy dźwięczne w nocy
I były krwawe ślady
Tam, gdzie powinna być litość
I dwie martwe osoby pozostawione na śmierć na zasypanych śniegiem ulicach
Alex Pretti i Renee Good
O, nasz Minneapolis, słyszę twój głos
Śpiewający przez krwawą mgłę
Będziemy bronić tej ziemi
I obcego pośród nas
Tu, w naszym domu, zabijali i włóczyli się
Zimą 1926 roku
Będziemy pamiętać imiona tych, którzy zginęli
Na ulicach Minneapolis
Federalni bandyci Trumpa pobili go
Jego twarz i klatkę piersiową
Potem usłyszeliśmy strzały
A Alex Pretti leżał martwy na śniegu
Oświadczyli, że działali w samoobronie, proszę pana
Tylko nie wierzcie własnym oczom
To nasza krew i kości
I te gwizdki i telefony
Przeciwko brudnym kłamstwom Millera i Noem

Och, nasz Minneapolis, słyszę twój głos
Płaczący przez krwawą mgłę
Będziemy pamiętać imiona tych, którzy zginęli
Na ulicach Minneapolis
eraz mówią, że są tu, by stać na straży prawa
Ale depczą nasze prawa
Jeśli twoja skóra jest czarna lub brązowa, przyjacielu
Mogą cię przesłuchać lub deportować na miejscu

W okrzykach „ICE, precz!”
Serce i dusza naszego miasta trwają
Przez potłuczone szkło i krwawe łzy
Na ulicach Minneapolis
O, nasz Minneapolis, słyszę twój głos
Śpiewający przez krwawą mgłę
Tu, w naszym domu, zabijali i włóczyli się
Zimą 26 roku
Staniemy w obronie tej ziemi
I obcego pośród nas
Będziemy pamiętać imiona tych, którzy zginęli
Na ulicach Minneapolis
Będziemy pamiętać imiona tych, którzy zginęli
Na ulicach Minneapolis


sobota, stycznia 10, 2026

I zrozpaczony, wraz ze swoim krzyżem, zwiał za obudowę.

 

W szkole, w naszej wsi, w której pracowałam przez 16 lat od początku lat 90. ubiegłego wieku, też powieszono krzyże zaraz po podpisaniu Konkordatu. Wszędzie, gdzie się dało- od sal lekcyjnych począwszy, na kamerliku dla pań sprzątaczek i kuchni skończywszy. Rodzice? Jedni byli za, inni przeciw, ale jakiegoś wielkiego protestu nie było. Od początku krzyż wisiał w sali, która była przydzielona mojej klasie. Była to pracownia z obudowaną ścianą, na której tablice były przesuwane. Na szczęście, kiedy pisałam na tablicy, obudowa zasłoniła mi widok ukrzyżowanego faceta. I tak sobie pracowaliśmy w tej klasie przez parę lat, do momentu, kiedy jakieś dziecko zauważyło, że krzyża nie ma nad tablicą. Ja sama braku nie zauważyłam, choć powinnam, bo mimo wszystko, miałam co innego do roboty w klasie, niż monitorować codziennie, czy krzyż wisi. Oczywiście, OCZYWIŚCIE, od razu podejrzenie padło na mnie, czyli tę ateistkę, która nie wierzy i pewnie krzyż jej przeszkadzał. Owszem nie jestem wierzącą, owszem, krzyże w salach w pewnym sensie mnie raziły, bo nie jest przyjemnie patrzeć na półnagiego męczennika ukrzyżowanego, który wisi nad tablicą, a ty na tej tablicy musisz często pisać, niefajnie jest stać z tyłu sali i ciągle mieć ukrzyżowanego przed oczami, niefajnie jest, kiedy dzieciaki, widząc codziennie tego ukrzyżowanego, obojętnieją na przekaz, na symbol i walą mokrą gąbką w tego faceta. Zwracałam im uwagę, że tak nie można, że to symbol, chyba lepiej niż niejeden katecheta- skoro już ten krzyż wisiał, to moim zadaniem było go jednak chronić.

No więc krzyża na ścianie nie było i gwoździa, na którym wisiał, również. Zaczęło się dochodzenie, co też mogło się z tym krzyżem stać. Nawet zebranie rodzicielskie było, w tej sprawie, z rodzicami mojej klasy. Jakoś nie przyszło nikomu do głowy, że nie tylko moja klasa w tej sali się uczyła i ktoś inny mógł się „zabawić w zdejmowanie krzyża”. No nie przyszło, bo w tej szkole tylko ja jedna byłam niewierząca i według innych, tylko ja miałam interes w zdjęciu tego krzyża. Na szczęście któryś przytomny rodzic wszedł na drabinę, obejrzał dziurę po gwoździu i stwierdził, że krzyż pewnie spadł za obudowę tablic. I miał rację, podczas remontu odsunięto obudowę i znaleziono nadłamany krzyż. Pewnie któryś z uczniów tak mocno trzepnął gąbką w „umiłowanego”, że ten z rozpaczy, wraz ze swoim, nomen omen, krzyżem, postanowił zwiać za obudowę.

Jednak tu jest wioska ekumeniczna i jedna, i druga „wiara”, pilnują się mocno, by się religijnie nie wygłupić.

Jestem zbulwersowana nagonką na nauczycielkę, o której już cała Polska wie, ale z powodu tego, że jestem niewierząca, doznałam sporo szykan ze strony wierzących, dlatego nic mnie już nie zdziwi „w temacie- my biedni katolicy jesteśmy prześladowani, dlatego musimy robić pikiety, nagonki, zaszczuwać innych- to jest nasza misja”.

Podczas mojego długiego życia zostałam: kocią wiarą, świnią co to „przeszła koło broga (kapliczki) nie żegnała pana boga” (miałam 10 lat); zostałam wyrzucona z salki katechetycznej (miałam 8 lat) przez heksę w habicie, bo nie będzie taka tutaj kalała świętego miejsca (koleżanka zaprosiła mnie na religię); w przedszkolu byłam systematycznie wywalana do wygódki przybudowanej do ściany budynku, zimnej, ciemnej, śmierdzącej z drewnianą deską klozetową tylko dlatego, że nie chciałam jeść- inne dzieci za to przewinienie stały w ciepłej sali, w kącie (siostry zakonne wiedziały kim są moi rodzice- dziecko płaciło za ich brak chodzenia do kościoła); kiedy zmarł mój przyjaciel (miałam 12 lat), nie pozwolono mi iść za trumną, wywalono mnie na koniec orszaku (wzięto za rękę i zaprowadzono na tyły), bo przecież nie może taka wejść do kościoła za trumną, co mi dobitnie oznajmiono, puszczając moją rękę; już tutaj we wsi, w szkole, ksiądz powiedział uczniom, że niewierzący śmierdzą- wszyscy wiedzieli, że chodzi o mnie (kazałam się dzieciom obwąchać, a że zawsze używałam perfum, żadne się nie skrzywiło- dzieci są szczere, gdybym im śmierdziała, to złapałyby się za nosy- upadła teza księżunia- wredy); ta heca z krzyżem na dobitkę. No i tak... pewnie drobnych szykan było więcej, ale ja je po prostu wzięłam za normę i przestałam na to zwracać uwagę. Bardziej przeżywałam je jako dziecko, które nie rozumiało, dlaczego spotyka je taka niesprawiedliwość. Rodzice mieli na to wydmuchane- matka nas hartowała, „przygotowywała do życia”, ale z przedszkola, które prowadziły katolickie mendy (tak, nie waham się tych sadystek tak nazwać), po moich skargach, wypisała mnie.

Jakoś kompletnie się katolikom rozjechało- wiara a posłuszeństwo wobec sekciarzy katolickich. Już nie wspomnę o przykazaniu „Nie będziesz miał nade mną....”, bo katolicy mają już tak pomieszane w głowach od tych „kazań”, „przykazań”, nakazów, zakazów, jedynie słusznej drogi postępowania, dogmatów itp. sączonych przez klechy, że stracili rozsądek nawet wobec swojej religii i wiary.

Nauczycielce bardzo współczuję. Nie jej sposób uczenia, nie jej wiedza, nie jej stosunek do uczniów, rodziców czy innych nauczycieli był naganny. Nie sprawy, które w szkole naprawdę są ważne. Jakiś gadżet- zabawka zaważył na jej karierze, jakieś przesądy, zacietrzewienie, fanatyzm. Ma wsparcie w rodzicach, innych nauczycielach (czytałam z nią wywiad https://www.facebook.com/protestzwykrzyknikiem), ale do końca życia będzie to w niej siedziało- poczucie, że ktoś ją niesprawiedliwie skrzywdził i to w miejscu, które lubiła, w którym pracowała „całą sobą”.

Teraz czytam, że nie lubiły się z katechetką i że to ta druga nagrała sprawę, czyli jakaś „prowokacja” z tym krzyżem była. Dla mnie nieważne, kto to nagrał (a tak się dziwnie składa, że wielu katechetów, to ludzie roszczeniowi, wyobrażający sobie, że ich przedmiot i oni sami są najważniejsi w szkole- piszę o własnych z nimi doświadczeniach i wieściach z okolicznych szkół), dla mnie jest paskudne to, że ucierpi człowiek, nauczycielka, która nie miała zamiaru czegokolwiek sprofanować.

A brać nauczycielska po raz kolejny straciła poczucie bezpieczeństwa, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś czegoś w rodzaju tego religijnego wyskoku, nie „wysmaruje” nauczycielowi, podczas wykonywania pracy w szkole.


PS. Przeczytałam wywiady z tą nauczycielką, parę artykułów i wpisów  o zajściu, i na tej podstawie wypracowałam sobie zdanie. Teraz mam nadzieję, że ktoś panią przeprosi. A gdybym mogła jej coś poradzić, to powiedziałabym- wiej z tej szkoły, bo już nic dobrego cię tu nie spotka. Zawsze będzie nad tobą wisiało to zajście i łata tej, co walczy z krzyżami. 


piątek, grudnia 26, 2025

A tymczasem rozważania poświąteczne o wyzwalaniu się spod presji tradycji oraz szantażu emocjonalnego.

 

Ciepło- miło- niebo- raj- myślała małpa siedząc w kąpieli, a ja, jak ta małpa (nie bronię się przed tym określeniem- jest stosunkowo łagodne w porównaniu do tych, jakimi mnie złośliwie obrzucano, a w dodatku jestem chińską zodiakalną małpą), delektuję się spokojem tych dni. Jest miło, jest ciepło, jest niebo, jest raj. Miałam szyć, nie ruszyłam, na razie, maszyny, miałam tkać- coś tam potkałam, ale palec wskazujący mam uszkodzony, zawinięty plastrem i ciężko nim podbierać osnowę. Tak więc dywanik w paseczki dalej się ślimaczy, robota przy nim utyka co i rusz.

Wczoraj bardzo leniwie, na ogromnym luzie, coś tam czytałam, coś jednak tkałam, przesłuchiwałam YT itp. No i żadnego przejedzenia się, a wręcz odwrotnie mam lekki niedosyt- „coś by się przekąsiło”, ale to jest dobre uczucie. Wszystko przygotowałam w normie- trochę rolmopsów, po dwie rolady nieduże, miskę (średnią) sałatki jarzynowej i po dwa kawałki ryby. Jeszcze po dwa kawałki sernika i trochę ciasteczek, które Młoda upiekła. I to wszystko- żadnym pierogów, uszek, barszczyku, multum rodzajów ryb, tudzież sałatek oraz ciężkostrawnych ciast świątecznych. I to mi się podoba. Moja wątroba, mój żołądek, mój kręgosłup oraz moje kolana dziękują mi serdecznie, że ich nie obciążyłam, powodowana naciskami i fanaberiami w kwestii kuchni świątecznej.


A swoją drogą, teraz, kiedy już nic nie muszę, zastanawiam się, po cholerę te sterty jedzenia? Przy czym każdy, kto zasiada do mocno zastawionego stołu, zdaje sobie sprawę z tego, że zbyt dużo, zbyt tłusto, zbyt ciężko, że mogło być o połowę mniej. I zażera się prawie do nieprzytomności, cichcem podjada sylimarol, by napychać się nadal. I wciskanie gościom „na drogę” tego, co zostało na stole, bo mogłoby się po dwóch dniach zepsuć. Fajnie- zwyczaj obdarowywanie jest nie do przecenienia, ale obdarowywanie „resztkami” (specjalnie piszę w cudzysłowie, bo jest to jednak porządne jedzenie) ze świątecznego stołu odbywa się często z naciskiem- weź, bo co ja z tym zrobię, weź, bo w domu nie macie itp. To po grzyba tyle szykować?

 




To jest moje podejście do świąt, ale rozumiem, że mnóstwo ludzi lubi święta tradycyjne, z przejadaniem się i unieruchomieniem, na długi czas, za świątecznym stołem, z gadkami szmatkami, nawet głupimi uwagami cioć, czy babci albo teściów i lekko agresywnym, po kielichu, wujkiem. Wszystko to rozumiem, kiedyś też taki „sport” uprawiałam. Nie rozumiem tylko, że jak ktoś nie robi tradycyjnych świąt, to sporo dyszy, w ich kierunku, świętym oburzeniem- Jak to? Czemu tak? No wiesz....

Ale.... jest też sporo ludzi, którzy, jak my z Jaskółem, odeszli od tradycji świątecznej i dobrze z tym jest nam wszystkim. A mam takie podświadome przekonanie, że ci „tradycyjni” nierzadko marzą, aby zerwać z tym żarciem spędami, naciskami, sprzątaniem, strojeniem, by na końcu jeszcze zaliczyć awanturę przy stole wigilijnym. A jak sobie przypomnę to rodzinne przemieszczanie się- święta u mamy, nie u teściów, nie- chyba u siostry w tym roku... pakowanie prezentów, walizek, żarcia dodatkowego- no bo w tym roku ja robię sałatkę i piekę makowca... a u nas do tego całego bagażu dochodził jeszcze pies, to....

Każdego roku trwa w najlepsze rodzinny około świąteczny szantaż emocjonalny. Ciężko zaprotestować, ciężko odmówić, ale jak się nie potrafi, to potem się kursuje, gotuje, sprząta i et cetera, et cetera, dookoła świąt Wojtek.

Od miesiąca czytam, w ramach wglądu w rzeczywistość, różne opowiadania o tym, jak ludzie podchodzą do świąt, jak próbują je zorganizować i jakie tworzą się w związku z tym  problemy. Są to problemy wynikające z różnic w obchodzeniu świąt, problemy pokoleniowe, problemy rodzin patchworkowych. I zawsze podstawą tych problemów są różne oczekiwania jednych członków rodziny wobec innych. I najczęściej te oczekiwania zderzają się ze sobą, albo są do siebie nieprzystające. A to młodzi chcą sami organizować święta bez rodziny, albo chcą wyjechać w ciepłe kraje na czas świąt, czego rodzice lub teściowie nie rozumieją. A to matka- wdowa już nie chce całej rodziny na święta, czego nie akceptują jej dzieci z rodzinami. A to młodzi chcą w ciepłe kraje zabrać samotnego ojca, ale on nie chce nigdzie jechać- zostawić go samego też nie chcą. A to jedna siostra organizuje święta przez wiele lat dla czwórki rodzeństwa z rodzinami i kiedy oznajmia, że już świąt nie będzie robić, reszta jest oburzona i prawie wyklina ją z rodziny. A to teściowa przy stole wigilijnym ciągle krytykuje synową i ta już w kolejne święta nie chce tam iść, a teście do nich też nie przyjdą. Można tak mnożyć przykłady.

I to wszystko ma być w kontekście radosnych Świąt B.N.

Aż chce się postawić pytanie- Ludzie, po co wam kolejne takie święta, po co sami sobie stwarzacie takie problemy, dlaczego dajecie sobą manipulować i nie potraficie postawić stanowczo na swoim? Nie każde emocje są pozytywne, nie każde okazane zrozumienie, jest właściwie odebrane, nie każdy dobry gest spotka się z wdzięcznością. Sami sobie fundujecie stresy przedświąteczne i świąteczne. A czasem po prostu wystarczy powiedzieć- sorry, moje, życie, to ja decyduję. Obrazi się? To się obrazi. Będzie się żalić? No to będzie. Będzie obgadywać? Pewnie nie pierwszy raz. Zależy wam na kimś, kto tak reaguje?

Pomijam tu kwestie opieki, to odrębny temat.

To nie jest tekst z żalu za „utraconym rajem” świątecznym. To nie jest tekst dający powód do głupiej gadki „Żal jej, nie może mieć, to odwraca kota ogonem do przodu”.

To jest tekst na pochwałę umiejętności oderwania się od tego świątecznego cyrku, na pochwałę, w pewnym sensie, asertywności, nie poddawaniu się szantażom. I myśmy te umiejętność opanowali i dlatego mamy święty spokój.

 


To jest tekst zachęcający do działania na rzecz spędzania świątecznego czasu w taki sposób, w jaki się chce. Naprawdę można i naprawdę nie ma sensu poddawać się presji rodzinnej, bo w ogólnym rozrachunku i tak ten, który najwięcej się nabiega i napracuje, zostanie z niesmakiem i zmęczeniem, choćby impreza się udała. Coraz mniej wierzę w zapewnienia, że tak, o tak, te święta były udane, o tak... A to zmęczenie w oczach, ten zgaszony głos, a te gorzkie słowa przemycone w tekście o „fajnych świętach”?

Wszystko, co napisałam, jest oparte na moich doświadczeniach. Przez prawie 50 lat ganiałam, z wywieszonym jęzorem, przed świętami, w trakcie świąt i po świętach. W końcu powiedziałam „dość”. Jaskół przyklasnął i mamy teraz „ciepło- miło- niebo- raj”, bez poczucia straty czegoś „cennego” w kwestii świąt BN. 

 





poniedziałek, listopada 24, 2025

Tragedia Górnośląska- Polak Ślązkowi zgotował taki los.

 

Obóz "Zgoda". ( zdjęcie z Gazety Wyborczej)

Przedstawiciele Ruchu Autonomii Śląska byli obecni 19 listopada podczas obchodów upamiętniających zamordowanych, zamęczonych Ślązaków (i nie tylko ich), w obozie „Zgoda”, w Świętochłowicach.
Kilka słów o samym obozie.
Tragedia Górnośląska, rok 1945, zakończenie okrutnej nieludzkiej drugiej wojny światowej, radość, jednak nie dla wszystkich.
Mieszkańcy Śląska mieli się dopiero przekonać, co znaczy odpowiedzialność zbiorowa. W jeszcze do niedawna niemieckich obozach koncentracyjnych pojawili się nowi zarządzający. Według katowickiego IPN na terenie Śląska po zakończeniu wojny funkcjonowało co najmniej 200 obozów administrowanych przez polskie władze. Oprawcy w obozach posługiwali się językiem polskim, nosili na ramieniu biało-czerwone opaski. Polski rząd na emigracji też nie wyrażał sprzeciwu wobec prześladowań na terenie Śląska. Realizowana z rozmachem wizja jednolitej narodowo Polski była realizowana nie tylko na Śląsku. Wyniszczano także inne mniejszości narodowe: Łemków, Mazurów, Kaszubów. Na Górnym Śląsku akcja ta nie była prosta, ponieważ przemysł potrzebował rąk do pracy i fachowców, którzy mogliby pracować w hutach i kopalniach.
Ilość obozów poraża. Wymienionych powyżej 200 to bardzo ostrożna liczba, mówi się, że obozów mogło być około 500! Jak można było się znaleźć w takim obozie? Na przykład poprzez donos sąsiada, któremu podobało się nasze mieszkanie. Albo było się właścicielem kamienicy lub jakiegoś zakładu, który wpadł w oko napływającym na bogaty Górny Śląsk Polakom. Wtedy robiło się donos, właściciel lądował w obozie, a jego rodzina w piwnicy budynku (przykład z Chorzowa, konkretnie z obecnej ulicy Truchana). Cały ten proceder regulował dokument z dnia 28 lutego 1945 roku, w którym można m.in. przeczytać: „Sąd grodzki orzeka postanowieniem, w którym w razie uwzględnienia wniosku [o rehabilitację], że wnioskodawca posiada pełnię praw obywatelskich i nakazuje zwolnienie jego majątku spod zajęcia, dozoru i zarządu, w razie zaś odrzucenia wniosku postanawia: umieszczenie wnioskodawcy na czas nieoznaczony w miejscu odosobnienia (obozie), poddanie go przymusowej pracy, utratę na zawsze praw publicznych oraz obywatelskich praw honorowych tudzież przepadek całego mienia. Sąd może ponadto postanowić przepadek mienia, żyjących z wnioskodawcą bliskich członków rodziny.”
Jak możemy przeczytać na stronach IPN, przy kierowaniu do obozu stosowano bowiem dosyć niejasne kryteria i jednym z powodów były z pewnością względy materialne, czyli chęć zagarnięcia majątku osoby osadzonej w obozie. Wiele osób zamknięto w obozie jedynie dlatego, że nie posiadały przy sobie dokumentów tożsamości. Obozem w świętochłowickiej Zgodzie kierował Salomon Morel -urodzony w 1919 w Grabowie – funkcjonariusz polskiego aparatu bezpieczeństwa. Morderca, sadysta, bestia w ludzkiej skórze. Zmuszał członków rodzin do wzajemnego katowania się, a nawet do kanibalizmu. Osobiście zatłukł kilkanaście osób nogą od krzesła. Dla zabawy kazał układać piramidy z ludzi, którzy kładli się jeden na drugim. Ci na samym dole umierali w męczarniach. Morel w 1964 roku obronił pracę magisterską pod tytułem „Praca więźniów i jej znaczenie”. Chwalił się współpracą z władzami klubu Ruch Chorzów, w Chorzowie mieszkał na przedłużonej ul. Wolności. W 1996 postawiono mu zarzut ludobójstwa. Zmarł w 2007 roku w Izraelu, którego władze odmówiły ekstradycji Morela do Polski. Do końca życia cieszył się polską wysoką emeryturą.
Obozem w Łambinowicach kierował Czesław Gęborski – urodzony 1924 w Dąbrowie Górniczej – funkcjonariusz polskiego aparatu bezpieczeństwa. Sprawował funkcje komendanta między majem 1945 a październikiem 1946 roku. Poddawał więźniów śmiertelnym torturom, pozwalał na wielokrotne gwałty, mordował kobiety w ciąży, bił na miazgę, zastrzelił dwuletnią dziewczynkę składającą kwiaty na grobie matki, odciął piłą nogę choremu nauczycielowi, pozwolił, aby strażnik przejechał ciężarówką po głowie osadzonego. A przede wszystkim podpalił barak i pod pretekstem tłumienia buntu osobiście zastrzelił 48 osób. Oskarżony o zbrodnie zmarł w trakcie procesu 2006 roku w wieku 82 lat. To tylko sylwetki dwóch oprawców, a było ich około 500, do tego cały personel obozowy. To przedstawia niewyobrażalną skalę prześladowań.
Należy Pamiętać!!!
Ludzie na całym świecie wiedzą o niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych. Jeżeli tylko ktoś nazwie je polskimi, podnoszą się głosy oburzenia. My Górnoślązacy/Ślązacy powinniśmy być oburzeni, kiedy zbrodnie na Górnym Śląsku przypisuje się „beznarodowym” komunistom”.


Kilka komentarzy uzupełniających wiedzę.

"Szymon Niejadlik wszystkie systemowe zbrodnie miały miejsce za zgodą i przyzwoleniem ówczesnej władzy i konkretnych ludzi którzy ją wówczas reprezentowali. Armia czerwona przekraczając rzekę Brynicę, niegdysiejszą granicę między zaborami pruskim i rosyjskim uznała, że jest na terenie wroga! Zapewne nik z nich nie miał świadomości, że Katowice przed wojną były miastem polskim i niezależni

Gabriela Staneke od narodowości i poglądów mieszkańcy w tym mój ojciec przed zbliżającą się wojną zostali powołani do wojska polskiego. Podobnie było na terenie całego Śląska. Decydujący był adres zamieszkania i obywatelem jakiego kraju było się w dniu powołania.

Szymon Niejadlik

to za zbrodnie na nich kto odpowiada? Jakim prawem używa się sformułowania "polskie obozy " skoro ich więźniami byli Ślązacy czyli Polacy. Były to komunistyczne obozy i tyle.

Gabriela Stanek

Szymon Niejadlik systemowo organizowane przez ówczesną władzę polską i konkretnych ludzi, którzy byli Polakami. Po zmianie "systemu" nikt nikogo nie planował pociągnąć do odpowiedzialności mimo, że prześladowania dot. ogromnej liczby osób Ślązaków, Mazurów i Kaszubów.


Agnieszka Hreczuk

Szymon Niejadlik Idac tym tropem, poniewaz przez pierwsze 6 lat wiezniami obozow niemieckich byli Niemcy, nie mozna ich nazywac niemieckimi. Byly to obozy nazistowskie.

Szymon Niejadlik

Agnieszka Hreczuk nazistowskie niemieckie obozy koncentracyjne.


Autor

Ruch Autonomii Śląska koło Chorzów

Szymon Niejadlik Więc analogicznie obóz na Zgodzie był polskim komunistycznym obozem.


Szymon Niejadlik

Ruch Autonomii Śląska koło Chorzów " komunistycznym na pewno. Zwłaszcza że kłamliwie pomijacie że przez tych parę miesięcy jego działalności rządy w Świętochłowicach trzymała Armia Czerwona.

Ale to nie pasuje do waszej antypolskiej narracji.


Ra Pa

Ruch Autonomii Śląska koło Chorzów Nie. Niemcy nazizm i hitlera wybrali sobie w DEMOKRATYCZNYCH wyborach i same społeczeństwo prezentowało nieludzką postawę. Polacy Armii Czerwonej nie zapraszali. Władza, która przyjechała na radzieckich czołgach była władzą okupacyjną i zbrodnie popełniane przez tych ludzi były przygotowane w politbiurach moskiewskich. W komuniźmie narodowość nie miała znaczenia z tytułu budowy nowego wyzwolonego człowieka. I powtórzę to co Szymon Niejadlik już tu napisał wcześniej - dobrze o tym wiecie tyko "nie pasuje to do waszej antypolskiej narracji."


Autor

Ruch Autonomii Śląska koło Chorzów

Ra Pa Jaki był stosunek rządu polskiego na uchodźstwie do wydarzeń znanych dzisiaj jako Tragedia Górnośląska. Skoro rządy po 45 były nielegalne dlaczego do dzisiaj obowiązuje dekret Bieruta o likwidacji autonomii. Dlaczego po 89' roku Morel nadal pobierał polską emeryturę? Nawet po ucieczce do Izraela? NSDAP na Śląsku wyborów nie wygrało.


Andreas Schnurpfeil

Polskie obozy koncentracyjne byly polskie i nie dacie ich rady zwalic, ani na Zydow, ani na Sowietow. Zatepca Morela Wroblewski byl Polakiem, identycznie cala kadra polskiego obozu koncentracyjnego w Lambinowinach komendant Geborski, zastepca Szypula i cala obozowa wierchuszka Furman, Zagablo, Pampuch to Polacy z Zaglebia Dabrowskiego. Nie zaslaniajcie sie tym, ze Polska byla wowczas niesuwerenna, bo Sowieci mieli w d... polskie czystki etniczne. Identycznie Niezalezne Panstwo Chorwackie bylo jeszcze bardziej zalezne od III Rzeszy, niz Polska od ZSRR, ale Chorwaci nie probuja sie wybielac i zrzucac swoich zbrodni na Niemcow. To nie Rosja, ani Izrael, tylko suwerenna III Rzeczpospolita Polska wyplacala zbrodniarzom oskarzonym o ludobojstwo Morelowi i Geborskiemu kombatackie emerytury. Wiezniowie, ktorym udalo sie te obozy opuscic, musieli podpisac deklarację wiernosci narodowi polskiemu, a nie zydowskiemu, ani sowieckiemu.”


Kris Krzysztof Matuszewski

Czy kidykolwiek w państwie polskim ktoś został skazany za te zbrodnie?


Ruch Autonomii Śląska koło Chorzów

Kris Krzysztof Matuszewski

- Nie.”


Pan wpisał błędną nazwę- chodzi o obóz w Łambinowicach na terenie Opolszczyzny.

W czasie II wojny był w nich hitlerowski obóz (potem założono obok tego, drugi obóz), a po wojnie:


„Obozy jenieckie zostały wyzwolone przez Armię Czerwoną w dniach 17 i 18 marca 1945 roku. Jeszcze w 1945 roku w ich sąsiedztwie powstał zarządzany przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego obóz, w którym przetrzymywano Ślązaków i Niemców oraz byłych członków SS. Do obozu trafiali także powracający do Polski żołnierze armii Andersa, którzy wstąpili do niej po dezercji z Wehrmachtu, do którego wcielono ich wcześniej w ramach volkslisty. Początkowo, zbudowany na terenie poligonu wojskowego, obóz MBP miał status obozu przejściowego, następnie został przekształcony w obóz pracy. Jednym z jego komendantów był Czesław Gęborski. W obozie zmarło i zginęło 1000–1500 Niemców i Górnoślązaków[14]. Pamięć zmarłych i zabitych upamiętnia Pomnik Pomordowanych Jeńców. Istnieje także Centralne Muzeum Jeńców Wojennych, prowadzące badania nad losem jeńców w stalagach oraz ofiar obozu”


O historii Śląska (całego Śląska) pojawią się tu jeszcze posty, bo zakłamanie na ten temat, w reszcie Polski (że nie napiszę- tam, w Polsce), jest ogromne.

Ktoś pisze o antypolskiej narracji Ślązaków. A jaką narrację prowadzą „prawdziwi” Polacy z Polski? Czy „opcja niemiecka” to nie jest antyśląska narracja? Czy nazywanie Ślązaków szwabami, vehrmachtowcami to nie antyśląska narracja? Prawda jest taka, że Ślązacy nie mają za co „kochać” Polski (zdewastowane tereny, eksterminacyjna powojenna polityka, blokowanie Ślązakom awansów, przywożenie władzy z „Warszawki” w teczkach, zakaz używania gwary w szkołach, GOP utrzymujący resztę Polski można jeszcze dużo wyliczać) i nadal są przez Polaków szykanowani.

Kiedy w końcu Polacy zrozumieją, że Ślązak nie jest Polakiem i Ślązak nie jest Niemcem, Ślązak jest Ślązakiem.

Jeszcze raz polecam lekturę „Kajś” Zbigniewa Rokity.

„Przez większość życia uważałem Ślązaków za jaskiniowców z kilofem i roladą. Swoją śląskość wypierałem. W podstawówce pani Chmiel grała nam na akordeonie Rotę, a ja nie miałem pojęcia, że ów plujący w twarz Niemiec z pieśni był moim przodkiem.

O swoich korzeniach wiedziałem mało. Nie wierzyłem, że na Śląsku przed wojną odbyła się jakakolwiek historia. Moi antenaci byli jakby z innej planety, nosili jakieś niemożliwe imiona: Urban, Reinhold, Lieselotte.

Później była ta nazistowska burdelmama, major z Kaukazu, pradziadek na „delegacjach” w Polsce we wrześniu 1939, nagrobek z zeskrobanym nazwiskiem przy kompoście. Coś pękało. Pojąłem, że za płotem wydarzyła się alternatywna historia, dzieje odwrócone na lewą stronę. Postanowiłem pokręcić się po okolicy, spróbować złożyć to w całość. I czego tam nie znalazłem: blisko milion ludzi deklarujących „nieistniejącą” narodowość, katastrofę ekologiczną nieznanych rozmiarów, opowieści o polskiej kolonii, o separatyzmach i ludzi kibicujących nie tej reprezentacji co trzeba. Oto nasza silezjogonia.

Zbigniew Rokita”


Warto również przeczytać książki Kazimierza Kutza- reżysera, który pierwszy zrealizował pełnometrażowe filmy o historii i życiu Ślązaków.


Źródła:

https://www.facebook.com/raschorzow

https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%81ambinowice

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/kajs?gad_source=1&gad_campaignid=23007385881&gclid=CjwKCAiA_orJBhBNEiwABkdmjEDHKOs2kEOtihGsGC8hhXB-p34wfyHn02x9TdjrvluiiH01Wy0-qRoC2zwQAvD_BwE

 https://wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,22649356,zgoda-polski-oboz-koncentracyjny-na-gornym-slasku-zaraz-po.html